Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
544 osoby interesują się tą książką
Gdy ginie jedyny syn przywódcy Northern Exchange, przyszłość jednej z najpotężniejszych kanadyjskich formacji mafijnych staje pod znakiem zapytania. Claude Girard ma jednak córkę. I człowieka, którego zamierza uczynić swoim następcą.
Dwunastoletnia Claire nie wie jeszcze, że podpisany przez ojca kontrakt odbierze jej dzieciństwo. Zanim zostanie żoną Oliviera Morela, musi przejść wieloletnie, brutalne szkolenie, które nauczy ją walczyć, zabijać i nikomu nie ufać.
Sześć lat później nie jest już bezbronną księżniczką, którą pamięta Olivier. Jest kobietą stworzoną do jego świata. Zimną, nieustępliwą i równie niebezpieczną jak on.
Ich małżeństwo miało być politycznym układem, tymczasem przeradza się w walkę o władzę, zaufanie i uczucia, których żadne z nich nie potrafi nazwać. A gdy kolejne zamachy ujawniają, że wróg zna każdy ich ruch, Claire i Olivier odkrywają, że największe zagrożenie może być blisko. Bardzo blisko.
W świecie, w którym miłość jest słabością, a lojalność ma swoją cenę, muszą zdecydować, czy potrafią zaufać sobie, zanim jedno z nich zostanie wykorzystane do zniszczenia drugiego.
Książka przeznaczona wyłącznie dla czytelników pełnoletnich.
Zawiera treści, które mogą być trudne lub niekomfortowe: przemoc fizyczną i psychiczną, relacje oparte na kontroli, dominacji i nierówności sił, ograniczoną możliwość wyboru, manipulację, presję, sceny erotyczne, broń, zamachy i porwania, śmierć i żałobę, wulgarny język.
Jeżeli szukasz lekkiego romansu, to nie jest ta historia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 338
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Kurwa jego mać! – Aż mnie zmroziło na dźwięk wściekłego głosu Aidena w słuchawce bluetooth.
– Co się dzieje? – zapytałem, jakby odgłosy strzałów nie były wystarczającą informacją, co było grane.
– Rosie oberwała – warknął. – Zaraz ich zamorduję!
– Nie zamordujesz, bo jesteśmy w potrzasku – sapnęła Rosie. – Ależ to boli – syknęła. – Przeszła na wylot, tyle dobrego!
– Mam do was dwie minuty – zakomunikowałem i dodałem gazu.
Z Echo Loft do klubu Aurora miałem nieco ponad kilometr. Skończyłem spotkanie, a brat z siostrą rozliczenie w drugim klubie. Zamykaliśmy o tym samym czasie i tak się złożyło, że jak co noc musieliśmy się pochwalić, które z nas zrobiło więcej, zarobiło stabilniejszy hajs lub ugrało lepszy kontrakt.
– W której pozycji stoicie? – Robiłem wszystko, aby nie stracić z nimi kontaktu.
– Wnęka od placu budowy – prychnęła Rosie. – A gdzie możemy stać?
Uśmiechnąłem się, bo skoro miała siłę na sarkazm, to oznaczało, że nie było z nią tak źle. Driftem wjechałem pomiędzy dwa wieżowce i nie zważając na jakość drogi dojazdowej, przejechałem ją z zawrotną prędkością.
Skurwiele, co strzelali do mojego rodzeństwa, stali przy swoim aucie bezpośrednio w bramie. Ani przez chwilę nie było mi żal mojego nowiutkiego Rama, kupi się nowe. Z całą mocą przyjebałem im w tył pojazdu, dokładnie w momencie, kiedy ten, co stał po stronie pasażera, zdążył obrócić głowę, ale nie zdołał odskoczyć.
Kierowcę wyrwało z kapci i rzuciło nim na utwardzoną ziemię. Wyskoczyłem z auta, a gdy dostrzegłem, że pasażer coś mamrocze, wyciągnąłem spluwę, przeładowałem i posłałem skurwielowi serdeczny uśmiech.
– Pozdrowienia od Morel Syndicate. – Strzeliłem, jak zawsze dwa razy. Udo, by bolało, serce, by zdechł.
– Tego oszczędź! – krzyknął Aiden i ruszył w moim kierunku.
– Gdzie Rosie? – mruknąłem, rozglądając się po ogromnym parkingu.
– Szłam do swojego auta! – fuknęła i się wyłoniła. – Moja ulubiona sukienka! – oznajmiła naburmuszona, mocno zaciskając palce na ranie. – Co robimy z tym ścierwem?
– A bo ja wiem… – Zamyśliłem się. Gdyby chujek, który zaatakował moje rodzeństwo, był przytomny, to zapewne opowiedziałbym ciekawą historię, co możemy z nim zrobić, ale tak? Tak bez widowni? – Zadzwońcie po chłopaków z klubu, niech go wpierdolą do chłodni, tylko temperatura, taka wiecie, by nam chłopiec się nie przeziębił – zaszydziłem.
– Dzwonię – potwierdził Aiden i wyjął telefon.
Podszedłem do Rosalie i chwyciłem ją za przedramię.
– Enzo się wkurwi, kiedy zobaczy, że cię postrzelono – wspomniałem o narzeczonym siostry, na co ona przewróciła oczami, a gdy dotknąłem bliżej rany, syknęła.
– Żeby on jeszcze miał coś do gadania – wycedziła ze złością. – Trzeba to opatrzyć, ręka mnie już boli od uciskania – pożaliła się niczym mała dziewczynka. – Co to za frajerzy nas zaatakowali?
– Jeden chuj raczy wiedzieć – stwierdziłem obojętnie. – Utylizacja, jak zawsze.
– Montreal czy Quebec? – Uśmiechnęła się leniwie. – Głupie pytanie.
– Głupie – potwierdziłem. – Wejdźmy do klubu, żeby ktoś ci opatrzył ranę i trzeba wysłać ekipę od czyszczenia.
Pytanie mojej siostry było głupie, bo chociaż wojnę mieliśmy z grupami z obu miast, Montreal nigdy nie wysyłał swoich ludzi. Korzystali z uprzejmości Quebecu, którzy robili na naszym terenie za tarcze strzeleckie. Dlatego nie widziałem sensu w przetrzymywaniu i wypytywaniu więźnia, po co tu przyjechał. To było oczywiste. Zabicie dzieci Morela i usunięcie syndykatu z Ottawy to był ich cel od czasów, gdy zamordowano Marksów, naszych poprzedników. Ale zabijać od razu dwóch? Gdzie tu zabawa? Jeden trup, drugi w stanie prawie śmierci – tak lubiliśmy załatwiać temat. Dostarczać jako wiadomość.
W klubie dwóch ochroniarzy zabrało poobijanego do chłodni, w międzyczasie opatrzono ranę Rosie, a Aiden zlecił czyszczenie: pozbieranie łusek, pozbycie się auta naszych zamachowców razem z jednym zabitym i, co się czasami zdarzało, usunięcie zapisów z kamer. Zanim wszystko zostało wykonane, było już po ósmej.
