Kurczę pieczone w miłosnej marynacie - Aleksandra Wasilewska - ebook
NOWOŚĆ

Kurczę pieczone w miłosnej marynacie ebook

Aleksandra Wasilewska

4,4

322 osoby interesują się tą książką

Opis

Pierwszy tom dylogii

Dagmarie Moore ma dwadzieścia pięć lat, marchewkowo rude włosy i dramatyczny brak pewności siebie. Gdy pewnej nocy w chicagowskim metrze wpada na Alexandra Turnera – gwiazdę kina akcji i bożyszcze internetu – nie spodziewa się, że to przypadkowe spotkanie wywróci jej życie do góry nogami.

Bo to właśnie Xander składa jej propozycję nie do odrzucenia. Daggie dostaje ofertę pracy na planie filmowym jako prywatna preceptorka sztuki kulinarnej (i absolutnie nie życzy sobie, by nazywać ją kucharką). To okazja, by wyrwać się z rodzinnej restauracji, toksycznego domu i życia, w którym od lat słyszy, że nigdy nie będzie wystarczająca.

Xander bardzo szybko przestaje patrzeć na Daggie jak na zwykłą współpracownicę. Bo to dziewczyna z ciętym językiem, miękkim sercem i talentem do pakowania się w emocjonalne karuzele. I chyba właśnie dlatego Alexander coraz bardziej przepada za jej szczerością, zaczepnym humorem i sposobem, w jaki potrafi rozgrzać człowieka.

Tylko czy da się nauczyć kogoś pewności siebie, kiedy całe życie słyszał, że jest ciężarem?

Kurczę pieczone w miłosnej marynacie to pełna humoru, napięcia i emocji historia o dziewczynie, która zawsze była dla wszystkich dodatkiem… aż ktoś w końcu spojrzał na nią inaczej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (17 ocen)
12
2
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
karocky

Nie oderwiesz się od lektury

Myślałam, że to zwykły romans ale nie spodziewałam się takiego rollercoastera na koniec. Z niecierpliwością czekam na tom drugi.
40
books_with_pysia

Nie oderwiesz się od lektury

[patronat medialny | współpraca reklamowa] To naprawdę historia pełna ciętego języka humoru żartów i dogryzania sobie wzajemnie. Szczerze wam przyznam, że dawno nie czytałam żadnej komedii romantycznej i zapomniałam jaka świetna przy tym może być zabawa, a był naprawdę świetnie! Poznajemy w tej historii dwie tak naprawdę zagubione dusze, chociaż na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje. Dagmarie ma dwadzieścia pięcioletnia dziewczyna, która kocha gotowanie i pracuje z rodzinnej firmie. Mimo tego, że dziewczyna ma ogromny talent i jej potrawy są wspaniałe ona w siebie nie wierzy, a to wszystko przez ojca który za ideał uznaje siebie, a jego córka nie jest nic warta. Alexander to gwiazda kina fan nastolatek (i nie tylko) wzdycha do niego każda kobieta. Nie jest to typowa amerykańska gwiazdka zadufana w sobie i myśląca że sława i pieniądze robią z niego kogoś „lepszego”. Historia tej dwójki jest naprawdę świetna.. a całość mojej recenzji zobaczycie za jakiś czas na instagramie ...
31
Lido2022

Nie oderwiesz się od lektury

czekam ze zniecierpliwieniem na 2 tom! koncowka- totalnie nieprzewidywalna!
20
jestemtutaj

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna
10
Agata-Akasha

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna! Styl autorki tak zachęca do czytania! Historia wciąga tak jak powinna, nie ma przestojów, a romantyczny początek nie zwiastuje tego co dostaniemy na koniec. Na duży plus musi być też wyróżnienie i ukazanie w dobrej postaci toksyczności relacji z rodzicami. Jestem ciekawa jakie czyny będzie musiał wykonać główny bohater w drugim tomie żeby ….. czytajcie! :) warto
10



Dla wszyst­kich wa­lecz­nych, któ­rzy za­ufa­li so­bie bar­dziej niż cu­dzym sło­wom.

Dla wszyst­kich, któ­rzy my­śle­li, że są tłem, a od za­wsze byli całą opo­wie­ścią.

Od autorki

Dro­gi Czy­tel­ni­ku!

W mo­jej gło­wie ta hi­sto­ria jawi się jako ro­mans oby­cza­jo­wy za­wie­ra­jący głębię psy­cho­lo­gicz­ną, ele­men­ty ko­me­dii ro­man­tycz­nej i pi­kant­niej­sze sce­ny. Nie przy­cho­dzi mi na myśl od­po­wied­ni ga­tu­nek, któ­ry okre­śla­łby, jaka do­kład­nie jest ta ksi­ążka. Dla­te­go uprze­dzę Cię, że znaj­dziesz tu mnó­stwo hu­mo­ru i za­czep­nych, cu­dow­nie roz­kosz­nych dia­lo­gów mi­ędzy Dag­gie (jak skrót imie­nia mamy głów­nej bo­ha­ter­ki – Mag­gie) i Xan­drem (od Ale­xan­dra – nie Xan­de­ra) oraz ro­man­tycz­ne na­pi­ęcie. Ale oprócz tych przy­war po­ja­wia się tu rów­nież wie­le scen, któ­re mogą Cię po­ru­szyć. Bo­ha­te­ro­wie są ludz­cy, błądzą, my­ślą w po­ry­wach na­mi­ęt­no­ści, po­dej­mu­ją de­cy­zje, któ­re do­pro­wa­dza­ją do ko­niecz­no­ści pod­jęcia no­wych… Dag­ma­rie Mo­ore to dziew­czy­na, któ­ra mo­gła­by żyć bli­żej, niż my­ślisz. A wiel­ki gwiaz­dor kina ak­cji to mężczy­zna, któ­ry wi­dzi wi­ęcej – co też nie jest przy­pad­kiem.

Dla­te­go, je­śli zde­cy­du­jesz się we­jść do ser­ca tej po­wie­ści, pro­szę, spo­dzie­waj się, że mie­szan­ka przy­praw cza­sem będzie słod­ka, cza­sem pi­kant­na, a cza­sem gorz­ka lub na­wet sło­na.

W tej po­wie­ści po­ja­wią się trau­my, prze­moc psy­chicz­na czy eko­no­micz­na, dy­le­ma­ty mo­ral­ne, na­pi­ęcie emo­cjo­nal­ne oraz opi­so­we sce­ny ero­tycz­ne.

Je­śli któ­ryś z po­wy­ższych te­ma­tów jest dla Cie­bie nie­kom­for­to­wy, za­sta­nów się nad lek­tu­rą – Two­je zdro­wie i do­bro za­wsze są naj­wa­żniej­sze.

Je­śli jed­nak uznasz, że masz ocho­tę spró­bo­wać, naj­ser­decz­niej wi­tam Cię w ksi­ążce, któ­rej pi­sa­nie było jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych twór­czych przy­gód. Dag­ma­rie Mo­ore we­szła w moje ser­ce tak bar­dzo, że jej echo wy­brzmie­wa we mnie do dziś.

Chcia­ła­bym ugo­ścić Cię w po­wie­ści, któ­ra bawi, wzru­sza, a cza­sem do­da­je ru­mie­ńców. Będzie mi miło, je­śli do lek­tu­ry przy­go­tu­jesz so­bie pysz­ny na­pój lub we­źmiesz ulu­bio­ne prze­kąski. Gwa­ran­tu­ję, że gdy usi­ądziesz w naj­wy­god­niej­szej po­zy­cji, z ko­cy­kiem lub na bal­ko­nie, Dag­gie uśmiech­nie się szcze­rze.

Wi­tam Cię w ksi­ążce, któ­ra tęt­ni ży­cio­wy­mi przy­pra­wa­mi.

Roz­go­ść się – od te­raz ta opo­wie­ść na­praw­dę na­le­ży do Cie­bie.

Rozdział 1

To ten mo­ment, kie­dy uświa­da­miam so­bie, jak mało zna­czy moje ży­cie. Gdy do­sia­da się do mnie dwóch za­cho­wu­jących się bar­dzo po­dej­rza­nie mężczyzn, za­miast ucie­kać – trwo­żę się o trzy­pi­ętro­wy tort i zim­ne udka z kur­cza­ka.

Roz­glądam się po opu­sto­sza­łym wa­go­nie me­tra, ale ni­g­dzie nie do­strze­gam ra­tun­ku. W sąsied­nim skła­dzie wi­dzę kil­ka osób, mimo to się nie prze­sia­dam. Trwam dziel­nie z nie­bie­skim tor­tem ja­dącym obok mnie jako pa­sa­żer na gapę.

To cho­ler­stwo waży tonę, a kosz­to­wa­ło jesz­cze wi­ęcej. Co z tego, że to tyl­ko nie­ode­bra­ny przy­smak na baby sho­wer? Sma­ku­je wy­śmie­ni­cie, więc nie za­mie­rzam po­zwo­lić, aby się zmar­no­wał.

O ile oczy­wi­ście prze­ży­ję do mo­men­tu, gdy prze­kro­czę z nim bez­piecz­nie próg miesz­ka­nia.

Mężczy­źni są ubra­ni na czar­no, twa­rze skry­wa­ją za kap­tu­ra­mi. Nie mają żad­nych wi­docz­nych ta­tu­aży, zna­ków szcze­gól­nych. Są zu­pe­łnie prze­ci­ęt­nej wagi, ty­po­wi Ame­ry­ka­nie. Wzrost, styl, brak gra­cji – wszyst­ko prze­ci­ęt­ne.

Nie­prze­ci­ęt­ne jest je­dy­nie ich za­cho­wa­nie.

Ści­skam moc­niej alu­mi­nio­wą tac­kę z aro­ma­tycz­nym kur­cza­kiem, któ­rą trzy­mam na ko­la­nach, i z sze­ro­ko roz­war­ty­mi ocza­mi cze­kam na roz­wój sy­tu­acji.

– Masz ogień? – pyta ten, któ­ry rzu­ca się na sie­dze­nie na­prze­ciw­ko mnie.

Ten dru­gi jest cwa­ny. Opie­ra się o me­ta­lo­wą po­ręcz przy we­jściu, przez co blo­ku­je mi ewen­tu­al­ną dro­gę uciecz­ki.

– Nie, nie palę – od­pie­ram. – Ale ten za­pa­szek, któ­ry my­lisz ze swądem spa­le­ni­zny, to prze­pysz­nie upie­czo­ny kur­czak w so­sie wła­sne­go au­tor­stwa.

Sta­ram się być spo­koj­na. Co in­ne­go mogę zro­bić?

– A faj­kę?

Po­praw­ka: ten sie­dzący jest nad­zwy­czaj nie­in­te­li­gent­ny.

– Nie mam pa­pie­ro­sów, sko­ro nie palę. – Te­atral­nie prze­wra­cam ocza­mi. – Chcesz pa­łecz­kę kur­cza­ka czy całe udko?

– Nie – od­po­wia­da tro­chę głup­ko­wa­tym to­nem. Spo­gląda na tego dru­gie­go, jak­by szu­kał ra­tun­ku.

To do­bry mo­ment, aby jego rów­nież włączyć do roz­mo­wy.

– Nie je­ste­ście głod­ni? – Przy­kła­dam dłoń do po­licz­ka, aby udać nie­by­wa­łe za­szo­ko­wa­nie. – Na żó­łwi­ka! Do­cho­dzi dwu­na­sta w nocy, a wy nie je­ste­ście głod­ni? Ależ nie krępuj­cie się! Dla mo­jej ro­dzi­ny i tak star­czy.

– „Na żó­łwi­ka”? – po­wta­rza pod no­sem ten sie­dzący.

– No tak! Prze­cież ma­ło­la­tom nie wy­pa­da prze­kli­nać. Co by na to po­wie­dzia­ła moja bab­cia? – Otwie­ram opa­ko­wa­nie z kur­cza­kiem i pod­su­wam mu je pod nos.

Nie mam już żad­nej bab­ci, ale oni nie mu­szą o tym wie­dzieć. Tak samo nie mu­szą być świa­do­mi tego, że sko­ńczy­łam dwa­dzie­ścia pięć lat. Zmor­do­wa­na po pra­cy i bez ma­ki­ja­żu spo­koj­nie mogę ucho­dzić za na­sto­lat­kę.

Ten przy ba­rier­ce ru­sza szyb­ko w moją stro­nę. Chwy­ta dło­nią w ręka­wicz­ce udko z kur­cza­ka i jak gdy­by ni­g­dy nic wbi­ja w nie scy­zo­ryk.

Mhm… ta­kie buty.

– Masz może coś bar­dziej war­to­ścio­we­go? – pyta dziw­nie char­czącym gło­sem. Od­kra­wa ka­wa­łek mi­ęsa i wkła­da je do ust. – Po ta­kim pysz­nym je­dze­niu przy­da­łby nam się od­po­czy­nek, a nie stać nas na ho­tel. Do­bro­wol­nie wspo­mo­żesz po­trze­bu­jących czy po­trze­ba ma się stać nie­co bar­dziej pa­ląca?

– No wła­śnie – wtó­ru­je mu ten dru­gi. Też za­jął się kon­sump­cją, czer­wo­ny sos ka­pie mu na spodnie, a on zda­je się tym kom­plet­nie nie przej­mo­wać.

– Wpła­cam tyl­ko na za­re­je­stro­wa­ne zbiór­ki. – Za­sła­niam usta dło­nią, jak­bym chcia­ła po­wie­dzieć im coś w ta­jem­ni­cy. – Tro­chę ża­łu­ję, że w tym roku nie mogę już sprze­da­wać skau­tow­skich cia­ste­czek. Wła­śnie za­ko­ńczy­łam etap mid­dle scho­ol. – Chi­cho­czę hi­ste­rycz­nie.

Oni zaś pa­trzą po so­bie, chy­ba za­sta­na­wia­jąc się, czy na­dal je­stem war­ta ob­ra­bo­wa­nia.

