Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Esau Ast – pokerzysta i włóczęga. Miłośnik książek, których całe skrzynie wozi ze sobą na wozie ciągniętym przez ulubionego konia, Miśka. Na wozie tym podróżuje również ukochana żona Asta, Emma. Przemierzają prerie i góry, czasem sami, czasem w towarzystwie zaprzyjaźnionych Indian. Po drodze spotykają mityczne stworzenia, martwych prezydentów i owianych legendą banitów, ludzi uzależnionych od czytania, umysłowo chorych, szalonych kapeluszników i nie mniej szalonych naukowców.
Czy z takim bohaterem, w świecie którego baśń, koszmar i rzeczywistość tworzą jedno, może być nudno? Oczywiście - nie. Czy będzie ponuro i mrocznie? No pewnie. Czy będzie się z czego pośmiać? Owszem, choć bardziej szczękać zębami.
[…] ujmująco paradoksalna: pełna palącego słońca, ale mroczna; dusząca zawieszonym w powietrzu pyłem, ale przejrzysta; czerpiąca garściami z wielu tradycji literackich i tekstów źródłowych, ale stojąca pewnie na własnych nogach. […] Daje dużo bezpretensjonalnej rozrywki […]
Wojciech Gunia
Zakurzony Dziki Zachód, stare opowieści Indian, mroczne cienie bogów przemykających po preriach, czających się tam, gdzie koła pociągów przestają stukać po szynach. Jeśli wyobrażacie sobie, że pierwotna Ameryka, ta stara Ameryka, kryła zagadki starsze niż ludzkość, to musicie sięgnąć po "Martwy Zachód" i zmierzyć Waszą wyobraźnię z Nienazwanym.
Jarosław Klonowski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 404
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przyjaciołom. Zobaczcie ‒ udało się.
Martwy Zachód, żywa wyobraźnia
Niniejszy tekst, chociaż składający się z kilku opowiadań, tworzy jednolitą historię – dzieje, a przynajmniej fragmenty dziejów jednego bohatera. Sytuuje się on w rzadko spotykanej w Polsce konwencji „weird westernu” – pomieszania, zdawałoby się, niemożliwego: fantastyki grozy spod znaku dziwności, eksplorującej niesamowitość wynikającą z braku jakiejkolwiek ontologicznej i aksjologicznej pewności wobec świata, i westernu – konwencji powszechnie kojarzonej jako pole literatury czysto przygodowej, opartej na oczywistych podziałach moralnych.
W Martwym Zachodzie nic nie jest, na szczęście, oczywiste. Zbiór przedstawia spójną światotwórczo wizję, osadzoną na spalonych słońcem pustkowiach i rozległych preriach, na których od czasu do czasu trafić można na jakieś zapomniane przez wszystkich bogów miasteczko. Sceneria ta staje się areną zmagań, których spektrum rozciąga się między zupełnie realistycznym przedstawieniem ludzkich konfliktów w dość trudnych warunkach bytowych, legendami wywiedzionymi z folkloru ludności rdzennej Ameryki Północnej po zupełnie surrealistyczne odloty koncepcyjne, których kontrast z surowym światem przedstawionym jest źródłem zaskoczenia i ogromnej czytelniczej przyjemności.
Tekst Wojnowskiego świadczy o kilku rzeczach: o wyrazistej, oryginalnej wizji, jaką ten młody pisarz ma wobec swojej twórczości, oraz – co równie ważne – o dojrzałym warsztacie, który w ramach krótkiej formy pozwala zbudować kompletne, wiarygodne fabuły napędzane akcją, którą chce się śledzić, zasiedlone postaciami, w które się wierzy, które chce się poznawać i obserwować ich rozwój, szczególnie w przypadku głównego bohatera Esau Asta, spinającego swoją osobą wszystkie opowieści. Dzięki temu prostemu zabiegowi Martwy Zachód, choć zawierający niezależne fabuły, czyta się jak powieść.
Książka jest ujmująco paradoksalna: pełna palącego słońca, ale mroczna; dusząca zawieszonym w powietrzu pyłem, ale przejrzysta; czerpiąca garściami z wielu tradycji literackich i tekstów źródłowych, ale stojąca pewnie na własnych nogach. Daje dużo bezpretensjonalnej rozrywki, a po jej przeczytaniu zostaje trudny do usunięcia ślad – jakby ciężar napędzających fabuły dylematów moralnych odciskał się na Czytelniku, a zawiesisty klimat oklejał go szczelnie, niczym drobny, wżerający się w skórę pył pustyni.
Wojciech Gunia
– Pan żeś mówił, że go znał.
– Nie.
– To w końcu jak?
– Ja go tylko spotkałem. Znaczy… no tak.
– To jeszcze raz, jak miał na imię?
– Jedni mówili, że to Esau Ast. Inni… w ogóle jakoś nie mówili. Może z szacunku.
– A nie ze strachu?
– Albo i tak, bo wiesz: śmierć to marny sposób na życie.
– Hah, dobre. A kim on tak naprawdę był, może pan coś o tym…?
– Kimś, kto zawsze był pomiędzy.
– Między czym?
– A to już zależy i od wiatru, i od dnia.
– Pan tak na poważnie?
– Czasem kroczył między grzechem a łaską. Innym razem między czasem a przestrzenią. A czasem między życiem a czymś, co tylko tak wyglądało… jak życie.
– To hazardzista był, nie?
– Tak też mówią.
– A to nieprawda niby, psze pana?
– Cóż, podobno nie grał wyłącznie dla pieniędzy. Karty były dla niego językiem.
– Ach tak? To niech pan powie, co takiego mówiły?
– Że świat jest miejscem, z którym nie da się wygrać.
– Cokolwiek to znaczy.
– Jakby to powiedzieć… Koniec końców zawsze przegrywamy, tracąc wraz z czasem wszystko: znajomych, rodzinę, miłość, pieniądze, włosy, zęby, a potem samych siebie. Chociaż… niekoniecznie w tej kolejności.
– I co się z nim stało, z tym Astem?
– Nic, co dałoby się zamknąć w jednym zdaniu.
– Może pan spróbować.
– Mogę.
– Ale?
– Lepiej, jak posłuchasz dłużej niż chwilę. Chociaż… nie wiem, czy tyle w siodle wysiedzisz.
– Niech będzie, wysiedzę.
– Bo wiesz, wszystkie te historie, że tak powiem, mają w sobie jego cień.
– Znaczy, że nie są prawdziwe, psze pana?
– Ha, ha.
– No co? Co pan taki?
– Na pewno nie są mniej prawdziwe niż te cienie, niż to wszystko, co mamy tu, o, przed sobą.
Pamięci Charlesa Lutwidge’a Dodgsona, który pomógł mi odnaleźć się po drugiej stronie lustra
Tę zmęczoną sylwetkę – człowieka wzrostem niemałego, niemałego też w staraniach o lepsze jutro – ciągnął na wozie koń z żelazną determinacją, jakby na dowód tego, że potrafiłby zastąpić i kolej żelazną, której tak zwani pionierzy nie zdążyli jeszcze na tych ziemiach rozciągnąć.
– Iii! – zarżał przeciągle, gdy coś zaplątało mu się między nogami.
Między kopytami przemknęło jakieś zwierzątko, potem między szprychami kół i zaraz gdzieś znikło, tak że Esau, odwróciwszy głowę, uchwycił jedynie same uszy, długie i szare, wystające jeszcze przez chwilę nad trawą.
– Spokojnie, Misiek – rzekł do konia Esau Ast. – Jeszcze trochę – przekonywał, dostrzegając coś na horyzoncie, gdzie ziemia i niebo spotykały się w płynnym tańcu dnia i nocy.
– Iiia.
Jechali tak już trzeci dzień przez bezmiar jałowych ziem. W odległości około pół mili wznosił się kopiec, a na jego szczycie, o ile nie zawodził Esaua wzrok, znajdowały się ogromne, świeże wiązanki z piór i świętych ziół, nadając tej przestrzeni sakralnego wymiaru, natomiast sam wierzchołek zdawał się z jakiegoś powodu niedawno rozgrzebany.
– Kurhan – mruknął Esau, by okazać szacunek zmarłym, myśląc o tym, że lekceważenie ostatnich życzeń Indian, wodzów czy zwykłych dusz, szczególnie przez kogoś, kto był z nimi blisko, jest kuszeniem losu do tańca z duchami.
Gdzieniegdzie robili postój, lecz nie za długi, w obawie przed tym, że poprzedni właściciel, od którego wynajmowali posiadłość – Te jego pierdolone, furkoczące, przetarte czapsy, myślał Esau – ruszy za nimi, jeśli tylko znajdzie więcej niż jeden powód. A znajdzie, nawet kilkanaście, jeśli liczyć te wymyślone i te, które w niczyich oczach nie urosłyby do rangi powodu rzeczywistego. A także te wymyślone przez jego kuzynów, którzy też, jakby dostali je wszyscy w prezencie od jednego pradziada, chodzą w tych obrzydliwych, pierdolonych, furkoczących czapsach.
Dla własnego spokoju puścili się więc Astowie w drogę przez te ziemie, zapomniane przez samych bogów, ozdobione co brzydszymi kamieniami, nieuczęszczane przez innych poszukiwaczy szczęścia, kupców czy podróżnych.
U boku Esaua Asta, przysypiając mu na ramieniu, siedziała jego żona. Do niedawna Emma krytykowała go za nieumiejętność przymykania oka na sprawy błahe, teraz jednak postanowiła, że resztę podróży spędzi względnie spokojna, uwieszona na nim, wdychając zapach cytrusowej wody kolońskiej, którą podarowała mu na urodziny.
Wcale nie miał jej tego za złe, tej całej krytyki i nastawienia, świadomy, że czeka ich przez to kolejna wyprawa w nieznane, z czym wiąże się wiele nieprzyjemności. Jakich? A chociażby takich, jak wymuszone okresy głodówki, przez które zdawało mu się teraz, że co i raz, od dobrych trzech godzin, dolatuje go zapach ulubionej zupy z bawolego ogona i grochu.
Za nimi dudnił powóz ciężarem niezliczonych tomów, które składały się, można by rzec, na cały ich dobytek, znienawidzony przez nią, ukochany przez niego. Esau, pomimo wielokrotnych nalegań ze strony Emmy, nie potrafił się ich pozbyć i żył w nadziei, że nigdy do tego nie dojdzie, gdyż zarówno w literaturze o rdzennych Amerykanach, jak i w księgach przez nich spisanych, znajdował schronienie przed utrapieniami zwykłego białego życia. Emma nigdy nie mogła tego pojąć, a Esau nigdy nie umiał jej tego wytłumaczyć. Ponadto uważał, że między przeczytanymi stronami znajdują się myśli tego, kto je przyswoił, a ich utrata, o czym wolałby się nie przekonywać, wiązać by się mogła z jakimś niebezpieczeństwem.
– Jeszcze chwila, kochanie – powiedział jej prosto do ucha, tak by ją nieco rozbudzić.
– Głodna jestem – mruknęła.
– Zaraz coś zjemy.
– Hmm? O nie! – Westchnęła na widok hotelu, przed którym się właśnie zatrzymali: Wonderland. – O nie, o nie – mówiła tak, jakby głód i pragnienie odeszły, zmęczenie też.
