Miłość szeptem mówiona - Monika Joanna Cieluch - ebook

Miłość szeptem mówiona ebook

Monika Joanna Cieluch

4,6

Opis

Historia przyjaźni ubranej we wszystkie odcienie miłości

Margaret Megan Murphy to młoda, zbuntowana Brytyjka, która nie lubi przyznawać się do swoich polskich korzeni. Pewnego dnia jednak, za sprawą ultimatum postawionego jej przez egocentryczną i upartą babkę, będzie musiała zmierzyć się z kwestią swojego pochodzenia. Pomóc ma jej w tym wyprawa do kraju przodków, gdzie dziewczynę czeka trudna szkoła przystosowania się do prawdziwego, pozbawionego luksusów życia...

Czy niepokorna Margaret poradzi sobie w nowej, zupełnie obcej rzeczywistości? Czy wieś, której nazwy nie jest w stanie nawet wymówić, może stać się jej drugim domem? I czy długo skrywana tajemnica rodu Murphych wyjdzie w końcu na jaw?

Zrzuciła z siebie pościel i w asyście niespokojnie bijącego serca boso przemierzyła odległość dzielącą ją od skąpanego w słońcu balkonu. Zacisnęła dłonie na drewnianej balustradzie, przymknęła oczy i zwróciła twarz w kierunku ciepłych promieni słonecznych. Nie mogła uwierzyć, że koszmary znowu wróciły, co więcej, nie potrafiła pogodzić się z myślą, że znowu jest w Strzyczewicach – miejscu, które od lat wydawało jej się swoistym piekłem na ziemi.

Miłość szeptem mówiona” to debiut, który naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Historia z tajemnicą z przyszłości zaintrygowała mnie na tyle, że nie mogłam się doczekać, by w końcu się dowiedzieć, co się stało. Ta powieść umili wieczór każdej kobiecie. Serdecznie polecam!

K.N.Haner, pisarka
www.kobiecerecenzje365.blogspot.com



Ogromna dawka emocji zawarta w jednej książce. Liczne zwroty akcji i nieoczekiwane zakończenie. Pozwólcie, jak ja, zabrać się w podróż i na nowo odkrywać liczne oblicza miłości. Gorąco polecam.

Aneta Robak, www.czytamitu.blogspot.com


Przepiękna opowieść o niezwykłej przyjaźni zrodzonej pośród kwitnących pól oraz miłości, która jak to często bywa, pojawia się nieproszona. Do tego urokliwe opisy, namiętność i humor, a to wszystko otulone zapachem lawendy. Polecam!

Meg Adams, www.niegrzecznerecenzje.blogspot.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (159 ocen)
109
40
9
1
0
Sortuj według:
Rewelka11

Nie oderwiesz się od lektury

Nieoczywista i ciekawa. Polecam!
00

Popularność




1

Silny, pulsujący ból skroni nie pozwalał Margaret skupić się na wykrzykiwanych przez Sophię frazach stanowiących ciąg zdań, z których każde kolejno wypowiadane w zadziwiający dla niej sposób stawało się mniej istotne, zupełnie niezrozumiałe, a tym bardziej całkowicie pozbawione sensu.

W ciągu całego swojego dwudziestosześcioletniego życia nie widziała „wielkiej pani prezes” zachowującej się równie nieprofesjonalnie i tak bardzo niegodnie. Fakt, sobotni wypad do jednego z najlepszych londyńskich klubów nie zakończył się tak, jak tego oczekiwała, ale w gruncie rzeczy zabawa była naprawdę przednia i Margaret absolutnie nie miała zamiaru żałować ani jednej upojnej chwili spędzonej w towarzystwie Beth i pozostałej części paczki. A to, że Sophie zmuszona była odebrać ją na wpół przytomną nad ranem z komendy policji… No cóż. Zdarza się! Wielkie mi halo! Kiedy, jeśli nie teraz, ma się wyszaleć? Tyle się trąbi o potrzebie odreagowania stresu przez pracownika biurowego, a jak człowiek zgodnie z zaleceniami psychologów po pracy wyskoczy na dwa drinki w towarzystwie przyjaciół, od razu nazwany zostaje nieodpowiedzialną gówniarą.

Stając się głuchą na wszelkie pretensje babki, zupełnie lekceważąco skupiła się na wprawianiu skórzanego fotela biurowego w płynny, wirujący wokół własnej osi ruch, zastanawiając się, kiedy usłyszy tak dobrze znaną jej kwestię, a mianowicie: „Proszę teraz odejść i zastanowić się nad swoim zachowaniem”. I z miną skruszonej dziewczynki opuści biuro prezesa. Och, natychmiast pobiegłaby w kierunku palarni, by zaciągając się dymem papierosowym, w końcu pogrążyć się we własnych przemyśleniach, a potem prześledzić na Facebooku zdjęcia z sobotniej imprezy, zapewne wrzucone wczesnym rankiem przez Beth. W ten sposób kończyły się wszystkie ich kłótnie, właściwie to kłótnie Sophie, bo Margaret już dawno nauczyła się po prostu nie odzywać i cierpliwie wysłuchiwać pretensji babki – jakby nie było, jej szefowej i jedynej krewnej.

Znudzonym wzrokiem podążała za sprężystą sylwetką Sophie przemierzającą gabinet urządzony w nowoczesnym stylu neoklasycznym i zastanawiała się, kiedy ta odegra ostatni akt przedstawienia, pozwalając kurtynie opaść.

Sophie od wielu lat starała się dotrzeć do wnuczki, ale zupełnie bezowocnie. Nawet teraz traciła opanowanie, z którego słynęła, i nie potrafiła wyzbyć się wrażenia, że czas cofnął się niemal o trzydzieści lat! Z wściekłością trawiącą jej wewnętrzną osobowość w każdym geście i w każdym wyrazie twarzy wnuczki dostrzegała swoją największą życiową porażkę – Joannę, własną córkę. I nie chodziło o to, że jej dziecko pogrzebało wszelkie nadzieje Sophie na to, że któregoś dnia złapie za stery firmy i godnie zajmie jej miejsce w fotelu prezesa… Ani nawet o to, że w wieku siedemnastu lat po półrocznej nieobecności w domu zjawiła się w progu apartamentowca z pokaźnych rozmiarów brzuchem, ani do cholery o to, że w trzeci dzień po porodzie najnormalniej w świecie opuściła szpital, pozostawiając maleństwo bez opieki i zdając je na łaskę jej i Charliego. Chodziło o to, że Sophie w żaden sposób nie mogła pogodzić się z przekonaniem, iż mimo jej usilnych starań Margaret w pełni świadomie podążała dokładnie tą samą drogą, co biologiczna matka. Drogą ku zatraceniu wszystkich cennych wartości, których z takim trudem próbowała nauczyć ją Sophie.

Ileż wysiłku musiała włożyć w to, by wnuczka ukończyła farmakologię oraz zarządzanie na Uniwersytecie Cambridge! I dla jasności – nie chodziło o problemy ze zbyt trudnym materiałem do opanowania. Absolutnie! Pod tym względem jej wnuczka przodowała pośród koleżanek i kolegów z roku. Zmorą była frekwencja i zwykła ludzka nieodpowiedzialność, brak umiejętności dokonania wyboru pomiędzy tym, co istotne, a tym, co stanowić powinno zaledwie niewielki ułamek w życiowych priorytetach.

Bywały dni, w których Sophie była z niej naprawdę dumna – dzień, w którym ukończyła studia albo chwila, w której wywalczyła dla firmy swój pierwszy i jakże korzystny kontrakt, nawiązując współpracę z jedną z największych drogerii w kraju. Ale bywały też momenty, w których czuła, że poniosła całkowitą klęskę – chociażby przedwczorajsza wizyta na posterunku.

Nigdy nie zapomni łomotu swojego starego serca na dźwięk głośno dzwoniącego telefonu o trzeciej nad ranem i już zawsze będzie miała w pamięci obraz samej siebie biegnącej do aparatu ze łzami w oczach i obawą w sercu, że coś mogło stać się jej jedynej wnuczce.

Nie zniosłaby tego!

Przecież współczesny świat pełen jest zagrożeń i niebezpieczeństw czyhających dokładnie na każdym rogu ulicy, a ulice Londynu już dawno przestały należeć do tych najbezpieczniejszych, zwłaszcza w sobotnie noce.

Wnuczka, oczywiście poza córką, której nie widziała już ponad dwadzieścia lat, była jej jedyną rodziną. Z chwilą, gdy w grobie złożyła ciało męża, wiedziała, że ma tylko ją. Niepokorną, zbuntowaną i tak strasznie upartą Margaret Megan Murphy. Czasami pozwalała sobie na snucie daleko idącego wniosku, że gdyby jej kochający mąż Charlie wiedział, jaki krzyż pański będzie miała z wnuczką, nie ośmieliłby się umierać.

Z nich dwojga to właśnie on miał z dziewczyną lepszy kontakt. To do niego Maggie biegła, gdy dokuczały jej dzieci w podstawówce, albo gdy zdarła kolano, grając w klasy na podwórku. A teraz? Po śmierci Charliego zaczęły się unikać, oddalać. Margaret wyprowadziła się z domu do apartamentu w Notting Hill, zmuszając tym samym Sophie do samotnego konsumowania śniadań i kolacji. A przecież obie tak bardzo lubiły swoje spostrzegawcze wymiany zdań na koniec dnia, błyskotliwe riposty i tę niewielką nitkę dominacji, którą każda z nich dyskretnie próbowała wpleść w ich relację… A może tylko tak jej się wydawało? Może wnuczce wspomniane chwile wcale nie smakowały tak wyjątkowo, jak jej?

Zatrzymując się dokładnie na wprost młodej kobiety, z niedowierzaniem obserwowała, jak z zupełną ignorancją Maggie wyjmuje ze skórzanej torebki komórkę, i mając gdzieś obecność Sophie (z dużym prawdopodobieństwem nie zauważyła nawet, że wygłaszany przez babkę monolog właśnie dobiegł końca) odebrała połączenie, przesuwając palcem po wyświetlaczu telefonu.

W ułamku sekundy poziom cierpliwości i wyrozumiałości Sophie spadł do krytycznie niskiego. Zaskakując tym samą siebie, po raz pierwszy w życiu z wściekłością uderzyła otwartą dłonią w blat szklanego biurka, czując zimno szkła przenikające do wnętrza jej dłoni. Maggie, zupełnie nie spodziewając się takiej reakcji ze strony babki, podniosła szmaragdowe oczy i patrząc w tak dobrze znaną jej twarz, uświadomiła sobie, że dzisiejszego dnia akt całego dramatu zostanie wzbogacony o kolejną odsłonę. Nie żegnając się z rozmówcą, przerwała połączenie. Sprawiała wrażenie wdzięcznej losowi za obszerne biurko znajdujące się dokładnie pomiędzy nią a tak bardzo nieobliczalną dzisiaj babką. Nie spuszczając wzroku z jej szarych oczu, wrzuciła komórkę do skórzanej torebki, a następnie zgarbiła się niczym przestraszony szczeniak na widok strofującego go właściciela.