W ko­ńcu co – oprócz wiel­kie­go tor­tu, tac­ki pe­łnej pi­kant­nych ka­wa­łków kur­cza­ka i na­iw­ne­go hu­mo­ru – może mieć na­sto­lat­ka?

Tru­skaw­ko­we gumy do żu­cia w ple­ca­ku?

– I sama tak so­bie je­ździsz?

– Nie jest sama – od­zy­wa się męski głos.

Ład­ny, dźwi­ęcz­ny i przy­jem­ny dla ucha, nie to, co u tych skrze­czących ga­dów.

Wszy­scy od­wra­ca­my gło­wy w lewo, skąd zmie­rza w na­szym kie­run­ku gwiaz­dor w męskim wy­da­niu.

Do­słow­nie.

– Ja je­bię! – mówi z pe­łną bu­zią sie­dzący obok nie­zna­jo­my. Jak na za­wo­ła­nie pro­stu­je się, kość kur­cza­ka wy­rzu­ca gdzieś pod sie­dze­nie, a tłu­ste dło­nie wy­cie­ra w por­t­ki.

Ten sto­jący re­agu­je mniej opi­so­wo: po pro­stu się nie ru­sza.

– Nie mó­wi­łaś, że go znasz! – krzy­czy pod­eks­cy­to­wa­ny łap­ser­dak. Od te­raz tak za­mie­rzam na­zy­wać tego bez scy­zo­ry­ka w dło­ni.

– To moja dziew­czy­na – od­po­wia­da bu­ńczucz­nie nowo przy­by­ły.

Też ma na so­bie czar­ne spodnie i czar­ny T-shirt, na nim jed­nak wszyst­ko leży ze zde­cy­do­wa­nie wi­ęk­szą gra­cją. Ko­szul­ka opi­na pi­ęk­nie za­ry­so­wa­ne mi­ęśnie, a spodnie świet­nie pod­kre­śla­ją wąską ta­lię. Jest wy­so­kim sza­ty­nem o nie­zwy­kle brązo­wych – pra­wie czar­nych – oczach. Jego pra­we przed­ra­mię zdo­bi ta­tu­aż two­rzący bran­so­let­kę zło­żo­ną z dwóch pa­sów, z le­we­go zaś na mar­ko­wym pa­sku zwi­sa rów­nie dro­gi apa­rat.

Ten to do­pie­ro wy­brał świet­ny ba­gaż do chi­ca­gow­skie­go me­tra.

– Je­steś z na­sto­lat­ką? – dzi­wi się łap­ser­dak. Pod­no­si ręce w obron­nym ge­ście. – Nic dziw­ne­go, że szla­jasz się z nią po me­trze. Tu na pew­no nie przy­dy­bią was pa­pa­raz­zi.

Fak­tycz­nie. Gęba skądś zna­jo­ma.

Cia­cho, jak gdy­by ni­g­dy nic, sia­da obok mnie i za­bor­czo ukła­da rękę za mo­imi ple­ca­mi.

– Ile chce­cie za dys­kre­cję? – pyta. – Czy dwa strza­ły w ryj będą wy­star­cza­jącą wa­lu­tą? Bo mogę sprze­dać wam ich wi­ęcej. – Roz­sia­da się wy­god­niej, jak król. Mam wra­że­nie, że zaj­mu­je sobą całą prze­strzeń w wa­go­nie.

– Au­to­graf dasz? – pyta ten ze scy­zo­ry­kiem.

Tyl­ko że… nie ma go już w dło­ni. Kur­cza­ka zresz­tą ta­kże.

Dla­cze­go tyle mi­ęsa zmar­no­wa­ło się na tej podło­dze?! Było pysz­ne. Nie ma już dziś sma­ko­szy. Do­praw­dy nie…

– Chcesz na blu­zie? – za­ga­ja jak­by od nie­chce­nia mój wy­baw­ca.

– Ja pierw­szy! – emo­cjo­nu­je się łap­ser­dak. – Pi­sa­ka masz?

– Mam.

Gwiaz­dor wy­ci­ąga bia­ły mar­ker z kie­sze­ni i usta­mi od­ci­ąga za­tycz­kę.

– Za­je­bi­ście! – Łap­ser­dak kiwa gło­wą tak, że spa­da mu kap­tur.

To ja­kiś prysz­cza­ty dwu­dzie­sto­kil­ku­la­tek. W do­dat­ku już ro­zu­miem, cze­mu char­czy – ma tak czer­wo­ny nos, że nie trze­ba być le­ka­rzem, aby do­strzec jego prze­zi­ębie­nie.

Wrze­śnio­wa po­go­da robi swo­je.

Przy­stoj­niak kręci pal­cem, aby fan się od­wró­cił, i pyta:

– Dla kogo?

– Luke Bri­gh­storm – wy­plu­wa z uśmie­chem.

– Ty idio­to – wtrąca jego to­wa­rzysz.

Idol nie­stru­dze­nie maże mu po blu­zie na ple­cach. Prze­kręcam gło­wę i do­strze­gam, że pod­pi­sał się jako Ale­xan­der Tur­ner.

– Kla­sa! – cie­szy się Luke. – Kto by po­my­ślał, że spo­tkam gwiaz­dę kina ak­cji! W me­trze! Je­steś jak ten Kinu Ri­ver…

– Ke­anu Re­eves – po­pra­wia go Ale­xan­der.

– A chuj go tam! On już miał swój czas. Te­raz ty wy­mia­tasz.

– Nie zga­dzam się. Ke­anu to le­gen­da – mó­wię do­sad­nie.

– A ty z kim sy­piasz, co? – od­pie­ra szyb­ko. – Mu­sisz ją ja­koś na­pro­sto­wać. Baba cię nie sza­nu­je.

– Już my so­bie po­roz­ma­wia­my. – Tur­ner mru­ga do nie­go.

Boże… Co za ku­tas.

Prze­cież mo­głam się oka­zać na­sto­lat­ką.

– Wy­sia­da­my, Luke. Ko­niec tego kó­łka fil­mo­we­go – in­for­mu­je ten bar­dziej sto­ic­ki, gdy po­ci­ąg za­trzy­mu­je się na sta­cji.

– Już idę! – po­krzy­ku­je Luke i zbi­ja jesz­cze męską pi­ąt­kę z Ale­xan­drem. Gdy tyl­ko wy­sia­da, a drzwi jesz­cze się za nim nie za­my­ka­ją, mówi: – Tre­vor, prze­stań być ta­kim la­mu­sem. To pie­przo­ny Ale­xan­der… Aua!

– Za­mknij się wresz­cie.

Nasz wa­gon mija ich w mo­men­cie, gdy Tre­vor ostro kle­pie zna­jo­me­go po ple­cach, a tam­ten plu­je so­sem lub krwią na szy­bę po­ci­ągu.

Jak miło.

– Je­steś cała?

– W zu­pe­łno­ści, zbo­cze­ńcu – od­po­wia­dam, na­wet na nie­go nie pa­trząc.

– Gor­sze rze­czy sły­sza­łem. Co tu masz? – Wpy­cha łap­ska do alu­mi­nio­wej tac­ki, a ja ner­wo­wo ją od­su­wam.

– Gdzie? – sy­czę. – Mama nie uczy­ła, że trze­ba umyć rącz­ki?

– Ty tak na se­rio? – Od­su­wa się tro­chę, ale umi­ęśnio­nej ręki zza mo­ich ple­ców nie za­bie­ra.

– A cze­mu nie? To je­dze­nie ma jesz­cze przy­szło­ść. – Wy­gła­dzam nie­ist­nie­jące wgnie­ce­nie, jak­by chcąc się upew­nić, że upie­czo­ny kur­czak jest „cały i zdro­wy”.

– A tort?

Podążam za jego wzro­kiem i wi­dzę spły­wa­jące klek­sy bi­tej śmie­ta­ny. Nie­po­trzeb­nie sta­wia­łam go przy na­wie­wie grzej­ni­ka.

– Je­śli przy­pad­kiem zmie­rzasz wła­śnie na chło­pi­ęce baby sho­wer, to z chęcią ci go od­sprze­dam z ja­ki­mś drob­nym ra­ba­ci­kiem.

– Do­kąd je­dziesz, mała nie­zna­jo­ma?

– Wszyst­kim ko­bie­tom wy­po­mi­nasz ich wzrost? – pry­cham. Nie musi na­bi­jać się z mo­ich stu pi­ęćdzie­si­ęciu sied­miu i pół cen­ty­me­tra.

– Czy­li jed­nak je­steś ko­bie­tą?

– A na kogo wy­glądam?

– Wy­gląda­łaś na dziew­czyn­kę w nie­złych opa­łach. Na­zwa­łaś mnie jed­nak zbo­cze­ńcem, więc fak­tycz­nie mo­głem dać się na­brać na te na­ście lat. Nie mów tak wi­ęcej.

Mru­żę gniew­nie oczy i prze­wier­cam go spoj­rze­niem.

– To na ile lat ci wy­glądam?

Mie­rzy mnie uwa­żnie wzro­kiem, roz­pie­ra­jąc się wy­god­nie na sie­dze­niu.

– Da­łbym ci dwa­dzie­ścia je­den. – Uśmie­cha się za­wa­diac­ko. – Ale tyl­ko dla­te­go, że jest mi to na rękę.

Wy­wra­cam ocza­mi i bur­czę coś pod no­sem.

– Nie mu­sisz już przy­pad­kiem wy­sia­dać? – py­tam wście­kła.

– Od­pro­wa­dzę cię do domu. – Kiwa za­da­nio­wo gło­wą.

– Fan­ta­stycz­nie. To cho­dź – mó­wię, szyb­ko wsta­jąc, gdyż po­ci­ąg wła­śnie ko­ńczy swój bieg na sta­cji North/Cly­bo­urn. – Tyl­ko pa­mi­ętaj o tor­cie. Jest ci­ężki, więc przy­da­dzą mi się two­je mi­ęśnie – wy­ma­wiam ostat­nie sło­wo ni­czym ży­cze­nie, bez­czel­nie obła­pia­jąc Ale­xan­dra wzro­kiem.

Uśmie­cha się pod no­sem i usłu­żnie chwy­ta cia­sto. Sta­ję przy wy­jściu, a on tuż za mną.

– Za­wsze je­steś taka nie­grzecz­na dla ido­li?

– Nie znam cię – rzu­cam krót­ko.

Za­raz po­tem wy­cho­dzi­my na moc­no roz­świe­tlo­ną sta­cję. Kro­ki kie­ru­ję w stro­nę scho­dów, po któ­rych wspi­na­my się łeb w łeb.

Może przy­da­łby mi się taki tra­garz na co dzień w re­stau­ra­cji? Spraw­nie mu wy­cho­dzi po­ru­sza­nie się z tor­tem za­sła­nia­jącym wi­dok.

– Szu­kasz może pra­cy?

Śmie­je się w od­po­wie­dzi.

– Nie. Ak­tu­al­nie mam do­bry an­gaż.

– No co ty nie po­wiesz… – mru­czę. – Ke­anu Re­eve­sa znam, ale cie­bie kom­plet­nie nie ko­ja­rzę. Je­steś pe­wien, że to do­bre zle­ce­nie?

– Przy­naj­mniej wiesz, że je­stem ak­to­rem.

– Nie po two­ich umie­jęt­no­ściach – szep­czę pod no­sem.

– Słu­cham?

– Nie po two­jej fil­mo­gra­fii – mó­wię gło­śniej. – Mam dość spraw­ny umy­sł i ro­zu­miem, co to ozna­cza, gdy ktoś mówi o to­bie „gwiaz­da kina ak­cji”.

– Je­steś wred­na.

– Nie. Mam po pro­stu dużo pra­cy w ży­ciu. A tych wol­nych chwil wy­tchnie­nia z pew­no­ścią nie spędzam na sie­dze­niu w nie­wy­god­nych sa­lach ki­no­wych.

Wy­cho­dzi­my na świe­że po­wie­trze.

– To gdzie te­raz?

– Po­staw tort na kur­cza­ku. Da­lej już za­bio­rę się sama.

– To ra­czej nie wy­trzy­ma pre­sji. – Pa­trzy z po­wąt­pie­wa­niem na alu­mi­nio­wą tac­kę w mo­ich rękach.

– Prze­cież do­nio­słam to ja­koś do me­tra, to i w dro­dze do domu dam radę.

– Za­wsze tak dzi­ęku­jesz za ra­tu­nek?

– A kie­dy niby mnie ura­to­wa­łeś? To nie był fil­mo­wy sce­na­riusz, w któ­rym przy­stoj­niak w od­po­wied­nim mo­men­cie wkra­cza w ży­cie sza­rej mysz­ki i roz­ko­chu­je ją w so­bie do sza­le­ństwa. Nie ży­je­my w ko­me­dii ro­man­tycz­nej. Daj ten tort – po­ga­niam go. – Chcę iść spać.

– Obie­ca­łem, że od­pro­wa­dzę cię do domu. Zresz­tą ni­g­dy nie wiesz, czy nie na­tkniesz się na ko­lej­nych zbi­rów.

– Coś bym wy­my­śli­ła.

– Znów uda­wa­ła­byś na­iw­ną na­sto­lat­kę? To twój su­per plan?

– Och, na żó­łwi­ka! – Ru­szam przed sie­bie.

Do miesz­ka­nia ro­dzi­ców, w któ­rym wspa­nia­ło­my­śl­nie po­zwa­la­ją mi rów­nież miesz­kać, mam rap­tem kil­ka mi­nut spa­ce­rem. To plu­sy ży­cia w Chi­ca­go – mie­ście z do­sko­na­le roz­wi­ni­ętym trans­por­tem pu­blicz­nym.

Mi­nu­sem są na­tręt­ni ak­to­rzy pa­stwi­ący się nade mną od cza­su do cza­su.

– Jak się na­zy­wasz?

