Obudź się, Anno! - Kris James - ebook
NOWOŚĆ

Obudź się, Anno! ebook

Kris James

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

OPOWIEŚĆ O CENIE MILCZENIA I SILE, KTÓRA RODZI SIĘ WTEDY, GDY CZŁOWIEK NIE MA JUŻ NIC DO STRACENIA.

Kolacja z mężem w luksusowej willi wpływowego biznesmena miała być początkiem udanego wieczoru. Tej nocy jednak wszystko wymknęło się spod kontroli. Za zamkniętymi drzwiami rozgrywa się coś, czego ludzki umysł nie chce przyjąć do wiadomości – rytuały, sekrety i okrutna gra, w której ludzie są tylko pionkami.

Gdy Anna orientuje się, że to ona ma być stawką, jej świat rozpada się na kawałki. Zdradzona przez osobę, której ufała najbardziej, uwięziona w rzeczywistości pozorów, władzy i manipulacji, musi zmierzyć się nie tylko z oprawcami, ale i z własnymi granicami.

Jak daleko można się posunąć, zanim straci się siebie?

 

Obudź się, Anno! to mroczny thriller psychologiczny o przemocy ukrytej pod maską luksusu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 408

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W podziękowaniu za wsparcie i pomoc dwóm pierwszym czytelniczkom – żonie Kindze i przyjaciółce Heli.

Rozdział 1

Kolacja, na którą zostali zaproszeni Kwiatkowscy, odbywała się w pięknej, szesnastowiecznej willi, położonej na obrzeżach Warszawy. Cały teren był otoczony wysokim ogrodzeniem z ostrymi zakończeniami, które strzegło prywatności właściciela. Tuż za nim rósł gęsty żywopłot, który nadawał posiadłości elegancji. Za centralnie umieszczoną bramą wjazdową zaczynała się brukowana droga wiodąca prosto do posiadłości.

Organizatorem kolacji był ekscentryczny prezes międzynarodowej grupy inwestycyjnej, Jan Strzelecki. Mężczyzna w średnim wieku, który ponad wszystko cenił przepych i uznanie otoczenia. Gdy czegoś chciał, musiał to mieć. Wśród współpracowników znany był z bezwzględności – szedł po trupach do celu.

Kwiatkowscy przejechali całą drogę w milczeniu, trzymając się za ręce. Na miejsce przywiózł ich szofer Strzeleckiego, prowadząc najnowszy model BMW z 2024 roku. Dopiero kilka minut przed przybyciem do celu Anna zwróciła się do swojego męża:

– Martwisz się? – zapytała z troską, patrząc mu w oczy, lecz on nie odpowiedział. Cały czas spoglądał przez szybę.

Prawdopodobnie w tej chwili analizował dziesiątki możliwych scenariuszy. Chciał, by to spotkanie się udało, gdyż od tego zależała jego kolejna wielka inwestycja. Taki już był: zimny, przebiegły, ale – jak każdy – odczuwał stres, którego nie chciał okazywać. Kochała go. Większość kobiet na pewno by jej zazdrościła tak ambitnego męża. Dobrze zbudowany, o atletycznej sylwetce i wzroście sięgającym stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Kanciasta twarz z mocno zarysowaną szczęką i trzydniowym zarostem, który dodawał mu charyzmy. Lekko oliwkowa karnacja, ciemnobrązowe, zawsze idealnie ułożone włosy i szare oczy. Wyglądał jak człowiek sukcesu i tak właśnie chciał być postrzegany. Wiedział, że perfekcyjny wygląd to podstawa manipulacji tłumem. Czuł się panem świata. Dla niego każda osoba była albo przeszkodą, albo narzędziem do osiągnięcia celu.

Gdy dojechali pod samą bramę, Konrad odwrócił się do żony. Uśmiechnął się i popatrzył jej w oczy. To wystarczyło, by poczuła się wyróżniona.

– Wiesz, że to bardzo ważne, kochanie? Dla mnie, dla ciebie, dla nas. Musimy się postarać. Ty – zaakcentował – musisz się bardzo postarać.

Przytaknęła bez słowa. Wiedziała, że wynik tego spotkania zależy od niej, ale wolała nie myśleć o tym teraz. To nie był pierwszy raz. Chciała go wspierać i dać mu powody do dumy. Jego szczęście było także jej szczęściem.

Samochód minął automatyczną bramę, a Anna zauważyła ogromne figury ustawione wzdłuż drogi, wykonane prawdopodobnie ze złoconego mosiądzu. Z zaciekawieniem próbowała rozpoznać przedstawione sceny.

– Niesamowite… Czyżby mitologia grecka? Tu chyba Hades, władca świata podziemnego, unoszący Persefonę do swojego królestwa – powiedziała, zerkając na męża i licząc, że podejmie temat.

– Chyba masz rację – odparł, podnosząc wzrok.

– Tak? A spójrz tutaj. – Wskazała kolejną rzeźbę zachęcona zawoalowanym komplementem męża. – To bożek Pan grający na trzcinowym flecie. Piękne odniesienie do nimfy Syrinks, która, uciekając przed Panem, zamieniła się w trzcinę.

– No, no… jestem pod wrażeniem. Wygląda na to, że twoje studia nie były taką stratą czasu – powiedział, wywołując uśmiech na jej twarzy. – Dziś wykorzystam twoją wiedzę.

– A byłeś przeciwny mojej nauce – zażartowała.

– Nadal uważam, że historia to strata czasu. Liczy się tylko przyszłość. Przeszłość trzeba zostawić za sobą.

Zignorowała jego słowa. Nienawidziła tego formalnego tonu i bezlitośnie praktycznego podejścia do wszystkiego. Gdzie w tym wszystkim miejsce na marzenia?

– Konrad, spójrz tutaj! Rozpoznajesz tę scenę?

– Nie – westchnął głośno.

– To Afrodyta i Ares schwytani przez Hefajstosa. Mąż przyłapał ich na zdradzie i związał razem. Ewidentnie artysta chciał pokazać ich upokorzenie.

Spojrzał, ale tym razem milczał. Znów patrzył przez szybę. Anna znała tę minę. Zmarszczki między brwiami świadczyły o tym, że analizuje sytuację. Wzrok kierował na otwarty teren, gdzie rosła jedynie krótko przystrzyżona trawa, a liczne latarnie oświetlały nieustannie monitorowaną okolicę.

– Czy to nie dziwne? Tyle kamer skierowanych na trawnik…

– Na pewno ma swoje powody. Zresztą, mówią, że Jan jest dziwakiem – rzucił, nie odrywając wzroku od widoków za oknem pojazdu.

Wokół budynku rozciągał się wysoki labirynt z równo przyciętego żywopłotu. Do willi prowadziła brukowana droga, kończąca się okrągłym podjazdem. Nie było żadnego parkingu – goście wysiadali u stóp marmurowych schodów prowadzących do wejścia, a szoferzy zawracali, opuszczając teren posiadłości.

– Czarna róża z Halfeti? Arabska Piękność? Jak to możliwe? W tym odcieniu występuje tylko w Turcji i to wyłącznie specyficznemu klimatowi! – Anna była zaskoczona niesamowitym widokiem.

– Kwiatki? Serio? – W głosie męża wyczuła karcący ton.

