Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Frank Zito tęskni za zmarłą matulą. Znęcała się nad nim straszliwie i zarabiała, sprzedając swoje ciało na ulicy, ale Frankowi wciąż jej brakuje. Aby nie zwariować z samotności, Frank otacza się manekinami, na które zakłada ubrania i skalpy swych ofiar. Czy powstrzyma się przed kolejną zbrodnią, kiedy pozna ambitną fotografkę Annę, czy też otaczające kobietę piękne modelki wyzwolą w nim najgorsze instynkty mordercy?
„Maniak” to klasyczny slasher z 1980 roku, nakręcony amatorsko i na mizernym budżecie, lecz tak brutalny i krwawy, że w wielu krajach zakazano jego wyświetlania. Literacka adaptacja Stéphane’a Bourgoina – specjalisty od true crime oraz seryjnych morderców – pogłębia portret psychologiczny Franka Zito i przedstawia napędzane upiornym dzieciństwem motywacje stojące za działaniami tytułowego maniaka: w połowie Kuby Rozpruwacza, w połowie Normana Batesa, acz w całości oryginalnego i głęboko, głęboko niepokojącego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 73
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Maniak
Tytuł oryginału: Maniac – The Novelization
Autor: Stéphane Bourgoin na podstawie filmu Williama Lustiga
Copyright © by Stéphane Bourgoin
Copyright for the Polish translation
© 2025 by Kornel Mikołajczyk
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Przekład: Kornel Mikołajczyk
Projekt okładki: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-14-9
Na wydmie wznoszącej się ponad jedną z nowojorskich plaż podziwiać można – także poprzez publiczne lornetki na monety – krajobraz miasta na tle rozszumianego przyboju. Właśnie wstaje słońce, a zimny wicher łaskocze horyzont.
Urękawiczniona dłoń wsuwa ćwierćdolarówkę do otworu i dźwigienką uruchamia mechanizm. Mężczyzna wolno studiuje okolicę. Zatrzymuje się na parze śpiącej w ubraniach na piasku, niedbale przykrytej ciężkim kocem. Obok przymierają resztki paleniska. Tak wczesnym świtem są jedynymi ludźmi na nabrzeżu.
Skwir mew, jazgot fal tudzież ostrość porannego powietrza wreszcie wybudzają koczujących. Poprzedniej nocy kochali się dwukrotnie, ukryci przed światem w tym odosobnionym zakątku.
Zanim noc napadła na nich chłodem i mrokiem, rozniecili ognisko, ażeby dodać ich azylowi aury romantyczności. Gasnące płomienie odbijają się teraz w pełnych pasji oczach kochanków. O tej porze roku nikt nie odwiedza plaż Wielkiego Jabłka, chyba że w pobliżu parków rozrywki takich jak ten na Coney Island, oni zaś upewnili się, że popularne miejsca zostały daleko, daleko stąd.
Kobieta mówi do swojego drogiego Steve’a:
– Spada temperatura, kotku. Ogień zgaśnie lada moment. Nie poszedłbyś po drewno?
– Wykończysz mnie. Ale faktycznie: ziąb. – Ziewa przeciągle. – Dobra, pójdę.
Waha się przez chwilę, kiedy dociera do niego, że zapomnieli zabrać termosu z kawą.
Zastanawia się, czy opłaca mu się wsiąść do auta i podskoczyć do najbliższej dzielnicy mieszkalnej po śniadanie, ale nie, przecież ona zamarznie na śmierć, zanim on wróci. Szkoda marnować czas: priorytet to ciepło. Wstaje i zmierza ku wydmom, żeby pozbierać wyrzucone na brzeg, wysuszone słońcem gałęzie.
Dziewczyna opatula się kocem i próbuje na powrót zasnąć.
Wyrasta nad nią kształt. Palce zamknięte w skórzanej rękawiczce gładzą młódkę po włosach.
– Och, już jesteś? Dziękuję, kotku.
Prześmiewcze mewy skrzeczą tak charkotliwie i tak głośno, że krzyk kobiety umiera w ich hałasie. Biedaczka usiłuje się podnieść, lecz nieznajomy jest szybszy. Przykłada nóż do jej gardła i tnie na odlew.
