Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
84 osoby interesują się tą książką
W okolicy Poznania zaczynają ginąć przypadkowe osoby. Wiele wskazuje na to, że zbrodnie nie zostały popełnione w afekcie, bo choć ciała ofiar zostały brutalnie okaleczone, sprawca zadał rany bardzo precyzyjnie.
Komisarze Maja Lewandowska i Antoni Szymański początkowo podejrzewają, że mogą mieć do czynienia z handlarzami organów, jednak w toku śledztwa wychodzą na jaw kolejne elementy układanki: zmarli byli częścią tej samej szkolnej grupy, a ich wspólna przeszłość skrywa mroczną tajemnicę. Każdy kolejny trop prowadzi do pytań, których nikt nie chce zadawać: kto był ofiarą, a kto katem? Dlaczego ktoś zaczyna rozliczać dawnych znajomych w tak bezlitosny sposób? Jak daleko jest w stanie posunąć się sprawca i czy policjanci wygrają wyścig z czasem, zanim zginie ktoś jeszcze?
Wraz z kolejnymi odkryciami staje się jasne, że ta sprawa nigdy nie dotyczyła tylko morderstw. To historia, która zaczęła się wiele lat temu – i ktoś właśnie dopisuje jej ostatni rozdział. Bo w tym śledztwie chodzi o coś nieuchronnego: ktoś wraca po swoje, a niespłacone długi zawsze upominają się o zapłatę.
***
O autorce
Obecnie studentka V roku prawa, w trakcie obrony pracy magisterskiej. Związana zawodowo z branżą prawniczą – na co dzień pracuje w kancelarii jako księgowa. Miłośniczka sportu, górskich wędrówek, klocków Lego oraz literatury kryminalnej. Szczęśliwa kocia mama trójki urwisów. W wolnym czasie pisze i realizuje wszystkie swoje pasje. W 2026 r. zadebiutowała kryminałem pt. „Nieudane doręczenie”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Niespłacony dług
© Copyright by Żaneta Górecka, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Joanna Wysłowska
Skład i łamanie: Sylwia Rogowska-Kusz, Magraf sp.j., Bydgoszcz
Projekt okładki: Eliza Luty
Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak
Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski
Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.
ISBN 978-83-8132-783-1
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I, 2026
Mon ami, półmetrowa wskazówka jest tak samo cenna jak
ta dwumilimetrowa! Ale to takie romantyczne myśleć,
że najważniejsze dowody są ledwo dostrzegalne!
Agatha Christie, Morderstwo w zaułku
Dla mojej Mamy i ukochanej Babci Jasi
Trwała złota polska jesień, jedna z tych rzadkich, kiedy wszystko mieni się kolorami. Liście szurały pod butami, a na niebie nie było ani jednej chmury. Słońce leniwie przebijało się przez korony drzew, oświetlając rozkołysane postaci. Krzysztof szedł wolnym krokiem. W jednej ręce trzymał fajkę, w drugiej koszyk pełen grzybów.
– Dzień dobry, panie borowiku, dzień dobry, panie maślaku.
– Krzysiek, chodź już! – Usłyszał zirytowany głos. – Chce mi się siku!
– Ojej, Rozalka... poczekaj chwilę, rzuć no tylko okiem! Taki okaz widzę! Obiecuję, ostatni i już idziemy!
„Kobiety... zawsze mają czas na trzecią przymiarkę tej samej sukienki, ale grzyb jak z katalogu?” – pomyślał. Uśmiechnął się pod nosem. Bo przecież ją kochał. Nawet jeśli grzybobranie musiał niekiedy traktować niczym rajd z przeszkodami.
– Zachowujesz się jak rozpuszczony bachor! Idę do samochodu! Przez ciebie muszę sikać w krzakach, będziesz mi później wyciągał kleszcze z tyłka!
– Dobrze, Rozalka, już dobrze, zaraz przyjdę... – mruknął i podszedł do kolejnego pnia, pod którym coś się złociło na mchu.