Sophie z ciężkością oparła wyprostowane ramiona o biurko i zaciskając przy tym zęby, w zamyśleniu pokiwała głową. Wiedziała, że właśnie nastał dzień, w którym zmuszona będzie zaznajomić Maggie z podjętymi przez nią krokami. Cały zeszły tydzień biła się z myślami oraz narastającymi wątpliwościami i w gruncie rzeczy pewna była tylko jednego – jeśli Helena nie poradzi sobie z najmłodszą winoroślą Murphych, Sophie będzie zmuszona przyznać się do kolejnej życiowej porażki. A to najprawdopodobniej zaowocuje sprzedaniem udziałów firmy komuś, kto po śmierci Sophie rozpocznie kontynuowanie dzieła jej życia – kto wie, może pod całkiem inną nazwą? Zapewne konkurencja tylko na to czeka – szeptała drwiąca z niej podświadomość.

– Margaret!

– What again?1

– Margaret!

– What?!2

Maggie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli chce wyprowadzić Sophie z równowagi, powinna zachowywać się tak, jak miała w zwyczaju w krytycznych dla nich momentach. Babka jak zwykle prowadziła całą dyskusję w języku polskim, a Maggie, rozumiejąc każde wypowiedziane przez nią zdanie, najzwyczajniej w świecie odpowiadała w języku angielskim. I tak cała sytuacja ciągnęła się długimi latami, kosztem częstych żalów i bezowocnych próśb ze strony Sophie, by wnuczka szanowała swoje korzenie i dbała o tradycje, żeby móc w przyszłości przekazać je swoim dzieciom. Jak to babka powtarzała: „Naród niepamiętający o swojej historii umiera”.

Problem tkwił w tym, że Maggie nigdy nie czuła się Polką i nie rozumiała całego tego patetycznego obnoszenia się z polskością babki. Zresztą, skoro Sophie była Polką, a matka była nią tylko w połowie, to tak naprawdę w żyłach Margaret polska krew płynęła zaledwie w jednej czwartej, co daje w przybliżeniu jakieś półtora litra, a to z kolei jest tyle, co nic! Dlaczego więc miała utożsamiać się z narodowością, która w jej przypadku stanowiła tak naprawdę znikomą część jej samej? Nie potrafiła tego zrozumieć.

– Przestań w tej chwili – gniewnie zakomunikowała Sophie, zaciskając stare, pomarszczone dłonie z taką siłą, że Maggie bez problemu mogła dostrzec zdeformowane stawy palców, które z każdym kolejnym rokiem utrudniały jej funkcjonowanie.

– What do you expect from me, Sophie?3

Twarz babki pokryła intensywna purpura, a oczy zapłonęły blaskiem, jakiego Margaret nigdy wcześniej nie miała okazji oglądać. Choć się starała, nawet bardzo, nie potrafiła przypisać mu żadnej konkretnej cechy. Zadrżała z obawy i niepokoju, czując, jak strach chłodnym oddechem owiewa jej kręgosłup. Podświadomie wiedziała, że ta rozmowa znacznie różniła się od wszystkich tych, które dotąd prowadziły między sobą.

Sophie zdecydowanym ruchem ręki wygrzebała spod stosu dokumentów spoczywających na prezesowskim biurku sporych rozmiarów szarą kopertę i rzuciła ją wprost w dłonie wnuczki, w napięciu oczekując jej reakcji.

– What is it?4

Maggie przez krótką chwilę zastanawiała się, czy w ogóle powinna zaglądać do wnętrza. Bała się, że pod szarością papieru mogą się znajdować chociażby nieprzyzwoite, kompromitujące ją zdjęcia z sobotniej imprezy, albo z tej sprzed tygodnia, albo… Nie, wolała o tym nie myśleć. Wolała nie wiedzieć, jak dalece sięgają znajomości i wszelkie przyjacielskie kontakty jej babki.

– To dla ciebie – ponagliła ją Sophie, która z ciężkością opadła na fotel prezesa.

W asyście szaleńczo bijącego serca, przepełniona obawami Margaret zanurzyła dłoń w kopercie, i już po chwili śledziła jej zawartość, nie rozumiejąc całej sytuacji i zszokowanym wzrokiem czytając treść karty pokładowej – Living from: London Luton (LTN); Going to: Gdańsk (GDN); 24th June 6:05 AM.

– This cannot be true…5 – powiedziała bardziej do siebie niż do siedzącej i obserwującej ją z zaciekawieniem babki.

Sophie starała się ukryć swoje zdenerwowanie, ukradkiem zaciskała dłonie wokół zimnego metalowego podłokietnika fotela. Wierząc w to, że podjęte działania doprowadzą ją do wyznaczonego przez siebie celu, głosem przepełnionym pewnością zaczęła objaśniać wnuczce całą sytuację.

– Wszystko ma swoje granice, Maggie, moja cierpliwość także. Wielokrotnie wybaczałam ci twoje zachowanie oraz wstyd, jaki przynosiłaś mi i naszemu nazwisku. Żyjesz za moje pieniądze, torujesz sobie drogę moim nazwiskiem, na które tak ciężko wraz z Charliem pracowaliśmy, więc teraz czas zacząć żyć według moich zasad.

– What are you talking?6

– Trzy miesiące – powiedziała Sophie, nie mogąc zapanować nad uśmiechem wypływającym na jej twarz. – Spędzisz trzy miesiące w Strzyczewicach u Heleny, ucząc się prawdziwego życia.

– Forget it!7 – głośno zakomunikowała wnuczka, odsuwając bilety lotnicze w kierunku babki.

Może i Sophia starała się być zabawna, może nawet źle ją oceniła, obstawiając, że dzisiejszego dnia odpuści równie łatwo, jak każdym poprzednim razem, ale to… Niee. Była pewna, że ten numer to tylko głupi żart mający zmusić ją do refleksji nad swoim zachowaniem, w którym Maggie tak naprawdę nie dostrzegała nic złego.

– Albo trzy miesiące w Strzyczewicach…

– Or?8

– Albo jeszcze dziś podpiszę papiery, w których pozbędę cię wszelkich praw do korzyści majątkowych czerpanych z BioCosmetixu i …

– What?

Sophie jeszcze nigdy nie widziała równie przerażonej wnuczki i właśnie w tej chwili zrodziła się w niej myśl, że plan, który opracowała z pomocą Heleny, może okazać się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę i być może uratuje jej wnuczkę przed niechlubną przyszłością i zatraceniem wszystkich wartości, które z takim trudem wraz z Charliem starali się w niej zaszczepić.

– Dokładnie, albo Strzyczewice, albo zaczynasz życie na własny rachunek.

– You cannot do this…9 – powiedziała Maggie, teraz już pozbawiona pewności siebie.

– Więc? Decyzja?

Margaret walczyła o każdy oddech. Jej ciało napięło się do granic możliwości, wszystkie mięśnie drżały, a szybko płynąca w żyłach krew odbijała się nieprzyjemnym szumem w uszach. I choć od ponad dwudziestu lat dokładała wszelkich starań, by z jej ust nie padło ani jedno słowo w języku polskim, właśnie w tej chwili nie mogła powstrzymać się, by nie ulec jednej czwartej swojej polskości i w myślach nie przytoczyć tego jednego adekwatnego zwrotu, który był kwintesencją wszystkich kotłujących się w jej głowie myśli – kurwa mać! Ze stanowczym akcentem na „mać”, oczywiście.

– Sophie, I promise that this was my last time10 – powiedziała, szczerze nienawidząc się za wypowiedziane zdanie, ale musiała myśleć o przyszłości. Z czego będzie żyła? Nie znajdzie pracy w żadnej konkurencyjnej firmie, bo każdy zarząd znając jej nazwisko, potraktuje ją jako osobę szpiegującą na rzecz konkurencji. A apartament? Przecież należy do babki! Gdzie się podzieje z Karolem, jeśli Sophie zmusi ją do wyprowadzki? Co prawda mieszkanie Beth jest urocze, ale na dłuższą metę nie mogłaby w nim mieszkać. Dwa pokoje i salon po kilku godzinach w stanie trzeźwości wywoływały w niej uczucie klaustrofobii i do tego Jeremy… Czułaby się głupio, uprawiając z nim seks i wiedząc, że Beth śpi za ścianą, w końcu ona też coś do niego czuła…

– Nie – powiedziała Sophie ze stoickim spokojem.

– What means „no”?11

– Zmarnowałaś swoją ostatnią szansę, Margaret, zresztą wszystkie poprzednie także. Zrobiłaś to za każdym razem, gdy sięgałaś po marihuanę albo zalewałaś się w przysłowiowego trupa. Twój incydent z policją przechylił tylko czarę goryczy. Ja już podjęłam decyzję, a ty?

– If a grandfather lied, he…12

– Twój dziadek od dawna przekręca się w grobie, widząc, co ze sobą wyprawiasz! Oprzytomnij, Margaret! Życie nie polega na wiecznym imprezowaniu! Życie nie jest beztroskie, to ciąg obowiązków i dokonywania słusznych wyborów. I ty się tego nauczysz, moja panno!

Margaret podniosła wzrok ku górze i obserwowała Sophie, która na wspomnienie dziadka Charliego natychmiast zerwała się na nogi z twarzą przepełnioną bólem i czystą wściekłością. Ciskała gromy spojrzeniem, które dzisiejszego poranka z całą pewnością mogłoby zabić.

– Masz kwadrans na to, by spakować swoje prywatne rzeczy, opróżnić biuro i opuścić budynek jeszcze wciąż mojej firmy.

– No… You’re not serious13.

Margaret z niedowierzaniem obserwowała, jak babka palcem wskazującym przycisnęła guzik interkomu i stanowczym, typowo prezesowskim głosem wydała polecenie swojej asystentce:

– Amelio, proszę poinformować pana Jonhsona, żeby w trybie natychmiastowym pomógł Margaret spakować swoje rzeczy i odprowadził ją na parking samochodowy.

Czując, jak niewiele brakuje jej do rozpętania prawdziwej wojny, Margaret nie ukrywała swojej wściekłości i ze złością odsunęła ciężki biurowy fotel, przecinając panującą pomiędzy nimi ciszę nieprzyjemnym piskiem metalowej nogi rysującej włoski gres. Zarzuciła torebkę na ramię i zatapiając wzrok w poważnych oczach Sophie, po raz pierwszy głośno powiedziała to, co przez tak długi czas skrywała na samym dnie swojego serca:

– I hate you! I really hate you, Sophie!14

A następnie szybkim krokiem udała się w kierunku drzwi, zamykając je za sobą przesadnie głośno.

