Lazareth - Filip Offman - ebook

Lazareth ebook

Filip Offman

0,0

Opis

 

Travis całe życie uciekał przed bólem – aż ten wrócił do niego w najbrutalniejszej formie.

Zdrada i upadek spychają go na margines Rotterdamu, gdzie każdy dzień przypomina konsekwencje dawnych decyzji.

 

Gdy jego droga przecina się z nieprzewidywalnym, niebezpiecznym Luckym, wszystko się zmienia.

W świecie przemocy i mroku pojawia się rysa światła – coś, co wygląda jak pierwsza szansa od wielu lat. 

 

„Lazareth” to mroczny thriller psychologiczny o człowieku, który stracił wszystko ale być może właśnie dlatego może zacząć od nowa.

 

Autor i projektant okładki to Noah. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Filip Offman, 2026

 

Projekt okładki: Noah

Ilustracja na okładce: © Noah, www.stock.adobe.com

Redakcja: Anna Dzikowska-Rogacka

Korekta: ERATO

e-book: JENA

 

ISBN 978-83-68432-96-1

 

Wydawca

tel. 512 087 075

e-mail: [email protected]

www.bookedit.pl

facebook.pl/BookEditpl

instagram.com/bookedit.pl

 

Niniejsza książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Całość ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Największe demony śpią w naszych głowach, niektórzy zwykli nazywać je wspomnieniami.

Prolog

 

Travis był w miejscu, którego nigdy nie nazywał domem – w swoim apartamencie. Nocna panorama Rotterdamu rozciągała się za ogromnym oknem jak ruchoma makieta – światła, cienie, mokry asfalt odbijający neony. Szereg wysokich biurowców, które nigdy nie śpią. Widok, który ludziom zapierał dech w piersiach, w nim budził obrzydzenie. I wspomnienia. Zawsze te same. Jak lepkie, obślizgłe robaki pełzające w jego głowie.

Przez chwilę to mieszkanie żyło. Przez chwilę chciał tu wracać. Bo była w nim ona. Teraz przypominało mu klatkę. Martwą przestrzeń, w której odbijał się tylko jego oddech.

Oparł czoło o zimną szybę. Widział w odbiciu twarz kogoś, kto chwilę temu kochał. Czasem zastanawiał się, czy Lazareth wydarzyła się naprawdę. Czy może jego spragniona, wyniszczona psychika wymyśliła ją, tak jak dzieci wymyślają niewidzialnych przyjaciół. Pojawiła się nagle. Tak samo zniknęła.

Travis uśmiechnął się gorzko. Podszedł do stołu.

Na blacie leżały dwie kreski, równo odsypane, jak dwa białe pociągnięcia nożem po czarnym granicie. Wciągnął obie – jedna po drugiej. Byleby zagłuszyć strzępy emocji, powiewające jeszcze w środku. Krew uderzyła do głowy. Pojawiło się drętwienie. To znajome, które zawsze wracało, jak stary przyjaciel, z którym od lat próbuje się zerwać kontakt. Wraz z drętwieniem przyszło coś jeszcze. Coś, czego nie próbował zatrzymać. Obrazy przeszłości rozsypały się przed nim jak potłuczone szkło. Serce zabiło szybciej. Znajome kłucie w żołądku zwiastowało nadejście wspomnień. Tych, które nie chciały odpuścić. Trzymały jego umysł w niewidzialnym imadle cierpienia.

Opadł na kanapę. Odchylił się, jakby ciało samo chciało znaleźć bezpieczniejszą pozycję, choć takiej już dawno nie było. Sięgnął po szklankę whisky. Bursztynowy płyn odbijał światła nocy w drobnych, poruszających się taflach. Zanim przyłożył szkło do ust, spojrzał przez okno jeszcze raz. Miasto oddychało swoim rytmem, on – swoim.

Zanurzył się. Pozwolił, by wspomnienia wciągnęły go jak czarne, spokojne bagno. Bo tej nocy, jak każdej innej, nie miał już siły z nimi walczyć.

Rozdział pierwszy

Marloes

„Dwóch rzeczy pragnie prawdziwy mężczyzna: niebezpieczeństwa i igraszki. Przeto pożąda kobiety, jako najniebezpieczniejszej igraszki”.

Friedrich Nietzsche

Usłyszał ją na schodach. Dźwięk subtelnych kroków przecinających ciszę. Zawsze brzmiał tak samo: jak zapowiedź nieuchronnego. Travisowi serce przyspieszało w mieszaninie radości i nieokreślonego lęku. Miał siedemnaście lat, a jednak przy niej zachowywał się jak dziecko przyłapane na kradzieży ciasteczek.

Nie pamiętał, kiedy to się zaczęło. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zrozumiał, że zakaz ma lepszy smak. Na początku bardzo się bronił. Rzucał w głowie słowami typu: lojalność, rodzina, granice. Potem już nie.

Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego – nawet własnego wstydu.

Marloes pojawiła się w drzwiach pokoju niespodziewanie, mimo że wiedział o jej nadejściu. Nie potrzebowała słów, by wypełnić przestrzeń. Poruszała się miękko, powoli, świadoma ciężaru swoich spojrzeń. Wykorzystywała je, by razić i tak już spiętego Travisa. Uśmiechała się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto wie, że dostanie to, po co przyszedł.

Travis chciał wstać, ale nie ufał nogom. Poczuł znajome napięcie, które nie miało nic wspólnego z czułością.