Tymczasem Rozalka, wciąż mamrocząc pod nosem przekleństwa pod adresem mężczyzny i natury, szła szybkim, wściekłym krokiem. Rozglądała się uważnie, bo szukała miejsca ustronnego, ale niezbyt zarośniętego, by potem nie wracać z igłami w bieliźnie. W końcu zboczyła lekko z leśnej ścieżki i zniknęła między świerkami. Zrobiła krok w bok, pewna, że znajdzie ustronne miejsce między krzakami, i wtedy nagle czas się zatrzymał. Potknęła się, szarpnęło nią do przodu, odruchowo wyciągnęła ręce, by się oprzeć, ale to, na czym się podparła, nie było ani korzeniem, ani niczym, co miało prawo tam być. To coś... było miękkie. Zbyt miękkie. W pierwszym momencie pomyślała, że może to porzucony śpiwór, stary worek z mokrymi liśćmi albo koc zostawiony przez jednego z tych szalonych survivalowców. Z jej gardła wydobył się niekontrolowany wrzask, ostry jak skalpel. Cała drżała. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Cofnęła się, ale nie wiedziała, w którą stronę powinna uciekać. Las nagle stał się labiryntem.
– Rozalka! – Krzysztof biegł, nie zwracając uwagi na gałęzie smagające go po twarzy.
Usłyszał jej krzyk, którego nie dało się pomylić z niczym innym. Zawierało się w nim wszystko: strach, obrzydzenie, szok, coś dzikiego, co w człowieku odzywa się tylko wtedy, gdy rzeczywistość staje się zbyt ciężka do uniesienia.
Zobaczył ją klęczącą na ziemi – cała się trzęsła, oczy miała szeroko otwarte, a ramiona bezradnie opuszczone.
– Rozalka... Jezu, Święty Panie... – Stanął, zamierając na widok tego, co leżało przy niej.
Krzysztof powędrował wzrokiem za jej palcem i zrozumiał, że ten dzień właśnie przestał być przyjemny. Zapoczątkował coś, co w tej chwili trudno było wytłumaczyć. Grzybiarz nie zbliżył się do tego od razu. Coś w nim krzyczało, żeby uciec, udawać, że to tylko złudzenie, kawałek drewna, może jakiś manekin... Ale ciało nie pozwoliło na ten luksus.
Podszedł, dotknął ramienia Rozalki, wyciągnął rękę, a ona rzuciła się w jego stronę z takim impetem, że niemal go przewróciła. Wtuliła się w niego mocno, panicznie, jak tonący, który wreszcie złapał się czegoś pewnego. Szlochała, najpierw cicho, potem głośniej, aż łkanie przerodziło się w spazmy, a potem w suchy kaszel i płytki, urywany oddech.
– Spokojnie, kochanie... już dobrze... jestem tutaj, wszystko dobrze... – powtarzał Krzysztof, choć sam nie wierzył w żadne z tych słów.
Bo nic nie było dobrze. Rozalka chwytała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Głowę oparła o jego piersi, jej dłonie zaciskały się kurczowo na kurtce, szukając w niej schronienia przed światem.
Obejmował ją jedną ręką, drugą bezwiednie gładząc po plecach, ale wzrok wbijał w martwe ciało. Leżało kilka metrów dalej, częściowo zatopione w wilgotnym runie – natura próbowała nieudolnie zatrzeć ślady czyjejś zbrodni, ale nie zdążyła. Sylwetka nienaturalnie wygięta, kończyny rozrzucone w przypadkowym bezładzie, a może celowo ułożone, by coś powiedzieć lub zasugerować. Tors, pozbawiony już znacznej części skóry, odsłaniał ciemniejące, woskowate resztki mięśni. Między żebrami majaczyły ślady cięcia – głębokiego, brutalnego, prowadzącego przez środek tułowia, tak jakby ktoś chciał zajrzeć do środka, wydobyć coś więcej niż tylko organy. Skóra na brzuchu była szeroko rozchylona, wnętrze puste. A jednak coś nie dawało Krzysztofowi spokoju – nie sama śmierć, ale sposób, w jaki ciało tu spoczywało, jakby na pokaz, teatralnie, z zamysłem. Twarz... a raczej to, co z niej zostało, nie nadawała się do identyfikacji. Choć policzki zapadły się niemal całkowicie, a jedno oko zdążyły pożreć owady, drugie spoglądało w pustkę, tak jakby w chwili śmierci widziało coś, czego żaden człowiek nie powinien oglądać. Coś, co na zawsze miało pozostać tajemnicą.
– Musimy... musimy zawiadomić policję – wydusił Krzysztof. – Rozalka... ja chyba nigdy nie zapomnę tego widoku...
Jej oddech wciąż rwał się w nieregularnych spazmach, ale zaczynała się uspokajać.
– To był człowiek... prawdziwy człowiek... – wyszeptała. – A teraz jest... tak po prostu tu leży...
