Taniec w blasku grzechu.Tom 1 - Joanna Świątkowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Taniec w blasku grzechu.Tom 1 ebook i audiobook

Joanna Świątkowska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

499 osób interesuje się tą książką

Opis

Eden Adler zostawiła za sobą taniec, dom i życie, którego nigdy tak naprawdę nie wybrała. W Nowym Jorku szuka odpowiedzi na pytanie, które od dziewiętnastu lat pozostaje bez odpowiedzi. Nie spodziewa się jednak, że na jej drodze stanie Ryder Morgenstern – mężczyzna, który za dnia włada światem architektury, a nocą rządzi nowojorską mafią.

On nie zna słowa „nie”. Ona nie zamierza się podporządkować. Ich spotkanie szybko zamienia się w grę pełną gniewu, pożądania i niebezpiecznych sekretów. A kiedy Ryder pomaga Eden odzyskać to, co utraciła, granica między nienawiścią a fascynacją zaczyna niebezpiecznie się zacierać.

W świecie, w którym każdy nosi maskę, prawda ma swoją cenę. Eden wkrótce odkryje, że największym zagrożeniem może być nie to, przed czym ucieka… lecz mężczyzna, któremu zaczyna ufać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 32 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jędrzej FularaAngelika Kurowska

Oceny
5,0 (7 ocen)
7
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
InezMar31

Nie oderwiesz się od lektury

O mamusiu, ale to bylo dobre, czekam na kolejną część.
00
VivJJD

Nie oderwiesz się od lektury

O kurde, jakie to dobre.
00



Co­py­ri­ght © by JO­AN­NA ŚWI­ĄT­KOW­SKA Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Anna Ła­ku­ta Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: JO­AN­NA ŚWI­ĄT­KOW­SKA ISBN Pa­pier: 978-83-68837-38-4 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-39-1 ISBN Au­dio: 978-83-68837-40-7

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

SPIS TREŚCI

1.ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Eden

–Ostat­ni!–za­ko­mu­ni­ko­wa­ła Thea.

Ob­ró­ci­łam się przez ra­mię. Moja star­sza o dwa lata sio­stra od­sta­wi­ła na ku­chen­ną wy­spę ostat­ni kar­ton.

Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. To się na­praw­dę dzia­ło. Ty­dzień temu spa­ko­wa­łam nie­mal wszyst­kie swo­je rze­czy do sta­re­go Audi i ru­szy­łam w dro­gę z Lit­tle Rock w Ar­kan­sas do No­we­go Jor­ku. Thea upa­rła się, że po­je­dzie ze mną, chcąc mi po­móc, a jed­no­cze­śnie spędzić te ostat­nie chwi­le tyl­ko we dwie. Jak­by w szkla­nej kuli zo­ba­czy­ła, że moja noga pręd­ko nie wró­ci w ro­dzin­ne stro­ny. Mo­żli­we, że już ni­g­dy.

Do­ce­nia­łam to, co zro­bi­ła sio­stra. Nie wiem, czy sama zro­bi­ła­bym coś ta­kie­go względem sio­stry, lecz po ty­go­dniu spędzo­nym z nią mia­łam już jej nie­co do­syć. Thea na dłu­ższą metę była męcząca. Na ostat­nim po­sto­ju w mo­te­lu wzi­ęłam na­wet od­dziel­ny po­kój, bo mu­sia­łam od niej od­po­cząć, a te­raz nie my­śla­łam o ni­czym in­nym, jak o tym, że wkrót­ce zo­sta­nę sama.

– Dzi­ęki! O któ­rej masz lot? – spy­ta­łam.

W po­dzi­ęko­wa­niu za po­moc za­fun­do­wa­łam sio­strze bi­let po­wrot­ny do Lit­tle Rock.

– Do­pie­ro o dzie­si­ątej. Za­po­mnia­łaś, że umó­wi­łam się jesz­cze z tatą na wcze­sną ko­la­cję?

Czy­li szyb­ko się jej nie po­zbędę.

– Eden, po­win­naś iść z nami! Nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie mo­żesz prze­su­nąć swo­ich pla­nów na inny dzień.

– Za­miesz­kam w tym sa­mym mie­ście co tata – przy­po­mnia­łam. – Uwierz, że jesz­cze będzie­my mie­li sie­bie dość.

A ra­czej on mnie.

Nie mia­łam żad­nych kon­kret­nych pla­nów na wie­czór. Wy­my­śli­łam je, aby nie mu­sieć ni­g­dzie z nimi wy­cho­dzić. Mo­głam wy­znać sio­strze, dla­cze­go nie mam ocho­ty spędzić cza­su z oj­cem, ale nie chcia­łam, aby Thea nie­po­trzeb­nie się mar­twi­ła. Do­pie­ro co się za­ręczy­ła, a wraz ze swo­im na­rze­czo­nym za­mie­rza­li po­brać się w ci­ągu naj­bli­ższych mie­si­ęcy.

Po­zna­ła na­rze­czo­ne­go w li­ceum. Two­rzy­li pi­ęk­ną parę. Byli w so­bie słod­ko za­ko­cha­ni. Phi­lip oświad­czył się w trak­cie ro­dzin­ne­go obia­du. Na miej­scu sio­stry ni­g­dy nie przy­jęła­bym ta­kich oświad­czyn, ale wła­śnie to nas od sie­bie ró­żni­ło.

Thea nie­spo­dzie­wa­nie rzu­ci­ła mi się na szy­ję, nie­mal mnie du­sząc. Za­szlo­cha­ła. Nie naj­le­piej ra­dzi­ła so­bie z moją de­cy­zją. Uzna­wa­ła ją za zbyt po­chop­ną, na któ­rą ona ni­g­dy by się nie zde­cy­do­wa­ła. Przy­po­mi­na­ły­śmy ogień i wodę. Uwiel­bia­łam szyb­kie, spon­ta­nicz­ne i nie­bez­piecz­ne de­cy­zje. Często naj­pierw dzia­ła­łam, a do­pie­ro po chwi­li my­śla­łam o kon­se­kwen­cjach. Ona za to po­zo­sta­wa­ła do­ma­tor­ką. Ce­ni­ła so­bie sta­bil­no­ść i nie lu­bi­ła zmian. Na­wet z wy­glądu by­ły­śmy do sie­bie nie­po­dob­ne. Ja mia­łam nie­bie­skie oczy i gęste ka­ska­dy dłu­gich, zło­ci­stych wło­sów, a sio­stra ciem­no­brązo­we, si­ęga­jące ra­mion, z rów­ną grzyw­ką. Ja ko­cha­łam sek­sow­ne ciu­chy, szpil­ki, ma­ki­jaż, czer­wo­ną szmin­kę, a ona nie uzna­wa­ła ni­cze­go poza bal­sa­mem na usta.