Drewniany balkon biegł wzdłuż każdego piętra, a z balustrad, niby sztandary niewymarłej natury, opadały kaskadowo sprężyste winorośle, których liście zmagały się z kaprysami suchego wiatru. Pozamykane okna i drzwi – każde, bez wyjątku – więziły w środku ciemność pokojów i korytarzy. Długie balkony, ze względu na zdobienia i pnącą się tu i ówdzie roślinność, zamieniały się w wielopoziomową scenę. Cienie odgrywały na nich podwieczorny, ostatni już tego dnia pokaz, pod nimi zaś, o czym przekonywały krzyki klientów, znajdowała się pijalnia, a w niej – co Emmę przeraziło najbardziej – stoły do gry w pokera.
– Znowu to samo? – zapytała, zaniepokojona tym, że nałóg jej męża tylko wydłuży im tę tułaczkę, że w razie przegranej będą musieli jechać dalej, może nawet do sąsiedniego stanu. I zadając to pytanie, wcale nie brała pod uwagę tego, że ów „nałóg” przez bardzo długi czas zapewniał im dostatnie życie. – Esau, odpowiedz.
– A ty co, ty kutasie babski, ty?! – zawołał głos cienki i trzeszczący, niby na wpół pijany, a na wpół trzeźwy, wydobyty z sylwetki stojącej w samym wejściu, której ciemne włosy opadały na ramiona. Zaraz usiadł przy nim pies rasy bloodhound i zmarszczył się cały w zamyśleniu.
Esauowi, rozproszonemu zapachem ulubionej zupy z hotelowej kuchni, zajęło dłuższą chwilę, by zrozumieć, że słowa zostały skierowane do niego. Nawet koń Misiek, przekręcając łeb, wyczuł, że to do nich.
– Kutas babski jesteś, wiesz? Nie zagra, nie zagra – uspokajał Emmę nieznajomy, językiem splątanym od upojenia. – Żeby z nami grać, tutaj, potrzeba czegoś więcej niż kart, potrzeba do tego jaj, ha, ha, ha! – wrzasnął, po czym zachwiała się jego czarna sylwetka, obramowana jasnością wnętrza.
– Esau – szepnęła Emma, kładąc mu rękę na ramieniu. – O… odpowiesz mi?
– Misiek, tutaj.
Koń pociągnął wóz z dobytkiem, koła na powrót zaczęły się kręcić, na co Emma westchnęła, tym razem z ulgą, a za sobą usłyszeli:
– Ty damski kutasie, ty! Wiesz, co powinno się z takimi robić? Ucinać im łeb!
Misiek skręcił w lewo, ustawiając się z wozem wzdłuż hotelu, pod kwiecistym balkonem.
– Esau?! – pytała Emma.
Jej mąż zeskoczył z wozu.
– Esau?! – Odwróciła się w jego stronę, gdy upewniał się, czy plandeka jest porządnie naciągnięta na wóz. – Esau!?
Oparł się o belkę podtrzymującą balkon. Na jego twarzy, skąpanej w poświacie z okien hotelu, odmalowały się trudy minionych dni.
– Esau?! – naciskała żona, wcale nie schodząc z wozu, przekonana, że mimo wszystko ruszą zaraz dalej. – Es?
– Słucham? – odparł, przymykając oczy, by usłyszeć coś ponad jej słowa.
– Czy znowu będzie to samo?
Wzruszył ramionami, unosząc brwi, i rzekł:
– Gra się już rozpoczęła.
Emmie napłynęły łzy do oczu, znów powtórzyła:
– Czy znów będzie to samo?
Astowi uniosły się kąciki ust.
– To nigdy nie jest to samo.
***
Emma złapała się deski siedziska, gdy otuliło ją nagłe zmęczenie. Nie chciała się kłaść, by nie odpłynąć, ale wyglądało na to, że sen zmorzy ją niezależnie od przybranej pozycji.
Przetarła oczy piąstkami i westchnęła, wyczuwając słodki zapach miodowej ambrozji, która marzyła jej się już wcześniej. Skoro z kuchni dolatywała tego rodzaju woń, Wonderland z pewnością nie zaliczał się do hoteli biednych, brudnych i zaszczurzonych, jakie spotyka się na południowym szlaku przez Nowy Meksyk.
Zeszła z wozu, przeciągnęła się.
Postanowiła przejść na przód budynku, tak by dostrzec, chociażby przez okno, czy Esau kończy rozgrywkę, czy – tak na dobrą sprawę – dopiero ją zaczyna.
Na rogu siedział jednak bloodhound.
Mimo to ruszyła przed siebie, powoli, z wyczuciem, ale pies wstał, przeszedł kawałek dalej i usiadł jej na drodze z taką samą smutną miną, z jaką patrzą – czy to na rzeczy radosne, czy nie – wszystkie czteronogi tej rasy.
– No już, dobry pies. Nie dasz mi przejść?
Dała krok w bok, na co pies się położył, tak by zająć więcej miejsca w przejściu między Wonderlandem a jakimś mniejszym, opuszczonym już dawno sklepem (albo, sądząc po napisie ELEGANCJA PÓŁNOCY: Gdzie kurz opada, a włosy się podnoszą, najpewniej salonem fryzjerskim).
Warknął, gdy dała kolejny krok, więc zawróciła i oparła się o belkę balkonową. Zastanawiała się, co robić dalej. Wcale nie miała pewności, że nic jej się nie stanie – że pies jej nie zaatakuje – kiedy tylko przyśnie na wozie.
– Poszedł, no już! – rzuciła do niego nieco agresywniej, ale ten jedynie usiadł i dalej na nią patrzył.
Nadal opierając się o belkę podtrzymującą balkon, westchnęła, a wówczas znów uderzyła ją woń ulubionego napoju miodowego. Pomyślała, że jadłodajnia – czy restauracja, jeśli podają tu napitki podobne do miodowej ambrozji – znajduje się z drugiej strony, a z tamtej – od głównego wejścia – mieści się wyłącznie saloon.
Nie zaszkodzi sprawdzić, pomyślała, podążając za słodkim zapachem, dlatego zaraz znalazła się pod ciężkimi drzwiami. Pociągnęła je i weszła do środka, zastanawiając się, czy uprzedzić o swojej wizycie przed przejściem… na zaplecze?
– Dzień d… dobry wieczór – powiedziała.
W powietrzu unosił się jedynie ostry zapach starego tłuszczu, przypominający o kulinarnych przedsięwzięciach, które zakończono dawno temu, a miodny aromat, który ją tu przywiódł, został najzwyczajniej stłamszony.
Światło księżyca, przefiltrowane przed brudne okna, wpadało do środka, gdzie zardzewiałe garnki i patelnie wisiały na nie mniej zardzewiałych hakach, a reszta zapomnianych narzędzi kulinarnych zbierała kurz na stołach i w niedomkniętych szafkach. Na jednej z nich, w samym kącie pomieszczenia, błysnęła przed nią para sporych oczu, bystrych. Wyobraźnia z domieszką strachu – chyba – domalowała ciągnący się pod nimi uśmiech z błyszczącymi, równymi zębami.
Kot. Zamiauczał. Miaukniecie to bardziej jednak przypominało jej dziecięcy śmiech. Miauknął zaraz tak samo, a raczej się zaśmiał, jakby nie pozwalał jej przejść do kolejnego pomieszczenia. Odwróciła się, ale za drzwiami, przez które weszła, zawarczał pies, przez co futrzak roześmiał się tylko bardziej histerycznie.
– O Boże, o Boże – zaczęła się użalać, uwięziona w mroku opuszczonej kuchni.
Wtem ktoś otworzył jej drzwi od strony hotelu, jakiś mężczyzna w wysokim kapeluszu. Zaczęła tłumaczyć, że jej głupio, pomyliła wejścia.
– Chester, ciii – uciszył kota. Nic sobie nie robił z jej obecności w miejscu dla personelu. Wskazał boczne schody. – Drugie piętro, pokój dwadzieścia siedem – wyszeptał, starając się nie nadużywać niskiego, eleganckiego głosu przyprawionego alkoholem. Poprawił wymyślny kapelusz (na jego szczycie były przyklejone przesadnie duże, sumiaste wąsy) i wrócił za ladę.
Emma udała się na górę po schodach, które kontrastowały ze zużytą atmosferą reszty lokalu. Unosił się nad nimi zapach świeżego drewna, który znów, dość wyraźnie, zaczął się przeplatać ze słodkimi nutami, tym razem z domieszką… cytrusów… cytrusowej wody kolońskiej.
Balkony otaczały każde piętro również od wewnątrz, oferując widok na tętniącą życiem przestrzeń na dole, na zielone plamy – na stoliki do gry w karty, gdzie rytmiczne tasowanie łączyło się ze śmiechem i brzękiem kufli.
Pośród graczy nie dostrzegła męża.
Odwróciła się i pchnęła drzwi z numerkiem 27. Czuła zapach cytrusów. W środku jednak nikogo nie zastała.
***
Suszone jabłka, morele i rodzynki. Ciastka z melasą. Obfita porcja chudego i przyprawionego mięsa bawolego, wędzonego i suszonego, zawiniętego w gazetę. Puszka pieczonej fasoli, wolno gotowanej, z kawałkami solonej wieprzowiny. Stos przaśnych krakersów z mąki, wody i soli. Starannie przygotowany napój bezalkoholowy o słodkim i ziemistym smaku korzeni sarsaparilli. I butelka bourbona – znanego ze swojego gładkiego i bogatego profilu smakowego – zawierającego rzekomo, dla lepszego efektu, odrobinę jadu węża.
– Esau? – zapytała Emma, pomimo pewności, że za tą stertą jadła i napojów, która ledwie mieściła się w jego objęciach, rozciąga się uśmiech jej męża.
– Kogo zeszłej nocy poniósł Wonderland?
– Co?
– Tak się tu, można powiedzieć, witają. Znaczy, tak mówią na przywitanie, taki żart, trochę czarny humor. Że wiesz, kogo poniosło do krainy czarów, do lepszej krainy, skąd się nie wraca.
Emma zamilkła, zaplatając sobie palce na brzuchu.
Esau Ast dał krok do tyłu, by objąć wzrokiem to, co wyłożył na stół, a dopiero potem skierował spojrzenie na żonę. Stała jak manekin na środku pokoju i poruszały jej się tylko usta.
– To wszystko, co hotel mógł nam zapewnić – rzekł.
– Znaczy, że co?
– Znaczy, że wygrałem. – Pokazał otwartą dłonią wyłożone na stole fanty. – Jak się tu znalazłaś…
– Ten pan…
– W kapeluszu? Blady i w świecących brązowych pantoflach?
– Tak.
– Pan Kapelusznik. – Pokiwał głową z uznaniem. – Może się wydawać niezbyt rozgarnięty, ale w rzeczywistości troszczy się o gości jak nikt inny.
– A ty już tak wszystko o nim wiesz?
– Gra w karty wiele mówi o człowieku.
– Grał z wami?
– Raz. Każdy jego ruch wydaje się kpić z konwencji zdrowego rozsądku. Dobrze, że po ciebie poszedł… – Zaśmiał się, a śmiech ten przypominał Emmie napad czkawki. – Dba, po prostu dba o gości. Zna nas na wylot, w sensie ludzi, graczy, gości swoich. Wiedział, żeby cię tu skierować, tak samo, jak to, żeby nie puszczać cię między stołami. Sama wiesz, jakie są obce chłopy dla samotnych kobiet w takich miejscach. Jeszcze jakaś burda by wynikła.