Zrobiło jej się przykro, choć nie był to pierwszy raz. Przynajmniej zrozumiała, dlaczego mówi się o Janie Strzeleckim, że kocha rzeczy wyjątkowe.

Gdy tylko samochód się zatrzymał, drzwi otworzył im lokaj – mężczyzna w średnim wieku, o nienagannym wyglądzie. Wysportowany i umięśniony, ubrany w klasyczny czarny frak. Białe, cienkie rękawiczki na dłoniach i wypastowane na błysk buty dodawały mu elegancji. Stał wyprostowany, pełen opanowania i powagi. Z powodzeniem mógłby zostać modelem na światowych wybiegach.

Kwiatkowscy wysiedli z auta i Anna o mało nie wpadła na mężczyznę. W jej głowie pojawiły się miliony fantazji z nim w roli głównej. Poczucie winy szybko zakłuło ją w serce i wyparła niesforne sceny z umysłu. Kochała swojego męża i nie dopuszczała do siebie myśli, że jakikolwiek inny mężczyzna mógłby się jej podobać.

– Dobry wieczór, to zaszczyt przywitać państwa w willi pana Strzeleckiego. Proszę za mną, zaprowadzę państwa do środka.

Nie mieli zbyt wiele czasu, by delektować się widokiem zabytkowego budynku. Lokaj, nie tracąc czasu, poprowadził ich wprost pod wielkie zdobione drzwi z wprawionym mlecznym szkłem, przez które nic nie było widać.

– Niesamowite miejsce – powiedziała Anna z zachwytem.

– Pan domu bardzo dba o posiadłość, ceni sobie prywatność i kocha piękno. Gustuje w wyjątkowych i niepowtarzalnych rzeczach – odparł z dumą lokaj.

– Czy wszyscy zaproszeni już przybyli? – zapytał oschle Konrad.

– Tak, wszyscy już dotarli.

Weszli na szczyt marmurowych schodów, a drzwi otworzyły się przed nimi, ukazując eleganckie wnętrze. Wkroczyli do okrągłego westybulu. Delikatny półmrok oświetlał luksusowe wykończenie. We wnętrzu domu wyczuwalny był niepokój. Anna odczuwała go wyjątkowo wyraźnie, jakby weszła do gniazda żmij skrywającego złowrogą tajemnicę.

Pomieszczenie pomalowano na śnieżnobiały kolor. Po obu stronach wznosiły się schody z palisandru. Na środku stała fontanna z rzeźbą Dionizosa. Grecki bóg dzierżył kielich, z którego leniwie sączyła się woda. U jego stóp wiły się postacie kobiet i mężczyzn. Mimo że ciała tworzyły niemal spójny kształt, na ich twarzach malowało się coś niepokojącego – ekstaza zmieszana z obłędem i radością, jakby byli zaczarowani. Całość umieszczona została na lekkim podwyższeniu, a Dionizos zdawał się patrzeć wprost na gości. Anna miała wrażenie, że jego wzrok wwierca się dokładnie w jej oczy. Twarz boga rozkoszy była dziwnie złowieszcza, jej widok wywoływał dreszcze na całym ciele. Wpatrywała się w ten szaleńczy grymas i miała wrażenie, że traci świadomość, jakby stawała się jedną z tych bezkształtnych sylwetek u jego stóp. Zapomniała, gdzie się znajduje, po co tu przyszła i kim w ogóle jest. Czas ciągnął się w nieskończoność, choć minęły zaledwie sekundy. Była przerażona. Chciała uciec, lecz jej mąż, widząc to, chwycił ją mocno za ramię. Ból przywrócił ją do rzeczywistości, a jednocześnie uspokoił. W tej samej chwili ze schodów zszedł gospodarz, uśmiechnięty serdecznie, gotów powitać gości.

– Państwo Kwiatkowscy przybyli – oznajmił lokaj formalnym tonem.

– Och, przyjacielu, nie bądź taki sztywny. Dzisiejszy wieczór niech będzie bardziej kameralny. Cieszmy się każdą chwilą, by zapomnieć o trudach otaczającego nas świata. Cześć, Konradzie, w końcu znalazłeś chwilę, by mnie odwiedzić. A to musi być Anna? Konrad bardzo dużo o tobie opowiadał. Można powiedzieć, że byłaś głównym tematem naszych rozmów – powiedział przyjacielskim tonem, z którego przebijała beztroska szczerość.

Kobiecie wydało się to dziwne. To nie była ta sama osoba, o której tyle słyszała. Jan miał być bezwzględny i narcystyczny, a okazał się radosnym panem w średnim wieku, którego aż chciało się przytulić. Cały strach i lęk, chwilę wcześniej ściskające jej serce, nagle znikły. Anna uśmiechnęła się szeroko.

– Witaj, Anno, w moich skromnych progach. – Ukłonił się lekko i elegancko. Musnął ustami jej dłoń. – Mam nadzieję, Konradzie, że wybaczysz mi to subtelne naruszenie zasad savoir-vivre. Naprawdę nie mogłem się powstrzymać. – Zwrócił się do kobiety: – Twój małżonek mówił, że jesteś piękna, lecz jego słowa nawet w połowie nie oddają rzeczywistości.

Anna miała trzydzieści cztery lata, około stu siedemdziesięciu pięciu centymetrów wzrostu i kobiecą sylwetkę z delikatnie zaokrąglonymi biodrami. Jej twarz emanowała harmonią: subtelne rysy, delikatnie zarysowane kości policzkowe i pełne, naturalne usta. Zielone oczy przyciągały uwagę ciepłym, głębokim spojrzeniem pełnym pasji. Włosy w naturalnym odcieniu brązu, lekko falowane, sięgały poniżej barków. Wielu mężczyzn byłoby gotowych postawić na szali udany związek, by choć przez chwilę być blisko niej.

– Nie ma żadnego problemu. Jak sam powiedziałeś, nie bądźmy tacy sztywni, czyż nie? – rzucił Konrad.

– Szybko się uczysz, to bardzo cenna umiejętność – zażartował Jan. – A pani wygląda zjawiskowo. Piękny grafitowy płaszcz. Czy to kaszmir?

– Bardzo dziękuję. – Uśmiechnęła się szczerze. – Kaszmir z dodatkiem wełny merynosa. Konrad lubi rzeczy niepowtarzalne, dlatego został wykonany na zamówienie – odpowiedziała, rozpinając płaszcz i odsłaniając wieczorową suknię.

Wykonano ją z połyskującego jedwabiu w kolorze burgundu, z gorsetową górą i koronką. Długa, rozkloszowana spódnica doskonale przylegała do bioder. Subtelny dekolt w kształcie litery „V” dodawał kreacji zmysłowości i podkreślał jej duży biust.

– Nieprawdopodobne. Czyżbyś był większym ekscentrykiem niż ja? – zaśmiał się Jan przyjacielsko. Nagle jego uwagę przykuła szyja pani Kwiatkowskiej. – Że też wcześniej nie zauważyłem… Wyjątkowy złoty łańcuszek z medalionem.

– Pamiątka po zmarłych rodzicach – powiedziała, a na jej twarzy pojawił się cień smutku.

– Rozumiem. Moja żona też zmarła.

