Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wrzesień 1997 roku. W sztokholmskim szpitalu rodzą się Josef i Antonia. Będą dorastać w tej samej okolicy, lecz w całkiem odmiennych światach.
Josef, syn samotnej imigrantki, obserwuje, jak lokalny gang Mansourów, depcząc prawo, przejmuje kontrolę nad osiedlem. Chłopak, wychowany w duchu uczciwości, próbuje trzymać się z daleka od rozkręcającej się spirali przestępczości, ale w tym starciu jest bez szans. Równie bezradna wydaje się Zara, córka przywódcy klanu, która staje się ofiarą opresyjnych zasad narzucanych muzułmańskim kobietom. Tymczasem Antonia, mimo dzieciństwa w bezpiecznym domu, mierzy się z hejtem, przemocą i uzależnieniem.
Czy nastoletni bohaterowie zdołają się wyrwać z pułapki, którą zgotował im los? Czy młodzieńcze marzenia pomogą im ocalić siebie?
Klan opowiada o narastającej w Szwecji fali przestępczości zorganizowanej. Ta przerażająca historia uświadamia, z jaką łatwością przemoc niszczy porządek oparty na prawie i bezpieczeństwie.
Pascal Engman to wybitnie utalentowany powieściopisarz.
Camilla Läckberg
Pascal Engman należy do ścisłej czołówki młodych szwedzkich autorów kryminałów. Nie przegap go!
Arne Dahl
Pascal Engman to mistrz nowego pokolenia. Jego proza ma niezwykły rytm i znakomitą dramaturgię. Z łatwoścą wciąga czytelnika w sam środek wydarzeń.
David Lagercrantz
Autor trzyma czytelnika w napięciu, każąc mu się zastanawiać, jak to wszystko, do diabła!, się potoczy.
Fredrik Backman
Klan to zarazem realistyczna powieść gangsterska i poruszający melodramat – szwedzki odpowiednik Pewnego razu w Ameryce.
Aslak Nore
Pascal Engman to najpoważniejszy konkurent Jo Nesbø w walce o tron króla kryminału. Z imponującą sprawnością kreśli wiarygodne portrety swoich bohaterów. Nietrudno skojarzyć Klan z Ojcem chrzestnym.
VERDENS GANG, Norwegia
Klan to zarówno trzymający w napięciu kryminał, jak i przejmujący obraz społeczeństwa współczesnej Szwecji.
BTJ, Szwecja
Wstrząsający obraz rzeczywistości w formie fikcji – poruszający mariaż rozrywki i bezkompromisowej krytyki społecznej.
ADRESSEAVISEN, Norwegia
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 547
Tytuł oryginałuKlanen
Projekt okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ
Koordynacja projektuMONIKA KACZMAREK
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaMAŁGORZATA GROCHOCKA
KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN – LOREM IPSUM
Copyright © Pascal Engman 2025 Published by agreement with Salomonsson Agency
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7201-3
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Mojej rodzinie:
Linnei, Benjaminowi i Siennie
Uważni czytelnicy zauważą, że pozwoliłem sobie na kilka odstępstw od rzeczywistości. Dotyczy to między innymi Malmparken – nie zawsze opisuję to miejsce tak, jak wygląda naprawdę. Nie zgadza się również to, że promy z Niemiec przybijają do nabrzeża Stadsgårdskajen. Ponadto wszystkie postaci występujące w Klanie są wymyślone.
To historia fikcyjna. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych osób są przypadkowe.
Chłopiec leży na piersiach Fatimy. Kobieta ostrożnie wodzi dłonią po jego czarnych włoskach, zamyka oczy i wdycha zapach niemowlęcia. Mimo że jest tak maleńkie i kruche, jego ciałko emanuje siłą zdolną odmienić życie.
Chłopiec waży tylko 3341 gramów, lecz Fatima ma wrażenie, że to największy ciężar, jaki dźwigała w swoim dwudziestoletnim życiu.
– Josef – szepcze. – Mój Josef.
Na korytarzu rozbrzmiewają kroki. Nie pierwszy raz, bo słychać je od czasu do czasu i zawsze Fatima ma nadzieję, że to on, ojciec Josefa. Ale głosy i kroki przemijają. Zmierzają do innych miejsc. Daleko od niej. Do innych sal i innych historii, tam, gdzie ich dom. Fatima wie, że nie może na nim polegać. Że nie da jej oparcia. Choć mógłby się zmienić dla swojego syna. Tak jak to nowe maleńkie życie zmieniło ją.
Fatima nie jest już tą samą osobą, co wcześniej. Nie jest pewna, gdzie zaszła zmiana, lecz bez wątpienia do niej doszło.
– Jakoś to będzie – szepcze dalej. – Cokolwiek się wydarzy, nigdy ci niczego nie zabraknie. Dam ci dobre życie, mój maleńki.
Do jej oczu napływają łzy. Fatima mruży powieki i ponownie wciąga w nozdrza zapach dziecka.