– Znaczy… przeszłam przez kuchnię. Tyłem.
– Bardzo dobrze.
– Czułam tam… różne zapachy, ale kuchnia jest opustoszała.
– Tak, nic tu nie gotują, rozmawiałem z nim o tym. Wszystko, co mają, jest sprowadzane. Nie ma chętnych do gotowania, nie opłaca im się to, a byłem niemal przekonany, że uraczą mnie tu…
– Zupą z bawolego ogona i grochu? – zgadła.
– Tak.
– Wiesz, skąd wiem?
– Przecież to moja ulubiona – odparł niedbale.
– Znaczy, to też, ale… ja czułam miodową ambrozję.
– Swoją ulubioną, yhym.
– A idąc tu, na górę, czułam zapach cytrusowy…
– Mojej wody kolońskiej, twojej ulubionej – dopowiedział za nią, odsuwając krzesło od stołu.
– Tak. Czy to nie dziwne? Przecież cię tu wcześniej nie było.
– Tak samo, jak mojej zupy i twojej ambrozji – podsumował Esau. – Kiedy ciało jest zmęczone, duch szuka ukojenia w aromatycznym uścisku cenionych zapachów, tak mnie uczyli Síyas.
– A jeśli to, co się tu dzieje, dzieje się znów za sprawą Indian?
– A co takiego się tu dzieje? – Kręcąc głową, rozejrzał się po pokoju, po meblach z ciemnego, polerowanego drewna, po łóżku z narzutą serape, po kufrze na rzeczy osobiste, po zastawie herbacianej na półce i po zawieszonych na ścianach pejzażach Nowego Meksyku. – Jeszcze nic takiego się tu nie zadziało – odpowiedział sam sobie. – Jeśli chodzi o te zapachy… wychodzą na jaw, aby zaoferować ukojenie zmęczonej duszy, tak mi kiedyś wytłumaczył Wielki Wódz Wottawa, gdy przebywałem na naukach w jego obozie. To wszystko. Jesteśmy po prostu głodni i wyczerpani. – Przesunął w jej stronę to, co najsłodsze. – Proszę, jedz.
Wzięła do ust ciastko, dość ostrożnie, i dość ostrożnie też zapytała:
– Nie wolałeś pieniędzy?
– Czy nie wolałbym teraz jeść pieniędzy? – odgryzł się. – Kochanie, przestań być taka podejrzliwa. Widziałaś tu gdzieś sklepy?
– Nie, a hotel jest.
– Ano jest.
– I to wcale nie biedny – zauważyła. – A to już nie jest podejrzane? I to na pewno wszystko, co…
– Poza tym – zaśmiał się tak, jakby dostał czkawki, i odwinął mięso z gazety – jeśli już mówimy o pieniądzach, zawsze mi powtarzałaś, żebym brał ich jak najmniej, że lepiej wziąć coś innego, bo i za dolara znajdzie się cwaniak, który wsadzi ci kulkę w łeb, za to nikt nie odważy się zrobić tego samego za równowartość w kolbach kukurydzy.
– Tak, tyle że nie mieszkamy tu w okolicy. – Przestała przeżuwać. – Zaraz musimy ruszać dalej.
– Zaraz? Misiek też chciałby zjeść i odpocząć.
– Wystarczy i dla niego. – Odsunęła kilka produktów na brzeg stołu. – Ja nie muszę jeść.
Przeżuwając wołowe mięso, zerknął na nią bykiem.
– No co? – oburzyła się. – Nie mów, że wracasz zaraz na dół?
– Jedz. – Odsunął od siebie paski suszonej wołowiny.
– Zaraz tam wracasz?
– Nie. Jedz.
Ledwie przełknęła ślinę. Z pewnością nie przeszłoby jej przez gardło kolejne ciastko.
– Dlaczego nie jesz? – zapytał. – Kochanie… podaj mi jakiś powód, choć jeden, dlaczego miałabyś teraz nie jeść, skoro jesteś tak głodna.
Esau wyobraził sobie, jak odpowiada mu na to „byłam”, ale milczała. Cisza wtopiła się w jej twarz, a oczy stały się odbiciem niewypowiedzianych myśli.
Odezwało się za nim jakieś kliknięcie. Pocałunek metalu i szkła. Cichy, ale przeszywający.
Ręka Esaua, jak gdyby zamieniła się w węża, prześlizgnęła się w stronę kabury. Już chciał oddać strzał w tył, spod pachy, gdy Emma położyła mu dłoń na kolanie.
W okienku drzwi balkonowych ukazała się twarz mężczyzny. Twarz blada, wręcz bezbarwna. By mieć pewność, że kula dosięgnie tego, kogo sobie upatrzył, facet przyłożył lufę rewolweru do szybki.
Chwilowe zawahanie. Esau znał ten moment. Chciał go wykorzystać. Odwrócił się, już z wyciągniętym rewolwerem, ale zastygł w niepewności.
Obca twarz wykrzywiła się jak po oblizaniu chochli dziegciu. Dolna warga odjechała do boku, jak pociąg na szynach, tak samo oczy, za to nozdrza rozszerzyły mu się jak kielichy kwiatów. Zakwitła w nim jakaś pustka, jakby stracił apetyt na cały świat. Dał krok do tyłu.
– Esau… – szepnęła Emma, gdy ruszył przed siebie, by otworzyć drzwi na balkon.
Obcy mężczyzna z trudem zachowywał równowagę. Doskoczył do niego Esau. Zamachnął się. Ale nie trafił. Pięść świsnęła tuż przed nosem nieznajomego, gdyż ten zatoczył się do tyłu. Wylądował na barierce, wciąż wykrzywiając twarz. Próbował łapać się zwisających z balustrad roślin, ale w niczym mu to nie pomogło.
Grawitacja zebrała swe żniwo.
Przy zetknięciu z wyschłą ziemią na dole rozbrzmiało głuche walnięcie, jak żałobne uderzenie w dzwon.
– Skurwysynu ty fałszywy! – Usłyszał od strony głównego wejścia do hotelu. – Takim jak ty tylko uciąć ten kutasi łeb.
Spod wejścia wyleciał topór. Ktoś rzucił nim bezbłędnie, tak że zatrzymał się na szyi mężczyzny. Wbił się w twardą glebę, uprzednio odciąwszy mu głowę. Nie potoczyła się dalej tylko dlatego, że zatrzymał ją płat odstającej skóry.
Esau wrócił do pokoju i zamknął drzwi.
– Es, jesteś pewien, że – Emma przeciągnęła wzrokiem po stole – właśnie to ugrałeś?
– Poker to honorowa gra.
– Czy może chciałbyś mi coś jeszcze powiedzieć? Coś jeszcze ugrałeś w tej honorowej grze?
– To i cztery noce w hotelu.
***
Bał się, że zaraz po przebudzeniu Emma, niby dla żartów, a jednak na poważnie, zapyta go: „Kogo zeszłej nocy poniósł Wonderland?”, dlatego zszedł na dół, do barku, i zamówił wodę z cytryną. Liczył na to, że głęboki sen żony, przyprawiony wydobywającymi się nie wiadomo skąd zapachami lawendy i tymianku, przeciągnie się bardziej niż zwykle.
– Na nasz koszt – oznajmił Kapelusznik, przesuwając szklankę. Stał za ladą, za którą poruszał się na co dzień przez większość czasu. Do oddzielnego pojemniczka zgarnął suszone płatki róży, mięty pieprzowej i skórki pomarańczy. – Dodałem ciut imbiru, na lepsze myślenie, może być?
– Jak najbardziej – odparł Ast, pochylając się na wysokim stołku, który, tak jak inne, stylizowany był na grzyba.
Kapelusznik zaczął coś sprzątać między kolorowymi szkiełkami na półkach. Przerzucał ściereczkę z ręki do ręki, pochylając się i prostując, a na sam koniec wyjął spod lady butelkę i sam uraczył się jakimś trunkiem. Potem stanął przed wypchaną głową jackalope’a na ścianie i pogłaskał go między rogami.
– O której zaczynają się tu schodzić? – zagaił Esau, zlizując z warg kwaśny posmak.
– Hmm?
– Do gry. Bo jak na razie to…
– Zawsze się ktoś do ciebie dosiądzie, wybierz stolik i zaczekaj. Tylko niedługo… – Spojrzał na zegarek pozbawiony wskazówek. – No tak.
– Niedługo co?
– Niedługo będą schodzić się na herbatę.
– Kto?
– No goście. – Zagestykulował tak, że szmatka wyleciała mu z ręki niby ożywiony ptak i zawisła na rogu jackalope’a. – Później będzie więcej chętnych do gry, to ci mogę zagwarantować. Sam sobie strzelę rundkę, a co.
Esau pociągnął spory łyk wody z cytryną, żeby dać sobie czas na odpowiedź. Jeden łyk przerodził się w drugi, a drugi w trzeci. Dopiero teraz, przez dno wysokiej szklanki – jak przez specjalną lunetę – hotel zaczynał nabierać kształtów, jakie można by uznać za normalne. Powykręcany, zaczynał się naprostowywać. Nawet kolory – jak rudawy kolor wystających spod kapelusza włosów czy blada, jakby przesadnie upudrowana twarz Kapelusznika – zaczynały zgrywać się z tłem otoczenia, z wielobarwnymi butelkami i wypolerowanymi, ciemnymi meblami.
W twarzy Kapelusznika Esau dostrzegł coś znajomego, w tej krągłości, którą emanowała, mimo że facet zaliczał się do osób raczej szczupłych, tak teraz, jak i przed laty, co widać było na zdjęciu zawieszonym przy wejściu.
Dopił i odstawił szklankę na ladę, a Kapelusznik w tym czasie wyjął skądś naczynko dziwnego kształtu i łyknął coś, co wykrzywiło mu twarz, dość uroczo, jak dziecku, które dziwi się czemuś na pozór normalnemu.
– A recepcja? – zapytał Esau.
– No jest.
– A recepcjonista?
– Recepcjonista?
– Tak.
– No jest. – Popukał się palcem wskazującym w klatkę piersiową.
– Znaczy, uważa pan, że nie ma potrzeby takiego zatrudniać?
– To odrębna kwestia.
– Nie nocuje tu za dużo osób? – zapytał, przypomniawszy sobie, jak Emma skarżyła mu się, że na żadnym z pięter, i to w najbardziej ruchliwej porze, nie widziała nikogo, a balkony przecież nie pomagały w przemykaniu niezauważonym.
– Hotel zawsze wszystkich pomieścił. Nocuje tu tylu gości, ilu przyjedzie. Jak przyjedzie dużo, to i dużo nocuje.
Dlaczego w takim razie przyjeżdża mało?, cisnęło się Esauowi na usta, ale zgadywał, że dostanie równie wymijającą odpowiedź, dlatego zapytał:
– A sklepy?
– Sklepy? – powtórzył zdumiony Kapelusznik, biorąc się pod boki. – Kiedyś to były sklepy, teraz nie ma sklepów. Nie szły, i tyle.
– A hotel?
– Idzie, jakoś. Pomyśl o tym, panie Al…
– Ast – poprawił.