– Ojciec do mnie dzwoni – oznajmił zaskoczony Aiden, zerkając na nas, po czym odebrał. – Tak?... Jasne, tak… Jesteśmy w Aurorze… Toronto? – Zmarszczył brwi i spojrzał na nas. – Okej, to zaraz wyruszymy. – Rozłączył się.
– Czego chciał? – zapytała zmęczonym głosem Rosie.
– Mamy się stawić u Girarda – odparł, marszcząc brwi. – Wszyscy.
– Wszyscy? – dopytałem. Byłem mocno skonfundowany. Ostatnie spotkanie wszystkich odbyło się chyba na ślubie syna szefa, a mojego przyjaciela.
– Tylko się przebiorę – wymamrotała sennie Rosie.
– Może jedź do domu – poleciłem jej, ale przywaliła mi z pięści w biceps.
– Nie rób ze mnie rozlazłej pizdy – syknęła, po czym zarzuciła głową niczym dama, uderzając mnie włosami w twarz.
– Wychowaliśmy potwora – mruknąłem, ale tak naprawdę byłem z niej cholernie dumny.
– Lepiej ostra laska niż niedojebana ciposzka, którą musisz chronić – stwierdził słusznie Aiden. – Dobra, napiszę do Julie, że będę później – wspomniał o żonie nieco cieplejszym głosem i zaczął stukać palcami po ekranie telefonu.
Rosie nie potrzebowała dużo czasu. W klubie każdy z nas miał komplet odzieży na zmianę, a siostra wybrała standardowy strój czarnej wdowy – skórzane leginsy, wysokie botki, czarną bluzkę oversize, która pięknie ukryła opatrunek na ramieniu. Do tego związała włosy w wysoki kucyk.
Aby nie tułać się trzema autami, zaproponowałem rodzeństwu wspólny wyjazd, oczywiście nie moim Ramem z rozjebanym przodem. Wziąłem sobie auto braciszka. Rosie przysnęła w drodze, a Aiden starał się mnie zagadywać. Wiedział, że też mam za sobą nieprzespaną noc, cztery godziny za kierownicą w ciszy mogły skończyć się zaśnięciem za kółkiem. Ale się udało. Dojechaliśmy.
Rezydencja Girardów była większa od mojej rodzinnej, co zakrawało o pychę. Do tego marnotrawstwo. Moi starzy też mieli pierdolca na punkcie wielkości i mieszkali w pałacu, ale Claude Girard miał pieprzony zamek. Mury na pięć metrów, ruchomy most do wjazdu, ogromne przestrzenie wokół domu i jeszcze więcej zabezpieczeń. Tandeciarz.
Wpuszczono nas po zeskanowaniu siatkówki oczu. Na parkingu ochroniarze sprawdzili zawartość naszego auta, potem nas obszukano i, dopiero po zdaniu broni, pozwolono wejść.
– Jak mi dotknął rany, myślałam, że mu wyjebię z główki – warknęła nieuprzejmie Rosie, kiedy znaleźliśmy się na korytarzu.
– Trzeba było mu wyjebać – mruknął ochroniarz, który pojawił się znikąd. – Szef czeka.
– Prowadź, paziu – zakpiła wrednie Rosie, co sprawiło, że mężczyzna się uśmiechnął.
Rozumiałem to i nie rozumiałem. Moja siostra została wychowana tak jak my – czyli po męsku. Umiała się bić, strzelać i świetnie posługiwała się nożem, a najlepiej to dwoma kijami. Miała też niewyparzony język, a przez to wszystkim żołnierzom Northern Exchange jak i naszej formacji sztywniały kutasy. Mężczyźni mieli pierdolca na jej punkcie, a ona, mogąc wybrać sobie jakiegoś wysoko postawionego żołnierza, chociażby mojego przyjaciela, któremu się podobała, gdy byliśmy młodsi, wzięła sobie Enzo. Księgowego w okularkach. Pizdeczkę, kurwa, z cyferkami we łbie. Chyba tylko po to, by mieć w domu żywy worek treningowy.
Ochroniarz otworzył przed nami drzwi, ale sam nie wszedł. Wkroczyłem jako ostatni, zgodnie z etykietą, najpierw siostra, po niej mój starszy brat i ja. Zaskoczył mnie widok, bo spodziewałem się zebrania dla wszystkich członków naszych formacji, a przy stole konferencyjnym siedzieli tylko Girard i nasz ojciec.
– Szefie – odezwał się z powagą Aiden. – Zostaliśmy wezwani.
– Siadajcie. – Claude wyglądał, jakby nie spał co najmniej od tygodnia.
– Czy coś się stało? – zapytałem, zdobywając się na odwagę.
– Séraphin nie żyje – szepnął przytłoczony i spuścił barki.
Moje serce napierdalało w zawrotnym tempie. Séraphin był spadkobiercą Girarda, który wraz z żoną i synkiem wyjechał do Stanów na wakacje. Przyjaciel wspomniał o jakimś lukratywnym kontrakcie, chciał połączyć przyjemne z pożytecznym. Jak mógł nie żyć?
– A Victoria i mały? – zapytałem z bólem i westchnąłem ciężko, gdy szef jedynie pokręcił głową.
– Zwołam główne zebranie, zwłaszcza że razem z nimi zginął Carlos Morales – wspomniał o mafiosie, który przejął od teścia sterowanie Kansas City. – Zrodzą się spekulacje, a Carlos też jest ofiarą, mój syn miał się z nim spotkać.
Nie skomentowałem, ale to było prawdopodobne. Konsorcjum Salazara było najlepiej usytuowaną formacją w całych Stanach. A Girard bardzo chciał robić z nimi interesy.
– Nie mam następcy – mruknął ponuro szef.
– Możesz jeszcze spłodzić – zaśmiał się nasz ojciec, aż miałem ochotę przewrócić oczami. Szef był już po pięćdziesiątce. Szanse na spłodzenie? Chyba że z kochanką, bo jego żona była w podobnym wieku.
– Ale mam córkę – oznajmił smutno i nie wiedzieć czemu, spojrzał na mnie. – Mam pięćdziesiąt dwa lata i zanim urodziłby mi się syn, musiałbym jeszcze przez najbliższe dwadzieścia lat sprawować władzę, a nie jestem idiotą i nie widzę w tym drogi. – Cały czas mówił do mnie. – Dlatego idąc drogą Konsorcjum Salazara, wolę oddać władzę zięciowi, gdy tylko ożeni się z moją córką. – Odchrząknął, a intensywność w jego spojrzeniu się zwiększyła. – Olivierze…
– Ja? – Wskazałem na siebie. – W sensie…
– To będzie dla nas zaszczyt – wtrącił ojciec, aż zacisnąłem dłonie w pięści. Chyba, kurwa, dla niego!
– O ile się nie mylę, pańska córka to dziecko – zauważyłem bardzo ostrożnie, aby go nie urazić.
– Ma dwanaście lat – potwierdził. Byłem przekonany, że dziesięć. Ostatnio widziałem ją na weselu Séraphina, na którym ubrana w błękitną sukienkę tańczyła z balonami. Niczym mała, słodka księżniczka. – Więc za sześć lat nie będzie już dzieckiem.