Chwilę później ostrożnie przesuwa się w bok, podnosi chłopca i wychodzi z sali. Mruży oczy przed ostrym światłem. Osłania dłonią oczka Josefa, mimo że mały śpi. Znajduje pokój odwiedzin. Telewizor zawieszony pod sufitem miga bezgłośnymi obrazami. Brzęczą chłodziarki. Dziewczyna podchodzi do blatu we wnęce kuchennej, odkręca kran i odczekuje chwilę, aż woda zrobi się naprawdę zimna. Potem napełnia szklankę i siada na kanapie. Krzywi się z bólu. Szuka wygodnej pozycji, lecz jej nie znajduje.
Josef kwęka.
Fatima obnaża pierś i zaczyna karmić chłopca. Zatraca się w teraźniejszości. Wzdryga się, gdy dostrzega w drzwiach jakąś parę. Nieznajomi się uśmiechają. Kobieta trzyma na rękach zawiniątko – małe dziecko. Siada obok Fatimy, pochyla się ku niej i spogląda na Josefa.
– Chłopiec?
– Tak.
– Słodki. Jak ma na imię?
– Josef.
Niemowlę na rękach nieznajomej ma jasną skórę i bezwłosą główkę.
– A to Antonia – mówi kobieta. – Odkąd przyszła na świat, jeszcze ani razu nie zapłakała.
– Może nam się trafiło najspokojniejsze dziecko na świecie? – dodaje mężczyzna, który właśnie podszedł do kobiety i podaje jej szklankę soku. Potem przysuwa sobie krzesło i stawia je obok kanapy. – To twoje pierwsze? – pyta Fatimę.
Dziewczyna potwierdza skinieniem głowy.
– Ja i Michaela mamy już dwie starsze córki – kontynuuje nieznajomy. – Ciężko mi będzie z czterema kobietami w domu.
On i jego żona wymieniają spojrzenia. W ich uśmiechach widać miłość, jakąś historię, ale również przyszłość. Zbudowali razem cały świat. Na pewno mieszkają w pięknym domu z ogrodem, on pewnie regularnie strzyże trawnik i płaci rachunki na czas.
Za kilka godzin wrócą do tego miejsca.
A co zrobi ona?
„Może on do tego czasu przyjdzie” – myśli Fatima. „Może też będziemy tak siedzieli i się do siebie uśmiechali, z Josefem pośrodku, i snuli plany, jak teraz wszystko poukładamy”.
Mimo bólu promieniującego od kręgosłupa prosto między nogi i mimo zmęczenia trzymającego ją za gardło Fatima czuje się silna. Pełna życiowej energii.
„Nieważne, czy on wróci, czy nie” – myśli.
Jeśli nie, ona i tak sobie poradzi.
Dla Josefa.
Z Josefem.
Zbuduje mu cały świat i będzie jego częścią oraz murem osłaniającym ten ich świat od wszystkiego, co czyha na zewnątrz.
2007
Liczba zabitych w strzelaninachw środowisku przestępczym: 10
Ali Mansour mimowolnie wraca pamięcią do bejruckich slumsów. Może dzieje się tak za sprawą zapachu jedzenia przyrządzanego przez kobiety. Gdy zamyka oczy i wciąga woń w nozdrza, przenosi się w czasie. Równie dobrze mógłby być chłopcem zbierającym śmieci na ulicach, by je potem sprzedawać handlarzom złomu na południowych przedmieściach Bejrutu.
Dziś kończy czterdzieści siedem lat. Siedzi na chybotliwym plastikowym krześle na rozległym trawniku przy Malmvägen w Sollentunie.
„Przeżyłem już tyle żyć, że już sam nie wiem, które jest moje” – myśli.
Jego wielka rodzina, a przynajmniej ta jej część, która przybyła tego dnia, liczy czterdzieści trzy osoby. Nie wszyscy mieszkają w Sollentunie, niektórzy przyjechali z Malmö, Berlina, Essen, Göteborga, Örebro i Västerås.
Łączy ich to, że ich przodkowie pochodzili z prowincji Mardin w dzisiejszej Turcji, lecz wygnano ich stamtąd po pierwszej wojnie światowej i zawędrowali do Libanu. W czasie późniejszej wojny domowej wielu z nich wyemigrowało do Europy. Ali Mansour przyjechał do Szwecji w 1989 roku ze swoją żoną Azą.
Zaczynał na zmywaku i jako stróż, ona zajmowała się domem. A kiedy jego młodszy brat – Karim – też osiadł w Szwecji, rozpoczęła się podróż, która uczyniła ich rodzinę potężną. Bracia mają jeszcze trzy siostry w Libanie, lecz Ali rzadko się z nimi kontaktuje.
Na Malmvägen w Sollentunie mieści się baza Mansourów. I choć Ali nie mieszka tu już od dobrych paru lat, dziesięć bloków zbudowanych w 1972 roku wciąż stanowi system krwionośny rodzinnych finansów. Zostali tu Karim i jego rodzina. Mieszkańcy osiedla nie zapominają, kto tutaj rządzi.
Oficjalnie Mansourowie prowadzą sieć warzywniaków z siedzibą w parku handlowym Årsta Partihallar, dodatkowo Karim ma warsztat samochodowy. Legalny dochód jest niewielki w porównaniu z czarnym. Ten drugi pochodzi z haraczy od przedsiębiorców z Sollentuny i okolic oraz właścicieli restauracji, którzy płacą, by nie spalono im lokalu. Młodsi członkowie rodziny Mansourów sprzedają narkotyki, głównie marihuanę.
