Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Komisarz Jacek Mongiałło i sierżant Damian Kurka – doświadczeni policjanci z Wrocławia, stają przed trudnym zdaniem. Ktoś brutalnie zgwałcił żonę pierwszego z nich. Próba namierzenia przestępcy prowadzi ich do spraw nie tylko nierozwiązanych, ale i dawno zapomnianych. Tropy wiodą wprost do wychowanków spalonego domu dziecka i zaginionych tam przed laty pięciu dziewcząt.
Początkowo policjantom trudno połączyć kolejne wątki, ale ofiar jest więcej…
Co łączy Mongiałłę z wychowankami z bidula?
Kto odpowiada za zniknięcia młodych kobiet?
Czy komisarzowi i sierżantowi uda się rozwiązać sprawę dziewcząt z domu dziecka i młodych kobiet? Jak te sprawy się ze sobą łączą?
Laura Potarzycka - pochodzi z Kątów Wrocławskich, jest zodiakalną rybą z psychologicznym wyczuciem, które pozwala kreować niejednoznacznych moralnie bohaterów. „Na kolana” to jej literacki debiut. Jest autorką niepokorną w inwencji, wychodzącą poza limity. Łączy życie rodzinne z zawodowym. Starannie dopracowuje każdy aspekt, by wszystko przebiegało zgodnie z planem
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 342
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszelkie podobieństwo do postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe.
Copyright © Laura Potarzycka, 2025
Projekt okładki: Weronika Wojtaszewska
Ilustracja na okładce: © Weronika Wojtaszewska
Redakcja: Anna Godlewska
Korekta: ERATO
e-book: JENA
ISBN 978-83-68432-53-4
Wydawca
tel. 512 087 075
e-mail: [email protected]
www.bookedit.pl
facebook.pl/BookEditpl
instagram.com/bookedit.pl
Niniejsza książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Całość ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Rodzinie za wsparcie, Mężowi za miłość – Laurka
Jestem małą dziewczynką na środku zamkniętego starymi kamienicami podwórka. Wysokie, obszarpane z elewacji i farby gmachy, zamykają we wnętrzu odór moczu. Brama wjazdowa jest idealnym punktem strategicznym do oddawania potrzeb fizjologicznych przez przypadkowych przechodniów wracających z monopolowego. Ktoś wymyślił, żeby zmieszać gamę zapachów, łącząc pijackie szczyny z psimi odchodami w toalecie dla zwierzaków, odgrodzonej drewnianym płotem, wysypanej na dnie piaskiem. We wnętrzu prostokątnego podwórka, gdzie miejscami na gołej ziemi próbuje wyrastać trawa, wysypują się z pełnych kontenerów śmieci, a z nich smród unosi się między futrynami okien, czule łaskocząc wnętrza domu odrażającą wonią. Zgniłe pomidory zgubiły swój owalny kształt wdeptane w ziemię przez tych, co zboczyli z drogi chwiejnym krokiem. Uliczki do klatek schodowych są wyłożone kostką. Ładne, bo nowe, jednak nie zawsze uda się wrócić z czystymi butami, brocząc w psim lub kocim gównie.
To centrum betonowego labiryntu posiada plac zabaw, złożony z trzepaka i dość nowej piaskownicy, gdzieniegdzie już poobijanej od opieranych o nią rowerków. Przy dziecięcym azylu znajduje się jedna ławka dla dwóch pofarbowanych koloryzacją z orzecha pań, gdzie między pasmami brązu przebija siwy włos. Mama mówi, że to stare pijaczki i dzieci mają z różnymi facetami.
Justyna to córka tej z lewej, której pośladek zwisa za kończącą się deskę drewnianej ławki, tak otyła, że wydawałoby się, że jej stopy należą do gejszy i nikną w wulkanie tłuszczu eksplodującym z kolan. Marek i Wojtek to synowie tej z prawej, drobnej, jak na mój gust zbyt wysuszonej, krótko ostrzyżonej kobiety, przypominającej niekiedy w postawie i wyglądzie mężczyznę, będącej jak mama mówi: „podwórkowym megafonem”. Oczywiście nie do mnie, tylko do swoich koleżanek – pielęgniarek, jak ona. Słyszę wszystko, ponieważ mieszkamy w dość dużym, jak dla mnie pokoju z dwoma oknami, w tym jednym kuchennym. Łazienka jest wspólna dla wszystkich na korytarzu, ale pan Witek, z zawodu złota rączka, oddzielił z pokoju kawałek miejsca na brodzik i, jak to mówi, kibel. Mama jest dystyngowana – skąd wiem? Bo chodzi jak paw. Jej podłużna, zakończona szpiczastą brodą twarz, rysuje mapę pojedynczych bruzd, zaszpachlowanych kitem makijażu. Blask zielonych oczu tłumią poklejone czarnym mazidłem rzęsy, gęsto otaczające zmęczone powieki. Zanikłe usta podkreśla wyblakła, czerwona konturówka. Jasność jej skóry buduje wrażenie przezroczystości kruchego ciała, przytrzymywanego na powierzchni ziemi, dużą torbą zawieszoną na ramieniu. Niewielki obcas butów pozwala jej postaci falować, z każdym popełnianym z zaangażowaniem krokiem. Dziecięce ramiona, którymi ją otaczam, potęgują jej mizerność. Serce, którym żałuje mapy wspomnień wyrytych na jej skórze, odczuwa pragnienie przynależenia do mężczyzny. Nie konkretnego, ale byle jakiego. Nawet wielu byle jakich, którzy mogliby posklejać z jej zdruzgotanego życia kawałek prawdziwej rodziny. Szuka dla mnie szorstkich rąk ojca, jego brody drażniącej policzek na dobranoc, spokoju córki chowającej się w ramionach taty – taty, na którego nie pozwalam sobie nawet w marzeniach, bo boję się jego odejścia do rudej kurwy, która też pije lub „wylaszczonej”, farbowanej wodą utlenioną blondyny, przez co mam problem z rozróżnieniem owych starych pijaczek od tych rudych kurw.
Tonąca w betonowych falach starych kamienic wwiercam się nowym bucikiem w szary pył, prosząc o chwilę uwagi zaangażowane w zabawę towarzystwo. Mam nowe lakierki, czarnego koloru z białymi kokardami, na które czekałam do „po wypłacie”, ponieważ we wcześniejszych zrobiła się dziura, a z nią zaciek na nowych rajstopach. Żółć mojej jednej obecnie z trzech sukienek, jakie posiadam, zwołuje stado czarnych denerwujących much, które staram się w zażenowaniu strącać na ziemię. Żółtej nie lubię, wolę różową, która jest w praniu. Z dobieranego warkocza wysuwają się pasma drażniących oczy, włosów. Co rano tworzy go mama, nieprzepadająca za gęstością mojej czupryny, nazywając ją strąkami. Przygotowuje trzema grzebieniami styl, w tym jednym z kilkoma połamanymi zębami.
Justyna bierze plastikowe wiaderko, napełnia piaskiem i zmierza w moją stronę. Jestem pełna podziwu dla jej stanowczego kroku. Jej twarz wykrzywia grymas, którego nie rozumiem. Mamrocze pod nosem. Hałas dobiegający zza betonowej barykady zagłusza słowa, które staram się czytać z ruchu jej warg. Nie wszystko umiem powiedzieć, może i nie wszystko potrafię usłyszeć. Staje przede mną na oko jakieś dwa kroki. Bierze taki zamach, że musi odwrócić się prawie cała. Drobinki piasku szukają korytarzy, aby swobodnie spłynąć we wnętrze „dobieranego”. Czuję pod powiekami ból i drapanie, skrzypi między zębami. Nogi drżą mi przez chwilę. Usiłuję wyciągnąć koleżeńską niespodziankę z oczu i ust. Łzy uwalniają niewygodny piasek. Jestem skłonna uciekać, ale się wstydzę. Czerwony rumieniec zalewa obolałe od uderzenia brudem policzki. Doznaję w tym swojej winy. Nie szukam żadnego scenariusza, który mogę w tej sytuacji wykorzystać. Stoję jak wryta, wbetonowana w betonowych kamienicach mojego podwórka i pozwalam, aby ona nasypała mi w twarz piasku. Pozwalam, bo nie rozumiem, szukając w pamięci możliwej przyczyny. Stoję wyprostowana, ale we wnętrzu kulę się w sobie, uciekam w myślach w ramiona taty, bez twarzy i wizerunku. Do zapachu dezodorantu NIVEA. Do miejsca oddzielonego kreską na ziemi czarodziejskim patykiem, gdzie niewidzialna bariera zatrzyma rozszalały piach, atakujący twarz. Choć tego nie chcę, ogarnia mnie „przepraszam”.
– Wypierdalaj! – krzyczy Justyna.
