Kod zabijania - J.D. Kirk - ebook + audiobook + książka

Kod zabijania ebook

Kirk J.D.

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy można zabić kogoś, kto nie istnieje?

Ofiary nie są prawdziwe. Tak uważa morderca. Każdy może zginąć.

Po dwudziestu latach służby inspektor Jack Logan jest przekonany, że widział już wszystko. Wkrótce się przekona, jak bardzo się mylił…

Inverness zalewa fala zbrodni. Nieznany sprawca wycina swoim ofiarom na ciele napis „ZERO” i mówi im, że naprawdę nie istnieją. Jack Logan rusza tropem mordercy. W obcym mieście, na nieznanym sobie terenie musi stawić czoło bezwzględnemu psychopacie. Choć nie ma szans go zrozumieć, musi go złapać.

„Kod zabijania” to trzeci tom kryminalnej serii o Jacku Loganie – dla fanów Iana Rankina i Harlana Cobena lektura obowiązkowa!

J.D. Kirk to szkocki autor kryminałów, który skrywa wielką tajemnicę: tak naprawdę nie istnieje. Pod swoim prawdziwym nazwiskiem – Barry Hutchison – opublikował wiele nagradzanych książek dla dzieci i dorosłych, scenariuszy i komiksów. Liczne morderstwa popełnia zaś jako J.D. Kirk (nikt nie wie, co oznacza J.D., ale też nikomu to specjalnie nie przeszkadza). Odkąd w 2019 roku napisał pierwszą powieść o Jacku Loganie, sprzedał ponad trzy miliony książek, wielokrotnie trafiał na listy bestsellerów, a w 2024 roku Amazon zaliczył go do sześciu najbardziej poczytnych autorów formatu kindle.

Fani kochają go za dynamiczne zwroty akcji, mrożące krew w żyłach morderstwa i poczucie humoru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 325

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

THE KILLING CODE

Copyright © 2019 by JD Kirk

All rights reserved

Projekt okładki

Tom Sanderson

Opracowanie okładki wersji polskiej

Paweł Panczakiewicz

Ilustracja na okładce

© Shutterstock

Redaktor prowadzący

Magdalena Sakowska

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8444-653-9

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

ROZDZIAŁ 1

Odkąd Esme Miller zaczęła zmianę, minęło dwanaście godzin. Od czterech obserwowała zegar. Od dwóch odliczała minuty do chwili, gdy w końcu będzie mogła wyjść.

Za niecałą godzinę miała już nie żyć.

– Jeszcze jesteś?

Esme uniosła głowę znad butów na płaskiej podeszwie, które właśnie rozwiązywała, i mimo zmęczenia uśmiechnęła się do stojącego w drzwiach młodego człowieka. Kel miał zaledwie dwadzieścia parę lat i zwykle rozpierała go energia, to była jednak długa zmiana, a następstwa wypadku drogowego, do którego doszło wcześ­niej, dały się we znaki wszystkim. Teraz wyglądał, jak gdyby chciał tylko wrócić do domu i położyć się do łóżka.

Oparł się na trzonku mopa, starając się nie dać po sobie poznać, że tylko dzięki temu trzyma pion.

– Tak, ale dzięki Bogu już niedługo. Właśnie skończyłam – odparła Esme. – A ty?

– Nie. Wrobili mnie i muszę zostać do północy. SOR nie znalazł zastępstwa.

Uśmiechnął się, ale pokręcił głową w sposób, który zdradzał jego prawdziwy stosunek do sprawy.

– Cholerny brexit – stwierdziła Esme.

Kel zaśmiał się z powtarzanego wiele razy żartu i skinął głową.

– Święta racja. Cholerny brexit.

Esme zsunęła wygodne obuwie i zaczęła wciskać spuchnięte stopy w swoje codzienne buty.

– Przecież należy ci się przerwa, prawda? – zauważyła. – Wyglądasz okropnie.

– Bezczelna kobieto! – zaprotestował Kel. – Przyganiał kocioł garnkowi. Przeglądałaś się ostatnio w lustrze?

– Owszem, ale pękło.

– Kurczę, nic dziwnego.

