Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
22 osoby interesują się tą książką
Nie pamięta swojego imienia ani twarzy.
Pamięta za to ciężar broni w dłoni – i wie dokładnie, jak zabić.
Odnaleziona ledwo żywa, pokiereszowana i posiniaczona, budzi się z amnezją i pustką w głowie. Nikt jej nie szuka. Nikt nie zgłasza zaginięcia. Jakby nigdy nie istniała. Jedno jest jednak pewne: to nie był wypadek. Ktoś chciał ją zabić – i niemal mu się udało.
Strzępy wspomnień mieszają się z wizjami podsuwanymi przez potłuczoną głowę: płytki grób w lesie, martwi ludzie, koszmarna dziewczynka z przeszłości i potwór, którego nie potrafi nazwać. By przeżyć, musi uciec. Odnaleźć niedoszłego mordercę, zanim on odnajdzie ją. I przypomnieć sobie, kim naprawdę jest – choć instynkt podpowiada, że prawda nie przyniesie ukojenia.
Wśród obcych twarzy jedynym sprzymierzeńcem pozostaje lekarz, który przywrócił ją do życia i pomaga wydobyć z mroku to, co zostało wymazane z pamięci. Gdy wspomnienia zaczynają wracać, staje się jasne, że rzeczywistość jest znacznie gorsza od koszmarów nawiedzających jej głowę.
Kim jest kobieta bez przeszłości?
Dlaczego ktoś próbował uciszyć ją na zawsze?
Czy zdąży odkryć prawdę, zanim ponownie stanie na drodze mordercy?
Agnieszka Milewska udowadnia, że strach to nie tylko ucieczka przed śmiercią, lecz przede wszystkim konfrontacja z własną przeszłością – tą, której nie pamiętamy, a która wciąż ma nad nami władzę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 417
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Są tylko dwa sposoby na przeżycie swojego życia. Jeden to taki, w którym nic nie jest cudem.Drugi – tak, jakby cudem było wszystko.”
– Albert Einstein
„Człowiek ścigany czasami męczy się nieufnością i tęskni za przyjaźnią.”
– Aragorn ,,Władca Pierścieni”.
Mojemu Dzió(u)bkowi.
Drogi czytelniku! Nie zapominaj, kim jesteś, co przeżyłeś i skąd pochodzisz, ale pamiętaj, że przyszłość jest tylko w Twoich rękach.
A.A. Milewska
1. ROZPOZNANIE
Na początku był strach. Nagły, brutalny, odbierający oddech w piersi, stawiający wszystkie włoski na ciele na baczność, tak okrutny i niespodziewany, aż nierealny. Zaraz potem nastąpił szok. Bo przecież to, co się działo, było zupełnie niemożliwe, nie działo się naprawdę. Nie mnie. Następna przyszła panika. Walka o życie. O każdy oddech. O to, żeby nie zwariować i nie stracić przytomności. Ale najgorszy był ból. Ten fizyczny, kiedy ciało zaczęły rozrywać kawałki metalu oraz ten, który zagnieździł się w umyśle i kąsał jak stado szerszeni. Walka o każdy oddech, przeplatana strachem, szokiem, paniką i bólem rozrywała płuca w piersiach, a zwykłe: ,,Pomocy!” brzmiało jak kwilenie usypiającego niemowlęcia. Zbyt mętne, żeby ktokolwiek zwrócił na nie uwagę.
Tej walki nie dało się wygrać. Od początku była skazana na niepowodzenie. Atak z zaskoczenia, brak możliwości ucieczki, nierealność sytuacji. Cios okazał się celny i skuteczny. A ja, uwięziona w swoich spanikowanych myślach, czująca, że nie uda mi się wyjść z tego cało, wiedziałam, że to koniec.
Czułam każdą komórką własnego ciała, każdym bolesnym oddechem i każdą splątaną myślą, że nie wygram. Że to, co było ważne, czego poszukiwałam, co odkryłam i o co walczyłam, zostanie pogrzebane razem ze mną. Że nie obronię nigdy tych, których kocham, że prawda umrze razem ze mną.
Tracąc zmysły, ostatnią rzeczą, o której pomyślałam, było to, że mogłam być lepszym człowiekiem. Po prostu. Tylko tyle i aż tyle. I pomimo walki, bólu, strachu i szoku poddałam się ciemności. Nie miałam już sił ani powietrza. Ani nadziei. A razem z końcem przyszła lodowata ciemność, która okazała się wytchnieniem.
***
Ostre światło raziło mnie w oczy. Oślepiało i wwiercało się w głowę jak zimne, metalowe wiertło. Słyszałam ludzi, hałas, krzyki, czułam szarpanie. Okropnie mnie to denerwowało. Chciałam wykrzyczeć, żeby wszyscy się zamknęli i pozwolili mi odpocząć, ale nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Gdybym tylko mogła zaznać odrobinę ciszy, zagłuszyć ten hałas i te głosy. Chociaż na chwilę, na jedną pieprzoną sekundę! Czy tak dużo wymagam?
Złość rozsadzała mi głowę. Uniosłam dłoń, ale trafiłam na czyjeś ręce. Dość! Podniosłam się gwałtownie, patrząc na zdziwione twarze zupełnie obcych mi ludzi. Przede mną stała kobieta w poplamionym fartuchu. To chyba była krew. Co jej się stało?
Ktoś próbował docisnąć mnie do materaca. Nie rozumiałam słów, które ci obcy ludzie wykrzykiwali pomiędzy sobą. Czułam, jak adrenalina pompuje krew, miałam wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy mi z piersi.
Kiedy z nimi walczyłam, chwyciłam pierwszą rękę, która próbowała mnie unieruchomić i zatopiłam w niej zęby. Usłyszałam wrzask mężczyzny, a potem nagle obraz zawirował i spowolnił. Zobaczyłam wpatrzone we mnie iskrzące czekoladowe oczy. Długi, ciągły, męczący sygnał głośno brzmiał w mojej głowie, kiedy znowu zagłębiałam się w ciemność. Ucieszyło mnie, że w końcu pozwolą mi chwilę odpocząć.
Śniłam o mężczyźnie. Szczupły, wysoki, z przyjemnie wyrzeźbionymi ramionami i smukłymi palcami. Miał ciemne blond włosy, brązowe oczy, które wnikliwie mi się przyglądały, ładnie zarysowane usta oraz piękny, prosty, wąski nos. Nachylał się nade mną i kładł chłodną, kojącą dłoń na moje rozpalone czoło. Słyszałam jego mocny, czysty głos, kiedy opowiadał mi jakieś dziwne historie o walce dobra ze złem. Przynosił spokój i ulgę. Czułam się przy nim bezpieczna.
Śniłam też o innych. O wytatuowanym, barczystym mundurowym, który mrużył oczy, patrząc na mnie. O chudej, pomarszczonej kobiecie, która dziarskim głosem zawsze mamrotała coś pod nosem. O starszym facecie ze skrzywionymi niechętnie ustami i nieprzyjemnym spojrzeniem, które ślizgało się po moim ciele. Oraz o eleganckiej kobiecie, która w młodości musiała być pięknością. Ona wydawała niezrozumiałe dla mnie komendy wszystkim innym. Wiedziałam, że jest dobrym człowiekiem. Widziałam też odrobinę bólu i chłodu w jej przejrzystym spojrzeniu.
Przez kilka następnych dni miałam mętne przebłyski świadomości. Ktoś mnie o coś pytał, ktoś mnie dotykał, pomógł wstać, dojść do toalety. Potem znowu zapadałam w błogi sen, który dawał ukojenie od bólu. Aż w końcu znowu zaczęłam budzić się do życia.
Na początku to były urywki. Minuty kradzione z ciemności. Z czasem ich przybywało, a obraz stawał się wyraźniejszy. Z mgły wynurzały się postacie, widziałam więcej szczegółów, słyszałam więcej słów, miałam ochotę coś powiedzieć. Przywitać się, wstać i opowiedzieć swoją historię.
Tylko jaką? Bo była jakaś historia, ale nie mogłam sobie jej przypomnieć. Oprócz ciemności i tych kilku twarzy nie pamiętałam zupełnie niczego. Nie mogłam sobie przypomnieć, jak wyglądam. Czy jestem młoda? Stara? Szczupła czy gruba? Jaki kolor mają moje oczy?
Z chwilą, gdy poczułam jego dłoń na czole, niewiedza znów wprawiła mnie w złość. Zamrugałam kilka razy, patrząc na mężczyznę. Nachylał się nade mną, ale był skupiony na jakichś białych kartkach trzymanych w dłoni. Mogłam mu się w końcu wyraźnie przyjrzeć, mając świadomość, że on nie patrzy na mnie. Delikatnie marszczył czoło i notował coś na kartce, w którą wpatrywał się z uwagą. Wyciągnęłam rękę i palcem wskazującym delikatnie przejechałam po grzbiecie jego prostego nosa. Mężczyzna gwałtownie podniósł głowę i zdziwiony spojrzał w moje oczy.
– Ładny nos – usłyszałam własny chropowaty głos i znowu na chwilę przymknęłam powieki.
Chciałam odpocząć – te dwa słowa pozbawiły mnie sił. Błogi sen nadchodził, a ja miałam w myślach twarz tego mężczyzny. Czułam szturchanie i znowu słyszałam gadanie nad uchem. Jak nieznośne brzęczenie muchy. I świecenie latarką w oczy. Niech ich wszystkich szlag trafi! Zamachnęłam się, a moja pięść wylądowała w czyjejś dłoni. Parę centymetrów od twarzy.