Wpatrując się w niego, przechyliła głowę i zmrużyła oczy, jakby chciała spróbować zajrzeć w jego myśli.

– Spóźniłam się? – zapytała szeptem.

– Nie – odpowiedział zbyt szybko.

Była bardzo blisko. W ciemności jej kształty wydawały się jeszcze pełniejsze. Czarne włosy mieniły się blaskiem, nie wiadomo skąd rzucanego światła w pokoju pełnym mroku. Zapach jej skóry mieszał się z perfumami. Zaczął odczuwać ciepło pragnienia, któremu nie można się oprzeć. Wiedział, że to, co się zdarzy, znów zostawi w nim ślad, którego nie będzie potrafił nazwać.

Przymknęła powieki. To było jak zgoda na to, co nie powinno się wydarzyć.

Ciemność w pokoju zgęstniała. Zsunęła mu z barków wstyd i niepewność. Spojrzał na nią jeszcze raz.

Jej spojrzenie miało w sobie coś hipnotyzującego. Zielone oczy, jakby przymknięte w półśnie, błyszczały pod osłoną półmroku. Uśmiech, ledwie zarysowany, krył w sobie tajemnicę.

Ruszyła w jego stronę. Jej delikatne, a zarazem silne uda, napinały się przy każdym kolejnym kroku. Jej biodra poruszały się w równym tempie. Czuł jego rytm. Czuł drżenie w klatce piersiowej. Na jej śnieżnobiałej skórze dostrzegł delikatne muśnięcie wilgoci. Wyciągnął dłoń, chcąc ją zatrzymać, lecz ona, ledwie muskając jego ciało, popchnęła go na łóżko.

Koszula zsunęła się z jej ramion, odsłaniając kształty, które zdawały się pulsować własnym światłem. Uklękła przed nim.

– Zaczęło się – powiedział do siebie w myślach, czując lekkie drżenie swojego ciała.

Czuł, jak powoli i z namaszczeniem jego penis jest łapany pełnymi wargami. Dotyk był najpierw niepewny, jakby sprawdzała, czy Travis jest tym samym człowiekiem co wczoraj. Nie był. Dziś miał mniej sumienia. Spojrzał na nią. Spod jej białej koszuli nocnej dało się dostrzec wystające sutki. Pozycja klęcząca nadawała jej udom jeszcze bardziej ponętnego kształtu.

W ogromnym uniesieniu chwycił ją dwoma rękoma za włosy i zaczął wchodzić w jej usta bardzo energicznymi ruchami, jakby chciał ukarać ją za to, że to wszystko się dzieje. Zapomniał, że jego partnerką w tym zakazanym tańcu jest jego przybrana matka, która za nic mając jego frustrację, z pokorą i uległością przyjmowała jego pchnięcia. Poczucie dominacji nad kobietą, która na pstryknięcie palcami miała cały świat, uderzyło Travisa nagłym orgazmem.

Poprawił chwyt jej głowy i włosów, łapiąc ją mocniej. Ruchy jego bioder stały się jeszcze szybsze. Nie zamierzał przestać. Poczucie władzy nad swoją macochą łechtało go bardziej niż wszystko inne. Czuł, że chociaż w tym momencie ma kontrolę. Kontrolę, którą tak bardzo chciał odzyskać. Ona, dostrzegłszy to, obiema dłońmi zaparła się o jego uda, chcąc, choć na chwilę wyrwać się z żelaznego uścisku, by zaczerpnąć powietrza.

Świat w jej oczach zaczął wirować. Latające małe światełka zaczęły migotać i zlewać się w jeden duży promień.

Lecz w tej chwili, w pokoju, w którym byli, mrok rozdarł cichy, lecz mocny dźwięk satysfakcji. Fala ciepłego nektaru zaczęła zalewać jej usta. Poczuła jego smak. Poczucie uległości było równoważnikiem w potrzebie ciągłej dominacji. To jak ulga po ściągnięciu bardzo ciężkiego plecaka. Otworzyła oczy.

Stał nad nią, ciężko dysząc, z tym samym, co prawie zawsze po seksie, wystraszonym wyrazem twarzy. Rozbawiło ją to. Patrząc mu prosto w oczy, zaczęła zlizywać jego soki z koniuszków palców, jakby były na nich resztki pysznego tortu, jego nektar, który zalał jej usta, twarz, ciało. Lubiła się nim bawić. Lubiła mieć go w garści. Ta gra dawała jej władzę, nawet kiedy klęczała. Za każdym razem stawiała granice ciemności ich spotkań, by go przez nie przeprowadzić. Zostawiając wewnętrzny ślad w głowie młodego chłopaka.

On, jakby opętany i niemający władzy nad swoim ciałem, trzęsącymi się dłońmi, złapał silnie jej falujące w mroku włosy, by ani jeden kosmyk nie przeszkodził jej w tej czynności. Czas się zatrzymał.

Kiedy wrócił do siebie, siedziała już z boku, poprawiając włosy. Spokojna, obojętna, jakby nic się nie wydarzyło. On wciąż czuł krew dudniącą w uszach. To był moment, którego nienawidził. Moment, gdy wstyd doganiał rozkosz. Z narastających wyrzutów sumienia wyrwał go dźwięk parkującego samochodu. Uczucie podniecenia zastąpiło nieprzyjemne kłucie w brzuchu. Odruchowo spojrzał na macochę. Zerwała się niczym zwierzyna uciekająca przed myśliwym.