– „Jak się na­zy­wasz?” – prze­drze­źniam go. – „Ile masz lat?” Mój roz­miar sta­ni­ka też chcesz czy ła­ska­wie to so­bie od­pu­ścisz?

– Ra­czej spe­cjal­nie go nie po­trze­bu­jesz – stwier­dza, pa­trząc z uko­sa na moje cyc­ki.

Przy­tu­lam do sie­bie moc­niej kur­cza­ka i pło­nę ru­mie­ńcem nie­na­wi­ści.

– Cham, bu­rak i pro­stak.

– Cy­tu­jesz mo­ich an­ty­fa­nów. Ra­nisz moje bied­ne ser­ce.

– Gra­łeś wam­pi­ra, więc może go nie masz.

– O! Czy­li jed­nak ogląda­łaś coś z moim udzia­łem.

– Nie – uci­nam krót­ko. – Po dro­dze mi­ja­li­śmy sta­ry pla­kat w me­trze. Mi­gnęło mi two­je na­zwi­sko.

– Je­steś dziw­na.

– To ty na mnie wpa­dłeś i nie chcesz się od­cze­pić, więc nie na­rze­kaj.

– Mia­łbym w za­na­drzu kil­ka do­brych ar­gu­men­tów, ale nie będę ich mar­no­wał na taką ma­ru­dę.

– Jak so­bie chcesz.

W ci­szy do­cie­ra­my pod wła­ści­wy apar­ta­men­to­wiec.

– Któ­re pi­ętro?

O nie. Przy­sta­ję zdębia­ła na­głym stra­chem. Z pew­no­ścią nie wej­dzie ze mną na górę. Jesz­cze tego mi bra­ku­je, żeby przy­pad­kiem spo­tkał się z mamą, któ­ra jest za­pa­lo­ną fil­mo­żer­czy­nią. Je­stem prze­ko­na­na, że je­śli ten ak­to­rzy­na grał w czym­kol­wiek, co jest do­stęp­ne na któ­re­jś z plat­form stre­amin­go­wych, moja mama na pew­no go ko­ja­rzy.

– Cia­sto wje­dzie już win­dą. Nie mu­sisz od razu wpy­chać mi się do lo­dów­ki.

– To śmiesz­ne, że na­wet nie wiesz, jak często z niej wy­ska­ku­ję. Dasz mi cho­ciaż spró­bo­wać tego kur­cza­ka?

– A masz jak za­pła­cić?

– Go­tów­ką czy w na­tu­rze?

Po­sy­łam mu ska­mie­nia­łą minę, któ­ra mówi chy­ba wi­ęcej niż ty­si­ąc słów.

– W kie­sze­ni mam dwa­dzie­ścia do­la­rów. Si­ęgnij so­bie.

Wzru­szam ra­mio­na­mi, prze­kła­dam tac­kę na jed­no bio­dro i wol­ną dłoń wpy­cham w opi­ęte je­an­sy. Za­chłan­nie grze­bię, ale po­mi­mo chęci nie je­stem w sta­nie zlo­ka­li­zo­wać bank­no­tu.

– Spró­buj w tej ja­jecz­nej.

„JA­JECZ­NEJ”?!

Wy­ci­ągam dłoń jak opa­rzo­na i po­now­nie chwy­tam obu­rącz alu­mi­nio­wą tac­kę. Z obrzy­dze­niem stwier­dzam, że wła­śnie ca­łkiem do­kład­nie ob­ma­ca­łam go po du­pie.

– Jak dasz mi już spo­kój, będziesz mógł za­brać ca­łe­go cho­ler­ne­go kur­cza­ka.

– Do kogo mó­wisz? – Po­dzi­wia szczyt apar­ta­men­tow­ca i uda­je, że nie zwra­ca na mnie uwa­gi.

Wiem, cze­go chce.

– Go­rzej niż z dziec­kiem. Idź już so­bie, Ale­xan­drze Tur­ne­rze.

– Wy­star­czy­łby Xan­der. I nie pój­dę, do­pó­ki nie po­wiesz mi, ile masz lat i jak się na­zy­wasz.

– Prze­cież to nie­wa­żne. Już wi­ęcej się nie spo­tka­my.

– Tak będzie fair. Mnie wpi­szesz so­bie w Go­ogle i zdo­będziesz wszyst­ko, cze­go du­sza za­pra­gnie.

– Pew­nie po­ło­wa z tego jest nie­praw­dą.

– Dla­te­go po­wie­dzia­łem, że znaj­dziesz, cze­go du­sza za­pra­gnie. A ja chcia­łbym je­dy­nie wie­dzieć, komu ura­to­wa­łem dziś ży­cie.

– Moje ży­cie nie było za­gro­żo­ne. Oskal­po­wa­ny zo­stał je­dy­nie nie­ży­wy kur­czak.

– Do­brze, jak chcesz. – Sia­da na schod­kach pro­wa­dzących do wie­żow­ca, a ja ko­pię go lek­ko bu­tem w łyd­kę.

– Je­steś bez­dom­ny?

– Zu­pe­łnie nie.

– To bierz tego kur­cza­ka – wpy­cham mu tac­kę w dło­nie – i zmia­taj do domu.

– Pra­cu­jesz w re­stau­ra­cji przy Sta­te Stre­et?

Mro­zi mnie. Skąd wie? Śle­dził mnie czy jak?

– Spo­koj­nie. Tu prze­czy­ta­łem. – Wska­zu­je pal­cem na dol­ny róg kar­to­no­we­go opa­ko­wa­nia z tor­tem. – Trud­no nie za­pa­mi­ętać ad­re­su, gdy przez kil­ka mi­nut masz go cen­tral­nie przed twa­rzą.

– To gro­źba?

Prze­wra­ca ocza­mi i kręci gło­wą.

– Dag­ma­rie Mo­ore, dwa­dzie­ścia pięć lat – wy­plu­wam.

Wolę to, niż żeby z czy­stej prze­ko­ry na­cho­dził mnie w pra­cy.

On zda­je się za­do­wo­lo­ny od­po­wie­dzią. Uwa­żnie ob­je­żdża mnie wzro­kiem.

Cie­ka­we, co naj­bar­dziej rzu­ci­ło mu się w oczy.

Uty­tła­ny far­tuch i roz­kle­ko­ta­ne tramp­ki czy fir­mo­wa bluz­ka, któ­rej ró­żo­wy ko­lor z pew­no­ścią nie pa­su­je do mo­jej bla­dej cery, ru­dych wło­sów do ra­mion i zie­lo­nych oczu.

– Och, no do­bra. – Wy­ci­ągam do nie­go dłoń. – Dag­gie – przed­sta­wiam się. – Idź już. Je­śli kie­dyś przy­pad­kiem się jesz­cze spo­tka­my, ocze­ku­ję pie­śni po­chwal­nych na te­mat mo­jej au­tor­skiej ma­ry­na­ty do mi­ęsa. I to na tyle. Xan­der idzie do domu.

Pod­no­si się i do­pie­ro te­raz za­uwa­żam, jak bar­dzo nade mną gó­ru­je. Je­stem prze­ko­na­na, że jest mi­ędzy nami wi­ęcej niż trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów ró­żni­cy.

Jego lek­ko kręco­ne, brązo­we wło­sy zmy­sło­wo opa­da­ją na pi­ęk­nie opa­lo­ne czo­ło, a kwa­dra­to­wa szczęka pod­kre­śla wy­dat­ne ko­ści po­licz­ko­we…

Jezu.

O czym ty my­ślisz, Dag­ma­rie?

Otrząsam się z chwi­lo­we­go wa­riac­twa i za­dzior­nie uno­szę pod­bró­dek.

– Po­cze­kam, aż znik­niesz w drzwiach – na­chy­la się nade mną – ru­dziel­cu.

Jego od­dech owie­wa szczyt mo­jej gło­wy, co elek­try­zu­je kil­ka wło­sków, któ­re przy­cze­pia­ją się do jego ust.

Sama też spi­nam się jak na­elek­try­zo­wa­na.

– Smacz­ne­go – rzu­cam i zni­kam za szkla­ny­mi drzwia­mi bu­dyn­ku.

Do­pie­ro tam bio­rę głębo­ki wdech. Już chcę iść w stro­nę win­dy, ale od­wra­cam się, bo mam pu­ste ręce.

Ra­czę go chwi­lą swo­je­go upo­ko­rze­nia – co­fam się i za­bie­ram cia­sto. Na od­chod­ne upew­niam się, że Ale­xan­der do­sko­na­le wi­dzi re­cep­to­ry sma­ko­we na moim języ­ku.

Rozdział 2

Nie wy­spa­łam się kom­plet­nie, ale przy­naj­mniej na tar­gu sta­ro­ci uda­ło mi się ku­pić prze­pi­ęk­ną sta­rą kasę skle­po­wą, któ­ra będzie zdo­bić na­szą ladę.

Zdo­by­łam ją za ta­kie gro­sze, że wy­szło wła­ści­wie pó­łdar­mo. Je­dy­nym pro­ble­mem oka­za­ło się do­star­cze­nie jej do re­stau­ra­cji. Wy­tłu­kłam się z nią przez pół mia­sta, obi­łam dwa pal­ce u sto­py i ro­ze­rwa­łam ulu­bio­ne raj­sto­py z na­dru­kiem ko­cich łeb­ków, ale w ko­ńcu do­ta­rłam do celu pod­ró­ży. Ro­dzin­nej re­stau­ra­cji o wdzi­ęcz­nej na­zwie Qu­eue. Fir­my pro­wa­dzo­nej w du­chu sze­śćdzie­si­ęcio­let­niej już tra­dy­cji – go­tu­je­my, co umie­my naj­le­piej. W ten spo­sób w na­szym menu od dzie­si­ęcio­le­ci gosz­czą te same po­tra­wy, któ­re ści­ąga­ją tłu­my klien­tów, przy­cho­dzących mi­ędzy in­ny­mi na pie­czo­ne­go w pi­wie kur­cza­ka.

Nasz lo­kal jest świet­nie usy­tu­owa­ny, przy bar­dzo ru­chli­wej uli­cy, w oto­cze­niu bu­dyn­ków użyt­ku pu­blicz­ne­go, jak sąd, te­atr czy szko­ły. Nie­da­le­ko znaj­du­je się rów­nież Park Mi­le­nij­ny1.

Wie­dzie­li­śmy, że do­bre da­nie obia­do­we lub świe­ża ka­nap­ka na chle­bie wła­snej pro­duk­cji za­pew­nią nam po­pu­lar­no­ść.

I tak też się sta­ło. Do Qu­eue za­wsze jest ko­lej­ka – cho­cia­żby kil­ku­oso­bo­wa w lo­ka­lu.

– Prze­pra­szam pa­ństwa! – krzy­czę, pró­bu­jąc prze­jść przez drzwi. – Pro­szę zro­bić mi miej­sce, mam ci­ężką kasę!

Nie do ko­ńca wi­dzę, czy ko­goś nie ta­ra­nu­ję, bo sku­piam się na tym, aby nie zrzu­cić żad­ne­mu z cze­ka­jących me­ta­lo­we­go pu­dła na nogę. Nie­ste­ty trącam wy­su­ni­ętą szu­fla­dą zde­ner­wo­wa­ną klient­kę.

– Ka­żdy z nas cze­ka w ko­lej­ce! – po­krzy­ku­je męski głos.

– To świet­nie. Mamy dziś pysz­ne ka­nap­ki z pie­czo­nym kur­cza­kiem. To spe­cjal­no­ść sze­fo­wej!

Sa­pię jak ro­dząca ko­bie­ta i ostat­kiem sił wrzu­cam kasę fi­skal­ną za próg re­stau­ra­cji. Dum­na z sie­bie sta­ję w po­zie su­per­bo­ha­ter­ki i roz­glądam się po wnętrzu lo­ka­lu.

Wszyst­kie sto­li­ki są za­jęte, Har­ry zaś w du­żym sku­pie­niu ob­słu­gu­je płat­no­ści. Ju­les i Tara za­pew­ne krząta­ją się w kuch­ni, kro­ją kur­cza­ka, któ­re­go szy­ko­wa­łam wczo­raj wie­czo­rem, aby dziś spo­koj­nie móc udać się na targ.

– Nie­chże pani to prze­su­nie z ła­ski swo­jej – od­zy­wa się ja­kiś nie­wy­so­ki klient. W ręku trzy­ma ku­bek z kawą, a w dło­ni za­pa­ko­wa­ną ka­nap­kę z pe­klo­wa­ną wo­ło­wi­ną. – To wy­so­ce nie­kul­tu­ral­ne. Mło­dzież! – Cmo­ka, mi­ja­jąc mnie w we­jściu.

To może byś po­mó­gł cher­la­wej strong­men­ce, sko­ro je­steś taki mądry?!

– Da­waj, ra­zem to prze­su­nie­my. – Słod­ki głos Tary roz­brzmie­wa po mo­jej pra­wej.

Wspól­nie prze­py­cha­my kasę na za­ple­cze.

To ko­cha­na dziew­czy­na, pe­łna sło­ńca i wi­go­ru. Z po­cho­dze­nia Ni­ge­ryj­ka, a buj­nych kszta­łtów za­zdro­ści jej nie­jed­na ko­bie­ta. Prze­pi­ęk­ne afro ma ści­ęte tuż za uchem, przez co wy­gląda, jak­by cho­dzi­ła w czar­nej au­re­ol­ce. Mo­gła­by zo­stać mo­del­ką, ona jed­nak upar­cie twier­dzi, że ma­rzy jej się ka­rie­ra ak­tor­ki. Na­wet ostat­nio do­sta­ła ja­kiś mały epi­zod w se­ria­lu me­dycz­nym. Wszy­scy moc­no trzy­ma­my za nią kciu­ki. Do­ra­bia u nas po szko­le i zbie­ra na wy­ma­rzo­ne stu­dia ak­tor­skie na Ju­il­liard2.

– Co się sta­ło z two­imi raj­sto­pa­mi?

– Wiem, to moja ostat­nia para. – Krzy­wię się.