– Thea, dla­cze­go pła­czesz?

– Będę tęsk­nić!

– Za­cho­wu­jesz się, jak­bym umie­ra­ła.

Nie umia­łam od­wza­jem­nić du­szące­go ob­jęcia. Naj­chęt­niej bym ją od sie­bie ode­pchnęła. W ko­ńcu jed­nak Thea sama się ode mnie od­su­nęła, ocie­ra­jąc wil­got­ne po­licz­ki.

– Mam jesz­cze tro­chę cza­su. – Po­ci­ągnęła no­sem. – Może po­mo­gę ci się roz­pa­ko­wać?

– Nie, sama wszyst­ko ogar­nę. Thea, do­ce­niam, że po­ko­na­łaś ze mną całą dro­gę, dzi­ęku­ję.

– Chcia­łam spędzić z tobą tro­chę cza­su. Mogę się tyl­ko do­my­ślić, jak wci­ąga ta­kie wiel­kie mia­sto. Będę wi­dy­wa­ła cię je­dy­nie w trak­cie roz­mów na Fa­ce­Ti­me. Loty tro­chę kosz­tu­ją, a ty jesz­cze nie zna­la­złaś pra­cy. Ży­cie jest tu okrop­nie dro­gie! Po­ra­dzisz so­bie, praw­da? Może mo­gła­bym…

Mu­sia­łam jak naj­szyb­ciej to prze­rwać.

– Thea, dra­ma­ty­zu­jesz!

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go nie chcia­łaś po­pro­sić taty, abyś mo­gła u nie­go po­miesz­kać przez ja­kiś czas. Te­raz mu­sisz ru­szać oszczęd­no­ści, żeby za­pła­cić za czynsz.

Wy­wró­ci­łam ocza­mi.

– A ty chcia­ła­byś miesz­kać z ro­dzi­cem, wy­je­żdża­jąc do in­ne­go mia­sta, aby w ko­ńcu żyć we­dług wła­snych za­sad?

– Za­ci­snęła­bym zęby.

– Ale nie ja! – mruk­nęłam.

Thea ro­zej­rza­ła się po prze­strzen­nym, ja­snym miesz­ka­niu. Na szczęście nie mia­ła bla­de­go po­jęcia o no­wo­jor­skim ryn­ku nie­ru­cho­mo­ści i uwie­rzy­ła w ba­jecz­kę, któ­rą jej sprze­da­łam.

– Miesz­ka­nie na­le­ży do pary eme­ry­tów pod­ró­żu­jących po świe­cie – po­wta­rza­łam w trak­cie dro­gi. – Nie za­le­ży im na pie­ni­ądzach, a je­dy­nie na tym, aby ktoś się nim opie­ko­wał.

Apar­ta­ment skła­dał się z prze­stron­ne­go sa­lo­nu po­łączo­ne­go z anek­sem ku­chen­nym oraz kąci­ka ja­dal­nia­ne­go. Pod scho­da­mi, któ­re pro­wa­dzi­ły na an­tre­so­lę, znaj­do­wa­ło się małe po­miesz­cze­nie, ide­al­nie na­da­jące się na spi­ża­ren­kę, ale pla­no­wa­łam urządzić tam mały ga­bi­net. Na pi­ętrze swo­je miej­sce mia­ły sy­pial­nia, gar­de­ro­ba oraz ła­zien­ka.

Thea wsu­nęła dło­nie do kie­sze­ni dżin­sów, ko­ły­sząc się na sto­pach. Za­ci­snęła usta, pró­bu­jąc się nie roz­pła­kać.

– Co się, do cho­le­ry, dzie­je? – spy­ta­łam, za­kła­da­jąc ra­mio­na na pier­si.

– Dziw­nie mi! Wró­cę do domu, a cie­bie tam nie będzie.

Kur­wa, na­praw­dę za­cho­wy­wa­ła się, jak­bym umie­ra­ła.

Lit­tle Rock nie było dla mnie do­mem. Nie tym praw­dzi­wym. Wci­ąż szu­ka­łam swo­je­go miej­sca na zie­mi i mia­łam na­dzie­ję, że wła­śnie je od­na­la­złam.

– Za­wsze wie­dzia­łam, że jak po­ja­dę od­wie­dzić mamę, też tam będziesz. A te­raz w domu zro­bi się tak pu­sto, ci­cho.

– Nie uwa­żasz, że nam wszyst­kim wyj­dzie to na do­bre? Po­win­ny­śmy z mamą od sie­bie od­po­cząć. Mam dzie­wi­ęt­na­ście lat – przy­po­mnia­łam. – Naj­wy­ższa pora, abym po­szła na swo­je i zro­bi­ła coś po­ży­tecz­ne­go ze swo­im ży­ciem.

Ja i mat­ka mia­ły­śmy tok­sycz­ną re­la­cję. Ście­ra­ły­śmy się nie­mal ka­żde­go dnia. Elo­die uwiel­bia­ła mieć kon­tro­lę nad na­szym ży­ciem. Thea słu­cha­ła się jej bez za­jąk­ni­ęcia, cza­sa­mi ro­bi­ąc rze­czy sprzecz­ne z tym, co we­wnętrz­nie czu­ła. Te nu­me­ry nie prze­cho­dzi­ły ze mną. By­łam go­to­wa znisz­czyć swo­ją przy­szło­ść, aby tyl­ko po­krzy­żo­wać mat­ce pla­ny. Dla­te­go osiem dni temu, kie­dy tyl­ko ode­bra­łam dy­plom uko­ńcze­nia li­ceum, oznaj­mi­łam, że się wy­pro­wa­dzam. Elo­die urządzi­ła kar­czem­ną awan­tu­rę, ale wy­łączy­łam się z niej po pierw­szym zda­niu, wie­dząc, że nie zmie­nię swo­jej de­cy­zji.