Strużka wyplutej śliny ląduje na moim czole, rozdzielając się na dwa nurty spływające po policzkach. Wielka łapa strachu ściska pulsacyjnie żołądek. Matka Justyny zerka spode łba, zabawiając towarzyszkę w dalszym ciągu rozmową. Lekki uśmiech jest aprobatą do ataku na mnie. Bezczynność rodzicielki potęguje jej agresję, a ja boję się ruszyć. Unikam nawet myśli o odwecie w obawie niewyobrażalnych tortur. Z opresji ratuje mnie rozbłyskujące w tunelu kamienicy światełko – to mama. Zrywam się w nogi, omijam Justynę, biegnę co tchu…
Śniłam. Powracające z oddali dwudziestu kilku lat obrazy rozmyły pierwsze mrugnięcie powiek. Ciepło parującego, otulonego termosem pościeli ciała, ulatywało w kolory kwiecistego materiału. Spojrzałam na zaciek zdobiący kąt ściany, który błyszczał oświetlony słońcem, wdzierającym się nieszczelnością rolety. Prędkość aut przecinała zasłony spalin, rozpraszając cząstki, co ułatwiało ich transport do wewnątrz. Bosą stopę oparłam o chłodną podłogę. Wytarte gdzieniegdzie gumoleum łaskotało podeszwę. Zdrętwiałe kolano pulsowało, trzymając resztę ciała w sztywnym układzie. Wierzchem dłoni przetarłam oczy, ściągając z nich senną mgłę. Zmusiłam ciało do podjęcia stabilnego kroku i stanęłam na posadzce. Ciężar nocnego snu wciskał głowę do barków, powodując wrażenie skurczenia. Ręce wyciągnęłam do góry, aby nadać sobie właściwego wzrostu. Krokiem lunatyka ruszyłam do łazienki, trącając pozostawioną na krześle torebkę. Blade światło żarówki nad lustrem podkrążyło powieki w odbiciu. Zmyłam resztki wczorajszego makijażu. Sięgnęłam po pierwszego papierosa na śniadanie. Podparłam łokieć o blat stołu, pozwalając kłębom dymu rozprzestrzeniać się po kuchni. Zapach cygaretki zmieszał się z wonią spalin w uchylonym oknie.
Myślami wróciłam do dzieciństwa, odtwarzałam poczucie krzywdy i spojrzenie Marka na moje wówczas podupadłe ego. W brzuchu rozległo się mrowienie, przywołujące ból odtrącenia dobroci serca i naiwności, przez którą wiele razy deptano mój honor. Podkurczyłam kolana, opierając pięty o brzeg poduszki krzesła. Dłońmi objęłam własne ramiona, opierając na nich głowę. Brak tu jej słomianych włosów, otaczających troskę ukrytą w twarzy, połysku zielonych oczu i kruchości dłoni, trzymających w ryzach trzydziestometrowej powierzchni, porządek. Tak, zdecydowanie brak tu ładu. Pokonałam skrzypiące stopnie z niezwykłą starannością. Popękana farba odkrywała przeszłość ścian korytarza. Przystanęłam na ostatnim stopniu, wgapiając się w poczerniałą mapę pęknięć, odkrywającą czerwień nabazgranego przed laty napisu: „Róża to kurwa”.
Obdarzona oryginalnym imieniem, odczuwałam swoją obecność w pogardliwych spojrzeniach sąsiadów, w centrum wydarzeń patologicznego życia. Gdyby mama nazwała mnie bardziej pospolicie, nie chodziłoby wcale o mnie. Spod farby przebijał się fragment pierwszej litery, a napis nie był już czytelny. Jednak świadomość, że tam był, wywoływała poczucie lęku, że oto ja jestem dziewczyną z napisu na ścianie, której numer telefonu można spisać z drzwi męskiego kibla.
Zeskoczyłam ze stopnia i wybiegłam na zewnątrz. Owładnął mnie specyficzny zapach, niezmieniający się od lat zakleszczonego w ścianach budynków, nieświeżego powietrza. Mimo obszernej powierzchni miastowego podwórka wywoływał klaustrofobię. Wgniatający się w nozdrza, rozpychający płuca, przez który od pierwszego wdechu potrafi rozboleć głowa. Ratunkiem jest tylko ucieczka do labiryntu ulic, gdzie bezimiennie można wtopić się w tłum, a o tej porze roku brud wspomnień kłębiących się w głowie koi zimny, wyjątkowy i delikatny śnieg.
Mroźne powietrze malowało na szybach białe wzory. Tępe światło czterdziestowatowej żarówki oświetlało dwa stojące naprzeciwko siebie biurka. Metalowe szafy, zakrywające wyblakłe ściany, straciły połysk wiele lat temu. Miodową wykładzinę pokryły szare plamy. Maszyny do pisania zutylizowano, by zrobić miejsce na nowoczesne laptopy. Elektronika nie została dopasowana do unoszącej się woni starości. Powietrze przeciskające się przez nieszczelność okna kołysało zwisającymi gdzieniegdzie pajęczynami.
Palce obydwu dłoni komisarza Mongiałły wystukiwały odpowiedni układ dźwięków bez rytmu. Jego nieruchome oczy skupiły się na ekranie laptopa. Zatrzymany w głowie obraz został dokładnie przeanalizowany przez mózg. Nazbyt wytężone zmysły gubiły od czasu do czasu myśli. Zmęczone oczy tworzyły nierealne wyobrażenia, zacierając osiągalny obraz mężczyzny widniejącego na zdjęciu. Facebookowy profil prezentował sylwetkę szarookiego blondyna z rękoma wymalowanymi tatuażami. Czarne wzory wylewały się spod rękawów T-shirtu, kończąc drogę przy nadgarstkach. Mężczyzna podpierał łokieć o bar, trzymając w palcach papierosa. Kłęby dymu oplatały jego atletyczną sylwetkę, usadowioną na wysokim barowym krześle. Zarys mięśni przebijających się spod grafitowego materiału sprawiał wrażenie, jakby nosił ubrania o rozmiar za małe. Uwadze Jacka nie umknęła potężna dłoń, obejmująca kufel piwa. Zawiesił wzrok na złamanym paznokciu środkowego palca. Klubowe tło zdjęcia podkreślało dym papierosa, który uciekając w głąb, rozmazywał sylwetki uczestników dyskoteki.
Opierając plecy o tapicerowany, wytarty materiał krzesła, komisarz rozważał przyczynę złamanego paznokcia. Przesunął w głowie obraz kształtu jego dłoni, ocenił skalę chropowatości skóry, by znów wrócić do widocznego wyszczerbienia.
– Krystian – wyszeptał. – Co tak potargało twoje ręce?
Nieruchomy wzrok zdradzał głębię refleksji, a niekontrolowany język wygimnastykował przekaz pochodzący z głowy. Spojrzał na zegarek. Zdumiony przetarł wierzchem dłoni oczy. Profilowe zdjęcie mężczyzny wciągnęło go w półgodzinną medytację. Usiłował wrócić do analizy jego postaci, skupiając wzrok na klawiaturze laptopa. Powtarzane cyklicznie myśli oddaliły wyobrażenia o aromacie nikotyny, zawijającej wstęgi wokół bawiących się osób. Zmęczony umysł zatracił zdolność układania wymyślonego, podpinanego do fotografii konspektu. Komisarz wyciągnął z szuflady paczkę Marlboro. Odwzorował układ sylwetki postaci i odpalił papierosa, chcąc poczuć smak klubowego powietrza. Brak woni potu, alkoholu i samego Krystiana powodował jedynie ograniczenie swobody w oddychaniu.
– Jezu. Coś ty tak napalił? – Kłęby dymu zatrzymały w progu sierżanta Damiana Kurkę.
Mongiałło zamknął nerwowo laptop. Wgniótł w dno popielniczki papierosa, wypuszczając ostatni sztach.
– Co masz? – zapytał.
– Gwałt. – Przybyły odwrócił głowę w stronę korytarza, wciągając głęboko powietrze.
– Pilne…? – Mongiałło wstał z krzesła, ruszył do drzwi, ściągając z wieszaka kurtkę.
Wystukiwany energicznie butami rytm na podłodze zdradzał pospiech. Długi korytarz przypominał kanał. Widoczna na końcu jasność była odbiciem światła żarówki od białoszklanych drzwi.
– Jak bardzo pilne? – ponowił pytanie komisarz Jacek Mongiałło.
– Nie aż tak, żeby nie napić się kawy – odpowiedział sierżant z lekkim uśmiechem. – Jest i światło w tunelu.
Dźwięk czytnika pozwolił na otworzenie drzwi. Automat blokujący częściowo wejście do komisariatu nalewał cienkim strumieniem kawę. Mongiałło objął ustami gorący brzeg plastikowego kubka. Orzeźwił ciało paroma łykami i odstawił napój na automat. Założył kurtkę i naciągnął kołnierz na szyję i twarz, kuląc się w futrzane obszycie. Ruszając do wyjścia, chwycił gorącą kawę.
– Ja pierdolę, jak zimno – ocenił pierwszy powiew powietrza. – Dobra nawiń, co za panna i co tam się ciekawego wydarzyło.
– Ładuj się, Jaca, do wozu, bo już nam trochę czasu uciekło, a i za zimno, żeby tu gadać. – Damian otworzył drzwi od strony pasażera, wykonując zamaszysty ruch ręką. – Zapraszam – dodał.
Komisarz usadowił się wygodnie i chuchnął w dłonie. Wnętrze nie zdążyło napełnić się zimnem, a szyby pokryć białym szronem po wcześniejszej interwencji.
– Przynajmniej nie trzeba skrobać. – Sierżant kluczykiem w stacyjce zmusił silnik do pracy. – Młoda kobieta, około dwudziestu pięciu lat, znaleziona w Parku Południowym. Zgłoszenie odebrano od starszej kobiety spacerującej z psem.
– Takie lubię…
Śmiech Damiana odbił się od szyb, drażniąc uszy. Czerń asfaltu przebijała się spod roztapiającego się śniegu. Utrata przyczepności zmusiła sierżanta do przepisowej jazdy.
– Czyli jakie? Starsze panie czy młode dupcie? – zakpił.
– Kurka… – westchnął Jacek – w takim tempie dziewczyna nam zamarznie.
Kierowca wyprostował się na fotelu, spojrzał w boczne lusterko i zmienił pas.
– Wszystko wymierzone, ratownicy zajęli się już panną, patrolówka na miejscu, przyjedziemy na gotowe. – Przewrócił oczami.
– Niech się uwijają, bo powiem ci, Kurka, nie ma nic lepszego od czekającej na ciebie w łóżku dwudziestopięciolatki. – Jacek wypiął pierś. Wkładając dłonie za kark, uniósł łokcie.