– Bardzo mi przykro. Nie miałam pojęcia – rzekła z nieukrywanym smutkiem.

– Dziękuję, ale nie musisz mi współczuć. Takie jest życie i trzeba się z tym pogodzić.

– Piękna posiadłość. Czyżby była twoim oczkiem w głowie? – zapytał Konrad, gdy Jan podał mu dłoń. Wywiązała się typowa męska rywalizacja na silniejszy uścisk, którą chyba wygrał Konrad.

– Tak, to moje dziecko. Jedyne miejsce na świecie, gdzie mogę być sobą. Wybrałem ją lata temu z moją świętej pamięci żoną. Ale wracając do ważnych spraw… Widzę, że nie tylko małżonka przyciąga wzrok. Ty również lubisz się wyróżniać.

– Nie mylisz się. Każdy mężczyzna powinien mieć w szafie strój na specjalne okazje – powiedział Konrad z nutą dumy i próżności w głosie, a następnie szczegółowo opowiedział, z czego się składa i gdzie kupił każdy z elementów swojego stroju.

Anna, przysłuchując się wymianie zdań, była zaskoczona tym, jak umiejętnie Jan potrafił wyciągać z ludzi informacje.

– Koniecznie będziesz musiał mi opowiedzieć później o tym zegarku.

– Oczywiście, jest dla mnie jak dziecko – odparł Konrad, puszczając oczko do gospodarza.

– W takim razie wiele nas łączy, ale niestety muszę przerwać naszą pogawędkę, bo nigdy nie dotrzemy na kolację. Proszę, przekażcie płaszcze lokajowi. On się nimi zajmie. Następnie zaprowadzi was do sali bankietowej.

Następnie odwrócił się, wszedł z powrotem po schodach i zniknął za pierwszymi drzwiami.

Zsunęli z siebie płaszcze i przekazali je służącemu. Ten delikatnie skinął głową, obrócił się i ruszył długim korytarzem, by zniknąć za jednymi z wielu drzwi.

– Naprawdę nie wiem, kochanie, jak mogę ci podziękować za ten płaszcz. Jest piękny – powiedziała z uśmiechem.

– Najważniejsze, że jesteś szczęśliwa. Dodał ci pewności siebie. Musisz się dziś pokazać z jak najlepszej strony, skarbie – odparł, lecz nawet na nią nie spojrzał. Jego wzrok utkwiony był w drzwiach garderoby, za którymi zniknął lokaj.

Reszty jego słów już nie usłyszała – w jej brzuchu zaczęły tańczyć motyle jak u zakochanej nastolatki. Tak na nią działał. Do szaleństwa. Czasem miała wątpliwości, czy naprawdę jest dla niego ważna, ale w takich momentach jak ten, gdy nazywał ją „skarbem”, traciła dla niego głowę.

– Mam nadzieję, że lokaj szybko wróci. Czas to pieniądz, a my potrzebujemy go wyjątkowo dużo.

– Na pewno zaraz się pojawi. Wiem, że jesteś zdenerwowany, ale za chwilę pójdziemy do Jana – powiedziała z troską.

– Czy mogłabyś tyle nie mówić? – Tym razem spojrzał jej prosto w oczy.

Starała się zignorować jego słowa, ale poczuła ukłucie głęboko w sercu. Za każdym razem, gdy poczuła się ważna, on potrafił boleśnie sprowadzić ją na ziemię.

– Zapraszam za mną, wszyscy już na państwa czekają – zakomunikował lokaj, zbliżając się bezszelestnie.

Poprowadził ich po schodach w górę, lecz minęli drzwi, za którymi zniknął Jan. Korytarz był długi, z marmurową posadzką, która błyszczała w świetle kryształowych kinkietów. Annę uderzył delikatny, lecz wyraźny zapach. Na parterze powietrze było jałowe, niemal bezwonne. Tutaj unosiła się przyjemna woń, która z każdym krokiem stawała się coraz intensywniejsza – lekko słodkawa, z wyczuwalną nutą miodu. Może rumianek? Lub lawenda?

Lokaj poruszał się z niezwykłą precyzją, każdy krok był miarowy, jak odmierzony linijką. Anna szła nieco z tyłu, za mężem. Dźwięk jego kroków budził w niej coraz większy niepokój, kojarzył jej się z bębnami zapowiadającymi bitwę. Skarciła się w myślach za porównanie. Po drodze mijali wnęki z wazonami pełnymi świeżych kwiatów i ozdobione obrazami ściany.

Z zewnątrz posiadłość robiła ogromne wrażenie. U jednych wywoływała kompleksy, u innych zazdrość – jakby była niemożliwym do spełnienia marzeniem o bogactwie i władzy. Wewnątrz jednak było coś jeszcze, coś trudnego do określenia. Z każdym krokiem Anna czuła, że wchodzi w paszczę lwa. Atak paniki wisiał w powietrzu. Walczyła, by go opanować. Konrad spojrzał przez ramię i dostrzegł to.

– Pamiętaj, po co tu jesteśmy – powiedział z uśmiechem i spokojem, niemal kojąco. Ale znała go zbyt dobrze. Wyraźnie wyczuła nutę ostrzeżenia w jego głosie.

Wzięła głęboki oddech, zacisnęła zęby, zamknęła oczy i szybko policzyła do dziesięciu w myślach. Udało się. Każde jego zdanie było jak rozkaz, każde słowo przesuwało pionki po szachownicy. Wiedziała, że jej obecność tutaj to część większej strategii. Tyle że nie znała reguł tej gry. To nie był jej pierwszy raz, ale nie zamierzała pytać. Nie jego. Kochała go. Zrobiłaby dla niego wszystko. Tylko… czy była jego królową? A może jedynie zwykłym pionkiem?

Zatrzymali się przed masywnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami ozdobionymi złotymi rzeźbieniami. Lokaj otworzył je z gracją, odsłaniając przestronną salę.

– Tutaj państwa opuszczę. Proszę wejść do środka. Pan domu już czeka.

– Bardzo dziękujemy – powiedziała grzecznie Anna. Jej mąż skinął głową.

W centrum pomieszczenia stał ogromny stół, przy którym siedzieli elegancko ubrani goście. Anna naliczyła dwanaście osób – siedmiu mężczyzn i pięć kobiet – nie licząc gospodarza.

Kiedy przekroczyli próg, Kwiatkowski złapał ją za ramię.

– Liczę na ciebie – szepnął cicho, by nikt inny go nie usłyszał.

Nie odpowiedziała. Wiedziała. Całą swoją energię zużyła, by ukryć emocje za sztucznym uśmiechem.

U szczytu prostokątnego stołu siedział właściciel domu. Masywny fotel o wysokim oparciu obity był czarnym aksamitem. Podłokietniki wyrzeźbiono z drewna – na jednym znajdowała się głowa lwa o bujnej grzywie, na drugim wyszczerzony wilk. Gdy patrzyło się na Jana siedzącego na swoim miejscu, można było odnieść wrażenie, że król spogląda na swoich poddanych. Wstał dumnie i podszedł z uśmiechem, by przedstawić reszcie ostatnich gości.

– Anno, Konradzie, myśleliśmy, że jednak nie dotrzecie. Miałem już przyjemność was poznać, ale reszta gości nie mogła się doczekać. Chodźcie, wskażę wam miejsca.