– Masz tyl­ko dzie­wi­ęt­na­ście lat – za­uwa­ży­ła sio­stra.

Nie chcia­łam znów o tym roz­pra­wiać. Mimo że to ona była tą star­szą, ja oka­zy­wa­łam się tą doj­rzal­szą.

– My­śla­łaś, kie­dy uda ci się przy­le­cieć do Ar­kan­sas? Przy­le­cisz na Dzi­ęk­czy­nie­nie czy do­pie­ro na Boże Na­ro­dze­nie?

Wła­ści­wie… ni­g­dy!

– Do­pie­ro stam­tąd wy­je­cha­łam. – Na ko­ńcu języ­ka mia­łam: ucie­kłam.

– Ale chy­ba nie przy­le­cisz do­pie­ro w przy­szłym roku?!

Wi­zja była ku­sząca.

– My­śla­łam, że po­mo­żesz mi w wie­lu przedślub­nych kwe­stiach or­ga­ni­za­cyj­nych.

– Mo­żesz mi wszyst­ko wy­sy­łać, a ja będę do­ra­dza­ła na od­le­gło­ść.

– A kto po­mo­że mi przy­ha­mo­wać mamę, gdy ze­chce za dużo dać od sie­bie?

– Będzie to świet­na oka­zja, abyś na­uczy­ła się sta­wiać jej gra­ni­ce.

Osza­la­ła­bym, gdy­bym po­zwa­la­ła mat­ce ro­bić mi to samo, co ro­bi­ła mo­jej sio­strze. W na­szym wy­pad­ku miesz­ka­nie w tym sa­mym mie­ście nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Na­wet nie mo­gły­śmy dzie­lić tego sa­me­go sta­nu!

– Chy­ba na mnie pora, praw­da?

– Je­że­li nie chcesz się spó­źnić, to tak, po­win­naś już iść.

– Dzwoń do mnie! O ka­żdej po­rze!

– Thea! – Wy­pu­ści­łam ci­ężko po­wie­trze z płuc. Po­zwo­li­łam sio­strze przy­tu­lić się po raz ostat­ni. – Dzi­ęku­ję, że prze­je­cha­łaś ze mną taki ka­wał.

– Do­brze było wy­rwać się z domu. Uwa­żaj na sie­bie!

– Oczy­wi­ście! Na­pisz, gdy do­le­cisz na miej­sce.

Sio­stra przy­sta­nęła na pro­gu, aby po raz ostat­ni ze łza­mi w oczach na mnie spoj­rzeć. Wy­ko­ny­wa­łam krok ku do­ro­sło­ści, na któ­ry ni­g­dy by się nie zde­cy­do­wa­ła. Nie­mal wy­pchnęłam ją za drzwi, tak się oci­ąga­ła.

W ko­ńcu mo­głam roz­ko­szo­wać się ci­szą, któ­ra mnie oto­czy­ła. Zo­sta­łam sama ze swo­imi de­cy­zja­mi. I po­wo­da­mi, przez któ­re tra­fi­łam do No­we­go Jor­ku. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Wnętrze urządzo­ne było w kla­sycz­nym po­łącze­niu bie­li, sre­bra oraz czer­ni. Ogląda­jąc zdjęcia, któ­re prze­słał mi po­śred­nik, od razu za­ko­cha­łam się w wi­do­ku za oknem. Lo­kal po­ło­żo­ny na dwu­dzie­stym trze­cim pi­ętrze miał im­po­nu­jący wi­dok na Co­lum­bus Circ­le oraz Cen­tral Park.

Zwi­ąza­łam wło­sy w lu­źny ku­cyk i za­ka­sa­łam ręka­wy. Do wie­czo­ra chcia­łam się roz­pa­ko­wać.

Nie wiem, ile cza­su upły­nęło od wy­jścia sio­stry, bo ca­łko­wi­cie stra­ci­łam ra­chu­bę. Z po­wro­tem na zie­mię spro­wa­dzi­ło mnie pu­ka­nie do drzwi.

– Bła­gam, niech to nie będzie Thea z oj­cem – po­wta­rza­łam pod no­sem.

Za pro­giem jed­nak nie było mo­jej sio­stry, sta­ła tam ko­bie­ta na pierw­szy rzut oka nie­co star­sza ode mnie. Orze­cho­we wło­sy mia­ła roz­pusz­czo­ne i do­kład­nie przyj­rza­ła mi się ciem­ny­mi ocza­mi. Wy­ci­ągnęła przed sie­bie dło­nie, w któ­rych trzy­ma­ła bu­tel­kę mu­su­jące­go wina z przy­wi­ąza­ną wy­my­śl­ną ko­kar­dą.

– Cze­ść – po­wie­dzia­łam z nutą nie­pew­no­ści.

– Cze­ść, nowa sąsiad­ko – za­świer­go­ta­ła nie­zna­jo­ma. – Je­stem Lana. Miesz­kam pod 23C. – Wska­za­ła na drzwi za swo­imi ple­ca­mi.

Wno­sząc kar­to­ny, nie na­tknęłam się na żywą du­szę. Jak wi­dać, wie­ści o no­wej lo­ka­tor­ce ro­ze­szły się bły­ska­wicz­nie.

– Eden – przed­sta­wi­łam się. – Wej­dź. – Ge­stem dło­ni za­pro­si­łam ją do środ­ka.

Lana po­da­ła mi bu­tel­kę wina. Nie mia­łam kor­ko­ci­ągu i mu­sia­łam go so­bie jak naj­szyb­ciej spra­wić.

– Daw­no tu­taj nie by­łam – przy­zna­ła ko­bie­ta, roz­gląda­jąc się po wnętrzu.