Sophie z ciężkością opadła na fotel i odchylając głowę do tyłu, wciąż niepewna sukcesu swojego planu, wbiła zamglone łzami oczy w biały sufit.

– Boże, miej ich wszystkich w swojej opiece.

***

– Byłaś cholernie dzielna i łgałbym niczym stary pies, mówiąc, że nie czułem się podniecony, skarbie.

Margaret z ostrożnością podciągnęła czarne rurki mocno opinające jej ciało i wsunęła stopy w niebotycznie wysokie czerwone szpilki od Jimmy’ego Choo, a na koniec z uwagą prześledziła nagi, wytatuowany tors stojącego na wprost niej Aarona.

Nie była na tyle silna, by w myślach chociażby próbować przekonać samą siebie, że dotyk jego ciepłych dłoni nie odbijał się przyjemnym mrowieniem w dolnych częściach jej ciała. Pragnęła go i gdyby nie fakt, że ich krótki, aczkolwiek bardzo burzliwy romans zakończył się dokładnie przed dwoma miesiącami, najpewniej nie miałaby nic przeciwko temu, by wylądowali w małym służbowym kantorku na tyłach salonu, pozwalając swoim ciałom na sycenie się przyjemnością z ostro wyuzdanego, szybkiego seksu.

Fakt, Aaron to dupek, ale miał w sobie to coś, coś, co sprawiało, że kobiety lgnęły do niego całymi rzeszami. Być może jego sekret tkwił w wysportowanym i prawie w całości pokrytym tatuażami torsie, który podniecał ją za każdym razem, gdy ściągał koszulkę, czym niemal natychmiast przyprawiał Sophie o zawał serca. I właśnie to wspomnienie upewniło ją w przekonaniu, że jeśli chciała odegrać się na babce, podjęta decyzja była jak najbardziej słuszna. Mimo iż wciąż czuła nieprzyjemne pieczenie na pośladku, wiedziała, że ból z czasem stanie się słabszy, za to satysfakcja będzie przybierać na sile za każdym razem, gdy ujrzy swoje lustrzane, nagie odbicie.

Powolnym krokiem podeszła do Aarona i kusząco przygryzając usta, wyciągnęła rękę w celu odzyskania swojego telefonu. Szybko oceniła jakość wykonanego zdjęcia i w pełni nim usatysfakcjonowana, wyszukała odpowiedni kontakt, a następnie opatrzyła je właściwym komentarzem i nie mogąc przestać się uśmiechać, wybrała opcję „wyślij”.

– Właściwie to kończę za dziesięć minut… – powiedział Aaron, mierzwiąc dłonią swoje czarne włosy.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Maggie… Daj spokój, wiesz, że nie jestem dobry w te klocki.

Podniosła w górę idealnie wypielęgnowane brwi i znacznie zmniejszając odległość między nimi, pozwoliła sobie na ułożenie dłoni tuż poniżej jego kości obojczykowej.

Bez problemu mogła dostrzec drżące płatki nosa i poczuć pod palcami mocno bijące serce. Była pewna, że gdyby tylko wsunęła dłoń za tkaninę grubego dżinsu, z którego wykonane były spodnie Aarona, poczułaby spore wybrzuszenie i wówczas żadne z nich nie potrafiłoby powstrzymać kumulującej się w ich wnętrzach dzikości. Sunęła dłonią wzdłuż wyrzeźbionego torsu, opuszkami palców rysując bliżej nieokreślone wzory i przygryzając przy tym wargi, a gdy dłoń spoczęła na ciężkiej, metalowej sprzączce jego paska, uśmiechnęła się kusząco i przysunęła tak, by na nagim torsie mógł poczuć jej piersi.

– Powiedz to…

– Maggie, proszę… – z trudem wyszeptał, zaczynając tracić kontrolę nad swoim ciałem.

– Powiedz, czego oczekujesz…

Wspięła się na czubki palców i zwilżonymi wargami zaczęła składać delikatne pocałunki na jego skórze. Znaczyła wrażliwą szyję Aarona, docierając tym sposobem do płatka ucha i jednocześnie pozwoliła palcom prawej dłoni wsunąć się w rozporek mężczyzny.

Zaskoczony sytuacją, przyciągnął ją do siebie z dzikością i zaczął całować, bezlitośnie przygryzając dolną wargę. Wiedział, jak bardzo ją to podniecało, jak szybko ten rodzaj pieszczoty potrafił nakręcić dziewczynę na dobrą zabawę.

– Chcę cię, Maggie, w moim łóżku albo na kuchennym blacie. Chcę móc podziwiać twoje ciało tak idealnie pasujące do mojego.

Dłoń Maggie nie przestawała głaskać męskości Aarona i dziewczyna oczyma wyobraźni niemal widziała nieuniknione. Nie chciała myśleć o Sophie i jej abstrakcyjnym planie, chciała zwyczajnie zabawić się jeszcze raz. Poczuć wolność, poczuć ogarniające uczucie błogości i nadchodzącego spełnienia. Czuła, że trawiący ją płomień dzikiej namiętności sprawia, że nagle szpilki stają się zbyt wysokie, a nogi za mało stabilne. Czuła, jak każdy fragment jej ciała reaguje na kontakt jego ust z jej delikatną, alabastrową cerą… Zachowując resztkę świadomości, spragnionymi pocałunków wargami spytała:

– A Daniela?

Przygryzł skórę jej wrażliwej szyi, a następnie dysząc z podniecenia, z trudem wyszeptał:

– Pojechała na tydzień do rodziców.

Niemal natychmiast palce Maggie zacisnęły się na męskości Aarona, odcinając tym samym dopływ krwi do tkanek miękkich.

Może i była łatwa, może i nie prowadziła się tak, jakby oczekiwała tego jej babka, ale nigdy, przenigdy nie pozwoliłaby żadnemu facetowi traktować się jak wersję zastępczą nieobecnej kobiety! To było poniżej jej godności.

Z pełną premedytacją zacisnęła palce jeszcze mocniej. Ciało Aarona skuliło się na skutek bólu kumulującego się wokół jego męskości. Mięsiste usta wyrzuciły szereg przekleństw, a ona poczuła rodzącą się satysfakcję – to uczucie lubiła znacznie bardziej niż chociażby trwający kilkanaście sekund orgazm.

– Jezuuu, Maggie!

– Posłuchaj mnie uważnie, dupku. Jeśli w przyszłości kiedykolwiek spróbujesz potraktować mnie jak tanią panienkę lub zbliżysz się do mnie chociażby na dziesięć metrów, to żywcem wyrwę ci jaja i do końca swoich dni zmuszony będziesz sikać na siedząco. Zrozumiałeś?! – wyszeptała kusząco wprost do ucha mężczyzny, a następnie odpychając go od swojego ciała, chwyciła torebkę i rzuciła wystawiony wcześniej czek pod jego nogi. Na koniec z uśmiecham na twarzy oświadczyła:

– A co do twoich łóżkowych umiejętności, skarbie, powinieneś jeszcze troszkę poćwiczyć.

***

Trzy godziny później Margaret z uwagą wysłuchiwała wszystkich nie do końca zabawnych komentarzy wychodzących z ust jej najbliższych przyjaciół i choć od ostatnich dwóch kwadransów niemal pogodziła się ze świadomością czekającej jej nazajutrz podróży, wciąż nie mogła do końca zrozumieć powodów, którymi kierowała się Sophie.

Owszem, może i nie wyrosła na kobietę, na jaką chciała wychować ją babka, ale na litość boską… Starała się, jak mogła. Rozumiała, że jej ostatni wyskok mógł zostać potraktowany jako coś zupełnie nieodpowiedzialnego, ale gdyby komendant Milles nie zadzwonił do Sophie, najpewniej cała sytuacja rozeszłaby się po kościach, a jej jedynym skutkiem ubocznym byłby kac morderca, z którym Maggie poradziłaby sobie prędzej czy później. Zresztą, co tu wiele mówić, wychodziła już ze znacznie gorszych opresji. A tak została skazana na trzymiesięczny pobyt w Strzyczewicach. Śmiała sądzić, że było to po stokroć gorsze niż jakakolwiek kolonia karna istniejąca w granicach Wielkiej Brytanii.

– No to się doczekałaś, Mag – powiedziała Beth z lekko plączącym się już językiem, zabawnie obracając w dłoni pustą butelkę po szkockiej.

– Będzie dobrze, nie z takimi rzeczami przychodziło ci się mierzyć.

– Jeremy, nie masz pojęcia, o czym mówisz, nigdy nie byłeś w Polsce.

– Zgadza się, ale znam wielu Polaków. Pracują ze mną, to naprawdę świetni fachowcy, są całkiem w porządku. A ta barmanka… – pochylił się i zupełnie niedyskretnie pokazał palcem wskazującym atrakcyjną blondynkę – …też jest Polką i jak widzisz, jest całkiem, całkiem…

– Seksowna?

– Sympatyczna, Mag! Sympatyczna!

– Wiesz, jak to się nazywa, Margaret? – spytała Beth, trącając ją w ramię.

– Co?

– Twoja obsesja na punkcie Polski, jej mieszkańców i twoich korzeni. To ksenofobia.

– Dajcie spokój, ja nie boję się Polaków. Nie jestem rasistką ani nie choruję na ksenofobię, ja po prostu…

– Co? – Jeremy upił swojego drinka, z uwagą obserwując, jak Margaret plącze się we własnych, głośno wygłaszanych poglądach.

– Po prostu uważam, że zupełnie tam nie pasuję i… nie wiem.

Nagle poczuła, że niewiele brakuje do tego, żeby zalała się łzami z bezradności, choć ostatni raz uroniła słone krople jako sześcioletnia dziewczynka. Dzisiejszego wieczoru czuła, że tak jak wówczas jest bliska utraty kontroli nad własnymi emocjami.

– Boję się, że tego nie przetrwam.

– Skarbie, Polska to kraj leżący w sercu Europy, wstąpili do UE jedenaście lat temu i wszystkie te obrazy, które podsuwają ci twoje wspomnienia, z racji minionego czasu już dawno zostały mocno wypaczone. Przez te lata zmienił się nie tylko kraj, ale i mentalność ludzi. Spróbuj spojrzeć na to jak na obowiązkowe wakacje.

Margaret absolutnie nie zgadzała się ze zdaniem Beth. Wakacje? Och, nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby tylko były to tropiki albo tętniąca nocnym życiem Ibiza, ale Polska? Strzyczewice? Niee, to na pewno nie będzie miało nic wspólnego z wakacjami. Była o tym absolutnie przekonana i strasznie bolał ją fakt, że Beth i Jeremy podchodzą do całego tematu tak lekko. Zupełnie, jakby nie pamiętali tych wszystkich sytuacji, z jakimi musiała się zmierzyć, będąc małą dziewczynką. A Sophie? Doskonale wiedziała, jak źle wspominała swój ostatni i jedyny pobyt w Polsce, jaką traumą odbił się on na jej psychice i całej przyszłości. A teraz? Jej babka, jedyna żyjąca krewna (poza matką, która tak naprawdę miała ją w głębokim poważaniu już z chwilą, kiedy Margaret wciągnęła swoimi maleńkimi płucami pierwszy haust świeżego powietrza) bez najmniejszych skrupułów wbiła jej nóż prosto w serce.