Drzewa zasłaniające przydrożne budynki uciekały w tył razem z ostrożnością innych uczestników drogi, dopasowujących się do śliskiej nawierzchni. Komisarz spojrzał w boczną szybę i dręczył umysł zachowanym w głowie zdjęciem, powtórnie analizował wytatuowaną sylwetkę. Głos Kurki zaburzał mu rytm wyobrażeń. Niekiedy chwilowo wytrącał z równowagi.
– Czemu nic nie mówisz? – zapytał sierżant. – Jacek?
– Słucham? – rzucił nerwowo wyrwany z zadumy komisarz.
– Cze-mu nic nie mó-wisz, do kur-wy nę-dzy, jak py-tam? – wypowiedział słowa sylabami.
– Rozważam, jak te młode siksy mogą łazić wczesnym rankiem do parku… – Jacek wskazał palcem na zegarek. – O proszę, siódma trzydzieści dwie. Bez świadomości, jak mawiał mój ojciec „licho nie śpi”. Ich faceci to cioty. Przy takiej młodej kobiecie włącza się instynkt ojcowski na jakieś osiemdziesiąt procent. Powoduje to, że sprawdzasz, czy przed wyjściem założyła rękawiczki, czy zdążyła wypić herbatę. Całujesz w czoło, w dłonie, a to lubi najbardziej…
– A ona? – przerwał Damian.
– A ona odwraca się do ciebie nad ranem jędrną dupcią, kuląc się w twoich ramionach. Zsunięta z jej piersi kołdra dodaje takiego wigoru, że czujesz się na tyle samo lat co ona. – Jacek wyobraził sobie kasztanowe włosy żony, falujące na jej piersiach, kiedy naga porusza się na nim.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taki romantyk? – Poczuł kłujący śmiech Damiana w uszach.
– Spierdalaj, Kurka – burknął komisarz. – Przypominam ci, że to ja jestem najlepszym poszukiwaczem takich miejsc parkingowych, w które dasz radę się zmieścić. – Uniósł palec wskazujący. – Dam radę zmieścić się w każdą wąską szczelinę. Po długich równiutkich, równiusieńkich pasach do celu
– Tylko pamiętaj, przyjacielu, że te nitki leżą równolegle, a nie pod kątem. – Sierżant skręcił w aleję drzew. Zatrzymał się na poboczu i ustąpił miejsca kierowcy.
Mongiałło szybkim krokiem podążył w stronę otwartych drzwi, obejmując dowodzenie.
– Z moim doświadczeniem te nitki mogą wskazywać nawet przejście dla pieszych – warknął.
– Nie wątpię – szydził sierżant. – Parkuj, tygrysie, masz wolne. – Wskazał palcem miejsce między oplem a fordem.
Mongiałło obrał kurs „do przodu”, mijając oba wskazane samochody. Zatrzymał się w odpowiednim miejscu na wysokości lusterka i ruszył z impetem w tył, skręcając mocno kierownicą. Był w trakcie wykonywania manewru, gdy powiedział:
– Idealne parkowanko bez stękania, kręcenia i zbędnego pierdolenia.
Zatrzymany szarpnięciem doprawił parkowanie, wciskając intensywnie pedał hamulca. Nie zatrzymał jednak dobiegającego do wnętrza huku.
– Rewelacja! – krzyknął sierżant. – Ty to masz bracie wyczucie. Nie jedną pannę to posunięcie odholowałoby na księżyc. – Śmiechem wprawił ciało w drgania, przez co z trudem wypiął się z pasa. – Kiedyś oglądałem taką muzyczną kreskówkę, gdzie pewna Peggy tak odbiła się od ziemi, że znalazła się w kosmosie, a jej ukochany wył co nockę.
– Masz jeszcze jakieś zbędne mądrości? – Mongiałło spojrzał złowieszczo. – Wysiadaj, ocenimy straty.
Skierowali się na tył auta. Spora bryła zamarzniętego śniegu odcisnęła piętno na zderzaku, tworząc wklęśnięcie, z którego wydobywała się pajęczyna pęknięć.
– Nietęga twoja mina, komisarzu. Ubezpieczenie pokryje straty, nie masz się co zasępiać, bo robota czeka – pocieszał Damian.
– Nie mam ubezpieczenia. – Mongiałło schował ręce do kieszeni, a głowę wtulił w kołnierz.
– OC? – zdziwił się sierżant. – Jak można być takim durniem? – skwitował śmiechem. – Będziesz bulił.
– Czy już ci nie mówiłem, żebyś spierdalał? – Komisarz zmrużył oczy.
– Właśnie zamierzam to zrobić.
Ruszyli do parku, usiłując pokonać lodową taflę, nieobsypaną żadnym wspomagaczem. Wykonali kilka podwójnych „tulupów”, wspierając się wzajemnie o rękawy kurtek. Szukali większej przyczepności, kierując nieprzystosowane do zimy sportowe buty na pobocza parkowej drogi. Po kilku wygibasach udało się postawić stopę na suchym lądzie i złapać równowagę. Przyspieszyli kroku, nadrabiając tempem poranne pogaduchy. Ustanowili za cel dyskutującą ze sobą gromadę ludzi, rozdzieloną na grupki tematyczne. Dokonali segregacji na medyków, policjantów, świadków i gapiów. Za priorytetowe uznali stworzenie własnego zdania na podstawie weryfikacji śladów. Ominęli bez słowa ludzkie przeszkody stojące na drodze, wznosząc chlubnie legitymacje. Dotarli w bajzel dowodów, znaczących i nieznaczących szpargałów dalszych postepowań.
Czerwone nici wytapiały w bieli wąskie korytarze. Krzepły z zimna i ciemniały. Połamane gałęzie wygniotły gładkość bieli. Jacek zatrzymał wzrok na żółtych płatkach jaśminu.
– Kwitnący zimą… – szepnął.
Wskazującym palcem dotknął ułamanej gałązki. Spojrzał na zgubioną w śniegu szminkę. Czerwony wosk odłamał się od obudowy. Śledził aleję rozrzuconych przedmiotów do miejsca, skąd je wysypano. Rozpięta torebka rozprzestrzeniła zamęt, w którym nie potrafił się odnaleźć. Poczuł na kolanie chłód. Materiał jego jeansów ściemniał.
– Kurwa mać! – stłumił krzyk, zaciskając zęby.
Nieświadomy, że klęczy, poderwał się gwałtownie, usiłując zrzucić z kolan mieszankę śniegu, błota i krwi. Spojrzał powtórnie na złamaną pomadkę i pomyślał o czerwonych ustach żony. Zanurzył umysł w przeszłości. Odgrzał w pamięci jej umalowane wargi, które muskały policzki, zostawiając czerwone ślady. Poprosiła go wtedy o kilka zdjęć przypiętych do tej pory magnesem do lodówki. Wspomnienie uniosło w uśmiechu kącik ust Jacka. Wykonał w myślach pomiary, badając odległości leżących przedmiotów. Każdy ze szczegółów zapamiętywał powolnym ruchem powiek.
– Co masz? – Zwrócił się do stojącego za nim Damiana, nie odrywając wzroku od krwawych śladów.
Sierżant skinął głową w stronę posiwiałej, jednak nie całkiem starej kobiety.
– Znalazła ofiarę.
– Kudyba?
– Co? – Sierżant uniósł brwi. – Skąd ci to…
– Widziała go? – przerwał.
– Komisarzu, nikt nikogo nie widział – powiedział. – Znalazła dziewczynę. To tyle. Sam ją rozpytaj.
Wąska ścieżka uniemożliwiała wjazd karetki do parku. Najbliższym miejscem, gdzie mógł zaparkować kierowca, był niewielki plac osłonięty zaroślami. Biała powłoka wyłaniała błyszczące ślepia przednich świateł. Obok bardziej widoczny radiowóz. Grupka policjantów przemykała między prześwitami oszronionych patyków.
– Ty do karetki… – zamyślił się Jacek – a ja do tej baby. Ustal, co tam się stało.
– Tak jest, panie komisarzu – zareagował Damian.
– Cze…czekaj… Pamiętaj… mało pisania – dodał.
Starszy posterunkowy, który był obecny na miejscu, trzymał w dłoni notatnik. Kolistymi ruchami zapisywał to, co przekazywała mu potwierdzająca. Z uwagą wypowiadała słowa, ukrywając w powolnych ruchach ręki zdenerwowanie.
– Spadaj, młody. – Mongiałło wskazał ruchem głowy drogę posterunkowemu.
Ustawiwszy się naprzeciwko kobiety, odwrócił głowę w lewo. Jego wzrok przykuł nerwowy krok Kurki podążającego w jego stronę. Komisarz poczuł ucisk w brzuchu. Zrobił kilka kroków w przód, omijając świadka. Zmarznięte chaszcze odsłoniły wnętrze karetki, prezentując leżącą na noszach postać. Przyspieszył kroku. Nerwowo skubał skórkę kciuka.
– Jacek…! – Sierżant zatrzymał go, chwytając mocno za kark. Oparł swoje czoło o jego. – Nie idź tam!
Mongiałło wyrwał się z uścisku przyjaciela. Ruszył do ambulansu. Impulsywnie zmienił szybki krok w bieg.
– Jacek! – zawył przeraźliwie Kurka.
Silnik pojazdu zawarczał. Ratownik zamykał drzwi. Przez powolne jego ruchy komisarz zdołał zajrzeć do wnętrza. Spod metalizowanej płachty wysypywały się kasztanowe włosy jego żony. Poczuł gorąco w nogach, na policzkach, przez chwilę w całym ciele. Zabrakło mu tchu, by biec dalej. Opadł ciężko na kolana, łapiąc łapczywie powietrze. Otrzeźwił go dźwięk otrzymanego esemesa. Sięgnął do kieszeni spodni i podświetlił ekran telefonu. Spoglądając na pulpit, uniósł wysoko brwi. Przeczytał wiadomość kilka razy, doszukując się w niej pomyłki lub żartu. Ściskał obudowę. Zdrętwiał.
