Stosy kości - J.D. Kirk - ebook + audiobook + książka

Stosy kości ebook

Kirk J.D.

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Nie wszystkie ofiary da się uratować.

Zaginione dziecko. Udręczony detektyw. Tykający zegar.

Jack Logan myślał, że najgorsze już za nim. Dziesięć lat temu powstrzymał seryjnego zabójcę dzieci, zwanego Szeptaczem. Zgarnął awans, gratulacje… oraz całkiem pokaźny pakiet demonów i traum. Teraz, kiedy w północnej Szkocji znika siedmioletni Connor, Logan obejmuje dowodzenie nad zespołem dochodzeniowym, który ma sprowadzić chłopca do domu.

Problem? Wszystko wygląda podejrzanie znajomo. Zbyt znajomo.

Czyżby przed laty złapał niewłaściwego człowieka? A jeśli nie, to kto naprawdę szeptał w ciemnościach? I co jeśli prawdziwy Szeptacz dopiero się rozkręca?

Sarkastyczny detektyw, mroczna Szkocja i historia, po której z pewnością sięgniesz po kolejne tomy.

Recenzje:

Wciągająca – Simon McCleave

Wybitna – Caro Ramsay

Błyskotliwa i piekielnie zabawna – Marion Todd

Żwawe tempo i iskrzące dialogi – Douglas Skelton

Przemawiająca do wyobraźni i surowa – Lynne McEwan

Perfekcyjnie wyważone tempo, wspaniale nakreśleni bohaterowie… z wystarczającą ilością zwrotów akcji, by zadowolić nawet najbardziej wymagających czytelników – ta książka mknie niczym rozpędzony pociąg – James Oswald

J.D. Kirk to szkocki autor kryminałów, który skrywa wielką tajemnicę: tak naprawdę nie istnieje. Pod swoim prawdziwym nazwiskiem – Barry Hutchison – opublikował wiele nagradzanych książek dla dzieci i dorosłych, scenariuszy i komiksów. Liczne morderstwa popełnia zaś jako J.D. Kirk (nikt nie wie, co oznacza J.D., ale też nikomu to specjalnie nie przeszkadza). Odkąd w 2019 roku napisał pierwszą powieść o Jacku Loganie, sprzedał ponad trzy miliony książek, wielokrotnie trafiał na listy bestsellerów, a w 2024 roku Amazon zaliczył go do sześciu najbardziej poczytnych autorów formatu kindle.

Fani kochają go za dynamiczne zwroty akcji, mrożące krew w żyłach morderstwa i poczucie humoru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 249

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

A LITTER OF BONES

Copyright © 2019 by JD Kirk

All rights reserved

Projekt okładki

Tom Sanderson

Opracowanie wersji polskiej

Paweł Panczakiewicz

Ilustacja na okładce

© Shutterstock

Redaktor prowadzący

Magdalena Sakowska

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8444-554-9

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

ROZDZIAŁ 1

Życie Duncana Reida kompletnie się posypało po przekroczeniu pewnej bramy na zadupiu wszechświata.

Duncan wiedział, że jej otwarcie wymaga sekretnej sztuczki. Metalowy rygiel wypaczył się już wiele lat temu i jeśli próbowało się szarpnąć w stronę sugerowaną przez łuk krzywizny, człowiek był skazany na porażkę. Sztuka polegała na tym, by powolutku obruszać pręt, obracając go i lekko ciągnąc, dopóki nie skrzypnął i pozwolił się w końcu wysunąć.

A jeżeli miało się siedem lat i więcej energii niż rozumu, można było wgramolić się po metalowych szczeblach, zeskoczyć po drugiej stronie i czekać z triumfalną miną, aż tata dołączy.

– Wygrałem! – wykrzyknął Connor. Zaczął machać ramionami i jednocześnie kołysać biodrami. Nazywał te wygibasy „floss”. Podobno najnowszy hit w świecie choreografii.

U stóp Duncana niecierpliwie podrygiwała ich golden retrieverka, z entuzjazmem skrobiąc przednimi łapami o ziemię i kręcąc kuperkiem barwy miedzi.

– W porządku, Meg, daj nam chwilę – zwrócił się do zwierzaka.