Esme włożyła szpitalne buty do szafki i wyjęła kurtkę. Miała do pokonania krótki odcinek, ale z pewnego źródła otrzymała informacje, że przez cały dzień z przerwami pada, a nie zamierzała wrócić do domu, wyglądając jak zmokła kura.

– Zrób sobie przerwę – poradziła, po czym zamknęła szafkę i odwróciła się w stronę drzwi.

– Jasne, pozwalają mi przekimać się godzinkę. Ale wcześniej… – Kel uniósł mop i nim pomachał. – Sprzątanko w czwórce.

Esme zastanowiła się przez moment.

– Albert?

– Aha.

– Znowu. Z którego końca?

– Z obydwu. Naraz – zaznaczył.

Esme bardzo starała się powstrzymać śmiech, ale nie do końca jej się to udało.

– O rany…

– Prawdę mówiąc, to była jedna z bardziej efektownych scen, jakie widziałem w życiu. Wyglądał jak żywa fontanna. Spodziewałem się, że za chwilę wyskoczy na środek Hugh Jackman w cylindrze i zaśpiewa mi The Greatest Show.

Esme parsknęła.

– Chciałbyś.

Kel z rozmarzeniem westchnął.

– Pomarzyć fajna rzecz.

– Aha – przytaknęła Esme. Kciukiem wskazała w kierunku czwórki. – Pomarzysz sobie, jak tylko ogarniesz salę po gównianej eksplozji.

Kel cmoknął i znowu zawisł na kiju od mopa.

– Dzięki, ty to potrafisz człowieka zdołować.

– Do usług. – Esme włożyła kurtkę.

Odsunął się na bok, aby ją wypuścić.

– Będziesz jutro?

– Nie! Mam całe dwa dni wolne – oznajmiła triumfalnie, unosząc dwa palce w geście zwycięstwa i machając mu nimi przed nosem.

– Dwa? Jezu! Z kim musiałaś pójść do łóżka? Dasz mi jego numer?

Esme zachichotała. Jego komentarz pewnie zasługiwał na coś więcej, ale zmęczenie stępiło jej reakcje. Niemal słyszała, jak z daleka przyzywa ją gorący prysznic i zaprasza łóżko.

– Dobranoc, Kel – rzuciła. – I pamiętaj o przerwie.

– Święta racja. Dobranoc. Do zobaczenia… – Wydął policzki. – Tego dnia, który będzie za dwa dni.

– Bóg jeden wie. Ale na pewno ktoś nas uświadomi – odparła Esme. – Na razie.

Powłócząc nogami, wyszła z szatni i ruszyła korytarzem w kierunku dyżurki pielęgniarek. Znane popiskiwanie i brzęczenie alarmów dobiegało zza tych drzwi co zwykle. Tam gdzie zwykle słyszała chrapanie. Tam gdzie zwykle jęki.

To nie jej problem. Nie tego wieczoru, nie jutro i nawet nie pojutrze. Całe dwa dni wolne. Nawet gdyby pierwszy przespała – co w tym momencie wydawało się bardzo prawdopodobne – miała w zapasie jeszcze jeden. Niczym spełnienie marzeń.

Kiedy dotarła do dyżurki, nikogo tam nie było, wszyscy rozeszli się po salach, by podać wieczorne dawki leków. Gdzieś w korytarzu za nią rozległ się głos Kela. Silny, wesoły, pełen udawanego entuzjazmu.

– Bardzo miło, że zdecydował się pan trochę odnowić salę, panie French. Ale może następnym razem lepiej zostawić to fachowcom, co?

Esme uśmiechnęła się, złożyła podpis na liście obecności i wpisała godzinę wyjścia, po czym pospiesznie ruszyła do wyjścia z oddziału, by zdążyć, zanim ktoś ją o cokolwiek zagadnie. Mogłaby przysiąc, że w niektóre dni czuła się w Raigmore jak Al Pacino w Ojcu chrzestnym.

Kiedy myślisz, że nareszcie udało ci wywinąć, wciągają cię z powrotem.

Dzisiaj jednak, gdy dotarła do drzwi, wyszła na korytarz i skręciła w kierunku wind, nie usłyszała za sobą niczyjego wołania. Nie było żadnej windy, więc postanowiła nie czekać i zejść po schodach. Nieraz jakiś lekarz albo jedna z dyżurujących starszych pielęgniarek złapali ją przed drzwiami windy i zaraz się okazywało, że dała się namówić na parę dodatkowych godzin w pracy.