– Panie Ast – zaczął od nowa. – Pomyśl pan o tym, jakie usługi dostarcza hotel, tym bardziej taki, a jakie dostarczają sklepy, dość ograniczone w zaspokajaniu potrzeb przejezdnych. No bo tak, spać gdzieś trzeba. – Zatoczył ręką po balkonach. – Pić trzeba. – Wskazał kciukiem za siebie, na rzędy kolorowych trunków. – I jeść też. Pieniądze też skądś trzeba wziąć. Bo jak nie masz, to dupa z tego wszystkiego.
– I z nocowania też, nie?
– W tej kwestii – zastanowił się, pochylając tak, jakby zabolało go w krzyżu – można się ze mną zawsze dogadać, bo wbrew powszechnej opinii… nic na tym nie tracimy, a jak ze sklepu coś weźmiesz, to sklep traci, nie? No i te pieniądze. Jaki sklep zapewnia klientowi możliwość zarobku? Otóż to, żaden. – Odwrócił się nagle, przytrzymując lincolnowski kapelusz, i odchylił głowę, by coś łyknąć.
– Ale kiedyś działały… – ciągnął Esau, obracając pustą szklankę w palcach. – I było ich całkiem sporo. A teraz co?
– A teraz nico. – Wzruszył ramionami, jakby złapał go skurcz.
Esau odniósł wrażenie, że nim Kapelusznik zjedzie na właściwy tor, będzie musiał mu za wszelką cenę udowodnić, że on, jako maszynista tej ciągnącej się rozmowy, zapewni mu bezpieczny dojazd do miejsca, które wydaje się bliskie, a zarazem odległe.
– Ale co było tego powodem? – zapytał wprost, czując w nosie jakiś powiew orzeźwienia, lekką miętę, mimo że Kapelusznik nie przygotowywał dla nikogo nic do picia. Postanowił naciskać go w tej sprawie dalej, tym bardziej iż ten oświadczył mu, że jeszcze zagrają razem w pokera, toteż Esau będzie miał porównanie z tym, jak zachowuje się, kiedy blefuje.
Chwilę przed wypowiedzeniem kolejnych słów Esau poczuł smród, którego nie poczuł Kapelusznik; w przeciwnym razie ktoś, kto tak dba o klientów i o dobre imię hotelu, zainteresowałby się źródłem przykrego zapachu. Jakby padliny.
– Śmierć? – wypalił Esau.
Kapelusznik niemal wypuścił z rąk naczynko do picia, które przypominało kształtem nieudaną klepsydrę. Zatańczyło mu w palcach, ostatecznie je złapał.
– Pan już nie zalicza się do najmłodszych – stwierdził Esau bez ogródek. – Tak więc sobie myślę, że ci, którzy mieli sklepy wokół, po prostu umarli i nie ma kto ich zastąpić, tak samo jak nie będzie komu zastąpić pana, kiedy… rozumie pan?
– Nie ma ludzi niezastąpionych.
– Nie znaczy, że każdego można zastąpić każdym.
Esau zerknął przez ramię. Coraz więcej osób zaczynało kręcić się w głównej przestrzeni hotelu, zwłaszcza tych – takie odnosił wrażenie – których pamiętał z poprzedniej nocy: dwóch małych łysych, kobieta w sukni o barwie zimnego jeziora, pan w ciemnym garniturze.
Co prawda nie była to pora, w której zjeżdżają się przyjezdni, ani też pora, kiedy z pokojów na górze wychodzą ci, którzy zeszłej nocy siedzieli do późna nad kuflem czy kartami, ale żadna z twarzy nie wydawała mu się obca, a pamięć do ludzkich rysów miał lepszą niż większość graczy. A przynajmniej niż większość społeczeństwa.
– Zaraz herbatka – oznajmił Kapelusznik, raz jeszcze zerkając na zegar bez wskazówek. – Herbatka, herbatka…
Esauowi zakręciło się w nosie od ulubionych zapachów. I na myśl o przeróżnych naparach, których zapachami przesiąkły filiżanki, spodki czy obrusy, obudziło się w nim wspomnienie o Indianach będących pod opieką Wielkiego Wodza Wottawy, którzy uczyli go, że każdy napój, jeśli spożywać go z należytym szacunkiem, może być podróżą w nieznane, dosłownie i w przenośni.
– Herbatka dla klubowiczów.
***
– Dla klubowiczów – mruknął z poirytowaniem Esau Ast, gdy zamykał drzwi pod numerem 27.
Teraz przyszło mu jedynie czekać, aż skończy się ta absurdalna ceremonia, a do stolików w głównym atrium zewsząd zaczną ciągnąć gracze.
Leżąc już na łóżku obok Emmy, zastanawiał się, czy Kapelusznik zdaje sobie sprawę z tego, że przegrać w karty można wszystko, nawet duszę, a nie tylko rzeczy materialne, a potem się przekręcił na drugą stronę, twarzą do ukochanej.
Cieszył się, że Emma nadal śpi – zasłużyła sobie – i że może przyjrzeć się jej zaklętej w tej onirycznej rzeczywistości, i to w ciągu dnia, kiedy z twarzy kobiety bije tak niewinne piękno. Tak bardzo ją kochał. Te jej oczy, te usta i policzki. I ten nos… którym poruszała co najmniej tak intensywnie, jak intensywnie nachodziły ich tam zapachy, zmieniające się jak po nagłych podmuchach niedającego się odczuć na skórze wiatru.
Coś przeżywała, kręcąc czubkiem nosa. W powietrzu zaczął unosić się zapach lasu, jakby z lawendowego pola przeszli między wiekowe drzewa.
Woń… kory, ściółki… też zaczęła o czymś przypominać Esauowi. O tym mianowicie, że zmysł węchu jest jedynym nerwem czaszkowym będącym w stanie wpłynąć na arkana kognitywne, a pośrednio także na ruch oczu, słuch, smak i wzrok. Nie wspominając o tym, w jakie obszary rozmyślań może zaprowadzić, ku niezbadanym przestrzeniom, ku przeszłości lub przyszłości, lub w stronę przestrzeni znanej, ale nie do końca spamiętanej.
Odetchnął z pewnego rodzaju ulgą.
***
Esau siada do ogniska z dwoma nowymi przyjaciółmi, których Wielki Wódz Wottawa wziął pod swoją opiekę, tak samo jak Indian z innych, wymierających już plemion. Zostało ich dwóch, Indian z plemienia Síyas.
– Niedługo może dojść do walki – mówi jeden z nich, a Esau jedynie kiwa głową.
W subtelnych prądach istnienia wnikliwe umysły dostrzegają nie tylko wiatry zmian, ale także rzadki zapach, który poprzedza strach, pufff, rozbrzmiewa jakiś głos, gruby i starczy, ale Esau nie wie skąd, mimo że ten jakby pęcznieje mu tuż nad uchem.
– Z białymi – dodaje ten drugi, który ma plecionki na nadgarstkach, wokół kostek i szyi, a jego strój, zarówno w celach praktycznych, jak i ceremonialnych, ma również ozdoby z ziół.
– Ze zwolennikami zjednoczonej federacji – dodaje ten pierwszy, ubrany z wyszukaną starannością, i tym samym zdradza, że ci nie są tak odizolowani od świata, jak mogłoby się wydawać ogółowi białego społeczeństwa.
– Niewielu nas zostało – mówi ten drugi. Z koszyka, który sami upletli, wyjmuje nieznane Esauowi kwiaty i zaczyna je skubać. – Dlatego pozostaje nam prosić o pomoc tych, którzy już odeszli. Takie czasy.
Síyas zamieszkują – a przynajmniej zamieszkiwali, gdy byli liczniejszym plemieniem – zaciszne, bujne doliny położone między wzgórzami, bogate w różnorodną florę, dzięki czemu rozwinęli w sobie głębokie zrozumienie leczniczych i duchowych właściwości lokalnych roślin.
Dlatego Esau stara się ich słuchać całym sobą, wstrzymując się z pytaniami, tak by to ich intuicja pomogła im przekazać to, co najważniejsze dla niego na ów moment.
– Każda roślina, drzewo i skała ma swojego ducha, który stara się żyć w harmonii ze światem przyrody – zaczyna na powrót ten pierwszy, przyłączając się do skubania kwiatów z koszyka, uważając, by płomienie nie liznęły plecionki na szyi. – Kamień ma go mniej, toteż kamieniowi trudniej odejść z tego świata. Solethra – rzuca na koniec obcobrzmiącym słowem, dla podkreślenia wypowiedzi.
Poezja duszy nie ogranicza się do czucia, ale obejmuje bezgraniczny kunszt aromatu, pufff, pufff, słyszy Esau, znów ten sam głos, starczy i gruby, ale nie widzi nikogo poza dwoma Indianami.
Jeden z nich unosi płatek, rzuca go na pożarcie czerwonym językom, a w zamian uderza w nich woń świętych ziół – mieszanka pomagająca im łączyć się ze światem duchowym. Potem wyjmuje z koszyka liść, traktując go z niezwykłą ostrożnością. Kładzie go obok siebie, na nim zaś spoczywa gąsienica, gruba i pulchna, na pewno też stara. Gąsienica pali fajkę, mrużąc przy tym oczka.
– Chociażby taka turówka, Es… również ma właściwości, które dla wielu są tajemnicą, a nie powinny. – Bierze roślinę w dwa palce i podsuwa mu pod nos. – Zapach turówki świadczy o obecności ducha oferującego wskazówki, pocieszenie lub błogosławieństwa. Albo tytoń, Es, albo nawet dzika róża, nawet drewno cedrowe, mięta, sosna, to wszystko jest po coś i jest dla nas.
Esau kiwa głową ze zrozumieniem, obserwując, jak zmienia się ogień – w tym jego kolory – w zależności od tego, co pożera.
– Ten kwiat doda nam siły do walki, tak by przeciwnik w smrodzie naszego potu nie czuł strachu – zdradza Indianin. – Tak, Esau, zapytaj kobiety. Kobiety, które wyczuwają u mężczyzny zapach lęku, otwierają szeroko oczy. Ze strachu. Ale te, które wyczuwają coś bliższego obrzydzeniu, potrafią otworzyć je jeszcze szerzej.
Esau wybucha cichym śmiechem, zaraz po nim Indianie Síyas, a potem, wpatrzony w płomień, które zdaje się być innego koloru niż normalnie, słucha dalej:
– Tym bardziej, że kobiety mają lepszy zmysł węchu niż mężczyźni. Od początku dziejów wybierają nas między innymi właśnie na tej podstawie. – Ściska w pięści płatki nieznanego kwiatu, mieli je. – Ogólnie pomaga im to w lepszym nawiązywaniu więzi i rozumieniu noworodków.
To prawda, pufff, odzywa się Pan Gąsienica, by Esau mógł bezgranicznie wsłuchać się w mądrość Síyas. Przekręca się na liściu, nieustannie pykając fajkę. W ogrodzie olfaktorycznej finezji, czyli na świecie całym, to kobiety są wirtuozkami, koordynującymi aromatyczne kompozycje z niezrównaną gracją i wnikliwością.
Innym razem Esauowi wydaje się, że Indianie powtarzają za Panem Gąsienicą, który podpowiada im, jaką myśl rozwinąć.