Powinienem westchnąć, ale zabrakło mi odwagi. Miałem dwadzieścia pięć lat. Za sześć lat przekroczę trzydziestkę i dostanę za żonę jebaną księżniczkę! Girard chował swoją córeczkę w ukryciu. Prywatni nauczyciele, zakaz opuszczania rezydencji, ochrona przez całą dobę. Żona? Czy balast w naszym świecie?
– Wybacz mi, szefie – zwróciłem się najgrzeczniej, na ile pozwalały mi nerwy – ale nas rodzice chowali inaczej. Oczywiście to będzie dla mnie zaszczyt, lecz obawiam się, że pańska córka nie odnajdzie się w moim świecie. Nie mam domu z murem na pięć metrów, mieszkam w apartamentowcu, moja siostra radzi sobie sama, po prostu…
– Wiem, co chcesz powiedzieć, Olivierze. – Szef westchnął ciężko i spojrzał na mnie z żalem. – Claire zawsze była moim oczkiem w głowie i chciałem ją chronić – wymówił smutno, zdając sobie sprawę, że ją krzywdził tą ochroną. – Dlatego, zgodnie ze starą tradycją, przejdzie wdrożenie.
Aiden ze świstem wciągnął powietrze. Mój brat miał córkę, w życiu by się na to nie zgodził. Ta stara tradycja była wykorzystywana, ale niezwykle rzadko. Zaczerpnięta jeszcze od królów, którzy wysyłali na dwór przyszłego męża swojej córki, gdy te miały zaledwie dziesięć lat. Dziewczynki miały się wdrożyć do nowej roli – bycia żoną u boku swojego męża.
– Oczywiście, zapewniłem Claude'a, że się zgadzam – oznajmił ojciec.
Jasne, kurwa. A czy mnie ktoś o cokolwiek zapytał? Może na przykład o to, czego ja chcę!
– Pierdolona mimoza – warknąłem pod nosem, przez co Rosie szturchnęła mnie w bok.
– O co ci znowu chodzi? – syknęła ściszonym głosem i spojrzała kontrolnie na ludzi wokół nas.
– O moją przyszłą żonę – sarknąłem wrednie. – Spójrz tylko na nią.
– Jest śliczna – stwierdziła słodko. – Podobna do matki, tylko włosy ma ciemne, po ojcu.
– Trzęsie się jak jebany liść na wietrze – poskarżyłem się, bo ramiona dziewczynki drżały, gdy sypała piasek na urny. – Ona się nie nadaje do naszego świata. – Miałem ochotę jęknąć. – Mam ją trzymać w domu jak zwierzątko pod ochroną?
Siostra uniosła na mnie spojrzenie i pokręciła głową.
– Za trzy dni dziewczyna trafi do nas – oznajmiła z powagą. – Będę ją szkolić.
– Ty? – zdziwiłem się. – A nasza matka?
– Też – potwierdziła z uśmiechem. – W sensie Claire będzie całkowicie pod jej opieką, ale to ja będę ją uczyć sztuk walki.
– Może czegoś się nauczy – mruknąłem z nadzieją. Rosie była świetnie wyszkolona, chociaż wielu żołnierzy mafii ją bagatelizowało a tu niespodzianka. Spojrzałem na córkę Girarda i skrzywiłem usta. – Ja pierdolę, ona wyje – stęknąłem.
– Przestań – upomniała mnie. – To, że dziewczyna ma uczucia, niczego nie zmienia.
– Zmienia – wykłócałem się. – Jest słaba, szkolenie… – pokręciłem głową – nasza matka doprowadzi ją do załamania nerwowego. Jest zbyt emocjonalna, to odciśnie piętno na jej słabej psychice.
– Jest jeszcze dzieckiem, więc ma prawo płakać – przypomniała zgryźliwie. – Wiesz, w jakich warunkach chował ją szef.
– Puchu i ciepełka – sarknąłem. – Ona… ona… – Zamyśliłem się, bo nie do końca wiedziałem, co mogę dodać.
Claire Girard była dzieckiem. Do tego wrażliwym. A ja, kurwa jego mać, przez ustalenia ojca, miałem zostać jej mężem. Czy mogłem odmówić? Oczywiście, że tak. Ale czy to by się opłacało?
Istnienie Northern Exchange stanęło pod ogromnym znakiem zapytania. Zabójstwo spadkobiercy i do tego śmierć Carlosa Moralesa bardzo mocno mieszały na arenie formacji. Zwłaszcza tych zrzeszonych, które ze sobą współpracowały. Toronto było uzależnione od pomocy mafii działających na terenie Stanów Zjednoczonych, by móc przemycać dobra z Ameryki Środkowej i Południowej. W kwestii towarów z Azji i Australii mogliśmy polegać na Vancouver, ale Meksyk bez pomocy Chicago czy San Francisco był nie do ogarnięcia. A zapasy kokainy się kurczyły.
Czy właśnie to miał ustalić mój przyjaciel z Moralesem? Ochronę ładunków?
Tak czy siak, nie do końca miałem wyjście. Musiałem się zgodzić, by mi nie zarzucono, że działam przeciwko naszej formacji.
– Idziemy – szepnęła siostra. – Ludzie się wycofują.
– Uroczystość jest w hotelu? – dopytałem, bo nawet nie pomyślałem, by samemu przeczytać otrzymaną wcześniej notatkę.
– Tam, gdzie Girard wynajął nam pokoje – potwierdziła i pociągnęła mnie za ramię.
W normalnych rodzinach po ceremonii pogrzebowej ludzie są zapraszani na celebrację życia zmarłego w jakiejś sali parafialnej, ale szef nie byłby sobą, gdyby tak kiepsko nas ugościł. Dlatego została wynajęta sala w pięciogwiazdkowym hotelu oraz zapewniono nocleg po spotkaniu, na którym powinniśmy wspominać Séraphina, Victorię i ich małego synka.
Najpierw była przemowa, wzniesienie toastu, a później zaproszenie do stołów. Ojciec, który wziął sobie za cel włażenie w dupę szefowi, przy pierwszej możliwej okazji, pozapierdalał na tych swoich nogach niczym wykwalifikowany biegacz i usiadł obok niego. Jeszcze, kurwa, brakowało, aby ogłoszono moje zaręczyny z Claire podczas stypy. To byłby hit!
Kiedy Girard spojrzał na mnie wymownie, pokręciłem nieznacznie głową. Owszem, to byłby zaszczyt siedzieć obok niego, ale wtedy niczego bym się nie dowiedział. A musiałem. Od ponad tygodnia wertowałem artykuły odnoszące się do śmierci mojego przyjaciela i jego bliskich. To było niezrozumiałe. Victoria też umiała walczyć, według raportów nie odnaleziono zbyt wielu łusek, a pociski w ciele Girardów świadczyły, że broń należała do Carlosa, który też tam zginął.
– Może się nie dogadali? – zapytał jeden z ludzi Girarda, mlaszcząc ohydnie podczas jedzenia. Ależ mnie to przyprawiało o ciarki. – Wiecie, Morales z Séraphinem?