– Dosyć spania, księżniczko. Skoro masz siłę się bić, to znaczy, że pora wracać do żywych. – Mężczyzna z moich snów uśmiechał się lekko ze złośliwym błyskiem w oku. Miał na sobie biały fartuch, a na szyi zawieszony stetoskop.
Puścił moją dłoń, a ja z trudem oparłam się na łokciach. Oblizałam spierzchnięte usta, czując drapanie w gardle. Marzyłam o szklance zimnej wody. Zmarszczyłam powieki pod naporem pulsującego bólu w skroni. Czułam się słaba, obolała i zmęczona.
Rozejrzałam się po małym pokoju. Brzydkie beżowe ściany, mała pusta szafka, wieszak z kroplówką podpiętą pod moją rękę. Leżałam w szpitalnym łóżku, w paskudnej piżamie w różowe kwiatki. Nie podobało mi się to.
– Jesteś w szpitalu – powiedział lekarz. – Miałaś wypadek. Znalazły cię dzieciaki w lesie. Pamiętasz coś?
Wypadek? Nie pamiętałam żadnego wypadku. Coś ciemnego przemknęło przez mój umysł, ale po chwili zniknęło. W jakim lesie? Co ja tam robiłam? Czyje dzieciaki? Moje? Czy ja mam dzieci? Spojrzałam gniewnie na lekarza, nie odzywając się ani słowem.
Mężczyzna przyglądał mi się uważnie.
– Nie masz uszkodzonych strun głosowych, możesz mówić – zachęcił, lekko kiwając głową. – Jesteś tu od pięciu dni. Nikt cię nie odwiedził. Nie ma cię w bazie zaginionych, a nie miałaś przy sobie żadnych dokumentów. Pamiętasz, jak się nazywasz?
Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Co on do mnie mówił? Wypadek? Las? Nikt się nie zmartwił, że nie ma ze mną kontaktu? Pięć dni to dosyć długo, żeby się zorientować, że ktoś zaginął.
– Posłuchaj… – zaczął.
– Zamknij się! Na chwilę po prostu zamilcz! – Przycisnęłam palce do oczu, zastanawiając się, co tu, u diabła, robię i kim jestem.
Mężczyzna podniósł obie ręce w górę w geście obrony i odsunął się parę kroków ode mnie.
Wzięłam głęboki, bolesny oddech. Skrzywiłam się. Odsunęłam kołdrę i opuściłam bose stopy na podłogę. Ze złością spojrzałam na wenflon i wyciągnęłam go jednym szybkim ruchem. Usłyszałam sapnięcie, ale gdy spojrzałam na doktorka, ten z rękami w kieszeniach tylko mi się przyglądał.
Podniosłam koszulkę do góry, czując bandaż na brzuchu. Z lewej strony miałam przyklejony spory opatrunek. Przejechałam po nim palcami. Bolało. W okolicach żeber widniały fioletowo-purpurowe siniaki. Opuściłam koszulkę i spojrzałam na swoją lewą rękę. Od łokcia do nadgarstka była owinięta bandażem. Poruszyłam palcami. Miałam pokiereszowane dłonie, czułam ból, ale mogłam ruszać dłonią.
Zerknęłam na mężczyznę, który cały czas przyglądał mi się w milczeniu. Postawiłam nogi na podłogę. W prawej poczułam nieprzyjemne rwanie. Podniosłam delikatnie szeroką nogawkę brzydkiej piżamy i zobaczyłam gojącą się już ranę nad kolanem. Opuściłam materiał, zauważając ze zdziwieniem, że mam pomalowane na pomarańczowo paznokcie u stóp. Wyprostowałam się, ale miałam wrażenie, jakby coś mnie rozjechało. Z wysiłku trzęsłam się jak galareta i zaczęłam się pocić. Znowu usiadłam na łóżku.
Patrząc doktorkowi w oczy, podniosłam pokiereszowane drżące dłonie, badając swoją twarz. Czułam kilka zadrapań na szyi i policzkach. Kiedy dotknęłam nosa, wiedziałam, że muszę mieć tam siniaka. Przejechałam palcami po czole. Wyczułam bandaże dookoła głowy i kiedy przycisnęłam palce, ból z prawej strony. Zgarnęłam włosy i zerknęłam na długi, prosty koński ogon. Kosmyki były ciemne, brązowe i sięgały mi do łokci. Przyglądałam się im. Przyszło mi na myśl, że muszę podciąć końcówki.
– Lubisz patrzeć, doktorku? – spytałam, cały czas czując na sobie jego wzrok.
– Daję ci czas – odpowiedział spokojnie.
– Na co? – Z zaciekawieniem spojrzałam na zastygłą stróżkę krwi po wyrwanym wenflonie i na kilka kropli, które spadły na podłogę.
– Na to, żebyś sobie przypomniała.
Podszedł do mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Czułam się jak eksponat na wystawie.
Przyjrzałam mu się z bliska. Zauważyłam drobne szczegóły. Lekkie zmarszczki wokół oczu, dołeczki w policzkach, jasne plamki w ciemnych oczach i rozjaśnione słońcem pasma włosów. Był sporo wyższy ode mnie. Pachniał szpitalem i czymś słodkim. Czułam się przy nim bezpiecznie, jednak wiedziałam, że nie mogę nikomu ufać. Byłam o tym dziwnie przeświadczona.
Lekarz delikatnie ściągnął z szyi stetoskop. Zauważyłam plaster na jego dłoni pod rękawem.
– Mogę cię zbadać? – spytał ostrożnie.
– Mam dwa pytania.
Podniosłam głowę, analizując jego twarz. Pomyślałam, że skoro nie mogę sobie przypomnieć swojego poprzedniego życia, powinnam zapamiętywać jak najwięcej w tej sytuacji.
– Słucham.
– Skąd ta rana? – Złapałam za jego rękę, podciągając fartuch tak, że mogłam przyjrzeć się opatrunkowi. Miał ciepłą dłoń. Ja zaczynałam drżeć z zimna.
– Ugryzłaś mnie.
Uśmiech rozświetlił mu oczy, jednak widziałam, że jest czujny i ostrożny. Jakbym była płochliwym dzikim zwierzęciem. Albo takim, które może zaatakować z zaskoczenia.
– Zgadza się – kiwnęłam głową. To akurat pamiętałam.
– Jakie jest drugie pytanie? – Ostrożnie cofnął rękę, wkładając ją w kieszeń.
– Kim, u diabła, jestem?
Przyglądał mi się dłuższą chwilę, a ja poczułam się wyczerpana, jakbym przebiegła maraton.
– Dowiemy się tego. Teraz musisz odpocząć. Trzeba cię zbadać i zmienić opatrunek, bo zaczynasz przeciekać. – Kiwnął głową w dół.
Zdziwiona powędrowałam za jego wzrokiem i ujrzałam małą, czerwoną plamkę pojawiającą się na piżamie w okolicy brzucha.
– Cholera – zirytowałam się.
Czułam się jak inwalida, kiedy delikatnie popchnął mnie na łóżko i okrył kołdrą.
– Zaczekaj chwilę, zawołam kogoś – oznajmił i odwrócił się w stronę drzwi.
– Hej! Jak masz na imię? – spytałam.
– Olek. – Doktorek spojrzał na mnie przez ramię, ukazując dołeczek w policzku, po czym zniknął za szpitalnymi drzwiami.
Olek. To Aleksander czy Olgierd? Czy po prostu Olek? Mimowolnie uświadomiłam sobie, że nie zauważyłam na jego palcu obrączki. Spojrzałam na własne dłonie. Miałam na palcach jaśniejsze ślady od pierścionków. Czy mam męża i dzieci? Czy wiedzą, że tu jestem? Czy się martwią i mnie szukają?
Zerknęłam na drzwi prowadzące do małej łazienki. Chciało mi się siku. Stwierdziłam, że muszę sobą przedstawiać żałosny widok. Byłam ciekawa, jak wyglądam.
Podniosłam się i z wysiłkiem kuśtykając na trzęsących się nogach, podeszłam do drzwi. Pierwszy raz weszłam tu bez niczyjej pomocy. Zapaliłam światło. Widziałam prysznic po lewej stronie i muszlę klozetową na wprost. Ale całą moją uwagę przykuło lustro wiszące nad odrapaną umywalką. Podeszłam do niego na miękkich nogach, zaciekawiona, wystraszona i niepewna tego, co w nim ujrzę.
Tak jak się spodziewałam, większą część mojej twarzy pokrywały siniaki. Na szczęście parę z nich już bladło. Podniosłam dłoń, dotykając swoich ładnie zarysowanych brwi. Duże niebieskie oczy okalane gęstymi rzęsami, mały nos, szerokie usta. Przejechałam po nich palcami. Głowa owinięta bandażem, prosta grzywka i długie, proste, brązowe włosy.
Przyglądałam się twarzy w lustrzanym odbiciu, zastanawiając się, dlaczego jej nie rozpoznaję. Ciekawiło mnie to, co kryło się w tej głowie. Rozpięłam kilka guzików piżamy. Nieduże, jędrne piersi, czerwone ślady po elektrodach, którymi pewnie próbowali przywrócić mi krążenie, kilka siniaków na obojczykach, płaski, wysportowany brzuch i opalona skóra. Miałam jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Dziwiło mnie, że potrafię to określić, ale za nic nie potrafię odgadnąć swojego imienia.
Zapięłam guziki. Długie palce, ślady po pierścionkach i jaśniejszy ślad na nadgarstku. Byłam pewna, że noszę sportowy zegarek. I że uprawiam jakiś sport i dbam o siebie.
Nie byłam ani piękna, ani brzydka. Intrygowała mnie ta twarz. Ile mogłam mieć lat? Pewnie coś około trzydziestki.