Indianin unosi zabarwioną pięść, wącha koniuszki palców i mówi:
– Ale to nie tylko dotyczy kobiet, drogi Es. Węch jest najstarszym zmysłem – zaznacza. – Nawet najmniejsze organizmy reagują na zapachy otoczenia. Zmysł węchu rozwija się jako pierwszy ze wszystkich naszych zmysłów. Przed narodzinami jest w pełni ukształtowany. Jeśli miałbym powiedzieć, jak ludzie porozumiewają się z otaczającym ich światem, nie tylko tym, który widać, powiedziałbym, że poprzez zapachy. Ludzie mają ulubione zapachy, podobnie jak zwierzęta. Koty lubią zapach waleriany, lwy zapach mięty, konie marchwi i jabłek, czasem lawendy, gdy mają się uspokoić, a wielbłądy podobno tytoniu. Ludzie są w tym jednak najbardziej wyjątkowi, nam wolno najwięcej w królestwie zwierząt, jakkolwiek źle by to nie brzmiało.
– Zapach prowadzi człowieka przez życie, to tu, to tam – wtrąca drugi Indianin, wyjmując z koszyka zszyte grubą nicią kartki. Puka w nie palcem, a Esau zaledwie w połowie rozumie wielki napis na stronie tytułowej: Nowy… – Mięta, sosna, cedr, to wszystko jest tutaj. Cedr to oczyszczenie, pragnienie duchowej odnowy. Lawenda to przesłanie szczęścia lub gratulacji ze świata duchów. Jałowiec to ochrona, poczucie bezpieczeństwa.
W niewidzialnym uścisku istnienia, drogi Esau, każda istota, namacalna lub nieuchwytna, emituje aromatyczny szept – świadectwo, że nawet to, co niematerialne czy eteryczne, nosi zapach, który wymyka się dotykowi, puff, puff.
– Ileśmy mogli, tyleśmy spisali, w kilku językach. Też w waszym. Dla takich, jak wy, Es, którzy są naszymi przyjaciółmi. Proszę, weź to. Niech zostanie z tobą. Solethra – rzuca na koniec obcym słowem.
Esau rozumie, że dostaje tę książkę na wypadek ich śmierci w nadciągającej bitwie, a oni, by utwierdzić go w tym przekonaniu, zdradzają, że:
– Pogorszenie węchu może oznaczać śmierć w ciągu pięciu lat. – Tym razem zaczyna mielić w pięści pałkę jałowca. – Osoby niezdolne do rozpoznawania zapachów takich jak róża, pomarańcza i mięta pieprzowa są ponad trzykrotnie bardziej narażone na śmierć w ciągu najbliższych pięciu lat.
– Tak twierdzili ojcowie nasi – dodaje drugi Indianin. – A ojcowie wiedzieli, co mówią, tak samo jak dziadowie nasi i dziadowie dziadów.
Śmierć, utrata węchu.
Po nas tego nie widać, zdawały się mówić ich usta w wyobrażeniu Esaua. Nie widać, dlatego że śmierć, która nas czeka, będzie śmiercią z rąk białego człowieka, śmiercią, której ludy nasze nie były w stanie przewidzieć.
– Dziękuję – mówi Esau, otrzymuje prezent w postaci książki i kładzie ją na kolanach, gdy uderza go mocna woń.
Przyjmijtę symfonię zapachową, znów odzywa się Pan Gąsienica, wypuszczając z fajki chmurę większą niż dotychczas. Niech zapachy będą twoimi przewodnikami w tym wonnym tańcu dostrajania się, mówi na koniec i przekręca się na bok.
Ciężka woń przepełnia Esaua tak, jakby składał się z samej rozciągliwej skóry. Przez chwilę cały jest zapachem świętych ziół, jest workiem skóry świętych zapachów, które drapią go od środka, po płucach, po oczach, po mózgu.
***
Drapał się w policzek. Przeciągnął dłonią po twarzy. Skóra jego wydzielała specyficzny zapach świętych ziół, tak samo ubrania. Paznokciami zaczął zdrapywać z siebie coś na podobieństwo snu.
Usiadł. Obok niego nie było Emmy, a pod nim, zamiast łóżka, znajdowała się wyściółka z ziół, za to nad nim, jakby w geście porozumienia, zaczynały mrugać gwiazdy na niebie wczesnego wieczora.
***
Dość, niedobrze. Dość zapachów, zbyt intensywne, mdlące.
Emma Ast zaczynała wyrywać się z objęć snu. Wstała. Świat zawirował. I żeby poczuć się lepiej, skierowała się na balkon. Zrobiła krótką przerwę, by przytrzymać się mebla. Świat znów zatańczył jej przed oczyma. Potem już się domyśliła, że najlepiej wstrzymać oddech.
Wyszła na zewnątrz, ostrożnie, najpierw się rozejrzawszy. Pragnęła zmyć z siebie tę oniryczną mżawkę, która burzyła jej rzeczywistość. Wierzyła, że pomoże jej w tym powietrze wczesnego wieczora, świeże czy nie, ważne, że inne niż to wewnątrz.
Oparła się o balustradę, próbując wystawić nos poza obręb hotelu.
– Skurwysynu, łeb ci utnę – usłyszała na dole, a głos ten był tym samym, który ciągle wygrażał, że poucina innym łby, zapewne po nieczystej zagrywce w karty.
Puściła to mimo uszu, choć po takich słowach, według swego zwyczaju, powinna się martwić o działania męża przy stole pokerowym. Jednak zbyt mocno zależało jej teraz na tym, by zaczerpnąć innego powietrza niż to z pokoju, a to na zewnątrz wydawało się tak czyste, jak nigdy, tak samo niebo, które wolało dziś nie stanowić kontrastywnego płótna dla chmur.
Mogła sięgnąć wzrokiem dalej niż ptak, zajść tak daleko, po ziemiach tak spokojnych w porównaniu z tymi, przez które gnała we śnie, że równie wielkie ukojenie znalazła w tym, na co patrzy, jak i w tym, co czuje nosem. A raczej czego już nie czuje, a co wywołało w niej gamę przeróżnych uczuć, dobrych i złych.
Jeszcze mocniej wbiła łokcie w balustradę, a wzrok w horyzont, z zamiarem trwania tak przynajmniej do czasu, aż zejdzie z niej wrażenie lekkiego odrealnienia.
Wyszczuplał w oddali szczyt kurhanu. Zrobił się szpilkowaty. Poruszał się, co prawda nieznacznie, ale żaden czubek żadnego wzniesienia nie powinien się tak zachowywać. Wyrosła na nim sylwetka. Ktoś na nim stał. Ktoś, znieważywszy dawne czerwonoskóre ludy, najwidoczniej chciał się narazić na nieprzyjemności zesłane przez Wielkiego Ducha Manitou.
Zachłannie wypatrywała nowych, nieznanych kształtów, te jednak, im więcej uwagi im poświęcała, zdawały się coraz bardziej znajome, aż w końcu wyłuskała z nich sylwetkę kogoś, kogo kocha.
– Es… – Zasłoniła usta, mając wrażenie, że przykrywa je obca dłoń. Na szczęście powstrzymała się przed krzykiem, wyobraziwszy sobie, że hotelowi goście, którzy rozeszli się na noc do pokojów, wyszli teraz na późnopopołudniowy spacer po balkonach.
Biegł, tak szybko, jak tylko pozwalały mu siły.
Pomachała do męża, jakby w obawie, że jej nie zauważy, tak jak statek rozbitka na wyspie. Zaczęła krzyczeć… szeptem, jak we śnie, który ściska narządy wewnątrz, uniemożliwiając ruch ust i kończyn.
– Esss – syczała jak wąż, a on, dopiero kiedy zorientował się, że woła go żona, zmienił nieco tor biegu. Z początku bowiem wyglądało na to, że zamierza ominąć hotel lekkim łukiem, tak by zawitać doń z powrotem od drugiej strony.
Przyłożył palec do ust, dając jej do zrozumienia, że to nie miejsce na takie ekscesy. Wkradł jej się wówczas do krtani nieprzyjemny smak. Próbowała przełknąć ślinę, której jej brakowało, tak by się go pozbyć. A nawet, jak nie przystało na kobietę, wytarła język o wierzch dłoni, lecz na niej również osiadł nieprzyjemny smak. Jakby rukoli czy mniszka.
Esau podszedł pod balkon, jak amant do wybranki w baśniach z dawnych dni, i uniósł głowę.
– Emmo… ja…
– Es, jak dobrze, że jesteś – wtrąciła, nie dając mu dokończyć. – Miałam sen, że gdzieś spadłam. Do nory. Zająca goniłam. Potem gonili mnie, ale nie zając. Przez las uciekałam, przez dziwną krainę czarów.
– Kochanie, ja połowy nie słyszę…
– Karty mnie goniły. Karty, które miały nogi, ręce, a w nich oszczepy. Metalowe karty, ale dość elastyczne. – Wykonała rękami gest tasowania. – Dwójki pik, siódemki trefl. Całe talie, całe armie. Goniły mnie na czyjś rozkaz, jakiejś królowej, która chciała ściąć wszystkim głowy, moją też. Es…
– Poczekaj, poczekaj – szeptał na dole, lecz słowa, które dolatywały na górę, brzmiały: cz…aj, cz…aj.
– Nie, Esau, naprawdę.
Ast znów przyłożył palec do ust, ale Emma dalej przeżywała swój sen:
– Zając pokazywał, że nie ma czasu.
Znów jedyne słowa, które się do niej uniosły, brzmiały jak… cz-j, cz-j, więc Esau wskazał palcem na nadgarstek i popędził dalej, dookoła hotelu.
– Szukali no…
– Czego…?
– …ciela.
– Czej, czej.
Emma zawróciła do pokoju, ale nie śmiała z niego wychodzić, przynajmniej na razie. Bała się, że ktoś wtłoczy w nią niechciane zapachy, które niosą ze sobą konieczność ogromnego wysiłku, związanego z przebywaniem w innych, odległych krainach.
Tylko nie czaj, żadnego parzenia czaju, żadnej herbaty, myślała, szukając noża, by rozpruć poduszkę. Ostrzec Esaua, to wzięła sobie za cel, żadnej herbaty. Ale najpierw nóż, poduszka, wata.
Uprzytomniła sobie, że przecież nic tu nie mają, żadnych rzeczy osobistych, dlatego zaczęła grzebać po szafkach i szufladach, lecz te były puste. Zatkać sobie nos. Czym? Wszystko zdawało się przesączone jakimś zapachem… lekką wonią lawendy, która w jej odczuciu zaczynała się nasilać.
Próbowała skierować myśli w inną stronę, tak by nie pozwolić się obezwładnić zapachom, zła na męża, który poszedł na kurhan, kiedy spała. Coś go ciągnęło w tamtą stronę. Znaczyć to mogło to, co zwykle – że nieprzyjemności, które ich spotykają, mają podłoże indiańskie.
Zawróciła się na balkon. Nawet jeśli nie uda jej się dogonić męża, przynajmniej będzie na względnie świeżym powietrzu. Gorzej jeśli – przeszła ją myśl – natknie się na kogoś wrogo nastawionego.
W przejściu na balkon stanął kot Chester. Wskoczył na balustradę z taką lekkością, jakby potrafił lewitować.
Pisnęła, gdy obdarzył ją szerokim uśmiechem, z równymi zębami.