Rygiel z brzękiem puścił. Ledwie brama uchyliła się na piętnaście centymetrów, a Meg wpakowała w szparę nos i przecisnęła się na drugą stronę. Śmig­nęła obok Connora, który zdążył zrobić unik. Pomknęła jak strzała, napędzana czystą radością, że nie jest już zamknięta w samochodzie ani uwiązana na smyczy.

– Ktoś się tu bardzo spieszy – zaśmiał się Duncan.

Patrzyli, jak skręca w stronę drzew po prawej stronie drogi i znika im z oczu między omszałymi pniami.

– Meg! – zawołał za suczką Connor. – Wracaj!

– Nic jej nie będzie – zapewnił Duncan. Zamknął bramę i wsunął rygiel do skobla tylko na tyle, żeby się nie otworzyła. Nie chcieli później powtarzać całej procedury. – Buszowała po tych terenach, jeszcze zanim się urodziłeś.

Connor nie wyglądał na przekonanego, ale ruszył za tatą i w równym tempie pomaszerowali drogą.

Dzięki temu, że mieszkali w okolicy, mieli wręcz luksus wyboru, jeśli chodzi o trasy spacerowe. Co prawda był to właściwie jedyny luksus, na jaki mogli liczyć, ale zawsze coś. A spośród wszystkich dostępnych tras tu wracali najchętniej.

Najgorszy był dojazd. W sezonie letnim odcinek z Fort William do Spean Bridge dawał im się we znaki. Teraz jednak, zanim ruch sparaliżowały kampery prowadzone w żółwim tempie przez zbyt ostrożnych turystów, podróż zajmowała im chwilę.

Potem wystarczyło już tylko skręcić na drogę prowadzącą do lasu Leanachan i pokonać półtora kilometra wąską dróżką, trzymając kciuki, żeby nikt inny nie nadjechał z przeciwka, a na koniec stoczyć zwyczajowy pojedynek z bramą.

A później… raj na ziemi. Leśne dukty ciągnące się kilometrami, urzekające widoki i cisza niezmącona obecnością ludzi. Przez te wszystkie lata Duncan napotkał na tym szlaku może dwudziestu piechurów, paru rowerzystów i jednego gościa na szczudłach.

Ten ostatni go zaskoczył, a Meg na jego widok ujadała jak oszalała. Okazało się, że to była sponsorowana wędrówka na cel charytatywny. Dla chorych na raka czy coś w tym rodzaju. Duncan nie zapamiętał, bo skupił się na uspokajaniu Meg.

Kiedy już chwycił ją za obrożę, wrzucił do puszki parę funtów i trzymał suczkę, dopóki balansujący na wysokościach facet nie zniknął za zakrętem.

Dzisiaj wyglądało na to, że raczej nikt nie będzie im przeszkadzał, więc Duncanowi zrobiło się lżej na duszy. Meg na ogół była grzeczna, ale nie przepadała za obcymi, więc brak oznak życia zawsze był dobrym znakiem.

Oczywiście, ktoś mógł się jeszcze wynurzyć zza któregoś z zakrętów i zdenerwować suczkę, w tym momencie jednak nie widział powodów do niepokoju. Na razie horyzont był pusty.

W oddali po lewej, za cmentarzyskiem wyciętych drzew, wiła się droga A82 prowadząca do Pomnika Komandosów i dalej, do Inverness. Sunął nią porozrywany tu i ówdzie sznur pojazdów, których lakier lśnił w zaskakująco jasnych promieniach kwietniowego słońca.

W tej odległości od drogi docierał do nich szum niegłośniejszy od szeptu. Jedynymi dźwiękami, jakie im towarzyszyły, były świergot ptaków i cichy chrzęst kamienistej ziemi pod butami Duncana.

Z gęstwiny daleko przed nimi wyskoczyła Meg i wpadła w błotnistą kałużę, która brązową breją oblepiła jej łapy, po czym stanęła zdyszana na środku ścieżki. Przyglądała im się przez chwilę z wywieszonym językiem, sprawdzając, czy nadal idą w tym samym kierunku.

Kiedy się upewniła, że nie zawracają do samochodu, zniknęła między drzewami, wracając do swoich spraw.

– Widzisz? Mówiłem, że nic jej nie będzie – powiedział Duncan, żartobliwie szturchając syna łokciem. – Fakt, jest trochę brudna, ale cała i zdrowa.

– Widziałeś, jak się utytłała?

– I owszem.

– Cała jest w błocie!