Dziewiętnastoletni Muhammed, najstarszy syn Alego, stoi kawałek dalej i rozmawia z kuzynem Fadim.
Żaden z nich nie musiał nigdy o nic walczyć, jak Ali i Karim. Odwalili czarną robotę za swoich synów, którzy mogą teraz zbierać żniwo. „I właśnie tak powinno być” – myśli Ali. „Każde pokolenie toczy swoją wojnę. Muhammed i Fadi będą zarządzali tym, co my zbudowaliśmy”.
– Muhammedzie, podejdź do mnie!
Syn natychmiast odstępuje od kuzyna.
Od kilku miesięcy prosi ojca o pozwolenie na otwarcie klubu nocnego. Ali do tej pory mu odmawiał. Wie, jak trudno prowadzić taki biznes. To niekończąca się harówka, pijaństwo, narkotyki i bójki. Liczył, że ma to już za sobą. Ale przemyślał sprawę. Wciąż nie znosi klubów nocnych i restauracji, ale dostrzega korzyści płynące z kontrolowania takiego lokalu. Knajpy to ostatnie przyczółki obrotu gotówką. Ponadto miejsca, gdzie sprzedaje się alkohol i gdzie są brane prochy, to ekosystem, w którym dochodzą do głosu i rozkwitają najgorsze ludzkie skłonności. Wychodzą na jaw cechy, które przeciętni Szwedzi na co dzień pragną ukryć. A gdy się pozna słabości jakichś ludzi, zyskuje się nad nimi władzę.
Rodzina Mansourów rządzi na ulicach, ale daleko jej do prawdziwej władzy w Sollentunie.
Ali spogląda na obgryzione paznokcie Muhammeda. Nie komentuje ich, choć napawają go odrazą. Obgryzione paznokcie to oznaka nerwowości, a ta z kolei zdradza słabość. Muhammed zostanie kiedyś głową całego rodu, będzie musiał skończyć z tym nawykiem.
– Dostaniesz ten swój klub – oznajmia Ali. Uśmiecha się, widząc, jak syn powstrzymuje wybuch entuzjazmu. – Ale pod warunkiem, że będziesz przestrzegał ustalonych reguł.
Muhammed przysuwa sobie krzesło bliżej ojca, bo salwa śmiechu zagłusza słowa Alego.
– Klub będzie narzędziem. I nie będzie służył tobie, lecz całej rodzinie.
Potem wyjaśnia, jak ma działać ów biznes.
Muhammed słucha w skupieniu.
– Nie zawiodę cię, obiecuję.
Ali klapie go po ramieniu, a potem odsyła.
Po trawie biega dziewczynka w różowej sukience księżniczki. Ali mimowolnie się uśmiecha, widząc, jak mała gania w kółko na bosaka. Jest jak żywioł. Dzikie zwierzę. To Zara, jego córka. I oczko w głowie. Ma dziewięć lat i właściwie jest już na tyle duża, że powinna pomagać matce i reszcie kobiet w przygotowywaniu posiłku. Ale urodziła się dziesięć lat po swoim bracie i cieszy się specjalnym traktowaniem.
Ali ją rozpieszcza.
– Zaro! – woła ją, machając.
Dziewczynka natychmiast przybiega i pada mu w ramiona. Kiedyś będzie należała do innego mężczyzny, lecz na razie jest tylko jego.
Josef Mehrabi wykonuje rzut. Piłka leci łukiem, ale mija kosz i ląduje w kałuży powstałej w miejscu pękniętego asfaltu. Josef podnosi ją i wyciera gumową powierzchnię w podkoszulek. Ten sierpniowy wieczór jest wyjątkowo ciepły i lekki wiatr przynosi zapach grillowanego mięsa. Wcześniej tego dnia Josef stał na balkonie i patrzył na nadjeżdżające samochody. Były za daleko, by mógł rozpoznać, kto z nich wysiadał, lecz widział grille, koce, krzesła i stoły rozkładane na trawniku.
Wtedy zrozumiał, co to za ludzie.
Rodzina Mansourów.
Wszyscy w Sollentunie ich znają.
Josef zazdrości im, że są tak liczni i że trzymają się razem.
Do równoległej klasy w szkole Josefa chodzi Mehmet. To jeden z Mansourów. Żaden nauczyciel nie odważy się zwrócić mu uwagi. I nikt z uczniów mu nie podskoczy. Zimą przyszedł do szkoły nowy chłopak i popełnił ten błąd, że zadarł z Mehmetem po tym, jak Mehmet trafił go w głowę śnieżką. Dogonił go, przycisnął do ziemi i natarł mu śniegiem twarz, aż Mehmetowi poleciała krew z nosa.
Dwie godziny później chłopak wylądował na ostrym dyżurze ze złamaną ręką. Krewni Mehmeta – Muhammed i Fadi – przyjechali samochodem i pobili go na samym środku szkolnego dziedzińca.
Josef chciałby mieć takie poczucie bezpieczeństwa. Wspólnoty. Siły.
On ma tylko mamę.
Kocha ją. Chociaż jest o wiele młodsza od rodziców jego kolegów, przez cały czas wydaje się zmęczona. I jest taka malutka. Josef, który niedługo skończy dziesięć lat, jest prawie tego samego wzrostu, co ona.