Krzysztof spojrzał w górę. Przez korony drzew przebiło się słońce. Złote. Piękne. Obrzydliwie spokojne. Bo świat się nie zatrzymał. Tylko dla nich wyglądał już inaczej.
Wąską leśną drogę przecięto policyjną taśmą, rozwieszając ją niedbale między gałęziami. Policyjne samochody stały krzywo, porzucone w pośpiechu, z kogutami nadal migającymi na dachach. Na tylnym siedzeniu jednego z nich siedzieli Rozalka i Krzysztof. Przykryci kocem termicznym wyglądali jak widma – szarzy, zgaszeni, wpatrzeni w nieistniejący punkt, który jeszcze godzinę temu był tylko częścią lasu, a teraz na zawsze miał się w nich zapisać jako granica. Granica tego, co normalne, i tego, co już nieodwracalne.
Z kolejnego radiowozu wyłonił się starszy aspirant Bogdan Sałata. Twarz poorana zmarszczkami, z których każda niosła własną historię, a każda ta historia śmierdziała krwią, potem i papierami na biurku. Brzuch – potężny, wysunięty do przodu. Wąsy gęste, krzaczaste, dominujące nad resztą oblicza. Czapka przekrzywiona, płaszcz znoszony, a buty zniszczone.
Zatrzymał się tuż przed taśmą, spojrzał przed siebie i przez dłuższą chwilę po prostu milczał. Patrzył. Nie jak policjant. Jak człowiek, który widział za dużo, by jeszcze coś mogło go zaskoczyć, i jednocześnie zbyt wiele, by cokolwiek mógł zignorować.
– Oho... a cóż to za przedstawienie w reżyserii matki natury? – mruknął, zaciągając się ostatni raz dymem z elektronicznego papierosa, po czym wsunął go do kieszeni spodni i przeszedł pod taśmą zabezpieczającą. – Ktoś mnie znowu wyciąga z ciepłego biura... to znaczy, że mamy trupa.
Młody policjant wyprostował się z takim zapałem, że aż chrupnęło mu w karku.
– Zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu, panie aspirancie. Widać kości, ale część skóry jeszcze się zachowała. Będzie problem z identyfikacją. Zostały znalezione przez kobietę, która oddaliła się w celu... hm... załatwienia potrzeby fizjologicznej.
– Potrzeby fizjologicznej, powiadasz – prychnął Sałata. – I akurat wlazła prosto w trupa. No to miała niezłego pecha. Gdzie są technicy?
– Na miejscu. Zabezpieczają ślady. – Młody policjant odchrząknął. – Ciało leży przy świerkach, z rozdartą koszulą na brzuchu, co wydaje się być trochę dziwne, zwłaszcza że...
– Wszystko jest dziwne, synku, jak się na to za długo patrzy. No dobra, prowadź mnie do tego biedaka.
Ruszyli w głąb lasu. Z każdym krokiem powietrze robiło się cięższe. Kiedy stanęli nad zwłokami, Sałata się nie odzywał. Długo patrzył. Jedynie dłoń lekko mu zadrżała. Schylił się i westchnął głęboko.
– Ktoś tutaj chyba odrabia zaległą lekcję nienawiści – powiedział cicho.
Technik uniósł głowę i spojrzał na aspiranta, po czym odrzekł:
– Sądząc po ułożeniu kończyn i kącie podparcia karku, ciało zostało przeniesione. Na północ stąd widać ślady. Na podstawie tego, co do tej pory udało mi się zgromadzić, mogę śmiało stwierdzić, że ślady prowadzące do miejsca ułożenia zwłok są głębsze, czyli sprawca niósł coś ciężkiego, przypuszczam, że naszego denata. Z kolei te oddalające się są płytsze, a więc nasz zabójca odszedł stąd z niczym. Wnioskuję, że nasza ofiara znajduje się tutaj od niedawna, co nie zmienia faktu, że leżała w podobnych warunkach, ale w innej lokalizacji.
– Ciekawe... – mruknął Sałata, pocierając kciukiem podbródek. – Sprawca miał nadzieję, że nikt nie znajdzie tu trupa. Skubany, wszystko zaplanował.