– Ponoć nie mogli zidentyfikować zwłok dziecka – mruknął drugi.
– Skąd to wiesz? – zapytała bez ogródek Rosie, nie patrząc na to, że oni są z Toronto, a my z innej formacji.
– No, ponoć coś tam władze Stanów ściemniały – odparł jej nieco wystraszony. – Ale szef powiedział, że wszystko było w porządku.
– Tak, było w porządku – potwierdził ten pierwszy, jakby chciał uciąć temat.
– Ale podejrzewacie, że Carlos zabił Girardów? – Mój brat dołączył do konwersacji.
– Szef powiedział, że Morales miał pomóc, a ja mu wierzę. – Pierwszy robił wszystko, by zakończyć pogadankę. – Zaznaczył nam, że to nie jest żaden konflikt z Salazarem, on chce z nim wejść w biznes.
Prychnąłem pod nosem.
– Bawi cię to? – Drugi zerknął na mnie i zmarszczył brwi.
– Rozbawiła mnie wizja nowego szefa Kansas City – oznajmiłem nieco rozbawiony, a na twarzach wszystkich pojawiły się uśmieszki. No, oprócz twarzy Rosie, ta najwidoczniej nie rozumiała. – Ile lat ma stary Salazar? Chyba miał odejść na emeryturę, od pięciu lat władzę sprawował Carlos.
– Chyba więcej niż pięciu. – Zamyślił się drugi.
– Nieważne. – Westchnąłem. – Kto stanie na czele Konsorcjum?
Ich uśmiechy się powiększyły.
– No przecież ma syna – zakpił pierwszy.
– Pedał na czele mafii – sarknął drugi, aż Aiden odchylił głowę i parsknął śmiechem.
– Nico nie jest pedałem. – Rosie spojrzała gniewnie na obu żołnierzy Girarda.
– Nicoś – poprawił ją wrednie Aiden. Moje kąciki ust również się uniosły.
– Nicolás Salazar stoi na czele Mafii 2.0. odłączył się od ojca, zrezygnował z działań mafijnych, stając się pośrednikiem mafii – upomniała wszystkich.
– Słyszysz, jak to brzmi? – Aiden nachylił się w jej kierunku. – Jak rola pedała.
– Bo wierzy w technologię? – Rosie nie miała zamiaru mu podarować. – Bo chce załatwiać biznesy mafijne przez ugody i transakcje, tak jak działają państwa? Dzięki czemu powstała cywilizacja?
– Głośniej, panienko – podjudził ją pierwszy. – Jako kobieta może pani wierzyć w pokój na świecie jak każda Miss Świata. – Puścił do niej oczko. – Ale to jest mafia – zaznaczył twardo. – Mafia to krew, pot i łzy.
– Czyżby? – Siostra nakręciła się w najlepsze. – Salazar za czasów rządów ojca pokazał czym jest mafia – argumentowała, do tego słusznie. – Nico był jego tajną bronią, a to, że sam zrezygnował, nie świadczy o jego orientacji, a o mózgu.
Odwróciłem się, byle tylko nie pokazać jak bardzo mnie to bawi. Ale co miałem powiedzieć? Moja siostra była zaręczona z księgowym. Ją to podniecało.
Wyłączyłem się z rozmowy, a wzrok skupiłem na głównym stole. Claire siedziała przy swoim nietkniętym daniu i patrzyła w przestrzeń. Nie powinienem jej nienawidzić, a jednak czułem złość. Była mała, krucha, drobna i słaba. Zerknąłem na panią Elainę, jej matkę, do której Claire była niebywale podobna. Pokręciłem jedynie głową. To mnie czekało, to miała być moja przyszłość.
Elaina Girard, zupełnie jak moja matka, wywodziła się ze starego, francuskiego rodu z Vancouver. Była niską kobietą, miała zaledwie sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu. Do tego drobna, mogła ważyć ze czterdzieści kilogramów. Smutek na twarzy, przygarbiona sylwetka, rozpacz w oczach, którą widziałem na pogrzebie. Krucha i delikatna. Jedyne co trzeba było przyznać bez sporu to fakt, że była naprawdę urodziwa.
Może w Toronto panował spokój, ale Ottawa była w bliskiej odległości od Montrealu. Marksowie swoją beztroskę przypłacili życiem, a nas szkolono na tych, co potrafią poradzić sobie bez ochrony. Jak ona miała odnaleźć się w moim świecie?
Nijak, kurwa! Ochroniarz całodobowy? Że niby ja?
Ten ponury stan trzymał mnie w swoich szponach przez resztę stypy. Po obiedzie zostaliśmy zaproszeni do baru, aby wypić za lepszy los tych, co żyją. Oczywiście moja porywcza siostra nie chciała słuchać, że nie powinna, tylko oznajmiła twardo, że jest żołnierzem i pije z nami.
Skończyło się na tym, że każdy chciał z nią wypić i poflirtować, ale cwanie pokazywała pierścionek od swojego pizdowatego Enzo, a gdy któregoś to nie ruszało, oznajmiała, że umie kastrować.
Nie skłamała, dwóch z Quebecu naprawdę pozbawiła kutasów. Gdy Aiden to potwierdził, zrobiło się jakoś luźniej przy barze.
Patrzyłem na wszystko z kanapy i uśmiechałem się pod nosem, sącząc drinka.
– Dlaczego faceci od razu myślą o ruchaniu, jeśli kobieta mówi, że chce się z nimi napić – fuknęła z goryczą Rosie, dosiadając się do mnie.
– Ze mną możesz pić – parsknąłem rozbawiony, po chwili westchnąłem. Miałem już trochę promili i wzięło mi się na melancholię. – Czemu wszyscy mogli mieć normalne życie, a tylko mi je spierdolono?
– Ale ty smęcisz – prychnęła zniesmaczona i odpaliła papierosa.
– Wzięłaś Enzo, bo jest pizdą – wypomniałem jej. – I nie pierdol, że on cię wybrał, bo on to się ciebie bał.
– Od razu bał. – Przewróciła oczami. – Podnieca mnie jego mózg, poza tym nie jest chujem jak wszyscy w tej naszej formacji.
– Co masz na myśli? – zapytał podchodzący z kolejnymi drinkami Aiden. – Wziąłem wam.
Pokiwaliśmy głowami.
– Oli, nie obraź się, ale masz swoje preferencje w łóżku, prawda? – Siostra ciągnęła dalej.
– Każdy ma – potwierdziłem.
– No i z tym się nie zgodzę. – Dmuchnęła mi dymem. – Enzo na przykład nie miał, mogłam go sobie ułożyć.
– Był prawiczkiem? – zdziwił się Aiden.
– Nie – zaśmiała się szczerze, dźwięcznie. – Był tak mną oczarowany, że zawsze się dopasowywał. Nie powiem, z początku to bywało męczące, my ten tego, a on głupie pytanie, czy mi dobrze.
– Bez szczegółów – wtrąciłem surowiej. – Mogę na takie tematy rozmawiać z Aidenem, ale z tobą nie mam zamiaru.