Unosi piłkę i próbuje wcelować do kosza, kiedy na boisko wchodzi dwóch młodszych chłopaków. Mają po siedem, może po osiem lat. Jeden to Azim. Josef wie, że oni też należą do rodziny Mansourów. Bije już od nich ta pewność siebie. Świadomość, że zawsze dostanie się to, na co ma się ochotę.
Josef opuszcza ręce i staje z piłką przyciśniętą do brzucha.
– Ej ty, podaj! – woła Azim.
Josef spełnia żądanie. Chłopcy zaczynają grać. Josef tkwi przez chwilę w miejscu, zastanawia się, czy pozwolą mu się przyłączyć, ale po jakimś czasie siada na ławce i opiera plecy o ogrodzenie.
Mija dziesięć minut.
Dwadzieścia.
Zaczyna się niepokoić, że nie odzyska piłki. Dostał ją już w czerwcu, chociaż urodziny ma dopiero pierwszego września. Ale mama była z niego dumna, bo dyrektor szkoły powiedział, że Josef przeskoczy jedną klasę. Zamiast do czwartej pójdzie od razu do piątej. Poza tym dzięki piłce ma jakieś zajęcie, kiedy mama ma dyżur w opiece społecznej.
Josef od początku dbał o tę piłkę i po każdym użyciu wycierał ją mokrą szmatką. I mimo że grał nią codziennie, wciąż wygląda jak nowa.
Chciałby wiedzieć, która godzina. Pewnie powinien być już w domu, ale nie może wrócić.
Nie bez piłki.
Z pobliskiej piwnicy, w której mieści się klub bokserski, wychodzi kilku nastolatków. Idą w stronę boiska, niosą na plecach duże czarne torby treningowe, które wyglądają na ich plecach jak pancerze. Zaraz za nimi wychodzi Luis Fonseca. To jego klub. Luis odpina rower i odjeżdża, mijając boisko. Josef marzy o trenowaniu boksu, ale mama nie chce mu na to pozwolić.
„Masz się nauczyć używać głowy, porządnie czytać i pisać po szwedzku, a nie bić. Bo tego ostatniego i tak się nauczysz” – powtarza, kiedy Josef porusza ten temat.
– Cześć, Josefie! – woła Luis.
Josef macha mu na powitanie, zadowolony, że trener go rozpoznał.
Luis też nie ma dużej rodziny, tylko dwie córki. Mimo to ludzie boją się mu podskoczyć, bo umie się bić.
Chłopcy grają dalej. Nie trafiają do kosza. Piłka jest cała mokra, ale żaden z nich jej nie wyciera. W końcu zaczynają ją kopać, jakby grali w nogę. Z każdym kopnięciem Josefa przechodzi dreszcz. Wie, że to ją niszczy. Od kopania robią się wybrzuszenia.
Od strony stacji kolejki miejskiej nadchodzi trzech chłopaków. Są starsi, mają po piętnaście, może szesnaście lat. Są ubrani w workowate dżinsy i mają na głowach bejsbolówki odwrócone daszkami do tyłu. Siadają na drugim końcu boiska. Jeden zapala papierosa, którego podają sobie z ręki do ręki. Nie są z Malmvägen. Josef żadnego z nich nie rozpoznaje. Może przyjechali z Rotebro? W pewnym momencie piłka toczy się pod nogi jednego z nich i chłopak ją podnosi. Kozłuje przez chwilę. Robi kilka kroków. Potem podaje do kolegi.
– Oddawaj piłkę, skurwielu! – wykrzykuje Azim.
Ten, który mu ją odebrał, mruga energicznie i patrzy na Azima tak, jakby nie zrozumiał.
– Oddawaj, matkojebco! – Azim próbuje wyrwać mu piłkę z rąk, ale nastolatek unosi ją wysoko nad głowę. Azim spluwa mu na podkoszulek. Starszy chłopak odrzuca piłkę i policzkuje Azima. Tak mocno, że ten traci równowagę i ląduje na tyłku.
Josef wstrzymuje oddech.
– Zaczekaj tylko... masz przejebane – wysapuje Azim.
Młodsi chłopcy odchodzą, lecz Josef wie, co się zaraz wydarzy. Podrostki podnoszą piłkę i grają dalej, śmieją się i palą. Josef wstaje. Mama zawsze powtarza, że można coś dostać, jeśli się grzecznie poprosi. Josef wie, że to tak nie działa, a przynajmniej nie tutaj, na Malmvägen.
Mimo to podejmuje próbę.
– Mogę dostać piłkę? Jest moja i muszę wracać do domu!
Chłopcy go nie słyszą albo udają, że nie doleciało do nich jego wołanie.
Josef siada z powrotem na ławce i opiera się o parkan. Jeszcze przed chwilą było mu ich żal, bo nie wiedzą, co ich czeka, ale teraz jest mu to obojętne.
Po chwili słyszy trzaskanie drzwi w samochodzie i na boisko wchodzi pięciu mężczyzn. Josef rozpoznaje Muhammeda i Fadiego, nie zna imion pozostałych. Za nimi drepczą dwaj mali chłopcy. Mansourowie nie tracą czasu. Muhammed przypada do chłopaka, który spoliczkował Azima. Ten próbuje się cofnąć, ale ma za plecami ogrodzenie. Muhammed uderza go w twarz. Chłopak wrzeszczy, Muhammed podchodzi bliżej i wali go na odlew. Chłopak upada. Muhammed go kopie. Fadi i pozostali rozprawiają się z jego kolegami. Po chwili oni też leżą na ziemi i rękami osłaniają głowę przed kopniakami.