Goście zgodnie posłali im uśmiechy. Kilka osób pomachało, inni przywitali ich radosnym: „Cześć!”. Anna była zaskoczona. Strach ją paraliżował, a oni wyglądali na równie przyjaznych jak rodzina.

– Mam nadzieję, że nasza skromna atmosfera przypadnie wam do gustu – powiedział Jan.

– Skromna? To miejsce jest niesamowite, jak z bajki – odpowiedziała z nieukrywaną fascynacją niczym dziecko, które właśnie odkryło wymarzony prezent pod choinką.

– Piękno to pojęcie względne. Lubię otaczać się wyjątkowymi przedmiotami, ale najbardziej fascynują mnie ludzie – powiedział Jan, gdy Kwiatkowscy zajęli swoje miejsca. – Nic nie zastąpi mi miłego towarzystwa, a dla was przygotowaliśmy miejsce honorowe, naprzeciwko mnie.

– Nawet ten stół to… – próbowała znaleźć odpowiednie słowo – arcydzieło.

– Dziękuję. Wykonany, rzecz jasna, na zamówienie z jednego kawałka czarnego hebanu. Wypolerowany tak, by odbijał światło z sufitu – odparł z udawaną skromnością, choć uśmiech w kącikach ust go zdradzał. – Ale spójrz w górę, moja droga.

Anna podniosła wzrok i zaniemówiła. Ogromny żyrandol rzucał intensywne światło. Największe wrażenie robiły jednak witraże – barwione szkło tworzyło spektakularną kompozycję. W centrum znajdował się ogromny księżyc w pełni, zawieszony na rozgwieżdżonym niebie, a pod nim ogromne drzewo. Przypominało to herb, lecz przewyższało go urokiem – jak obraz pełen niezliczonych detali. Jakby sam Michał Anioł dotknął go pędzlem. Liście drzewa zdawały się poruszać przy najmniejszym załamaniu światła. Każdy element witrażu był odrębnym dziełem sztuki, a razem tworzyły spójną, harmonijną całość. Granatowe i purpurowe fragmenty przeplatały się z subtelnymi bursztynowymi akcentami. Obramowania wykonano z metalu, który lśnił jak ciemne srebro.

– Nieprawdopodobne. – To było jedyne, co była w stanie powiedzieć.

– Uznam to za komplement – odparł pełnym zadowolenia głosem. – Cieszę się, że udało mi się zrobić na tobie wrażenie.

– Czy witraże mają jakieś symboliczne znaczenie?

– Tak… Bardzo trafne pytanie. Nie kłamałeś na temat Anny – rzucił Konradowi niepokojące, dziwnie dwuznaczne spojrzenie. – Drzewo to my. Symbolizuje siłę naszej wspólnoty. Księżyc to moment, w którym się spotykamy.

– Faktycznie, dzisiaj jest pełnia.

– Zgadza się. Dlatego was zaprosiliśmy. Jesteście naszymi honorowymi gośćmi. – Skinął głową i ponownie zajął miejsce w fotelu.

– Świetnie się spisałaś – szepnął Konrad. – Oby tak dalej.

Udawała, że nie słyszy, lecz fala endorfin zalała jej ciało. Czuła delikatne pieczenie policzków – zawsze tak reagowała na pochwały z jego ust. Na szczęście makijaż skutecznie to maskował.

Gdy Strzelecki z radością wypisaną na twarzy zasiadł na swoim tronie, zapadła cisza. Wszyscy patrzyli po sobie, jakby szukając odpowiedzi na pytanie: „Co teraz?”. Trwało to tylko chwilę. Jan klasnął donośnie w dłonie. Wtedy do sali wkroczyła służba, niosąc na srebrnych tacach wyszukane dania.

Ciężko było określić, co dokładnie znajduje się na talerzach. Anna rozpoznała tylko dwie potrawy, i to wyłącznie dlatego, że kiedyś spędziła wakacje we Francji i Hiszpanii. Na jednej tacy dojrzała coq au vin oraz paellę – duszonego kurczaka w czerwonym winie z boczkiem, grzybami i cebulą oraz ryż z kurczakiem, owocami morza, szafranem i warzywami.

– Ale jestem głodna – szepnęła w kierunku męża.

– Musisz się posilić. Noc będzie długa, a ty potrzebujesz sił.

– Ty też. Zjedz coś.

Anna zauważyła za plecami męża złote trybularze wiszące w kilku miejscach. Już wiedziała, skąd ten zapach.

– Czujesz to?

– Co takiego?

– Gdy szliśmy, myślałam, że to zapach rumianku albo lawendy, ale chyba się pomyliłam.

– A co to jest? – zapytał, marszcząc brwi z wyraźnym zaciekawieniem.

– Prawdopodobnie damiana.

– Nigdy o niej nie słyszałem.

– Zioło z rejonów Ameryki Środkowej. Z tego, co czytałam, łagodzi stres i lęki. – Wypowiedziawszy to na głos, zrozumiała, co pomogło jej się uspokoić. – Delikatnie pobudza, wspomaga libido. W kulturze Majów uważane było za świętą roślinę.

– A to cwaniak… – mruknął Konrad. Anna nie była pewna, czy to stwierdzenie miało charakter obraźliwy, czy wyrażało uznanie.

– Co masz… – Niestety nie zdążyła skończyć zdania, ponieważ kelner stanął pomiędzy nimi, chcąc umieścić na stole ostatnie dania.

Ruchy służby wydawały się zaprogramowane i celowe. Byli niezwykle zsynchronizowani, jakby uczestniczyli w rytuale, który odtwarzali regularnie.

Wieczór rozpoczął się skromnie, wręcz przyziemnie. Swobodne rozmowy o niczym mieszały się z brzękiem szkła i sztućców oraz stłumionymi śmiechami. Anna czuła się nieco skrępowana, ponieważ nikogo tu nie znała. Konrad za to, dusza towarzystwa, już prowadził rozmowę z osobą siedzącą obok.

– Nie zapominaj, że tu jestem – rzuciła cicho, lecz nie doczekała się żadnej reakcji. Przysunęła się bliżej męża.

Reszta grupy wyglądała na wyraźnie zżytą. Porozumiewawcze spojrzenia i drobne gesty świadczyły o wielu wspólnych doświadczeniach. Rozmawiali półsłówkami, z podtekstami, których niewtajemniczeni nie mogli zrozumieć.

Jan, otoczony grupą znajomych, siedział w swoim fotelu i delektował się chwilą. Jego szeroki uśmiech i ciepły ton rozluźniały atmosferę. Anna, mimo początkowej niepewności, zaczęła się stopniowo odprężać. Mężczyzna zauważył to i z drugiego końca stołu zwrócił się do niej z wyraźnym zainteresowaniem:

– Naprawdę się cieszę, że do nas dołączyliście. – Pochylił się lekko w stronę stołu. – To niesamowite, jak ścieżki tak wielu ludzi się splatają, prowadząc w tym samym, nieznanym kierunku. Prawda, Anno?