Miała do pokonania półtora piętra. Stopy nie protestowały. Wiedziały, że w ich najlepszym interesie będzie wiać stąd szybko i niepostrzeżenie.

Dwa dni.

Właściwie nawet więcej. Do pracy wróci dopiero za pięćdziesiąt dziewięć godzin. Stopy były gotowe mężnie to znieść.

Gdy pokonała schody, wyszła bocznymi drzwiami na październikowy chłód, który trochę ją ożywił, wyostrzając zmysły.

Szybciej byłoby przejść przez szpital i wymknąć się drzwiami przychodni, ale im dłużej przebywała wewnątrz budynku, tym bardziej rosło ryzyko, że ściągną ją z powrotem na bezpłatne nadgodziny.

Nie, lepiej wybrać dłuższą drogę wokół budynku i rozkoszować się rześkim powietrzem z nadzieją, że nie spotka na swojej drodze żywej duszy.

A przynajmniej nikogo, kto miał bezpośredni wpływ na godziny jej pracy.

Z głową pełną planów na najbliższe pięćdziesiąt dziewięć godzin Esme Miller ruszyła wokół szpitalnego budynku w stronę domu, do którego miała nigdy nie dotrzeć.

*

Chodzi cudownie. Tak płynnie. Tak lekko. Wydaje się niemal prawdziwa.

Ale wszystkie mają cudowny chód. Zawsze inny. Jedyny w swoim rodzaju. Jak odcisk palca. Mimo to dokładnie taki sam pod każdym istotnym względem.

Czasem styl się zmienia, jak u pozostałych. Kiedy na przykład odprowadza małą Chloe do szkoły albo wybiera się na lunch z siostrą, maszeruje pogodnym, dziarskim krokiem. Dzisiaj na przykład stąpa płasko. Powoli. Ciężko. Walczy ze zmęczeniem. Nie jest oczywiście prawdziwe, ale i tak je odczuwa.

Niedługo zaśnie.

On jej na to pozwoli.

Porusza się bardzo realistycznie. Patrząc na nią, trudno byłoby się domyślić, że jest zawieszona na sznurkach. Większość ludzi ich nie widzi. Większość po prostu nie rozumie.

On różni się od większości.

Jest inny.

A przecież pod każdym istotnym względem jest taki sam.

Ona okrąża tył szpitala, lekko pochylona mija wielkie pojemniki na śmieci, potem z chrzęstem stąpa po trawie. To też wydaje się takie rzeczywiste, takie żywe, takie teraźniejsze. Tylko on widzi prawdę.

A raczej kłamstwa.

Zastanawia się przez chwilę, o czym ona myśli, poprawiając torebkę na ramieniu i krocząc przez ciemny trawnik. Zaraz jednak przypomina sobie o brutalnej rzeczywistości.

Ona nie myśli. Przecież żadna z nich nie myśli. Nigdy.

Idąc skrótem przez trawę, zaoszczędzi na drodze powrotnej do domu cztery minuty. Wie o tym, bo często mierzył jej czas.

Cztery minuty, nawet jeśli wziąć pod uwagę to, że w połowie trawnika przyspieszy, w najciemniejszym miejscu w cieniu drzew, które okalają teren szpitala.

Wędrówka przez trawę będzie trwała niespełna dwie minuty. Niewiele.

Ale wystarczy.

Za zasłoną drzew ulicą wolno toczą się samochody. Do niczego niepotrzebni ludzie prowadzący życie na niby. Durnie. Kłamcy. Wszyscy.

Nie mają znaczenia. Żaden z nich. Ani teraz. Ani nigdy.

Ona jest na wysokości jednej trzeciej trawnika. Ciemność powoli wyciąga po nią mackę.

Nóż ciąży mu w dłoni, choć jego waga to kolejne oszustwo na tej niekończącej się liście.

Jest już w połowie drogi. Przyspiesza kroku.

Chodzi cudownie. Wygląda jak prawdziwa.

On jednak wie, że jest inaczej. Zna prawdę. I niedługo im pokaże.

Pokaże im wszystkim.