– Ale Es – zaczęła, jakby chciała mu wytłumaczyć w czym rzecz, lecz on tylko syknął.
Zamknęła drzwi na balkon. Potem walnęła w nie pięścią, żeby spłoszyć sierściucha, ale nic to nie pomogło.
Znalazła na półce filiżaneczkę ozdobną, a w niej łyżeczkę. Wzięła ją, próbując złamać, by uzyskać ostro zakończony kawałek metalu, a następnie rozpruć poduszkę. A watą z poduszki zapchać sobie dziurki w nosie.
Chwyciła poduszkę. Uderzyła w nią. Buchnęła na nią fala lawendowej woni.
***
– Dali ci, Miśku?
– Iii – odparł koń, wsadzając pysk z powrotem w torbę z owsem.
Esau poklepał go po łbie. Wskoczył na stojący przy nim wóz, na co zwierzę znów uniosło łeb, jakby w obawie, że zaraz będą ruszać.
– Spokojnie, Miśku. – Poluzował linkę od plandeki. – Ja tylko poczytać. – Zanurzył się jak dziecko pod koc, które chce się ukryć przed rodzicami.
Niektóre książki, mimo iż ściśnięte sznurkiem, rozlazły się na boki w trakcie podroży, tworząc coś na podobieństwo magicznego, kolorowego pejzażu. Strony przenikały się nawzajem, jak wody mórz i oceanów, a światy fikcji splatały się w jedną niezwykłą opowieść, tworząc grunt i miejsce dla nowych rozmyślań. Położył się na nich i między nimi, przez co czuł się jak w karawanie, która – ze względu na rzadkość występujących tam pozycji – zmierza na cmentarz umarłych pomysłów i zapomnianej wiedzy.
Zastanawiał się, jak odnaleźć wśród nich tytuł, którego szukał – ten od Indian Síyas – a jednocześnie nie dać się na tym przyłapać niepożądanym oczom. Przekręcił się na bok – nie było nawet mowy o tym, by tam usiąść – a potem na drugi. Przeciągał palcem raz po jednej, raz po drugiej okładce, raz po grzbietach, raz po ściśniętych stronach, zupełnie jakby potrafił w ten sposób rozpoznać dany tytuł.
Rozczarował się, dosłownie i w przenośni, kiedy zgromadzone tomiszcza nie wydzieliły z siebie wystarczającej ilości słownej magii, ułatwiającej mu poszukiwania. Wyglądało na to, że będzie musiał się stamtąd wygrzebać i odsłonić wóz. Najpierw jednak wolał przeciągnąć go w inne miejsce, przynajmniej na tył hotelu, tak by nowo przybyli nie zwracali uwagi na to, co robi. A najlepiej, gdyby zaciągnął go na tył… zakładu fryzjerskiego?
– Misiek?
– Iii.
– Ćććśśś, Miśku, spokojnie. Poczekam, aż zjesz.
Misiek coraz wolniej przeżuwał owies, jakby ze znużenia.
– Misiek, naprawdę?
Koń stanął do niego przodem, uderzając się po zadzie ogonem i cofając lekko uszy.
– Tylko tam, za róg. Miśku… – Podszedł do niego, a koń dał krok w tył, rozszerzyły mu się nozdrza i błysnęło mu coś w oczach.
Zapach lawendy, uświadomił sobie Esau. Przesiąkłem nim, gdy leżałem z Emmą, a ten… konie lubią zapach „marchwi i jabłek, czasem lawendy, gdy mają się uspokoić”. Dlaczego jednak te… wonne duchy… miałyby mi w czymkolwiek pomagać? Czy to… zwykłe szczęście? A czy, jeśli to duchy, jeśli to ich ingerencja, to czy można nazwać je duchami, kiedy manifestują się jedynie poprzez zapachy? Z drugiej strony, nic tak nie przenika i nie łączy naszego świata z tamtym, jak zapachy.
Esau ujął pysk konia w obie ręce i go ucałował, poczuwszy się w obowiązku jako właściciel, żeby go w pewien sposób uspokoić.
– Tylko tu, za róg, w porządku? – Zdjął mu z pyska torbę z owsem, którego niewiele zostało, i chwycił za dyszel. – Dziękuję – powiedział, gdy koła ruszyły. – I w prawo, w prawo.
Esau nawet nie wsiadł na wóz, a jedynie się oglądał, czy nad balustradą balkonową nie zawisła żadna para ciekawskich oczu. Coś błysnęło w szybie, uśmiech o równych, jasnych zębach, ale Esau uznał to za żart ze strony księżyca i poszedł za koniem.
– Jeszcze tutaj, o tu, o tak, Miśku, już wystarczy.
– Iiiyyym.
Odetchnął po dłuższej chwili skrępowania. W końcu, gdy mógł już odsłonić swą kolekcję pod gołym niebem, poczuł się swobodnie. Klęcząc na wozie, który aż skrzypiał od ciężaru wiedzy, przesiewał literacki chaos. Zapłonął w nim żal, że wielu z nich, może nawet większości, nie zdążył przyswoić, a jeszcze większy, kiedy uświadomił sobie, że najpewniej nigdy nie będzie mu to dane.
Kurz tańczył w powietrzu, a niektóre książki, ześlizgując się po braciach i siostrach, same się otwierały, by choć przez chwilę dać się poczytać.
Odłożył książkę, którą trzymał, i zamknął oczy. Siedział na piętach, starając się zapanować nad oddechem. Wdech, długi. Zdecydował się zaciągnąć otoczeniem, jeszcze raz. Bogate, ziemiste zapachy, zmieszane ze słodką wonią atramentu. Przy trzecim wdechu poczuł bukiet zapachów, które wykraczały poza czas. Kolejny wdech. Teraz wdychał już samą esencję słowa pisanego, nie pożółkły papier, nie wyschły klej czy słodki atrament, a słowa jako takie, jakby one same, ożywszy, zapachniały.
Wyostrzył mu się zmysł węchu, a z nim jakieś przeczucie, że słusznie postępuje.
– Jest, Miśku – odezwał się do konia. – Mam ją, jest – mówił z radością człowieka z dziczy, któremu po dłuższym okresie głodówki udało się złapać rybę gołymi rękoma w ostrym nurcie rzeki.
Podszedł do konia, by mu ją pokazać, jakby wiedział, że ów zrozumie, że należy teraz przeciągnąć powóz z powrotem na miejsce. Misiek jedynie odszedł, ustawiając się pod samą ścianą dawnej perukarni, przeszkloną, porysowaną, za którą to ścianą, na półce w rządku, znajdowały się peruki, ustawione według odcieni włosów, od najciemniejszego do najjaśniejszego. Jednej brakowało.
Gdy wzrok przystosował mu się do ciemności, która uciekała przed świetlistym tańcem gwiazd na niebie, podsunął sobie tę pozycję pod sam nos. Nadal, odkąd ją dostał, rozumiał tylko pierwsze słowo tytułu: Nowy…
Zawrócił do wozu, by mieć na czym usiąść i zastanowić się nad drugim słowem, z którego nie znał trzech liter. Wydawało mu się, że posiadał w kolekcji słownik, Wędrówkę liter, który porównywał alfabety z różnych plemion, a także Słowa ludów znikających, ale nie miał żadnej pewności, czy cokolwiek mu w tym pomoże. Za to przekonany był, że ani logika, ani przeczucie nie wezmą go teraz za rękę do krainy zrozumienia, gdzie wszyscy posługują się jednym językiem.
Otworzył książkę, która, zrobiona własnoręcznie, bardziej przypominała zbiór notatek. Buchnęły z niej zapachy, których nie potrafił określić, dając mu do zrozumienia, a raczej przypominając, że różne osoby interpretują zapachy w różny sposób. Przeskoczył na ostatnią stronę, z nadzieją, że znajdzie tam przypis wyjaśniający słowo zawarte w tytule.
– Miśku, mam – odezwał się do przyjaciela, zsuwając się z wozu, nadal trzymając palec na określonym słowie, którego znaczenie odgadł poprzez analogię z innymi, bliższymi mu narzeczami Indian. – Jeśli się nie mylę… Miśku?
Koń stał sztywno, z nastroszonymi uszami, a Esau, wpatrzony w witrynę dawnej perukarni, zesztywniał razem z nim.
– Nie mylę się.
Wiedział też, jakiego koloru peruki brakuje na półce sklepowej.
Rudego, kędzierzawych loczków, natomiast tytuł książki to: Nowy właściciel.
***
Usadowił się przy okrągłym stole, z nastawieniem, że jeśli nie teraz, to nigdy. Gdyby wrócił do pokoju, Emma by go nie wypuściła, a już na pewno nie po to, by usiadł do gry w karty. I tak obawiał się, że stanie ona zaraz na balkonie, by ukarać go wzrokiem, a w razie większego gniewu krzykiem, który przełożyłby się na wstyd, choć raczej na suchym wstydzie by się nie skończyło, tylko na soczystej burdzie o to, że inni gracze nie mogą się skupić. Potem w powietrzu latałyby żetony, kapelusze, krzesła, dlatego miał nadzieję, że Emmą nie pokierują puste emocje, a najlepiej, gdyby poczekała w pokoju, to przecież jedna gra, honorowa.
Do stołu dosiadło się dwóch pociesznych grubasków – Dee i Dum – na których inni mówili po prostu Tweedle Boys.
– Posuń się! – warknął jeden do drugiego.
– Gdzie posuń? – Zacisnął piąstkę i uderzył brata w brzuch. – Masz swoje krzesełko.
– To pomóż.
– Sam se pomóż.
Dum, o kulistym obliczu, i Dee, jego lustrzane odbicie, porozumiewali się głównie wzrokiem, przynajmniej odkąd usiedli do stołu, a ich brzuchy, na których opinały się tweedowe stroje, praktycznie ocierały się o krawędź maty. Wyglądali jak dwa duże jajka, a ich palce jak za krótkie kiełbaski.
Niektórzy śmiali się, że bracia przynoszą do stołu drabinę, gdyż to zawsze jest dla nich gra o wysoką stawkę, a niektórzy – ci, którzy z nimi przegrali – jedynie uśmiechali się na tego rodzaju żarty. Jeszcze inni się oburzali, że ci zwiększają swoje szanse na wygraną – i to dwukrotnie – na co oni odpowiadali, że ryzyko jest wprost proporcjonalne do wygranej.
Dosiadła się do nich dama, odziana w olśniewającą suknię w kolorach czerwieni i czerni.
– Gdzie krzesło dla mnie? – zapytała. – Gdzie krzesło dla mnie?!
Nalegała, by usiąść na ozdobnym, miękkim krześle, którego przy stole nie było, ale które jej ktoś zaraz przyniósł. Jej oblicze, ozdobione wiecznym grymasem, dodawało atmosfery władczego dramatyzmu. Inni, jeśli zebrało im się na odwagę, żartowali przy niej, że poker królewski wcale nie jest taki najlepszy, że nie zawsze wygrywa, czyli też nie rządzi.
Naprzeciwko niej usiadła inna kobieta, jakby po to, by zrobić jej na złość.
– Dobry wieczór, państwu – przywitała się z elegancją.