Ostatnie nuty wrzasku wylewają się z niej krwawym gulgotaniem.
Kiedy dziewka milknie, mężczyzna zaczyna z pietyzmem odrzynać skórę ze szczytu jej głowy – uważając, aby nie uszkodzić włosów, szczególnie że nieboraczka nadal podryguje w przedśmiertnych spazmach.
Na skutek skalpowania, przeprowadzonego profesjonalnie i bez najdrobniejszego drżenia ręki, morderca obnaża czaszkę. Biel kości okrywa lepka, wilgotna błona.
Agonalne podrygi kończą się, akurat gdy i on kończy zadanie. Oczyszcza trofeum i wkłada je do torebki przygotowanej szczególnie na tę okazję.
Jego działania są na tyle precyzyjne i mechaniczne, że oczywistym jest, iż nie robi tego po raz pierwszy. Amator z łatwością by się zaciął czy pomylił przy podobnej rzeźnickiej robocie. Nie on.
Steve wraca tymczasem do obozowiska z naręczem drewna. Fale bijące o brzeg oraz zawodzenie ptaków wygłuszyły go na całe zajście.
Cień wyłania się zza jego pleców. Garota zaciska się na gardle; stalowa lina wpija się głęboko w szyję. Ból otumania go mocą. Znieczula. Gęste strugi krwi tryskają wodospadami po skórze, kiedy zabójca podnosi go wysoko i przytula do siebie. Stopy Steve’a przestają dotykać piasku. Wymachuje rękoma, bezskutecznie usiłując wydostać się z objęć Ponurego Żniwiarza. Ponury Żniwiarz ma inne plany i przyjmuje go do swego królestwa. Ręce opadają bezwładnie. Wtedy morderca wreszcie wypuszcza ofiarę.
* * *
Frank Zito budzi się przerażony w mokrym od potu łóżku. Tłuste krople spływają mu po twarzy i wsiąkają w grube wąsy. Nawiedzony wzrok nie potrafi skupić się na jednym punkcie. Oddycha łapczywie, żeby się uspokoić.
Czy to podwójne morderstwo tylko mu się przyśniło?
Obok niego spoczywa żeński manekin. Plastikową twarz pokrywa krew, która spłynęła ze skalpu przytwierdzonego do głowy gwoździem.
Naprawdę zdarł te włosy z młodej biedaczki na plaży?
Na to wygląda.
Przesuwa spojrzeniem po obskurnym pokoiku z klaustrofobiczną łazienką. Jedynym źródłem światła są lampki i świece rozjaśniające zdjęcie ukochanej matuli, Carmen Zito.
Na półkach zalegają dziesiątki lalek. Nagich, z powyrywanymi fryzurami. Frank Zito myśli o miłości, jaką darzyła je rodzicielka, kiedy żyła; o kolekcjonerskiej pasji, którą dzieliła z nią jego starsza siostra, Mona. Mona znienawidzona. Mona zazdrością darzona.
Coś jeszcze rozjarza tę ponurą atmosferę. To telewizorek, na którego ekranie, w trzaskach i zakłóceniach odbioru, kończy się program. Poza tym brak tu okien, brak otworów. Jadowitozielona barwa ścian wsącza się do umysłu Franka. Ten odwdzięcza się jej, pokrywając ją niepokojącymi rysunkami i malowidłami, zalepiając porwanymi plakatami z magazynów dla dorosłych. Właścicielem tego lokum jest Śmierć. Frank: wiecznym-odwiecznym lokatorem.
Wstaje z trudem. Ogląda swe spracowane dłonie w poszukiwaniu śladów juchy, lecz nie znajduje nic. To nie oznacza, że nikogo nie zabił. Mógł po prostu, na wpół świadomie, wyszorować łapska po powrocie do domu.
Zatacza się do łazieneczki, gdzie nad umywalką wisi lustro.
Frank ściąga przepocony podkoszulek i zaczyna się oczyszczać. Gładzi się po głębokich bliznach i śladach po oparzeniach na piersi. Przeszłość powraca do niego porwanymi fragmentami.
Oto pamiątki po upiornym dzieciństwie z ukochaną, acz okrutną matulą. Oraz z siostrą, Moną…