– Może to i do­brze. – Tara wzru­sza ra­mio­na­mi. – Zdej­mij je i wy­eks­po­nuj nogi. Są prze­pi­ęk­ne.

– Ale je­stem w pra­cy.

– Gdzie so­bie sze­fu­jesz. Prze­cież sama sie­bie nie wy­rzu­cisz. – Kle­pie mnie po ra­mie­niu. – Jak ty da­łaś radę do­jść tu z tą kupą zło­mu? Kręgo­słup mo­żna przy tym zła­mać.

– Była ta­nia – rzu­cam, jak­by to był naj­wa­żniej­szy ar­gu­ment w dys­ku­sji. – Star­czy­ło mi­ęsa?

– Wła­śnie się sko­ńczy­ło – od­po­wia­da Ju­les, któ­ra aku­rat przy­szła do nas z kuch­ni. – Chcesz ją od razu po­sta­wić na la­dzie?

– Tak.

To do­bry po­my­sł. Po­sta­wi­my ją tam i już ni­g­dy wi­ęcej nie będę mu­sia­ła jej dźwi­gać.

Ju­les to ru­mia­na blon­dyn­ka. Twier­dzi, że jest sil­niej­sza niż nie­je­den chłop – i po praw­dzie też by­ła­bym w sta­nie stwier­dzić, że mało któ­ry fa­cet jest sil­niej­szy od niej. Ona po pro­stu ma krze­pę. W do­dat­ku ko­cha swo­je­go ber­ne­ńczy­ka – Mi­sia – więc ca­łkiem do­brze się skła­da, że bez pro­ble­mu nad nim pa­nu­je, bo zwie­rzę cza­sa­mi za­mie­nia się w ist­ne­go nie­dźwie­dzia na smy­czy.

Ju­les z ła­two­ścią chwy­ta kasę i nie za­wra­ca­jąc ni­ko­mu gło­wy, w kil­ku kro­kach za­no­si ją na skle­po­wą ladę.

Truch­tam w jej cie­niu jak małe dziec­ko, cie­sząc się, że całą za­ku­po­wą wy­pra­wę mam już za sobą.

– Cze­ść, Ru­dol­fie – wita się ze mną Har­ry, jed­no­cze­śnie ob­słu­gu­jąc klien­ta.

– Spa­daj stąd. – Prze­py­cham go bio­drem i przej­mu­ję prym za ladą. – Dzień do­bry, co mogę po­dać?

– Rety, ale się zmęczy­łem.

– Ty się zmęczy­łeś? Spójrz na mnie! – Wzdy­cham.

Mamy wła­śnie go­dzin­ną prze­rwę w funk­cjo­no­wa­niu re­stau­ra­cji i wszy­scy usie­dli­śmy do wspól­ne­go obia­du.

– Wła­śnie wi­dzę. Po­szło ci oczko – stwier­dza Har­ry.

– Żeby tyl­ko jed­no. – Od­chy­lam się na krze­śle i pra­wie pa­dam tru­pem, gdy wi­dzę, jak wiel­kie dziu­ry mam w raj­sto­pach. – To bar­dziej gołe nogi niż nogi w raj­sto­pach.

– Dla­cze­go ich nie zdej­miesz?

– To samo jej mó­wi­łam – wtrąca Tara po­mi­ędzy kęsa­mi ma­ka­ro­no­wej uczty.

Har­ry to w rze­czy­wi­sto­ści Ste­wart, ale wszy­scy na­zy­wa­my go tak, bo jest ry­żym i w do­dat­ku nie­zwy­kle przy­stoj­nym mężczy­zną. Wy­gląda jak bry­tyj­ski ksi­ążę, dla­te­go okrzyk­nęli­śmy go Har­rym. W do­dat­ku to naj­mil­szy fa­cet, ja­kie­go znam. I pa­rzy naj­lep­szą kawę w mie­ście – a to nie­za­prze­czal­ne źró­dło wie­lu na­piw­ków.

– Nie ma­cie za­pa­so­wych raj­stop?

Obie dziew­czy­ny prze­cząco ma­cha­ją gło­wa­mi.

– Ja­kie chcesz? Sko­czę do skle­pu i ci ku­pię.

– Na­praw­dę? – Roz­pro­mie­niam się.

– Ja­sne. Z chęcią roz­pro­stu­ję nogi.

– Kar­tę mam w le­wej kie­sze­ni to­reb­ki. Dzi­ęku­ję.

– Mhm… – mru­czy, po czym szyb­ko ko­ńczy swo­ją por­cję ma­ka­ro­nu. – Wyj­dę od za­ple­cza. Strasz­ny tłum. – Wska­zu­je kciu­kiem na we­jście głów­ne.

– Wy­cho­dzę dziś wcze­śniej – stwier­dza Ju­les. – Pa­mi­ęta­cie o tym, praw­da?

– Pew­nie, że tak. Ju­tro li­czę na wszyst­kie szcze­gó­ły.

Ju­les ma dziś wie­czo­rem za­pla­no­wa­ną rand­kę z Ali­ce – miej­sco­wą bi­blio­te­kar­ką. Wszy­scy je­ste­śmy żąd­ni plo­tek, bo nikt z na­szej czwór­ki nie wie­dzie szczęśli­we­go ży­cia uczu­cio­we­go.

Na­gle do­bie­ga­ją nas strasz­nie ja­zgo­tli­we pi­ski oraz pu­ka­nie w głów­ną szy­bę.

– O w pie­cza­rę! – prze­kli­na Tara, a z wi­del­ca na ta­lerz zsu­wa się jej ma­ka­ron. – Pa­trz­cie, kto stoi za drzwia­mi!

Od­wra­cam się i do­sta­ję tiku ner­wo­we­go. Moja po­wie­ka za­czy­na żyć wła­snym ży­ciem.

Przez szkla­ne drzwi ma­cha do mnie pie­przo­ny Ale­xan­der Tur­ner i jesz­cze bez­czel­nie wska­zu­je na klam­kę.

A co mu się nie po­do­ba na ze­wnątrz? Sza­lo­ne gro­no roz­wrzesz­cza­nych fa­nek, któ­re ci­ągną go za kurt­kę, spodnie i cho­le­ra wie, za co jesz­cze? Może im też wci­snął kit o dwu­dzie­sto­do­la­rów­ce w tyl­nej kie­sze­ni?

– To któ­ra z nas otwie­ra? – pyta roz­e­mo­cjo­no­wa­na Tara. – Mogę ja? Pro­szę, pro­szę, pro­szę! O mat­ko, je­stem jego fan­ką.

– Mamy prze­rwę. To nie in­sty­tut fil­mo­wy, że mamy otwie­rać po­dwo­je, bo u ich bram stoi ja­kiś ak­tor – wy­łusz­czam kąśli­wie swo­je zda­nie.

– Wy­ni­ki sprze­da­żo­we nam pod­sko­czą! – Tara z tym zda­niem na ustach po­pra­wia szyb­ko su­kien­kę i mknie w pod­sko­kach, aby wpu­ścić swo­je­go ido­la.

Na se­kun­dy ogłu­sza nas ka­ko­fo­nia krzy­ków, gdy Xan­der wcho­dzi do środ­ka, a po­tem od­głos no­sów roz­bi­ja­nych o za­mkni­ęte drzwi.

– O mój Boże! O mój Boże! O mój Boże! O mój…

– Tara – na­po­mi­na­my ją ra­zem z Ju­les.

Wy­da­je się strasz­nie skrępo­wa­na, ale wy­ci­ąga drżącą dłoń, któ­rej wierzch kur­tu­azyj­nie ca­łu­je Tur­ner. Za drzwia­mi roz­le­ga się zbio­ro­we wes­tchnie­nie.

Czy tam ma­so­we omdle­nie stu­le­cia.

– To za­szczyt! Je­stem ogrom­ną fan­ką. Uwiel­biam cię w Psie na ba­kier, a już naj­bar­dziej w sce­nie, w któ­rej jako ostat­ni czy­sty gli­na wal­czysz z ca­łym po­ste­run­kiem sko­rum­po­wa­nych świń!

– Cho­dzi o sce­nę, w któ­rej zdej­mu­ję górę uni­for­mu, aby nie krępo­wa­ła mo­ich ru­chów?

– O tak! – Wzdy­cha roz­anie­lo­na. – Wy­jąłeś mi to z ust.

– Miło mi. Alex Tur­ner – przed­sta­wia się.

– Wiem – od­po­wia­da tak na­mi­ęt­nie, że aż się dzi­wię, że jesz­cze się na nie­go nie rzu­ci­ła.

– To Tara – przed­sta­wiam ją. – A to Ju­les. Jest jesz­cze Har­ry, ale na chwi­lę wy­sze­dł.

Tara wci­ąż nie pusz­cza jego dło­ni i pa­trzy na nie­go jak na ja­kieś bó­stwo.

– Cze­ść, mar­chew­ko. – Szcze­rzy zęby w uśmie­chu.

– Ech, je­steś mało ory­gi­nal­ny. – Od­wra­cam się do sto­łu i za­bie­ram za dal­szą kon­sump­cję.

– Co je­cie?

– Ma­ka­ron w so­sie be­sza­me­lo­wo-szpi­na­ko­wym, na sza­lot­ce z kre­wet­ka­mi i odro­bi­ną pa­prycz­ki chi­li – od­po­wia­da od razu Tara. – Chcesz tro­chę? Na­ło­żę ci.

Zrób mu przy oka­zji ope­ra­cję mig­da­łków języ­kiem.

– Ob­słu­żę się, dzi­ęki. – Xan­der si­ęga po szczyp­ce, któ­ry­mi nie­po­rad­nie prze­rzu­ca ma­ka­ron na ta­lerz.

Mru­żę oczy, bo krew się we mnie go­tu­je, gdy ten ak­to­rzy­na szo­ru­je me­ta­lem o jed­ną z mo­ich ulu­bio­nych pa­tel­ni. Za­raz po­tem od­su­wa so­bie krze­sło obok mnie, przez co jesz­cze łap­czy­wiej jem ma­ka­ron. Wy­gląda to pew­nie nie­este­tycz­nie, ale przy­naj­mniej nie mu­szę już z nim roz­ma­wiać.

– Wczo­raj­szy kur­czak był nie­do­pra­wio­ny.

Krztu­szę się wiel­ką kulą glu­te­nu.

– Nie wie­dzia­łam, że zna­cie się na tyle, że już pró­bo­wa­łeś jej po­pi­so­we­go da­nia – mówi Ju­les.

– No wła­śnie – wtrąca wi­docz­nie za­zdro­sna Tara.

– Jak to nie­do­pra­wio­ny?! – wy­du­szam py­ta­nie ra­zem z resz­tą nad­gry­zio­ne­go ma­ka­ro­nu.

Może wy­gląda to nie­ele­ganc­ko, ale nie będę ry­zy­ko­wa­ła ży­ciem, żeby tyl­ko przy­pad­kiem nie wy­jść przed kimś na nie­zbyt kul­tu­ral­ną.

– Zwy­czaj­nie. Za­bra­kło ty­mian­ku.

Wci­ąga ma­ka­ron i mru­czy z za­chwy­tem. Ten wi­docz­nie mu sma­ku­je. A moje dzie­ło po­pi­so­we – płod­no­ść mych rąk i ar­tyzm kub­ków sma­ko­wych – już go nie za­chwy­ci­ło?!

– Nie­praw­da. Do­da­łam go.

– Może za mało – od­po­wia­da po­mi­ędzy kęsa­mi.

– Ona za­wsze do­da­je wszyst­kie­go w punkt – bro­ni mnie Ju­les.

– Może tym ra­zem jej nie wy­szło? – pyta Tara ze zbyt sły­szal­ną na­dzie­ją w gło­sie.

– Mło­da! Prze­gi­nasz – upo­mi­na ją blon­dyn­ka.

– To jak z tym kur­cza­kiem? – bur­czę, choć tak na­praw­dę ze ści­śni­ętym żo­łąd­kiem cze­kam na wer­dykt.

Xan­der na­chy­la się w moim kie­run­ku i, bu­du­jąc na­pi­ęcie, ob­li­zu­je so­czy­ste war­gi.

So­czy­ste od sosu… nie że­bym pa­trzy­ła na jego usta.

– Prze­pysz­ny – szep­cze, a w mo­ich uszach brzmi to jak piesz­czo­ta i chy­ba na­wet mój kręgo­słup by się ze mną zgo­dził w tej kwe­stii, bo czu­ję w nim przy­jem­ne mro­wie­nie.

– To cze­mu mnie nie­po­trzeb­nie stra­szysz? – py­tam.

– Stra­szę? Aż tak przej­mu­jesz się moją opi­nią?

– Przej­mu­ję się opi­nią ka­żde­go nie­za­do­wo­lo­ne­go klien­ta.

– Ale ja nic jesz­cze nie ku­pi­łem, mar­chew­ko.

– Prze­stań mnie tak na­zy­wać – char­czę.

– Zmuś mnie.

Przez chwi­lę mie­rzy­my się na spoj­rze­nia. Kątem oka wi­dzę, jak Tara nie­po­strze­że­nie wsu­wa kil­ka ser­we­tek do biu­sto­no­sza. To mnie de­kon­cen­tru­je i przy­pad­kiem zje­żdżam wzro­kiem na ta­tu­aż wy­sta­jący spod de­kol­tu jego bluz­ki.

– To koza – pod­su­wa roz­wi­ąza­nie za­gad­ki.

– Dla­cze­go?

– Bo to jego chi­ński znak zo­dia­ku – wtrąca się Tara. – Nie czy­tasz ga­zet?

– Po co, sko­ro mam spe­ca od za­dań spe­cjal­nych?

Mile po­łech­ta­na kom­ple­men­tem do­po­wia­da:

– Po­proś, żeby po­wie­dział ci, co ozna­cza­ją te pętle na jego przed­ra­mie­niu.

– On tu sie­dzi – od­po­wia­dam.