– Na ciele nie stwierdzono też widocznych plam opadowych. Ten fakt wskazuje na to, że znajdowało się w jednej pozycji przez dłuższy czas po śmierci... – rzucił technik, nie odrywając wzroku od denata. – Stan zwłok wyraźnie potwierdza długi okres pośmiertny. Ciało znajduje się w fazie zaawansowanego rozkładu gnilnego, tkanki uległy poważnej degradacji. – Wskazał palcem na poszczególne partie. – Wokół jest mnóstwo larw oraz owadów, świadczących o długotrwałym żerowaniu insektów na zwłokach. Ponadto widoczne są ślady działalności padlinożernych zwierząt... W skrócie: natura i zwierzęta zrobiły swoje, znacząco przyspieszając rozkład i potwierdzając moją teorię, że trup pozostawał w podobnym środowisku kilka tygodni.
Sałata westchnął głęboko. Raz. Potem drugi raz, wolniej – jakby chciał się upewnić, że jego zmęczone płuca jeszcze działają.
– A zatem... kolejna sprawa dla kryminalnych – mruknął, patrząc w niebo, gdzie bezczelnie świeciło październikowe słońce. – Co się, kurwa, dzieje z tym światem?
Spojrzał jeszcze raz na ciało. Nie z obrzydzeniem. Nie ze strachem. Raczej z czymś pomiędzy współczuciem a znudzeniem. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś naprawdę go zaskoczyło i... nie potrafił.
Technik spojrzał na niego kątem oka, ale nie odpowiedział. W tej pracy wszyscy mieli swoje sposoby na trzymanie się przy zdrowych zmysłach. Bogdan jak zwykle mówił głośno to, co inni tylko myśleli.
Obudził go wrzask. Głośny i przenikliwy. Przez ułamek sekundy nie wiedział, gdzie jest ani co się dzieje. Ale potem usłyszał znajome pochrząkiwanie z drugiej strony łóżka i zobaczył Katarzynę zwiniętą w kłębek, z głową w poduszce. Spała snem sprawiedliwego, który tej nocy dał z siebie wszystko. Uśmiechnął się pod nosem. Uroki rodzicielstwa. Życie między jednym karmieniem a drugim.
Usiadł na łóżku, zgarbił się jak dziadek po maratonie i wsunął stopy w kapcie.
– Prawdziwy tatuś – mruknął, ziewając szeroko. – Tylko brzuszka mi brakuje.
Wstał, przeciągnął się i ruszył w kierunku łóżeczka. Gdy zajrzał do środka, ujrzał Zuzię – miała czerwoną twarzyczkę i zaciśnięte piąstki, a z jej gardełka wydobywał się zaskakująco głośny ryk.
– Co ty tak krzyczysz, księżniczko, co? – spytał łagodnie, sięgając po nią z wprawą mężczyzny, który już nie boi się złamać córce palca przez nieumiejętne trzymanie. – Tatuś zaraz się tobą zajmie.
Gdy tylko poczuła jego ciepło, przytuliła się mocno i momentalnie zamilkła. Jej oczka, wielkie jak spodki, wpatrywały się w niego z zachwytem, który można zobaczyć tylko u niewinnych istot.
Z córeczką na rękach poszedł do kuchni. Podgrzewacz do mleka cicho zamruczał.
– Pokaż tatkowi, co tam naszykowałaś za niespodziankę. – Chrząknął, kładąc małą na przewijaku.
Dziewczynka zapiszczała z radości, kopiąc nóżkami z zapałem, którego nie powstydziłby się zawodowy piłkarz.
– Tatuś już ci wymyślił karierę. – Zaśmiał się, sprawnym ruchem zdejmując brudną pieluszkę i sięgając po czystą. – Lewa noga, prawa noga... Messi niech się schowa.
W mieszkaniu pachniało ciepłym mlekiem. Zapadła cisza, ale tym razem inna. Nie wiedział jeszcze, że to będzie ostatnia taka spokojna chwila przez bardzo długi czas.
Spojrzał na swoją lewą dłoń – nie było już na niej obrączki. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy dokładnie ją zdjął. Może tego wieczoru, gdy spojrzał w lustro i nie rozpoznał w odbiciu człowieka, który jeszcze niedawno wierzył, że miłość jest wieczna i chroni przed wszystkim, nawet przed absurdem losu? Może wtedy, kiedy przestał spać po tej samej stronie łóżka, gdzie zawsze kładła się pierwsza, cicho, z książką, zanim zniknęła w pościeli jak w kokonie, by choć przez chwilę ją poczuć? Nie pamiętał. I nie chciał już pamiętać.