– Nie wi­dzia­łam cię, gdy wno­si­łam swo­je rze­czy.

– Och, pew­nie dla­te­go, że by­łam w pra­cy. Por­tier mi po­wie­dział, że mam nową sąsiad­kę, więc po­my­śla­łam, że przyj­dę się przy­wi­tać. Skąd się prze­nio­słaś? – spy­ta­ła, przy­sia­da­jąc na podło­kiet­ni­ku ka­na­py.

– Lit­tle Rock. Ar­kan­sas.

Nie kry­ła za­sko­cze­nia.

– Nie masz ak­cen­tu!

– Spo­ro pra­co­wa­łam, aby go nie mieć – przy­zna­łam. – A ty?

– No­wo­jor­czan­ka od po­ko­leń. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Je­sie­nią idziesz tu­taj na stu­dia?

– Chwi­lo­wo pla­no­wa­łam zro­bić so­bie prze­rwę. Je­stem na eta­pie szu­ka­nia pra­cy. Przy­je­cha­łam za­cząć wszyst­ko od zera.

Oczy Lany gwa­łtow­nie się po­wi­ęk­szy­ły.

– Wiesz, chy­ba mogę ci nie­co po­móc.

– Do­praw­dy? Z czym do­kład­nie?

– Szef fir­my, w któ­rej pra­cu­ję, szu­ka no­wej asy­stent­ki. Nie jest to naj­mil­szy czło­wiek i pra­ca z nim to ist­ny kosz­mar, ale świet­nie pła­ci i mo­żna przy­mknąć oko na jego hu­mo­ry – przy­zna­ła. – Na po­czątek mo­gła­byś co nie­co za­ro­bić, a w mi­ędzy­cza­sie szu­kać cze­goś od­po­wied­niej­sze­go dla sie­bie. Gdy­byś była za­in­te­re­so­wa­na, to moja do­bra zna­jo­ma zaj­mu­je się re­kru­ta­cją i mo­gła­bym szep­nąć jej słów­ko.

Nad gło­wą za­pa­li­ła mi się ostrze­gaw­cza lamp­ka. Ta­kie pro­po­zy­cje naj­częściej mają swo­ją cenę i ukry­te dno.

– Za­wsze pro­po­nu­jesz nowo po­zna­nym oso­bom po­moc w zna­le­zie­niu pra­cy?

– Nie, ale do­brze jest mieć w miej­scu pra­cy oso­bę, z któ­rą mo­żesz po­plot­ko­wać w prze­rwie na lunch.

– Co to za fir­ma? Chcia­ła­bym ją spraw­dzić w in­ter­ne­cie.

– Och, ja­sne! Pra­cu­ję w Stern­high – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko.

To przed­si­ębior­stwo znał chy­ba ka­żdy, kto choć tro­chę in­te­re­so­wał się nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Zaj­mo­wa­ło się bu­do­wą dra­pa­czy chmur, sta­dio­nów, szkół i mo­stów, a w ostat­nim cza­sie rów­nież wy­gra­ło prze­targ na bu­do­wę no­wej elek­trow­ni ato­mo­wej. Za­częło się od in­we­sty­cji w sta­nie, a na­stęp­nie w ca­łym kra­ju. Za­ło­ży­cie­lem fir­my był mło­dy mi­liar­der i wi­zjo­ner Ry­der Mor­gen­stern.

– Za­in­te­re­so­wa­na? – do­py­ta­ła Lana.

Eks­cen­trycz­ny mi­liar­der nie może być gor­szy od mo­jej mat­ki. Na­dal jed­nak mia­łam oba­wy co do chęci po­mo­cy ze stro­ny sąsiad­ki, któ­ra mnie nie zna­ła. Ja­sne, tacy lu­dzie ist­nie­li, ale nie w moim świe­cie.

– Tak, spró­bu­ję – zde­cy­do­wa­łam. – Co chcia­ła­byś w za­mian?

– Nic! Po­dzi­ęku­jesz mi do­brym wi­nem, gdy zo­sta­niesz za­pro­szo­na na roz­mo­wę i przej­dziesz re­kru­ta­cję. Wy­ślij mi do ju­tra rana swo­je CV, a ja pod­rzu­cę je do kadr. Wiem, jak to jest za­czy­nać wszyst­ko od nowa z dala od bli­skich, któ­rzy mo­gli­by cię wes­przeć.

– Mó­wi­łaś, że po­cho­dzisz z No­we­go Jor­ku.

– Tak, ale nie wspo­mi­na­łam, że nie utrzy­mu­ję kon­tak­tu z ro­dzi­ną – do­da­ła, nie­co smut­nie­jąc. – Mia­łam dzie­wi­ęt­na­ście lat, gdy mu­sia­łam wzi­ąć się w ga­rść i z dnia na dzień ogar­nąć. Do­ro­sło­ść szyb­ko zła­pa­ła mnie w swo­je si­dła.

– Coś o tym wiem – mruk­nęłam.

– Poza tym obie­ca­łam so­bie, że do ko­ńca roku spe­łnię dwa­na­ście do­brych uczyn­ków. Na ra­zie mam dwa, a czas goni – do­da­ła roz­ba­wio­na.

– Czym zaj­mu­jesz się w Stern­high?

– Je­stem in­spek­to­rem bu­dow­la­nym.

Zro­bi­łam wiel­kie oczy, co ją roz­ba­wi­ło.

– Tak, wiem, nie wy­glądam. – Za­śmia­ła się. – W ci­ągu dnia po­pier­da­lam w ka­sku, od­bla­sko­wej ka­mi­zel­ce i ka­lo­szach, gdy po­pa­da i mu­szę bro­dzić w bu­dow­la­nym bło­cie. Kie­dyś cię za­bio­rę ze sobą, ubaw po pa­chy.

– Czy asy­stent­ka Mor­gen­ster­na też musi bro­dzić w bło­cie?

– Cza­sa­mi ja­kąś za­bie­rał ze sobą w te­ren, ale tyl­ko ta­kie, któ­re mia­ły tro­chę ole­ju w gło­wie i nie le­cia­ły je­dy­nie na jego fiu­ta.