– Po­wiedz jej, Alex.

– Wiesz co, Taro? Ty pew­nie opo­wiesz tę hi­sto­rię o wie­le le­piej. – Opie­ra się na krze­śle i daje jej pole do snu­cia opo­wie­ści.

– Alex ma wła­sną teo­rię na te­mat ca­ło­ści. Uwa­ża, że naj­pierw ro­dzi­my się jako ca­ło­ść, a do­pie­ro pó­źniej, przez resz­tę ży­cia, od­kry­wa­my praw­dzi­we­go sie­bie. Stąd ta cien­ka ob­wód­ka ozna­cza­jąca na­ro­dzi­ny i dru­ga będąca sym­bo­lem na­szej doj­rza­łej kom­plet­no­ści. Obie li­nie są pe­łne, lecz ka­żda jest inna. Pierw­szą do­sta­je­my w kom­ple­cie z ge­na­mi ro­dzi­ców. Dru­gą two­rzy­my zu­pe­łnie sami.

Spo­glądam na nie­go odro­bi­nę ina­czej. Nie po­sądza­ła­bym go o ta­kie prze­my­śle­nia fi­lo­zo­ficz­ne, ale jego punkt wi­dze­nia jest dość kla­row­ny. To so­bie za­wdzi­ęcza­my swój praw­dzi­wy ca­ło­kszta­łt.

O ile to rze­czy­wi­ście jego prze­my­śle­nia i pi­sma­ki nic nie zna­din­ter­pre­to­wa­ły.

– To ład­na przy­po­wie­ść.

– Może usły­szysz kie­dyś wi­ęcej – mówi enig­ma­tycz­nie.

– Je­stem! – roz­brzmie­wa głos Har­ry’ego. Za­raz po­tem wy­ła­nia się od stro­ny kuch­ni i przy­sta­je zdzi­wio­ny.

– To twój brat?

– Co? Ależ nie! – Śmie­ję się. – To Har­ry, moja pra­wa ręka. Do­słow­nie.

– Alex Tur­ner – przed­sta­wia się i ma­cha mu.

– Spo­ko – od­po­wia­da zdaw­ko­wo. – Dag­ma­rie, były tyl­ko czar­ne. – Wci­ska mi do ręki opa­ko­wa­nie z cien­ki­mi raj­sto­pa­mi z na­dru­ko­wa­nym wzo­rem drob­nych ser­du­szek.

– Je­steś cu­dow­ny, dzi­ęku­ję!

Cała się roz­pro­mie­niam i z uśmie­chem na twa­rzy śmi­gam do ła­zien­ki, aby się prze­brać.

Sta­ję na to­a­le­cie, by zo­ba­czyć w lu­strze, jak wy­gląda­ją te­raz moje nogi. I jest to cu­dow­ny wi­dok. Czar­ne raj­sto­py do­brze wspó­łgra­ją z bia­łą, swe­ter­ko­wą su­kien­ką. Jest dość opi­ęta, ale wy­glądam w niej doj­rza­lej, a to po­dwo­iło moje szan­se na po­ran­nym pchlim tar­gu.

Za­do­wo­lo­na z efek­tu wra­cam do to­wa­rzy­stwa.

– Ślicz­nie wy­glądasz – kom­ple­men­tu­je Har­ry.

– To fak­tycz­nie ład­na kom­po­zy­cja – zga­dzam się z nim.

Ale­xan­der pry­cha gło­śno. Mru­żę oczy i spo­glądam na nie­go wo­jow­ni­czo.

– Coś ci się nie po­do­ba?

– Nie je­steś moją sze­fo­wą, więc nie za­mie­rzam ci się pod­li­zy­wać, ale nie zga­dzam się z ru­dym.

– Prze­cież wy­gląda ład­nie – do­da­je Ju­les.

– Ale nie wy­gląda ślicz­nie.

– Spier­da­laj – bu­rzy się Har­ry.

– Ona cała po pro­stu jest ślicz­na. Co­kol­wiek mia­ła­by na so­bie albo cze­go by nie mia­ła, za­wsze będzie wy­glądać ślicz­nie, bo to ona na­da­je bla­sku ubra­niom. A w tym kom­ple­cie wy­gląda jak słod­ka beza, któ­rą ma się ocho­tę schru­pać.

Na żó­łwi­ka! Pło­nę krwi­stym ru­mie­ńcem i pa­trzę w podło­gę. Prze­cze­su­ję wło­sy, żeby co­kol­wiek zro­bić z ręko­ma, gdyż czu­ję się nie­kom­for­to­wo.

– Hmm… Chy­ba mu­si­my już otwie­rać.

– Wła­śnie. Go­dzi­na dla per­so­ne­lu mi­nęła – pod­kre­śla Har­ry. – Su­per, że wczo­raj za­dba­łeś o jej bez­pie­cze­ństwo, ale mamy te­raz pe­łne ręce ro­bo­ty, więc mó­głbyś już tak po­wo­li wy­by­wać.

Czy­li roz­ma­wia­li o mnie, kie­dy po­szłam się prze­brać. Ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łam.

– Do­pie­ro będzie­cie mie­li. – Alex po­sy­ła mu za­wa­diac­ki uśmiech. – Cze­go obec­nie jest naj­wi­ęcej na sta­nie? – zwra­ca się do mnie.

– Szar­pa­nej wo­ło­wi­ny do ka­na­pek, sa­łat­ki z ko­zim se­rem i grejp­fru­to­wej roz­ko­szy.

– Uznaj, że masz już pust­ki na sta­nie, mar­chew­ko. – Mru­ga do mnie.

Szyb­ko że­gna się z resz­tą i spraw­nie wy­cho­dzi, wprost do roz­wrzesz­cza­nych fa­nek. Bły­ska­ją fle­sze, a ja­zgo­czące za­stępy ko­biet od­pro­wa­dza­ją go do jego mo­to­cy­kla. Gdy tyl­ko od­je­żdża w tu­ma­nach dymu pa­lo­nej gumy, ta­bun – jak je­den mąż – od­wra­ca się i sza­rżu­je na na­szą re­stau­ra­cję.

Bez ko­lej­ki.

Po pro­stu wpa­da do nas masa głod­ne­go wra­żeń ludu.

– Na sta­no­wi­ska – ko­men­de­ru­je za­baw­nie Har­ry i pędzi w stro­nę lady.

– Po­pro­szę ka­nap­kę z szar­pa­ną wo­ło­wi­ną, sa­łat­kę z ko­zim se­rem i mnó­stwo grejp­fru­to­wej roz­ko­szy! – krzy­czy na­sto­let­nia klient­ka, któ­ra rzu­ca na kon­tu­ar go­tów­kę. – Naj­le­piej po­trój­nie!

– Dla mnie też!

– I dla mnie!

– Musi star­czyć dla mnie!

A my przy­wle­ka­my na twa­rze fir­mo­we uśmie­chy.

Od­pra­wiam Tarę i Har­ry’ego tuż po za­mkni­ęciu, aby mo­gli cho­ciaż odro­bi­nę od­po­cząć, i za­bie­ram się za sprząta­nie. Jak zwy­kle włączam so­bie przy­jem­ne­go au­dio­bo­oka o bar­dzo ogni­stej tre­ści i z wy­pie­ka­mi na twa­rzy ogar­niam to po­bo­jo­wi­sko.

Gdy wy­cho­dzę na ze­wnątrz, za­uwa­żam Ale­xan­dra opar­te­go o mo­to­cykl.

– Chy­ba jed­nak nie masz tej ro­bo­ty, sko­ro ca­ły­mi dnia­mi za mną ga­niasz.

– Tym ra­zem chcę być ca­łko­wi­cie pe­wien, że wró­cisz do domu bez­piecz­nie.

– To ostat­nim ra­zem nie by­łeś?

– Nie. Wi­dzia­łem tyl­ko, jak we­szłaś do bu­dyn­ku.

O nie, fa­cet. Nie dam się na­brać na ta­kie gier­ki. Nie ze mną te nu­me­ry.

– Moje majt­ki ca­łkiem nie­źle się mnie trzy­ma­ją.

Brzdęk klu­czy, to­wa­rzy­szący mi przy za­my­ka­niu drzwi do re­stau­ra­cji, jest ni­czym w po­rów­na­niu z jego dźwi­ęcz­nym śmie­chem. Mam wra­że­nie, jak­by ktoś włączył do­dat­ko­wą la­tar­nię i spra­wił, że jej blask do­da­je mi ener­gii.

Ten śmiech nie po­wi­nien ro­bić ze mną ta­kich rze­czy.

– Za­baw­na je­steś. Nie pod­ry­wam cię, mar­chew­ko.

– No pew­nie, że nie. Nie je­stem zna­ną ak­tor­ką z pierw­szych stron ga­zet.

– My­ślisz, że in­te­re­su­ją mnie tyl­ko sław­ne ko­bie­ty? – Po­da­je mi kask.

– To by­ło­by lo­gicz­ne. Taką mnie za­raz oska­rży­łbyś o chęć wzbo­ga­ce­nia się two­im kosz­tem.

Kręci gło­wą, jak­by za­wie­dzio­ny moim to­kiem ro­zu­mo­wa­nia.

– Masz mnie za tak płyt­kie­go czło­wie­ka?

– Nie znam cię. – Wzru­szam ra­mio­na­mi. – Nie mu­szę cię mieć za ni­ko­go.

– Masz tro­chę cza­su?

– Nie. Mu­szę wra­cać do domu, wy­spać się, bo ju­tro cze­ka mnie po­wtór­ka z roz­ryw­ki.

– Nikt z ro­dzi­ny nie po­ma­ga ci w pro­wa­dze­niu re­stau­ra­cji? Czy­ta­łem, że biz­nes jest w wa­szej ro­dzi­nie już trze­cie po­ko­le­nie. Może mo­gła­byś od­dać tro­chę pra­cy ro­dzi­com? Ta ma­nia kon­tro­lo­wa­nia wszyst­kie­go za­pro­wa­dzi cię kie­dyś na ma­now­ce.

– Nic o mnie nie wiesz, ale do wy­po­wia­da­nia się na mój te­mat to je­steś pierw­szy – sy­czę, wsia­da­jąc na mo­to­cykl za nim.

Obej­mu­ję go moc­no w ta­lii. Odro­bi­nę ska­cze mi puls, bo ni­g­dy, prze­nig­dy nie do­ty­ka­łam tak umi­ęśnio­ne­go mężczy­zny.

Słod­ki żó­łwi­ku! Z nie­go mo­żna zro­bić tar­kę do żó­łte­go sera.

– Pro­szę, od­wieź mnie do domu. Je­stem na­praw­dę bar­dzo zmęczo­na – szep­czę w jego kark.

Ma ta­kie ład­ne kręco­ne wło­sy. Za­fa­scy­no­wa­na ob­ser­wu­ję, jak przez całą dro­gę pod­ska­ku­ją, wpra­wio­ne w ruch fa­la­mi po­wie­trza.

Tur­ner za­trzy­mu­je się pod moim apar­ta­men­tow­cem i przez chwi­lę przy­ci­ska moje pal­ce do swo­je­go brzu­cha. Czu­ję się z tym odro­bi­nę nie­kom­for­to­wo.

– Chy­ba mogę już ze­jść, praw­da?

– Nie masz ocho­ty na wi­ęcej? – od­po­wia­da py­ta­niem na py­ta­nie.

– Wi­ęcej? – Marsz­czę nos, nie ro­zu­mie­jąc. – Prze­cież od­wio­złeś mnie do domu. Nie chcę je­chać ni­g­dzie in­dziej.

Kle­pie mnie po łyd­ce, co od­czy­tu­ję jako znak, że mogę się zbie­rać.

Kie­dy ści­ągam kask, do­pa­da mnie po­czu­cie winy. Spe­cjal­nie się po­fa­ty­go­wał, aby bez­piecz­nie do­star­czyć mnie pod dom, a ja ci­ągle daję mu ja­kieś pstrycz­ki w nos.

Tyl­ko cze­mu mia­łby się mną przej­mo­wać? Lep­szych ko­biet znaj­dzie na pęcz­ki.

– Dag­ma­rie – za­czy­na ci­cho, a mnie coś fika w żo­łąd­ku. – Chcę się z tobą ju­tro spo­tkać.

Pa­trzę ze zdzi­wie­niem w jego cze­ko­la­do­we oczy. Do­strze­gam, że w kąci­ku pra­we­go ma małą, pra­wie nie­wi­docz­ną bli­znę. Wy­gląda, jak­by coś go w tym miej­scu za­dra­pa­ło w prze­szło­ści.

– Mó­wi­łeś, że mnie nie pod­ry­wasz – stwier­dzam z pro­sto­tą. – Więc po co mia­łbyś chcieć się spo­tkać?

Ja do nie­go nie pa­su­ję – na­wet wi­zu­al­nie. Wy­glądam tak zwy­czaj­nie przy pi­ęk­nie wy­ro­śni­ętym mo­de­lu z żur­na­la.

– W ce­lach biz­ne­so­wych, mar­chew­ko. – Wy­ci­ąga dłoń i chwy­ta pu­kiel mo­ich wło­sów.

Czu­ję, jak ła­god­nie prze­su­wa ko­smy­ki po­mi­ędzy pal­ca­mi.

– Są na­tu­ral­ne.

Uśmie­cha się w od­po­wie­dzi.

– Ni­cze­go in­ne­go nie po­dej­rze­wa­łem. To jak z tym spo­tka­niem?

Je­stem cie­ka­wa tych „ce­lów biz­ne­so­wych”. Może on uwa­ża, że Qu­eue po­trze­bu­je jego wspar­cia? Może chce zo­stać twa­rzą mar­ki czy coś?

Nie na­rze­kam na brak klien­tów, ale do­dat­ko­we pie­ni­ądze…

– Do­brze. – Ki­wam szyb­ko gło­wą, za­nim mój ra­cjo­na­lizm każe mi się roz­my­ślić. – Je­śli masz czas, to ju­tro po szó­stej będę już w miesz­ka­niu.