ROZDZIAŁ 2

Starszy inspektor Jack Logan ciężkim krokiem wspinał się po krętych schodach prowadzących do mieszkania na ostatnim piętrze, szurając butami po nierównych kamiennych stopniach. To był długi i wyczerpujący dzień. Jasne, nie w sensie fizycznym, ale sterta papierów tak urosła, że nie mógł już dłużej odkładać tej roboty, a wielogodzinne siedzenie za biurkiem zawsze pozbawiało go energii.

Najtrudniejsze miał już za sobą, bo ze sterty papierzysk zostało zaledwie kilka cienkich plików i pękaty segregator. Logan przewidywał, że z resztą upora się w ciągu mniej więcej tygodnia. Może wcześniej, jeżeli uda mu się przekonać inspektora Forde’a, żeby przyszedł mu z pomocą. Pewnie nie trzeba go będzie nawet za bardzo korumpować.

Ben Forde nie należał może do wielbicieli papierkowej roboty – nikt przy zdrowych zmysłach za tym nie przepadał – ale nie czuł do niej takiego obrzydzenia jak Logan. Wręcz krążyły pogłoski, że kiedyś nazwał ją odprężającą, ale błyskawicznie wycofał się z tej deklaracji, gdy wszyscy, do których uszu to dotarło, życzliwie oddali mu swoje papiery, aby mógł się zrelaksować jeszcze bardziej.

Po przebrnięciu przez gąszcz dokumentów Logan liczył na chwilę wytchnienia. Mógłby wziąć parę dni wolnego, żeby w końcu urządzić się w mieszkaniu. Zajmował je prawie od dwóch miesięcy, ale nadal nie rozpakował kartonów ze swoim dobytkiem.

Jasne, nie było ich dużo. Tyle co przywiózł z Glasgow. Mimo to byłoby dobrze rozpakować się do końca. A jeszcze lepiej poświęcić parę dni, żeby się wyciszyć. Czas tuż po przeprowadzce na północ okazał się bardziej nerwowy, niż Logan się spodziewał, miał więc wrażenie, że nie udało mu się złapać oddechu już od wielu tygodni.

Może nawet w końcu zabierze się do skręcenia regału, który kupił nazajutrz po tym, jak się wprowadził, chociaż na razie wolał unikać jednoznacznych deklaracji.

W budynku było osiem mieszkań: wejście do każdego z nich znajdowało się pół piętra wyżej od poprzedniego, po przeciwnej stronie klatki schodowej. Kiedy Logan mijał ostatnie półpiętro – osiem stopni przed swoim lokum – usłyszał krzyk i brzęk jakiegoś tłuczonego przedmiotu. Talerz, pomyślał. Może szklanka.

Pokonał jeszcze jeden stopień przybliżający go do mieszkania, lecz chwilę później poczucie… może nie obowiązku, ale zwykłej przyzwoitości kazało mu się zatrzymać.

– Jak to, ja? Co?! Jakim cudem to moja wina?

Męski głos. Brzmiał młodo. Dałby tej osobie dwadzieścia kilka lat.

– Nie twoja. W ogóle nie słuchasz. Nie to powiedziałam!

Kobieta. Chyba jeszcze młodsza. Oboje mówili podniesionymi głosami, chociaż inaczej. U niego było słychać złość. Agresję. W głosie kobiety brzmiał błagalny ton. Jeszcze nie rozpaczliwy, ale blisko.

– W takim razie co, kurwa, powiedziałaś?

Trzask. Łomot.

– No, słucham? Co, kurwa, powiedziałaś?

Logan nie zdążył jeszcze poznać żadnych sąsiadów.

Zszedł na półpiętro.

Uznał, że taka okazja jest dobra jak każda inna, by się przedstawić.

Zapukał do drzwi. To było policyjne pukanie z rodzaju tych, które nie pozostawiały cienia wątpliwości, że pukający nie zamierza odejść, dopóki nie doczeka się reakcji.

Głos mężczyzny obniżył się, ale nie stracił gniewnego tonu. Za drzwiami padło kilka wysyczanych słów, których Logan nie dosłyszał, a potem rozległo się dudnienie kroków.