– Dłu­go tam pra­cu­jesz?

– Trzy lata.

– Uży­łaś licz­by mno­giej w od­nie­sie­niu do asy­sten­tek, więc ile ich miał?

– Przez trzy lata, któ­re tam pra­cu­ję?

Przy­tak­nęłam, a Lana się za­my­śli­ła.

– Pi­ęćdzie­si­ąt dwie – od­po­wie­dzia­ła z po­wa­gą.

Ro­ze­śmia­łam się, od­rzu­ca­jąc gło­wę do tyłu. Lana jed­nak się nie śmia­ła, a ja od­ru­cho­wo spo­wa­żnia­łam. Czy­żby jed­nak ktoś był gor­szy od mo­jej mat­ki?

– Nie żar­to­wa­łaś – stwier­dzi­łam. – To daje śred­nio sie­dem­na­ście asy­sten­tek na rok! A to zna­czy, że nie­któ­re…

– Nie wy­trzy­my­wa­ły z nim ty­go­dnia – wy­ja­wi­ła Lana. – Ale spo­koj­nie, je­śli nie rzu­cisz się na nie­go naga, ist­nie­je szan­sa, że cię po­lu­bi.

– A zda­rza­ły się ta­kie eks­ce­sy?

– Co się tam nie zda­rza­ło. – Za­śmia­ła się. – Czas na mnie!

Sąsiad­ka wy­szła z miesz­ka­nia i zer­k­nęła w stro­nę win­dy, któ­rej drzwi się roz­su­nęły. Ze środ­ka wy­ło­nił się przy­stoj­ny sza­tyn o zmierz­wio­nych przez wiatr wło­sach. Jego szczękę po­kry­wał dwu­dnio­wy za­rost. Nie­zna­jo­my do­brze się pre­zen­to­wał w skó­rza­nych spodniach oraz czar­nej ko­szu­li.

– Cze­ść, Rice – rzu­ci­ła w jego stro­nę Lana.

– Lana. – Kiw­nął gło­wą w jej stro­nę. Prze­su­nął wzro­kiem po ja­snym ko­ry­ta­rzu, po czym za­trzy­mał na mnie wzrok.

– Och, prze­cież jesz­cze się nie zna­cie! – za­uwa­ży­ła Lana. – Rice jest two­im sąsia­dem zza ścia­ny. Miesz­ka w 23B. Eden wła­śnie się wpro­wa­dzi­ła.

– Już na­ma­ści­ła cię na przy­ja­ció­łkę? – spy­tał mężczy­zna, szu­ka­jąc w kie­sze­ni klu­czy od miesz­ka­nia.

– Trze­ba kuć że­la­zo, póki go­rące. Wy­glądasz jak sie­dem nie­szczęść, Rice.

– Cie­bie też miło było spo­tkać, Lana – mruk­nął, wsze­dł do swo­je­go miesz­ka­nia i za­trza­snął drzwi.

– Przy­jem­nia­czek – sko­men­to­wa­łam.

– Jest zmęczo­ny, a wte­dy nie robi do­bre­go pierw­sze­go wra­że­nia. Jest de­tek­ty­wem w nar­ko­ty­ko­wym czy in­nym szem­ra­nym wy­dzia­le. Spo­ro pra­cu­je, a do tego do­ra­bia so­bie gdzieś na boku. Mimo wszyst­ko to świet­ny chło­pak. Gdy jest wy­po­częty, mo­żna się z nim świet­nie ba­wić.

Gli­na. Szlag!

– Dużo wiesz o lu­dziach – za­uwa­ży­łam.

– Tyl­ko o nie­któ­rych – przy­zna­ła. – Mo­żesz spać spo­koj­nie, nie je­stem żad­ną na­wie­dzo­ną psy­cho­pat­ką.

– Na­wet przez mo­ment tak o to­bie nie po­my­śla­łam – po­wie­dzia­łam ostro­żnie.

– Wy­mie­ńmy się nu­me­ra­mi, że­bym mo­gła wy­słać ci ad­res e-mail, na któ­ry prze­ślesz swo­je CV. I znaj­dę cię też na so­cial me­diach – za­po­wie­dzia­ła.

Nie, Lana w ogó­le nie była psy­cho­pat­ką.

Po­że­gna­ły­śmy się i ka­żda wró­ci­ła do swo­je­go miesz­ka­nia. Prze­kręci­łam zam­ki. Osu­nęłam się po drzwiach i pod­ci­ągnęłam ko­la­na pod bro­dę. Niby Nowy Jork już pierw­sze­go dnia da­wał mi lep­szą per­spek­ty­wę niż Lit­tle Rock, ale nie po­do­ba­ło mi się, że na jed­nym pi­ętrze mam wścib­ską sąsiad­kę i gli­nia­rza. To była kom­pli­ka­cja, któ­rej nie prze­wi­dzia­łam.

– No nic, Eden – po­wie­dzia­łam do sie­bie. – Po pro­stu za­ci­śniesz zęby i się z nimi za­przy­ja­źnisz! – Prze­cze­sa­łam wło­sy pal­ca­mi. – Prze­stań ze sobą roz­ma­wiać już pierw­sze­go dnia! – skar­ci­łam się.

Si­ęgnęłam do kie­sze­ni po te­le­fon, któ­ry za­wi­bro­wał. Rzu­ci­łam okiem na tre­ść wia­do­mo­ści. No nic, czas za­bie­rać się do pra­cy.

***

Przy­sta­nęłam na pro­gu re­stau­ra­cji i skry­ta w cie­niu ob­ser­wo­wa­łam ro­dzi­nę, któ­ra sie­dzia­ła przy sto­li­ku i in­for­mo­wa­ła wła­śnie kel­ne­ra, że cze­ka­ją na jesz­cze jed­ną oso­bę. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne. Nie po­win­nam być ze­stre­so­wa­na. Przy­go­to­wy­wa­łam się do tego spo­tka­nia od daw­na.