– No jest. I zgadnij, kto ją umyje, kiedy wrócimy do domu – dodał Duncan.

Connor wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ty!

– Ja? Mowy nie ma! Ty! – odparł Duncan.

– Nie-e!

– Ta-ak! Dam ci szczotkę i wiadro – obiecał Duncan. Prychnął rozbawiony, gdy wpadł mu do głowy pewien pomysł. – Przy okazji możesz też umyć samochód. Dwie pieczenie na jednym ogniu.

Connor zamaszyście pokręcił głową.

– No dobra. To chociaż ją potrzymasz, a ja wezmę wąż ogrodowy i ją poleję.

Connor właściwie nie miał nic przeciwko temu, ale skoro zaczęli tę grę, dalej protestował.

– Nie!

Duncan pogładził się po podbródku, skrobiąc zarost kciukiem i palcem wskazującym.

– Dobra, to ona potrzyma ciebie, a ja będę polewał – powiedział. I zagwizdał, imitując odgłos lejącej się wody i udając, że opryskuje syna. – Co ty na to?

Connor zachichotał.

– Dzisiaj rano się kąpałem.

– Naprawdę? Boże drogi, to już kwiecień? – zakpił Duncan.

Connor wprawdzie nie zrozumiał żartu, ale znowu zachichotał.

Przez kilka minut szli łagodnym łukiem ścieżki, mijając po lewej niewielki kamieniołom, gdzie od roku stały bezczynnie dwie koparki. Kiedy Duncan zapuszczał się w te okolice, rzadko widywał je przesunięte choćby o parę metrów albo z ramionami ustawionymi pod innym kątem. Nigdy nie zauważył, by ktokolwiek siedział w kabinie, a co dopiero używał maszyny do pracy.

Minęło sporo czasu, odkąd Connor ostatni raz coś powiedział, i choć Duncan cieszył się ciszą, to wiedział, że syn rzadko bywa tak małomówny. W piątki mieli wuef na basenie i zwykle nie zamykały mu się usta, gdy opowiadał, kto okazał się najlepszy w stylu grzbietowym i który z kolegów omal się nie utopił.

Dzisiaj jednak w ogóle się nie odzywał, dopóki Duncan nie pociągnął go za język.

– Wszystko w porządku, Con?

– Tak – odparł Connor, nie podnosząc wzroku.

Znalazł duży kij i podpierał się nim jak czarodziej laską.

– Meg zaraz ci go zabierze – ostrzegł go ojciec.

Connor skinął głową, ale nie odpowiedział.

– Jak było dzisiaj na basenie?

– Dobrze.

– Wszyscy przeżyli?

Znowu skinienie.

– Aha.

Znowu przez chwilę szli w milczeniu. Nad nimi krążył drapieżny ptak. Myszołów, zgadywał Duncan, choć nie miał pewności. Może orzeł. A może po prostu wielki gołąb. Od zawsze mieszkał w Highlands, ale fauna i flora tego regionu pozostały dla niego niezgłębioną tajemnicą.

Podobnie było z drzewami rosnącymi wzdłuż ścieżki. Co to za gatunek? Sosna? Być może. Buk? Niewykluczone. Dąb? Raczej nie, ale pewności nie miał. Widział drzewa. To był najwyższy poziom konkretu, na jaki potrafił się wspiąć.

– Tato? – odezwał się cicho Connor kilka kroków później. Nadal szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię. – Znasz Eda?

Duncan przeleciał w myślach listę dzieci w klasie syna. Żadnego Eda na niej nie znalazł.

– Który to? Jego mama ma pomarańczowe włosy?

Connor zerknął na niego, marszcząc brwi.

– No przecież Ed z Domu Obok.

– Ach, Ed z Domu Obok! Przepraszam. Myślałem, że chodzi ci o kolegę z klasy.

– W mojej klasie nie ma żadnego Eda – zauważył Connor.

– Wiem, wiem, tylko… – Duncan pokręcił głową. – Ed z Domu Obok. Jasne. Co z nim?

Connor wyraźnie bił się z myślami.

– Lubisz go?

Duncan wydął policzki.

– Czy ja go lubię? Eda z Domu Obok? – Wzruszył ramionami. – Chyba tak. Właściwie ledwie go znam. Wydaje się sympatyczny. Myślę, że czuje się u nas coraz lepiej.

Connor stukał kijem w ziemię, wybijając rytm.