Drzwi gwałtownie się otworzyły. Z progu zmierzyło go wściekłe spojrzenie niegolonego dwudziestokilkulatka o krzywych zębach i przetłuszczonych włosach, który wypinał tors i zaciskał dłoń w pięść. Oczy miał tak głęboko osadzone w ciemnych jamach, jak gdyby umieszczono je tam za pomocą wkrętarki.

– O co chodzi, kurwa? – rzucił menel.

Był od Logana niższy o głowę, lecz w tym momencie tak napompowany testosteronem, że chyba nie zwrócił uwagi na dysproporcję wzrostu.

Logan patrzył mu w oczy na tyle długo, by zrobić odpowiednie wrażenie, po czym zajrzał w głąb mieszkania, gdzie na końcu korytarza stała chuda dziewczyna o włosach w na pewno nienaturalnym kolorze. Obejmowała się ramionami i przestępowała z nogi na nogę.

Na gołej podłodze wokół niej leżały skorupy rozbitego kubka, na ścianie, w miejscu jego uderzenia, ciemniała plama kawy albo herbaty.

– Wszystko w porządku? – zapytał Logan.

– A chuj cię to obchodzi – warknął menel.

Logan zaszczycił go przelotnym spojrzeniem.

– Odniosłeś wrażenie, że zwracam się do ciebie? – zapytał.

Tors wypiął się jeszcze mocniej. Logan niemal usłyszał chrzęst stawów, gdy sukinsyn zacisnął pięści.

– Coś ty, kurwa, powiedział?

– Proszę pani? – Logan zignorował faceta. – Wszystko w porządku?

Otworzyła usta, ale zamknęła je w momencie, gdy drzwi zaczęły się zamykać.

– Nic jej nie jest. Wypierdalaj.

Drzwi zatrzymały się na czubku buta inspektora. Logan przez chwilę zamierzał sięgnąć do kieszeni płaszcza po legitymację, ale uznał, że zostawi tę niespodziankę na później.

– Zabierzesz pieprzoną nogę?

– Zamkniesz pieprzoną gębę? – odparował Logan, mierząc go wzrokiem.

To było jawne wyzwanie. Detektyw wiedział, że sytuacja może się teraz rozwinąć w dwóch kierunkach. Albo menel zaryzykuje i pójdzie na zwarcie, albo się wycofa. Stchórzy. Narobi w spodnie.

– Co? – bąknął facet.

Chyba odrobinę zmalał i teraz ukradkiem lustrował Logana od stóp do głów.

A więc pełne gacie.

– Proszę pani? Wszystko w porządku? – dopytywał Logan. – Słyszałem krzyki.

Przestała przestępować z nogi na nogę i przeniosła ciężar ciała na jedno biodro. Patrzyła na Logana z szyderczą miną.

– Wścibski nam się trafił. Co cię to obchodzi? Spadaj!

Ośmielony tym tępak o tłustych włosach zaczął walić drzwiami w stopę Logana.

– Słyszałeś. Wszystko gra. A teraz się odpierdol.

Logan spojrzał na nich oboje i przygryzł wargę.

– W porządku – odrzekł.

Chciał wysunąć stopę ze szpary w drzwiach, gdy zauważył mocno podeptaną górę poczty na podłodze. Głównie szare koperty ostemplowane czerwonym ostrzeżeniem OSTATNIE WEZWANIE DO ZAPŁATY.

– Tanya – przeczytał imię na jednej z etykiet. Znowu popatrzył dziewczynie w oczy. – Mieszkam nad wami. W razie gdybyś mnie potrzebowała.

Bez słowa wbiła wzrok w podłogę i mocniej oplotła się ramionami, a Logan cofnął stopę. Drzwi między nimi zamknęły się z hukiem.

– Kutas! – warknął facet już zza nich, a potem zadudniły oddalające się kroki, dobiegło jakieś mamrotanie i trzaśnięcie drzwi w głębi mieszkania.

Logan prychnął pod nosem.

– Witamy w dzielnicy – mruknął.

Sięgnął do kieszeni po klucze, wolno pokonał ostatni ciąg schodów i wreszcie dotarł do domu.

Klatka schodowa z brudnymi oknami i metalową poręczą, z której złaziła farba, wyglądała na ponurą i steraną. Mniej więcej to samo można było powiedzieć o mieszkaniu Logana.