– A zrobiłeś coś takiego dla kobiety? – Ponownie dmuchnęła na mnie dymem, przez co zacząłem machać dłońmi, by odzyskać wyraźny obraz. – Czy jak każdy kutas z mafii bierzesz, dymasz i masz w dupie, czy ona jest zadowolona?
Wzruszyłem ramionami.
– Laski lubią na ostro – argumentowałem. – Oczywiście nie spodziewam się tego po Claire. – Skrzywiłem usta. – Ona na pewno będzie wolała jakiegoś pizdowatego.
Siostra odchyliła głowę i zaśmiała się na całe gardło.
– Laski lubią zmienność, frajerze. – Poklepała mnie po udzie. – Czasami ostro, a czasami z pierdoloną czułością, masą czułości, zależy od sytuacji. Więc się nie dziw, że wolę, jak ty to mówisz, pizdowatego Enzo, bo kiedy potrzebuję, jest delikatny i troskliwy, a kiedy chcę…
– Weź ty, kurwa, skończ – syknąłem ze złością.
– Ja się nie uważam za pizdowatego i też wolę zmienność – wszedł nam w temat Aiden, mocno mnie zaskakując. – Kiedy Julie zbliża się okres, to mógłbym ją przebić na pół, a ona krzyczałaby, że za delikatnie, a jak jest tuż po okresie, to jej się włącza program gry wstępnej i lekkiego dymanka.
Przewróciłem oczami, bo mnie opowiadał, jak to zajebiście jest mieć kontrolę nad żoneczką, która jest córką żołnierza o niższej randze, a ona szczęśliwa z zamążpójścia, jest potulna jak baranek i przyjmuje, co Aiden jej oferuje. A teraz pierdolił o jakimś dopasowywaniu się.
– Ale sam ją sobie wybrałeś – mruknąłem, stosując kontratak. – To było normalne poznanie się na imprezie, zagaiłeś do niej, ona cię chciała. Nikt wam życia nie układał, ojciec się nie wtrącał. A ja? – Wskazałem na siebie.
– A ty będziesz moim szefem. – Wyszczerzył się. – Mój, kurwa, młodszy braciszek będzie szefem Northern Exchange. – Zmierzwił mi włosy, aż byłem gotów mu przypierdolić.
Ale się powstrzymałem, bo w sumie miał rację. Jebać już to ustawiane małżeństwo, jebać zastanawianie się nad tym i myślenie o losie Claire Girard. Za sześć lat albo będzie z niej laska z twardą dupą, albo zrobię jej dzieciaka i wsadzę do jakiegoś psychiatryka. Tyle w temacie.
– Nie, błagam, nie! – krzyknęłam, a po chwili uderzyłam pupą o ziemię. – Już wstałam, już jestem czujna – zapewniłam żarliwie.
Mężczyzna nie był skłonny mnie wysłuchać. Ciągnął mnie za nogę po podłodze, nie zważając, że T-shirt zbrylował mi się na tułowiu i odsłonił piersi. Nieważne, że były niewidoczne przez wielkość, ale były. Obnażył mnie.
Niestety w domu państwa Morel nie istniało coś takiego jak poszanowanie intymności. Dyspozycje wydawała Suzanne, a jej nikt się nie sprzeciwiał. Ani służba, ani ja, ani nawet jej córka.
Peter zawlókł mnie do łazienki i po puszczeniu mojej nogi, ścisnął mi przedramię i szarpnięciem zmusił, bym weszła do kabiny. Zaczęłam drżeć na całym ciele, ale nie błagałam, by niczego mi nie robił. Prosiłam tylko przez pierwszy miesiąc. Po pół roku straciłam nadzieję. Ta kara wydawała mi się bolesna i nieludzka, ale zdarzała się coraz rzadziej.
– Która jest godzina? – Suzanne stanęła w progu łazienki i spojrzała na mnie z obrzydzeniem. – Ile razy mam ci powtarzać, że musisz spać czujnie? – Jej wzrok był psychotyczny.
– Czuwałam już od piątej – próbowałam się bronić marnym argumentem, ale ten wywołał na jej twarzy jedynie odrazę. – Zasnęłam, przepraszam.
– Przepraszasz? – Jej głos podskoczył o oktawę. – Przeproś samą siebie, że dałaś się zaatakować – prychnęła i splotła ręce na piersiach, po czym zastukała nerwowo palcami o przedramiona. – Piętnaście minut, Peterze – wydała komendę i opuściła łazienkę z mocnym trzaśnięciem.
Peter spojrzał na mnie bez emocji, ale widziałam, jak mocno zaciskał szczęki. Być może miał córkę w moim wieku, a ta nie otrzymywała kary za to, że nie wstała o szóstej. Nie posiadałam budzika, nie wolno mi było korzystać z telefonu. Na takie cuda technologii miałam wyznaczony czas i cel. Telefon do rodziców albo kontakt z przyjaciółmi ze szkoły.
– Przykro mi, panienko Girard – szepnął i chwycił za słuchawkę prysznicową. – Naprawdę mi przykro.
Zadarłam podbródek i zacisnęłam mocno szczęki. Czekałam.
Zimna woda chlusnęła z taką mocą, aż niestety krzyknęłam z zaskoczenia i bólu. Lecz kilkadziesiąt karnych pryszniców nauczyło mnie szybkiej reakcji. Spuściłam głowę, wyplułam to, co naleciało do gardła, a później brałam powolne, uspokajające oddechy. Nie ma to jak poczucie tonięcia podczas prysznicu.
Woda była lodowata, lecz tylko z początku. Zaspane ciało szybko stanęło na wysokości zadania i po obniżeniu swojej temperatury zaakceptowało prysznic jako znośny. Najgorszy był pierwszy moment. Na niego miałam sprawdzony sposób. Wracałam pamięcią do chwil, które sprawiały mi przyjemność. Lecz tym razem mój mózg zalało inne wspomnienie:
Dochodziło południe, gdy Luc, kierowca państwa Morel, skręcił w las, a dalsza droga była wciąż utwardzona, lecz znacznie węższa. Drzewa zasłaniały zewsząd widoczność. Jechaliśmy tak kilka minut, po czym samochód się zatrzymał. Mur, tylko niższy od naszego, ogromna brama. Kiedy ta się rozchyliła, moim oczom ukazała się wysadzana drzewami aleja dojazdowa. Po lewej stronie mijaliśmy przepięknie zadbany ogród, aż chciałam westchnąć z ulgą, bo kochałam bawić się w naszym. Po prawej zaś była woda. Jezioro? Tak, mogło to być sztuczne jezioro.
Luc zatrzymał się, a przed nami stał trzykondygnacyjny dom z kolumnami. Mniejszy od mojego rodzinnego, ale w podobnym stylu. Byłam ciekawa, czy Morelowie również mają kucyki w stadninie i czy będę mogła się jakimś opiekować. Z wielkim żalem zostawiłam swojego kuca, a na wspomnienie o nim tęsknota ścisnęła mnie za serce.