Kurka dobiegł do niego. Wyszarpał ze sparaliżowanej ręki komórkę:
– „Miałem twoją żonę. Słodką ma cipkę” – przeczytał.
Korony drzew skrywały parkową ławkę w cieniu. Długie włosy filigranowej blondynki wklejały się w lepką skórę. Bezskutecznie próbowała zaganiać ich jasne nitki w kucyk. Od płaczu piekły ją oczy. Łzy kumulowały się na szpiczastej brodzie, odrywając się i zwilżając dekolt niebieskiej sukienki. Wstyd mieszała na przemian ze złością. Pozwoliła na to. Naiwność przesłoniła zdrowy rozsądek. Wyjęła paczkę papierosów z torebki i drżącą dłonią skierowała jednego do ust.
– Nie odpalę – wyszeptała ze łzami.
Zaciągnęła się głęboko dymem. Zamknęła oczy, delektując się zapachem papierosa zmieszanego z lekkim wiatrem kołyszącym liśćmi drzew.
– Wszystko w porządku? – usłyszała.
Otwierającym oczom ukazała się wysoka postać kobiety z szalenie modną blond fryzurą.
– Słucham? – zapytała.
– Czy w porządku? – Kobieta wskazała dłonią parkową uliczkę. – Przechodziłam i zauważyłam, że płaczesz…
Róża wlepiła w nią wzrok. Zastygła, obserwując zmieszanie na twarzy kobiety. Wyglądała, jakby nie do końca zrozumiała znaczenie jej słów, ale dokładnie się w nie wsłuchiwała.
– Przepraszam, pójdę… – Nieznajoma ruszyła drogą.
– Nie… jest w porządku – zatrzymała kobietę.
– Umiem pomagać.
– Pomóż mi, proszę. – Róża skryła twarz w dłoniach, potęgując płacz. – Zakochałam się. Na śmierć i życie. Na zabój. Można tak powiedzieć. Wszystko bym za to oddała i wszystko bym dla tego zrobiła. – Chciała wycofać się z tej opowieści, bezskutecznie kierując myśli na inny tor. Jednak innego toru nie było. Znalazła natomiast drogę w środku usychającego, jesiennego lasu, który wiele razy zaprowadził ją w te miejsca, w których nie chciała być, a jednak tajemniczość ukrytej za rogiem ścieżki pociągała. Tym razem będzie inaczej, tym razem zdecydowała, że to wszystko już więcej nie powróci, kiedy przywoła raniące slajdy i utnie łeb wyobrażeniom…
Szkolny korytarz świeci pustkami po tym, jak dzwonek wezwał uczniów na lekcję. Wpadam, co nie jest tu przesadzonym wyrażeniem, w wąską uliczkę krzeseł i stołów. Zasiadam w szkolnej ławie, opanowując rozszalały oddech. Kładę dłonie na blacie, dopasowując ich kształt do płaskiej powierzchni. Łapię równowagę, mimo że siedzę. Rozglądam się, szukając czarnego plecaka. Brak książkowego pakunku wprawia mnie w niepokój. Wstaję, zaglądam nad horyzont ławek. Nigdzie, ale to nigdzie nie ma. Panicznie obracam głową na boki. Rzucam do nikogo, w zasadzie tak w przestrzeń:
– Gdzie jest mój plecak?
Aneta obraca się w moją stronę. Łypie borsuczymi, krzywymi ślepkami, tak jakoś z pogardą. Fałszywym uśmiechem potwierdza, że wie, gdzie on jest.
– Tomek zabrał wszystkie z korytarza… twojego chyba nie wziął…
Nie czekając na koniec jej parszywej wypowiedzi, wybiegam na korytarz i staję w osłupieniu. Oparty o ścianę, pozostawiony w samotności z postępującą skoliozą, pozostał tylko on. Zaciskam zęby, żeby nie zawładnął mną płacz. Stoję w bezruchu, wstrzymuję szalejące myśli. Dlaczego? Z powodu ubioru, urody, humoru? Dlaczego? Zrozumiem za jakiś czas, że opalona papierosami, zbrązowiała morda z zieleniejącymi implantami, z tą mikrogłówką pozbawioną mózgu, jest skazana z natury na głupotę i brak perspektyw na życie. Ta przygłupia Aneta robi to wszystko, bo jest zakompleksionym intelektualnie i wyglądowo gównem, które wspiera się na duchu jedynie szyderstwem. Nie będę tu płakać, choć wyć mi się chce przeogromnie. Wachluję oczy powiekami. W głowie huczy. Co huczy? Złość. Jak można być takim ścierwem? Jak można wymóc na Tomku, żeby zostawił tylko mój plecak? Jak można być takim Tomkiem, żeby tak zrobić? Chwytam pakunek i zarzucam na plecy. Odwracam głowę w stronę otwartej klasy. Oddaję ostatnie spojrzenie na szyderczo uśmiechniętą Anetę, kierując w jej stronę ostatnie pożegnanie:
– Baju baj, brzydalu…
Odchodzę w kierunku wyjścia, rezygnując we własnym mniemaniu z edukacji przysparzającej mi strapień. Przemykam, nie dając się złapać na gigancie. Uwalniam własną osobę z ograniczenia bycia sobą, gdzie granice wyznacza czyjś feler w urodzie i mózgu. Lubię oddychać pełną piersią, tym powietrzem ocenianym jako świeże. Słońce zagląda mi w twarz tak głęboko, że mrużę piekące oczy, które zbyt długo wstrzymuję od płaczu. Letni powiew oplata blade uda i wbrew mojej woli chce wejść pod uległą sukienkę. Wzbraniam jej frywolnego tańca na wietrze i strofuję opuszkami kwiecisty materiał. Kroczę zdecydowanie, lecz w zgryzocie bieżących wydarzeń. Zbieram na łydkach kurz. Delektuję się suchością ciepłego powietrza. Uciekam, by czmychnąć publicznym środkiem transportu w uwielbiane miejsce. Wpadam w trans na każdym zakręcie, przy każdym szarpnięciu. Uwagę skupiam na umykających za szybą obiektach. Stronię od ludzi, bo we wnętrzu leczę jeszcze to poharatanie. Trzymam niestabilność w pułapce niewielkiego ciała, pozwalając na obijanie wnętrzności. Otwarte drzwi tramwaju wyzwalają mnie z powrotem do wolnego świata. Teraz się spieszę, spragniona ukojenia w romantycznym widoku. Lecę, usiłując zastąpić chęć ryczenia tęsknotą za bezpiecznym areałem, choć niedużym, intymnym i tylko moim. Za miejscem będącym wielkości mojego pokoju z wysoką trawą, z którego wystaje tylko głowa. Mikropolana zamknięta w ustroniu drzew i krzewów, tak by docierało tam jeszcze słońce. Ulegam jednak pokusie siedzenia, żeby nie stracić horyzontu porośniętego tatarakiem, którego liście drażni nurt Odry. To takie miejsce za wyższą uczelnią, gdzie zachłanny spaceru możesz zdobyć je wałem. Oślepia mnie słońce.
– Wagary?
Ten głos taki znajomy wprawia mnie w zdumienie. Daszkiem z dłoni robię cień oczom.
– Marek? – badam postać, próbując otrząsnąć się z szoku.
– Zły dzień? – pyta zaniepokojony, lecz odgaduję w tym jakąś nieszczerość.
Odnoszę wrażenie, że od tej pory, kiedy tak stoimy naprzeciwko siebie, będziemy porozumiewać się jedynie pytaniami.
– Skąd znasz to miejsce? – Niepokoję się jego obecnością. Znowu usłyszałam w głowie ten śmiech. Znowu widzę, jak szydzi ze mnie. Taka we mnie wzbiera złość, że nie wiem, czy go uderzyć, czy rozmawiać. Krzyczę w środku i zabraniam mu mnie krzywdzić. Nie teraz… nie teraz, gdy już jestem taka rozbita. – Nie chcę cię tu, rozumiesz, że nie chcę? Nie chcę, żebyś mnie skrzywdził.
– Skąd taka pewność, że to przypadkowe spotkanie ma na celu skrzywdzenie ciebie. Skąd ta złość na mnie?
– Nie udawaj i nie zamazuj wspomnień. Nie przekonuj mnie do swojej autentyczności, nie każ mi ufać temu, że to spotkanie jest przypadkowe. Chcesz mi przypominać te męki, obsypywanie piaskiem i plucie na mnie? Chcesz mi jeszcze wspaniałomyślnie dojebać? Wciąż słyszę w głowie twój śmiech, ale nie jeden, nie dwa, lecz wiele razy.
– Chcesz, to wierz i siadaj albo nie. Nie jestem tym samym człowiekiem. Nie jestem rozkapryszonym dzieckiem. Nigdy więcej nie będę tym chłopcem, który chciał cię poderwać na końskie zaloty.
Wpatruję się w niego. W tego Marka uganiającego się za Justyną, stojącego teraz w tych chaszczach, frontem do mnie. Oglądam go uważnie, przemierzając każdą bruzdę na jego twarzy, skupiając się na ruchu jego warg.
– Będę studentem, przyszedłem się rozejrzeć po okolicy.
– Ale to moje miejsce! – protestuję.