Początkowo zorganizowano mu porządny lokal z oknami wychodzącymi na rzekę, dopóki nie interweniował Bosco Maksimiuk, miejscowy deweloper i handlarz narkotyków, od lat dręczący Logana jak wrzód na tyłku. Od tego czasu inspektorowi nie udało się wynająć jeszcze trzech kolejnych mieszkań i był przekonany, że stoi za tym Bosco.

Po obejrzeniu tego lokum Logan w duchu liczył na to, że ta umowa za sprawą Bosca też nie dojdzie do skutku. Niestety, jego ofertę zaakceptowano, kaucję przyjęto i agent wręczył mu klucze, nawet nie ukrywając, że trudno mu uwierzyć we własne szczęście.

Wnętrze było w pełni umeblowane, lecz Logan upierał się, by – zanim tu zamieszka – większość sprzętów usunięto, najlepiej złożono w wielki stos i spalono gdzieś bardzo daleko. Zwłaszcza kanapę, którą pokrywała taka masa plam brudu, że wyglądała jak mapa nowo odkrytego kraju. Nikt przy zdrowych zmysłach by na niej nie usiadł.

W miejsce wyrzuconego wyposażenia inspektor kupił kilka mebli. Nową kanapę. Stolik. Tego rodzaju rzeczy. Żona Bena, Alice, poinformowała go później, że w ogóle do siebie nie pasują i kanapa jest za duża do tego salonu. Jak na złość, prawdopodobnie miała rację.

Logan z jękiem zdjął płaszcz, rzucił go na podłokietnik kanapy i opadł obok. Trzyosobowy mebel może i był za duży, ale za to wygodny. I powinien, wziąwszy pod uwagę, ile na niego wybulił.

Zsunął buty i oparł stopy na stoliku, a wtedy przyszły mu do głowy dwie myśli naraz. Po pierwsze i najważniejsze – zanim usiadł, powinien był nastawić czajnik. Teraz musiał się podnieść, a już tak wygodnie się usadowił. Popełnił kardynalny błąd i przeklinał się za to.

Oczywiście nie mógł napić się herbaty.

Zastanawiał się nad tym przez moment, ale szybko odrzucił tę możliwość jako niedorzeczną. Owszem, był zmęczony, ale nie do tego stopnia, żeby z własnej woli rezygnować z wyjątkowej przyjemności, jaką był kubek herbaty po pracy.

A gdzie posterunkowy Neish, gdy człowiek go potrzebuje?

Druga myśl, która przyszła mu do głowy, miała związek z mrugającą czerwoną lampką w telefonie, sygnalizującą, że dostał nową wiadomość. Nigdy dotąd nikt nie nagrał mu wiadomości, dzwoniąc pod numer stacjonarny. Nie przypuszczał nawet, żeby ktokolwiek go znał. Pewnie jakiś telemarketing w sprawie odzyskania pieniędzy z ubezpieczenia kredytu albo rzekomego wypadku samochodowego, w którym nie brał udziału, ale w drodze do kuchni i tak musiał przejść obok aparatu, więc postanowił sprawdzić, o co chodzi.

Potrzebował całych czterdziestu sekund, aby się zorientować, którym przyciskiem odtwarza się nagrane wiadomości. Włączył je i poszedł do kuchni, gdzie odłączył kabel od czajnika i zaczął nalewać wodę z kranu.

– Masz… jedną nową wiadomość – oznajmiła maszyna niezbyt przekonującym kobiecym głosem. – Od… numer nieznany. Otrzymaną dziś o godzinie… osiemnastej czterdzieści dziewięć…

Logan z powrotem przykrył czajnik pokrywką i wcisnął wtyczkę do gniazdka.

Z głośnika telefonu nie dobiegł jednak żaden dźwięk. Inspektor włączył czajnik, zastanawiając się przelotnie, czy wiadomość już zaczęła się odtwarzać, czy będzie musiał podejść do telefonu i wcisnąć inny przycisk.

Wtedy usłyszał. Przytłumiony szmer. Niewiele głoś­niejszy od ciszy, sugerujący, że po drugiej stronie jest pustka. Zabrzmiał w niej oddech. Potem drugi. Wdech. Wydech. Powoli i równo.