Po jakimś czasie Mansourom nudzi się ta zabawa.
– Spadamy – mówi Muhammed. Potem się odwraca i patrzy na Josefa, jakby dopiero teraz go zauważył.
Josef spina się ze strachu.
– Na co się gapisz? – pyta Muhammed.
– Na nic.
– I dobrze. – W oczach Muhammeda pojawia się wesoły błysk. Uśmiecha się. – Jak ktoś zapyta, nic nie widziałeś.
Josef przytakuje.
– Nic nie widziałem – mamrocze pod nosem.
Muhammed kładzie dłoń na ramieniu Azima i cała grupa spokojnie schodzi z boiska.
Jeden z pobitych chłopaków próbuje wstać, ale nie daje rady.
Josef nie patrzy na nich, kiedy podnosi piłkę.
Na gumowej powierzchni widać ślady krwi. Ociera ją dłonią i kozłując o asfalt, kieruje się do domu.
Muhammed Mansour popija drinka, stojąc przy barze w klubie nocnym Oaza. To jedyny taki lokal w Sollentunie, więc panuje w nim tłok, choć jest dopiero kilka minut po dziewiątej. Muhammed ma dziewiętnaście lat, ale odkąd skończył szesnaście, przychodził tu prawie w każdy weekend. Właściciel nie miał wyjścia, musiał go wpuszczać. Tego wieczoru kuzyni Muhammed i Fadi mają w lokalu dwóch sprzedawców, z których każdy stoi w swoim rogu parkietu i zaopatruje chętnych w kokainę i amfę. Gang z Södertälje sprowadza narkotyki do Szwecji, Muhammed kupuje większe partie, które jego ludzie rozprowadzają po Sollentunie.
Muhammed omiata wzrokiem strefę ze stolikami. Wkrótce będzie miał swoje miejsce. Ma wielkie plany. Zna pewną restaurację, tu, w okolicy, która idealnie się w nie wpisuje.
Za moment podchodzi do niego Fadi, który kręcił się chwilę pośród ludzi, żeby obczaić dziewczyny.
– Ej, popatrz tam! – Pokazuje palcem na stolik.
Muhammed odgaduje, że chodzi o dwie dziewczyny siedzące z jakimś chłopakiem.
– Te laski to chyba jakieś modelki – mówi Fadi. – A ten gość... normalnie pedał. I to taki, co jest dumny ze swojego pedalstwa.
Fadi nienawidzi homoseksualistów, podobnie jak jego ojciec Karim.
– Kiedy klub będzie nasz, cioty nie będą miały wstępu. I bambusy. – Fadi skinieniem głowy pokazuje na dwóch czarnoskórych chłopaków pijących piwo przy jednym ze stolików.
Jakaś blondynka, na oko dwudziestoletnia, macha do Muhammeda. Przespali się ze sobą w ubiegłym tygodniu, ale nie zapamiętał jej imienia.
– Powiem bramkarzowi, żeby wywalił tego pedała – dodaje Fadi.
Muhammed chwyta go za przedramię, nie pozwalając mu odejść.
– Zostaw go – mówi.
– Dlaczego?
– Nie chcę problemów.
– Nie będzie żadnych problemów. Bramkarze zrobią to, co im każemy, przecież wiesz.
– Odpuść.
Fadi lubi się bić. Już w dzieciństwie sprawiało mu to przyjemność. Któregoś razu, kiedy byli młodsi, sprzedawali hasz dzieciakom z Täby i Danderyd. Jeździli tam, żeby opchnąć towar, ale często kończyło się tym, że przy okazji okradali kilku frajerów. Muhammed zawsze musiał powstrzymywać Fadiego przed robieniem tym gnojkom krzywdy. Fadi jest lojalny i słucha kuzyna. Od zawsze tak było. Muhammed czuje wibrowanie komórki w kieszeni. Dzwoni Tarek, młodszy brat Fadiego.
– Jest kwas – mówi Tarek.
Muhammed zakrywa dłonią drugie ucho, żeby lepiej słyszeć.
– Kumpel widział, jak jeden z gnojków, których skasowaliście na boisku, wsiada do radiowozu. Zabrali go gdzieś.
Muhammed przygląda się swoim knykciom. Są czerwone i opuchnięte po przemodelowaniu twarzy chłopaka.
– Który to był?
– Zaczekaj...
Słyszy, jak Tarek z kimś rozmawia. Muhammed odchodzi od baru i kieruje się do wyjścia. Porozumiewawczo kiwa głową bramkarzowi i staje w ogródku przed lokalem, gdzie gromadzą się palacze.
– Miał biały podkoszulek – odzywa się znowu Tarek.
– Zajmiemy się tym.
Muhammed się rozłącza. Idzie do Fadiego. Kiedy gnojki leżały na glebie, kuzyn zwinął im portfele.
– Masz jeszcze fanty z boiska? – pyta.
– Mam. A co?
– Chodź.
Odchodzą na bok. Muhammed streszcza, co usłyszał od Tareka.