Nazywali ją Białą Królową, też tylko dlatego, żeby zrobić na złość tej drugiej, która uważała się za królową serc, mogącą zarządzać sercami wszystkich. Biała Królowa rozwijała się niczym delikatna lilia, a jej prezencja była pełna nieziemskiego wdzięku. Żartowała sama z siebie, że potrafi grać z zimną krwią, przez co tamta momentalnie się zagotowywała, tracąc nad sobą panowanie przy każdym rozdaniu.
– Czy można?
Kobiety przegoniły od stołu wysokiego mężczyznę, który chodził zawsze z dość głośno tykającym zegarkiem w ręku, mówiąc mu, że takie działania powinny być zakazane i nie bez powodu nie ma w hotelu żadnych zegarów, tym bardziej tak głośno tykających. W jego miejsce przyszedł ktoś inny: skromna postać – mężczyzna niewyróżniający się w tłumie, z wyrazem twarzy, który odzwierciedlał zwykłe przypływy i odpływy codziennego życia.
– Można? – zapytał przepitym głosem.
Każdy odpowiedział, że tak, jak najbardziej.
To właśnie jego, ponieważ Esau nie pamiętał go z poprzedniej nocy, będą chcieli udupić w pierwszej kolejności, niekoniecznie oskubując do zera, ale tak, by namieszać mu w głowie, a koniec końców i tak oskubać do zera.
– Już jestem, jestem.
Na koniec dołączył do nich krupier, niejaki Dealtana. Jego ręce poruszały się z gracją, gdy tasował i rozdawał karty, prawie tak, jakby te były przedłużeniem jego własnej istoty. Gracze nigdy nie mieli pewności, czy następna karta będzie łutem szczęścia, czy zrządzeniem losu.
– Powodzenia życzę, drodzy przeciwnicy – odezwał się swobodnie Esau.
Grali, a gra zaczynała się przekształcać w test na wytrzymałość. Każdy wykazywał unikalną postawę, która mówiła o ciągnącej się naturze rozgrywki. Chwile uniesienia z powodu dobrze rozegranego rozdania były równoważone westchnieniami frustracji, gdy zwycięstwo pozostawało nieuchwytne.
Mimo iż w pokera zawsze gra się o coś więcej niż o pieniądze, tym razem Esau czuł to dobitniej, zmuszony maskować emocje pod fasadą spokoju. Przez cały ów maraton nie odstawał od reszty, a reszta od niego.
Aż trafiła mu się para dwójek, akurat teraz, w przedostatnim rozdaniu. Czekał, żeby je odsłonić. Uderzył go – po raz pierwszy w ciągu rozgrywki – zapach maty, drewnianego stołu, kart, żetonów, jakby po to, by ściągnąć jego myśli do chwili teraźniejszej i pomóc mu się skupić.
Odczytał to jako sygnał.
Wyłożył karty.
Zmarszczone brwi odzwierciedlały wewnętrzne zmagania Królowej Serc. Nie mogła pogodzić się z przegraną, a już na pewno nie z tak wielką przegraną, za którą, niewykluczone, nie będzie miała możliwości się odegrać.
Za to powieki Białej Królowej jedynie zatrzepotały, jak śnieżne motyle. Starała się, teraz już tylko na złość damie, która siedziała przed nią, nie dać po sobie poznać żadnych emocji, jakby ją zmroziło.
Pokerowe twarze braci pękły jak jajka i łapali się za głowy, jakby w miejscu pęknięcia, a w oczach zatańczył im przelotny wyraz zaskoczenia i podziwu. Dum zacisnął piąstkę i uderzył w brzuch brata, tak że z tamtego uszło powietrze, i oskarżył go, że to wszystko jego wina.
Krupier nachylił się nad stołem, przekonany o tym, że nie mógł – że nie było takiej możliwości – popełnić błędu, i tylko wygładził zieloną matę, gestem tak delikatnym, jakby głaskał dzikiego zwierza.
Obcy mężczyzna, który pozostawał zagadką, oddał subtelny ukłon aprobaty po wyłożeniu strita. Ciemne, nieodgadnione oczy wyrażały ciche uznanie, skierowane w stronę pokrewnej duszy, która, jak zgadywał, nie dała mu się pogrążyć w grze z bardziej doświadczonymi pokerzystami.
– A to znaczy – zaczął Esau, zawieszając głos nad żetonami, które zadrgały, jak wieże mające upaść. – To znaczy to. – Zgarnął jedną kupę, potem drugą, zaraz trzecią i…
Z góry, z balkonu… właśnie zauważył… obserwowała go Emma. Emma z twarzą pokerową. Emma spokojna. Emma nie mająca mu nic za złe. Emma unosząca rękę w geście zwycięstwa i zadowolenia.
Zawróciła do pokoju, by zaczekać na męża.
***
Wrócił z niczym. Z pustymi rękoma, dosłownie. I z pustymi kieszeniami. Z pustym też obliczem, z pustymi oczyma.
– Es?
– Trochę tu bałagan – ocenił, zwracając uwagę na strzępy poduszek, i usiadł na łóżku obok żony. Ta jednak wstała i pocałowała go prosto w usta, od których nie mogła się oderwać, po czym padła w pościel, niby z przejedzenia miłością.
– Szybko ci poszło – powiedziała, a on od razu domyślił się, że nawiedzające ją zapachy zaburzyły jej odbiór rzeczywistości. – Szybko, to wiem, ale jak? Dobrze? – Uśmiechnęła się bez krzty pogardy czy jakiejkolwiek złości, która jej towarzyszyła zawsze, gdy mąż wracał z niczym lub z prawie niczym.
– Chwilę z nim porozmawiałem.
– Z kim?
– Z Kapelusznikiem.
– I?
– Wypytywałem go o to, co wydawało mi się istotne, żeby zrozumieć, gdzie się znaleźliśmy. I dlaczego akurat tutaj. Ale z początku zbywał moje pytania, przynajmniej te, powiedzmy, większego kalibru.
– Doszliście ostatecznie do jakiegoś porozumienia? Powinniście. Bo rozumiem, że… – Lawendowy zapach liznął jej nozdrza. – W ogóle miałam sen, wiesz?
– Coś mówiłaś, pod balkonem.
– Trafiłam do zaczarowanej krainy. – Emma podekscytowała się na nowo, a z jej ust spłynął potok słów żywcem wyjętych z krainy snu, o ścinaniu głów, królach, metalowych kartach z dzidami i wielu innych stworach, takich jak zając z zegarkiem i Pan Gąsienica palący fajkę.
– Pan Gąsienica palący fajkę?
– Coś nie tak? No wiesz, to sen, tyle że jak mi się coś śniło, to coś z tobą, to były sny uszyte ze zmartwień.
– I co z tym snem, kochanie?
– Ta kraina ze snu… mówili, że to Kraina Czarów. I szukali tam… nowego…
– Nowego właściciela?
– Tak jakby. Skąd wiesz? Mówili, że króla. Domyśliłeś się?
– Wydaje mi się, że ten sen… Też doświadczyłem pewnej wizji, która zdaje się mieć po części przełożenie na rzeczywistość.
– Co przez to rozumiesz?
– Tam na kurhan, tam zaprowadziły mnie zapachy. To one, jak to zapachy, mają wpływ na przenikanie się tych dwóch światów. Tak mówił mi… Pan Gąsienica. I Indianie, u których byłem na naukach, z plemienia Wottawy, pamiętasz? Plemię Síyas charakteryzuje się akurat tym…
– Yhym, coś opowiadałeś. Plemię Síyas.
– Dwóch ostatnich przedstawicieli tego plemienia… zginęło w bitwie. Na pewno. Inaczej… domyślam się, ale nie chcę zgadywać…
– To byli twoi przyjaciele?
– Na tak krótki okres, przez jaki ich znałem, myślę, że można tak powiedzieć.
– A co z… – Chciała zmienić temat, z trudnego dla męża na trudny… dla nich obojga. – Wygrałeś, tak? – zapytała w końcu, kładąc mu dłoń na kolanie.
– Tak, to prawda – odparł, ale tak, jakby wcale mu się to nie podobało.
– I?
– I nie miał z czego wypłacić.
– Nagrody?
– Tak. Za duże kwoty. – Rozłożył ręce.
– Inni też tak rozkładają ręce, jak przychodzi do wypłacania wygranych? Nie sądzę.
Emma wiedziała – dlatego, że doświadczyła tego poniekąd na własnej skórze, choć nie z własnej winy – że pokerzyści nie znają litości, jeśli gra nie idzie po ich myśli, a co dopiero kiedy nie mogą odebrać wygranej, kiedy gra poszła po ich myśli.
– I tak to zostawisz? Nie mów, że zamieniłeś wygraną na kolejne noce.
– To też.
– A co jeszcze? Jedzenie?
– Też.
– A co jeszcze?
– Wydaje mi się… ale nie jestem pewny – zaczął tłumaczyć, ale zawiesił głos, zamyśliwszy się.
– Tu niczego nie można być pewnym.
Pokiwał głową. Myślał o tym, skąd wziął się tu człowiek pokroju Kapelusznika, gdyż to on, przynajmniej po części, był odpowiedzialny za taki stan rzeczy, za cały ten hotel, za te pokoje i rośliny na balkonach. A jeśli nie, to i tak jedynie on mógł znać historię Wonderlandu, wszelkie przyczyny i skutki, historie stałych bywalców, światy formowane za pomocą zapachów.
– Esau, do rzeczy.
– Znowu miałaś rację.
– Pierwsze słyszę – odpowiedziała z przekąsem, zaciskając dłoń na jego kciuku.
– Kapelusznik jest Indianinem, a jeśli nie, to z pewnością jest człowiekiem mojego pokroju.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Ten makijaż. Te rude włosy to peruka. Kryje się, że jest czerwonoskórym, żeby nikt nie miał problemu z tym, że nocuje u kogoś, kto jest z tych ziem.
– Ludzie się boją? – dopytała ze względu na stan przygnębienia męża, inaczej w przypływie złości odpowiedziałaby sama sobie, że nic w tym dziwnego.
– Jest też uzależniony od, jak mówią moi czerwonoskórzy przyjaciele, wody ognistej. Indianie maja skłonność do uzależnień. Jeśli to nie pełnoprawny, pełnokrwisty Indianin, to jest to Indianin któregoś z kolei pokolenia, może trzeciego, może czwartego. Byłoby widać po skórze, gdyby nie ten makijaż. I rękawiczki.
– Skąd takie przypuszczenia?
– Ja znam Indian, Emmo. To w większości moi przyjaciele. Wiem, jak wyglądają i jak się zachowują. Niektórych rzeczy nie da się ukryć, one płyną we krwi. Plemienia Síyas nie ma i nie będzie, ale unosi się tu ich duch. Zresztą sama to pierwsza zauważyłaś… wyczułaś… tylko nie umiałaś nazwać swego odczucia po imieniu.
– To Indianin albo ktoś twojego pokroju? – powtórzyła myśl męża, zastanawiając się nad tym razem z nim.
– Na pewno któreś z tych dwóch, tyle że on nie jest do mnie tak przekonany, jak ja do niego. On mnie nadal sprawdza.
– W jakim sensie?
– Sprawdza, jak bardzo zależy mi na tym, żeby poznać prawdę. To dla niego jakby równoznaczne z tym, jakim jestem człowiekiem.
– Skoro go dopytujesz, a on unika pytań, to co masz jeszcze zrobić?