Ktoś z gości podchwycił temat, inny nawiązał do własnych doświadczeń, a z drugiego końca sali padła żartobliwa uwaga, która wywołała śmiech zebranych. Anna czuła się coraz swobodniej w ich towarzystwie. Byli naprawdę sympatyczni – otwarci, uprzejmi, zainteresowani. Aż nazbyt idealni.

Do Kwiatkowskiej podeszła elegancko ubrana kobieta. Nachylając się, powiedziała z uśmiechem:

– Mam nadzieję, że dobrze się czujesz w naszym towarzystwie. Jan tworzy miejsce, w którym można być sobą.

– Oczywiście. Bardzo się cieszę, że was poznałam – odparła szczerze z uśmiechem wymalowanym na twarzy.

Zaczynała się czuć, jakby była wśród przyjaciół, których zna od dzieciństwa. Goście rozmawiali z nią naturalnie, dzielili się anegdotami, a kilka razy udało im się nawet wywołać jej głośny śmiech – wyrwał się mimowolnie i musiała tłumić go dłonią.

– Opamiętaj się, to nie jest lokalny pub z menelami – skarcił ją mąż.

– Przepraszam. Która jest godzina?

– Za dwadzieścia minut będzie północ.

– Dziękuję. Nie ma tu żadnego zegara, zupełnie straciłam poczucie czasu.

– Też to zauważyłem. To bardzo sprytny zabieg.

– Co masz na myśli? – zapytała zaskoczona.

– Nie ma zegarów, by goście nie wiedzieli, ile czasu minęło. To metoda znana z kasyn. Hazardziści również nie powinni wiedzieć, która godzina, żeby zostali jak najdłużej.

– To dziwne.

– To przemyślane – powiedział tonem sugerującym uznanie.

Zbliżała się północ, a część osób zaczynała sprawiać wrażenie zniecierpliwionych. Przerwy w rozmowach stawały się coraz dłuższe, jakby scenariusz spotkania dobiegał końca i nikt nie wiedział, co powinno wydarzyć się dalej. Anna dostrzegła ukradkowe spojrzenia wymieniane ponad kieliszkami – coś wisiało w powietrzu. Lęk wrócił. Ogarnął ją nagle i intensywnie niczym fala tsunami zalewająca spokojne dotąd miasto.

Uspokój się, nie panikuj – karciła się w myślach. Wydaje ci się. To dobrzy, przyjaźni ludzie…

Jan wstał z tronu i przemówił donośnie do zebranych:

– Proszę, usiądźcie na swoich miejscach, przyjaciele. Nadszedł czas, by naszej tradycji stało się zadość.

Jak za dotknięciem magicznej różdżki goście przerwali rozmowy i ponownie usiedli przy stole. Kiedy zapadła cisza, gospodarz ponownie zabrał głos.

– Drodzy przyjaciele… Nie! – Zrobił efektowną pauzę, spoglądając kolejno na wszystkich zebranych. – Jesteście dla mnie jak rodzina. Moje serce się raduje, gdy widzę was razem po raz kolejny. Te spotkania dodają mi duchowej siły, pomagają zmierzyć się z rzeczywistością. Mam nadzieję, że wam również.

Zaklaskał i do sali weszło ośmioro służących. Tym razem ubrani byli w długie, czarne togi, poza jedną osobą w złotej szacie. Twarze zasłonięte mieli dziwnymi, mocno wyeksponowanymi maskami. Anna wstrzymała oddech, obserwując ich z przerażeniem, choć próbowała to ukryć. Każda z postaci zdawała się uosabiać jedną skrajną emocję: gniew, rozpacz, ekstazę, strach, pogardę, radość, pokorę. Złota toga przedstawiała żądzę. Każdy z uczestników orszaku niósł dwa kielichy, z wyjątkiem człowieka w złotej szacie, który trzymał w dłoni tylko jeden. Zbliżył się do Jana i w teatralny sposób podał mu go niczym święty Graal.

– Pamiętajcie – przemówił Jan, unosząc wysoko puchar. – Nie ma dobra ani zła. Jedyną prawdą jest otaczająca nas rzeczywistość. Aby osiągnąć wyższy stan, trzeba zaakceptować cierpienie. Tylko ono prowadzi do oświecenia i pozwala opuścić tę marną skorupę, w której tkwimy. Do dna, przyjaciele! Do dna!

Uniósł naczynie i napił się jako pierwszy. Reszta zebranych poszła za jego przykładem, pijąc zawartość kielichów bez wahania. Anna czuła przerażenie – to nie było normalne.

– Nie wahaj się. Nie zawiedź mnie – rzucił szeptem Konrad, zimno i stanowczo.

Uniosła naczynie z oczyma pełnymi łez. Nie chciała tego pić, ale zrobiłaby dla męża wszystko. Napój miał gorzkawy posmak, choć w pierwszej chwili wydawał się niemal przyjemny. Gdy wszyscy dopili, zapadła cisza. Zebrani spoglądali to na siebie, to na swojego mistrza.

W pomieszczeniu rozległo się uderzenie. Sąsiad obok niej osunął się bezwładnie na podłogę nieprzytomny. Anna chciała coś powiedzieć, krzyknąć, ale nie mogła. Jej ciało odmawiało posłuszeństwa – powieki stawały się ciężkie, ręce bezwładne, głowa pulsowała bólem. Osunęła się na blat stołu, oczy miała jeszcze otwarte, ale ciało już nie reagowało.

Ostatnim obrazem, który dostrzegła, była sala pogrążona w chaosie – inni też zaczynali tracić przytomność, jeden po drugim. Jan spokojnie odstawił kielich na stół, jakby nie widział, co się dzieje.

Ostatnia spójna myśl przebiegła przez jej umysł: Jak to możliwe, że spotkanie wśród przyjaciół kończy się tak tragicznie? Ale nie szukała odpowiedzi. Już nie mogła. Ostatkiem sił odwróciła głowę i zobaczyła Konrada. Siedział obok niej niewzruszony, z kamienną twarzą.

Straciła przytomność.

Rozdział 2

Anna powoli odzyskiwała świadomość. Jej umysł był zamglony, a ciało nie reagowało. Pierwsze, co poczuła, to chłód twardej powierzchni pod plecami. Następnie zapach kadzidła, potu i krwi. Metaliczny smak posoki czuła nawet w ustach, prawdopodobnie się skaleczyła, gdy upadła nieprzytomna. Chciała unieść rękę, by dotknąć ust, lecz nie mogła, była związana. Skórzane kajdanki zaciskały się na jej nadgarstkach.

Uniosła powieki i ujrzała biały, okrągły sufit, pozbawiony jakichkolwiek detali. Była ustawiona na marmurowym podwyższeniu, pod kątem, tak że oprócz sufitu miała też widok na salę. Jej serce zamarło. Wokół niej nadzy ludzie uczestniczyli w czymś na kształt orgii. Dzika eksplozja pierwotnych, niepohamowanych pragnień. Mężczyźni z kobietami, kobiety z kobietami czy mężczyźni z mężczyznami. Ich ciała błyszczały od potu, a ręce sięgały ku sobie w desperackim poszukiwaniu dotyku. Pozbawione emocji twarze wskazywały na jakiś narkotyczny trans. Wszystko było oświetlone blaskiem setek świec ustawionych w ciężkich, rzeźbionych świecznikach. Myślała, że to sen. Niestety ból ściśniętych nadgarstków i zimno kamiennego podwyższenia wskazywały, że to koszmar, który odbywa się na jawie.