– Musimy ustalić nazwisko – podsumowuje.
Ruszają do samochodu Fadiego zaparkowanego w następnej przecznicy. Fadi nie ma prawa jazdy, ale odkąd skończył szesnaście lat, jeździ otrzymanym od ojca czerwonym BMW. Otwiera drzwi po stronie pasażera, wyjmuje trzy portfele i podaje je Muhammedowi. W dwóch są dowody osobiste, ale Muhammed nie przypomina sobie, by któryś z tych chłopaków miał na sobie biały podkoszulek. W trzecim portfelu nie ma dokumentu tożsamości, znajduje za to kartę członkowską klubu piłkarskiego w Bro. Chłopak ma na nazwisko Ringdahl.
Muhammed odblokowuje telefon, otwiera wyszukiwarkę Eniro i po chwili trafia na adres w Bro. Chłopak mieszka w dzielnicy szeregówek.
Josef i jego mama Fatima siedzą na balkonie i patrzą na osiedle. Z innych pięter dobiegają rozmowy w obcych językach i orientalna muzyka. Gdzieś kłóci się jakaś para. W oddali przemyka pociąg kolei miejskiej. Josef i Fatima piją sok truskawkowy z lodem. Kostki grzechoczą w szklankach. Josef patrzy na mamę i myśli sobie, że bardzo ją kocha. Jednocześnie ma wyrzuty sumienia, bo marzy mu się, żeby nie musieli żyć tylko we dwoje.
Mama pracuje w opiece społecznej. Kursuje na rowerze między domami starych ludzi, robi im zakupy, pomaga wziąć prysznic, dotrzymuje im towarzystwa. Czasem Josef jeździ z nią. Siedzi na bagażniku i czeka, podczas gdy mama ogarnia czyjeś mieszkanie. Dzieciaki w klasie śmieją się z niego i mówią, że jego mama podciera tyłki staruchom. Wtedy Josef się wstydzi. Lubi podopiecznych mamy, mają miłe pomarszczone twarze, uśmiechają się i często zapraszają na poczęstunek. Parę dni temu Josef dostał od jednej babci odtwarzacz VHS i siatkę kaset. Zdążył już obejrzeć wszystkie filmy. Najbardziej spodobał mu się Rasmus i włóczęga, chociaż Bracia Lwie Serce też byli fajni. Nie wie, dlaczego ten pierwszy spodobał mu się bardziej, może dlatego, że Rasmus też jest samotny i nie ma taty.
– Wczoraj na boisku była bójka – mówi do mamy.
– Brałeś w niej udział?
Josef kręci głową.
– Nie, inne chłopaki. I Mansourowie.
Streszcza wydarzenia z ubiegłego wieczoru, ale pomija fragment z piłką. Nie wie dlaczego, ale ma wrażenie, że mama zawsze robi się smutna, kiedy ktoś sprawia mu przykrość. Jakby miała na to jakiś wpływ.
Jest za mała i za słaba, tak jak on.
– Że też nikt nie powstrzyma tych bandytów – mówi mama. – Nie mają za grosz wstydu.
– Chciałbym, żeby... – zaczyna Josef, lecz zaraz urywa i bierze łyk soku.
– Czego byś chciał? – dopytuje mama.
– Nieważne.
Chciałby jej wyznać, że pragnąłby mieć kogoś, kto chroniłby go tam, poza domem. Jak ci dwaj chłopcy z boiska. Kogoś, kto zawsze przyjedzie, za kim można się schować. Mama wyciąga do niego rękę, chwyta jego dłoń. Ich dłonie są prawie tej samej wielkości.
– Kocham cię – mówi. Przygląda się jego ręce i kręci głową. – Masz takie same dłonie jak twój tato. – Potem sięga po karafkę z sokiem i napełnia obie szklanki.
– Dlaczego on uciekł? – pyta Josef.
Gdzieś pod nimi słychać śmiech. Szczeka jakiś pies.
– Bo nie chciał się dzielić z tobą moją miłością. Wolał się zająć innymi rzeczami. Nie został stworzony do bycia rodzicem.
Josef chłonie każde słowo.
– A jak to jest? – pyta.
– Być rodzicem?
– Tak.
Fatima się uśmiecha. Josef uwielbia, kiedy jego mama to robi. Po chwili jej twarz się wygładza. Poważnieje.
– Nie wiem, jak ci to jasno wytłumaczyć – mówi i milknie na moment. – Często myślę o tym, że umrę przed tobą – kontynuuje. – I to przepełnia mnie smutkiem.
Josef czuje mętlik w głowie.
– Wolałabyś, żebym ja umarł pierwszy?
Fatima kręci głową.
– To nie tak. Chodzi o to, że... Nie mogę się pogodzić z myślą, że kiedyś będziesz umierał, a mnie przy tobie nie będzie i nie będę mogła cię pocieszyć. Że zostaniesz sam na sam ze śmiercią. Beze mnie. Bez swojej mamy.
Siedzą chwilę w milczeniu. Josef zaczyna nucić Piosenkę włóczęgi. Robi to co chwilę, odkąd obejrzał Rasmusa i włóczęgę.
Na dole jacyś chłopcy rzucają minipetardami.
– Chcę trenować u Luisa Fonseki – oznajmia.