Obczajam tę jego facjatę bez pozwolenia sobie na spuszczenie wzroku. Obecność Marka przypomina mi piekące od piasku oczy i obrzydliwość śliny spływającej po czole. Wpatruję się w usta, przez które nie przeszło nigdy przepraszam czy wybacz. A teraz ten sam gość, wysoki brunet o ciemnych oczach, którego imię nie podoba mi się wcale, stoi na moim azylu, wtopiony w kurtynę kołyszącego się tataraku na horyzoncie. On marzył mi się nocami, choć był wrogiem.
– Jeszcze piwko przyszedłem wypić – mówi, goszcząc się w miękkim, zielonym posłaniu. Obiło mi się o uszy kiedyś, że miał problem z alkoholem. A teraz, jakby to uleciało z pamięci. – Napijesz się ze mną? – pyta, lecz widzę tylko jedną puszkę w jego ręku.
– Jestem nieletnia, jeszcze przez jakiś czas – otrząsam się i kwituję stanowczą połową zdania, a drugą ujawniam niepewność.
– To łyka weźmiesz – odpowiada, otwiera puszkę i podaje mi trunek. – Pani pierwsza…
Dziwacznie się czuję, siadam niepewnie. Odkładam uratowany plecak. Odwraca się do mnie, podpiera na łokciu i patrzy jakoś tak, jakby już pił od rana. Mruży oczy i przygryza wargę. Za chwilę się uśmiecha. Coś w nim jest uroczego i mało z wroga. Ogarnia mnie takie przyjemne ciepło, rozluźniające usztywnione ciało. Chwilę milczymy i chwilę rozmawiamy.
– Dobra, to łyka wezmę. – Sięgam po puszkę.
– Zaskoczyłaś mnie tym spotkaniem – odgarnia niesforny kosmyk z mojego czoła. – Jestem zdziwiony, ale nie rozczarowany.
Nie chcę mówić ani milczeć. Mam obawy co do tego, jak się zachować. A zachować się chcę, żeby znów nie kpił ze mnie.
– Jaki wybrałeś kierunek uczelni? – pytam, lecz nie odpowiada. Przysuwa się i obejmuje mnie ramieniem.
– Mam chęć bycia blisko ciebie.
Odwracam się z zaciekawieniem, usiłując odpowiedzieć sama sobie z jego wyrazu twarzy i oczu. W rozważaniach szczypię ciało, aby obudzić się z niedorzecznego snu. Myśl, że w moim oddechu czuć piwo, usztywnia mnie na nowo. Marek oblepia wzrokiem moje zwilżone językiem usta. Wręcz nachalnie je obserwuje. Jest bardzo blisko. Chwyta mnie za głowę, wplątując palce we włosy. Trąca koniuszkiem języka górną wargę, po czym kładzie swoje wargi na moich. Bez ostrzeżenia wpycha język do ust, szukając mojego języka.
– A Justyna? – zaciągam się jego oddechem.
– Justyny już nie ma…
Całuje mocno, szybko, by potem zmniejszyć tempo i nasilenie. Wkłada ręce pod bluzkę, nie przekraczając granic. Oplatam dłońmi jego szyję. Proszę się o więcej, więc leżymy, całujemy się, by znów całować się i leżeć na sobie, obok siebie. Łaskotanie w brzuchu zawstydza mnie i podnieca, tak naraz. Są chwile, kiedy odpycham go od siebie, przynajmniej próbuję. Smak śliny zachęca do zwierania ust i mimo to zbieram się jednak na stanowczość i odpieram jego ciężar. Wstaję. Biorę pakunek i szybkim krokiem opuszczam azyl.
– Róża, zaczekaj! – krzyczy. – Pozwól się odprowadzić!
– Nie chcę! – protestuję.
– Gdzie mieszkasz?
– A ty? – pytam.
– W tym samym miejscu, gdzie kiedyś. – Jego odpowiedź wprawia mnie w osłupienie. Odległość tego punktu do mojego domu jest bardzo bliska, a mimo to po latach spotykam go w zupełnie innym miejscu.
Dzieli nas już dobre kilkanaście metrów. Nic już nie krzyczę, nic nie odpowiadam. Szykuję się do ucieczki. Tak się wlekę, jakbym chciała wysłać sygnał, żeby dalej mnie zaczepiał. Rozum jest subtelny i umiarkowany, ale analizuje niepotrzebne pod wpływem emocji całowanie. A można było to zatrzymać i gadać o studiach i uczelni. Nawet nie wiem, kiedy się zaczęło i tak nieświadomie pozbawiło mnie kontroli? Po którym to było zdaniu? Serce jednak nieposkromione… gwałtowne, bije szalenie, bez wgryzania się w sumienie, bez czynienia sobie wyrzutów.
– Daj, chociaż numer! – wydziera mnie z zamyślenia. Przerywa mentalną fascynację i rozgania motyle z brzucha.
Oddalam się od niego. W marszu ściągam plecak, wypakowuję zeszyt z długopisem. Kucam na chodniku i bazgrolę, trzymając notatnik na kolanie. Zgniatam papier w ręku i rzucam bilę przed siebie.
– Masz. – Odwracam się i przyspieszam kroku. – To za mój pierwszy pocałunek – dodaję w myślach.
Tracę grawitację. Idę lekko, niemal płynę. Materiał sukienki muska mnie po nogach. Oddech przyspiesza, bo przekładam to muskanie na jego dotyk. Roję, że dłoń Marka szwenda się nie tylko po moich udach, ale zaczyna dotykać ramion i piersi. Obawiam się, że ten lekki zawrót głowy nie wynika tylko z upojenia piwem, ale jest wynikiem „pocałunkowego” ferworu. Fanatyzm oślepia mnie nie tylko we wnętrzu. Klakson samochodu przywraca zmysły. W zachwycie bieżących wydarzeń lezę jak krówsko, wprost pod jego koła. Ktoś szarpie mnie za ramię i odciąga do tyłu.
– Dziękuję. – Wyrywam się z uścisku.
– Nie ma za co – odpowiada spokojnie głos.
Silę się na złapanie równowagi i skupienie czujności na jegomościu. Łapię najpierw dobytek, potem ustawiam siebie do pionu. Daję sobie chwilę na wzrokowe ogarnięcie jego postaci. Nic ciekawego. Chudy, niski. Za bardzo blondyn. Bo ja lubię takich akurat ani za jasnych, ani za ciemnych.
– Wiesz, gdzie może są tu jakieś masaże?
– Nie mam pojęcia. – Szykuję się do odwrotu.
– A może porozmawialibyśmy w jakiejś bramie? – pyta niepewnie, wskazując mi drzwi wejściowe jednego z budynków.
– W bramie? A co… nie możemy porozmawiać tutaj? – dopytuję oburzona. Marszczę brwi, unoszę lekko rękę, jakbym chciała wygrażać mu pięścią.
– Nie o taką rozmowę mi chodziło. – Stoi chwilę nieruchomo, badając moją reakcję. – Chodziło mi o to, żebyś popatrzyła…
– Popatrzyła? Na co? – Nic mądrego, a nawet głupiego, nie przychodzi mi do głowy.
– Na mnie. Na mojego fiuta. Jak sobie zwalę. Rozumiesz to? – odpowiada wyraźnie poirytowany. – Zapłacę dwie dychy, jeśli nie będziesz odwracać wzroku.
Teraz to mnie gość zdetonował. Wryta w ziemię zastanawiam się, czy on mi się na tyle podoba, żebym mogła mu w tej czynności jakoś dopomóc. Powątpiewam w jego prośbę, nie dlatego, że wydaje mi się anormalna, a raczej dlatego, że chyba nie ma w naszym promieniu na tyle nieodpowiedzialnej postaci, by wejść z nieznajomym do bramy i przyglądać się temu lubieżnemu aktowi. Parskam śmiechem, zastanawiając się, czy jednak taka figura się znajdzie?
Plastikowe krzesełka szpitalnego korytarza gościły kobietę, której wiek trudno byłoby określić, gdyby nie towarzyszyła jej nastoletnia córka. Czarne, długie włosy, wygładzone imponująco, wyszczuplały jej twarz. Komisarz zatrzymał wzrok na wysokich, ciężkich butach. „Metalówa się, kurwa, trafiła” – pomyślał. Szedł zdecydowanie, głośno. W cieniu jego pleców krył się sierżant Kurka.
– Sto siedem – powiedział.
Mongiałło błądził wzrokiem od drzwi do drzwi, szukając właściwego numeru. Mruczał pod nosem, czasem chrząknął. Od wejścia do pokoju sto siedem dzieliło go trzydzieści metrów, ale szedł jak przez wieczność. „Metalówa” zaczepiła go wrogim spojrzeniem.
– Wal się – wypalił do niej.
Kurka gwałtownie chwycił go za ramię. Komisarz zareagował natychmiast. Odchylił się i z zamachem próbował „zdjąć” sierżanta zaciśniętą pięścią. Szybszy i młodszy obezwładnił napastnika, kładąc go na podłogę z delikatnością i szacunkiem należytym dla stopnia. Pochylił głowę ku jego twarzy i zapytał:
– Spokój będzie?
Mongiałło odklepał trzy razy w podłogę. Kurka rozluźnił uścisk, czekając niepewnie na odwet, odsuwając się zapobiegawczo na pół metra. Wyciągnął ku niemu rękę.
– Spierdalaj – warknął komisarz.
Sierżant spojrzał na kobietę z córką, usiłując przeprosić skinieniem głowy. Z ust nastolatki wyszedł napęczniały, różowy balon, który osiągając dojrzałość w pełni, pękł.
– Bydło – skwitowała „Metalówa”.
Podniósłszy się z kolan, Jacek stanął twarzą w twarz z oczekiwanym numerem. Ani drgnął. Kolana dały odczuć ciężar. Grawitacja zdawała się większa. Ciśnienie krwi wariowało, powodując temperaturowy rollercoaster. W pewnym momencie zgubił się w odczuciu, czy w tej chwili jest mu zimniej, czy bardziej gorąco. Zadrżały ręce. Oparł dłoń o błyszczący laminat nowiusieńkich drzwi pokoju i przyłożył ucho do zimnej płyty. Ani szmeru. Może nie ten pokój, może nie ma jej tam? Cisza przyspieszyła oddech.