W ułamku sekundy była na nogach, w pośpiechu poprawiając potargane włosy i pomiętą koszulę nocną. Wychodząc, tak samo bezszelestnym krokiem, jak wchodząc, przy drzwiach obróciła się i posłała Travisowi figlarny uśmieszek. W pokoju pozostał ciężki zapach seksu i pożądania, mieszający się z owocowym zapachem jej perfum, przedzierającym się przez ciemność.

Travis, stojąc na środku pokoju, wsłuchiwał się w krew pulsującą mu w uszach. Zaczęło mu się kręcić w głowie. Minęło kilka sekund, zanim wrócił do siebie. Sekund? A może minut? Nie sposób było określić.

Stał nadal w tym samym miejscu i głęboko oddychał. Zamknął oczy. Czuł. Tylko to zostało mu z tej chwili – jej zapach.

Jej zapach i coś jeszcze, coś czego nie potrafił nazwać. Tę pustkę, kiedy nie było jej obok. Metaliczny zgrzyt kluczy wyrwał go z ciszy.

– Travis! Marloes! Dobry wieczór! Jest tu kto?

W pośpiechu spojrzał ostatni raz w lustro, jakby chciał sprawdzić, czy wyrzuty sumienia malują mu się na twarzy. Upewniwszy się, że wszystko jest ok, wyszedł na powitanie gospodarza.

W korytarzu stał łysiejący, niski mężczyzna. Delikatna siatka zmarszczek na czole zdradzała wiek, a brzuch napierał na guziki niebieskiej koszuli, jakby zaraz miał je rozerwać. Rozpięta, brązowa marynarka i luźne, znoszone spodnie sprawiały, że bardziej przypominał zmęczonego księgowego niż właściciela sieci dużych sklepów budowlanych na obrzeżach Rotterdamu.

Rob – jego przybrany ojciec, mąż jego macochy Marloes.

Travis, widząc go za każdym razem, zastanawiał się, co ona w nim widzi. Czy to możliwe, że cała ta gra sprowadza się do pieniędzy, luksusowego domu, biżuterii, samochodów i drogich ubrań?

Czy naprawdę warto było oddawać swoje ciało mężczyźnie, którego nie mogła pragnąć – w życiu utkanym z udawanych uśmiechów, udawanego dotyku i udawanej przyjemności?

Pogrążony w myślach, nie od razu usłyszał kroki. Odgłos bosych stóp na schodach wyrwał go z rozważań. Marloes szła w stronę Roba – już całkowicie ubrana, z nienagannym makijażem, ponętna i pewna siebie. Travis czasem zastanawiał się, jakim cudem potrafiła tak szybko zmienić oblicze: z kochanki w żonę, z uwodzicielki w perfekcyjną panią domu. Jakby grała na scenie.

– Hej, skarbie – powiedziała, przywierając do Roba.

Ich pocałunek trwał o ułamek sekundy za długo.

Coś ukuło Travisa w piersi. Nie był to przyjemny ból. Raczej odkrycie, które nie mieściło mu się w głowie. Powoli docierało do niego, że między nim a Marloes zaszło coś, czego nie potrafił nazwać. Nigdy nie zaznał prawdziwej miłości, nie znał jej symptomów, a jednak od dawna czuł coś do tej kobiety – kobiety, która właśnie całowała mężczyznę będącego jego ojczymem.

Wieczorem Rob siedział w salonie, zatopiony w swoich myślach. Travis udawał, że czyta książkę, choć litery rozmywały mu się przed oczami. Marloes podeszła od tyłu, niezauważalnie i po cichu, i zarzuciła mu koc na ramiona.

– Zmarzłeś? – zapytała z uśmiechem.

Pokręcił głową, ale serce zabiło mu szybciej. Rob, wyrwany z rozmyślań, z zainteresowaniem przyglądał się tej scenie, wpatrując się w Travisa jeszcze długo po odejściu Marloes.

– Mam coś na twarzy? – Travis próbował rozluźnić atmosferę słabym żartem.

– Co? Aaa… nie – powiedział Rob, wracając myślami na ziemię. – Przepraszam, zawiesiłem się. Chwilowe problemy w pracy – dodał. A potem wstał, wychodząc w ślad za swoją żoną.

Po chwili usłyszał kłótnię w kuchni.

Głosy były ostre, pełne gniewu. Travis chciał podsłuchać, o czym gadają, podchodząc bliżej drzwi, ale nagle wystrzeliła z nich Marloes. Była cała w emocjach, lecz widząc Travisa, uśmiechnęła się.

– Nie zwracaj uwagi – powiedziała. Po czym dodała, muskając go w policzek ustami: – Tylko ty mnie rozumiesz.

Travis się uśmiechnął. Miał jednak nieodparte wrażenie, że wszedł w coś, z czego nie ma już odwrotu.

Tej nocy nie mógł zasnąć. Zszedł do kuchni po wodę. Zobaczył ją przy oknie. Żar papierosa jarzył się czerwienią, oświetlając jej twarz.

– Nie powiesz Robowi? – spytała z cieniem uśmiechu.

– O czym? – zapytał zdezorientowany Travis.

– O tym – powiedziała Marloes, podnosząc papierosa – bo o czym innym?

– No właśnie, nie ma o czym – powiedział Travis, nie potrafiąc zamaskować smutku wylewającego się z tych słów. – Naprawdę nie ma o czym? – Zebrał się na odwagę, pytając.