– W ta­kim ra­zie przy­ja­dę po cie­bie.

– Tyl­ko czy­mś, co bar­dziej przy­po­mi­na pa­pa­mo­bi­le. – Krzy­wię się. – Pod­czas prze­ja­żdżki moje ser­ce za­mie­ni­ło się miej­sca­mi z tar­czy­cą. Nie chcę bar­dziej po­prze­sta­wiać swo­ich wnętrz­no­ści.

– W ta­kim ra­zie do ju­tra, mar­chew­ko.

– Do ju­tra, ido­lu na­sto­la­tek.

Na szczęście się nie upie­ra, aby ode­skor­to­wać mnie pod same drzwi blo­ku. Za­nim zni­kam za nimi, wy­da­je mi się, że sły­szę coś na kszta­łt za­do­wo­lo­ne­go mru­cze­nia.

Mam na­dzie­ję, że był po pro­stu do­brze na­je­dzo­ny, a nie że ga­pił się na moje czte­ry li­te­ry.

Rozdział 3

– Dag­gie, za­spa­łaś! Wsta­waj wresz­cie! – Głos mamy wy­ry­wa mnie z głębo­kie­go snu.

Gdy otwie­ram oczy, wi­dzę jej pe­łne dez­apro­ba­ty spoj­rze­nie i osądza­jący wy­raz twa­rzy.

– Tara otwie­ra dziś re­stau­ra­cję. Wszyst­ko będzie do­brze – uspo­ka­jam ją.

– Chcesz, żeby oj­ciec się o tym do­wie­dział? Mam dość słu­cha­nia, że je­steś śmier­dzącym le­niem bez per­spek­tyw na ży­cie. Rusz się i idź do pra­cy. My w two­im wie­ku już daw­no za­ra­bia­li­śmy na chleb.

– Ja prze­cież pra­cu­ję… – bro­nię się nie­po­rad­nie.

– Co tam się dzie­je, Mag­gie? – Sły­szę, jak oj­ciec szo­ru­je kap­cia­mi o podło­gę.

Idzie. Spi­nam się.

Za­gląda do po­ko­ju. Nie musi nic mó­wić – wi­dzę, jak bar­dzo jest mną roz­cza­ro­wa­ny. Jego wzrok pada na ró­żo­wą na­rzu­tę w dzie­cin­ne kot­ki i zbyt małe biur­ko, któ­re­go do tej pory nie wy­mie­ni­łam. Czu­ję, jak wstyd roz­le­wa się po moim umy­śle. Nic z tym nie umiem zro­bić.

– Za mało pra­cu­jesz, sko­ro po ósmej jesz­cze smacz­nie śpisz. Nie tak cię wy­cho­wa­łem, Dag­ma­rie.

Jego sło­wa są niby nie­po­zor­ne, ale sły­sza­ne od lat w ró­żnych kon­fi­gu­ra­cjach ra­nią jak szty­le­ty. Nie po­tra­fię opędzić się od nie­zno­śne­go uczu­cia, że za­wio­dłam ro­dzi­ców.

– Już wsta­je, Ro­ber­cie – za­pew­nia mama, kła­dąc swo­ją dłoń na jego czer­wo­nej ko­szul­ce, w któ­rej cho­dzi od wtor­ku.

Dziś jest po­nie­dzia­łek, na­stęp­ne­go ty­go­dnia.

– Leń i nie­rób, tyle ci po­wiem, Mar­ga­ret. Dwa­dzie­ścia pięć lat i żad­nych per­spek­tyw na ży­cie. Nie ma chło­pa­ka, zna­jo­mych czy wła­snej pra­cy. Pa­so­żyt, któ­ry ci­ągnie z nas tyle, ile się da. Cze­ka na na­szą śmie­rć, aby do­chra­pać się wła­snej re­stau­ra­cji i tego miesz­ka­nia. Naj­wi­ęk­szy za­wód mo­je­go ży­cia – wy­plu­wa z sie­bie, a po­tem jak gdy­by ni­g­dy nic zni­ka.

Mama stoi chwi­lę, po pro­stu pa­trząc za nim tęsk­nym wzro­kiem. Za­sta­na­wiam się, czy kie­dyś był inny.

Lep­szy.

Chy­ba mu­siał być, sko­ro za nie­go wy­szła. Ocza­ro­wał ją do tego stop­nia, że wpu­ści­ła go do swo­je­go ży­cia, do ro­dzin­ne­go biz­ne­su i po­zwo­li­ła spło­dzić jego naj­wi­ęk­sze roz­cza­ro­wa­nie.

– Po co de­ner­wu­jesz ojca, Dag­gie? – pyta ci­cho. – Nie wiesz, że te­raz będzie bar­dziej chęt­ny się na­pić? Prze­cież ma cho­re ser­ce. Zbie­raj się szyb­ko do re­stau­ra­cji i przy­nieś dziś brow­nie. Będzie­my mie­li na ju­tro do po­ran­nej kawy.

Gdy mama wy­cho­dzi, szyb­ko wska­ku­ję pod prysz­nic i szy­ku­ję się, jak­by go­nił mnie sam dia­beł. Nie po­ma­ga to jed­nak uciec od po­czu­cia bez­na­dziej­no­ści na­pędza­jące­go ka­żde moje dzia­ła­nie. Co­kol­wiek zro­bię – albo cze­go­kol­wiek nie zro­bię – za­wsze ko­ńczę jako ża­ło­sny, mia­łki i nie­udol­ny efekt ży­cio­wej po­ra­żki.

Za­ci­skam zęby, po­ły­kam nie­wy­pła­ka­ne łzy i ru­szam do pra­cy.

Jak co­dzien­nie od sze­ściu lat.

Wście­kle sie­kam gorz­ką cze­ko­la­dę, my­śląc tyl­ko o tym, jak spra­wić, żeby moje ne­ga­tyw­ne emo­cje nie wsi­ąkły w przy­go­to­wy­wa­ne cia­sto.

– Nie je­steś tym, co jesz. Wca­le nie czu­jesz mo­jej ener­gii i wca­le – sy­czę ostat­nie sło­wo, ude­rza­jąc ta­sa­kiem w drew­nia­ną de­skę – nie je­steś ta­blicz­ką cze­ko­la­dy, któ­ra już trzy razy spa­dła mi do zle­wu! – Duży ka­wa­łek od­ry­wa się i tym ra­zem spa­da na podło­gę. – Aaa! – wrzesz­czę, po­py­cha­jąc ni­cze­go nie­świa­do­mą de­skę. Ta­sak lądu­je za to w brud­nym garn­ku po zu­pie.

Po­chy­lam się nad bla­tem ku­chen­nym, przy­my­ka­jąc oczy, jak­by mia­ło mi to po­móc uko­ić emo­cje. Ra­zem z Har­rym za­mknęli­śmy Qu­eue o ósmej, więc je­stem sama w pu­stej re­stau­ra­cji. Dziś wszyst­ko wy­szło ina­czej, niż mia­łam w pla­nach. Spa­li­łam ulu­bio­ny gar­nek, moja nowa ozdob­na kasa fi­skal­na roz­trza­ska­ła się, gdy na­tręt­ny klient chciał ko­niecz­nie spraw­dzić, czy coś znaj­du­je się w środ­ku, a w do­dat­ku do­sta­łam okres.

A jak­by tego było mało, w po­ło­wie dro­gi po­wrot­nej do domu zo­rien­to­wa­łam się, że za­po­mnia­łam o brow­nie.

Wła­ści­wie na­wet go nie zro­bi­łam.

Dla­te­go wró­ci­łam się i od trzy­dzie­stu mi­nut pró­bu­ję po­sie­kać tę cho­ler­ną ta­blicz­kę cze­ko­la­dy, ale ona nie chce ze mną wspó­łpra­co­wać.

War­czę, gdy roz­brzmie­wa fir­mo­wy te­le­fon. Prze­cież mamy za­mkni­ęte!

– Dzień do­bry, tu Qu­eue. Nie­ste­ty dziś mamy już za­mkni­ęte. Ze wszel­ki­mi za­mó­wie­nia­mi pro­szę dzwo­nić ju­tro z sa­me­go rana.

– Za­ma­wia­łem cie­bie. – W moim uchu roz­le­wa się przy­jem­nie brzmi­ący tembr gło­su.

– Ach, to ty.

Cho­le­ra. Kom­plet­nie za­po­mnia­łam, że mia­łam się z nim spo­tkać o szó­stej.

– Mo­żesz mi otwo­rzyć? – pyta, a we wnętrzu lo­ka­lu roz­le­ga się głu­che pu­ka­nie od stro­ny za­ple­cza. – Tyl­ko się nie roz­łączaj, że­bym wie­dział, że znów mnie nie ola­łaś.

– Ten te­le­fon ma ka­bel, pa­nie gwiaz­do! – wy­dzie­ram się na­der po­trzeb­nie. – Jak mam otwo­rzyć drzwi, kie­dy do nich zwy­czaj­nie nie do­si­ęgam?!

– Do­bra. Sły­szę cię na­wet bez te­le­fo­nu. Po pro­stu je otwórz, Dag.

„DAG”?!

Stąpam gło­śno jak no­so­ro­żec i rów­nie gło­śno dy­sząc, otwie­ram z im­pe­tem drzwi. Ale­xan­der ob­ry­wa w sto­pę, przez co ci­cho wy­kli­na coś pod no­sem.

– Co w cie­bie wstąpi­ło? De­mon cię opętał?

– Mniej wi­ęcej – bur­cząc pod no­sem, ru­szam w stro­nę ku­chen­ne­go po­bo­jo­wi­ska.

Za­glądam do szaf­ki i wy­ci­ągam z niej ostat­nią ta­blicz­kę gorz­kiej cze­ko­la­dy.

Le­piej, że­byś ze mną wspó­łpra­co­wa­ła.

– Daj to. – Ale­xan­der wy­ry­wa sło­dycz z mo­ich rąk.

Do­kład­nie myje ręce w zle­wie i za­bie­ra się za kro­je­nie. Reszt­kom cze­ko­la­dy na bla­cie nie po­świ­ęca zbyt­niej uwa­gi. Spraw­nie sie­ka na części twar­dy wy­rób cu­kier­ni­czy.

Opie­ram się o blat i ob­ser­wu­ję ple­cy mężczy­zny. Ma na­praw­dę sze­ro­kie mi­ęśnie, przez co wy­gląda jak ma­rze­nie sen­ne wi­ęk­szo­ści ko­biet. Spraw­no­ść, z jaką ope­ru­je no­żem, na­wet mnie im­po­nu­je.

– Ro­bisz ba­becz­ki z cze­ko­la­dą?

– Nie. Brow­nie.

Od­wra­ca się i po­no­si jed­ną ze swo­ich ide­al­nych brwi, mie­rząc mnie prze­ni­kli­wie wzro­kiem.

– Więc chy­ba nie po­wi­nie­nem py­tać, po co tak za­cie­kle mor­du­jesz tę cze­ko­la­dę, sko­ro i tak po­trze­bu­jesz ją roz­to­pić.

No wła­śnie. Po co to ro­bię? Je­stem aż tak bez­na­dziej­na, że do­kła­dam so­bie ro­bo­ty, byle tyl­ko od­wlec czas po­wro­tu do domu, bo tak bar­dzo chcia­ła­bym wró­cić, gdy ro­dzi­ce będą już spa­li.

Do tego stop­nia je­stem ża­ło­sna.

– Czy to boli? – py­tam ci­cho.

– Co, mar­chew­ko?

– By­cie ide­al­nym cho­ciaż przez je­den dzień – stwier­dzam z tru­dem. – Czy to jest tak bo­le­sne, że moje ży­cie robi wszyst­ko, aby mnie przed tym uchro­nić?

– Coś się sta­ło – stwier­dza lub pyta ci­cho. Wła­ści­wie sama nie wiem.

– Nie. Wszyst­ko w po­rząd­ku.

Ner­wo­wo wbi­jam pa­znok­cie w udo. Trzy­mam je tam do mo­men­tu, aż od­wró­ci to moją uwa­gę i po­zwo­li wzi­ąć głębo­ki, ży­cio­daj­ny od­dech.

Ale­xan­der ob­ser­wu­je ka­żdy mój ruch. Wi­dzę, jak uwa­żnie śle­dzi mnie wzro­kiem. Jak za­uwa­ża moje zde­ner­wo­wa­nie. Jak son­du­je w sku­pie­niu wy­raz mo­jej twa­rzy. Jak mnie oce­nia. Za­wsze ktoś mnie oce­nia.

Mam tego do­syć.

Pod­cho­dzi i za­my­ka mnie w swo­ich ra­mio­nach. Przy­tu­la tak zwy­czaj­nie i po ludz­ku, że nie je­stem w sta­nie od­mó­wić mu tego kon­tak­tu. Wspi­nam się na pal­ce, obej­mu­ję jego kark i wtu­lam się w nie­go ka­żdym cen­ty­me­trem cia­ła.

Nie mówi nic, a ja po pro­stu trwam, sta­ra­jąc się wy­ci­snąć z tego mo­men­tu naj­wi­ęcej, ile po­tra­fię. Chcę trwać w tej chwi­li mil­cze­nia, tej ci­szy, któ­ra po­zwa­la mi głębiej od­dy­chać.

– Cho­dź – ko­mu­ni­ku­je, bio­rąc mnie na ręce.

Nie pro­te­stu­ję. Bier­nie się pod­da­ję, gdy sa­dza mnie na bla­cie i przy­su­wa so­bie krze­sło, aby usi­ąść na­prze­ciw­ko. Nie mówi nic wi­ęcej, tyl­ko zsu­wa tramp­ki z mo­ich nóg i obie sto­py kła­dzie na swo­im udzie. Przy­gląda się przez chwi­lę moim udom, ale to trwa za­le­d­wie mo­ment, bo po chwi­li chwy­ta moją kost­kę i za­czy­na ma­so­wać lewą nogę.