Anna poczuła, że atak paniki paraliżuje jej ciało. Adrenalina popłynęła w żyłach. Próbowała wyswobodzić się z więzów, niestety pasy były mocno związane. Jej serce waliło jak oszalałe, a z ust wydobył się rozpaczliwy krzyk:

– Gdzie ja jestem?!

Nikt nie odpowiedział, nikt nawet nie zareagował.

– Pomocy! Konrad! Konrad!!

Dostrzegła Jana. Siedział na zdobionej, czerwonej sofie ustawionej na kamiennym podwyższeniu. Obserwował tłum. Z ruchu jego warg odczytała, jak mówi do siebie:

– Dobrze, żyjcie dzisiaj tak, jakby jutra miało nie być.

Rozglądała się wokół i miała wrażenie, że rozpoznaje kilka osób, z którymi rozmawiała wcześniej tego wieczoru.

– Hej! Pamiętacie mnie? Poznaliśmy się podczas kolacji!

No właśnie, kiedy ona była?

Lecz oni jej nie dostrzegali, jakby była duchem. Zajęli się zaspokajaniem swoich żądz.

Strzelecki siedział i obserwował, od czasu do czasu mamrocząc coś pod nosem. Jego twarz była spokojna, lecz w oczach kryło się szaleństwo. Ten pozornie sympatyczny pan w średnim wieku okazał się bezwzględnym despotą, łakomym władzy nad każdym człowiekiem.

– Brawo, moje dzieci, jestem z was dumny. Bądźcie sobą, normy społeczne tu nie istnieją. – Wyczytała z ruchu jego warg.

Gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się szeroko. Nawet coś tak prozaicznego jak uśmiech skrywało obłęd, którego wcześniej nie dostrzegła. Ale dlaczego? Przez Konrada? Nie miała czasu, by się zastanowić. Widziała, jak schodzi ze swojego piedestału i kieruje się ku niej. Szedł przed siebie, a ludzie się rozstępowali, tworząc korytarz.

– Obudziłaś się, Anno! – powiedział stanowczo, stając nad nią.

– Uwolnij mnie! Czemu leżę naga?!

– Długo dochodziłaś do siebie, już zaczynałem się martwić. – Zignorował jej słowa.

– Gdzie jest mój mąż?!

– Nie martw się o niego. Po kolacji usiedliśmy do rozmów, wszystko mamy ustalone.

– Co? On wiedział?!

– Tak. To była moja propozycja. Nie protestował. Jesteś wisienką na torcie naszych negocjacji. Moją wisienką.

– Uwolnij mnie, ty chory pojebie!

Jej oddech stawał się coraz szybszy i płytszy. Czuła, że panika przejmuje kontrolę nad jej ciałem. Szarpała się w więzach, desperacko próbując się uwolnić, ale pasy nie ustępowały.

– Co to jest?! – krzyknęła, a jej głos zadrżał. – Co ty masz w dłoniach?!

Jan podszedł bliżej. Z uśmiechem na ustach patrzył na nią jak myśliwy na swoją zwierzynę. Wszystko działo się za szybko. Zrobiła dla męża wiele rzeczy, które wykraczały poza ramy moralności, ale sytuacja, w której znalazła się teraz, ją przerosła. Mężczyzna trzymał w dłoni szklany puchar wypełniony czerwonym płynem przypominającym wino. Uniósł go nad Anną i wylał część zawartości na jej nagie ciało.

– Co ty robisz, zboku?!

Zignorował ją ponownie. Pochylił się i zaczął zlizywać z niej ciecz.

– Zostaw mnie! Puszczaj!

Próbowała walczyć, lecz więzy były za silne. Czuła jego język, na początku na brzuchu. Zlizywał wino bardzo dokładnie, przy okazji całując jej nagie ciało. Mimo iż był szalony, zajął się nią nad wyraz delikatnie. Dłonią chwycił za jedną pierś, drugą polał winem, a następnie gwałtownie objął jej sutek ustami tak, że głośno jęknęła, a obolałe ciało się wygięło, jakby ktoś poraził je prądem.

– Mówiłam: zostaw mnie! – Udało się jej kopnąć go na tyle mocno, że odsunął się od niej kawałek.

– Jesteś ostra, lubię waleczne. – Uniósł dłoń i z rozmachem wymierzył jej policzek. – Nigdy więcej tego nie rób.

Ostre plaśnięcie rozbrzmiało w powietrzu, a Annę jeszcze bardziej rozbolała głowa. Pomieszczenie zawirowało i znów straciła przytomność. Gdy się ocknęła, miała nadzieję, że to był tylko sen i obudzi się obok męża. Niestety, gdy otworzyła oczy, była dokładnie w tym samym miejscu, z tą różnicą, że nogami też nie mogła już ruszyć. Były przykute kajdankami i rozstawione szeroko, podobnie jak ręce.

– Wróciłaś do nas. – W głosie jej oprawcy było słychać satysfakcję. – W końcu.

Nie zdążyła nawet otworzyć ust, by odpowiedzieć. Poczuła, jak jego dłoń zaciska się na jej nadgarstku. Był blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Umościł się między jej udami. Czuła na skórze jego oddech. Pachniał mieszanką wina i perfum z wyższej półki. Odwróciła głowę w przeciwną stronę, lecz wtedy drugą dłonią chwycił ją za włosy. Odsłonił szyję i zaczął muskać wargami wrażliwą skórę.

– Co… co ty robisz? – wyszeptała cicho łamiącym się głosem. – Puść mnie!

– Dokładnie to, co chcę – odparł twardym tonem, a każdy kolejny pocałunek był coraz bardziej agresywny.

Zaczął zsuwać się w dół po jej ciele, poprzez piersi i brzuch, aż dotarł do ud. Czuła, jak jego palce przesuwają się po jej skórze. Dreszcze przeszywały jej ciało, lecz nie były one podsycane jedynie strachem. Z jej ciałem działo się coś, nad czym nie mogła zapanować.

– Puść mnie, błagam – jęknęła. Jan zacisnął mocniej dłoń na jej udach, a usta miał na wprost jej odsłoniętej kobiecości.

Ponownie próbowała go kopnąć, lecz zapomniała o skrępowanych nogach.

– Puścić? – Uśmiechnął się krzywo, jakby jej słowa były skrajnym absurdem. – Jak mógłbym puścić mój skarb?

Gwałtownie zanurzył usta w jej kroczu. Anna poczuła to niczym porażenie prądem. Wygięła się w łuk na tyle, na ile pozwoliły jej więzy. Jego język był bardzo giętki, a każdy ruch szczegółowo zaplanowany. Palce coraz mocniej zaciskał na jej skórze, potęgując swoje podniecenie. Odsunął się na chwilę, a potem powędrował wargami na jej uda i w górę, aż do ust.

– Czegoś mi brakuje – powiedział z wymalowaną konsternacją na twarzy.

Chwycił za naczynie z winem i polewał jej łechtaczkę, językiem zbierając każdą kroplę alkoholu. Anna próbowała się wyrwać, lecz jej szybki oddech stopniowo przeradzał się w ciche jęki. Patrzyła na biały sufit, przeklinając rzeczywistość.