Wysikałam się, przepłukałam ręce i twarz zimną wodą, wypiłam kilka łyków z garści ułożonej w łódeczkę. Ten gest wydawał mi się oczywisty. Słysząc, że drzwi do sali się otworzyły, spojrzałam jeszcze raz w swoje oczy. Chciałam zapamiętać tę twarz.
Wyszłam z łazienki w chwili, kiedy kobieta o bystrych oczach, której twarz kojarzyłam ze swoich snów, złapała za klamkę. Obok niej stała pielęgniarka, trzymająca ręce w kieszeniach fartucha.
– Spokojnie, nie ucieknę. Nawet gdybym chciała, to nie wiedziałabym, dokąd – mruknęłam pod nosem.
– Dobrze, że się pani w końcu obudziła. Teraz będzie już tylko lepiej – uśmiechnęła się nieznacznie.
Doktorek podszedł i chwycił mnie za rękę, żeby pomóc mi dojść do łóżka, na co gniewnie się szarpnęłam. Denerwowała mnie jego troska.
– Nie mam połamanych nóg. Mogę chodzić – warknęłam i pokuśtykałam, starając się wyprostować plecy.
Olek uniósł wysoko brwi i spojrzał na kobietę. Przechodząc obok, zauważyłam plakietkę z nazwiskiem – doktor Wiśniewska. Starając się nie pokazywać po sobie, jak bardzo jestem wyczerpana, usiadłam na łóżko, przytrzymując mimowolnie ranę na brzuchu z lewej strony. Sapałam jak po porządnym porannym biegu i miałam wrażenie, że zaraz się przewrócę, jednak duma nie pozwalała mi przyjąć pomocy.
– Dobrze. Nie jest pani splątana, może mówić i chodzić. Trzeba zmienić opatrunek. – Doktor Wiśniewska poprosiła pielęgniarkę, która delikatnie kiwnęła głową. – I proszę nie wyciągać kroplówki – zwróciła się znów do mnie. – Są tam leki przeciwbólowe i antybiotyk. Chyba, że woli pani cierpieć – uśmiechnęła się lekko.
– Nienawidzę igieł – wymsknęło mi się. Skąd to wiedziałam? – Tak mi się przynajmniej wydaje.
Stojąca cicho pielęgniarka podeszła do mnie, zmierzyła mi temperaturę i założyła nowy wenflon. Miałam ochotę od razu go wyrwać.
– Nie – usłyszałam tylko krótką, stanowczą komendę.
Olek stał obok i zapisywał coś w karcie. Odpuściłam. Przynajmniej na jakiś czas. Kobieta mnie oglądała, dotykała, zmieniała opatrunki na świeże. Ja cierpliwe znosiłam całą tę nieprzyjemną zabawę.
– Co mi się stało i jak długo zamierzacie mnie tu trzymać? – Skrzywiłam się lekko, kiedy pielęgniarka zajęła się bandażem na brzuchu.
– Nic pani nie pamięta?
Próbowałam sobie przypomnieć, zastanowić się, skupić. Głowa bolała mnie jak na ostrym kacu, widziałam tylko pustkę, która lekko przerażała.
– Nie. Nie wiem, jak się nazywam, kim jestem i co się stało, że leżę pokiereszowana w szpitalu. Pierwszy raz widziałam swoją twarz w lustrze w łazience i nadal jej nie rozpoznaję – stwierdziłam przygnębionym głosem.
– Mamy na oddziale psychiatrę, przyślę go do pani. Myślę, że on więcej wyjaśni i pomoże uporać się z zanikiem pamięci.
Gdy zadzwonił telefon, pani doktor odwróciła się do mnie plecami, przytaknęła nerwowo kilka razy i się rozłączyła.
– Olek, zastąp mnie. Przyślę doktora Miśkiewicza. Muszę na chwilę wyjść.
Doktor Wiśniewska, nieobecna już myślami, wyszła z pokoju. „I to by było na tyle” – pomyślałam. Olek odłożył kartę i przysiadł obok mnie na łóżku, kiedy pielęgniarka skończyła zawijać bandaż na brzuchu. Kobieta nieznacznie się uśmiechnęła i nie usłyszawszy więcej poleceń, zostawiła nas samych.
– Miałaś dużo szczęścia. Przeżyłaś jakiś wypadek. Miałaś pękniętą śledzionę, masz złamane dwa żebra, wstrząs mózgu, który skutkuje amnezją i brzydkie rozcięcie na nodze. To na ręce było gorsze. Będziesz miała blizny. Plus siniaki, stłuczenia i zadrapania – mówił bez emocji. – Ledwo przeżyłaś. Straciłaś mnóstwo krwi, ale oprócz żeber wszystkie kości masz całe. Byłaś mokra i wyziębiona.
– Mokra? – zdziwiłam się.
– Młodzież urządziła sobie wieczorne ognisko nad rzeką w lesie. Znaleźli cię parę metrów od rzeki. Nie wiem, jak się tam znalazłaś i co przeżyłaś, ale ci się udało. Niska temperatura była twoim sprzymierzeńcem – powiedział poważnie.
Kiedy oczami wyobraźni zobaczyłam górską rzekę i usłyszałam w głowie szum, zrobiło mi się niedobrze. I zimno. Poczułam, jak włosy na rękach stają mi dęba. Doktorek też to zauważył, bo popchnął mnie lekko na poduszkę i przykrył kołdrą.
Przyswajałam sobie usłyszane przed chwilą informacje. Miałam wypadek? Chciałam się zabić? Ktoś chciał mnie zabić? Las? Nic nie pamiętałam, chociaż wiedziałam, że chciałam znaleźć się jak najdalej od rzeki.
Mężczyzna milczał. Czekał na moją reakcję.
– Miałam coś przy sobie?
– Uszkodzony telefon, który do niczego się nie nadawał, sportowy zegarek, biżuterię, porządne ciuchy, z których ocalały tylko buty i kurtka. Nic więcej. – Pokręcił głową.
– I nikt o mnie nie pytał? Ani nie zgłosił zaginięcia? – spytałam z nadzieją w oczach, mimo że znałam już odpowiedź.
– Przykro mi, ale nie. Był policjant, jednak niczego się nie dowiedział. Na pewno będzie chciał z tobą porozmawiać. Może z telefonu uda mu się coś wyciągnąć. Karta powinna nadal działać.
– Jakim trzeba być człowiekiem, by zniknąć na kilka dni i nie wzbudzić niczyjego niepokoju? – Zmarszczyłam czoło.
– To, że nikt nie pytał, nie znaczy, że nikt nie szuka.
Olek uścisnął pocieszająco moją dłoń i poprawił mi bandaż na głowie, który się lekko poluzował. Czułam, jak delikatnie muska moje czoło. Był pierwszą osobą, którą zobaczyłam w swoim nowym, zupełnie obcym życiu.
– Jak długo będę musiała tu siedzieć? – spytałam po chwili.
– Spieszy ci się gdzieś? – uśmiechnął się z błyskiem w oczach.
– Nie pytaj mnie, skąd wiem, ale po prostu wiem, że nie lubię igieł, szpitali i lekarzy. Bez urazy. – Spojrzałam w okno. – Wiem też, który mamy rok i miesiąc, chociaż pomieszały mi się dni. Wiem, że regularnie ćwiczę, chyba biegam, i że zabiłabym za kubek kawy. Znam jej smak. Tak samo jak znam tabliczkę mnożenia, umiem pisać i czytać. A jednak nie znam swojej twarzy ani imienia. Patrzyłam w lustro, przyglądałam się z ciekawością, ale nie rozpoznaję osoby w odbiciu – westchnęłam.
Olek skończył owijać mi głowę i spojrzał mi w oczy.
– To całkiem miła twarz. Pod warunkiem, że nie gryzie.
Parsknęłam śmiechem.
– Jak mnie nazywacie? „NN”?
– Coś w tym stylu. Zaczekaj chwilę, mam pomysł.
Wyszedł z sali i wrócił po minucie z kolorową gazetką w ręku.
– Chcesz żebym to czytała? – zdziwiłam się.
– Nie. – Wyciągnął długopis i wręczył mi go w dłoń. – Chcę, żebyś to podpisała.
– Ale przecież…
– Nie myśl. Nie zastanawiaj się. Po prostu podpisz, jakbyś dawała autograf. – Podał mi gazetkę.
– Skąd mam wiedzieć, jak mam się podpisać? Mam amnezję, jakbyś zapomniał – zirytowałam się lekko.
– Uspokój się. Nie myśl, nie oczekuj niczego. Spróbuj po prostu przytknąć długopis do kartki i się podpisać – powiedział zniecierpliwiony.
Otworzyłam gazetę na chybił trafił i przyjrzałam się jakiejś blondynce z powiększonymi ustami oraz piersiami, którą zdradził chłopak. Artykuł opisywał historię wielkiej miłości, poświęcenia i zdrady. Co za bzdury, żachnęłam się i podpisałam na biuście blondyny. Zdziwiona zamrugałam oczami.
– Zadziałało! – stwierdziłam zszokowana.
Napis był czytelny, litery płynnie przechodziły w następne. Na zdjęciu podpisałam się jako Anna Leibowitz. Przyglądałam się podpisowi i stwierdziłam, że imię Anna do mnie pasuje.
– Mam na imię Anna. – Odwróciłam gazetkę w stronę doktorka i spojrzałam na niego zafascynowana tym, że odkryłam własne imię.
– No widzisz? Mózg zapamiętuje takie rzeczy i działa automatycznie. Założę się, że masz jakieś konto w mediach społecznościowych.