– Nie ma, Travis – odpowiedziała mu natychmiast beznamiętnym tonem. – Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej będzie dla ciebie – dodała, szybko gasząc papierosa i odchodząc w ciemność.

Jej słowa zawisły w powietrzu.

Travis jeszcze długo czuł ich ciężar, siedząc w kuchni i wpatrując się w mrok za oknem.

Kilka dni później poszli razem do centrum handlowego. Tłum przewijał się korytarzami galerii. Światła neonów odbijały się w posadzce, a gwar rozmów tworzył hałas, w którym każdy dźwięk ginął, zanim dotarł do ucha.

Rob zatrzymał się w sklepie z elektroniką, zostawiając Travisa i Marloes przy wejściu.

Travis czuł się niezręcznie. Nie wiedział, co zrobić z rękami, więc wsunął je do kieszeni. Ktoś potrącił go ramieniem. Travis zachwiał się. Marloes natychmiast chwyciła go za rękę, przyciągając bliżej siebie. Jej dłoń została na nadgarstku o sekundę za długo.

– Uważaj – powiedziała, patrząc na niego.

Travis przełknął ślinę. Nie potrafił oderwać wzroku od jej palców, które powoli zsunęły się z jego dłoni.

– Dlaczego to robisz? – wyrwało mu się.

Marloes uniosła brwi.

– Dotykasz mnie. Patrzysz… – urwał. Czuł swoje słowa na sobie.

– A czemu miałabym nie? – odparła. Jej ton był chłodny. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, ale nie był to uśmiech ciepły. Raczej coś pomiędzy pobłażliwością a ostrzeżeniem.

Płonął wstydem.

– Jesteś jeszcze dzieckiem – powiedziała cicho. – Nie rozumiesz, co czujesz. To tylko… złudzenie. Bliskość można pomylić z czymś więcej.

– Złudzenie? – powtórzył, jakby to słowo go zraniło. – To po co to wszystko?

Zaciął się, ale dokończył:

– Po co te dotyki, spojrzenia, gra, nawet przy Robie?

Marloes milczała przez chwilę. Rozejrzała się, jakby sprawdzała, czy ktoś ich obserwuje. Potem nachyliła się lekko w jego stronę.

– Czasem człowiek robi coś, żeby poczuć się żywym. – Jej głos był miękki, ledwie słyszalny. – Ale to nie znaczy, że możesz się do tego przywiązywać. Musisz rozdzielić zabawę od prawdziwego życia albo się zatracisz.

Travis patrzył na nią w osłupieniu.

– A co, jeśli już się przywiązałem?

Na moment w jej oczach pojawił się cień. Strach, złość, może litość. Natychmiast ukryła to śmiechem.

– To ty to sobie wymyśliłeś.

– Wymyśliłem? – Travis poczuł, jak krew uderza mu do głowy. – A po co wtedy to wszystko? Spojrzenia, dotyki, te chwile, kiedy…

– Kiedy co? – przerwała mu ostrym tonem. – Kiedy poprawiam ci włosy? Nakrywam kocem? Żartuję? To tylko gesty, Travis. Nic więcej.

– Ale one coś znaczą! – wyrzucił z siebie.

Nachyliła się do niego, tak blisko, że poczuł zapach jej owocowych perfum. Jej głos był miękki, niemal czuły, ale w słowach tkwił chłód.

– One znaczą tyle, ile chcesz, żeby znaczyły. A ja niczego ci nie obiecywałam. Ani miłości, ani przyszłości. Doskonale o tym wiedziałeś. To wszystko inne… jest tylko w twojej głowie.

Travis cofnął się pół kroku, jakby dostał cios.

– Więc… to tylko gra?

– Gra? – Jej uśmiech go zmroził. – Nazywaj to, jak chcesz. Ja żyję swoim życiem. Ty jesteś tylko jego częścią. Miłym dodatkiem i odskocznią od… tego. – Mówiąc to, kiwnęła głową w stronę sklepu, w którym znajdował się Rob.

– A jeśli nie chcę być tylko dodatkiem? – zapytał.

– Wtedy się zatracisz, bo ta, jak to nazywasz, gra, jest z góry przez ciebie przegrana.

Na moment jej oczy pociemniały. Jakby sama walczyła z czymś w sobie, ale zaraz cofnęła się, poprawiła włosy i spojrzała na niego, jakby nic się nie stało.

W tej samej chwili ze sklepu wyszedł Rob.

Marloes odwróciła się do niego z uśmiechem idealnej żony.

Travis stał z boku oszołomiony. Wiedział, że została mu rzucona prawda, ale mimo wszystko nie potrafił jej złapać.

Kolacja przebiegała w ciszy, która z drażniącej stawała się nie do zniesienia. Sztućce brzęczały o porcelanę, zegar na ścianie tykał, odmierzając sekundy, a Travis czuł, jak każda wbija się w jego głowę.

Rob siedział na swoim miejscu, wyprostowany, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni. Jego twarz była jak maska – pozbawiona emocji. Oczy raz po raz przesuwały się ku Travisowi. Nie było w tym otwartej wrogości, raczej coś, co przypomina badanie.

Marloes, jak zawsze potrafiła zapełniać ciszę. Uśmiechała się, zadawała pytania, opowiadała o zakupach. Jej głos brzmiał miękko, ale w każdym spojrzeniu, które posyłała Travisowi, kryło się coś więcej. Poczuł na kolanie muśnięcie jej stopy. Po prostu. Jakby mimochodem.