Fatima wzdycha.
– Po co chcesz nauczyć się bić? – pyta.
– Bo to potrzebne.
– Ja nie umiem się boksować i jakoś sobie radzę.
Josef wznosi oczy do nieba.
– Bo jesteś dziewczyną. Dziewczyny nie muszą się bić.
Fatima się uśmiecha. Ale to nie ten miły, otwarty uśmiech. Widać w nim coś innego: smutek.
– Gdybyś tylko wiedział... My, kobiety, bijemy się częściej niż wy, ale robimy to na inne sposoby.
Josef wyjmuje ze szklanki kostkę lodu i wkłada ją do buzi. Lubi, kiedy od zimna bolą go zęby.
– Ale ja chcę... – zaczyna i zaraz milknie. Wstydzi się wypowiedzieć swoją myśl. Wydaje mu się śmieszna.
– Czego chcesz? – dopytuje Fatima.
Josef odwraca głowę, bo nie zniósłby, gdyby mama zareagowała na jego odpowiedź śmiechem.
– Chcę się nauczyć bić dla ciebie – mówi. – Chcę umieć... cię obronić. Chronić nas.
Gdy ponownie odwraca głowę w jej stronę, jej twarz nie wygląda tak, jak gdyby powiedział coś śmiesznego.
– Przed kim, Josefie? Przed kim chcesz nas chronić?
– Przed... wszystkimi.
– Wiesz co... – zaczyna Fatima, lecz urywa.
Ktoś kaszle tuż pod nimi. Fatima spogląda w dół przez szparę między podłogą a barierką, potem wstaje i macha ręką na powitanie.
– Cześć! – woła.
Josef słyszy wymamrotaną odpowiedź. Też się podnosi i wciska klatkę piersiową w barierkę. Mężczyzna pod nimi jest po sześćdziesiątce, ma na imię Nino i prowadzi małą restaurację kawałek stąd.
– Biedny Nino – szepcze mama, kiedy znów siadają na swoich miejscach.
– Dlaczego biedny? – pyta Josef.
– Bo jest wpół do dziewiątej w piątkowy wieczór, a on już zamknął lokal. To znaczy, że nie ma klientów. Wszystko robi w tej restauracji sam. Gotuje, podaje do stolików, zmywa.
Josef nie czuje sympatii do tego człowieka. To gburowaty facet, mimo że mama zawsze jest dla niego miła. A Josef nie znosi ludzi, którzy nie okazują jej szacunku. Niestety, ich lista jest długa.
– Wiesz, kto kiedyś pracował u Nina na zmywaku? – odzywa się znowu mama. – Ali Mansour. Kiedy przyjechał do Sollentuny, Nino dał mu pracę.
Josefowi trudno sobie wyobrazić Alego – głowę klanu Mansourów – uwijającego się przy stercie brudnych talerzy i rondli w restauracji Nina.
– A wiesz, co jest w tym wszystkim najsmutniejsze? – ciągnie mama.
Przez otwarte okno w jakimś mieszkaniu słychać wiadomości po arabsku. Ktoś bardzo pogłośnił dźwięk. Ktoś inny sykiem ucisza płaczące dziecko.
– Że restauracja Nina była świetnym miejscem. Ludzie przyjeżdżali z całego Sztokholmu, żeby u niego zjeść. Pisano o nim w gazetach. Był nawet w telewizji i gotował w jakimś programie. Ale teraz... teraz zawsze jest u niego pusto. Jakby czas popłynął za szybko i Nino za nim nie nadążył...
– Dlatego jest taki zły? – pyta Josef.
– Myślę, że tak.
Na którymś z wyższych balkonów dochodzi do krótkiej, lecz burzliwej wymiany zdań. Ktoś trzaska drzwiami. Ktoś zapala papierosa. Josef zamyka oczy i wciąga do płuc zapach dymu.
– To, co powiedziałeś wcześniej... – zaczyna Fatima.
Josef nie podnosi powiek.
– Co? – pyta.
– O tym, że chciałbyś umieć mnie ochronić. Bić się dla nas... – Josef otwiera oczy i spogląda na nią. – To moje zadanie. Jestem twoją mamą i to ja mam się za nas bić. Ze wszystkimi. Jeśli trzeba, nawet z Mansourami. Rozumiesz?
Jest kilka minut po północy i panuje gęsty mrok. Muhammed Mansour, jego kuzyn Fadi i dwóch innych krewniaków siedzą w BMW w dzielnicy szeregówek w Bro. W domu Ringdahlów są zaciągnięte zasłony. Na podjeździe stoi czerwony Volkswagen Passat. Fadi ma przy sobie nóż motylkowy, krewniacy na tylnym siedzeniu wzięli kije bejsbolowe, a Muhammed założył kastet.
Wszyscy czekają na rozkaz Muhammeda – zawsze tak było. To on jest przywódcą, mimo że Fadi jest od niego o rok starszy. Muhammed spogląda przez chwilę to na Passata, to na drzwi wejściowe i w końcu podejmuje decyzję. Mówi krewniakom, co mają zrobić, po czym wysiada z auta.
Biegnie truchtem przez podjazd i przystaje za węgłem domu. Wydaje mu się, że słyszy dźwięk telewizora. Wysyła wiadomość do Fadiego.