Przysiadł obok mnie na łóżku i wyciągnął komórkę z kieszeni. Widziałam, jak wpisuje nazwisko i jak po chwili jego uśmiech gaśnie.
– Co? Muszę wiedzieć. – Zaglądałam mu w telefon.
– Przykro mi. Nie nazywasz się Anna Leibowitz – westchnął.
– Przecież się podpisałam. Sam mówiłeś, że mózg zapamiętuje takie informacje. – Bardzo chciałam mieć jakieś imię. „NN” cholernie mi się nie podobało.
– To raczej mało prawdopodobne.
– Ale…
– Anna Leibowitz ma ponad siedemdziesiąt lat i jest amerykańską fotografką. Spójrz. – Podetknął mi telefon pod nos.
– Ale… – Przyglądałam się zdjęciu starszej, modnie ubranej kobiety. Oddałam doktorkowi telefon. To imię i nazwisko wydawało mi się bardzo bliskie.
Wzięłam długopis i z nerwami podpisałam się jeszcze raz. I znowu to samo. Zamknęłam oczy, skupiłam się i machinalnie powtórzyłam podpis. Bez zmian.
– Dlaczego? Dlaczego tak się podpisuję? – Spojrzałam na Olka. Widziałam, że jest mu mnie żal, co rozzłościło mnie jeszcze bardziej.
– Nie wiem. Może psychiatra będzie umiał coś z ciebie wydobyć. To nie moja działka. Chciałem pomóc. Przepraszam. Nie zadziałało, nie powinienem był. – Schował telefon do kieszeni.
Patrzyłam chwilę na mężczyznę, po czym z całą furią rzuciłam gazetę na przeciwległą ścianę. Poczułam ostry ból klatce piersiowej, ale było warto.
– Niezły rzut. Na pewno poczułaś go w żebrach. Brawo – usłyszałam sarkastyczny ton.
– Dzięki, doktorku, próbowałeś. Możesz już sobie iść – odwarknęłam.
– Oho! Wojownicza księżniczka wraca do formy. Oszczędzaj siły.
Mężczyzna podniósł gazetę, a ja odwróciłam się do niego plecami, nakrywając się kołdrą po uszy. Nie chciałam na niego patrzeć.
– Jak sobie życzysz. Niedługo ktoś do ciebie zajrzy.
Usłyszałam, jak wychodzi z sali.
Miałam ochotę odpowiedzieć, żeby się pierdolił, ale czułam, że mama nie lubiła, jak przeklinam. Albo mi się tylko tak wydawało. Nie pamiętałam, jak wygląda, ale słyszałam jej słowa w głowie. W tej chwili wiedziałam, że osobą, której należy ufać najmniej, jestem ja sama. Nie wiedziałam, czy to, co mam w głowie, to moje myśli, wyobrażenia, wspomnienia czy sny. Jak można o sobie zapomnieć? Zła na samą siebie, zacisnęłam pięści aż do bólu.
2. POWRÓT
Odwróciłam się z powrotem w kierunku drzwi. Byłam ciekawa opinii psychiatry. Miałam nadzieję, że nie zamkną mnie w zakładzie dla obłąkanych. Spojrzałam na krzesło i zobaczyłam leżącą na nim książkę. Olek czytał mi ,,Władcę pierścieni”, kiedy byłam nieprzytomna. Świadomość tego, że czuwał i był przy mnie w chwili, kiedy ja byłam w otchłani niepamięci, sprawiła, że się uspokoiłam i poczułam lepiej. Wyczerpana dzisiejszym dniem znowu zapadłam w sen.
Śnili mi się martwi ludzie. Mężczyźni i kobiety w eleganckich, lecz poszarpanych ubraniach, z ranami na sinych ciałach, koszmarnie rozciągniętymi w uśmiechu ustami i wyłupiastymi oczami. Wyciągali ku mnie kościste białe palce. Uciekałam przed nimi przez ciemny las, co chwila potykając się o leżące konary drzew i czułam, jak dzikie maliny rwą mi ubrania oraz tną kolcami skórę. Kiedy upadłam na kolana, z moich dłoni zaczęła kapać lśniąca krew. Spojrzałam za siebie na armię żywych trupów, która zbliżała się coraz bardziej. Nagle spod ziemi wystrzeliła koścista ręka, łapiąc mnie za poranioną dłoń, i zaczęła wciągać do siebie. Ostatkiem sił walczyłam ze śmiercią, a w głowie słyszałam głos, który nakazywał, żebym sobie przypomniała.
Usiadłam gwałtownie na łóżku, przyciskając dłoń do rozszalałego serca. Spazmatycznie łapałam oddech, czując łzy na policzkach, a moim ciałem wstrząsały dreszcze. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności, przypomniałam sobie, że jestem w szpitalu. Nadal jednak nie wiedziałam, dlaczego się tu znalazłam i jak mam na imię. Bolała mnie głowa, a koszmar to spotęgował.
Zamknęłam oczy, wciągając głęboko powietrze nosem i wypuszczając ustami. Pomału przestawałam dygotać. Gdy zupełnie się uspokoiłam, odsunęłam kołdrę i postawiłam stopy na podłogę. Na szafce stał duży kubek. Powąchałam zawartość. Pachniało owocami. Nigdy w życiu nie smakował mi tak żaden kompot. Wypiłam do dna. Rozruszałam plecy, rozciągnęłam delikatnie ręce i nogi, chwyciłam za stojak z kroplówką i podeszłam do okna.
Na dworze panowała ciemność, gdzieniegdzie rozświetlana lampami. Miałam widok na parking samochodowy. Kawałek dalej majaczyły jakieś budynki. Była noc, więc musiałam zasnąć po rozmowie z lekarzami i dali mi spokój.
Podeszłam do drzwi i delikatnie je uchyliłam. Wyjrzałam na zewnątrz. Długi korytarz, sale po obu stronach, niektóre pootwierane. Po prawej stronie spacerowała pomarszczona babcia. Kiedy pielęgniarki zwróciły na nią uwagę, zamknęłam drzwi. Nie chciałam teraz towarzystwa.
Byłam ciekawa, która jest godzina. Odechciało mi się spać. Miałam ochotę na długi, gorący prysznic. Pokuśtykałam do mojej mini łazienki. Ucieszyły mnie czyste ręczniki zostawione w środku. Zdjęłam piżamę, uważając na wszystkie plastry i bandaże. Odwinęłam te z głowy i przedramienia. Rana ładnie się goiła. Ten na brzuchu postanowiłam omijać. Odpięłam kroplówkę, zostawiając w skórze wenflon, i weszłam pod prysznic.
Letnia woda leciała ciurkiem, ale miałam wrażenie, że spłukuję z siebie tonę brudu. Piekły mnie wszystkie rany i zadrapania na ciele, jednak wiedziałam, że mydło i woda dobrze im zrobią. Starałam się ominąć opatrunek na brzuchu i nie zamoczyć wkłucia w dłoni, co było nie lada wyzwaniem.
Myłam się bardzo długo. Zmyłam z siebie dzisiejszy sen i pot. Żałowałam, że nie miałam czystej piżamy. I suszarki do włosów.
Potwornie się zmęczyłam. Musiałam chwilę posiedzieć na klapie sedesu.
Delikatnie osuszyłam ciało i podeszłam do lustra. Wytarłam je ręcznikiem. Moja twarz nadal wydawała się obca. Zauważyłam mały pieprzyk nad prawą brwią, dziurki na kolczyki w uszach oraz sińce pod oczami. Miałam proste zęby i wiedziałam, że to zasługa aparatu ortodontycznego. Tak samo jak wiedziałam, że mam delikatnie powiększone usta. A więc korzystałam z takich cudów. Przejechałam palcem po różowych wargach. Czy wcześniej były brzydkie? Nieidealne? Nierówne? Za wąskie? Zbyt mało czerwone?
Stałam tak, przyglądając się sobie i analizując szczegóły, aż poczułam zmęczenie. Założyłam paskudną piżamę, podłączyłam znowu kroplówkę i usiadłam na łóżku. Za oknem odrobinę się rozwidniało. Żałowałam, że nie mam szczotki do włosów ani żadnego kremu. Tak samo jak cholernie brakowało mi filiżanki kawy.
Nasłuchiwałam głosów z korytarza i z dworu. I czekałam, aż ktoś sobie o mnie przypomni. I poczułam się bardzo samotna.
Kiedy już słyszałam rozmowy za drzwiami, nie mogłam dłużej usiedzieć w łóżku. Ponownie złapałam za stojak z kroplówką i podeszłam do drzwi. Wyszłam na korytarz. Kilka osób spacerowało przed swoimi salami. Na drugim końcu korytarza zobaczyłam ustawione kubki i talerzyki – przygotowanie do śniadania. Automatycznie zaburczało mi w brzuchu. Zaczęłam kuśtykać w tamtą stronę, mając nadzieję, że uda mi się wyżebrać coś do jedzenia. Albo ukraść.
W połowie drogi poczułam, że brakuje mi sił. Serce niemiłosiernie tłukło się pod piżamą i zaczęłam widzieć mroczki przed oczami. Oparłam się o ścianę, żeby odpocząć. Usłyszałam za sobą karcący głos.
– A panienka gdzie się wybiera?! Spacerować się zachciało?
Odwróciłam głowę. W moją stronę dziarskim krokiem szła jedna z pielęgniarek. Albo salowych. Chuda jak patyk kobiecina, sporo po pięćdziesiątce, z pomarszczoną, szarą twarzą i krótkimi, pofalowanymi, ciemnymi włosami.
– Jestem głodna – poskarżyłam się, słysząc, jak żałośnie zabrzmiałam.
