Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pruskie Twin Peaks: zagadka, która wstrząsnęła spokojnym miasteczkiem
W Konitzville, w Prusach Zachodnich, życie płynęło powolnym rytmem – do dnia, gdy odkryto poćwiartowane szczątki młodego Ernesta Wintera, ukryte w różnych zakątkach miasta.
Lokalną społeczność ogarnia fala niepokoju. Pojawiają się podejrzenia rytualnego mordu, a uśpione konflikty wybuchają ze zdwojoną siłą. Zanim zagadka zostanie wyjaśniona, przez Konitzville przetoczy się lawina wściekłości i pogardy. Płomienie antysemiztyzmu sięgną wyżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Ta oparta na kanwie prawdziwych wydarzeń powieść pokazuje, jak mrok ludzkiej natury zmienia senne miasteczko w epicentrum strachu, manipulacji oraz przemocy. Nienawiść, podsycana przez mieszkańców, przyjmuje w Konitzville różne formy i szybko infekuje okolicę, co staje się zalążkiem najmroczniejszych wydarzeń XX-wiecznej Europy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Artur GrysiakRafał Matusz
Konitzville
Pierwsza zima nowego stulecia nie szczędziła nikogo. Mróz ściął jeziora, iglaste bory uginały się pod masą śniegu, który od miesięcy nie topniał. Ze wzgórza za miastem widać było wędkarzy drążących w przeręblach swoje zdobycze. Na drugi brzeg wiodły ślady wozów i bryczek. Konie przyzwyczaiły się do drogi na skróty. Od dwóch tygodni nie padało, północny wiatr rozwiał białe hałdy. Gdzieniegdzie lód szklił się w marcowym słońcu. By przyjrzeć się sylwetkom na środku jeziora, trzeba było zmrużyć oczy. Widać było wtedy jasne żyły powietrza, pod którym woda w głębi płynęła po swojemu. Dzieciarnia urządzała konkursy na ślizgawkach przy brzegu, chłopskie psiska biegały podniecone w tę i we w tę. W powietrzu czuć było pierwsze oznaki wiosny, ale przy gruncie wciąż panował chłód i przenikający ziąb.
Tak samo było w mieście, może trochę cieplej, bo przyklasztorny staw za dnia topniał, a w nocy zamarzał. Lód kruszał, pękał, rozpychał się w płytkiej niecce. Der Monche See, od wschodu zamknięte pagórkami, na północy ciągnęło się rozległym brzegiem w stronę centrum, aż do synagogi. Zachodnią jego część zamykał mur augustianów, a od południa rozlewało swe wody po równinie, daleko poza granice Konitzville. Wiosną z tamtej strony rozbrzmiewały awantury żurawi, do których gęsi wtrącały swoje pięć groszy, a hordy kaczek pozornie bez ładu i składu krążyły nad szuwarami. Jeszcze dalej, na rogatkach, gdzie powiatowe miasteczko przecinała pruska arteria łącząca Berlin z Królewcem, wody jeziora obsiadały kormorany. Teraz jednak panowała cisza. Tylko stara czapla krążyła powoli wzdłuż odmarzającego potoku.
Co chwilę powietrze przeszywały salwy wrzasków, kiedy dochodziło do zderzenia u podnóża pagórka. Dzieciaki na sankach celowo wpadały na siebie, by prowokować sprzeczki. Łomoty, tarzanie, śnieżki rozbijające się na pyzatych twarzach, chichoty i bluzgi po niemiecku. Tak dzieci naśladowały dorosłych. Obelgi rzucane dla zabawy. Banda chłopaków prowokowała przewroty na dole, tuż przy brzegu. Tam było najgłośniej. Młodsze nie rozumiały żartów i wybuchały płaczem, po czym pędziły z powrotem na szczyt, by zjechać znowu prosto w ręce oprawców. Bywało ostrzej. Dochodziło do radykalnej wymiany poglądów, podbite oko czy rozdarta warga były na porządku dziennym. Jak najlepiej naubliżać: zaczepka po niemiecku, riposta po polsku lub kaszubsku. Albo w innej kolejności. Czasem wymiany słowne rozwijały się w skomplikowane tyrady. W przypływie gniewu padały obelgi w trzech językach jednocześnie.
Zmierzchało. Biel zrobiła się szara. Część dzieciaków rozeszła się do domów. Inni walczyli z chłodem. Chłopak w niebieskim płóciennym szaliku, który do tej pory trzymał się na uboczu, teraz mógł nazjeżdżać się do woli. Najwyższa część pagórka i zarazem najdłuższa zjeżdżalnia należała do niego. Jeszcze kliku zjeżdżało raz za razem, ścigali się, by nie wypaść z kolejki.