– Jesteśmy na miejscu, panienko – oznajmił uprzejmie Luc. – Może panienka wysiąść.
– Sama? – zdziwiłam się na jego propozycję. U nas kierowca otwierał drzwi damom. Tatko byłby oburzony, gdyby któryś z jego pracowników o tym zapomniał.
– W Morel Syndicate kobiety mają takie same prawa jak mężczyźni. – Spojrzał na mnie przez ramię, a w jego oczach dostrzegłam coś na kształt drwiny. – Proszę pamiętać, że to tyczy się również obowiązków.
Otworzyłam sobie drzwi, a Luc nie tylko mi nie pomógł, ale też podał mi bagaż, twierdząc, że powinnam pomóc jemu z jego noszeniem. Nie podobało mi się, że pracownicy pozwalają sobie na tak dużo, mój tatko w życiu by nie pozwolił, abym ciągnęła walizkę. Ciężką i ogromną. Do tego po schodach!
Udało mi się, chociaż moje mięśnie błagały o łaskę. Stanęłam przed drzwiami i zanim zdążyłam zapukać, te otworzyły się na oścież, a w nich stanęła młoda brunetka w obcisłym, czarnym kombinezonie.
– Claire! – Wykrzyknęła moje imię z entuzjazmem i porwała mnie w objęcia.
– Rosalie! – Usłyszałam zimny, kobiecy głos z głębi korytarza. – Puść pannę Girard.
Kobieta posłusznie wykonała polecenie, ale za to pogłaskała mnie wierzchem dłoni po policzku, jakby chciała mi dodać otuchy.
– Jestem Rosalie Morel i będę się tobą zajmować – zapowiedziała tak ciepło i pieszczotliwie, aż zakiełkowała we mnie nadzieja.
– Będziesz ją szkoliła – poprawiła ją ta druga kobieta i podeszła do nas. – Czemu stoisz w progu, dziewczyno? – skarciła mnie. – Wyprostuj się, ściągnij czapkę, złącz nogi.
– Przepraszam – szepnęłam speszona.
– Nie przepraszaj, tylko wykonaj – wymówiła autorytarnie i zaszczyciła mnie swoim chłodem, a zarazem opanowaniem. Gdy wykonałam jej polecenie, odchrząknęła. – Nazywam się Suzanne Morel. Jestem żoną Marcela, przyjaciela twojego ojca. Jak wiesz, masz zostać żoną mojego syna, dlatego wyznaczono mnie do opieki nad tobą.
Pokiwałam głową.
– Musisz używać słów, jeśli chcesz, by rozmówca cię rozumiał – syknęła surowo. – Język po to właśnie służy, a ci, co go nie używają, sami pozbawiają się możliwości głosu.
– Rozumiem – potwierdziłam więc słownie.
– Rozumiem, co? – drążyła, pastwiąc się nade mną, żywiąc się moim przerażeniem.
– Rozumiem, co pani do mnie mówi – poprawiłam się z nadzieją, że to ją udobrucha.
– Nie jestem twoją panią. – Lecz ona znalazła powód, aby mi dopiec. – Nie jestem twoją ciocią, ani twoją matką. Masz się zwracać do mnie po imieniu. Suzanne, bez zdrobnień – wycedziła ostatnie słowa z jadem.
– Pani Morel. – W drzwiach stanął Luc. – Walizki panienki Girard. Czy mam zanieść…
– Poczekaj! – oznajmiła twardo, unosząc przy tym dłoń. – Otwórz je najpierw.
– Matko – żachnęła się Rosalie, lecz i ona zamilkła zgromiona spojrzeniem swojej rodzicielki.
Nie miałam odwagi prosić, by moje rzeczy osobiste zostały osobistymi. Walizki otwarto, a każdy ciuch przeszedł selekcję mojej opiekunki. Suzanne.
W korytarzu wytworzyły się dwie kupki. Jedna znacznie mniejsza, a druga okazała. Nie rozumiałam, co robi ta kobieta, dopóki nie wyprostowała się ponownie i nie posłała mi szyderczego uśmiechu.
– W Morel Syndicate nie hodujemy tęczowych księżniczek – prychnęła, wskazując na stertę ciuchów. – Luc, pozbądź się tych fatałaszków, a ty – zwróciła się do mnie – spakuj odzież, która przeszła moją selekcję.
Wykonałam rozkaz od razu, bojąc się, że kobieta wyrzuci nawet szare koszulki, skoro z taką premedytacją pozbawiła mnie wszystkich sukienek i piżamy w misie. Gdy kończyłam pakowanie, dreszcz przeszył moje ciało, bo nachyliła się nade mną i szepnęła mi do ucha:
– Jeśli będziesz mądra, to do momentu ślubu zrobię z ciebie godną żonę dla mojego syna.
Jej słowa weszły w życie już następnego dnia. A opieka Suzanne szybko pozbawiła mnie mrzonek.
Energicznie potrząsnąłem głową, by uwolnić się od obrazów zalewających mój mózg. Już wolałam to, co było tu i teraz. Nie odliczałam sekund, wtedy zawsze trwało to dłużej. Nasłuchiwałam. Wprawdzie szum wody bardzo mocno zagłuszał wszystko wokół, ale zmysły robiły się tak bardzo wyczulone, że nawet wiedziałam, w którym momencie Suzanne weszła ponownie do łazienki. Zazwyczaj robiła to w ostatnich minutach, przez co jej przybycie przyjmowałam z ulgą.
– Piętnaście – oznajmiła z mocą, przebijając się przez dźwięk natrysku.
Nastała cisza.
Dopiero w tym momencie zaczynał pojawiać się ból mocno spiętych przez karę mięśni. Ciało mi drżało, zęby uderzały o siebie, a mięśnie zaczynały palić. Ustępujące wyziębienie było podobne do bólu, jakby ktoś wsadził zmarzniętą dłoń do ciepłej wody.
Nieprzyjemne, ale znośne.
– Masz piętnaście minut na pojawienie się w jadalni – rzekła tonem, który był pozbawiony emocji.
– Dobrze, Suzanne – potwierdziłam szybko, starając się, aby mój głos zabrzmiał naturalnie. Zawsze musiałam potwierdzać coś słowami, za kiwanie głową była inna kara.
Kobieta i Peter opuścili łazienkę, a ja powolutku wstałam i kiedy już się upewniłam, że moja koordynacja działa poprawnie, wyszłam z kabiny. Może powinnam tam zostać, rozpłakać się i prosić nie wiem kogo, by mnie zabrano do mamy, ale to też nie działało. Za to również była kara.
Po zimnym prysznicu stwierdziłam, że jestem czysta, a tak naprawdę zabrakło mi czasu na prawdziwą kąpiel. Wysuszyłam jedynie włosy, na co przeznaczyłam siedem minut, po czym przebrałam się w ekspresowym tempie. Nie mając zegarka, odliczałam sekundy, by wiedzieć, ile czasu mi zostało do pojawienia się w jadalni. Aby nie ryzykować, włosy związywałam, już schodząc na parter.