– A mama go lubi?

Duncan przystanął.

– Nie wiem. Czemu pytasz?

Chłopiec zrobił jeszcze kilka kroków i też się zatrzymał. Przygryzł wargę i obracał kij w dłoniach.

– Nic. Tak tylko.

Duncan przechylił głowę i zmierzył syna zaskoczonym spojrzeniem.

– Dość dziwne pytanie jak na „tak tylko”.

Policzki Connora spłonęły rumieńcem.

– Con?

– Gdzie Meg? – zapytał nagle chłopiec i odwrócił się w stronę drzew.

– W lesie. Wszystko z nią w porządku. – Duncan ledwie rzucił okiem w tę stronę. – Kiedy ją zawołamy, na pewno wróci. Dlaczego zapytałeś mnie o…

– Meg! – krzyknął Connor. – Meg, gdzie jesteś?!

Włożył palce do ust i próbował zagwizdać. Udało mu się wydobyć z siebie tylko stłumione mokre dmuchnięcie.

Duncan westchnął, po czym ułożył kciuk i palec wskazujący w kształt litery C i wsunął je do ust. Jego gwizd był głośny i przenikliwy. Błyskawicznie zagłuszył ptasie śpiewy, które ustąpiły miejsca pełnej wzburzenia ciszy.

– Gdzie ona jest? – Connor wpatrywał się w ścianę drzew. – Czemu nie wraca?

– Nic jej nie będzie – uspokoił go znowu Duncan, ale jeszcze raz zagwizdał, a potem krzyknął: – Meg! Wracaj, Meg!

W lesie nic się nie poruszyło. Podszycie, osłonięte okapem z gałęzi i liści, było pogrążone w gęstym półmroku. Do zachodu słońca została jeszcze godzina, mimo to cienie już się wydłużały, a w podmuchach wiatru dało się wyczuć odrobinę chłodu.

– Durny pies – mruknął Duncan.

– A jeśli coś jej się stało? – zaniepokoił się Connor. – I jest ranna?

– Nic złego nie mogło się jej stać. Pewnie tylko się w czymś tarza. Znasz ją przecież.

Duncan złożył dłonie przy ustach i ponownie przywołał psa.

– Me-eg! – wrzasnął.

Czekali. Skrzypiały gałęzie. Wiatr szeleścił w trawie.

Ale nic poza tym.

– Cholera – mruknął Duncan.

– Tato? – Connor wpatrywał się w niego okrągłymi oczami. – Czemu ona nie przychodzi?

– Zobaczysz, przybiegnie cała i zdrowa – odrzekł Duncan. – Jak zawsze. Ale pójdę jej poszukać, jeżeli to cię ma uspokoić. Zostań tu i zawołaj mnie, jeżeli Meg wróci.

Connor rozejrzał się po pustej drodze i skinął głową.

– A jeżeli nie wróci?

– Na pewno wróci – obiecał Duncan.

– A jak nie?

– Wróci.

– Ale…

– Będę szukał, dopóki nie znajdę. Zgoda? – odparł lekko poirytowany Duncan. Zmusił się do uśmiechu. – Wróci cała i zdrowa. Pewnie za bardzo się rozbrykała. Zaczekaj tu.

Connor znowu skinął głową.

– Zaczekam.

– Grzeczny chłopiec. I krzyknij, gdybyś ją zobaczył. Tylko głośno, dobrze?

– Krzyknę, tato.

Duncan klepnął syna w ramię.

– I nic się nie martw. Znajdziemy ją. Nie mogła odbiec za daleko.

*

– Ja pierdzielę – syknął Duncan i złapał się za policzek, gdzie smagnęła go cienka gałązka. Nie zobaczył krwi, ale poczuł, jak na skórze puchnie cienka czerwona kreska.

Ziemia pod stopami była miękka i gąbczasta, po nogawkach dżinsów wspinała się wilgoć, a mokry materiał oblepiał mu kostki.

– Pokazała się, Con?! – zawołał przez ramię.

– Jeszcze nie! – odkrzyknął syn głosem stłumionym przez otaczające ich drzewa.

Duncan kilka razy pod nosem przeklął Meg, a potem klął już na wszystko, brnąc przed siebie, potykając się o podszycie i robiąc uniki przed gałęziami, które za wszelką cenę usiłowały pozbawić go oka.