A potem rozległ się trzask i rozmówca odłożył słuchawkę, a po trwającym pół sekundy braku sygnału znowu odezwał się głos automatu.

– Nie masz więcej wiadomości. Aby odtworzyć wiadomości, naciśnij jeden. Aby je usunąć, naciśnij…

Logan wychylił się zza futryny i dźgnął palcem przycisk, uciszając maszynę.

Przez moment myślał o wiadomości, zaraz jednak zabulgotała woda w czajniku, więc otworzył szafkę, w której trzymał kubki.

Gdy zobaczył, że jest pusta, skierował wzrok na zlew, w którym – jak klocki Jengi – piętrzyła się góra brudnych naczyń.

Wybrał najmniej brudny kubek i opłukał go pod kranem, a potem usadowił się na za dużej kanapie i oparł wielkie stopy o blat stolika. O wiadomości zdążył zapomnieć.

*

Kel ziewnął, przeciągnął się i wyszedł z prowizorycznej części sypialnej oddziału ratunkowego wprost przed nadjeżdżające korytarzem nosze z karetki. Dwoje ratowników w ciemnozielonych uniformach, które z przodu były jeszcze ciemniejsze od plam krwi, dyktowało dane pacjenta wyraźnie rozgorączkowanej pielęgniarce.

Jeden z oddziałowych lekarzy, zgięty wpół, dreptał bokiem przy noszach i zajmował się pacjentem. Zwrócony tyłem do Kela zasłaniał twarz chorego.

Kel cofnął się do pokoju, aby mogli przejść korytarzem. Jedna ze starszych pielęgniarek – Cindy – szła bokiem tak samo jak lekarz, tyle że po drugiej stronie noszy.

Robiła to już wcześniej setki razy, ale teraz w jej ruchach dało się zauważyć panikę, a w głosie pobrzmiewało zdenerwowanie.

– Esme? Esme? Słyszysz mnie, skarbie?

– Chwileczkę, co? – Kel znowu wysunął się na korytarz, gdy nosze minęły drzwi. – Esme?

Ratowniczka obejrzała się przez ramię. Miała szeroko otwarte oczy i ogromne źrenice. Jej szyję jak szal otaczała szkarłatna pręga.

– Tak. – W jej oczach pojawił się błysk, kiedy rozpoznała Kela. – To Esme. Została zaatakowana.

– Zaatakowana?! Co?! – wykrztusił. – Jesteś pewna?

Ratowniczka zacisnęła wargi w wąską zbielałą kreskę. Spojrzała na kobietę na noszach i z trudem przełknęła ślinę.

– Tak – wychrypiała przez ściśnięte gardło. – Jestem pewna.

*

Logana obudził dzwonek telefonu. Drgnęła mu ręka i przewróciła chyboczący się na brzuchu kubek, z którego na koszulę wylała mu się zimna herbata.

– Cholera – wymamrotał, gdy zimno rozproszyło resztki snu i kazało mu szeroko otworzyć zapuchnięte powieki.

Odstawił kubek na stolik i przetrząsał kieszenie płaszcza, dopóki nie znalazł telefonu. Nawet nie sprawdził numeru na wyświetlaczu. Nie było potrzeby. Kto inny mógł do niego dzwonić o tej porze?

– Logan – burknął, powstrzymując ziewanie.

Zerknął na zegarek. Po jedenastej. Drzemał ponad godzinę.

Przez chwilę słuchał głosu po drugiej stronie.

– Kiedy? – zapytał, gdy rozmówca umilkł.

Wysłuchał odpowiedzi, po czym jeszcze raz spojrzał na zegarek.

– Jasne. Już jadę. Zawiadom sierżant McQuarrie. Przekaż jej, że tam się spotkamy. Miejsce zabezpieczone?

Skinął głową, choć rozmówca nie mógł tego widzieć.

– Świetnie. W porządku, informuj mnie na bieżąco.

Rozłączył się, odchylił głowę na oparcie kanapy i westchnął.

Może wezmę parę dni wolnego…

Prychnął na samą myśl o tym zamiarze.

– Prędzej mi tu wyrośnie las cholernych kaktusów.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

Punkty orientacyjne

Okładka