W świetle jarzeniówki Kurka dostrzegł, że włosy komisarza, jakby mniej połyskują, a nawet są poprzecinane większą ilością białych nitek niż zazwyczaj. Siwy kosmyk opadł mu na czoło, przykrywając oblicze budzącej się troski. Jego dość muskularne ciało naprężyło materiał koszuli. Mimo postawnej postury Kurka zauważył, że mężczyzna zmarniał. Skulił się w sobie, zamykając tym samym we wnętrzu strach, którego bał się uzewnętrznić. Zobaczył w nim uczucie bólu, który blokuje krok w przód, ale też nie pozwala się cofnąć.
– Zawołam lekarza – zaproponował sierżant.
– Nie potrzebuję lekarza, żeby tam wejść – odpowiedział.
Lekko po czterdziestce, impulsywny i narwany. Stał oparty o drzwi, zdyszany jak biegacz po setce. Fale myśli napływały mu do głowy, piętrząc się przy pytaniu: dlaczego? Z każdym oddechem bardziej obwiniał siebie, że mniej kontrolował, że mniej wiedział, a powinien wiedzieć wszystko. Powinien… Co powinien? Powinien otoczyć silnym ramieniem. Wyznaczyć granice. Zabronić wychodzić i kazać wracać na czas. Powinien był sprawdzić lokalizację w aplikacji swojego telefonu, pozyskać tę wiedzę, że w poniedziałek o godzinie siódmej trzydzieści nie ma jej w domu. Powinien wiedzieć, że leży na śniegu otulona bałaganem własnych szpargałów, wysypanych z niezamkniętej torebki, krwawiąc na topniejący śnieg. Ba. A nawet pojawić się jak superbohater, zanim ktoś skrzywdził to ciało, które uważał za delikatne i piękne.
– To twoja żona, nie córka. – Sierżant odczytał jego myśli.
To była zwykła interwencja, kiedy zniechęcony został wysłany z patrolem krawężników do zgłoszenia. Studencka, zbyt głośna impreza. Zobaczył ją z progu. Kręcone, kasztanowe włosy, falowały w rytm muzyki. Ona jedna tańczyła, kiedy weszli do domu.
Odważna – pomyślał. – I młoda.
Wyrwał kartkę z notatnika, nabazgrał nerwowo i wcisnął jej w rękę bez nadziei, że zadzwoni. Zadzwoniła. Zarówno wtedy, jak i teraz czuł ten sam zawrót głowy. Co zepsuł? Jego niepohamowana zazdrość i pielęgnowana obsesja, że przez moment, nazwany przez nią jedynie przecinkiem w życiu, był ten siedzący przy barze, z wyrysowanymi rękami, palący papierosa, mężczyzna z facebookowego zdjęcia. Rywal, którego on sam w swojej głowie stworzył.
Obudzony z kołyszących myśli, chwycił za klamkę, a ku jego zdziwieniu drzwi okazały się zamknięte.
– Krysia, jesteś tam? – zawył. – Krysieńka, otwórz. Wszystko mi opowiedz. – Oparł dłonie o drzwi i próbował wepchnąć je do wnętrza.
– Jacek, zawołam lekarza. Może jej tam nie ma – uspokajał sierżant.
– Co kurwa nie ma? Kryśka, otwórz te drzwi! W tej chwili otwieraj! – Uderzył pięścią tak, że połyskujący laminat popękał w miejscu wgniecenia. – Daj mi wejść. Obronię cię. Krystyna, daj mi wejść!
Sierżant usiłował odciągnąć go od drzwi, chwytając w mocnym uścisku jego ramię, ale ręka Mongiałło wyślizgnęła się spomiędzy jego palców. Impuls pchał go do przodu, wkładając do ust coraz głośniejsze, niekontrolowane słowa:
– Kryśka, otwórz te drzwi. A może ci się podobało? Może chciałaś? Chciałaś, przyznaj się! – krzyczał. – To był on? Tak? Z nim się pierdoliłaś na tym śniegu?! Przyznaj się, Krystyna, że to z nim było!
Kurka rozejrzał się po korytarzu nerwowo. „Metalówa” z córką zniknęły, a głos komisarza rozchodził się echem, coraz głośniejszy i bardziej histeryczny:
– Szmato. Jesteś nikim. Otwórz te drzwi i miej odwagę powiedzieć, jak ci było z nim, dobrze! – odgrażał się.
Kurka wsunął się między drzwi a komisarza. Położył dłonie na jego piersi i odepchnął z całej siły. Spojrzał w stronę przeciwnika i spokojnie, ale stanowczo powiedział:
– Nie prowokuj mnie. Usiądź i zaczekaj na lekarza. Przestań drzeć ryja, bo ani twojej żonie, ani nikomu innemu nie jest w tej chwili do śmiechu. Usiądź na dupie i siedź, a jeśli jeszcze raz ją obrazisz, przerysuję ci mordę o posadzkę. – Splótł dłonie i strzelił kostkami.
– Z tobą też się pierdo…
Zdanie uciął mocny cios wymierzony w twarz komisarza. Wzrok na moment stracił horyzont, głowa odskoczyła do tyłu, powieka zabarwiła się na kolor śliwki, a łuk brwiowy rozszedł na dwie części, wypuszczając harmonijnie osocze. Mongiałło schował twarz za pięści i przygotował gardę do kontrataku.
– Kim pan jest?! – Głos dobiegał z końca korytarza. – Kim pan jest? W tej chwili proszę opuścić ręce. Powariowaliście? Wypierdalać z mojego oddziału! Tu jest pacjentka. Kim pan jest?!
– Mężem – zasapał.
– Co tu się stało? Będziecie się tu bić? Rozumiem, mąż i kto? – zapytał lekarz.
– Chuj cię to obchodzi – warknął Mongiałło. – Otwórz te drzwi!
Niewysoki, nie starszy, aczkolwiek łysiejący lekarz, sięgnął do kieszeni. Na klawiaturze telefonu wystukał 997.
– Policja zaraz tu będzie – powiedział nerwowo.
Kurka złapał go za nadgarstek i wyciągnął z drżącej dłoni telefon.
– My jesteśmy policja – powiedział bardzo spokojnie. – Kolega przyszedł odwiedzić żonę. Proszę otworzyć te drzwi. Nie będziemy się bić, podnosić głosu. Sprawdzimy, co u niej i grzecznie pójdziemy.
– Nie – powiedział kategorycznie.
Komisarz chwilę przyglądał się jego topniejącej pewności. Lekarz uciekł wzrokiem, szukając wsparcia w sierżancie. Uniósł brwi i zamarł w bezruchu. Szpitalne światło oraz biały kitel malowały na jego twarzy coraz większą bladość.
– Ale nie, bo nie? – zapytał zdziwiony Kurka.
Lekarz rozchylił usta, szykując się do odpowiedzi. Mongiałło chwycił w dłonie kołnierz jego kitla.
– Nie, bo kurwa, nie?! – wrzasnął i odchylił głowę, ustawiając odpowiednio jej kąt do wymierzenia strzału w twarz lekarza.
Bokserski taniec przerwał szczęk zamka w drzwiach pokoju. Kurka odwrócił się gwałtownie. Komisarz stał bez ruchu, trzymając w uścisku fartuch lekarza. W progu ukazała się postać w lnianej, poszarzałej koszuli. Stała boso. Na skroni rysował się czerwonosiny krwiak. Z rozchylonych ust przebijał uszczerbek w uzębieniu. Rękaw odsłaniający ręce prezentował liczne siniaki. Lniana koszula zakrywała trzy czwarte zgrabnych, szczupłych nóg. Krysia stała w niewielkim rozkroku. Chwiejnie. Długość materiału skryła strużkę krwi, tworzącą nurt przez udo, łydkę, a zasychającą na kostce. Mongiałło wypuścił materiał z rąk. Otworzył szeroko usta w zamiarze wypowiedzenia czegokolwiek.
– Było mi wspaniale… – Rozchyliła spękane wargi, poruszając szwem spinającym białą i czerwoną powierzchnię. – Wspaniale – powtórzyła i osunęła się na ziemię.
Mongiałło podbiegł do żony. Uniósł na ręce jej drobną, krwawiącą postać i ostrożnie ułożył na szpitalnym łóżku.
Kurka chwycił komisarza za rękaw koszuli i odciągnął od nieprzytomnej Krysi, kierując jego postawną sylwetkę do wyjścia.
– Dowiedziałeś się, jak żona się czuje? – zapytał. – Nie przeszkadzaj teraz i daj pomóc sobie i jej.
Mongiałło potwierdził skinieniem głową i powoli wycofał się na korytarz. Obleciał go strach, gdy wrócił rozum. Dotarło, że sam ją skrzywdził, mimo że chciał chronić. Pozwolił, bo tak to przedstawił samemu sobie, bo to on musiał pozwolić lekarzowi zająć się jego żoną. On zaś układał w głowie kolejne scenariusze, w których główną rolę przydzielił Krystianowi Kudybie, który był jej chłopakiem przez pół roku. Szli z uniesionymi głowami szpitalnym korytarzem, pewnie i głośno, w otoczeniu różnych myśli, z misją, której nie można umorzyć. Komisarz przystanął na moment, sięgając do kieszeni spodni po telefon. Zaznaczył palcem na ekranie wymyślny kod i odczytał powtórnie esemasa. Uniósł głowę i zatrzymał, by móc dać sobie czas na zastanowienie. „Dorwę cię, chuju” – odpisał.