Margaret tęsknym wzrokiem spojrzała na swój palec serdeczny, na którym ze spokojem i elegancją pobłyskiwał pięknie szlifowany diament, prezent od dziadka Charliego na osiemnaste urodziny. Po raz pierwszy poczuła się zupełnie niezrozumiana i może w pewnym stopniu zlekceważona przez przyjaciół i Sophie. Tak, a to uczucie zdecydowanie nie należało do przyjemnych.

– Przestań się łamać, to jak inwestycja, rozumiesz? Trzy miesiące i ćwierć miliarda funtów staje się twoją własnością, a jak już przetrwasz ten koszmar, to polecimy gdzieś na szalone wakacje. Odbijemy sobie to wszystko. Może do Tajlandii? Poleżymy na piaszczystych plażach, a Jeremy zaciągnie do łóżka kilka młodych Tajek. Będzie super, zobaczysz. Wszystko ma swoje dobre strony, trzeba tylko umieć je dostrzec.

– Wiedziałam, że przyjaźnicie się ze mną tylko przez wzgląd na kasę.

– To zrozumiałe. Nikt nie wytrzymałby twoich wiecznych dąsów i spalonych dowcipów, którymi nas zasypujesz.

– O, wypraszam sobie. Mnie z tą panią łączy jeszcze dobry seks.

Jeremy puścił w kierunku Margaret zalotne oczko, pragnąc dodać jej otuchy. W jego oczach Mag była po prostu idealna i choć kochał się w niej od pierwszego roku studiów, doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że dla obiektu swoich westchnień nigdy nie będzie kimś równie ważnym. Dlatego, zupełnie się nie skarżąc, zadowalał się rolą przyjaciela. Czasami ze sobą sypiali, jednak nigdy nie byli parą. Nie uprawiali seksu tak często, jakby sobie tego życzył, mimo to był na każde jej skinienie, choćby najmniejszego palca. Zazwyczaj wtedy, gdy Margaret nie była w żadnym związku. Nigdy jej tego nie mówił, ale uwielbiał obserwować ją, kiedy spokojnie spała – najczęściej w jej sypialni na chwilę przed tym, jak podnosiła powieki. Zatracał się, obserwując jej miedziane włosy mieniące się intensywną barwą tycjanu w promieniach wcześnie wschodzącego słońca i niespiesznie liczył piegi na jej twarzy i ramionach. Był jedynym mężczyzną, którego Mag nie wystawiała za drzwi zaraz po tym, jak uspokoiła swój oddech po łóżkowych ekscesach. Zawsze pozwalała mu zostać do rana, czasami wspólnie brali prysznic i jedli śniadanie. Ale tylko czasami. Drocząc się, nazywał ją modliszką, ale tak naprawdę najzwyczajniej w świecie kochał ją całym sobą, mimo iż wiedział, że Mag nigdy nie będzie w stanie odwzajemnić jego uczuć.

Margaret powędrowała wzrokiem od czekoladowych oczu Beth po błękitne spojrzenie przyjaciela i już wiedziała, że nadchodzące tygodnie nie będą należały do najłatwiejszych nie tylko z powodu nowej rzeczywistości, ale przede wszystkim z racji tego, że już teraz bardzo tęskniła za tą zdrowo szurniętą dwójką. Ponownie obróciła w dłoni kartę pokładową linii lotniczych, których nazwę automatycznie przetłumaczyła w podświadomości jako „Late Or Tomorrow”. Wciąż niedowierzając w to, co miało nastąpić już za kilka godzin, postanowiła po raz ostatni zabawić się tak, jak to miała w swoim zwyczaju.

– Czy coś jeszcze dla państwa?

Podniosła oczy i bez problemu odczytując imię kelnerki, poprosiła:

– Łucjo, prosimy butelkę czystej wódki.

Dziewczyna uśmiechnęła się na znak, że przyjęła zamówienie i już miała odejść, gdy nagle zaskakując Margaret swoją otwartością, spytała:

– Pochodzi pani z Polski?

– Nie.

– Ale ma polskie korzenie – sprostowała Beth, natychmiast kuląc się pod pełnym wściekłości spojrzeniem Maggie.

– Rozumiem, to dlatego bezbłędnie odczytała pani moje imię. Skąd pochodzą pani przodkowie?

– Dostaniemy nasze zamówienie? – spytała groźnie.

– Tak, oczywiście.

– Czystą? Może lepiej nie mieszajmy alkoholu? – dodała niepewnie Beth.

– Co się z wami dzieje? Cały czas powtarzacie mi, że powinnam integrować się ze swoją częścią polskości, zatem niech tak się stanie. Butelka czystej, bez popitki, proszę.

– Oczywiście.

W tym momencie Beth czuła już, że wieczór nie skończy się dobrze, a jutrzejszy poranek będzie jednym z najgorszych w jej życiu. Nie chciała mówić tego głośno, ale doskonale rozumiała wszystkie obawy swojej przyjaciółki, przecież znała ją od tak dawna. Wiedziała, jak mocno odcisnęła się na niej cała ta sytuacja z Thomasem i dzieciakami ze wsi. Mało tego, potrafiła przypomnieć sobie momenty, w których Maggie budziła się z krzykiem w środku nocy, przerażona męczącymi ją koszmarami. Margaret to silna babka, ale jej cięty język i specyficzny sposób bycia mogą przysporzyć jej nie lada problemów. Była tego absolutnie pewna, i gdy tak rozmyślała nad charakterem przyjaciółki, zorientowała się, że ta już od dłuższego czasu siedzi na kolanach przystojnego mężczyzny i śmiało zatapia zgrabne dłonie w jego ciemnych włosach.

Z rozbawieniem pokiwała głową i zabierając ze sobą drinka oraz opróżnioną do połowy butelkę wódki, podeszła do stolika w drugim końcu pubu, w myślach głośno krzycząc – zabawę czas zacząć!

***

Sophie czuła się strasznie. Na wszelkie sposoby próbowała usunąć z pamięci przebieg niefortunnej rozmowy z Margaret. Nigdy nie sadziła, że dożyje dnia, w którym wnuczka głośno zapewni ją o swoich uczuciach. Nawet w najgorszych koszmarach nie spodziewała, się, że zdanie „I really hate you” naprawdę może wyjść z ust jej małej Maggie. A jednak… Życie wciąż nie przestawało jej zaskakiwać, Margaret zresztą też.

Pomyślała o Charliem, o tym, jak bardzo go zawiodła. Gdyby żył, nigdy nie dopuściłby do sytuacji, w której kartą przetargową do osiągnięcia kompromisu byłaby ich firma. Nigdy też nie pozwoliłby Maggie na takie zachowanie. Na pewno znalazłby co najmniej kilka sposobów na dotarcie do wnuczki i uświadomienie Margaret, jak znaczącą rolę pragną powierzyć jej w przyszłości. Sophie tego nie potrafiła, nie umiała z nią nawet rozmawiać, a co dopiero wypracowywać wspólne kompromisy. Przecież to wszystko – firmę, całe swoje życie – stworzyli tylko i wyłącznie z myślą o niej. Każda podjęta decyzja, każda przepracowana noc miała na celu tylko jedno – zapewnienie Margaret dostatniego i spokojnego życia, gdy ich już zabraknie. Zarówno Sophie, jak i Charlie doskonale wiedzieli, jak ciężkie potrafi ono być, jak wiele trzeba poświęcić, by móc osiągnąć sukces, by zapracować na swój status i szacunek społeczeństwa. Chcieli oszczędzić Maggie tego całego trudu, pragnęli, by mogła cieszyć się młodością i być do przodu o tych kilka lat, których oni potrzebowali na rozkręcenie firmy. Chcieli, by nigdy nie zaznała uczucia porażki, klęski lub co gorsza – bezradności i głodu. Sophie doskonale znała każde z nich.

Gdy postawiła nogę na brytyjskiej ziemi, miała zaledwie dwadzieścia pięć lat. Bez pracy i pieniędzy niejednokrotnie zmuszona była schować własny honor głęboko do kieszeni, by móc przetrwać w wielkim i tak zupełnie obcym mieście. W kraju, który zawsze będzie jej ojczyzną, zostawiła wszystko – miłość, przyjaciół i wielkie plany, które musiała spisać na straty. Gdyby los nie postawił na jej drodze Charliego, z całą pewnością nie byłaby dzisiaj w tym miejscu, w którym się znajdowała.

– Sophie, przepraszam, nie przeszkadzam?

Podniosła oczy i w wejściu do sali konferencyjnej ujrzała zatroskany wzrok Stuarta.

Rozejrzał się po wnętrzu i nabierając pewności, że znajduje się w nim sama, przekroczył próg i ostrożnie zamknął za sobą szklane drzwi.

– Witaj, nie przeszkadzasz. Proszę, usiądź. – Wskazała mu jeden z foteli i przystąpiła do składania dokumentów.

– Mieliśmy naradę zarządu i sprawa nieco się przedłużyła, przepraszam, że musisz na mnie czekać. Będę gotowa za pięć minut.

Stuart od lat był nie tylko kierowcą Sophie, ale przede wszystkim powiernikiem jej obaw i sekretów oraz najlepszym przyjacielem jej zmarłego męża. Nie miała przed nim żadnych tajemnic i choć podejrzewała, że od lat się w niej podkochuje, z szacunku do Charliego nigdy nie zdradziła się ze swoją wiedzą, pozostawiając ich relację na stopie czysto przyjacielskiej.

– Jak się miewa twoja wnuczka? Wczoraj wyglądałeś na szczerze zaniepokojonego.

Próbowała nawiązać jakąkolwiek rozmowę, by oczyścić umysł z własnych problemów i choć na chwilę zapomnieć o troskach, które w ostatnim czasie wypełniały jej dni, a niejednokrotnie także noce.

– Dobrze, na szczęście to tylko zapalenie oskrzeli, nic poważnego.

– Cieszę się – odpowiedziała szczerze zatroskana i powróciła do składania dokumentów.

– Sophie?

– Tak?

– Znowu zabierasz pracę do domu?

Uśmiechnęła się, wiedząc, że przemawia przez niego tylko i wyłącznie troska. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że nie pamięta, kiedy ostatnio miała wakacje. Ba! Nie pamiętała nawet, kiedy udało jej się przespać bite osiem godzin. Gdyby Margaret była bardziej odpowiedzialna, mogłaby jej powierzyć część swoich obowiązków. Wnuczka odciążyłaby ją, a przy tym nabrała nieco większego doświadczenia w pracy z klientami. Maggie była urodzonym negocjatorem, szkoda tylko, że tak bardzo nieodpowiedzialnym.