Konitzville leży w kotlinie, otoczone pagórkami, między jeziorami. Zwłaszcza w słoneczny zimowy dzień po zachodzie słońca śnieg oddaje temperaturę. Tworzy się lepka mgła, robi zimno. Chłopak w niebieskim płóciennym szaliku nie odpuszczał, kilka razy wyprzedził resztę. Zgrzał się i zasapał, szalik nasiąkł wilgocią i natychmiast zamarzł. Twardy i chropawy, przeszkadzał. Jeszcze kilka razy i do domu. Odepchnął się i ruszył. Materiał zasłonił mu twarz, więc stracił orientację i bezwolnie zjeżdżał na bok, by wylądować na tafli kruchego lodu. Zaczął hamować w kopnym śniegu, przewrócił się. Sanki odjechały na staw, noga utknęła w czymś twardym, co go zatrzymało tuż przy brzegu. Niebieski płócienny szalik podrapał mu twarz. Bolała noga.
– Kurwa!
– I co tam, łamago?
– Żyjesz?
Chłopak się odkopał. Nie mógł wyciągnąć stopy. Wstał i zaczął nią kręcić. Kawał zmrożonego śniegu pękł. Udało się go odkopnąć. Pod spodem zobaczył fragment ściętego lodem mięsa. Biała skóra, pozbawiona włosów, nie miała kształtu. Najbardziej przypominała wielkością ćwiartkę świni. Zdziwił go papier, którym owinięto ścierwo. Pociągnął. Poszło. Oderwany kawał był ludzkim torsem.
– Masz ładne oczy.
– A włosy?
– Włosy też, i skórę.
– Skórę? Gdzie?
– Na dłoniach i na szyi.
– Gdzie jeszcze?
– Tu. – Pocałunek.
– Gdzie jeszcze?
– I tu. – Pocałunek.
– Weź przestań, nie jestem taka.
– Kocham cię.
– Wiedziałam.
Kolejny pocałunek. Tym razem bez sprzeciwu. Przytulenie, westchnienie, podniecenie. Jego ręce we włosach, jej na ramionach. Jego ręce na piersi, jej na rozporku. Ona się trochę wyrywa, on ją trochę przyciska. Uderza go pięściami, z czego on nic sobie nie robi. Ona udaje, że ulega, on wykorzystuje sytuację. Długi, soczysty, namiętny pocałunek. Ona ucieka, poprawia się i mówi coś o pogodzie. On nie ma już śmiałości, rzuca kamieniem albo patykiem bez sensu.
I tak to trwało od kilku miesięcy. Początek lata w starym stuleciu przyniósł suszę. Nie chodzi o gorąco, tylko o wiatry. Tumany kurzu chrzęściły w zębach. Marne plony z i tak marnej ziemi. Ernest uśmiechnął się do niej, ona odpowiedziała tym samym, oboje wiedzieli, że to początek gry. Jego granatowy garnitur gimnazjalisty obsypany był pyłem, ale i tak robił wrażenie. Włosy Helenki, potargane od wiatru i obściskiwania, nie trzymały fasonu pod ledwie wiszącą spinką.
– Jak mnie kochasz?
– Sama wiesz.
– Każdej to mówisz, wiem o tym.
Uśmiechnął się, ściągnął czapkę, gotowy złożyć przysięgę. Tego dnia Helenka obiecała mu więcej, niby w nagrodę za wzorową promocję do piątej klasy gimnazjum. Z tego powodu wrócił wcześniej z Konitzville do rodzinnego Prechlau. Ojciec, Johannes Winter, sprezentował mu bryczkę, którą wracał teraz z naręczem nagród i odznaczeń szkolnych. Oczywiście najpierw zajechał do Helenki.
Ernest był oczkiem w głowie znanego w regionie budowlańca. Jego starsza o pięć lat siostra przeprowadziła się w okolice Preußisch Stargard, do męża, fachowca od maszyn w wytwórni Winkelhausena. Gromadka dzieci, niemała odległość i dostatek, jaki dawała fucha przy produkcji wódek, zwracały ich uwagę raczej w stronę Gdańska. Stary Johannes z synem odwiedzali ją z rzadka, przy okazji interesów. Zazwyczaj kończyło się to rozczarowaniem, wyrażonym w krótkim zarzucie: dziecko, aleś ty skociewiała.
Młody Winter uczył się świetnie. Nawet łacina i francuski nie sprawiały mu problemów. Do tego rachunki, matematyka, nauki przyrodnicze. Gorzej było z niemieckim, nie miał talentów humanistycznych, z czego zdawał sobie sprawę. Prosił często koleżanki z żeńskich klas o pomoc. Przystojny, wyrośnięty blondyn umiał kokietować. Wpadał wtedy w uroczą skromność, że wstydzi się tych głupot, które wypisywał o wierszach Schillera czy Goethego. Odwdzięczał się efektowną drobnostką ze sklepu kolonialnego. Dziewczyny go uwielbiały.