Kremowy kolor ścian, przełamany elementami szarości, zacierał wrażenie lekarskiego gabinetu. Kawowy stolik oddzielający dwa dość wygodne, skórzane fotele tworzył dystans między pacjentem a jego psychologiem. Róża wkomponowana w miękką tapicerkę usiłowała skupić uwagę na „kiedyś”, wyciągając wybiórczo życiowe zdarzenia, których wstydziła się najmniej. Czuła lęk przed mówieniem całej prawdy, bo we własnych oczach widziała porażkę w tym, że na wszystko zgodziła się sama. W swojej naiwności uwierzyła w dobrą miłość, która wbrew oczekiwaniom odsłoniła jej intymność postronnym.
– Czemu tak się stało? Czemu ludzie chcą być lepszymi, niszcząc innych? – zapytała blondynki z szalenie modną fryzurą.
Łzy popłynęły po rozgrzanych policzkach. Podniósłszy wzrok, zobaczyła szklane oczy psycholożki.
– Płaczesz?
– Żal mi cię. To takie nieprofesjonalne – odpowiedziała.
– Obie jesteśmy nieprofesjonalne. – Róża sięgnęła po filiżankę z kawą. – Zakochałam się, zwariowałam, mogłabym dać się zabić za taką miłość… wtedy… – Ucięła zdanie w połowie.
– Chcesz dziś pomilczeć?
– Chcę mówić, ale wstyd mi. Co daje przywoływanie wspomnień? Udrękę.
– Udręka… – Blondynka uniosła brwi. – Co to znaczy?
– Obrazy w głowie, które tulą mnie do snu i budzą rano. Moje myśli lub myśli innych ludzi. Kiedy jestem przeniesiona do tamtych chwil. Ach… przeżywam kolejne scenariusze.
– Jeśli miałoby być jakieś „gdyby”…
– Tak… byłoby – przerwała jej Róża.
– A co z zemstą? Zmieniłabyś to? – Kobieta odwróciła w palcach długopis i poprawiła zeszyt oparty na kolanach.
– Tak dobrze mnie znasz, a wciąż notujesz.
Psycholożka uśmiechnęła się pod nosem:
– Chcę znać cię lepiej.
– Zemsta jest okej – odpowiedziała krótko Róża.
– Tylko tyle? – Kobieta zmarszczyła czoło, muskając usta długopisem.
– Daje satysfakcję, podnosi na duchu, pociesza – westchnęła dziewczyna – dodaje wartości. Po niej nie myślisz, że zostałeś całkiem poniżony.
– Ale to nie ty jej dokonałaś? Prawda? – Psycholożka uniosła brwi.
– Nie, nie ja – odpowiedziała spokojnie Róża.
– A kto?
– Los był sędzią, a karma katem.
– Dziś jesteś bardzo tajemnicza. Niepokoisz mnie. Nie pomogę ci, jeśli nie będę cię znać ani wiedzieć – powiedziała. – Jesteśmy już tak blisko końca. Pozostawienia tego ciężaru tam, gdzie stoisz. Przestań go nieść. Bez niego idzie się lżej. Zawsze jest jakieś dno, od którego można się odbić. Byłaś już na dnie, teraz czas płynąć ku górze.
– Chcę płynąć. To jest coś, czego nie mogę ot tak zostawić. Bo… bo ta kara to wciąż za mało, mimo że pamięć o tym skazuje mnie na dożywocie.
– Obwiniasz się, jest w tobie tyle żalu. Wybacz sobie. Każdy wyrok kiedyś się kończy.
– Nie mój, bo ja nie wiem, jak sobie darować.
– W końcu to powiedz. Po to tu przecież jesteś – powiedziała Beata stanowczo.
– Ty wiesz, że ja te pieniądze wtedy wzięłam? – zapytała, a jej policzki zalały się rumieńcem.
– I to jest dla ciebie najważniejsze?
– Nie, to nie, ale powiem… Dzisiaj muszę to powiedzieć. Dzisiaj muszę to wszystko naprawić. Uznać, że winy w tym mojej nie ma. Raczej naiwność. A jeśli jest tam moja wina, to wybaczam to sobie. Powiem…
Zieloną herbatą zapijam wstyd. W plecy cisną mnie drewniane szczeble kuchennego krzesła, dziś jakby bardziej. Na stole leży dwudziestozłotowy banknot. Palcem sprawdzam wypukły okrąg. Wodzę po nim kilkukrotnie. Czy to wystarczająca zapłata za popatrzenie?
– Jestem prostytutką? – kieruję do siebie, siorbiąc kolejny łyk.
Nic mi już o tym nie przypomina, oprócz zakłopotania na twarzy i gorąca we wnętrzu. Chrobremu zaglądam w oczy. Przywołuję krępujące obrazy i chcę zmusić go do oceny. Dźwięk dzwonka odwraca moją uwagę od wyznaczenia kwoty za mnie. Wciskam królewskiego obserwatora na dno kieszeni. Idę powitać intruza:
– Marek?
– Marek. Spodziewasz się kogoś?
– Nikogo. – Spokój na zewnątrz, a wewnątrz szaleństwo. Poniżej pępka drażni mnie to charakterystyczne uczucie. Mam wszystkie skutki uboczne zakochania. Jeść mi się nie chce i o niczym myśleć, poza tym Chrobrym. Najmniej ważne dla mnie teraz, kiedy znów przed nim stoję tak zwyczajnie oparta o ścianę. Czy ja te następstwa kiedyś będę leczyć?
– Idziesz do parku? – Strzela palcami, czego nie lubię.
Och… jak on mnie denerwuje. A może bardziej uszczęśliwia w tym momencie?
– Myślałem o tobie – mówi. – Czuję smak naszego pocałunku…
Przerywam mu, bo jakoś mi niezręcznie.
– To dziwne, bo ja nadal czuję zapach piwa – kwituję i zamykam drzwi.
Nie oddycham, chcąc stłumić dźwięk, który mógłby zdradzić, że czekam za drzwiami. Kolejny dzwonek. Liczę do trzydziestu, po co ma wiedzieć, że mi zależy.
– Wiem, że stoisz za drzwiami… wciąż tam stoisz. Róża, nasłuchujesz, czy nadal tu jestem?
Doliczyłam dopiero do piętnastu. Trwam w swoim postanowieniu. Nie otworzę. Trzydzieści. Otwieram. Nikogo. Rozpłynął się w powietrzu. Wystawiam głowę przez drzwi. Rozglądam się to na lewo, to na prawo, jak na przejściu dla pieszych. Abrakadabra. Schował się królik do kapelusza. Do drzwi przykleił niebieską karteczkę:
W kawalerce u mojej babci o 20.00, Paulińska. Tęsknię
Zwijam papierek w rulon i wkładam do ust. Wzbiera we mnie chęć na cygareta. Wspinam się na krzesło, aby dosięgnąć z najwyższej półki magiczne pudełeczko z zapalniczką, które mama ukrywa przede mną. Myśli, że nie wiem o jej nałogu. Odpalam z nadzieją, że do jej powrotu zdołam wywietrzyć mieszkanie. Podkulam nogi na krześle. Ręce zaplatam za głową. Pozwalam tytoniowej rurce na jazdę bez trzymanki. Ściskam ją tam, gdzie lubię najbardziej, z boku ust. Wyglądam jak Papcio Chmiel1. Nadaję tor zwrotu, kierując ją ku dołowi przy każdym zaciągnięciu. Następnie przy wydechu, swobodnie puszczając. Kłęby dymu łechtają śniadą cerę. Wdech i wydech. Powtarzam ćwiczenia z rytmiczną częstotliwością.
Pomarańczowe nie znaczy stop – spalam do filtra. Bez kiepowania idę pozbyć się dowodów w toalecie.
Marek… Marka oczy… Fantazja pozwala mi wplatać palce w jego czarne włosy. Wodzić po plecach. Niecierpliwić się na pocałunki. Wybiegam do bycia z nim ten pierwszy raz i może kilka następnych. Do bycia z nim już na zawsze. Do posiadania dzieci. Zamyślam się tak do głębi, pozwalając się w nieograniczonej wyobraźni, oplatać jego ramionom. Zaciągam się zapachem świeżej pościeli. Miażdżę w dłoniach przygotowane na jej rozległości płatki róż. On nie każe mi się spieszyć. Chwytamy własne spojrzenia przy każdym głębszym westchnieniu i wzdychamy do momentu, kiedy właśnie nie spojrzę na zegarek i nie dochodzi do mnie, że zaraz wraca mama. Wyciągam z szafy wentylator, taki na lato i rozganiam nim smogową mgłę, wypuszczając zadymę przez okna na zewnątrz. Używam dezodorantu jako odświeżacza powietrza, a dla pewności psikam nim jeszcze do ust. Głupie to strasznie. Z dna szuflady wygrzebuję jedyne koronkowe, czerwone majtki. Ubieram jeansy, T-shirt i bluzę z kapturem jako alibi na dzisiejszy wieczór. Pakuję do plecaka parę podręcznych rzeczy. Dźwięk otwieranych drzwi zwiastuje:
– Mama – witam się z nią w progu.
– Wybierasz się gdzieś? – pyta.
– Tak umówiłam się z Lidką, ale na noc. – W uśmiechu skrywam zażenowanie.
– Nie znam tej Lidki, chyba? – pyta.
– Mamo, jestem już prawie dorosła – odpowiadam nieco oburzona. – Mam prawo do prywatności. Mam prawo spotykać się, z kim chcę. Zawsze tak mnie ograniczasz. Tak, jakbyś zaufania nie miała do mnie. Dlaczego nie pomyślisz w ten sposób o mnie?