Rysy kobiety trochę złagodniały.
– Zaraz będzie śniadanie. Panienka poczeka, nie trzeba chodzić po korytarzu. Na dodatek na bosaka.
Wzięła mnie pod rękę i odwróciła w stronę mojej sali. Zdziwiłam się, jak blisko niej się znajduję. Dałabym sobie głowę uciąć, że przeszłam przynajmniej kilka metrów.
– Jak pani na imię? – Spojrzałam na kobietę.
– Grażyna. Opiekowałam się panienką, jak była nieprzytomna – powiedziała bardziej do siebie niż do mnie.
– Pamiętam. – Stanęłam na chwilę, żeby złapać oddech. – Niewiele pamiętam z poprzednich dni, ale panią pamiętam. Znam pani głos. Dziękuję. – Uścisnęłam jej dłoń.
– Jak ci na imię, dziecko? – Odwzajemniła uśmiech.
– Nie wiem. Proszę mówić na mnie Anna. – Wzruszyłam ramionami. Skoro podpisuję się takim imieniem, musi być ku temu jakiś powód. – To popularne imię. Wolę takie niż „NN”.
Szczere oczy salowej przyglądały mi się przez chwilę ze współczuciem, po czym kobieta zachęcająco pociągnęła mnie w stronę mojej sali.
– Takie rzeczy się zdarzają. Ale ludzie zawsze przypominają sobie, kim są – stwierdziła pocieszająco.
– Zawsze? – W tej chwili powątpiewałam.
Pani Grażyna zruszyła poduszki, strzepała kołdrę i posadziła mnie na łóżku. Cieszyłam się, że mogę odpocząć.
– Nie martw się. Porozmawiasz z lekarzami, dostaniesz leki, policja pomoże ci szukać krewnych. Nie jesteś sama. – Kobieta przykryła mnie kołdrą, a ja miałam ochotę się rozpłakać.
– Dziękuję – powiedziałam zduszonym głosem.
– Zaraz przyniosę ci coś do jedzenia. Tylko musisz jeść pomału – uśmiechnęła się.
– Pani Grażynko, nie chcę być męcząca… ale nie miałabym nic przeciwko świeżej piżamie. Wzięłam prysznic, ale piżama jest przepocona. Nie mam też żadnych butów, nawet skarpet. Ani szczotki do włosów. Ani… niczego. – Było mi wstyd i żal samej siebie.
– Nie martw się, coś się wymyśli. Grażynka pomoże. Grażynka załatwi. – Kobieta dziarsko poklepała mnie po ramieniu i wyszła.
Szybkim ruchem otarłam spływające łzy. Nie widziałam, jak wcześniej żyłam, ale wiedziałam, że nigdy w życiu nie czułam się taka samotna, bezradna i niezdarna. I nikt nie okazał mi takiej dobroci.
Po chwili przyszła do mnie pielęgniarka z gorącą herbatą i jakąś papką przypominającą kaszę. Wyglądało obrzydliwie i było bez smaku, ale nie wybrzydzałam. Grunt, że się najadłam. Byłam za to wdzięczna.
Nie minęło piętnaście minut, a pani Grażyna wróciła z czystą pościelą, kolejną paskudną, ale świeżą piżamą, gumowymi klapkami i reklamówką, w której zauważyłam między innymi szczotkę do włosów.
Ponieważ byłam obolała, kobieta pomogła mi się przebrać. Siedziałam na krześle w sztywnej upranej piżamie i rozczesywałam poplątane włosy, kiedy moja nowa znajoma przebierała pościel.
– Niedługo zacznie się obchód i przyjdzie lekarz. Nie wiem, czy będzie zadowolony, że tak się przemęczasz – mruknęła pod nosem.
– Trudno. Nie jestem obłożnie chora. Leżałam wystarczająco długo.
Związałam włosy w kucyk i powąchałam krem aloesowy, który pani Grażyna postawiła na szafce.
– Kiedy cię przywieźli, wyglądałaś jak siedem nieszczęść. – Spojrzała na mnie. – Faktycznie wyglądasz dziś dużo lepiej. Masz zdrowe rumieńce na policzkach.
– To dzięki tej ohydnej papce na śniadanie – wyrwało mi się.
Widząc minę kobiety, roześmiałam się. Przypłaciłam to bólem żeber.
– Przepraszam, wymsknęło mi się. Dochodzę do wniosku, że muszę być straszną babą.
Nasmarowałam kremem twarz, dekolt i dłonie. Czułam się świeżo i dużo lepiej niż wczoraj.
– Może śniadanie nie było najsmaczniejsze, ale nie możesz od razu zjeść kanapki. Trzeba przyzwyczajać żołądek, inaczej będzie bolał cię brzuch. – Wytrzepała poduszki i poklepała dłonią łóżko, żebym się położyła. – To wcale nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Nie wyglądasz jak ktoś zły.
– Nie wiem. Nie umiem tego ocenić. – Podniosłam poduszki wyżej i usiadłam na łóżku. – Znam smak różnych rzeczy, zapachy, wiem, czy coś mi się podoba, czy coś lubię. Ale moja twarz zupełnie nic mi nie mówi. I wiem, że kiedy się odzywam, nie zawsze jestem miła. Wczoraj byłam chyba nieprzyjemna dla Olka. Dla doktora.
– Gdyby doktor przejmował się każdym nastrojem pacjenta, już dawno zmieniłby zawód. Masz prawo być zdenerwowana. – Pani Grażyna zwinęła starą pościel w kłębek i usiadła na krześle.
– Ale nie muszę być nieuprzejma. Wiem, że czuwał przy mnie i mi czytał. – Kiwnęłam głową w stronę książki zostawionej na szafce.
– To dobry lekarz. Ma w sobie dużo empatii. Czasami na nocnych dyżurach czuwa przy pacjentach i albo drzemie, albo czyta. Ciągle tę samą książkę. O bohaterach, przygodach, elfach, krasnoludach i walce ze złem. – Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
– Postaram się być milsza, ale nie wiem, co z tego wyniknie – obiecałam.
– Widzisz? To znaczy, że nie jesteś złą osobą. Muszę iść do innych pacjentów. Zajrzę do ciebie później. – Wsadziła brudną pościel pod pachę i wstała z krzesła.
– Pani Grażyno, mam jeszcze jedną prośbę. Może mi pani przynieść moje rzeczy? Ponoć coś ocalało. Może jak je zobaczę, jak je dotknę… Może sobie przypomnę.
– Zobaczę, co da się zrobić. – Kobieta mrugnęła do mnie i wyszła.
W sali znowu zapanowała cisza. A ja byłam najedzona, czysta i pachnąca aloesem. Czułam, że mogę góry przenosić. Rana na brzuchu rwała dosyć mocno, więc postanowiłam się dziś nie forsować. Ale poza tym nie było źle.
Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę swoje rzeczy. Co mi o mnie powiedzą? Czy coś sobie przypomnę? Drażniła mnie ta pustka w głowie i ból, kiedy próbowałam sobie przypomnieć. Przymknęłam na chwilę oczy. Zrobiło mi się ciepło i błogo.
– Dzień dobry – usłyszałam nad sobą przyjemny męski głos.
Momentalnie się ocknęłam, przez chwilę nie kojarząc, gdzie jestem. Wpatrując się w znajome uśmiechnięte oczy doktora, zamrugałam kilka razy.
– Spałam? – spytałam zdziwiona.
– Najwyraźniej. Ale widzę, że miałaś pracowity poranek. Jesteś umyta, przebrana, pewnie coś już zjadłaś. Wyglądasz lepiej.
Olek stał blisko mojego łóżka z kartą pacjenta, a obok niego uśmiechała się do mnie ruda pielęgniarka, której jeszcze nie znałam. Pomyślałam, że jest naprawdę ładna i poczułam lekkie ukłucie zazdrości.
– Faktycznie lepiej się czuję. – Przyglądałam się czujnie rudej.
– A bandaż na głowie? Zniknął? – usłyszałam skarcenie.
Skrzywiłam się.
– Nie chcę go. Nie boli mnie tak bardzo – zawahałam się chwilę – tego na przedramieniu też nie ma. Ale nie wyciągnęłam wenflonu, chociaż nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało – uśmiechnęłam się przepraszająco.
– Zostawimy go jeszcze na dziś, jutro zobaczymy.
Pielęgniarka patrzyła to na mnie, to na Olka, uśmiechając się lekko pod nosem.
– Muszę obejrzeć ranę na brzuchu. – Doktor odłożył kartę na bok.
Odkryłam się, usiadłam na brzegu łóżka i podwinęłam piżamę do góry. Olek odkleił zmoczony przeze mnie pod prysznicem opatrunek i musnął delikatnie moją obolałą skórę. Był tak blisko, że czułam jego słodkie perfumy. Spojrzałam na czuprynę jasnych włosów i nos, który od początku mnie fascynował. Jego dotyk sprawiał mi przyjemność. Zarumieniłam się lekko. Kiedy na mnie spojrzał, zawstydzona odwróciłam wzrok, patrząc w okno. Miałam wrażenie, że dokładnie wiedział, o czym przed chwilą myślałam.
– Rana ładnie się goi, ale trzeba założyć nowy opatrunek. Pani Iza się tym zajmie – zwrócił się do pielęgniarki, która kiwnęła głową.
Podwinął mi rękaw, obejrzał ranę na ręce, potem na nodze i głowie. Czułam się jak eksponat w muzeum, ale się nie odzywałam. Obserwowałam go. Nie wiem, czy był w moim typie. Podobał mi się. Jego delikatność, zapach, uśmiech i iskierki w ciemnych oczach, które wydawały się jednocześnie rozbawione i ciekawskie.