Po kilku chwiejnych krokach coś poruszyło się po jego prawej stronie, szeleszcząc w gąszczu traw. W poszukiwaniu źródła dźwięku odwrócił się gwałtownie i omal nie stracił równowagi.

Z kępy zielska wyskoczył królik, uświadomił sobie swój błąd, po czym równie szybko czmychnął. Duncan już go nie zobaczył, ale słyszał, jak zmyka do kryjówki w głębi lasu.

– Cholerne bydlę – burknął, słuchając oddalającego się szelestu.

Wszedł między drzewa zaledwie przed paroma minutami, ale już brakowało światła. Wszystko spowijał półmrok, który zmieniał cienie w kałuże czerni, a całą resztę barwił na odcienie szarości i granatu.

– Wróciła, Connor?! – krzyknął Duncan.

Czekał na odpowiedź syna.

– Connor?! – zawołał jeszcze raz. – Masz Meg?

Nic.

– Con?

Drzewa wokół niego trzeszczały. Wiatr szumiał w zaroślach. Wszystkie inne odgłosy ucichły.

Dużo później, wspominając tamtą chwilę, Duncan nie umiałby powiedzieć, dlaczego zaczął biec. Przecież tak naprawdę wcale nie musiał. Nic nie wskazywało na to, że ma powody do niepokoju. Realnie rzecz biorąc, Connor mógł go po prostu nie usłyszeć. Tylko tyle. To nie było nic dziwnego – Connorowi zdarzało się odpływać myślami. Jego „selektywna głuchota” była rodzinnym żartem od dawna.

Mimo to Duncan rzucił się biegiem w stronę drogi. Gnany strachem przedzierał się przez chaszcze i sterczące gałęzie, wpadał z chlupotem w grząskie dołki i potykał się o omszałe kamienie, czując w trzewiach gorący i nieznośny ciężar.

– Connor!

Wyskoczył spomiędzy drzew, pośliznął się na nieoczekiwanej pochyłości terenu i zjechał z niej na tyłku. Upadek zamortyzowała błotnista kałuża w dole, która po chwili wydała żałosne cmoknięcie, gdy poderwał się na nogi.

– Con?! Connor?!

Wybiegł z lasu mniej więcej dziesięć metrów od miejsca, gdzie wcześniej wszedł. Popędził tam, na wypadek gdyby coś przeoczył.

Na wypadek gdyby przeoczył własnego syna.

Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał chłopiec, leżał na ziemi długi, zakrzywiony kij. Porzucona przez czarodzieja laska.

– Connor?! – ryknął Duncan. Jego głos wypełnił pustą ścieżkę, wdarł się do lasu, odbił echem od cmentarzyska wyciętych drzew i poniósł aż do odległej drogi. – Connor! Gdzie jesteś? Con?!

Wtedy zza jego pleców dobiegł jakiś odgłos.

Zaszlochał z ulgą, od której zakręciło mu się w głowie, i rozluźnił mięśnie, choć w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że je napiął.

– Connor, mówiłem ci wyraźnie, żebyś…

Urwał, gdy z lasu wyskoczyła ubłocona retrieverka, merdając ogonem i radośnie dysząc z wywieszonym językiem.

Duncan poczuł, że w żołądku coś ciąży mu jak głaz. Gwałtownie odwrócił się w drugą stronę, szukając wzrokiem syna.

– Connor! – wrzasnął. – Con, gdzie jesteś?

Nie doczekał się odpowiedzi. Meg ukradkiem zbliżyła się do jego boku ze spuszczoną głową, wyczuwając udrękę swojego pana.

– To twoja wina! Cholerny kundlu! – huknął na nią Duncan.

Meg jeszcze niżej spuściła łeb i patrzyła na niego pytająco.

Duncan złagodził ton. W jego głosie zabrzmiała błagalna nuta.

– Znajdź go. Znajdź Connora!

Drżącymi palcami sięgnął do kieszeni po telefon, cały czas wpatrując się w Meg, jakby siłą woli chciał ją zmusić, aby posłuchała, zrozumiała.

Kciukiem odblokował telefon. Brak zasięgu. Brak, kurwa mać, zasięgu!

Spojrzał na psa bezradnie, z rozpaczą w oczach.

Drżącym głosem poprosił:

– Szukaj naszego chłopca.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

Punkty orientacyjne

Okładka