– To tylko kilka papierków, nie zamartwiaj się, proszę.

– Charlie by ci na to nie pozwolił. Był mistrzem w rozdzielaniu spraw zawodowych od prywatnych.

– Zgadza się, ale Charliego już z nami nie ma, a ja tak bardzo nie lubię, gdy moje wieczory wypełnia cisza. Wówczas tęsknię za nim po stokroć bardziej.

– Rozumiem.

Zamknęła teczkę i próbując ukryć dzisiejsze emocje, które z całą pewnością odcisnęły piętno na jej i tak przemęczonej twarzy, odblokowała wyświetlacz telefonu, który od dłuższego czasu za sprawą migającej lampki informował ją o nieodczytanej wiadomości.

Wstrzymała oddech na widok zdjęcia wnuczki, podświadomie czując, że otrzymana wiadomość nie wróży nic dobrego. Obawiała się, że Maggie nie zechce polecieć do Strzyczewic i z dnia na dzień po prostu się spakuje i zostawi ją zupełnie samą. Bała się, że wykluczy ją ze swojego życia niczym stary, zupełnie niepotrzebny mebel. I co ona wówczas pocznie? Sophie nie wyobrażała sobie swojego istnienia bez wnuczki i może miała problem z okazywaniem uczuć, ale tak naprawdę przy życiu trzymała ją tylko ta jedna istota.

Potrzebowała chwili, by zrozumieć, co przedstawia wysłane przez wnuczkę zdjęcie, a gdy w końcu poukładała sobie wszystko w głowie, świat zawirował jej przed oczami. Poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa, a stare, zmęczone troskami serce galopuje, boleśnie obijając się o żebra. Zapewne cała ta sytuacja skończyłaby się groźnym upadkiem, gdyby nie silne ramiona Stuarta, które przyszły jej z pomocą.

– Wszystko w porządku, Sophie?

Z trudem posadził jej na wpół wiotkie ciało na skórzanym fotelu prezesa i delikatnie poklepał pobladłe policzki. Starał się nie wpadać w panikę. Wiedział, że od lat mierzy się z cukrzycą i ma problemy z nadciśnieniem, mimo to wszystkie jego próby przekonania przyjaciółki do zwolnienia tempa okazywały się bezskuteczne.

– Sophie, powinienem zadzwonić po ambulans? – spytał, nerwowo zbliżając do jej drżących ust szklankę wypełnioną chłodną wodą.

– Nie, absolutnie tego nie rób. Nawet się nie waż.

– Co się stało?

– Ciśnienie… Najwyraźniej jest dzisiaj dla mnie niekorzystne.

Stuart z uwagą obserwował jej przerażoną twarz. Znał Sophie niemal czterdzieści lat, był świadkiem rodzącej się miłości pomiędzy nią a Charliem i doskonale wiedział, kiedy próbowała coś ukryć. Gdy jego przyjaciel umierał, na łożu śmierci prosił go, by opiekował się Sophie, by zawsze był dla niej wsparciem, podporą, by w znacznym stopniu wypełnił swoją osobą pustkę po nim. I choć od tego zdarzenia minęło ponad sześć lat, Stuart doskonale pamiętał o złożonej przysiędze, dlatego nie zważając na sprzeciwy ze strony Sophie, chwycił upuszczony przez nią telefon i w skupieniu przeanalizował wiadomość, która wywołała u jego przyjaciółki taką reakcję. Potrzebował kilkukrotnego przetarcia powiek, by móc uwierzyć w to, co zarejestrował jego umysł. Na zdjęciu widniała Margaret bez najmniejszych skrupułów świecąca nagim pośladkiem, na którym z kolei widoczny był wciąż jeszcze zaczerwieniony tatuaż. Nie byłoby w tym nic aż tak strasznego, gdyby nie fakt, że nowy nabytek przedstawiał średnich rozmiarów orła w koronie z rozłożonymi skrzydłami. Jego serce niemal stanęło na widok profanacji, a dopisany pod zdjęciem tekst dopełniał całości, nie pozostawiając żadnych złudzeń co do adresata wiadomości. Ponownie przeczytał zdanie – ku chwale twojej ojczyzny – i zupełnie nie wiedząc, jak się zachować, odłożył telefon na blat, jednocześnie próbując znaleźć jakiekolwiek słowa pocieszenia. Wiedział przy tym, że żadne z nich nie przyniesie ulgi jego przyjaciółce. W końcu znał Sophie na tyle długo, by móc wyobrazić sobie ból, jaki musiał przeszyć jej serce. Doskonale wiedział, jak ważną rolę w jej życiu odgrywa ojczyzna i wszystko, co się z nią wiąże. Miał również świadomość trudu, jaki Sophie wkładała w ciągle podejmowane próby przelania swojego patriotyzmu na wnuczkę i po raz pierwszy przez głowę przeleciała mu myśl, że wszystkie jej starania są zbędne. Patrząc na Sophie, która walczyła ze łzami zbierającymi się w jej szarych i tak bardzo smutnych dziś oczach, pomyślał, że chyba nadszedł czas, w którym powinien poważnie z nią porozmawiać. Najwyższa pora uświadomić jej, że z tej dziewczyny nigdy nie wyrośnie nic dobrego. Sophie powinna spojrzeć realistycznie w przyszłość i pogodzić się z porażką. A kto jej w tym pomoże, jeśli nie on? Jej przyjaciel…

Z całą pewnością właśnie tego oczekiwałby od niego Charlie.

2

45 lat wcześniej, Strzyczewice

 

Wybudzona z błogiego snu, z drżącym sercem wyciągnęła dłoń, by zapalić nikłe światło nocnej lampki z pięknie haftowanym abażurem. Deszcz równomiernie uderzał o cienkie szyby okna, a odgłos coraz silniejszych uderzeń piorunów potęgował wezbrane w jej sercu obawy i niepokoje. Nie lubiła burzy. Bała się jej. Można rzec, że nawet panicznie.

Podciągnęła kolana pod brodę, szczelnie zawijając ramiona wokół szczupłych, długich nóg. Starała się ze wszystkich sił uspokoić swoje dygocące ciało.

Po raz kolejny coś uderzyło w szybę okna wychodzącego na ogródek. Rozplotła ręce i spuszczając bose stopy na chłodną, drewnianą podłogę, niepewnym krokiem zbliżyła się do niego, niespokojnie wzdrygając się na dźwięk piorunów, które w równych odstępach czasu wypełniały pokój zimnym, białym światłem. Uniosła pożółkłą z racji minionego czasu firankę i mając w głowie stare ludowe przesądy o niebezpieczeństwie wyglądania przez okno podczas burzy, szybko przez nie spojrzała – dokładnie w momencie, gdy niewielki kamień dotknął zimnej tafli szyby, a piorun oświetlił wysoką postać młodego mężczyzny, jak na ironię chowającego się pod rozłożystym dębem. Czując w dłoni zimno metalowej klamki, pospiesznie otworzyła okno i chroniąc oczy przed zacinającym deszczem, szeptem, aby nie zbudzić ojca śpiącego w dolnej części domu, wyrzuciła w niespokojną przestrzeń słowa:

– Piotr? Co ty tu robisz?

– Zosiu, wpuść mnie!

– Oszalałeś! Jest środek nocy.

– Muszę z tobą porozmawiać, proszę.

– Wyjdź spod drzewa, czyś ty stracił resztki rozumu?

– Nie wyjdę, jeśli mi nie otworzysz! Radziłbym ci się pospieszyć, nie sądzę, żeby sen twojego ojca był aż tak głęboki.

– Piotr… – powiedziała z rezygnacją.

– Czekam przy drzwiach wejściowych.

Zniknął.

Pełna obaw, zapięła frywolnie rozpięte górne guziki białej, batystowej koszuli nocnej. Starając się zachowywać jak najciszej, boso i z lekkością pokonała schody prowadzące w dół. Otworzyła ciężkie, drewniane drzwi i wraz z silnym podmuchem wiatru oraz kroplami deszczu rozpryskującymi się o wypastowaną podłogę, wpuściła do domu Piotra.

Chłopak szybkim ruchem ściągnął z nóg przemoczone obuwie i wsunął je pod pachę, a następnie bez słowa ostrzeżenia chwycił Zosię za rękę i pociągnął w kierunku jej sypialni, z ostrożnością zamykając za nimi drzwi pokoju na metalową zasuwkę.

– Czyś ty oszalał, co ludzie powiedzą? – spytała z pretensją w głosie.

Piotr spuścił głowę, zabawnie nią potrząsając, aż krople spływające z jego włosów zostawiły mokry ślad na starych deskach.

– Jesteś zupełnie jak mój ojciec, zawsze przejmujesz się tym, co powiedzą bądź pomyślą ludzie. To takie głupie…

– Głupie jest prowadzenie rozmowy z kobietą, stojąc do niej tyłem.

Piotr wyprostował się i przeczesując palcami mokre włosy, powolnie odwrócił się w kierunku Zosi.

Niemal krzyknęła na widok jego twarzy. Z rany na prawym policzku wciąż siąpiła się krew, a rozcięta warga spuchła, przybierając fioletowy kolor.

– Kto ci to zrobił?

Podeszła do Piotra, wyciągając przy tym prawą dłoń, która po chwili zawisła w połowie drogi do jego policzka.

– To twój ojciec, prawda?

– Nieważne, Zosiu.

Zupełnie nie zważając na odniesione rany, szybkim ruchem ściągnął przez głowę przemoczoną koszulkę, rzucają ja na wiklinowy bujany fotel stojący tuż przy oknie.

– Piotr, na litość boską, co ty wyprawiasz? Jeśli wkroczy tu mój ojciec i zobaczy cię prawie nagiego, to…

– To co?

Zosia wyrzuciła ręce w górę, głośno wypuszczając przy tym przesycone złością powietrze. Lubił się z nią droczyć, wiedziała to od dawna, ale czy sytuacja, w której się znaleźli, tylko jej wydawała się dziwna, co więcej, śmiało mogłaby rzec, że niestosowna?

– Zaczekaj, przyniosę apteczkę. Trzeba to opatrzyć.

Minęła go, idąc w kierunku drzwi, gdy nieoczekiwanie zimne palce zacisnęły się wokół jej szczupłego nadgarstka.

– Daj spokój, to nic poważnego.

Zosia wyrwała dłoń z mocnego uścisku i nie reagując na protesty przyjaciela, udała się do łazienki, by po chwili wrócić z domową apteczką.

Usadziła Piotra na drewnianym taborecie, tuż pod nocną lampką i obficie zmoczyła gazę środkiem dezynfekującym.