Chłopak zesztywniał. Odwrócił wzrok w talerz, ale czuł, jak krew napływa mu do twarzy. Rob zagadnął, jakby niczego nie zauważył:

– Travis, jak tam szkoła? – zagaił, przełamując milczenie.

Chłopak chrząknął, nerwowo poprawiając serwetkę na stole.

– W porządku.

– Tylko w porządku? – Rob uniósł brwi. – Liczyłem, że usłyszę coś więcej.

Marloes zaśmiała się cicho.

– Daj mu spokój, kochanie. Jeszcze się przyzwyczaja. To nowy etap, pamiętasz?

– Właśnie o tym chciałem powiedzieć. – Rob odstawił kieliszek. – Pojutrze wyjeżdżam na kilka dni. Delegacja do Niemiec.

Cisza zawisła w powietrzu.

Travis poczuł, jak serce wali mu w piersi. Podniecenie i strach przepełniły go natychmiast, wypełniając i dławiąc od środka.

Marloes rozpromieniła się gwałtownie, a mimo to zupełnie naturalnie, że tylko Travis mógł dostrzec, iż był to uśmiech pełen ekscytacji, nie żalu.

– Och, znowu? – zapytała, przechylając głowę. – To na długo?

– Kilka dni, może tydzień – odpowiedział Rob, obserwując ją bardzo uważnie. – Dasz sobie radę beze mnie? – rzucił półżartem.

– Oczywiście. – Jej głos zabrzmiał lekko, ale Travis dostrzegł w nim drżenie.

Rob wpatrywał się w nią chwilę dłużej, jakby próbował coś wyczytać z jej twarzy. Potem przeniósł wzrok na Travisa.

– A ty, młody, będziesz pilnował domu.

Travis przełknął ślinę, kiwnął głową.

– Tak.

Pod stołem czuł dotyk Marloes. Jej palce lekko przesunęły się po jego nodze, wywołując gęsią skórkę. Zaczął szybko rozmasowywać rękę, ale przykuło to uwagę Roba.

– Zimno ci? – zapytał. Z jego twarzy nie dało się nic wyczytać.

– Nie… tylko… – Travis szukał w panice słów, których mógłby użyć.

– Rob, daj mu spokój. – Macoch przyszła z odsieczą, kładąc czule swoją rękę na ręce męża. – Jest zmęczony, ma trudny okres.

Rob, odwzajemniając czułość żony, również położył swoją dłoń na jej dłoni i ciepło się uśmiechając, rzekł:

– Masz wspaniałą matkę, Travis. Obydwoje bardzo cię kochamy… Różnie czasem bywa, ale mam nadzieję, że o tym wiesz – dodał trochę speszony.

Travis zaskoczony nagłym wyznaniem z ust Roba, który raczej nie był wylewny, odpowiedział nieswoim głosem:

– Tak, wiem.

Te słowa zawisły w jego głowie. Zabrzmiały jak alarm, który oznajmia, że poszedł o jeden krok za daleko. Wino błyszczało w kieliszku. Zegar odmierzał kolejne sekundy. Atmosfera była ciężka i duszna. Każdy uśmiech Marloes wydawał się teatralny. Każdy gest Roba – podszyty podejrzliwością.

Travis miał wrażenie, że siedzi w pułapce. Wiedział, że za chwilę ta pułapka zatrzaśnie się na dobre.

Trzaśnięcie drzwiami i dźwięk odjeżdżającego samochodu oznaczały jedno: Rob wyjechał w delegację.

Travis odetchnął ciężko. Wyobraził sobie, że będzie inaczej – usiądzie obok, pogada z nią, może obejrzą film. Przytuli się jak ktoś, kto dawno nie miał bliskości. Zanim zdążył ułożyć myśli, usłyszał jej głos dobiegający z dołu:

– Chodź do mnie, muszę ci coś powiedzieć.

– Już idę! – jak zwykle odpowiedział zbyt ochoczo, zbyt ulegle.

W kilka sekund znalazł się na parterze. Stanął w progu kuchni.

Marloes krzątała się przy blacie w opiętych spodniach, które podkreślały każdy jej ruch. Było w tym coś prowokującego i jednocześnie obezwładniającego. Travis poczuł, że nie jest w stanie walczyć z tym, co nagle zaczęło w nim narastać.

Podszedł. Brutalny impuls wyprzedził jego myśli. Zanim zdążył się zastanowić, zerwał z niej spodnie do kolan. Jego dłonie, szorstkie i gorące, zacisnęły się na jej udach, zostawiając ślady, które miały boleć jeszcze długo po wszystkim.

Marloes nie odepchnęła go. Oparła się o blat, zamknęła oczy, jakby poddawała się temu z obojętnością, której nauczyła się przez lata. Jej oddech przyśpieszył, a ciche jęki rosły w krzyk.

Dla Travisa ten dźwięk był jak narkotyk. Nie czuł jednak w tym miłości. Chciał wierzyć, że ta wspólna tajemnica będzie początkiem czegoś, co potrwa.

Ale wtedy rozległ się głos. Zimny, beznamiętny, jak policzek wymierzony prosto w twarz:

– Ty dziwko.

W progu stał Rob. W całym tym uniesieniu i miłosnej szamotaninie nie usłyszeli, kiedy wszedł do domu. Jego twarz była martwa, spojrzenie rybie i puste.