Przy sto­li­ku sie­dział mój oj­ciec Ja­mes wraz ze swo­ją nową żoną Dia­ną i ich sy­nem Ry­anem. Nie wi­dzia­łam ojca od pó­łto­ra roku. Ty­dzień temu na­pi­sa­łam do nie­go, że pew­nie wie od mo­jej sio­stry, iż już je­stem w mie­ście, i chcia­ła­bym się spo­tkać. Od­pi­sał, że jest za­jęty. Prze­wi­dzia­łam to, dla­te­go na­pi­sa­łam do jego żony, któ­ra mnie uwiel­bia­ła, a ta wy­zna­czy­ła datę spo­tka­nia.

Ja­mes wi­docz­nie się po­sta­rzał. Brązo­we wło­sy moc­no po­si­wia­ły, a wo­kół oczu po­ja­wi­ły się zmarszcz­ki. Twarz miał gład­ko ogo­lo­ną. Sie­dząca obok nie­go Dia­na była po­god­ną, skrom­ną ksi­ęgo­wą, któ­ra pra­co­wa­ła na pół eta­tu, aby do­kła­dać się do do­mo­we­go bu­dże­tu i go­dzić pra­cę z wy­cho­wy­wa­niem Ry­ana. Mój przy­rod­ni brat, jak na na­sto­lat­ka, był nie­źle wy­spor­to­wa­ny i wy­so­ki. Od lat grał w ko­sza z na­dzie­ją, że pew­ne­go dnia wkro­czy na par­kiet NBA.

Ru­szy­łam pew­nym kro­kiem, opa­no­wu­jąc sza­le­ńczo bi­jące ser­ce. Ja­mes do­strze­gł mnie jako pierw­szy. Wstał i przy­wi­tał się ze mną nie­wy­lew­nie. Szyb­ki uścisk był je­dy­nym, na co so­bie po­zwo­li­li­śmy. Dia­na moc­no mnie wy­ści­ska­ła, a Ryan na­wet się nie pod­nió­sł, a je­dy­nie kiw­nął w moją stro­nę. Nie spo­dzie­wa­łam się wi­ęcej od czter­na­sto­lat­ka.

Usia­dłam, rzu­ca­jąc ukrad­ko­we spoj­rze­nie na ojca. Czuł się przy mnie skrępo­wa­ny. W su­mie po­wi­nien. Na­sza re­la­cja była chłod­na i da­le­ka od ide­al­nej. Ro­dzi­ce roz­sta­li się krót­ko po mo­ich na­ro­dzi­nach. Z mamą wró­ci­ły­śmy w jej ro­dzin­ne stro­ny w Lit­tle Rock, a oj­ciec zo­stał w No­wym Jor­ku. Nie by­łam cór­ką, któ­rej ocze­ki­wał. Prze­szka­dza­ło mu moje za­cho­wa­nie i pro­ble­my, któ­re spra­wia­łam.

Dia­na i Ja­mes po­bra­li się pi­ęt­na­ście lat temu. Kie­dy Thea do­wie­dzia­ła się o ślu­bie, a na­stęp­nie o tym, że na świe­cie po­ja­wi się nasz brat, ci­ężko to znio­sła. Dla niej sta­no­wił on kon­ku­ren­cję. Ja­mes nie był już na­szym oj­cem na wy­łącz­no­ść, miał dziec­ko, któ­re wy­cho­wy­wa­ło się z nim pod tym sa­mym da­chem.

– Za­do­mo­wi­łaś się? – spy­ta­ła Dia­na.

– Tak! Nie sądzi­łam, że tak szyb­ko po­czu­ję się tu­taj jak w domu!

Zer­k­nęłam na ojca, pró­bu­jąc od­czy­tać jego re­ak­cję. Sku­ba­ny do­brze się ma­sko­wał.

– Ja­mes wspo­mi­nał, że miesz­kasz na Co­lum­bus Circ­le. Pi­ęk­na lo­ka­li­za­cja! – za­chwy­ci­ła się.

– Tak. Je­stem za­chwy­co­na i nie mogę do­cze­kać się pierw­szej no­wo­jor­skiej je­sie­ni. – Gra­łam en­tu­zja­stycz­ną, aby jesz­cze bar­dziej wkur­wić ojca.

– Thea mi po­wie­dzia­ła, że nie masz pra­cy. Wiesz już, z cze­go opła­cisz czynsz za miesz­ka­nie? – Ja­mes w ko­ńcu się ode­zwał.

Nie było mu na rękę, że się tu wpro­wa­dzi­łam, i wła­śnie za­czy­nał to oka­zy­wać.

– Moja sy­tu­acja ule­gła zmia­nie. W po­nie­dzia­łek za­czy­nam nową pra­cę.

– Fan­ta­stycz­nie! – Dia­na cie­szy­ła się jak z suk­ce­su wła­sne­go dziec­ka, a jed­nak wi­dy­wa­ła mnie rza­dziej niż Ja­mes. – Wi­dzisz, ko­cha­nie! Mar­twi­łeś się, że Eden przy­je­cha­ła bez żad­ne­go za­bez­pie­cze­nia, a od pierw­sze­go ty­go­dnia świet­nie się od­naj­du­je!

– Ra­czysz nam po­wie­dzieć, gdzie do­sta­łaś pra­cę? – spy­tał ostro.

By­łam pew­na, że po ci­chu li­czył, iż ni­cze­go nie znaj­dę i roz­cza­ro­wa­na po­sta­no­wię wró­cić do Ar­kan­sas.

– To nic wy­jąt­ko­we­go, je­dy­nie prze­jścio­wa opcja do cza­su, aż znaj­dę coś od­po­wied­nie­go. Będę asy­stent­ką pre­ze­sa. Wszy­scy jed­nak wie­my, że stać mnie na wi­ęcej – do­da­łam, spo­gląda­jąc na ojca.

Wkur­wił się. Był ra­so­wym gli­ną z po­nad dwu­dzie­sto­let­nim do­świad­cze­niem. Czy­tał w lu­dziach jak w otwar­tej ksi­ędze, ale nie po­tra­fił tego sa­me­go ze mną. Po­zo­sta­wa­łam dla nie­go jed­ną wiel­ką nie­wia­do­mą.