– Nie wiem, co tym razem przeskrobałeś, ale twoja umiejętność przyciągania problemów któregoś dnia odbije się czkawką nam wszystkim. Co tym razem, hm? Znowu dokuczaliście Wolińskiemu? A może zbyt ciężko było ci pomóc ojcu w pracach rolnych? Piotr, są wakacje, powinieneś nagiąć karku i wykazać trochę więcej dobrej woli, dobrze wiesz, że jak wrócimy na studia, nie będziemy mieli zbyt często okazji, by móc ich wyręczać.

– Zosiu? – Wzdrygnął się na ostry ból przeszywający jego policzek, kiedy dziewczyna zbyt mocno przycisnęła gazę do wciąż krwawiącej rany.

– A może znowu szlajałeś się z Nowickim po wsiach i wywoływaliście niepotrzebne bójki?

– Zośka….

– Piotr, ty się zastanów nad tym, czego oczekujesz od życia. Nie możesz cały czas prowadzić beztroskich harców, wiecznie uganiać się za spódniczkami. Myślałam, że się zmieniłeś, wydoroślałeś….

A gdy tak rzucała bezpodstawne oskarżenia pod adresem chłopaka, ten z uwagą śledził wzrokiem jej niemal białe włosy splecione w luźny warkocz, który przerzucony przez ramię swobodnie opadał, przechodząc pomiędzy ponętnymi piersiami.

– Pomyślałeś choć przez chwilę o Helenie? O mnie? Czy w tym twoim ograniczonym łbie choć raz zrodziła się myśl, że twoje zachowanie może nas zranić?

– Zośka, ja cię bardzo proszę, ty mi nie wyjeżdżaj z….

– Pewnie, że nie pomyślałeś, bo ty nigdy nie liczysz się z uczuciami innych.

I w tym momencie padło o jedno zdanie za dużo. Piotr stanął na nogi niczym rażony prądem, ciągnąc za sobą zaskoczone ciało przyjaciółki, a gdy jej szare oczy znalazły się na równi z jego czarnymi, chwycił ją za kark i przyciągając do siebie, zaczął całować delikatne usta.

Smakowała dokładnie tak, jak wyobrażał sobie przez długie lata – niewinnością, słodyczą i czymś, co trudno było mu ubrać w słowa. Ileż to razy w swoich nocnych marzeniach wyobrażał sobie tę chwilę! A teraz pragnął, aby ten pocałunek, któremu nadawał niemal mistycznego znaczenia, był delikatny i bardzo niewinny, ale poczuł, że przegrywał sam ze sobą, kiedy z łapczywością i zachłannością wpijał się w malinowe usta, które broniły się przed jego atakiem.

Zosia szybkim ruchem odsunęła jego ciało od swojego i wymierzyła mu siarczysty policzek – o zgrozo, w już wcześniej poranione lico.

Tego się nie spodziewał.

Stała na wprost niego i dzikim wzrokiem mierzyła męską sylwetkę.

Oboje oddychali z trudem – po części przez duszne, gorące powietrze, a w znacznym stopniu z racji emocji, które nimi targały.

– Wynoś się… – powiedziała, mocno zaciskając zęby.

– Zosiu…

– Powiedziałam! Wynoś się stąd natychmiast, bo obudzę ojca i…

– I? – spytał, nie mogąc zapanować nad swoim rozbawieniem.

Odsunęła się, widząc, jak podąża za nią i nie pozwala jej na zachowanie bezpiecznej odległości. Jakże żałowała, że otworzyła mu drzwi. Tysiące myśli przelatywały przez jej głowę, zmuszając do analizowania tych wydarzeń. I choć zawsze uważała się za inteligentną osobę, w tej chwili nie mogła wymyślić niczego, co pomogłoby w znalezieniu rozsądnego wyjścia z tej jakże patowej sytuacji.

Za plecami poczuła chłód bielonej wapnem ściany, a na twarzy gorący oddech mężczyzny, którego wzrok przesuwał się po jej drżącym ciele. Nieświadomie zacisnęła dłoń na dekolcie koszuli, pragnąc choć w nieznacznym stopniu ukryć swoje ciało. Zamykając powieki, zupełnie pozbawiona wiary w to, co mówi, oświadczyła:

– Piotr, cokolwiek chodzi ci po głowie, nie rób tego.

I to były ostatnie wypowiedziane przez nią słowa. Zaraz po nich przyszedł czas na przerywane oddechy i głośne zapewnienia o miłości. Czuła jego spragnione dłonie na całym ciele, na wewnętrznej stronie ud i pośladkach. Namiętne wargi na dekolcie, piersiach i brzuchu oraz drżące mięśnie, które stanowiły zapowiedź zbliżającego się spełnienia – a wszystko to w zaciszu maleńkiej sypialni umiejscowionej na poddaszu domu ojców przy akompaniamencie deszczu głośno uderzającego w chłodne szyby okien.

Zaledwie dwadzieścia minut później Zosia płakała nie z powodu szczęścia czy na skutek zapewnień o wielkiej miłości ze strony Piotra. Płakała z powodu utraty szacunku do samej siebie i zatraceniu się w czymś, co mogło zniszczyć przyszłość nie tylko jej, ale przede wszystkim ludzi, których kochała.

***

Natrętny, notoryczny dźwięk domofonu w niemiłosierny sposób przeszywał obolałą głowę Maggie. Ostatkiem sił podniosła ją, wspierając się na łokciu. Dostrzegła po swojej prawej stronie bezwładnie leżącą Beth i skrzywiła się, widząc twarz przyjaciółki z resztką rozmazanego makijażu. Miała świadomość, że zapewne sama nie prezentuje się lepiej, zresztą co tu dużo mówić – czuła się tak źle, że z ledwością była w stanie przypomnieć sobie fragmenty wczorajszego wieczoru.

Jeremy wpadł do sypialni, wciąż z lekka zataczając się i głośno przy tym ziewając. Oparł się biodrem o welurowy fotel, w którym Maggie zwykła spędzać niedzielne poranki, przeglądając całotygodniową prasę plotkarską.

– Mag, skarbie, rusz swoją zgrabną dupkę pod prysznic, bo przydupas twojej babki czeka na dole.

Jak świat światem, nigdy nie widział Margaret w równie kiepskiej kondycji. Poszedłby o stówkę, że mimo otwartych oczu i rozkosznego mamrotu wydostającego się z jej ponętnych ust dziewczyna nie ma bladego pojęcia, co do niej powiedział.

– Stu tu jest?

– Dokładnie.

– W jakim celu? Jest niedziela przecież.

– Podejrzewam, że to może mieć coś wspólnego z twoim dzisiejszym lotem do Strecz… Strzekc… Strzycewic czy jak to tam leci.

Ciało Margaret zareagowało znacznie szybciej, niż wciąż nieprzytomny umysł. W ułamku sekundy wyskoczyła z łóżka, potykając się o własną torebkę. Klnąc przy tym jak jeszcze nigdy w życiu, pobiegła w kierunku łazienki, głośno wykrzykując swoje dyspozycje.

– Jasna cholera, spóźnię się na samolot! Jeremy, zbudź Beth, niech spakuje moją walizkę.

Zaledwie w sekundę w apartamencie rozpętało się istne piekło. Po pomieszczeniu biegała wciąż z lekka pijana Beth, starając się nie zapomnieć o żadnej z istotnych rzeczy, które powinny znaleźć się w torbie Margaret. W rozumianym tylko sobie systemie niemal z prędkością światła przerzucała welurowe wieszaki, dokonując szybkiego wyboru i Jeremy za nic nie był w stanie zrozumieć, po co Beth pakuje jej trzy sukienki wieczorowe, skoro jak to Mag określiła, leci na totalne zadupie.

– Beth, mogę zabrać tylko trzydzieści dwa kilogramy!

Z łazienki dobiegł głos znacznie rozbudzonej Mag. Beth otworzyła pokaźne drzwi do garderoby, w której znajdowała się spora kolekcja butów, po czym złapała się za głowę i jęknęła z bezradności.

– Jeremy, nie stój tak, tylko mi pomóż. Jak do cholery mam się zmieścić w limicie wagowym?

– Kawy, potrzebuję kawy.

Zmierzyła chłopaka groźnym spojrzeniem, a słysząc dzwoniący ponownie domofon, z szyderczym uśmiechem oznajmiła:

– Stuart jest na twojej głowie.

– Taaa, powiem, żeby zatrzymał samolot – dodał chłopak z ironią, człapiąc w stronę kuchni.

Dwadzieścia minut później Margaret zjeżdżała windą do foyer, szczotkując zęby. Z ustami pełnymi miętowej piany i z wciąż szklanymi oczami po wczorajszej zabawie po raz setny z kolei upewniała się, czy wydane przez nią dyspozycje zostały właściwie zrozumiane.

– Opiekujcie się Karolem i powiedzcie mu, że go kocham.

– Spoko, skarbie.

– Jeremy, mówię poważnie!

Pchnęła duże szklane drzwi i wychodząc przed budynek, ostentacyjnie splunęła miętową pianą na chodnik, jednocześnie wciskając w dłoń przyjaciela szczoteczkę do zębów.

– Ćwierć miliarda funtów, pamiętaj, Maggie – wyrzuciła na pożegnanie Beth, oddając torbę podróżną Stuartowi.

– Dam radę! – starała się być przekonująca, ale Jeremy nie dał się zwieść. Nigdy wcześniej nie widział jej równie niepewnej, zdezorientowanej i niech to cholera weźmie, przerażonej! Margaret Megan Murphy miała pełne gacie! A to nie zdarzało się często. Ostatnim razem miał przyjemność oglądać ją w tak odmiennym stanie, gdy na drugim roku studiów panikowała, że jest w ciąży po skończeniu romansu z żonatym gościem, notabene przykładnym ojcem rodziny.

– Jeremy, opiekuj się Beth.

– Jasne. Pokaż im, na co cię stać, skarbie.

Podeszła do chłopaka i składając szybki, soczysty pocałunek na jego ustach, wyszeptała:

– Pokażę.

Szybko uściskała Beth i idąc w stronę bentleya, pospiesznie związała włosy w wysoki kucyk.

– Panienko Murphy…

– Stu, widzę, że moja babka wciąż trzyma rękę na pulsie.

– Pani babcia od wczorajszego wieczoru nie może dojść do siebie na skutek wysłanej przez panienkę wiadomości.

– Och, to straszne. – Margaret przyłożyła dłoń do serca, bez skrupułów bawiąc się wspomnianą sytuacją.

Zatrzymała się przy drzwiach od strony pasażera, a następnie stanęła dokładnie na wprost kierowcy, wyciągnęła zgrabne dłonie i chwyciła czapkę szofera, nieznacznie ją poprawiając.

– Czyżby mój tatuaż nie przypadł jej do gustu?