– Twoje protesty są takie słodkie.

Zignorowała go.

– Popatrz na mnie! – Rozkazał, łapiąc kobietę za podbródek. W jego głosie nie było miejsca na sprzeciw.

– Nie chcę tu być, chcę do Konrada. – W jej oczach pojawiły się łzy.

– Mówisz „nie”. Ale twoje ciało… – wsunął dłoń między jej uda – mówi zupełnie coś innego. Czujesz, jaka jesteś mokra?

Patrzyli sobie prosto w oczy. Jan miał zwierzęcy wyraz twarzy.

– Nie rób tego – poprosiła cicho, bardzo niepewnie.

Kolejny raz ją zignorował. Jego palce zaczęły się wsuwać głęboko w miękką pochwę. Zadrżała i jęknęła głośno z rozkoszy. To był pierwszy raz, gdy któryś z uczestników orgii ją usłyszał. Ciało zdradziło ją w sposób, którego nienawidziła. Czuła obezwładniające ciepło rozchodzące się po całym wnętrzu i… uwielbiała to. Jego palce tkwiły głęboko w jej wnętrzu, a ustami muskał jej wargi. Pragnęła go odepchnąć, lecz wiedziała, że nawet gdyby mogła, nie potrafiłaby już tego zrobić. Pragnienie przejęło kontrolę nad umysłem. Wszystko w niej krzyczało, że powinna stawiać opór, lecz ciemność zaciskała szpony na jej duszy. Tylko czy miała jeszcze jakąś duszę?

Kiedy się odsunął, czuła, że płonie.

– Konrad – rzuciła mimowolnie.

– Zapomnij. Wie, że tu jesteś.

Nie chciała zapomnieć. Zdawała sobie sprawę, że jest częścią większego planu, którego nie rozumiała.

– Powiedz mi, że mnie nie chcesz – rzucił twardo, a jego palce zacisnęły się na jej szyi. – Powiedz to!

Spojrzała na niego, lecz milczała. Każde słowo, które mogłaby wypowiedzieć, byłoby kłamstwem.

– Tak właśnie myślałem – rzucił triumfalnie, a jego dłoń ponownie znalazła się między jej nogami. – Teraz należysz do mnie. – Poruszał palcem po łechtaczce, z każdym kolejnym ruchem coraz bardziej agresywnie. – Jesteś gotowa.

Anna rozłożyła kolana szerzej, czując przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Mężczyzna drugą dłonią rozsunął delikatne fałdki i włożył powoli dwa palce, by maksymalnie się w niej zagłębić. Dreszcze przebiegły przez jej ciało, mimowolnie zaczęła wydawać ciche jęki zadowolenia. Podniecenie zastąpiło wstyd. Jan miał niesamowitą wprawę w zadawaniu przyjemności kobietom. Chciała na to patrzeć, delektować się każdą chwilą. Uniosła ciężką i obolałą głowę. Gdy jego palce poruszały się rytmicznie, poczuła słodkie skurcze. Fala rozkoszy rozlała się po jej ciele. Jan, widząc to, zaczął stymulować palcami jej punkt G. Chciał, by zaczęła krzyczeć. Były to tortury, lecz niesamowicie przyjemne. Anna zaczęła się miotać. Jęczała, przykuwając wzrok sporej części gości. Po chwili doszła. Jej uda były wilgotne, podobnie jak dłoń Jana, którą ten zaczął ostentacyjnie oblizywać. Półprzytomna z rozkoszy opadła bezwładnie, poddając się spotęgowanym przez narkotyki odczuciom.

Anna próbowała dojść do siebie, dysząc gwałtownie. Czuła, jak walące serce próbuje przebić jej klatkę piersiową. Zauważyła, że Jan macha ręką, zapraszając kogoś do siebie. Po chwili obok niej pojawiło się dwóch nagich mężczyzn. Jednego rozpoznała, był to lokaj, który przywitał ich, gdy przyjechali. Drugi był bardzo podobny do niego, z tą różnicą, że miał długie blond włosy i mierzył około metra dziewięćdziesięciu.

Jej oprawca wydawał im rozkazy, a oni jedynie okazywali posłuszeństwo skinieniem głowy. Nie była w stanie dosłyszeć treści poleceń, gdyż stał do niej tyłem, w dodatku w uszach zaczęło jej nieznośnie piszczeć.

Nagle mężczyźni ruszyli w jej kierunku. Złapali ją i zaczęli rozpinać kajdanki. Gdy to zrobili, chwycili ją za dłonie, podnieśli ostrożnie i delikatnie postawili na ziemi. Anna była skrajnie zmęczona, nie protestowała. Nawet to, że była naga, jej nie przeszkadzało. Chciała tylko, by ta noc wreszcie się skończyła. Przechodzili przez tłum gości, którzy tym razem przyglądali się jej bardzo uważnie. Kierowali się ku sofie. Myślała, że gdzieś tam jest wyjście, niestety była w wielkim błędzie.

– Nie, nie! – zaczęła krzyczeć, szarpiąc się. – Zostawcie mnie!

Byli silni i trzymali ją mocno, więc wszelkie próby wyrwania się spełzły na niczym. Traciła tylko resztki sił. To, co zobaczyła, gdy się zatrzymali, ją zmroziło. Ławka bondage wykonana z ciemnego drewna i wyściełana miękką, czarną skórą miała wytłoczony herb, ten sam, który zobaczyła w czasie kolacji na witrażu. Wyprofilowane podpory pod łokcie i kolana oraz regulowane pasy zapewniały pełną kontrolę. Nim zdążyła zareagować, została przypięta do niej w pozycji na czworaka.

– Szanowni goście! – krzyknął Jan, ściągając na siebie uwagę zebranych. – Przed wami rytuał wejścia do naszej rodziny. Jak wiecie, rodzina to wzajemne wsparcie i troska, ale pamiętajcie, że to również wyzwania i poświęcenia, którym musimy razem sprostać. Możecie wrócić do swoich uciech albo obserwować rytuał. Wasz wybór. Jesteście wolnymi ludźmi i nie zapominajcie o tym, nigdy!

Położył się wygodnie na swojej sofie i klasnął donośnie dwa razy, rozpoczynając spektakl. Wtedy przed Anną pojawił się towarzysz lokaja. Przed oczami miała jego długą, stojącą męskość. Jego penis był wielki i cały czas twardy, jakby stymulowany farmakologicznie. Mężczyzna chwycił ją za włosy, w drugą dłoń ujął twarde przyrodzenie i zaczął uderzać nim w jej policzek. Początkowo delikatnie, lecz każdy kolejny cios był coraz mocniejszy.

– Otwórz buźkę, suko – powiedział bardzo spokojnie. – Chyba nie chcesz zostać dodatkowo ukarana?

– Pić, daj mi pić. – Z trudem wydobywała słowa z gardła.

– Co? Pić? Ależ oczywiście, nie ma najmniejszego problemu!

Wziął kielich, który stał na stoliku obok niego, i zaczął ją poić. Był bardzo ostrożny. Chciał, by Anna wypiła wszystko, co do kropelki. Po początkowej słodyczy w jej ustach pojawił się gorzki posmak.