– Wszystko dobrze się goi. Jutro przeniesiemy cię na salę ogólną. – Zapisał coś w karcie, podczas gdy pani Iza zmieniała mi bandaż.
– Trochę mnie rwie rana na brzuchu. No i żebra. Ale poza tym reszta jest do zniesienia – stwierdziłam.
– Ja myślę. Pomagałem cię składać, więc musi być do zniesienia. – Włożył ręce w kieszenie, przyglądając mi się.
Olśniło mnie, że skoro mnie ratował, to prawdopodobnie widział mnie nago. Chrząknęłam.
– Wczoraj nie byłam zbyt miła…
– To prawda – przerwał mi rozbawiony.
– Przepraszam. Być może jestem niemiła, bo nie wiem, co się stało ani kim jestem. A być może po prostu jestem wredną suką. Tego jeszcze nie wiem.
Roześmiał się. Jego śmiech sprawił mi przyjemność.
– Niedługo przyjdzie do ciebie psycholog. Może wkrótce się coś tu odblokuje. – Delikatnie postukał mnie palcem w czoło. – Odpoczywaj.
Wyszedł z sali, a ja zostałam z pielęgniarką, która podłączyła mi nową kroplówkę.
– Fajny – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niej.
– Najbardziej rozchwytywany doktor na oddziale – odpowiedziała ruda.
– Ma kogoś? Pytam z ciekawości – parsknęłam, słysząc sama siebie.
– W tej chwili nie ma. Ale nie umawia się z pacjentkami. – Pielęgniarka zmieniła opatrunek na brzuchu na świeży i przykryła mnie kołdrą.
– Niedługo nie będę pacjentką. Ale mogę mieć męża – stwierdziłam po chwili, przyglądając się jasnym śladom po pierścionkach na palcach. – I jeśli sukinsyn mnie nie szuka i nie rwie w tej chwili włosów z głowy niepewny gdzie jestem, to niech go szlag trafi!
– Oj, charakterna pacjentka nam się trafiła. – Kobieta pokiwała głową ze śmiechem i wyszła.
Postanowiłam się zdrzemnąć. Miałam nadzieję, że tym razem nie nawiedzą mnie koszmary.
Obudziłam się znowu głodna. Byłam ciekawa, która jest godzina. Delikatnie się przeciągnęłam, wstałam i postanowiłam trochę rozruszać kości. Musiałam dowiedzieć się, co się stało, że wylądowałam w takim stanie w szpitalu. Wysikałam się i kiedy miałam już wyjść z sali, o mały włos nie zderzyłam się z kolejnym lekarzem.
Mężczyzna około pięćdziesiątki z leciutko przerzedzonymi ciemnymi włosami, w ciemnym garniturze, z lekkim brzuszkiem i dobrotliwym uśmiechem podprowadził mnie za łokieć do łóżka, rozsiadł się, przedstawił jako psychiatra i zaczął mi zadawać pytania. Co pamiętam, co mnie boli, jak się nazywam, czy coś mi świta.
Po dziesiątym „Nie”, miałam ochotę zdzielić go w głowę. Ileż razy można zaprzeczać? Zauważył, że zaczynam się denerwować, więc dał mi jakieś kartki z zagadkami i quizami. Rozwiązałam, jak umiałam. Analizując każdą z nich, kiwał głową, nie mówiąc nic na temat własnych przemyśleń.
Na końcu powiedział mi to, co było dla mnie interesujące. Że po wypadku w wyniku uderzenia w głowę mam amnezję posttraumatyczną, która jest zwykle tymczasowa. Zaniepokoiło mnie słowo ,,zwykle”. Poinformował mnie, że mogę przypomnieć sobie za parę godzin, dni lub tygodni. Dał mi zeszyt i długopis, w którym miałam zapisywać każdą informację, która wydawała mi się ważna.
Gdy wyszedł, odetchnęłam z ulgą. Czułam się wymęczona. I pomimo że lekarz był delikatny i wyrozumiały, cała ta rozmowa wytrąciła mnie z równowagi. A głowa znowu pulsowała. Miałam wrażenie, że im bardziej próbuję sobie coś przypomnieć, tym bardziej mnie boli. Postanowiłam odpuścić.
Kiedy drzemałam, przyszła do mnie pani Grażyna. Słyszałam, jak znowu mamrocze coś pod nosem. Nie chciało mi się rozmawiać, więc udałam, że śpię. Czułam, jak pogłaskała mnie po głowie, zrobiła porządek na szafce przy łóżku i wyszła.
Kolejną rzeczą, która mnie obudziła, był obiad. Znowu bezsmakowe, ciapowate jedzenie. Rozpoznałam marchewkę i cebulę. I nic więcej. Żadnej soli, przypraw, nic. W odpowiedzi na pytanie, kiedy dostanę coś porządniejszego, usłyszałam, że jak tylko pozwoli lekarz. A więc Olek decydował o tym, co jem. Ciekawa byłam, czy on też jadł te paskudztwa, którymi mnie karmił.
Po południu udało mi się podreptać kawałek dalej na korytarz. Usiadłam zmęczona na ławce przed oddziałem chirurgicznym. Patrzyłam przez okno na błękitne niebo. Wiedziałam, że jest maj. Biorąc pod uwagę, że kilka dni byłam nieprzytomna, pewnie druga połowa.
Ciepłe promienie ogrzewały moją twarz. Przymknęłam oczy. Otworzyłam je, gdy usłyszałam czyjeś głosy. Kilka osób szło schodami na górę w odwiedziny do bliskich. Czy ktoś w końcu przyjdzie do mnie? Kobieta w średnim wieku z torbą wypchaną owocami i napojami, młodzi ludzie trzymający się za ręce, ze smutnymi minami. Byłam ciekawa, do kogo idą. Gdy przechodził policjant, odwróciłam głowę, automatycznie rejestrując przypiętą do paska kaburę z bronią.
Strzelałam z takiego pistoletu. Pamiętałam, to był Glock, trochę za duży na moje drobne ręce. Pamiętałam jego ciężkość i kształt w dłoni. Huk wystrzału był głośniejszy niż od dwudziestki dwójki, a odrzut mocniejszy. Po serii kilkudziesięciu strzałów zawsze odrobinę bolały mnie ramiona. Podobnie jak palce od wciskania nabojów do magazynka. Byłam uparta. Strzelałam tak długo, na ile pozwalały mi siły. Aż zaczęłam coraz częściej trafiać w środek. Znałam ciężar tej broni, jej kształt oraz wiedziałam, jak się nią posługiwać. Wiedziałam to wszystko, bo przecież…
– Pani Aniu, przyszedł policjant do pani. Chce porozmawiać. – Z zamyślenia wyrwał mnie głos pielęgniarki, która zmieniała mi opatrunek.
– Co? – Spojrzałam na kobietę nieprzytomnymi oczami.
– Policjant. Może ustali, kim pani jest.
– Tak, tak.
Pomasowałam czoło. Czułam pulsowanie. Spojrzałam na swoją pustą dłoń i oczami wyobraźni widziałam w niej pistolet, który umiałam doskonale obsługiwać.
Wróciłam do swojej sali, taksując policjanta spojrzeniem. On robił to samo, nieznacznie się uśmiechając. Zauważyłam tatuaże pokrywające obie ręce mężczyzny, koszulę, która ledwo dopinała się na szerokiej klatce piersiowej, odznakę policyjną przypiętą do spodni i kaburę z bronią.
On widział poobijaną, biedną, zagubioną, bezbronną dziewczynę. Z jakiegoś powodu chciałam, żeby dokładnie to widział.
– Witamy wśród żywych. – Jego twarz nadal zdobił wymuszony uśmiech.
– Pamiętam pana. Coś już pan ustalił? – Usiadłam na łóżku, pocierając ranę na brzuchu.
– Niecierpliwa i konkretna. Przypomniała sobie coś pani? – Uśmiech się pogłębił, jednak nie dotarł do oczu.
Zauważyłam, że nie odpowiedział na moje pytanie. To takie oczywiste.
– Niestety – przekrzywiłam głowę, mierząc mężczyznę wzrokiem – nie przedstawił mi się pan.
– Faktycznie.
Z bocznej kieszeni spodni wyciągnął legitymację, podał swój stopień oraz imię i nazwisko. Przyglądałam się tatuażowi na dłoni aspiranta Igora Karczewskiego i olśniło mnie, że ja też mam jeden. Róża wiatrów na karku. Podniosłam delikatnie rękę, żeby pomacać to miejsce, ale niczego nie wyczułam.
– No dobrze, jak mam panią nazywać? – Zwrócił się do mnie policjant.
– Anna. Może być Anna. – Odrobinę się rozluźniłam.
– Pani Anno, przyszedłem sprawdzić, jak się pani czuje. Widzę, że jest lepiej. Doktor mówił, że w pani rzeczach był telefon. Może uda nam się coś z niego wyciągnąć?
– Jeśli pyta pan o pozwolenie, to proszę bardzo. Nie dostałam swoich rzeczy, nie wiem, co ocalało i gdzie to jest. – W myślach przewinął mi się obraz spluwy w mojej dłoni, a ja poczułam niepokój.
– Dowiem się. Kiedy się pani lepiej poczuje, chciałbym zrobić pani zdjęcie i pobrać odciski palców. Trzeba sprawdzić panią w systemach. Może ktoś rozpozna, może coś wyskoczy.
– Mam się na tę okazję specjalnie umalować? – zapytałam, patrząc mężczyźnie w oczy. Dostrzegłam cień rozbawienia.