– Kochanie – mówi miękko. – Dorosłym się jest, kiedy pracuje się na własny dom.
– Ty dalej swoje. A ja. Ja już wszystko wiem. Obiecałam ci przecież, że wszystkiego spróbuję we własnym domu, żeby nikt nie powiedział, że ona to się gdzieś szwenda i z niej lafirynda taka – wymyślam na poczekaniu.
– Róża! – Podnosi głos.
– No wiesz, o co mi chodzi – uspokajam.
– Dobrze, więc niech tak będzie, że dziś daję ci kredyt zaufania. Bądź dorosła. Odpowiedzialna za swoje poczynania. Zadzwoń od tej Lidki do mnie, że wszystko w porządku i jesteś na miejscu. O której wrócisz?
– Nie wiem, może około ósmej, na śniadanie? – odpowiadam.
– Śniadania u Lidki nie zjesz?
– Nie będę robić nikomu kłopotu. Wolę w domu.
– I słusznie – mówi, rozpakowując na kuchennym blacie towary. – Jutro zabieram cię na zakupy. Buty trzeba kupić.
– Mamo, ale nie tak z rana, bo wiesz… chcemy poplotkować, zrobić wieczór strachu z horrorami. Będę chciała odespać.
– Okej, okej. Tylko wróć… Daj jeszcze adres tej Lidki dla mojego świętego spokoju, żebym nie umierała ze strachu o ciebie przez całą noc.
– Nie znam jej adresu – zaczynam odczuwać niepokój. – Mamo, zaufanie… pamiętasz?
– Tak, tak. Pamiętam. – Zanurza się w szpargały.
Babciny wizerunek drzwi podkreślony wymyślną boazerią, zniechęca do wejścia. Czekam chwilę, by poddawać w wątpliwość sens naszego spotkania. W głębi chcę jednak delikatności płatków przyklejonych do moich pleców. Postępująca ekscytacja dodaje odwagi tak bardzo, że nie tylko pragnę, ale teraz już muszę. Uderzam dwa razy. Czy znów kpi ze mnie? Słyszę dźwięk zamka. Zastygam, by dowiedzieć się, czy to on otworzy drzwi. Tak, on. Oddycham z ulgą.
– Witaj, księżniczko – zaprasza do środka.
Czuję się niepewnie, choć wchodzę pewnie. Na podłogę rzucam rzeczy. Zawiedziona szukam kwiatów i jedwabnej pościeli. Nie ma pościeli… żadnej. Jest koc i dwie niewielkie poduszki rozrzucone na starym tapczanie.
– Wody? – pyta.
– Nie, dziękuję. – Nie chcę, mimo że sucho mam w gardle.
Siadam, on siada obok mnie. Zapuszcza jakiś serial. Chcę coś obejrzeć, by zawiesić na ekranie zawstydzony wzrok. Zbliżamy się do siebie ostrożnie, nienagannie, zaczepiając trącaniem kolan.
– Hej… jak tam?
– Jeszcze nie wiem.
Odgarnia moje długie włosy, by móc delektować się nagą szyją. Muska wargami w dół, a w górę wraca językiem. Wkrada się na policzek, dążąc do ust.
– Ściągnij bluzkę – nakazuje.
Przedłużam ten moment, tłumacząc się wstydem. Kładzie rękę na moich piersiach, napiera na mnie, żebym się poddała. Głowa opada na miękką poduszkę. Zsuwa moje spodnie, siłując się z nimi przy kostkach. Wodzi palcem po koronkowej bieliźnie. Drugie podejście do zdjęcia bluzki, tym razem skuteczne, odsłania piersi. Całuje je tak, że oddech przyspiesza. Drżące dłonie wprawiają w pulsacje nogi, biodra i brzuch. Markizą rąk zasłaniam nagość, daję mu czas na obnażenie. Oceniam muskularność wzrokiem, kiedy nie patrzy na mnie, bo gdy już stoi przede mną bosy po szyję, zamykam oczy, żeby zatrzymać falę purpury, która mnie zalewa. Tańczy palcami na łonie z koronki, zdawkowo, niedbale, by po chwili pozbawić mnie już całkowicie ubrań.
– Powinieneś użyć prezerwatywy – mądrzę się, choć w tej chwili się uczę.
– Użyję, przestań się martwić – uspokaja.
Gramoli się na mnie ciężko, bez wsparcia na łokciach, bez pieszczot. Odczuwam tę niewygodę i nie wiem, czy bardziej krępuje mnie sytuacja, czy jego zachłanność i bezczelność. Wchodzi po prostu bez ostrzeżenia, sprawiając mi ból. Chcę krzyczeć i zepchnąć go z siebie, tak intensywnie skaczącego. Czuję, że stłukłam się w środku, tak drastycznie pękłam. Zostawia mnie na chwilę, zabezpieczając przed ciążą, by po kilku minutach opaść zdyszany obok mnie.
Dobrze, że już – w myślach żałuję tego niezręcznego, krótkiego aktu.
Obejmuje mnie ramieniem, więzi w kokonie z koca. Wierzę w jego miłość do mnie, że nie jest już tak jak kiedyś, bo dojrzał we mnie to piękno, które ja w nim widzę. Wtulam się, wwiercam drobną sylwetkę w szerokie ramiona i tak zasypiam bezpiecznie.
Budzi mnie jego dłoń, bardziej szorstka. Policzek wydaje się okrąglejszy, ramiona szersze, ale zapach pozostał. Zachęca mnie znów dotykiem do powtórnej zabawy, całuje tym razem mocniej. Czuję woń papierosów. Palił, jak spałam. Pozwalam się zdobyć po raz kolejny, tym razem namiętniej i mocniej. Obolałej, wydaje się, że jest grubszy i większy. Zatracam się w nim aktywniej i pewniej, odwdzięczam się za każdą pieszczotę. Na nowo opadam z sił, by otworzyć oczy, gdy jest już rano, a on obserwuje mnie śpiącą. Patrzy na mnie z czułością, gładzi dłonią po nagim ramieniu.
– Hej… śliczności. – Muska ustami czubek nosa. – Lecę pod prysznic.
– Daj się sobą nacieszyć.
Wymyka się spod mojej ręki, kiedy próbuję go zatrzymać.
– Już siódma.
– Czas nie płynie na naszą korzyść.
Odprowadzam go wzrokiem do łazienki.
Wypełzam spod koca, obnażając zakrwawione uda.
– O fuck – rzucam. Ubieram się w pośpiechu, zakrywając zakrzepy na nogach. Towarzyszy mi poczucie lęku, bo orientuję się, że zapomniałam o jednej sprawie. O wymuszonym przez mamę telefonie.
– Będzie awantura, no nic, jakoś da się to wytłumaczyć – uspokajam się w duchu.
W niewielkim pomieszczeniu zauważam regał pełen książek. Oczekiwanie na Marka wzbudza ciekawość, wysuwam palcem żółtą okładkę. Na tytułowej stronie znajduję dedykację, którą powtarzam kilkakrotnie w myślach, ucząc się jej na pamięć: „Chyba w serce, Miłości, proszę, nie uderzaj, Ale na każdy członek inszy śmiele zmierzaj!”2.
Mam wrażenie, że kręci mi się w głowie, a ból poniżej pępka zastępuje nerwowe kłucie. Nie tyle przeraża mnie ta wykwintna poezja zachęcająca do zbliżeń, ile imię autorki tego wpisu i jego data. Odliczając wstecz, uświadamiam sobie, że od tego bazgroła minęły dopiero dwa tygodnie. Zamyślam się, bo przerażona jestem, ale czym? Jego kłamstwem na temat ukrywanego związku czy idiotyzmem sytuacji, gdzie w miarę dorosła dziewczyna prosi o seks dorosłego mężczyznę wierszem na książce?
Marek wychodzi z łazienki opasany ręcznikiem. Chwyta moje zdumione spojrzenie:
– I co? Zmierzyłeś w te insze członki? – Mój głos jest teraz niższy, bardziej surowy.
Podchodzi do mnie, wyciąga tytuł z dłoni, wyrywa stronę z dedykacją. Zgniata zapiski i ciska w kąt, po czym tym samym torem lokuje resztę kartek. Obejmuje mnie w pół i przyciąga do siebie, deklarując, że to już przeszłość.
Wpatruję się w jego oczy, bardziej szklane i posmutniałe, próbuję wyczytać z nich powód strapienia. Nie umiem odgadnąć tej zmiany nastroju, a wszelkie próby trafienia w dziesiątkę kończą się rzutem poza tarczę.
– Pilnie potrzebuję trzysta złotych – mówi po chwili Marek, jakby od niechcenia, ale widzę, że bardzo chce to powiedzieć.
– Na ćpanie? – pytam.
– No co ty? Skąd ci to przyszło do głowy? – obrusza się, zmuszając do obrażonej miny.
– Różne rzeczy o tobie mówią – tłumaczę.
– Potrzebuję dla mamy, na pewien lek. – Obserwuje moją reakcję.
– Nie mam takich pieniędzy – mówię.
– Szkoda. – Słyszę rozczarowanie w jego głosie.
Stoimy, obejmujemy się nawzajem, on wbija szklany wzrok gdzieś za mną, a ja w zakamarkach myśli poszukuję trzystu złotych.
– Wiem – mówię podekscytowana. – Mam taki pierścionek po babci. Może by go dać w zastaw?
– Mogłabyś? – Patrzy na mnie, głęboko świdrując wzrokiem.
– Jeśli wykupisz go za miesiąc, mama się nie zorientuje.
Bierze moją twarz w dłonie. Całuje mnie mocno, przytrzymując długo przy sobie.
– Wykupię na pewno.
1 Henryk Jerzy Chmielewski – polski grafik, rysownik, publicysta.
2 Jan Kochanowski, Do miłości.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.