– Helenko, nie mów tak. Przykre, że tak źle mnie osądzasz.
– Możesz mieć każdą, co mi do tego.
– Chcę tylko ciebie. Nie drocz się.
Helenka wyszeptała jakieś niezrozumiałe zaklęcie po kaszubsku, co przyjął za dobrą monetę. Był przyzwyczajony, że mu się nie odmawia. Ojciec planował wysłać go na studia buchalteryjne do Gdańska, a może nawet do Berlina. Miał potem przejąć po nim interes budowlany, szanowany w całym regionie. Johannes zasłynął z budowy kościoła ewangelickiego, którego wraz z przyjacielem Stanisławem Latalskim, starostą Schlochau, był głównym fundatorem. Pobożnego luteranina uznawano za wzór rzemieślniczej solidności. Namawiano, by został przewodniczącym rady i tak już prosperującej, bogatej wioski. Po śmierci żony stracił jednak zainteresowanie pracą społeczną. Interes kwitł, zamówienia przychodziły nawet z odległych miejscowości powiatu. W samym Konitzville był niekwestionowanym autorytetem. Mimo wpływów chciał pozostać na uboczu.
Winterowie mieszkali w starym folwarku. Takiej posesji zazdrościli im wszyscy w Prechlau. Po uwłaszczeniu chłopów dziadek Ernesta kupił za bezcen zabudowania i znaczną część gruntów ornych po Wojciechu Aubrechcie-Prądzyńskim. Podzielił na mniejsze działki i dał w dzierżawę chłopom. Dworek odremontował i solidnie, po prusku urządził. Rolę uprawiali zniemczeni polscy Kaszubi, ale też Kosznajderia. Wszyscy katolicy, trzymani na wsi przez tradycję i brak odwagi. Luteranie szli z prądem, przenosili się do miast, prowadzili cechy i rzemiosła, tworząc nową klasę społeczną. Tak Johannes zajął się budowlanką.
Znowu wiatr zagrodził drogę Helence. Wróciła na bryczkę i wygodnie się rozsiadła. Ernest dosiadł się i wyciągnął przed nią zaciśnięte dłonie. Wybrała lewą. Pusta. Jeszcze raz zamieszał za plecami. Wybrała prawą. Pusta. Roześmiali się. Obie puste. Helenka odgarnęła włosy, trochę złości, trochę zdziwienia. Wyjął z kieszeni marynarki elegancko zapakowane puzderko. Pokręcił nim przed jej twarzą i położył na swoim kolanie.
– No widzisz, jaki ty jesteś.
– Prezent. To, co lubisz.
– Klęknij i daj mi go jak damie. Proś, bym przyjęła. Mów do mnie po francusku.
Wypowiedział jakieś wyuczone zdanie, wystarczająco długie, by zrobić wrażenie. Mogło być o czymkolwiek, dla niej brzmiało jak wyznanie.
– Jeszcze raz.
– Potem.
Złapał jej rękę i położył na kolanie z pakunkiem. Nie puszczał. Helenka leżała na nim, sczochrane włosy przykryły mu biodra. Chciała się wyrwać, ale chwycił ją mocniej. Szamotanina. Gryzła go, zaczęła okładać pięściami. W końcu z pakunkiem uciekła na drugi koniec siedzenia.
– Rozpakuj.
– Poproś.
– Rozpakuj, Helenko, prezent. Proszę.
Dziewucha parsknęła z zadowolenia. Niebieski pakunek otwierał się powoli, puściła wstążka, w środku było pudełko. Wyjęła mały flakonik. Wciągnęła woń, jakby to był haust świeżego powietrza. Zapachniało wielkim światem. Pośród pruskich borów, na nieżyznej, suchej jak pieprz ziemi, z podmuchami wiatru rozpraszały się nuty piżma, trawy cytrynowej, bergamotki, wanilii i egzotycznych cytrusów. Helenka jeszcze raz powąchała, podniosła lnianą kieckę i rozchyliła uda. Już wcześniej zauważył, że była bez majtek. Pierwszy raz zobaczył kobietę w taki sposób, była to miłość od pierwszego wejrzenia…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Konitzville
ISBN: 978-83-8373-635-8
© Artur Grysiak, Rafał Matusz i Wydawnictwo Novae Res 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Agata Sawicka-Korgol
KOREKTA: Emilia Kapłan
OKŁADKA: Artur Rostocki
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