Stuart znany był ze swojej cierpliwości i opanowania, ale jeśli ktokolwiek miałby wyprowadzić go z równowagi, bez wątpienia udałoby się to Margaret. Mimo iż kochał Sophie, a wspomnienie Charliego wciąż było żywe w jego pamięci i sercu, szczerze nie tolerował Margaret. Czasami zastanawiał się, jak to możliwe, że taka kobieta jak Maggie może mieć coś wspólnego z genami Murphych.

Spodziewając się, w jakim będzie stanie, podał dziewczynie styropianowy kubek wypełniony cappuccino z dodatkiem espresso oraz dwie aspiryny. Skinął głową na wygłoszone od niechcenia podziękowania i przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by umieścić ją w samolocie lecącym do Polski, nawet gdyby zmuszony był po raz pierwszy w życiu dać łapówkę straży granicznej.

Dwie godziny później z satysfakcją obserwował wzbijający się w powietrze samolot typu Boeing 737, nie mogąc przestać się uśmiechać. W końcu nadszedł dzień, w którym Margaret została zdana na samą siebie i choć szczerze wątpił w skuteczność planu Sophie, cieszył się na myśl, że nadchodzące trzy miesiące przyniosą jej nieco ulgi i spokoju.

Pospiesznie wyciągnął z kieszeni czarnych spodni telefon i wybierając z pamięci dobrze znany mu numer, z zadowoleniem nieschodzącym z twarzy oświadczył:

– Samolot właśnie wystartował.

– Jesteś pewien, że jest na jego pokładzie?

– Tak.

Sophie odetchnęła z ulgą, wchodząc do biura wczesnym rankiem. Za sobą miała nieprzespaną noc wypełnioną obawami i rozmyślaniami, które tak naprawdę zaprowadziły ją donikąd, a przed sobą perspektywę intensywnego dnia pracy. I choć było dopiero parę minut po szóstej rano, czuła się, jakby pracowała już od kilku godzin.

Odłożyła telefon na biurko i zatrzymując wzrok na fotografii męża, uśmiechnęła się smutno.

– Mam nadzieję, że Helena sobie z nią poradzi, Charlie. To moja ostatnia deska ratunku.

***

Margaret od dwóch godzin tkwiła na lotnisku, nerwowo wystukując palcami rytm jednej ze swoich ulubionych piosenek, uderzając nimi o martwy telefon komórkowy. Powiedzieć, że była zła, to zbyt łagodne określenie. Odpowiedniejsze byłoby stwierdzenie, że od całkowitego eksplodowania dzieliła ją granica cienka niczym włos osłabiony wieloletnim balejażem.

Przyciągając spojrzenia podróżnych, nerwowo pokonywała poczekalnię niewielkiego portu lotniczego, ciągnąc za sobą dość pokaźnych rozmiarów torbę podróżną. Z chęcią zadzwoniłaby do Sophie i zupełnie nie zważając na słowa, głośno powiedziałaby jej, co myśli o niej i całym tym cholernym planie. Zrobiłaby to, a jak! Gdyby tylko jej komórka działa. Tymczasem w zupełnie niezrozumiały dla niej sposób wszelkie usługi świadczone do tej pory przez operatora zostały zablokowane. Jakby tego wszystkiego było mało, dziwnym zbiegiem okoliczności karty debetowe i kredytowe nie przechodziły autoryzacji. Margaret doskonale zdawała sobie sprawę, że za tym wszystkim stoi babka. Zdecydowanie! I przez moment pomyślała nawet, że może to rodzaj zaplanowanej przez Sophie zemsty? Może właśnie taki miała plan? Może chciała, by Maggie została sama w kraju, którego tak się obawiała, bez noclegu i z marnymi dwudziestoma funtami w kieszeni? Z każdą wolno upływającą chwilą czuła, jak poziom wzbieranej w niej bezradności wzrasta niebezpiecznie szybko, a charakterystyczna dla niej butność i pewność siebie z podkulonym ogonem oraz wypełnionymi strachem oczami wracała pierwszym najbliższym lotem do Londynu – i to siedząc wygodnie w biznesklasie, popijając przy tym darmowe drinki i drwiąc z jej naiwnej osoby.

Zrezygnowana, zatrzymała się i przysiadła na skórzanej torbie, zmęczonym wzrokiem obserwując pospiesznie mijających ją ludzi. Przebywała w Polsce zaledwie od dwóch godzin, a mogłaby przysiąc, że jeszcze nigdy podczas żadnej z jej licznych podróży po Europie tak wiele rzeczy nie zadziwiło jej w tak krótkim czasie. Pomyślała, że Polacy to jedyny naród, który po skończonym lądowaniu bije brawo zapewne nic niesłyszącemu w kokpicie pilotowi i jedyny naród, który nie czeka, aż samolot zatrzyma się na płycie lotniska i ustawia się w kolejce do opuszczania pokładu, zupełnie lekceważąc lampkę nakazującą, by wciąż pozostać w pasach. Margaret zastanawiała się nawet, czy takie zachowanie nie jest swego rodzaju rywalizacją, czymś na kształt wyścigów narodowych… To byłoby jakieś logiczne wytłumaczenie całego pokładowego szaleństwa. Gdyby Jeremy to widział, z całą pewnością zmieniłby zdanie co do tej konkretnej nacji, a Beth bez wątpienia wpadłaby w panikę, interpretując takie zachowanie jako coś absolutnie nienormalnego. Oczami wyobraźni widziała przyjaciółkę, która nerwowo wygląda przez okno w poszukiwaniu płomieni ognia lub czegoś, co wskazywałoby na pilną ewakuację pasażerów. Z rozbawieniem pokręciła głową i nie mogąc zapanować nad własnym śmiechem, parsknęła nim głośno na widok kolejnego, trzeciego już mężczyzny beztrosko przemierzającego poczekalnię w skórzanych sandałach i białych skarpetkach. Dlaczego wszyscy faceci mający na nogach sandały dodatkowo zakładają skarpety? Jaki w tym sens? Nie odrywając wzroku od znajdujących się w jej pobliżu stóp, była w stu procentach pewna, że właściciel białych skarpetek ma na oko pięćdziesiątkę, początek starannie ukrywanej łysiny, widoczny brzuszek i obszerny wąs dumnie sterczący pod nosem. Właśnie tak Margaret wyobrażała sobie typowego polskiego mężczyznę. Oczywiście tego starszego. Ci młodsi, tacy w jej wieku, chodzili zazwyczaj w spodenkach długości trzy czwarte, sportowym obuwiu i w tych jakże uroczych białych skarpetkach, dla odmiany podciągniętych niemal po same kolana.

Na skutek wczorajszej nocy Margaret z coraz większą intensywnością odczuwała niekomfortową suchość w gardle. Odkręciła butelkę wody zakupioną jeszcze na pokładzie samolotu i upiwszy pierwszy łyk, ponownie prześledziła wzrokiem niewielki tłum oczekujących ludzi, bezskutecznie szukając osoby, która tkwiłaby tam z jej nazwiskiem napisanym na śmiesznej, tekturowej kartce, tak jak zazwyczaj miało to miejsce w tych wszystkich romantycznych komediach.

Zmęczony wzrok zatrzymała na sylwetce wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny, który pospiesznie pokonywał halę przylotów. Czując się w pełni anonimowo, powoli przesunęła swoje oczy po śniadym ciele, jednocześnie notując w pamięci, że nawet sam Channing Tatum w najlepszym okresie swojej aktorskiej kariery nie wyglądał równie apetycznie. Och, gdyby Beth mogła widzieć to, co w tym momencie podziwiały jej oczy, z całą pewnością skomentowałaby zaistniałą sytuację jednym, wszystko mówiącym zdaniem: „Mag, obsłużyłabym tego pana…”. Roześmiała się i w mało kobiecy sposób wytarła zwilżone usta wierzchem dłoni, powracając do swoich rozważań.

***

Tomasz nerwowo spoglądał na tarczę zegarka, która bezlitośnie potwierdzała jego dwugodzinne spóźnienie. To ewidentnie nie był jego najlepszy dzień. Najpierw sprzeczka z Majką, potem musiał wysłuchać długiego wywodu w wykonaniu babci Heleny na temat tej całej Margaret, Maggie, Gośki czy jak jej tam i tego, jak wielkie problemy ma z nią ciocia Zosia oraz jak nieoceniona może okazać się jego pomoc w, jak to babcia ujęła, sprowadzeniu dziewczyny na właściwą drogę.

Problem w tym wszystkim polegał na tym, że Tomasz już dawno wyrósł z pełnienia roli starszego kuzyna i jedna mocno pokręcona kobieta w jego życiu absolutnie mu wystarczała. O tak! Majka zdecydowanie nadrabiała za wszystkich i choć kochał ją całym sobą i z każdym wschodem słońca dziękował losowi za to, że jest, tak równie żarliwą modlitwą przy jego zachodzie dziękował za ciszę i spokój, który doceniały jego uszy. Majka zagadałaby każdego. KAŻDEGO!

Zatrzymując się, z uwagą prześledził wzrokiem twarze podróżnych, mając w pamięci obraz zaledwie sześcioletniej dziewczynki. Pospiesznie przemieszczający się ludzie nie ułatwiali mu zadania. Z rezygnacją zatopił dłoń w blond włosach i wyciągnął z tylnej kieszeni spodni telefon, niemal słysząc w uszach lament babci Heleny, gdy zmuszony okolicznościami będzie informował ją o swoim spóźnieniu. Przyłożył aparat do ucha i ponownie prześledził twarze znajdujące się w zasięgu jego oczu. Zatrzymał wzrok na wysokiej i szczupłej kobiecie o ognistych włosach, która siedząc na torbie podróżnej zdecydowanie wyróżniała się z tłumu. Ubrana w czarne rurki, czerwoną koszulę i wysokie szpilki, w zabawny sposób bawiła się swobodnie spoczywającymi na jej udach czarnymi szelkami. Kto, do cholery, nosi szelki w dzisiejszych czasach? I po co? Szybko zakończył wykonywane połączenie i wsuwając telefon do kieszeni dżinsów obserwował, jak z bagażu podręcznego dziewczyna wyjmuje butelkę wody mineralnej i upijając niewielki łyk, posyła mu zaciekawione, aczkolwiek krótkie spojrzenie. I choć znajdowała się od niego w znacznej odległości, przysiągłby, że na jej twarzy dostrzegł znajomy uśmiech.

Margaret w skupieniu obserwowała przelewającą się wodę w prawie pustej plastikowej butelce, dochodząc do wniosku, że jej dłuższy pobyt na lotnisku nie ma sensu. Postanowiła, iż najodpowiedniejsze w tej sytuacji będzie podejście do informacji i skontaktowanie się z Ambasadą Brytyjską, która natychmiast powiadomi Sophie o całym zajściu i ta zostanie niejako zmuszona do sprowadzenia jej do kraju. Mniejsza o to, czy babka przyśle po nią firmowy samolot czy ograniczy się do odblokowania jej kart płatniczych – każde rozwiązanie było lepsze niż koczowanie w tej stalowej puszce. Z uśmiechem spojrzała na zegarek, w duchu szacując, że przy dobrych wiatrach najpóźniej na osiemnastą będzie w domu i jeszcze dzisiejszego wieczoru załapie się na urodzinową imprezę u Steva.