Marloes zamarła. Jeszcze chwilę wcześniej była u szczytu rozkoszy, teraz jej twarz przybrała kolor śnieżnej bieli. Zaczęła pośpiesznie podciągać spodnie, które nie chciały przejść przez wilgotną skórę. Słowa wysypywały się z jej ust, tworząc bezwładny bełkot:

– Rob, to nie tak! To on… Ja nigdy…

– Zamknij się. – Głos Roba przeciął powietrze jak nóż. Patrzył tylko na Travisa. – Myślisz, że niczego nie widziałem? – zaczął cicho. – Myślisz, że nie zauważyłem, jak na nią patrzysz? Jak ona patrzy na ciebie?

Travis przełknął ślinę, drżąc na całym ciele.

– Ale milczałem. – Rob zacisnął pięści. – Bo chciałem wierzyć, że to tylko moje wyobrażenie… Chciałem wierzyć, że to tylko chwilowo… że po prostu się nie układało… – Stał nieruchomo, patrząc, jakby patrzył w przeszłość, a nie na nich.

Travis poczuł, jak wstyd zalewa go szybciej niż krew. Jeszcze przed chwilą planował wspólną przyszłość ze swoją macochą, a teraz nie potrafił spojrzeć ojczymowi w oczy.

– Traktowałem cię jak syna. – Głos Roba zadrżał, ale oczy pozostały zimne. – Nie swojego, ale jak syna, którego chroniłem, dałem dach nad głową, służyłem radą i pomocą, na tyle na ile potrafiłem. Jak ojciec… – wpatrując się nadal nieobecnym wzrokiem, dodał szeptem: – A ty mi odpłaciłeś w taki sposób.

Marloes upadła na kolana, chwytając Roba za spodnie, szlochając, ale ten tylko odepchnął ją z pogardą.

Słowa uderzały Travisa mocniej niż ciosy. Czuł, że coś nieodwracalnie pęka w środku.

Dzwonek do drzwi przerwał tę groteskową scenę.

Rob spojrzał na Travisa i uśmiechnął się zimno. Odwrócił się pewnie, jakby dokładnie wiedział, kogo tam zobaczy. Otworzył drzwi szeroko.

W progu stało trzech mężczyzn ubranych na czarno. Ich sylwetki wypełniały całą framugę. Zanim weszli, naciągnęli na twarze kominiarki.

Marloes zaczęła krzyczeć, tym razem w panice. Cofnęła się, pełzając po podłodze, z rozmazanym makijażem, dalej usiłując wciągnąć spodnie. Jej lament zamienił się w błaganie o litość, a każde słowo było oskarżeniem rzucanym w stronę Travisa.

Dla niego ten widok był jak przebudzenie. Zniknęła wizja bogini, która mamiła go przez tyle miesięcy. Została tylko żałosna, upokorzona kobieta, której czar w jednej chwili stracił moc.

Travis patrzył na nich, jakby poruszali się w zwolnionym tempie. Wiedział, do czego zdolna jest urażona duma mężczyzny. Nawet takiego jak Rob.

Bandyci zamknęli drzwi. Rob stanął obok nich, nie patrząc już ani na Maroles, ani na Travisa.

– Zróbcie, co trzeba – rzucił krótko.

Na oko siedmioletni chłopiec siedział na swoim małym łóżku w ciemnej sali. Jednej z wielu, jakie były w sierocińcu na przedmieściach Rotterdamu. Trząsł się. Ale nie z zimna. Był sam. Pozostała piątka chłopców zniknęła w pokoju technicznym, należącym do ich opiekuna.

Travis wpatrywał się w drzwi, które skrzypiały przy każdym ruchu. Czasem słyszał zza nich stłumione odgłosy – szepty, płacz, niekiedy nerwowy chichot, który nie brzmiał jak śmiech dziecka. Nie rozumiał tego w pełni, ale wiedział jedno: chciałby, żeby te drzwi już nigdy się nie otworzyły.

W kącie sali stała lampa, migocząca, jakby miała zaraz zgasnąć. Jej blade światło odbijało się od zimnych, metalowych ram łóżek. Na ścianie wisiał krzyż, pochylony, jakby nie chciał patrzeć.

Travis wtulił twarz w kolana. Czuł zimno, ale nie sięgnął po koc, który leżał obok. Nie odważył się go podnieść – miał wrażenie, że każdy ruch zwróci na niego uwagę. A uwaga była najgorszym, co mogło się tu przydarzyć.

W końcu drzwi się uchyliły. Cień opiekuna przeciął korytarz światła. Jego kroki były powolne, pewne, jakby wiedział, że nie ma przed nim ucieczki.

– Travis. – Usłyszał swoje imię.

Chłopiec zamarł. Poczuł, że serce bije mu w gardle. Kiedy dorośli wołali jego imię, nie brzmiało ono jak coś, co należy do niego. Brzmiało jak komenda. Jak znak, że teraz już nic nie należy do niego i nic dobrego się nie wydarzy.

Ciężka dłoń dotknęła jego ramienia. Wzdrygnął się. Zamknął oczy. Wiedział, że ta noc będzie wyglądać tak samo jak poprzednia i że jutro nikt nie uwierzy, jeśli spróbuje coś powiedzieć.

Rozdział drugi

Lucky

„Swój świat odnajduje, kto się w świecie zatracił”.

Friedrich Nietzsche

Śnił o tym, że leży na plaży. Że jest otulony ciepłym, rajskim powietrzem. Na jego ciele tańczą cienie chroniącej go od upalnego słońca palmy. Potem coś się zmieniło. Na horyzoncie dostrzegł, jak woda piętrzy się i kształtuje w nienaturalnie dużą falę. Chciał zerwać się z leżaka, ale mógł ruszyć tylko głową. Ogarnął go niewyobrażalny lęk. Woda była coraz bliżej. Chciał krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle.