Ukry­łam uśmiech w kie­lisz­ku z wodą, wi­dząc, jak Ja­mes po­czer­wie­niał na twa­rzy.

– Do­brze się czu­jesz? Pra­wie nic nie mó­wisz – za­uwa­ży­ła jego żona.

– Prze­pra­szam, ale mia­łem ci­ężki dzień w pra­cy. Eden, dłu­go pla­nu­jesz zo­stać w mie­ście? Thea coś wspo­mi­na­ła, że no­sisz się z za­mia­rem pod­ró­żo­wa­nia.

– Mam na­dzie­ję, że zo­sta­nę na do­bre. – Spoj­rza­łam mu w oczy. – Wró­ci­łam w ko­ńcu do domu.

By­łam ni­czym ja­do­wi­ty wąż. Za­po­lo­wa­łam na swo­ją ofia­rę i po­wo­li wbi­ja­łam zęby, wpusz­cza­jąc jad w jej żyły.

– Za­mie­rzasz częściej nas od­wie­dzać?

Spoj­rza­łam na Ry­ana, nie kry­jąc za­sko­cze­nia. Nie pla­no­wa­łam za­cie­śnia­nia wi­ęzi z przy­rod­nim bra­tem, ale sko­ro sam wy­sze­dł z ini­cja­ty­wą, dla­cze­go tego nie wy­ko­rzy­stać?

– Chwi­lo­wo mam spo­ro na gło­wie, ale jak się ogar­nę, za­pro­szę cię do sie­bie, co ty na to? Za­mó­wi­my coś do je­dze­nia, obej­rzy­my film.

Nic do nie­go nie mia­łam. Jego ist­nie­nie było mi obo­jęt­ne. Thea jed­nak wci­ąż po­zo­sta­wa­ła o nie­go pie­kiel­nie za­zdro­sna. Na­wet jako do­ro­sła ko­bie­ta za­cho­wy­wa­ła się jak dziec­ko. Do­sta­wa­ła bia­łej go­rącz­ki, gdy spo­ty­ka­ła się z oj­cem, a on za­bie­rał ze sobą syna.

– Nie sądzę, aby to był do­bry po­my­sł – za­zna­czył Ja­mes. – Je­steś jesz­cze dziec­kiem, a Eden ma te­raz inne spra­wy na gło­wie.

– A mi się wy­da­je, że to do­bry po­my­sł – wtrąci­ła Dia­na, wy­wo­łu­jąc uśmiech na mo­jej twa­rzy. – Od daw­na nie mie­li kon­tak­tu, po­win­ni le­piej się po­znać.

Och, dzi­ęku­ję, Dia­no, że tak wszyst­ko mi uła­twiasz.

– Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła, pa­mi­ętaj, że mo­żesz na mnie li­czyć. Chęt­nie ci na po­cząt­ku po­mo­gę. Wiem, że to mia­sto po­tra­fi wy­ci­snąć z czło­wie­ka siód­me poty. – Do­tknęła mo­jej le­żącej na sto­li­ku dło­ni.

Gwa­łtow­nie ją wy­rwa­łam. Wie­dzia­łam, że zro­bi­ła to z czy­stej mat­czy­nej tro­ski, ale nie po­trze­bo­wa­łam wspó­łczu­cia od ob­cej ko­bie­ty.

– Wy­bacz – szep­nęła spe­szo­na. – Nie chcia­łam na­ci­skać.

– Do­ce­niam two­ją po­moc, chcę jed­nak ogar­nąć wszyst­ko sama. Za­le­ży mi na sa­mo­dziel­no­ści i nie­za­le­żno­ści. Nie po to wy­je­cha­łam z Lit­tle Rock, aby uza­le­żniać się od dru­gie­go ro­dzi­ca i jego ro­dzi­ny.

Ja­mes cały się go­to­wał. Ude­rzył ser­wet­ką o ta­lerz i nie­spiesz­nie wstał od sto­li­ka.

– Eden, mo­że­my po­roz­ma­wiać na osob­no­ści?

Stra­cił cier­pli­wo­ść szyb­ciej niż po­dej­rze­wa­łam. Wy­szłam za nim z re­stau­ra­cji. Gwa­łtow­nie od­wró­cił się w moją stro­nę, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­sze­ni zno­szo­nych spodni. Na jego skro­ni pul­so­wa­ła żyła. Nie, to nie mo­gło pó­jść tak ła­two. Chcia­łam go wy­ko­ńczyć, ale nie w ten spo­sób. Naj­pierw po­trze­bo­wa­łam od­po­wie­dzi.

– Co ty kom­bi­nu­jesz, Eden? – spy­tał wście­kle.

– Nie mam po­jęcia, co cię zde­ner­wo­wa­ło. – Uda­łam nie­win­ną. – Zro­bi­łeś się czer­wo­ny. Nie sko­czy­ło ci ci­śnie­nie?

Ja­mes z nie­do­wie­rza­niem po­kręcił gło­wą. Krew w mo­ich ży­łach pul­so­wa­ła co­raz moc­niej.

– Nie wiem, w co po­gry­wasz, ale nie po­zwo­lę na to! Na­gle się tu­taj prze­pro­wa­dzasz i chcesz spędzać czas z moją żoną i sy­nem! Od lat nas uni­kasz, a te­raz za­mie­rzasz na­pra­wiać re­la­cje ro­dzin­ne? To nowy plan Elo­die, aby znisz­czyć moje ma­łże­ństwo?! W co wy po­gry­wa­cie?! Thea już jest za sta­ra, aby na­sta­wiać ją prze­ciw­ko mo­jej żo­nie, a więc Elo­die te­raz po­słu­gu­je się tobą?!

Par­sk­nęłam pod no­sem. Wła­śnie po­ka­zał, jak bar­dzo mnie nie zna.

– Wie­le mo­żna mi za­rzu­cić, ale po­sądzać o by­cie ma­rio­net­ką mat­ki to jaw­ne oszczer­stwo! Po­cho­dzę stąd! – przy­po­mnia­łam. – Mia­łam uni­kać No­we­go Jor­ku, bo go so­bie przy­własz­czy­łeś?