Teraz.
Drzwi BMW się otwierają. Dwadzieścia sekund później zaczyna wyć alarm w Passacie.
Muhammed poprawia kastet. Słyszy skrzypnięcie otwieranych drzwi. Ktoś idzie po podjeździe. Muhammed wygląda zza węgła. Drzwi są otwarte na oścież. Wpada do środka. W salonie chodzi telewizor. Muhammed przemieszcza się do kuchni. Blaty są uprzątnięte i wytarte do sucha. Ostrożnie wysuwa szufladę i wyjmuje duży nóż. Za moment słyszy trzaśnięcie drzwi. Osoba, która poszła wyłączyć alarm w Passacie, wraca przed telewizor. Muhammed zakrada się z powrotem do przedpokoju i przekręca zamek w drzwiach. Sekundę później do środka wpadają jego krewni. Mężczyzna w salonie dopiero teraz ich dostrzega. Kiedy wbiegają do pokoju, zrywa się na równe nogi. Fadi rzuca się na niego i wciska go w kanapę.
– Coście za jedni? – sapie mężczyzna.
Muhammed podchodzi do niego spokojnym krokiem. W ręce ściska nóż. Powoli wodzi ostrzem po przerażonej twarzy gospodarza.
– Twój syn gadał z policją – mówi.
– Nic im nie powiedział. Pytali, ale nic nie powiedział.
– Sami go zapytamy.
Nagle powietrze przeszywa krzyk.
Muhammed się odwraca i dostrzega kobietę w niebieskiej piżamie stojącą przy schodach prowadzących na piętro. Jeden z krewniaków przypada do niej, powala ją i mocno przyciska do podłogi. Zatyka jej usta ręką, żeby ją uciszyć.
– Pokaż, gdzie jest pokój twojego syna. – Muhammed szarpnięciem podrywa mężczyznę z kanapy.
Fadi łapie go za drugą rękę i prowadzą go na piętro.
– Proszę... – jęczy gospodarz.
– Pokaż! – ryczy Muhammed.
Kobieta leży na podłodze i wytrzeszczonymi z przerażenia oczami patrzy, jak napastnicy prowadzą jej męża po schodach. Na ścianie nad stopniami wiszą zdjęcia rodzinne. Widać na nich troje dzieci. Chłopak, któremu Muhammed wczoraj przestawił nos, jest najstarszy. Kiedy otwierają drzwi do jego pokoju i włączają światło, łóżko jest puste, lecz Muhammed od razu go dostrzega. Chłopak kuli się w kącie, odwrócony plecami do drzwi, zakrywa rękami posiniaczoną twarz i łka.
Fadi parska śmiechem.
– Nie bój się... – mówi ojciec chłopaka. – Oni chcą tylko porozmawiać. Nie zrobią nam krzywdy.
Muhammed podrywa chłopaka, popycha go na ścianę, po czym łapie, bo chłopak zaczyna się osuwać.
– Błagam, nie bij go... – jęczy jego ojciec.
Chłopak płacze. Boi się spojrzeć Muhammedowi w oczy.
– Spójrz na mnie! – nakazuje mu Muhammed.
Nie udaje mu się jednak złowić wzroku chłopaka. Nie może nawiązać z nim kontaktu. Spogląda na Fadiego stojącego obok ojca dzieciaka.
– Przywal mu – mówi.
Nie musi powtarzać drugi raz. Fadi od razu wykonuje polecenie. Uderza mężczyznę w nos, powala go na łóżko, siada na nim okrakiem i zaczyna go okładać pięściami.
– Wystarczy! – Muhammed mu przerywa.
Fadi wymierza ostatni cios. Mężczyzna leży półprzytomny na łóżku.
Muhammed przenosi wzrok z powrotem na chłopaka.
– Jeśli się wygadasz policji, wrócimy tu – mówi. – Wejdziemy, kiedy nam się zechce. Jeśli wymienicie zamki, zaczekamy na zewnątrz. Pod pracą, pod szkołą. – Milknie i policzkuje chłopaka. – Spójrz mi w twarz! – rozkazuje. – Widzisz? Nie boję się jej pokazać. Nie boję się policji. Nie boję się nikogo. Jestem Muhammed Mansour.
Czterej młodzi mężczyźni zostawili swój wóz w Sollentunie i jeżdżą po autostradzie E4 czerwonym Passatem Ringdahlów. Prowadzi Fadi. Rozpędza kombi do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Jest wpół do trzeciej w nocy. Muhammed i reszta palą papierosy, piją alkohol i słuchają muzyki.
– Benzyna się kończy – mówi Fadi.
Muhammed pochyla się do przodu. Widzi czerwoną kontrolkę.
– Jedź na Tegelhagen.
Fadi odbija w stronę Edsviken.
Muhammedowi szumi w głowie. Jest pijany.
Szczęśliwy.
Będzie miał swój klub nocny. Ojciec mu ufa.
Wysiadają z auta przy kąpielisku. Drzwi zostawiają otwarte. Muhammed rozpina rozporek i sika na siedzenia. Opróżniwszy pęcherz, zapina spodnie i odwraca się w stronę wody.
– Przejmę to miasto. Przejmę cały ten jebany kraj! – wykrzykuje. – Poczekajcie tylko! Zobaczycie!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