Uderzenie fali było zimne. Przeszywające. Otworzył oczy. To nie był ocean. To była brudna woda z kałuży, wyrzucona spod kół przejeżdżającego samochodu. Zalała mu twarz, wgryzła się w rany. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest.

Świat zbombardował go chaotycznymi bodźcami: hałasem silników, smrodem spalin, metalicznym posmakiem krwi.

Ból. Wszędzie. Jakby ciało rozpadło się na dziesiątki części. Macał się bezradnie, jak ktoś, kto gorączkowo szuka czegoś, co przed chwilą zgubił. Potem przyszły wspomnienia. Najpierw w kawałkach – twarze, sylwetki, krzyk, romans, Marloes, Rob, trzech drabów, zdrada, krew.

Poczucie winy uderzyło go ciężarem młota kowalskiego. Żołądek nie wytrzymał. Zgiął się wpół i zwymiotował na chodnik.

– Pierdolony menel – syknął przechodzień, omijając go jak trędowatego.

Travis nawet nie podniósł głowy. Próbował wstać, ale każdy ruch rozcinał go od środka. Lewy bok pulsował, głowa tętniła, jakby ktoś wbił w nią żelazny pręt. Ciało było obce, niesprawne, kalekie. W końcu udało mu się podnieść. Spojrzał w szybę witryny sklepowej. Obcy człowiek patrzył na niego z drugiej strony szkła. Siniaki, krew, spuchnięta twarz, łuk brwiowy przypominający otwartego małża, zamiast trzech górnych zębów – ziejące ciemnością otwory.

Zniknął chłopak z lustra, którego widywał codziennie, jeszcze niedawno w łazience swojego domu. Domu, który już nie istniał. Nie istniał dla niego.

– Straciłem wszystko – szepnął słyszalnie tylko dla siebie.

Macochę, której rozpaczliwie pożądał i szukał w dotyku. Ojczyma, którego odepchnął. Siebie. Z oczu, niemal zamkniętych opuchlizną, popłynęły łzy, zostawiając czysty ślad na brudnej twarzy.

Mroczne dni i jeszcze ciemniejsze noce zlewały się w jedną, bezkształtną masę. Travis włóczył się po Rotterdamie, nie licząc dni. Spał tam, gdzie udało się znaleźć kawałek dachu nad głową, choćby karton w bramie. Głód i pragnienie zmusiły go do żebrania i wyjadania resztek ze śmietników. To była ironia losu – jeszcze niedawno korzystał z wygód domu Roba i Marloes, teraz siedział z wyciągniętą ręką, patrząc w posadzkę. Stał się posągiem wstydu. Miał wrażenie, że każdy przechodzień widzi w nim świadectwo tego, jak kończy ktoś, kto zdradził.

Rany na ciele prawie się zagoiły. Zostały tylko trzy dziury po wybitych zębach i brzydka blizna na łuku brwiowym. Gorzej było w środku. Dusza pełna była ropiejących ran, które nie chciały się zamknąć. Ból sączył się z nich codziennie, zamieniając się w nienawiść do samego siebie. Travis nie próbował tego zmienić. Wierzył, że zasłużył.

– Hej, ty! – Głos wyrwał go z otępienia.

Ktoś stanął nad nim.

– Mówię do ciebie.

Travis podniósł głowę powoli.

– Słucham – odparł chrypliwie głosem, który zdradzał noce spędzone na zimnie.

– Już któryś dzień wpierdalasz mi się w rewir – warknął nieznajomy. Miał wysoki, drażniący głos, zupełnie niepasujący do szerokich barków i twardej twarzy. – Straszysz mi klientów.

– Ja nic nie sprzedaję – mruknął Travis. – Tylko żebram.

Tamten prychnął.

– No właśnie, kurwa. Brawo za spostrzegawczość. – Zrobił krok w jego stronę. – Dzisiaj znowu straciłem. – Przez chwilę wyglądał, jakby wpadł w zadumę, po czym dodał: – Oddajesz, co zarobiłeś. Wiem, że masz więcej niż w kubku.

Powietrze zgęstniało. Wypełniło się niepewnością i napięciem. Travis próbował odgadnąć, czy ten człowiek przed nim żartuje, bredzi po narkotykach, czy mówi śmiertelnie poważnie. Instynkt kazał mu szukać drogi ucieczki.

Przybysz dostrzegł to natychmiast. Jego rozbiegane, duże oczy podążyły za spojrzeniem Travisa i zrozumiały więcej, niż powinny.

– Ani się waż – powiedział już bez śladu żartu. Głos stwardniał. Nogi ruszyły w jego stronę.

Travis podniósł się jak na komendę. Tamten uniósł pięści do gardy, odbierając to jako zaproszenie do walki. Pewny siebie, jak ktoś, kto niejedno już widział.

Travis nigdy nie był wojownikiem. W sierocińcu zawsze przegrywał, zawsze lądował pod ciosami silniejszych. Wiedział, że ta walka jest absurdalna – starcie chłopca z kimś, kto żył przemocą.

Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Ręce drżały, oddech rwał się w nierównych spazmach, krew dudniła w uszach. Świat zawęził się do tej jednej chwili, w której miał paść cios. Ostatkiem sił uniósł instynktownie dłonie, żeby osłonić twarz. Za późno.