– Dwie minuty przed czasem, Claire – zagaiła uprzejmie, chociaż wciąż chłodno Suzanne.
– Dzień dobry – przywitałam się, bo przy stole siedział również pan Morel, do którego nie zwracałam się po imieniu.
– Dzień dobry. – Skinął mi lekko głową. – Masz sine usta. – Zmarszczył brwi i przyjrzał mi się uważniej.
– Claire troszkę zaspała – odparła z powagą Suzanne.
– Tak, przepraszam, zaspałam – potwierdziłam i usiadłam na swoim miejscu.
Chciałam zapytać, gdzie jest Rosalie, ale dziewczyna rzadko jadała wspólne śniadania. Pracowała do trzeciej, czasami czwartej nad ranem, więc widywałyśmy się dopiero po moich lekcjach, podczas szkolenia fizycznego.
– Jutro przyjedzie pielęgniarka – wspomniał pan Marcel i zerknął na mnie. – Standardowo, krew i mocz.
– Oczywiście, rozumiem. – Panu Morelowi też należało odpowiadać pełnym zdaniem, nie przytakiwać. Wprawdzie on mnie nie upominał, ale jego żona stosowała później karę.
– Smacznego – wtrąciła Suzanne.
Na to też odpowiedziałam, po czym zabrałam się za swój posiłek. Pozostali domownicy mieli puste talerzyki i przystawki do wyboru, ale nie ja. Przede mną zawsze stały naczynia wypełnione moim pokarmem. Inaczej nie umiałam tego nazwać, bo żywność była bez smaku. Niska zawartość soli, cukru i tłuszczu, za to nadmiar białka. W każdym posiłku było białko, a coś takiego jak „zachcianki” – nie istniało.
Zjadłam bez marudzenia, bo marudzenie też kończyło się karą. Do tego kulturalnie podziękowałam za posiłek i spędzony razem czas, po czym otrzymywałam swoją komórkę. Doświadczona licznymi karami za okazywanie entuzjazmu, przyjęłam ją i, tylko po spojrzeniu na godzinę, schowałam do plecaka.
– Mam sześć minut do odjazdu – zakomunikowałam beznamiętnie. – Pójdę tylko do toalety i wyjdę przed dom.
– Możesz już iść, dziecko. – Pan Morel machnął dłonią, jakby cała ta otoczka tłumaczenia jedynie mu przeszkadzała.
– Dziękuję za pozwolenie. – Odsunęłam cicho krzesło od stołu i opuściłam jadalnię.
Nie biegałam po domu, ale w toalecie na dole starałam się jak najszybciej załatwić swoje sprawy, by pojawić się przed czasem. Raz nie zdążyłam, a Luc dostał informację, że najwidoczniej nie zależy mi na punktualności, więc mogę iść do szkoły na piechotę.
Zdarzyło się to tylko raz, trzy miesiące temu. Oczywiście dotarłam, ale po prawie dziewięciu godzinach. Następnego dnia zmogła mnie gorączka, a na nogi nie mogłam stanąć przez tydzień. Nie przez zakwasy, lecz przez otwarte rany na stopach od niewygodnych butów.
Ale tym razem żadna z tych wersji wydarzeń mi nie groziła. Pojawiłam się dwie minuty przed czasem. Luc uśmiechnął się do mnie profesjonalnie, a ja po standardowym przywitaniu wślizgnęłam się na tylną kanapę.
Miałam godzinę jazdy, bo z King Street do Bueana Vista Road, gdzie mieściła się moja szkoła, było prawie czterdzieści kilometrów. W tym czasie zawsze sprawdzałam wiadomości na telefonie, czasami notatki, lub douczałam się z przedmiotu, w którym nie czułam się pewna. Nauka była ważna. Zarówno moi rodzice, jak i Suzanne, kładli na nią wielki nacisk. Mnie również zależało, jedynie żałowałam, że moja opiekunka pozbawiła mnie zajęć dodatkowych: gry na fortepianie, lekcji tańca, treningów z jeździectwa. Zrobiła to, ponieważ jej zdaniem były to czynności nieprzydatne. Miałam nauczyć się bronić, strzelać, przeskakiwać przez bariery. Miałam odnaleźć się w świecie, do którego mnie nie wdrożono, być samowystarczalna, nie stanowić balastu dla rodziny. Często podkreślała, że mam być godna noszenia jej nazwiska.
W szkole jak zwykle, nie działo się nic nadzwyczajnego. Nowi znajomi nie byli złośliwi, ale też z nikim nie zaprzyjaźniłam się blisko. Zajęcia minęły mi szybko, a po nich kolejna jazda samochodem. Kiedyś w tym czasie dzwoniłam do mamy, aby móc jej się zwierzyć. Lecz i tego zaprzestałam. Rodzicielka zbyt mocno przeżywała moje historie, a jedna jakimś cudem trafiła do uszu Suzanne. Po tym też otrzymałam karę i mocną reprymendę. Mama musiała poskarżyć się ojcu, ten zapewne powiedział o tym panu Morelowi. I niby wszyscy wiedzieli, a i tak nikt mnie nie uratował. To przez to zmniejszyłam kontakt z mamą. By jej nie stresować, lecz też po to, by samej nie cierpieć. A może miałam żal za to, że mnie oddała, zamiast walczyć?
Ten moment śnił mi się po nocach:
– Już dobrze, moja mała. – Mama pocałowała mnie w czoło, a dłonią starła z policzków kolejne łzy.
– Victoria – wymówiłam imię bratowej z bólem. Kochałam ją jak siostrę, a teraz ona, mój brat i mój malutki bratanek nie żyli.
– Przytul się mocniej – poleciła z czułością rodzicielka i sama przygarnęła mnie do siebie. – Może odwołam popołudniową lekcję na fortepianie – zaproponowała zamyślona.
Chlipnęłam i wzruszyłam ramionami. Było mi wszystko jedno.
– Jeśli chcesz… – zaczęła, ale naszą intymną rozmowę przerwał wchodzący do pokoju tato. Wyglądał źle, miał podkrążone oczy, zapadnięte policzki i spierzchnięte, a gdzieniegdzie poranione usta.
– Claire – zwrócił się dosyć chłodno. Zazwyczaj nazywał mnie miękko, Clea. – Musisz zacząć się pakować, bo jutro opuszczasz dom.
Mama zastygła w bezruchu, a ja na moment przestałam oddychać.
– Nie… nie rozumiem – wydukałam z trudem. – Dlaczego?
– Claude, tylko nie mów… – załkała mama, po czym zasłoniła usta dłonią.
Mimowolnie w moich oczach pojawiły się kolejne łzy. Dwa dni temu pochowałam najbliższych, miałam dopiero dwanaście lat i chociaż oficjalnie nie wiedziałam, co robi mój tato, to się domyślałam. Był powiązany interesami z wpływowymi, a zarazem groźnymi ludźmi.
– Tato, ale ja siedzę w domu, jestem grzeczna – argumentowałam, podejrzewając, że rodzic boi się właśnie o to.
– Claude, miałeś to przemyśleć – pisnęła mama, mocniej mnie przytulając. – Ona jest taka młodziutka.