– Co jest w tym winie? – jęknęła.

– Teraz to nieważne. – Wykrzywił wargi w szyderczym uśmiechu.

Kwiatkowska się zorientowała, że postacie wokół niej robią się zamazane. Suchość w ustach znikła, lecz pojawiły się zawroty głowy. Strach i panika przerodziły się w przyjemność. Wtedy mężczyzna znowu stanął przed nią, trzymając swoje przyrodzenie przed jej ustami.

– Otwórz buzię, suko. Trzeci raz nie poproszę.

Grzecznie, wręcz intuicyjnie, rozwarła usta, zaskakując samą siebie. Poczuła, jak mężczyzna wkłada go tak głęboko, że jego czubek zaczął zanurzać się w jej gardle. Zaczęła się krztusić, nie mogąc zaczerpnąć tlenu. Trzymał ją za włosy i posuwał, aż z kącików jej ust pociekła ślina. Po chwili się wynurzył, by mogła zaczerpnąć powietrze, a następnie ponownie zaczął ujeżdżać jej usta.

Lokaj, który stał za nią, drażnił wejście do pochwy opuszkiem palca. Przesuwał go w dół i w górę, a Anna usilnie próbowała zapanować nad ciałem, by jej oprawcy nie uznali, że sprawia jej to przyjemność. Dostała klapsa, po którym jego palec wsunął się w nią bardzo głęboko. Wiercił nim w jej środku, lecz było mu mało. Dołożył drugi, potem trzeci. Jego ruchy były szybkie, wręcz agresywne. Kobieta zaczęła odczuwać rozkosz. Mimo rozpaczliwej walki ze sobą zaczęła szczytować. Chciała krzyczeć, lecz penis w jej ustach to uniemożliwiał. Mężczyzna z tyłu klęknął i zaczął drażnić językiem jej łechtaczkę.

Jan leżał obok, popijając ze swojego kielicha. Oglądał scenę z pokerową twarzą, jak spektakl w teatrze, który widzi się po raz setny.

Lokaj nie czekał, aż Anna dojdzie do siebie po orgazmie. Wszedł w nią z impetem. W tym samym momencie mężczyzna z przodu uwolnił na chwilę jej usta, aby mogła nabrać oddech.

– O, tak! Pieprz mnie! – krzyknęła, jakby ją coś opętało.

– Takie mam zadanie.

Wchodził w nią tak głęboko, że było słychać dźwięk uderzania o pośladki. Wszyscy zachowywali się jak w jakimś narkotycznym szale. Ona – z obu stron wypełniona przyrodzeniami obcych mężczyzn. Oni – biorący ją jak zwierzęta, szybko i agresywnie. Tłum patrzący, jak pieprzą przywiązaną kobietę i on, szef, delektujący się swoją władzą.

– Zamiana – powiedział ten z przodu. – Czuję, że zaraz dojdę.

– Dobra.

Zamienili się miejscami. Teraz lokaj wypełniał jej usta, a ten drugi, bardziej agresywny, stanął z tyłu. Było mu mało. Napluł na swojego penisa i włożył go powoli w jej odbyt. Zaczęła skręcać się pod wpływem uczucia rozciągania. Jej usta zacisnęły z przyjemności na przyrodzeniu. Jęczała coraz głośniej, ponieważ kolejny orgazm był bardzo blisko. Jej nogi zaczęły drżeć, a ręce usilnie próbowały się czegoś chwycić. Zaczęła dochodzić. Lokaj wyszedł z jej ust i wytrysnął wprost na jej twarz, drżąc przy tym z rozkoszy. Jego kolega, nie wysuwając się, skończył w jej odbycie. Gdy przeżywał orgazm, zacisnął palce na jej pośladkach, zostawiając czerwone ślady. Wyszedł, zostawiając opuchniętą i rozwartą dziurę. Jej twarz i krocze były kompletnie mokre. Ślady spermy błyszczały w świetle świec. Głowa Anny opadła bez sił. Klęczała bezwładnie na ławce. Część zebranych obserwowała, część nie przerywała własnych uciech, lecz na zakończenie spektaklu wszyscy zaczęli klaskać.

– Brawo! – zawołał ktoś.

– Niesamowite! Zazdroszczę! – krzyknęła jakaś kobieta na końcu sali.

Jan wstał dumnie.

– Macie rację. Bracia i siostry, przywitajcie nowego członka rodziny!

Tłum wiwatował, wznosił toasty i naprawdę szczerze się cieszył. Anna obserwowała to, dysząc, i modliła się, żeby to był tylko koszmarny sen. W głębi duszy jednak wiedziała, że wszystko działo się naprawdę. Jak w jakiejś czarnej komedii. Została wykorzystana przez dwóch gości, a tłum wiwatował, jakby stał się cud.

Jan podszedł do niej.

– Pomogę ci – powiedział, rozpinając pasy utrzymujące ją w miejscu.

– Myślisz, że ci podziękuję? – wysyczała.

Nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się w ten swój ciepły sposób, który teraz wywoływał u niej mdłości. Wziął ją pod ramię i wyprowadził z sali. Gdy wyszli na zewnątrz, stanęli obok fontanny. Dopiero wtedy zrozumiała, co naprawdę przedstawia, a serce zabiło jej szybciej. Chwilę później weszli po schodach na górę, do jednego z pokoi.

– Spokojnie, masz tu łazienkę. Skorzystaj z niej i odpocznij.

– Wal się.

Na łóżku spał Konrad. Nawet nie zauważył, gdy weszli. Jan zostawił ich samych. Stała w miejscu i usiłowała pojąć, co się właśnie wydarzyło. Po chwili ruszyła do łazienki i weszła pod prysznic. Puściła możliwie najcieplejszą wodę. Zmywała z siebie resztki spermy i patrzyła w zaparowane lustro. Zastanawiała się, co to właściwie miało znaczyć. Czy to był sen? Czy to w ogóle się wydarzyło? Wiedziała, że tak. Wciąż to czuła. Narastająca fala pytań powodowała tylko większą pustkę w głowie, która, gdy doszła do punktu krytycznego, wywołała łzy. Nie był to zwykły płacz. Miała wrażenie, że jej dusza rozpadła się na milion ostrych odłamków. Usiadła bezwładnie, pozwalając, by woda po niej spływała. Wgryzła się w pięść, by krzyk nie wyrwał się na zewnątrz.

Konrad śpi obok – pomyślała. Nie chcę go obudzić.

Gdy trochę doszła do siebie, położyła się naga obok niego. Nawet nie drgnął, gdy przykryła się kołdrą.

– Teraz śpij i zapomnij, to był tylko sen – powiedziała cicho do siebie.

Copyright © Kris James

Copyright © Wydawnictwo ReWizja

Wydanie I 

Wilkszyn 2026

ISBN 978-83-67520-86-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Projekt okładki: D.B. Foryś, dbforys.pl

Redaktor prowadzący: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Redakcja: Monika Całka, kropkaispolka.pl

Korekta I: Sylwia Dziemińska, korektaprzykawie.pl

Skład i łamanie: D.B. Foryś, dbforys.pl

Korekta II: Angelika Kuszła, poradniaredakcyjna.pl

Wydawnictwo ReWizja

Książka dostępna również w wersji drukowanej.