Odruchowo położył rękę na lewym boku, sprawdzając, czy wciąż pozostaje tam blizna, nierówna, poszarpana. Czuł ją wyraźnie pod palcami. Była zimna i nieruchoma, a jednocześnie pulsowała wspomnieniem tamtej chwili, kiedy myślał, że to już koniec, że po raz ostatni bierze oddech i po raz ostatni słyszy ciszę, tak absolutną, że aż bolesną. Ale przetrwał. A życie, choć nie pytało o zgodę, podarowało mu coś, czego się nie spodziewał – drugą szansę. I nie zamierzał jej zmarnować.
Został ojcem. I choć nadal uczył się tej roli, choć czasem się bał, że nie sprosta, że coś zawali, że znów coś straci, to wiedział, że zrobi wszystko, by być najlepszym tatusiem, jakiego jego córka mogłaby sobie wymarzyć. Bo już raz zawiódł. Już raz patrzył, jak życie mu się wymyka, i przysiągł sobie, że tym razem nie pozwoli, by szczęście przeszło obok i nie zatrzymało się na dłużej.
I wtedy poczuł to znajome ciepło. Katarzyna objęła go od tyłu, delikatnie, ale pewnie. Wiedział, że chciała go wyrwać z tych myśli, zanurzyć w teraźniejszości, gdzie poranki są prawdziwe, dzieci płaczą, mleko się kończy, a kawa zawsze smakuje zbyt gorzko. Jej usta musnęły jego ramię, tak lekko, jakby się bała, że rozproszy coś ważnego, co właśnie działo się w jego głowie. Ale dla niego to był znak. Że tu jest. Że oni są. Że świat się nie skończył.
– Hej, kochanie... napijesz się kawy? – zapytała szeptem, z tą chrypką, która zawsze pojawiała się, gdy dopiero się budziła.
Zuzia na widok mamy oszalała z radości. Piszczała jeszcze głośniej, intensywnie machając rączkami i nóżkami.
– Miała być piłkarką, ale chyba jednak będzie chodziła na ustawki. – Antek zaśmiał się cicho, kręcąc głową.
– Byle nie z tatusiem. – Katarzyna oparła brodę o jego ramię i spojrzała na małą.
– No coś ty. – Cmoknął ją w policzek – Teraz tylko butelka, bajka i brudna pielucha. Mój zestaw dnia.
Uśmiechnął się pod nosem i powoli podszedł do ekspresu. Nacisnął przycisk, a maszyna natychmiast odezwała się serią dźwięków. Katarzyna tymczasem pochyliła się nad Zuzią, która wciąż fikała nóżkami, jakby grała w finale Ligi Mistrzów, i jednym ruchem podniosła ją z przewijaka, przytulając mocno do piersi.
– Chodź, złotko, pokażemy tatusiowi, jak kibicujemy mu przy śniadaniu – powiedziała z uśmiechem, całując dziewczynkę w czoło.
Przeszły razem do salonu, gdzie pod oknem stał ich ulubiony mebel – kolorowy bujaczek z miękkimi pasami bezpieczeństwa. Zuzia zdecydowanie wolała te momenty, gdy bujanie przejmował tatuś, a nie sprężyna. Katarzyna usadziła ją ostrożnie i pogłaskała po główce. Dziewczynka rozsiadła się na swoim małym tronie jak księżniczka, z miną, która mówiła: „No dobrze, zabawcie mnie”.
Katarzyna spoczęła na jednym z wysokich krzeseł przy kuchennej wyspie. Oparła łokcie na blacie, a brodę wsparła na dłoniach. Nadal walczyła ze zmęczeniem, ale teraz patrzyła z czułością i przyjemnością na swojego bohatera, który w rozciągniętej koszulce i z potarganymi włosami wyglądał jak uosobienie domowego ciepła.
Antek poczuł na sobie jej wzrok i od razu odgadł, o czym ukochana myśli.
Zaparzacz ekspresu zasyczał znowu, rozległo się głośne buczenie, a po chwili kawa zaczęła spływać do filiżanek. I przez tę krótką chwilę świat był prosty. Cichy i bezpieczny. Nie wiedzieli jeszcze, że ten dzień, ten cholerny, ciepły, miły dzień będzie tym, który wywróci wszystko do góry nogami. Nie mieli pojęcia, że za kilka godzin dźwięk telefonu zmusi ich do ponownego wyboru między życiem a strachem. Ale na razie była kawa. Był śmiech dziecka. Byli oni.
Antek odwrócił się, trzymając w dłoniach dwie parujące filiżanki, ze spojrzeniem, które mówiło: „Damy radę”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