– Jest tyle lep­szych do ży­cia miast w tym kra­ju! Dla­cze­go wró­ci­łaś, Eden?

Pa­trzy­łam mu w oczy. Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej mia­łam taką oka­zję. Mo­głam po­wie­dzieć ojcu praw­dę, ale nie pla­no­wa­łam tego. Za­słu­gi­wał, aby żyć w nie­świa­do­mo­ści. Za­mie­rza­łam go tor­tu­ro­wać nie­wie­dzą. Chcia­łam, aby nie spał po no­cach w oba­wie, co na­praw­dę mnie tu­taj spro­wa­dzi­ło.

– Jak po­wie­dzia­łam wcze­śniej, po­czu­łam sil­ną po­trze­bę po­wro­tu do domu. Nie wy­ku­rzysz mnie stąd, tak jak zro­bi­łeś to z mat­ką. Wiem, dla­cze­go bo­isz się mo­je­go po­wro­tu i tak, po­wi­nie­neś się bać! Nie je­stem jak moja sio­stra. Mnie nie mo­żna my­dlić oczu! Nie za­do­wa­lam się byle czym.

Po­czu­łam pie­cze­nie pod po­wie­ka­mi. Nie, nie zo­ba­czy mo­ich łez. Nie dam mu tej sa­tys­fak­cji. Cho­ciaż ja­kaś część mnie cier­pia­ła, że sta­no­wi­łam taki pro­blem dla swo­ich krew­nych, wo­la­łam za­cho­wać ten ból dla sie­bie.

– Nie boję się two­je­go po­wro­tu! Nie wiem, za kogo ty się uwa­żasz, ale co­kol­wiek uro­dzi­ło się w tej two­jej cho­rej gło­wie, nie po­wie­dzie się.

– Mam ro­zu­mieć, że nie będziesz chciał ze mną wspó­łpra­co­wać?

– Wspó­łpra­co­wać? Z tobą?!

Kur­wa! Nie sądzi­łam, że za­ci­ska­nie zębów i nie­wy­gar­ni­ęcie mu wszyst­kie­go, co czu­łam przy pierw­szym spo­tka­niu, będzie trud­niej­sze, niż przy­pusz­cza­łam.

– Wró­ci­łam po praw­dę, tato – za­ak­cen­to­wa­łam ostat­nie sło­wo, nie­mal mi obce, bo tak rzad­ko wy­po­wia­da­ne.

– O czym ty mó­wisz?

Z nie­do­wie­rza­nia po­kręci­łam gło­wą.

– O praw­dzie, któ­rą ukry­wa­cie przede mną od dzie­wi­ęt­na­stu lat – pod­kre­śli­łam. – Spo­koj­nie, cze­ka­łam tyle cza­su, po­cze­kam kil­ka ty­go­dni, ale nie ukry­wam, że two­ja wspó­łpra­ca wie­le mi da. Może na­wet wy­ku­rzysz mnie z mia­sta.

Źre­ni­ce mężczy­zny się po­wi­ęk­szy­ły. Pró­bo­wał zro­zu­mieć moje enig­ma­tycz­ne sło­wa.

– Eden, ni­cze­go z tego nie ro­zu­miem…

– Nie uda­waj idio­ty! Miej w so­bie wi­ęcej od­wa­gi niż mat­ka!

Ja­mes zro­bił krok w moją stro­nę, wy­ty­ka­jąc mnie pal­cem.

– Je­steś taka sama jak Elo­die! Trzy­maj się z da­le­ka od mo­jej ro­dzi­ny! Nie po­zwo­lę ci jej znisz­czyć!

Uśmiech­nęłam się krzy­wo, z ca­łej siły wal­cząc z emo­cja­mi. Mat­ka mi nie raz po­wta­rza­ła, że je­stem po­two­rem bez ser­ca. Mia­łam je, ale po pro­stu oto­czy­łam mu­rem, nie po­zwa­la­jąc, aby zo­sta­ło zdo­by­te i znisz­czo­ne. Nie sądzi­łam jed­nak, że w mu­rze jest ja­kaś dziu­ra, któ­ra prze­pu­ści ra­ni­ące sło­wa Ja­me­sa.

– Nic o mnie nie wiesz – wy­tknęłam. – Nie je­stem jak mat­ka. Nie je­stem jak two­ja uko­cha­na Thea. Je­stem gor­sza, a przez to oka­żę się two­im naj­wi­ęk­szym kosz­ma­rem, ta­tu­siu – za­po­wie­dzia­łam.

– Wy­noś się stąd! – ryk­nął. – Nie zbli­żaj się do mo­jej ro­dzi­ny!

Do­brze było wie­dzieć, że ja do niej nie na­le­ża­łam.

– Prze­każ swo­jej żon­ce, że wy­pa­dło mi coś wa­żne­go i mu­sia­łam was zo­sta­wić. Dzi­ęku­ję za cu­dow­ny wie­czór. Wiesz, jak ode­brać mi ape­tyt.

Ja­mes otwo­rzył usta, aby coś do­dać, ale mnie to już nie in­te­re­so­wa­ło. Od­wró­ci­łam się i uda­łam się w stro­nę swo­je­go miesz­ka­nia. Ser­ce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne. Nogi mia­łam mi­ęk­kie od emo­cji. Za­ci­ska­łam usta, aby nie wy­do­był się spo­mi­ędzy nich ża­den nie­kon­tro­lo­wa­ny szloch. I cho­ciaż spo­dzie­wa­łam się tro­chę lep­sze­go ob­ro­tu spraw tego wie­czo­ru, czu­łam się wy­gra­ną. Zo­sta­wi­łam ojca z cha­osem w gło­wie. Z pew­no­ścią nie będzie mógł spać, oba­wia­jąc się o mój ko­lej­ny krok.

Ja­mes kła­mał. Wie­dział, dla­cze­go wró­ci­łam.

I za­mie­rza­łam stąd wy­je­chać do­pie­ro, kie­dy po­znam praw­dę.