– Nie trzeba, tak jest dobrze. Rozmawiałem z lekarzem. Pani obrażenia pasują do wypadku samochodowego. Problem w tym, że tam, gdzie panią znaleźli, nie było żadnego wypadku. – Lekko zmrużył oczy.
– I co w związku z tym? – westchnęłam. – Gdybym umiała pomóc, pomogłabym. Proszę mi wierzyć, z nas dwojga mnie bardziej zależy na tym, żeby się dowiedzieć, kim jestem i jak to się stało, że wyglądam jakby przejechała mnie ciężarówka.
Aspirant kiwnął głową i zwrócił się do drzwi.
– Porozmawiam z lekarzem prowadzącym i spróbuję odzyskać dane z pani telefonu.
Wstałam, żeby podejść i zamknąć za nim.
– Co właściwie dadzą odciski palców? Może nie być mnie w żadnej bazie. – Oparłam się o stojak z kroplówką.
– To bardziej niż prawdopodobne, ale takie są procedury. Prędzej ktoś panią rozpozna, gdy zobaczy zdjęcie. – Przyglądał się mojej gojącej się ranie na głowie.
– Może – mruknęłam niepocieszona.
– No chyba że jest pani kryminalistką i mamy już pani odciski palców w systemie. Ale spokojnie, nie wygląda mi pani na mordercę. – Patrzył się na mnie rozbawiony.
– Słaby żart – parsknęłam nerwowo.
– Gliniarze nie znają innych. Proszę zdrowieć. – Mrugnął do mnie i wyszedł.
Chwilę przyglądałam się, jak aspirant Karczewski idzie do gabinetu lekarzy. Pewnie teraz będzie wypytywał o mnie Olka. Albo psychiatrę. Byłam ciekawa, co ten ostatni o mnie sądzi. Na pewno nie to, że jestem mordercą. Uśmiechnęłam się do siebie, zamknęłam drzwi i odwróciłam się w stronę łóżka.
Spojrzałam pod nogi i nagle znalazłam się w lesie. Zimnym i ciemnym. Byłam spocona i czujna. Waliło mi serce. Słyszałam huk sowy. Była pełnia. Mocne światło księżyca oświetlało mi drogę. Pod stopami zobaczyłam dziwne ślady prowadzące za duże drzewo. Włoski na karku stanęły mi dęba, gdy ostrożnie podeszłam w tamtym kierunku.
Czułam zapach świeżo rozkopanej ziemi i czegoś jeszcze. Czegoś ohydnego, słodkiego, mdłego. Znałam tę woń. W jednej dłoni trzymałam małą latarkę, a w drugiej gruby kij, którym po chwili rozkopałam płytki grób. Wiedziałam, że za paskiem mam kaburę z Glockiem, a w cholewce długiego buta schowany nóż. Gdy podniosłam się z kolan, patrzyłam na martwego mężczyznę, który leżał w mogile.
Zszokowana ocknęłam się na podłodze szpitalnej sali, dygocąc z zimna. Zęby zgrzytały jedne o drugie, wszystkie włoski stały dęba, miałam spocone plecy.
Z ogromnym wysiłkiem podniosłam się z podłogi, chwyciłam się łóżka i opadłam na nie bez sił. Zaciągnęłam kołdrę po same uszy. To, co widziałam w moim śnie, wizji, wspomnieniu, sprawiło, że zbierało mi się na wymioty. Czułam w nozdrzach zapach ludzkich zwłok, jakby leżały tuż obok mnie. Nie mogłam logicznie myśleć. Nie w tym stanie. Zamknęłam powieki i czując ból w skroniach, próbowałam się uspokoić.
W głowie cały czas widziałam martwego mężczyznę. Było więcej niż pewne, że go znałam. Jeśli to ja go zabiłam, to żart był faktycznie słaby.
3. ZAGUBIONA
Przez resztę dnia rozmyślałam o moim wspomnieniu. Bo chyba tak należy to nazwać. Spisałam wszystko do notatnika. Od przypomnienia sobie, że posiadam i umiem posługiwać się bronią palną, po wizję w lesie. Zastanawiałam się nad każdym szczegółem.
Doszłam do wniosku, że musiało wydarzyć się to całkiem niedawno. Noc była chłodna, ale ja nie miałam na sobie grubszej kurtki. Gwiazdy jasno świeciły na niebie, a w lesie rosły liściaste drzewa. Czułam, że gdzieś blisko jest jakiś dom. Mój dom? Wiedziałam, że to, co czuję, to strach, niepewność, lekkie obrzydzenie oraz niesamowita adrenalina. Gdzieś pod skórą czaił się też niesamowity smutek.
Nie umiałam określić, czy to ja zabiłam tego człowieka, czy z jakiegoś powodu go zakopałam. Lub odkopałam, bo chyba na to wyglądało. Zwłoki były w miarę świeże. Mężczyzna zginął tego samego dnia, z którego pochodziła wizja albo dzień wcześniej. Dziwne, że potrafiłam to określić. Widziałam czerwone plamy krwi na jego klatce piersiowej. Wiedziałam, że zginął od broni palnej. Miałam nadzieję, że nie od mojej.
Tylko po co miałabym odkopywać czyjeś zwłoki? Na dodatek będąc sama w nocy w lesie? I kim był zmarły? Czułam, że go znałam. Że nie było to przypadkowe znalezisko.
Otrząsnęłam się, gdy wieczorem przyszła doktor Wiśniewska z pielęgniarką. Lekarka obejrzała mnie krytycznie, pozaglądała na rany, zadała kilka standardowych pytań i zleciła kolejną kroplówkę oraz leki. Nie znosiłam ani jednego, ani drugiego.
– Doktor mówił, że jutro przeniesiecie mnie na inną salę – zagaiłam.
– Tak. – Krótka, zwięzła, rzeczowa odpowiedź.
– Mogłabym tu zostać – przymiliłam się trochę. Chciałam pozostać w tej sali. Przebywanie z obcymi chorymi ludźmi napawało mnie lękiem.
– Nie ma takiej konieczności, potrzebuje pani towarzystwa, żeby dojść do siebie. Na pewno lepiej się pani poczuje wśród innych. – Doktor zapisywała coś w karcie, nie patrząc na mnie.
– Albo całkiem zwariuję – mruknęłam pod nosem niepocieszona.
Kobieta spojrzała na mnie przez okulary z miną, którą można by uznać za uśmiech. Czułam, że z nią nie ma żartów. Wyglądała i zachowywała się jak dyrektor szpitala. I chyba nim była. Pielęgniarka się nie odzywała. Zmierzyła mi temperaturę i czekała na rozkazy. Pewnie salutowała za plecami pani doktor.
Westchnęłam.
– Co z moimi rzeczami? Policjant miał zabrać telefon, a co z resztą? – zmieniłam temat.
– Och – doktor Wiśniewska lekko zmieszana spojrzała na pielęgniarkę, a ta spuściła głowę, nie patrząc na mnie – nikt pani nie poinformował? Pani rzeczy gdzieś się… zapodziały.
– Jak to: zapodziały? – Zmarszczyłam brwi.
– Nieraz tak się zdarza. Znajdą się – odpowiedziała lekarka.
– Nie wiecie, kim jestem, i na dodatek zgubiliście te kilka rzeczy, które mogły pomóc w ustaleniu tego? – Czułam, jak narasta we mnie złość.
– Jak powiedziałam, zdarza się. – Doktor Wiśniewska zamierzała opuścić moją salę i zakończyć rozmowę.
– Do jasnej cholery! – Próbowałam nie wybuchnąć. – Co z was za ludzie?! Wiem, że był stłuczony telefon, zegarek i biżuteria. Ktoś połasił się na łatwe łupy? Co za ludzie tu pracują? Przysięgam, że jak to się nie znajdzie… – W zasadzie nie wiedziałam, czym mogę grozić, ale doktor mi przerwała.
– Proszę się uspokoić. Mamy w szpitalu wielu pacjentów. Przechowujemy ich rzeczy w osobnym magazynie, do którego wstęp ma tylko personel szpitala. Jeśli powiedziałam, że się znajdzie, to się znajdzie – odpowiedziała stanowczo.
Mierzyłyśmy się przez chwilę spojrzeniami, po czym pani doktor opuściła salę.
– To się naprawdę czasem zdarza, ale zazwyczaj wszystko się znajduje. – Pielęgniarka próbowała mnie pocieszyć.
– Gdzie jest pani Grażyna? Ta salowa, która rano była zmienić mi pościel – spytałam.
– Grażynka już jest w domu i ma dwa dni wolnego. Będzie pojutrze. Przyniosę pani coś do jedzenia, dobrze? – uśmiechnęła się i pospiesznie wyszła.
Skinęłam tylko głową. Jeśli Grażyna rano znalazła moje rzeczy, może zobaczyła coś cennego i sobie przywłaszczyła? Nie wyglądała na złodziejkę. Ale okazja czyni złodzieja. Ja też nie wyglądałam na mordercę, a nie byłam wcale pewna, czy kogoś nie zabiłam. Odsunęłam od siebie tę myśl. Byłam wściekła. Jedyne rzeczy, które mogły cokolwiek zmienić, zostały zgubione. Stawiam na to, że je skradziono. Cholerni złodzieje!
Gdy pielęgniarka przyniosła kubek z herbatą i dwa banany, podziękowałam, chociaż miałam chęć roztrzaskać naczynie o ścianę. Wiele się wydarzyło, ale to nie był dobry dzień. Chciałam zasnąć i obudzić się w swoim łóżku, w swojej pachnącej czystością pościeli, w swoim domu, otoczona swoimi rzeczami. Zamknęłam oczy, pozwalając, żeby kilka łez spłynęło po policzkach. Miałam nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie lepszy.