– To nie­zbyt hi­gie­nicz­ne. Wci­ąż je­ste­śmy w za­kła­dzie spo­żyw­czym.

– Nie­hi­gie­nicz­ne jest two­je na­sta­wie­nie. Sie­dź ci­cho i od­pręż się wresz­cie, do cho­le­ry – mówi, jak­by zi­ry­to­wa­ny. Moc­no ugnia­ta moją sto­pę, a ja cie­szę się, że mam na so­bie nowe, czer­wo­ne raj­sto­py.

Przy­naj­mniej tyle, je­śli cho­dzi o za­cho­wa­nie po­zo­rów przy­zwo­ito­ści.

– Co o mnie czy­ta­łaś? – pyta ci­cho, nie prze­ry­wa­jąc za­jęcia.

– Nie mia­łam jesz­cze na to cza­su. Wiem tyl­ko tyle, ile sam mi po­wie­dzia­łeś – przy­zna­ję zgod­nie z praw­dą.

– Do dia­bła, to trud­ne roz­ma­wiać z kimś, kto jest kom­plet­nym igno­ran­tem w sfe­rze kul­tu­ro­wej.

– Wy­bacz, że nie śle­dzę por­ta­li plot­kar­skich.

Pa­trzy mi but­nie w oczy i mówi:

– Wiesz, my­śla­łem, że za­in­te­re­so­wa­łem cię sobą cho­ciaż w tak drob­nym stop­niu, że spraw­dzisz mój bio­gram.

– Nie masz przy­pad­kiem zbyt du­że­go ego? Czy ka­żdy, kto stąpa po tym pa­do­le, musi za­chłan­nie śle­dzić ka­żdy twój ruch i znać całą two­ją fil­mo­gra­fię? – od­gry­zam się. – Cho­ciaż to może i ma swo­je plu­sy. Przy­naj­mniej nie mu­sisz się z ni­kim bić w me­trze. Wy­star­czy, że dasz au­to­graf, a twoi fani już si­ka­ją po ga­ciach.

Nie je­stem zbyt uprzej­ma, ale ja­koś trud­no mi wspó­łczuć ko­muś, kogo je­dy­ną pra­cą jest wcie­la­nie się na pla­nie w fil­mo­we po­sta­cie. Co on wie o praw­dzi­wej ha­rów­ce w po­cie czo­ła?

– Xan­der?

Nie od­po­wia­da. Wła­ści­wie na­wet na mnie nie pa­trzy. Jed­nak nie prze­stał ma­so­wać mo­jej sto­py, to­też wci­ąż ist­nie­je na­dzie­ja, że chce tu ze mną być.

– Prze­pra­szam. To było wred­ne.

– Nie, mar­chew­ko. To było po pro­stu nie­mi­łe.

Ma ra­cję. Cały czas je­stem dla nie­go nie­mi­ła. Do­gry­złam mu za ka­żdym ra­zem, gdy się wi­dzie­li­śmy, a mimo wszyst­ko wró­cił.

Tyl­ko dla­cze­go?

– Cze­mu mnie po pro­stu nie zo­sta­wisz?

W jed­nej chwi­li pod­no­si wzrok, czym wy­du­sza ze mnie od­dech. Jego spoj­rze­nie ma po­tężną siłę. Dość płyt­ko go oce­ni­łam. W jego oczach od­bi­ja się pew­na głębia. Zde­cy­do­wa­nie nie jest pu­stym czło­wie­kiem. Po­szla­ki do­strze­gam do­pie­ro te­raz. Mar­twił się o bez­piecz­ny po­wrót do domu nie­zna­jo­mej, po­tem ode­rwał się od obo­wi­ąz­ków, aby po­now­nie za­wie­źć ją – mnie – do domu. A te­raz cier­pli­wie zno­si moje hu­mo­ry i w do­dat­ku robi mi cu­dow­ny ma­saż stóp.

A w po­dzi­ęce do­sta­je je­dy­nie ko­lej­ną por­cję hu­mo­rza­ście upar­tej ośli­cy.

– Już mó­wi­łem.

– Nie, nie­praw­da. Chy­ba… – Marsz­czę brwi w sku­pie­niu, ale nie mogę so­bie przy­po­mnieć, aby­śmy roz­ma­wia­li na ten te­mat.

– Czy­li umiem grać? – Szcze­rzy zęby w uśmie­chu. – Ły­kasz wszyst­ko, czym ktoś cię na­kar­mi. Wi­ęcej wia­ry w sie­bie, mar­chew­ko.

– O rany! Mo­że­my wró­cić do te­ma­tu? Dla­cze­go się do mnie do­cze­pi­łeś?

Moc­no ugnia­ta za­rów­no łyd­kę, jak i sto­pę, a ja mam ocho­tę po­ło­żyć się i roz­ko­szo­wać re­lak­sem spi­ętych mi­ęśni. Ktoś, kto ni­g­dy nie pra­co­wał w ga­stro­no­mii, nie wie, czym jest praw­dzi­wy ból nóg.

– Po pro­stu je­steś inna – mówi, jak­by ten ar­gu­ment wy­ja­śniał wszyst­ko. – I mo­że­my so­bie wza­jem­nie po­móc.

Wsta­je, kop­nia­kiem po­sy­ła krze­sło pod stół i żwa­wo wska­ku­je na blat obok mnie. Pa­trzę, jak chwy­ta sło­ik z orze­cha­mi i po pro­stu za­czy­na je wci­nać. Wi­dząc moją minę, wy­ci­ąga go rów­nież w moim kie­run­ku i ge­stem pro­po­nu­je mi tro­chę orzesz­ków.

Pro­po­nu­je mi moje wła­sne orzesz­ki!

– Zo­staw je! – Chwy­tam sło­ik i przez chwi­lę się o nie­go si­łu­je­my.

Albo mnie wy­god­niej tak to na­zwać, bo sło­ik ani drgnie. Mój prze­ciw­nik ma zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej siły i prze­wa­gę w po­sta­ci dłu­gich pal­ców.

To nie fair.

Pusz­czam sło­ik, ob­ra­żo­na na brak ogła­dy ze stro­ny gwiaz­do­ra.

– Mó­głbyś cho­ciaż umyć ręce. Przed chwi­lą do­ty­ka­łeś mo­ich stóp – bur­czę.

– Mmm… – mru­czy, ob­li­zu­jąc pal­ce.

– Xan­der! – Ude­rzam go lek­ko otwar­tą dło­nią w udo.

– Dag­ma­rie! – prze­drze­źnia mnie.

Prze­wra­cam ocza­mi i wzdy­cham gło­śno. Jest gor­szy niż dziec­ko.

– Nie wra­casz dziś do domu? – pyta za­czep­nie.

– Wra­cam. Dla­cze­go mia­ła­bym nie wra­cać? Za­da­jesz dziw­ne py­ta­nia.

– To co tu ro­bisz po dzie­si­ątej wie­czo­rem?

– Brow­nie dla ro­dzi­ców – od­rze­kam zgod­nie z praw­dą.

– Pfff! – Ze­ska­ku­je z bla­tu, spraw­nie wkła­da mi buty, a na­stęp­nie chwy­ta klu­cze do lo­ka­lu. – W ta­kim ra­zie umo­wę biz­ne­so­wą mo­że­my omó­wić u mnie. – Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie prze­rzu­ca mnie so­bie przez ra­mię.

Szyb­ko­ść tego ge­stu wy­wo­łu­je chwi­lo­wą dez­orien­ta­cję, dla­te­go bez­gło­śnie ob­ser­wu­ję, jak jego po­ślad­ki śmiesz­nie się po­ru­sza­ją, gdy cho­dzi.

Są strasz­nie bli­sko mo­jej twa­rzy. Może to nowe po­jęcie gra­wi­ta­cji jed­nak po­lu­bi się z moim błęd­ni­kiem?

Ale­xan­der Tur­ner wy­no­si mnie za­ple­czem, za­my­ka re­stau­ra­cję i wpa­ko­wu­je pro­sto do swo­je­go auta. Na ka­mer­ce musi to wy­glądać jak ra­so­we po­rwa­nie wła­ści­ciel­ki zna­ne­go lo­ka­lu.

Może wresz­cie na­pi­szą o mnie w ga­ze­tach? Mama bar­dzo by się ucie­szy­ła.

Gdy okrąża auto, po­świ­ęcam se­kun­dę na do­ce­nie­nie, że jego sa­mo­chód to naj­zwy­czaj­niej­sza kla­sa śred­nia. Mnie co praw­da na­dal nie by­ło­by na taki stać – ale je­stem prze­ko­na­na, że Tur­ne­ra stać na dużo wi­ęcej niż sam ha­mu­lec ręcz­ny od Fer­ra­ri.

– Dla­cze­go Ford? – py­tam, gdy wsia­da.

– To do­bra mar­ka. – Od­pa­la sil­nik i spraw­nie włącza się do ru­chu.

– O cho­le­ra!

– Co? Po­do­bam ci się za kie­row­ni­cą?

– Nie!

– Aua…

– Za­po­mnia­łam to­reb­ki! – Od­wra­cam się w jego kie­run­ku, wy­ko­nu­jąc nie­zwy­kle nie­roz­trop­ny gest, po­nie­waż chwy­tam go obu­rącz za przed­ra­mię. – Mu­si­my wró­cić.

– Masz tam coś istot­ne­go?

– Te­le­fon, klu­cze i… – Pod­pa­ski. – Mu­si­my ko­niecz­nie wra­cać.

– Do ju­tra prze­ży­jesz.

– Słu­cham? Ale­xan­der! – Po­trząsam ręką, któ­rą trzy­ma na kie­row­ni­cy.

– Prze­no­cu­jesz u mnie. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Po­trze­ba wy­ższa.

Na żó­łwi­ka! Naj­gor­sze, że je­stem te­raz kom­plet­nie za­le­żna od nie­go. Czu­ję się na­gle naga, sa­mot­na i nie­zwy­kle bez­bron­na.

Do tego bez­dom­na.

– Obie­ca­łam ro­dzi­com brow­nie na śnia­da­nie. – Ła­pię się ostat­niej de­ski ra­tun­ku.

Py­ta­nie, czy ja fak­tycz­nie chcę zo­stać ura­to­wa­na. W moim ży­ciu nie dzie­ją się ta­kie przy­go­dy. Nie co­dzien­nie po­zna­ję bo­żysz­cze na­sto­la­tek, któ­re po­ry­wa mnie do swo­je­go domu, aby pak­to­wać biz­ne­so­wo – cze­go aku­rat je­stem cho­ler­nie cie­ka­wa. I nie­co­dzien­nie do­sta­ję mo­żli­wo­ść zbun­to­wa­nia się ro­dzi­com ży­ciem po swo­je­mu.

Dla­te­go czu­ję dość spo­ry dy­so­nans mo­ral­ny. W nie­dłu­giej przy­szło­ści oka­że się, co było dla mnie kom­pa­sem.

– Więc z sa­me­go rana ku­pi­my i do­star­czy­my im brow­nie – mówi, jak­by nie wi­dział żad­ne­go pro­ble­mu. – To chy­ba nie pierw­szy raz, kie­dy ucie­kasz na noc z chło­pa­kiem, co?

Cóż mam mu po­wie­dzieć? Dzie­wi­cą nie je­stem, ale moje ro­man­se ko­ńczy­ły się nie­mal tak szyb­ko, jak się za­czy­na­ły. Nie ura­czę go prze­cież opo­wie­ścią o tym, jak po­świ­ęca­nie się pra­cy ogra­ni­cza ży­cie to­wa­rzy­skie do mi­ni­mum. Gdzie w tym za­ba­wa? Może nad­sze­dł wła­śnie czas na by­cie odro­bi­nę pso­tli­wą.

– Chłop­cy już daw­no mnie nie in­te­re­su­ją.

Od­krztu­sza, jak­by fleg­ma za­le­gła mu w gar­dle.

– Wo­lisz dziew­czy­ny?

– Xan­der! Prze­stań się ze mnie na­bi­jać! Zresz­tą to nie jest te­mat do żar­tów.

– Nie rób ze mnie ho­mo­fo­ba, mar­chew­ko – mówi dość ostro – bo nim nie je­stem. W śro­do­wi­sku ar­ty­stycz­nym pra­wie nic nie jest mi obce, a już na pew­no nie coś tak naj­zwy­czaj­niej­sze­go jak zwi­ązek ko­bie­ty z ko­bie­tą. Ale to mu­szę aku­rat wie­dzieć. Po­do­ba­ją ci się ko­bie­ty? Tyl­ko ko­bie­ty?

– Ale­xan­drze Tur­ne­rze, je­steś uro­dzo­nym me­an­dry­stą.

– Pro­szę, wy­ja­śnij – mówi, za­ci­ska­jąc szczęki.

– Me­an­dru­jesz od te­ma­tu do te­ma­tu, przez jesz­cze ko­lej­ny te­mat. Ale nie, nie in­te­re­su­ją mnie ko­bie­ty. Nie w taki spo­sób. To za­wsze byli mężczy­źni – pod­kre­ślam ostat­nie sło­wo. – I rów­nież nie: nie zwy­kłam ucie­kać z domu na noc­ne rand­ki.

– Kie­dyś trze­ba się ze­psuć.

– Nie, dzi­ęku­ję.

– A więc po­praw­ka: kie­dyś będzie trze­ba cię ze­psuć.

Wje­żdża­my do pod­ziem­ne­go ga­ra­żu wy­so­kie­go wie­żow­ca. To tyle, je­śli cho­dzi o moje sta­wia­nie wa­run­ków. Te­raz je­stem na jego ła­sce. Nie mam na­wet kar­ty do me­tra.

Ale­xan­der spraw­nie pro­wa­dzi na­szą małą wy­ciecz­kę ob­jaz­do­wą na wła­ści­we miej­sce, któ­re znaj­du­je się tuż przy win­dach. Chy­ba wy­ku­pił naj­lep­sze, ja­kie tyl­ko się dało.