– Nie jest – mruknął sucho, lecz nie patrzył na mnie, jakby się bał, że moje błaganie w oczach zmieni jego decyzję. Zawsze mi ulegał, zgadzał się, spełniał moje drobne marzenia.
– Tatusiu, ja nie chcę. – Zaryzykowałam i próbowałam swoim spojrzeniem go udobruchać.
– Bez dyskusji – warknął, do tego mocno zacisnął pięści, jakby walczył sam ze sobą. – Jutro przyjedzie po ciebie ktoś od Morelów. Zamieszkasz u nich i do osiemnastych urodzin pozostaniesz pod ich opieką!
Mama zwiotczała, przez co puściła mnie i opadła na łóżko.
– Przestań odgrywać tę komedię, Elaina. – Ale tato nie ustąpił, nawet kiedy straciła siły.
– Dlaczego Morelowie mają się mną opiekować? – wyłkałam przerażona tą wizją. Wizją bez mamy, popołudniowych wycieczek po ogrodzie, zabawy z kucykami, które trzymaliśmy w stadninie.
– Bo spisałem twój kontrakt przedmałżeński i za sześć lat zostaniesz żoną Oliviera – oznajmił tak bezdusznie, jakby słowa wypowiedział za niego robot.
– Ale przecież mogę zostać tutaj – negocjowałam z nadzieją, że nawet jeśli wybrano mi już męża, co było jakieś surrealistyczne, to przynajmniej pozwolą mi do tego czasu pozostać u siebie.
Boże, ależ ja byłam naiwna w tym wieku!
– Panienko Girard! – Głos kierowcy przywołał mnie do teraźniejszości.
– Dziękuję, że mnie przywiozłeś. – Dostrzegłam, że Luc zaparkował już przed domem.
– Miłego dnia, panienko Girard – życzył mi, gdy już opuszczałam auto.
Nie zdążyłam wejść, a w drzwiach stanęła Rosie i uśmiechnęła się pogodnie.
– Zmieniaj strój, widzimy się za dziesięć minut na placu. – Radość w jej oczach była pokrzepiająca, a nie powinna. Rosalie wprawdzie się nade mną nie znęcała, ale szczęście wypływało z niej w momentach, gdy szykowała ciężki trening.
Do niej też nie mogłam się spóźniać, dlatego od razu poszłam na górę i przebrałam się w sportowe ciuchy.
Plac oznaczał ogromny teren za domem, gdzie Morelowie mieli tor przeszkód, strzelnicę i inne ciekawe zakątki, które można było wykorzystać do ćwiczeń w terenie. Rosie czekała już na zewnątrz, a przy niej stał Peter.
– Trzymaj. – Podała mi broń, lecz nie prawdziwą. – Ostrzegam, są wzmocnione, będzie bolało.
– Paintball? – dopytałam, na co pokiwała głową.
– Tylko tym razem w lesie. – Wskazała na oddalone drzewa. – Uprzedzam cię na serio, pociski są wzmocnione, będzie bolało. – Westchnęła ciężko. – Moim zdaniem jest na to za wcześnie, ale… – Nie dokończyła.
– Ale Suzanne uważa inaczej – dopowiedziałam, zdobywając się na odwagę.
Rosie dała mi dziesięć sekund na ukrycie się, po czym ruszyła wraz z Peterem. To było niesprawiedliwe, dwóch na jednego, ale miało mnie nauczyć sprytu i myślenia w ciężkich warunkach. Warunkach bólu.
Pierwszym pociskiem oberwałam w bok, drugim w lewe udo. Szukałam schronienia, czasami za zwykłymi krzakami. Musiałam jednak oddawać strzały do swoich „oprawców”, aby i oni odnieśli rany, a strzelając, zdradzałam swoją pozycję. Gdy kula Petera trafiła mnie prosto w szyję, dokładnie w momencie, gdy skupiałam się na trafieniu w Rosie, znieruchomiałam. Broń wypadła mi z dłoni, uklękłam i z całych sił zacisnęłam szczęki, byle tylko nie wydać z siebie dźwięku.
Ból od szyi roznosił się falami, nie mogłam oddychać, nie potrafiłam się na niczym skupić. W końcu z klęczek padłam bokiem na ziemię i zaciągnęłam się kojącym zapachem ściółki. Miałam dosyć. Byłam poobijana, zmęczona i głodna.
– Trzymasz się? – Zawisnął nade mną cień Rosalie.
– Zaraz wstanę – potwierdziłam, próbując odgonić łzy.
– Myślę, że na dzisiaj możemy zakończyć – postanowił Peter i wyciągnął do mnie dłoń. – Panienko Girard.
Ujęłam ją, a on przytrzymał mnie nieco dłużej, abym mogła złapać równowagę. Rosie przyjrzała się z bliska mojej szyi i zacmokała.
– Będzie widać jak cholera – fuknęła. – Powinieneś uważać.
– Celowałem w ramię – oznajmił beznamiętnie, lecz nie przeprosił.
– Wracamy – warknęła wkurzona Rosie.
Ruszyłam o własnych siłach i nie zamierzałam nikogo prosić o pomoc. Ból atakował mnie zewsząd. Szyja pulsowała, utykałam na nogę przez strzał w udo, do tego coś non stop kłuło mnie w boku. Po policzkach toczyły się łzy, które były jedynym przejawem złości i bezsilności. Nie liczyłam już na ratunek, zwłaszcza że nikt się nade mną do końca nie znęcał. Ćwiczono moje ciało, karano za nieposłuszeństwo, ale nawet Suzanne nie przekraczała pewnej granicy, nie znęcała się nade mną psychicznie, nie dołowała dla satysfakcji.
– Posłuchaj mnie, Claire. – Rosie złapała mnie czule za rękę, a drugą pogłaskała po ramieniu. Na szczęście nie tym postrzelonym. – Jutro mamy szkolenie z kijami, ale będziemy same, mogę cię zabrać w miejsce, gdzie nikt nie będzie weryfikował naszej pracy.
– Nie – zaprzeczyłam i dumnie zadarłam podbródek, a łzy spłynęły na moją szyję i dekolt. – Muszę umieć się obronić – wypowiedziałam powód decyzji Suzanne.
Rosie stała oniemiała, ale nie skomentowała. Uwolniłam dłoń z jej uścisku i weszłam do domu. Powinnam coś zjeść, ale pora kolacji jeszcze nie nastała. Skierowałam się więc do pokoju, by móc chociaż przez chwilę poleżeć i nacieszyć się ostatnimi chwilami, kiedy miałam do dyspozycji telefon komórkowy.
Weszłam do sypialni, a na nakryciu łóżka odkryłam mały prezent. Pierwszy, od kiedy tu zamieszkałam.
– Posmaruj obficie – przeczytałam słowa na kartce przyczepionej do silnego żelu z arniki.
Wtedy zrozumiałam, że Suzanne nie jest moją matką, ciotką czy przyjaciółką, ale człowiekiem, który ma mnie wdrożyć do życia w świecie, gdzie muszę nauczyć się jak przeżyć.