Zadowolona ze swojego planu, poderwała się i już miała ruszyć przed siebie sprężystym krokiem, chwytając rączkę walizki, gdy nagle jej myśli brutalnie przerwał podejrzanie znajomy głos.

– Gosia?

Poczuła, jak świat usuwa jej się spod nóg. Minęło dwadzieścia lat, a ona wciąż pamiętała ten głos, zupełnie jakby ostatni raz słyszała go zaledwie wczoraj. Automatycznie jej lewa dłoń powędrowała do potylicy, wyczuwając wgłębienie blizny, za które odpowiedzialny był nie kto inny, jak sam właściciel wciąż rozbrzmiewającego w jej uszach tembru. Spinając całe ciało do granic możliwości, nabrała w płuca zapas powietrza (ot tak, gdyby było jej potrzebne – podobno ludzie wpadający w panikę zużywają więcej tlenu) i siląc się na delikatny uśmiech, bluźniąc przy tym w myślach, ostrożnie odwróciła się w stronę mężczyzny.

Szybko jednak przekonała się, że żadna ilość tlenu nie pomogłaby w uspokojeniu jej szalonego oddechu, gdy zdała sobie sprawę z faktu, który zarejestrowały jej szmaragdowe oczy. Tuż przed nią, dosłownie na wyciągnięcie ręki, stał nie kto inny jak mężczyzna, który wygrał w rywalizacji z samym obłędnie smakowitym Channingiem Tatumem.

Margaret poczuła, jak jej serce zatrzymuje się tylko po ty, by następnie z siłą potężnego skurczu szarpnąć osłabionym ciałem, które i tak ledwo trzymało się na dwunastocentymetrowych szpilkach. Natychmiast w jej uszach rozbrzmiał dobrze znany głos Beth, i aby przypadkiem nie powitać mężczyzny stwierdzeniem, że ona również z chęcią by go obsłużyła, przygryzła dolną wargę, wypowiadając jedynie krótkie:

– Fuck…

Tomasz w zdziwieniu uniósł brwi ku górze i gładząc dłonią kark, obdarzył dziewczynę uśmiechem, na skutek którego w głowie Maggie pojawiła się tylko jedna myśl i bynajmniej nie dotyczyła ona porannej gimnastyki w samotności. Zbierając w sobie wszystkie siły, resztkami świadomości przekrzyczała głos kobiecej próżności (Mag, przyjrzyj się tej twarzy, właśnie tak wyglądać będzie twoja kolejna pomyłka!), a następnie uwolniła dolną wargę, czując w buzi gorzki posmak czerwonej pomadki.

– Ty jesteś Gosia, prawda?

– Hi, Do you speak english?15 – spytała niepewnie.

Mężczyzna podszedł nieco bliżej i wyciągając dłoń, uśmiechnął się tak, że Mag bez problemu mogła zobaczyć jego kompletne i białe uzębienie. Po szybkim przeanalizowaniu swoich myśli oceniła, iż uśmiech zdecydowanie nadawałby się na okładkę hollywoodzkiego czasopisma dla młodych, rozochoconych i niewyżytych panienek.

– Cześć, Tomasz jestem. Przepraszam za spóźnienie, ale na autostradzie był wypadek i zmuszony byłem jechać objazdem. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?

– Ummm, no. Jest absolutely16 w porządku.

I właśnie w tym momencie Margaret poczuła się przegrana i nie miało to związku ani z przystojnym oprawcą z jej dzieciństwa, ani nawet z jego kusząco seksownym uśmiechem, który dziwnym sposobem rozgrzewał jej kobiece wnętrze. Poczuła się przegrana, bo dwadzieścia lat wypierania się polskości i unikania języka polskiego zaprowadziły ją do miejsca, w którym zmuszona była zaprzyjaźnić się z każdym aspektem niechcianego dziedzictwa kulturowego i narodowego. A wszystkiemu winna była jej babka. Kobieta, która doskonale wiedziała, w które miejsce uderzyć, by sprawić jej największy ból. Ćwierć miliarda funtów, ćwierć miliarda funtów, powtarzała niczym mantrę, by dodać sobie odwagi i powstrzymać się przed zrobieniem czegoś głupiego.

– Wyrosłaś.

Spojrzała na Tomasza i wrzucając butelkę do pobliskiego kosza, starała się nie pokazać, jak bardzo boli ją jej obecność w tym miejscu.

– Powinniśmy się pospieszyć, jeśli chcemy uniknąć korków i zdążyć na obiad.

Powiedziawszy to, puścił do niej kokieteryjnie oczko i ruszył ku wyjściu, zostawiając Margaret za sobą.

Oh My God17, skomentowała podświadomość dziewczyny, dumnie utwierdzając ją w przekonaniu, że może i zmuszona będzie klepać zdania po polsku, ale jej myśli zawsze wypowiadane będą tylko i wyłącznie w ojczystym języku i do tej sfery z całą pewnością nie sięgną wpływy babki Sophie.

Jeszcze nigdy w swoim dwudziestosześcioletnim życiu Margaret nie spotkała równie chamskiego zachowania. Żaden mężczyzna nie potraktował jej w taki sposób! To absolutnie przechodziło jej młode pojęcie. Marszcząc brwi i nabierając w płuca gorącego, letniego powietrza, nonszalanckim tonem zawołała:

– Thomas!

Chłopak natychmiast odwrócił się i podchodząc do Mag, wciąż nieprzerwanie rozmawiał przez telefon. Dziewczyna bezradnie rozłożyła ręce i wymownie spojrzała na walizkę, w uroczy sposób uśmiechając się dla wzbudzenia choć odrobiny zrozumienia.

Tomasz chwycił za rączkę bagażu podręcznego i zupełnie nie zważając na Mag, ruszył przed siebie, pozostawiając dziewczynę w osłupieniu.

Margaret zajęło trochę czasu, zanim przeanalizowała sytuację, która właśnie się wydarzyła. Czy ten oto mężczyzna nie wykazał się przed chwilą totalnym brakiem znajomości jakichkolwiek zasad savoir-vivre? Ponownie spojrzała na pokaźnych rozmiarów skórzaną walizkę (tę ważącą trzydzieści dwa kilogramy) i klnąc pod nosem oraz obrzucając Thomasa wszystkimi znanymi sobie określeniami (poczynając od szowinistycznych męskich świń, a kończąc na cholernym idiocie) z wściekłością wysunęła rączkę walizki i wypinając swoją bujną pierś ku przodowi, ruszyła śladami mężczyzny.

Pomimo wczesnej pory na zewnątrz panował niemiłosierny skwar, który sprawiał, że bez problemu można było dostrzec drżące fale gorącego powietrza. Tomasz wciąż kontynuował rozmowę, pospiesznym krokiem idąc w kierunku zaparkowanego auta. Zupełnie nie liczył się z Mag i jej wysokimi szpilkami. Przeprawa przez nierówne chodniki i częste oraz nieoczekiwane zwroty na skutek mijających ją ludzi stanowiły poważne zagrożenie dla kostek dziewczyny, dlatego Mag zupełnie nie zważając na obserwujących ją podróżnych i mając w głębokim poważaniu to, co pomyśli sobie szowinistyczna świnia krocząca przed nią, ściągnęła uwielbiane szpilki i czując ciepło rozgrzanego wczesnym słońcem chodnika oraz każdy napotkany na drodze kamień, dumnie kroczyła przed siebie z twarzą ubraną w najelegantszy uśmiech, na jaki było ją stać. Jednocześnie w myślach powtarzała sobie – zachowaj spokój, jeszcze nadejdzie okazja, by się odwdzięczyć.

Thomas zatrzymał się przed sportowym samochodem dobrej klasy i szukając po kieszeniach kluczyków, przytrzymał komórkę ramieniem, wciąż prowadząc rozmowę. Margaret odetchnęła z ulgą na rodzącą się w jej głowie świadomość, iż słowa Beth o odbiorze jej z lotniska wiejską furmanką były mocno przesadzone. Mężczyzna ze starannością umieścił jej małą torbę podręczną w bagażniku, a następnie uśmiechając się, skinął głową, aby zachęcić ją do powtórzenia tej czynności. Sam najzwyczajniej w świcie udał się w kierunku przodu samochodu.

Margaret opadły ręce! Absolutnie nie miała zamiaru w choćby najmniejszym stopniu starać się zdefiniować stojącego przed nią typa! Och, zdecydowanie nie miała na to teraz wystarczająco dużo czasu. Zrobi to wieczorem, na spokojnie. Wychyliła się nieznacznie – tak, by móc zmierzyć bystrym wzrokiem sylwetkę szowinistycznej świni – i z zaskoczeniem stwierdziła, że choć obserwowany osobnik nie posiada białych skarpetek (starała się pominąć fakt, że jego umięśnione i opalone łydki prezentowały się stanowczo zbyt seksownie), z pełną świadomością można zaliczyć go do grupy typowych, chamskich Polaków, przez których była niejednokrotnie zaczepiana na londyńskich ulicach czy też w pubach.

– Gośka, długo jeszcze?

Zaciskając zęby i w duszy licząc do pięciu, z trudem, ale jednak, wrzuciła swój bagaż do samochodu i przesadnie mocno zamknęła klapę bagażnika. Żwawym krokiem ruszyła zająć miejsce pasażera, mając przy tym świadomość, że echo wykonanej czynności z całą pewnością odbiło się w sercu szowinistycznej świni.

– Gotowa? – spytał, zakładając na nos sportowe okulary.

– Na wszystko – powiedziała Margaret, zapinając pas i wsuwając swoje bose stopy pod pupę. Jednocześnie szybkim ruchem ręki przetarła z kurzu ulubione szpilki, a następnie umieściła je na wprost siebie na skórzanej desce rozdzielczej. To dopiero był widok!

Przysięgłaby, że twarz szowinistycznej świni wyrażała zupełne zaskoczenie z kilkoma odcieniami purpury, mimo to w uroczy sposób wzruszyła ramionami i odwracając głowę w kierunku bocznej szyby, poprzysięgła sobie nie odezwać się słowem przez całą podróż.

Kiedy opuszczali parking, zapuściła się w głąb własnej duszy, czując, jak każdy jej fragment spowity został tęsknotą za Beth, za Jeremym i za Karolem, ale przede wszystkim za dawną, przebojową Margaret. Nieodparcie czuła, że ta jej bardziej rozrywkowa i pewna siebie część została w Londynie, w apartamencie w Notting Hill i właśnie naciągała na obolałą głowę satynową pościel w kolorze szmaragdu, leniwie przekręcając się przy tym na drugi bok.

To będzie długie lato, pomyślała.