Pięść przeciwnika trafiła prosto w nasadę nosa i wargę. Huk uderzenia rozlał się echem po jego czaszce. Głowa uderzyła o ścianę, a ciało runęło na ziemię, bezwładnie.

Potem przyszły kopnięcia – ciężkie, szybkie, bez litości. Travis poczuł tylko pierwsze. Kolejne tonęły w ciemności, która z każdą sekundą zamykała się wokół niego coraz ciaśniej.

Świat znikał, a wraz z nim on sam.

Otworzył oczy. Głowa pulsowała tępym bólem, jakby ktoś uderzał w nią od środka. Tuż obok zobaczył twarz tego, który przed chwilą niemal go zabił. Otyła, spocona, ze świńskim grymasem i dziwnie wystraszonym spojrzeniem.

– O! Żyjesz – rzucił tamten, uśmiechając się jak dziecko do nowej zabawki. – Myślałem, że zeszłeś. – Spojrzał na swoją prawą dłoń i rozmasował ją z dumą. – Wiedziałem, że mam pierdolnięcie – po czym dodał, już nieco zmartwiony – ale nie chcę wracać do paki. – Jego ton zmienił się nagle, bez ostrzeżenia. – Od dziś pracujesz dla mnie.

Słowa docierały do Travisa jak przez mgłę. Obrazy wirowały, dwoiły się, jakby świat tracił kształty.

– Obserwuję cię od dawna. Kręcisz się po dworcach, pod centrami. Na początku myślałem, że jesteś psiarską wtyką, jak w filmach, nie? – Wybuchnął śmiechem przypominającym bardziej chrumkanie niż ludzki głos. Zaraz spoważniał. – Ale ty jesteś zwykłym lumpem. A tu każdy lump należy do mnie.

Travis próbował złapać równowagę w głowie.

– Na czym ta praca ma polegać? – wychrypiał.

Oczy napastnika błysnęły dziwnym rozbawieniem.

– Na czym? Będziesz robił to, co robisz. Ale siedemdziesiąt procent dla mnie.

– Dlaczego? – Travis poczuł, jak pytanie wymyka mu się samo.

Drab zatrzymał się nagle. Jego źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, twarz zrobiła się martwa. Ruszył w stronę Travisa. Ten skulił się pod ścianą gotowy na kolejne ciosy.

I wtedy rozległ się śmiech. Nie zwykły – duszący, dziki, zanoszący się aż do łez. Krople potu mieszały się z nimi, spływając po niezdrowej, ziemistej twarzy.

– Nie bój się – powiedział oprych, dusząc się ze śmiechu. – Żartowałem. Powiedz mi jeszcze raz, o co pytałeś?

– Dlaczego mam ci płacić? – powtórzył niepewnie Travis.

Tamten pochylił się tak blisko, że Travis poczuł odór alkoholu wymieszany z drogimi perfumami. Skóra twarzy napastnika była tłusta, niezdrowa, jakby coś w nim gniło.

– Bo jesteś mój.

Te trzy słowa zawisły między nimi. Zastygły bez ruchu jak ich twarze wpatrujące się w siebie. Oczy bandyty zasnuł obłęd. Nagle zerwał się i tanecznym krokiem ruszył w stronę wyjścia z metra.

– Lucky! – ryknął, rozkładając ręce.

– Co? – spytał zdezorientowany Travis.

– Jestem Lucky. Zapamiętaj tę ksywę. – Psychotyczny śmiech rozległ się echem w tunelu, aż zniknął w oddali.

Travis został sam. Z krwią sączącą się z nosa i wargi, z dźwiękiem dudniącym w uszach i pulsowaniem w skroniach.

Mrugająca żarówka nad nim raz po raz przypominała, że czas jeszcze nie stanął. Choć on sam miał wrażenie, że już dawno się zatrzymał.

Zimny blask jarzeniówek rozlewał się po hali dworca. Zapach stęchłej kawy z automatu mieszał się z wonią wilgoci, która wsiąkała w betonowe ściany. Travis siedział skulony na metalowej ławce. Kolana przyciągnięte do piersi, broda oparta na rękach. Wyglądał jak cień samego siebie.

Przy nogach stał plastikowy kubek, a w środku kilka monet. Brzęk każdej z nich brzmiał jak szyderstwo. Ludzie przechodzili obok, nie zwracając na niego uwagi. Kobieta z dzieckiem przyśpieszyła kroku, jakby jego obecność mogła zabrudzić jej płaszcz. Dwóch elegancko ubranych mężczyzn spojrzało krótko i odwróciło wzrok, jakby był elementem krajobrazu, którego lepiej nie zauważać.

Głośniki informowały o odjazdach pociągów, ktoś ciągnął za sobą walizkę na kółkach, a po hali rozchodził się jednostajny dźwięk mopów, które ścierały brud. Travis czuł, że to świat, który toczy się dalej – bez niego.

Nagle znikąd wyłonił się przed nim ochroniarz. Wysoki, szeroki w barkach, z twarzą wykrzywioną grymasem znudzenia.

– Wynocha – warknął. – To nie noclegownia.

Ciąg dalszy dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział trzeci

To nie ty wybrałeś

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział czwarty

Nistor

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział piąty

Lazareth

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział szósty

Już nic nie możesz zrobić

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział siódmy

Równowaga

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.

Rozdział ósmy

Nie ma dokąd wracać

Tekst dostępny w pełnej wersji książki.