– On mówi tylko: No wiesz, Al… To nie jest tak, Al…
– Al?
– Już go nie poprawiam. W każdym razie, Emmo, to jest myślenie z tych ziem. Poza tym on musi też pokazać innym, że jestem tym, komu można zaufać.
– Jakim innym?
– Tym duchom. Wonnym duchom z Wonderlandu. To jest mentalność tych ziem – powtórzył, gładząc żonę po wierzchu dłoni. – Te tereny wyglądały niegdyś inaczej.
– Miałam podobnie z… W tym śnie, też nie rozumiałam, dopóki się nie napi… O nie, Es. – Zakryła usta, by zdziwienie nie uleciało z niej do końca, a myśli, które ją naszły, nie umknęły razem z emocjami.
– Powiedz. Wiem, że to sen, ale to nie tak, że on jest bez sensu. Te wizje są dziwaczne, ale…
– Myślałam, jak stałeś jeszcze pod balkonem, że idziesz pić czaj.
– Czaj? Naprawdę tak powiedziałem? Ale herbata… to by znowu się zgadzało, tylko co z nią?
– Od tego zaczął się sen.
– Wydaje mi się, że to nie sen. Pokaż. – Złapał palcami jej dolną wargę, lekko spuchniętą i poparzoną. – Piłaś coś gorącego?
– Nie.
– W takim razie, to pewnego rodzaju wizja zapachowa, no ale mów, kochanie, słucham.
– Jeśli nie liczyć zająca z zegarkiem, to od tego się zaczęło, od picia herbatki, potem już nie potrafiłam się wycofać. Obiecałam, że znajdę Króla, ale ciebie nigdzie nie było.
– Gdzieś chyba byłem, ale, całe szczęście, tu nam łatwiej się odnaleźć. Zależy jeszcze, jak to rozumieć. A z tą herbatą, Emmo, to… cóż, właśnie zapisałem się do klubu herbacianego dla stałych gości.
– A jacy z nas stali goście?
– To jedyne, co Kapelusznik mógł mi zaoferować za wygraną. Kartę członkowską. Inaczej rzeczywiście napić się jej mogą jedynie stali bywalcy Wonderlandu. No i uratowałem też nowo przyjezdnego, inaczej…
– Inaczej ucięliby mu łeb – dokończyła za męża, obejmując mu twarz, tak że czuła drapanie szczeciny, która w dotyku przypominała skórę młodego kaktusa.
– Możliwe. Nie chciałem ci nic mówić, ale już raz to widziałem.
– Es, ta herbata. Jedno jest pewne. Przynajmniej na tyle, na ile jakkolwiek pewne może być odzwierciedlenie snów w prawdziwym życiu.
– Słucham.
Stanęła przed nim, a on objął ją w talii.
– Albo nie będziesz pić herbaty, albo ją wypijesz, tyle że kiedy się jej napijesz, nie będzie już odwrotu.
– Bardzo możliwe.
– Ale ty, Es, się jej napijesz, prawda?
***
– Czas na herbatkę – powiedział Kapelusznik, wcale nie inaczej niż wcześniej, posługując się tym samym niskim tonem zadowolenia i ekscytacji, oznajmiając klubowiczom, bez względu na godzinę (inną niż wcześniej, co w niczym nie przeszkadzało), do czego mają się przygotować i jak: to jest, powsuwać krzesła, zetrzeć, choćby i rękawem, plamy po piwie ze stołów i stołków czy pozbierać rozsypane tu i ówdzie okruchy tytoniu.
Stojąc na balkonie, Esau nie widział nikogo, kogo mógłby widzieć wcześniej, zaledwie godzinę temu, a pamięć do twarzy i sylwetek miał niezawodną. Zupełnie jakby czas na herbatę dla klubowiczów wypadał wtedy, kiedy nie panoszył się wokół nikt, kto i tak nigdy nie wpisałyby się w łaski hotelowych zarządców.
Długi stół do herbaty pojawił się jak wyciągnięty niewidzialną siłą z zapomnianego kąta, przecząc konwencjonalnym wymiarom przestrzeni – jakby ktoś, kto nie istnieje, wysunął z nicości szufladę pełną szpargałów, co trwało o wiele dłużej niż powinno.
Co prawda po drugiej stronie stał Kapelusznik, który rzekomo pchał ów stół – ten misternie rzeźbiony mebel przeczący ograniczeniom logiki. Nikt inny nie byłby zdolny do takich manewrów. Wydłużona powierzchnia, ozdobiona eklektycznym zestawem filiżanek i akcesoriów, wyłoniła się jak napędzana kapryśnymi prądami duchów Wonderlandu.
Na powierzchni stołu, niczym zgromadzenie płynnych snów, znajdował się asortyment filiżanek, z których każda była ucieleśnieniem ekscentryczności. Niektóre balansowały na krawędzi absurdu, inne, zdobione wzorami rdzennych plemion, tańczyły z duchem niekonwencjonalności. Nad nimi, tworząc kapryśne kształty, unosiła się para, która próbowała wyznaczyć sobie przestrzeń, gdzie może, a gdzie nie powinna się rozciągać, pozostając jak na razie wśród dzbanków o dzióbkach przypominających wężowe stworzenia, wśród cukiernic zdających się trzepotać skrzydłami owadów, wśród łyżeczek przypominających miniaturowe berła.
Schodząc po schodach, Esau czuł się jak dostojnik zmierzający na królewski podwieczorek. Kapelusznik w tym czasie odsuwał krzesełka i zapraszał innych uroczystym gestem, mówiąc:
– Prosimy, szanowni, bardzo proszę.
Esau miał nadzieję, że Kapelusznikowi nic się nie odwidzi i przyjmie go wcale nie gorzej niż pozostałych miłośników herbaty. Gdy znalazł się przy stole, zorientował się, że czeka na niego już odsunięte krzesło, które musiało zostać poruszone w pierwszej kolejności. I nim podniósł wzrok po tym, jak usiadł, inni zdążyli już zająć miejsca. Miał wrażenie, że opija wspólne zwycięstwo w pokera z pokerowymi znajomymi, których twarze miały teraz niewiele pokerowości.
– Witamy szanownego gościa, nowego członka klubu herbacianego, oto pan Al – odezwał się Kapelusznik,głosem odpychającym zagubione w przestrzeni cząsteczki zapachu, a inni zdziwili się tak, jakby widzieli Asta po raz pierwszy.
Esau rozejrzał się po gościach, których głowy jawiły mu się jako bardzo małe, jakby siedzieli od niego dalej niż w rzeczywistości. Zastanawiał się, czy na powitanie – tak, jak inni – unieść parującą filiżankę. Hotel wiedział, jaki napar mu podać. Zajrzał do środka, a potem ujął naczynie za uszko, dając znać reszcie, że przystępuje do ceremonii.
Teraz już tylko się napić, pomyślał, bardziej urażony niż zachęcony wonią naparu. A potem nie będzie już odwrotu.
Na powierzchni naparu zaczął tworzyć się obraz, a on, jak nigdy, zapragnął wlać go w siebie, do brzucha i głowy, do oczu i nosa, tak by móc go odczytać i sie nim stać.
Siorbnięcie. Jedno, drugie, większy łyk i buchnięcie zapachu prosto w nos.
***
Nos przeciera rękawem. Stoi na pagórku, a dzień nie różni się niczym od innych, poza tym, że poniżej, jak nałożona na nieskazitelnie piękne tło, rozgrywa się istna tragedia.
Esau wyczuwa zapachy w tym, co zdaje się nie wydzielać żadnych woni, w rzeczach abstrakcyjnych, w uczuciach otaczających go osób, w ich lękach i krwiożerczym zadowoleniu.
Tak, jak mówiłem, drogi Es, odzywa się głos ciężki, zmęczony, znikąd. W zapachu istnienia kryje się bowiem opowieść potężniejsza, niż się wydaje. Nos widzi więcej niż oczy, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Esau zapomina o tym, co dzieje się tuż przed nim. Zaczyna rozglądać się po ziemi, jak zwierz, na wpół świadomie obwąchując glebę. Zaczyna czegoś szukać. Wie czego, choć robi to tak, jakby nie był pewien swoich zamiarów i wyobrażeń. Rozgrzebuje liście, z początku nieco panicznie, potem spokojniej, kiedy dobitniej sobie uświadamia, kogo tropi. Zastanawia się, czy się odezwać, ale pomysł ucieka mu z głowy. W końcu znajduje zawiniątko, rozwija je jak niewielki podarek, a w nim… Pan Gąsienica.
Esau wstaje, trzymając go na wyciągniętej dłoni, a Pan Gąsienica dalej pyka fajkę, przeciąga się ze zmęczenia i wzdycha, wypuszczając resztki dymu z płuc. Ast się prostuje, wzrok znów kierując na sceny walki między czerwonoskórymi a bladymi twarzami. Ziemia, niegdyś święta i nienaruszona, teraz jest świadkiem ponurego obrazu konfliktu między rdzenną ludnością a oportunistycznym napływem tych, którzy widzieli zysk tam, gdzie inni widzieli święte tereny.
Jak widzisz… i jak czujesz, drogi Es, szlachetny zapach może niestety umknąć tym, których dusze, choć ogromne w formie, noszą ciężar niegodny tytułu „duszy”, odzywa się Pan Gąsienica, wyrzucając słowa nasączone dymem, a Esauowi robi się przykro.
Pada przed nim wojownik czerwonoskóry, ugodzony w pierś. Krwawi, krwawi, krwawi. Ziemia, teraz splamiona czerwienią bitwy toczonej nie dla honoru, ale dla bezlitosnego głodu postępu, tuli go w swych ramionach.
Indianin mówi coś w swoim języku:
– Iluk wiyotan, hono tsa nasahiye, tsa’atwe. Hiné, yut’atwe tsa nasahiye, yut’atwe tsa atsi, hontsa tsutok’wi. Tsa’atwe tsutok’wi, tsutok’wi hono nasahiye, tsutok’wi hino.
Esau słucha, ale nie rozumie, z wyjątkiem kilku słów o życiu i końcu. Nim zaczyna pytać o to, co mówi, odzywa się Pan Gąsienica:
„Czuję głęboko w nosie, że koniec jest bliski, ale tylko koniec tutaj, koniec we mnie, a nie koniec na tych ziemiach”, tak on mówi. To syn wodza. Sam miał być wodzem. Może nawet przez chwilę nim był, sam nie wiem, zapachy rozchodzą się z opóźnieniem, wzdycha Pan Gąsienica, wypuszczając kłąb dymu, gęstszy niż zwykle, by zakryć nim smutki, które właśnie go doszły.
– Inhi’hon tsa wiyotan, tsa’atwe i’aki tsa’akihon wiyotan kyo hiné – mówi ciągiem, jednostajnie, jak modlitwę, a słowa mieszają mu się z krwią na ustach – yut’atwe hine iluk, tsa’atwe hino tsa wiyotan tsa’akihon kyo tsutok’wi, tsutok’wi tsa tsa’akihon kyo iluk kyo inhi’hon… Solethra!
Solethra, odbija się w myślach Esaua. Skądś zna to słowo.
Ast kiwa głową, ale jednak gnieździ się w nim niepewność, jakieś niezrozumienie, i zaczyna myśleć o dwóch braciach, jego przyjaciołach z plemienia Síyas, których poznał dużo później.