Niestety kolejny dzień zaczął się dla mnie znowu za wcześnie. I z migreną. Ból głowy rozsadzał mi czaszkę. Na dodatek rana na brzuchu rwała mnie tępym bólem. Próbowałam zasnąć, ale tylko kręciłam się na łóżku. Wstałam i z trudem doszłam do łazienki. Wzięłam prysznic, nasmarowałam się kremem od pani Grażyny, zastanawiając się, czy to ona ukradła moje rzeczy, i rozczesałam splątane włosy.
Wyglądałam dziś na chorą. Blada, szara twarz, sińce pod oczami, spierzchnięte usta. Nadal nie znałam imienia kobiety, na którą patrzyłam w lustrze. Wróciłam do łóżka i czekałam na lekarza.
Olek wszedł dziś do mojej sali z uśmiechem na ustach. Towarzyszyła mu ruda pielęgniarka, Iza. Przyjrzał mi się, gdy mrużyłam oczy. Raziło mnie światło.
– Co się dzieje? – Przytknął mi chłodną dłoń do czoła.
– Mam potworną migrenę. – Zamknęłam oczy, czując kojący dotyk.
Zabrał rękę i zlecił pielęgniarce podać mi jakieś leki, których nazwy nie umiałam zapamiętać.
– Boli cię coś jeszcze? – Teraz przyglądał mi się zmartwiony.
– Wszystko. Noga coraz mniej i trochę swędzi, ręka, kiedy podnoszę ją do góry, żebra, kiedy się schylam, a rana na brzuchu cały czas. Chociaż odrobinę mniej niż na początku. Nic jednak nie równa się dziś z migreną. Mam wrażenie, że rozsadzi mi mózg.
Podniosłam się lekko na łokciach. Zrobiło mi się niedobrze. Zacisnęłam powieki.
– Nie będziemy cię teraz przenosić. Może jutro. – Olek usiadł na krześle obok.
– Nie wiem, co na to twoja szefowa. Doktor Wiśniewska już postanowiła. – Zerknęłam na doktorka, gdy pielęgniarka wyszła i zostaliśmy sami.
– Mam swoje sposoby – uśmiechnął się lekko.
– Moje rzeczy zginęły. Drobiazgi, które mogły powiedzieć mi, kim jestem, przepadły – usłyszałam w swoim głosie smutek.
– Tu często coś ginie, ale prawie zawsze się znajduje. – Uścisnął mi przelotnie rękę. – Słyszałem, że miałaś wczoraj pracowity dzień. Spacerowałaś, rozmawiałaś z psychiatrą, z aspirantem.
– I jak wypadłam? Psychiatra zamierza odesłać mnie do wariatkowa? – Pomasowałam skroń.
– Nie. Jeszcze chwilę tu zostaniesz.
– A co potem? Wyląduję w jakimś kołchozie dla bezdomnych? – sapnęłam.
Olek wstał, namoczył ręcznik zimną wodą i podał mi go.
– Połóż się i przytrzymaj go chwilę na czole. Może pomóc.
Zwróciłam uwagę, że nie odpowiedział na moje pytanie. Widocznie odpowiedź by mi się nie spodobała. Przez chwilę trzymałam ręcznik w dłoni.
– Coś sobie wczoraj przypomniałam.
– To dobre wspomnienie?
Pomyślałam o broni i trupie w lesie, ale postanowiłam zachować to dla siebie.
– Mam tatuaż na karku. Róża wiatrów. Jestem prawie pewna, że tam jest. Możesz sprawdzić?
Odwróciłam się tyłem do lekarza, odpięłam kilka guzików piżamy i lekko opuściłam ją w dół, odkrywając plecy do łopatek. Olek odsunął moje włosy na bok, muskając dłonią kark. Poczułam jego place na swojej skórze. Miałam ochotę zamruczeć jak kot.
– Tak. Jest tam. Przypomniałaś sobie. – Mężczyzna cofnął się, wkładając ręce do kieszeni, jakby się pilnował, żeby mnie nie dotykać.
Zapięłam piżamę.
– Dlaczego się mną opiekujesz? – Patrzyłam mu w oczy. – Jesteś dla mnie miły, opiekuńczy, czytasz książkę, kiedy śpię. Nie traktujesz jak numerek w kolejce do lekarza. Czuję twoją troskę. Dlaczego?
– Jesteś…
– Nie mów mi, że jestem twoją pacjentką. Bo nie będzie to do końca prawdziwe.
– Jesteś moją pacjentką – zaczął jeszcze raz z naciskiem – jesteś wyjątkowa z wielu powodów. Pomogłem uratować twoje życie, czekałem, aż się obudzisz, widzę, jak zdrowiejesz. Jesteś zagubiona. I samotna. I bardzo dzielna. Nie wyobrażam sobie być w twojej sytuacji. A ty naprawdę nieźle się trzymasz. No i ugryzłaś mnie w rękę. Może jesteśmy przez to jakoś połączeni.
Próbował zażartować, ale wiedziałam, że kryje się pod tym coś więcej. Przyglądał mi się ciemnymi, łagodnymi oczami.
– Połóż się. Spróbuj zasnąć. Powinno pomóc.
Wyszedł, zostawiając mnie samą.
A ja zastanawiałam się, czy ten facet działa tak na mnie dlatego, że okazuje mi troskę, czy dlatego, że mi się podoba. Albo to jakieś chore przywiązanie do gościa, który uratował mi życie i którego zobaczyłam jako pierwszego zaraz po obudzeniu. Nie umiałam rozgryźć swoich uczuć, a tym bardziej jego. Ale umiałam rozpoznać zarówno zainteresowanie drugiej strony, jak i kłamstwo. I byłam pewna, że doktorek okazuje mi trochę więcej troski niż innym pacjentom. Położyłam zimny okład na głowę i zasnęłam.
Do południa przeleżałam w łóżku. Ból trochę zelżał. Zjadłam śniadanie, ale pomyślałam, że jeszcze kilka dni i zacznę tę papkę spuszczać w kiblu. Tam, gdzie jej miejsce.
Zaczynałam się nudzić. Wstałam, wyjrzałam na korytarz. Jakaś kobieta ze złamaną nogą kuśtykała w moim kierunku i się uśmiechała. Zamknęłam jej drzwi przed nosem. Nie miałam ochoty na pogawędki.
Usiadłam na krześle. Wzięłam do ręki książkę. ,,Władca pierścieni”. Uśmiechnęłam się na wspomnienie pierwszej zekranizowanej części, którą oglądałam na komputerze stacjonarnym. Dostałam ją od kolegi z klasy na płycie CD. To był hit. Aragorn, Legolas, Gandalf…
Zamrugałam oczami. Kolejny kawałek układanki z mojej głowy stał się wyraźniejszy. Oczami wyobraźni widziałam swój pokój. Było tam dużo plakatów z zespołami muzycznymi, zdjęcia w ramkach, których nie potrafiłam w tej chwili odczytać, wygodne łóżko, półki z książkami. Bardzo dziewczęce, młodzieżowe wnętrze.
Gdy próbowałam przypomnieć sobie rodziców, wszystko się rozmyło. Ból w skroni pulsował trochę mocniej. Pomasowałam głowę, opierając się o krzesło. Przymknęłam oczy.
Kawałki moich wspomnień zaczynały pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Byłam pewna, że te puzzle w niedługim czasie ułożą się w całość. Obawiałam się tego, co zobaczę. Poznając siebie od nowa, wiedziałam, że nie jestem krystalicznie czysta, że pod spodem kryje się coś mrocznego. Coś, czego nie lubię.
Otworzyłam szafkę przy łóżku, żeby schować książkę do środka i zamarłam na widok brązowych, skórzanych butów z wysoką cholewką, upchniętej brązowej kurtki skórzanej i małego kartonu. Odłożyłam książkę na podłogę i usiadłam obok.
Rozpoznałam buty. Należały do mnie. Miałam je na nogach, gdy stałam w lesie, patrząc na trupa. Włożyłam do środka rękę. Żywiłam nadzieję znaleźć w środku nieduży nóż, z którym rzadko kiedy się rozstawałam, ale buty były puste. Przycisnęłam je do serca, zamykając oczy. Nic. Nie pojawiła się żadna wizja i żadne wspomnienie, ale odnaleziona cząstka mnie sprawiła, że poczułam się dużo lepiej. Dotknęłam kurtki z kieszeniami na zamki. Założyłam ją na piżamę. Chciałam tańczyć z radości.
Wzięłam głęboki oddech, wypuściłam powietrze i oparta o szpitalne łóżko, siedząc na podłodze, drżącymi rękami otworzyłam pudełko. Znajdowały się w nim zwinięty w rulon porządny skórzany, brązowy pasek, popękany telefon w silikonowym zielonym etui, zielona opaska treningowa na rękę (z czarnym ekranem) oraz biżuteria.
Obejrzałam błyskotki. Szeroka złota bransoleta, kilka złotych pierścionków, maleńkie złote kolczyki z białymi kamykami, które w tej chwili byłam pewna, że są diamentami, oraz dłuższy, grubszy złoty łańcuszek, na którym było zawieszone spore podwójne złote serce. Oraz nóż.
Odłożyłam biżuterię na bok i zajęłam się nożem. Znałam jego kształt. Leżał w dłoni jak ulał. On zainteresował mnie najbardziej. Otworzyłam go, przyjrzałam się ostrzu, przeciągnęłam nim po kosmyku włosów, odcinając gładko kilka centymetrów. Taki powinien być. Uśmiechnęłam się do siebie i schowałam go pod poduszkę.