To aku­rat je­stem w sta­nie zro­zu­mieć.

– Na któ­rym pi­ętrze miesz­kasz? – py­tam, gdy wy­sia­da­my z auta.

– Nie po­wiem ci. Ty też wie­lu rze­czy nie chcia­łaś mi po­wie­dzieć.

Sta­je za mną i za­sła­nia mi oczy. Czu­ję, jak­bym mia­ła za­raz stra­cić rów­no­wagę, więc obie­ma ręka­mi uwie­szam się jego dło­ni, ale to na nie­go nie dzia­ła – nie­wzru­sze­nie od­bie­ra mi zmy­sł wzro­ku.

– Mo­żesz też być ja­kąś sza­lo­ną fan­ką. Nie będę ry­zy­ko­wał – szep­cze gdzieś nade mną.

Wy­czu­wam, że wcho­dzi­my do win­dy i ta ru­sza w górę. Nic wi­ęcej jed­nak nie wiem. Gdy do­cie­ra­my na wła­ści­we pi­ętro, po­py­cha mnie lek­ko, aż w ko­ńcu przy­sta­je­my.

– Wi­tam w mo­ich skrom­nych pro­gach.

Za­bie­ra rękę, a ja znaj­du­ję się już w otwar­tych drzwiach jego miesz­ka­nia. Wcho­dzę i łap­czy­wie chło­nę wszyst­ko, co na­po­ty­kam wzro­kiem.

A nie wi­dzę zbyt wie­le.

Miesz­ka­nie wy­gląda, jak­by do­pie­ro co się wpro­wa­dził. Nie ma żad­nych ozdób, na­gród z jego pra­cy czy cho­cia­żby roz­ło­żo­nych sce­na­riu­szy fil­mo­wych – jak to so­bie wy­obra­ża­łam. W środ­ku jest tyl­ko sa­lon z anek­sem ku­chen­nym i dwie pary drzwi. Jed­ne za­pew­ne do sy­pial­ni, a dru­gie do ła­zien­ki. Apar­ta­ment zo­stał wy­po­sa­żo­ny je­dy­nie w rze­czy nie­zbęd­ne. Sofa, dwa fo­te­le, eks­pres do kawy… Nie ma na­wet te­le­wi­zo­ra. Moja mama by­ła­by nie­po­cie­szo­na, gdy­by się do­wie­dzia­ła, że gwiaz­da kina ak­cji nie po­sia­da od­bior­ni­ka te­le­wi­zyj­ne­go.

– Na­praw­dę skrom­ne – przy­zna­ję, za­gląda­jąc do lo­dów­ki.

Ma w niej dużo świe­żych wa­rzyw, mi­ęso mie­lo­ne, na­biał i kil­ka de­se­rów pro­te­ino­wych. Za­mra­żar­ka jest z ko­lei pe­łna mro­żo­nych owo­ców i wa­rzyw. Z nie­zdro­wych rze­czy za­uwa­żam rap­tem kil­ka jed­no­por­cjo­wych opa­ko­wań lo­dów i dwie piz­ze.

Jak na ka­wa­le­ra i po­dob­no wzi­ęte­go ak­to­ra, wy­gląda, jak­by sam go­to­wał.

– Częstuj się, czym tyl­ko chcesz – mówi, zdej­mu­jąc ko­szul­kę.

A moje pod­brzu­sze przy­po­mi­na o so­bie bó­lem.

– To nie był do­bry po­my­sł – wy­krztu­szam.

– Cze­mu, mar­chew­ko?

Kła­dzie T-shirt na wol­nym krze­śle i jak gdy­by ni­g­dy nic pa­ra­du­je przede mną z na­gim tor­sem z wy­ta­tu­owa­ną kozą. I ze wspa­nia­ły­mi mi­ęśnia­mi, wy­rze­źbio­ny­mi za­pew­ne mor­der­czy­mi tre­nin­ga­mi.

Prze­ły­kam gło­śno śli­nę i we­wnętrz­nie go­dzę się ze swo­ją kom­pro­mi­ta­cją.

– Nie wzi­ęłam to­reb­ki, a w niej mia­łam pod­pa­ski. Po­trze­bu­ję ich.

Przy­sta­je na wprost mnie, szcze­rząc się nie­zwy­kle chło­pi­ęcym uśmie­chem, któ­ry wi­dać na­wet w oczach.

– To dla­te­go je­steś taka ma­rud­na. Już my­śla­łem, że to ze mną jest coś nie tak.

– Xan­der!

– Co?! – Znów mnie prze­drze­źnia.

– To krępu­jące.

– Chy­ba fak­tycz­nie ta­kim to dla sie­bie czy­nisz. – Prze­kręca gło­wę na bok, a ko­smy­ki jego wło­sów mi­ęk­ko prze­su­wa­ją się na gór­ną część po­licz­ka. – Nie mogę się zde­cy­do­wać, co jest bar­dziej czer­wo­ne. Ty, two­je raj­sto­py czy…

– Nie ko­ńcz!

Za­kry­wam twarz ręko­ma, żeby choć po­ło­wicz­nie od­ci­ąć się od po­czu­cia za­że­no­wa­nia. Wiem, że Ale­xan­der ru­sza do lo­dów­ki, bo sły­szę, jak ją otwie­ra. Przez chwi­lę gło­śno coś żło­pie, a ja za­sta­na­wiam się, jak na­zy­wał się ten fe­tysz mlasz­czących dźwi­ęków, bo na­gle czu­ję dziw­ną po­trze­bę przy­po­mnie­nia so­bie tej na­zwy.

– W ła­zien­ce znaj­dziesz wszyst­ko, co po­trze­ba – mówi z orze­źwia­jącym wes­tchnie­niem. – Chcesz coś do pi­cia?

– Co po­wiesz na tru­ci­znę w drin­ku z pa­lem­ką?

– Bar­dzo za­baw­ne.

O cho­le­ra! Po­wie­dzia­łam to.

Ru­szam do drzwi, któ­re oka­zu­ją się pro­wa­dzić do jego sy­pial­ni – swo­ją dro­gą bar­dzo ciem­nej – a po­tem za­wra­cam i od­ci­nam się od nie­go już we wła­ści­wym po­miesz­cze­niu.

Otwie­ram z roz­pędu pierw­szą szaf­kę i fak­tycz­nie znaj­du­ję w niej pod­pa­ski.

Mnó­stwo pod­pa­sek i cze­go tyl­ko du­sza za­pra­gnie. Szu­fla­dy ugi­na­ją się od jed­no­ra­zo­wych ar­ty­ku­łów hi­gie­nicz­nych i o ile je­stem w sta­nie zro­zu­mieć mini my­de­łka czy szczo­tecz­ki do zębów, to za cho­le­rę nie poj­mu­ję, do cze­go mu pie­lu­cho­majt­ki.

Chwy­tam pod­pa­skę i szyb­ko się opo­rządzam.

Z cie­ka­wo­ści prze­trze­pu­ję resz­tę sza­fek. Oka­zu­je się, że ma też za­pa­so­wą bie­li­znę, kil­ka dłu­gich blu­zek i pu­cha­ty szla­fro­czek. Wszyst­ko dla pań, któ­re ewi­dent­nie często tu gosz­czą.

Je­dy­ne, cze­go nie znaj­du­ję w szaf­kach, to ma­szyn­ka do go­le­nia. Więc albo przyj­mu­je je­dy­nie wy­de­pi­lo­wa­ne la­se­ro­wo ko­bie­ty, albo lubi dam­skie owło­sie­nie. Sta­wiam jed­nak na lal­ki Bar­bie, co jest pew­nie na­tu­ral­ne w jego bra­nży. Ja też chęt­nie za­po­zna­ła­bym się z la­se­rem, żeby urządzić po­grzeb moim wra­sta­jącym wło­skom.

Wy­cho­dzę, a w po­ko­ju ci­cho gra ja­kaś ko­jąca, in­stru­men­tal­na mu­zy­ka. W do­dat­ku Ale­xan­der rze­czy­wi­ście przy­go­to­wał mi drin­ka.

Świet­nie za­po­wia­da się to spo­tka­nie biz­ne­so­we.

– Nie wie­dzia­łem, czy pi­jesz al­ko­hol, więc jest bez tru­ci­zny – mówi, po­da­jąc mi kok­tajl.

– Mhm… – mru­czę, wącha­jąc za­war­to­ść. Pach­nie głów­nie ana­na­sem.

To też oczy­wi­ście ty­po­wo biz­ne­so­wy przy­smak.

– Co tam? Chcesz, że­bym na­pił się pierw­szy czy zna­le­źć ci pa­pie­rek lak­mu­so­wy?

Sior­bię i ze zdzi­wie­niem stwier­dzam, że na­sy­pał tam soli i wiór­ków ko­ko­so­wych, ale ca­ło­ść sma­ku­je bar­dzo przy­jem­nie.

O dzi­wo.

– Nie, wy­star­czy mój żmi­jo­wa­ty języ­czek. No wiesz. Swój po­zna swe­go.

Wci­ąga po­wie­trze i pa­trzy się na mnie in­ten­syw­nie. Tak in­ten­syw­nie, że jego oczy aż błysz­czą.

– Mó­wi­łam o tru­ci­źnie – pre­cy­zu­ję.

– To nie uży­waj już słów „języ­czek” i „żmi­jo­wa­ty” w jed­nym zda­niu, bo mój mózg tego nie wy­trzy­ma.

– Tych słów?

– W two­ich ustach brzmią dziw­nie nie­sto­sow­nie. I nie wiem, czy mi się to po­do­ba. Mamy spra­wę do omó­wie­nia.

– To oma­wiaj­my.

Sia­dam na wy­so­kim ho­ke­rze i spraw­dzam jego ob­rot­no­ść. Od­py­cham się od bla­tu i szyb­ko kręcę wo­kół wła­snej osi, o mało nie roz­le­wa­jąc kok­taj­lu.

Śmie­ję się, bo to ta­kie zwy­czaj­ne. Nie spo­dzie­wa­ła­bym się, że Xan­der może być po pro­stu… Xan­drem. Po­mi­mo że sy­tu­acja jest dla mnie nie­co­dzien­na, on za­cho­wu­je się ca­łkiem nor­mal­nie. Nie sta­ra się im­po­no­wać mi swo­ją ka­rie­rą czy pie­ni­ędz­mi.

Przy­naj­mniej do tej pory. Chy­ba ta­kie rze­czy jed­nak po­win­ny się dziać, zwłasz­cza na po­cząt­ku, praw­da?

– Je­steś taka inna… ożyw­cza.

– Po­wta­rzasz się.

– Wiem. To do mnie nie­po­dob­ne.

Opie­ra się o blat po dru­giej stro­nie, a ja za­sta­na­wiam się, co mu te­raz cho­dzi po gło­wie. Wy­gląda, jak­by bił się z my­śla­mi, co po­wie­dzieć jako pierw­sze.

– Za­mie­rzasz trze­ci raz stwier­dzić, że je­stem inna niż dziew­czy­ny, któ­re znasz, i że to nie­spo­ty­ka­ne? – drążę te­mat.

– Nie, dla­cze­go?

– To do­brze. Wte­dy po­my­śla­ła­bym, że au­ten­tycz­nie chcesz coś ugrać. – Wy­pi­jam bez­al­ko­ho­lo­we­go drin­ka do ko­ńca i mó­wię: – To dziw­na kom­bi­na­cja, ale smacz­na. Zro­bisz mi jesz­cze jed­ne­go?

Ale­xan­der tro­chę się pe­szy i przez chwi­lę dra­pie po gło­wie. Po­tem jed­nak otwie­ra jed­ną z szu­flad i wy­ci­ąga z niej pusz­kę. Ci­szę prze­ry­wa gło­śne pstryk­ni­ęcie otwie­ra­ne­go me­ta­lu, któ­re za­raz zo­sta­je za­stąpio­ne szu­mem pły­nące­go na­po­ju z lek­kim ga­zem.

– Będę dziś dla cie­bie nad­zwy­czaj miła i nie sko­men­tu­ję tego.

– Jak­byś mia­ła wy­bór. Dziś no­cu­jesz u mnie. – Uśmie­cha się szcze­rze. – Pod­li­zu­jesz się, bo my­ślisz, że do­sta­niesz łó­żko.

– A za­pro­po­no­wa­łbyś da­mie ka­na­pę?

– Da­mie tak.

– Chy­ba coś ci się po­my­li­ło. – Te­raz ja rów­nież się szcze­rzę. – To wła­śnie da­mie po­wi­nie­neś za­pro­po­no­wać wy­god­ne łó­żko.

– Nie za­pra­szam dam do swo­je­go łó­żka, Dag­ma­rie – szep­cze.

Oplu­wam się lek­ko na­po­jem.

Słod­ki żó­łwi­ku! Dla­cze­go to za­brzmia­ło tak ero­tycz­nie? Prze­cież my na­wet ze sobą nie flir­tu­je­my.

– To co z tą pro­po­zy­cją? – od­chrząku­ję ner­wo­wo.

– Do­brze. Do rze­czy. – Bęb­ni pal­ca­mi o ku­chen­ny blat wy­spy. – Chcę, że­byś dla mnie pra­co­wa­ła.

Przypisy

1 Park Mi­le­nij­ny (Mil­len­nium Park) to park pu­blicz­ny po­ło­żo­ny w cen­trum Chi­ca­go, nad je­zio­rem Mi­chi­gan.

2 Ju­il­liard Scho­ol – pre­sti­żo­wa ame­ry­ka­ńska uczel­nia ar­ty­stycz­na w No­wym Jor­ku, kszta­łcąca m.in. mu­zy­ków, ak­to­rów i tan­ce­rzy.

Co­py­ri­ght © for the text by Alek­san­dra Wa­si­lew­ska

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Alek­san­dra Ku­czy­ńska

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Ilu­stra­cje na okład­ce, pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oków:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-34-8