Wyspa - Jędrzej Pasierski - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wyspa ebook

Jędrzej Pasierski

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Spokój Wielkiej Wyspy we Wrocławiu burzy zbrodnia. Skrzypaczka Róża Marczyńska zostaje znaleziona martwa we własnym domu. Jedyną osobą, która wtedy znajdowała się na miejscu, jest syn ofiary, Kostek.

Psycholog dziecięcy Szczepan Turski zostaje poproszony o rozmowę z nastolatkiem i zbadanie go w związku z falą przemocy wśród młodych. Czy wybitnie inteligentny chłopiec mógł popełnić morderstwo?

Z czasem wychodzą na jaw niewygodne fakty, między innymi emocjonalne uzależnienie Róży od kogoś, kogo nazywała Panem O.

Kim jest tajemniczy mężczyzna? Jakie sekrety zabrała do grobu Róża? I co ma wspólnego ze sprawą pobliska Wyspa Opatowicka, bezludna od wielu lat?

Druga odsłona z cyklu kryminalnego z psychologiem Szczepanem Turskim.

Powieść na podstawie superprodukcji audio z Andrzejem Chyrą, Piotrem Adamczykiem i Magdaleną Lamparską.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 330

Oceny
4,0 (1072 oceny)
422
351
211
78
10
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
klaaya

Dobrze spędzony czas

bardzo intrygujący koncept, który za pomocą przeplatanych historii różnych bohaterów został rozwinięty do idealnego momentu - pozostawia lekki niedosyt, ale wszystko kręci się wokół sfery domysłów. sama historia pozostawia ze smutną refleksją, że wszystkie wielkie wartości takie jak równość, wolność i szacunek do drugiego człowieka tracą znaczenie w perspektywie niekończącego się głodu
20
Cozaroznica

Nie oderwiesz się od lektury

Nie można się oderwać, mam nadzieję, że będzie kontynuacja, która odpowie na wszystkie pytania. a może wkrótce dostaniemy je od życia?
10
Henry_Rackham

Nie oderwiesz się od lektury

przejmujące studium upadku człowieczeństwa
10
makinero13

Nie oderwiesz się od lektury

W „Wyspie” przedstawia autorka świat, którego obraz powoli ziszcza się w naszej rzeczywistości. To świat drugiej kadencji Trumpa. Świat, gdzie zaczynamy rujnować globalną wioskę. Znów zaczynają wyrastać mury. Obecnie w postaci wojny handlowej zapoczątkowanej przez Trumpa. To świat odradzającego się nacjonalizmu, niechęci do obcych – coraz mniej inkluzywny. „Wyspa” przedstawia ten obraz jak w kropelce (a zwłaszcza konsekwencje), w sposób metaforyczny, właśnie poprzez tytułową wyspę, odciętą kompletnie od świata, pozbawioną połączeń. W tym świecie zaostrza się walka o przetrwanie, odzywają się coraz głośniej atawizmy, zrujnowana zostaje instytucja demokracji, bo w czasach kryzysowych uzasadnione wydaje się zarządzanie kryzysowe, coraz mniej mające wspólnego z tym, co pojmujemy jako człowieczeństwo. Czy właśnie tak chcemy, aby wyglądała nasza przyszłość? Książka Bjornsdottir to dystopia. W tego rodzaju spektaklach, jak dla mnie za każdym razem przerażających, przestaje liczyć się jednost...
00
vivlio87

Nie oderwiesz się od lektury

Smutno teraz
00



Opieka redakcyjna: PAULINA STOPAREK

Redakcja: MARTYNA TONDERA-ŁEPKOWSKA

Korekta: MAGDALENA ŚWIERCZEK-GRYBOŚ, ANNA SAWICKA-BANASZKIEWICZ, JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK

Projekt okładki: TOMASZ MAJEWSKI

Fotografie na okładce: © JOHN TOWNER / Unsplash © Oliver Sjöström / Unsplash

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Jędrzej Pasierski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09330-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

1

Dmytro Pawłowicz był zmęczonym człowiekiem. Rozwoził paczki po całym śródmieściu Wrocławia i po Wielkiej Wyspie. W tych czasach ludzie najpierw zamawiali na potęgę, a potem odsyłali. Czy ktoś w tym zakupowym szale myślał o nim? Choć może i dobrze, że zamówień tylko przybywało. Przynajmniej nie martwił się o robotę.

Niektórych klientów nawet polubił, tak jak tę panią, która codziennie coś odbierała, a jej dzieci krzyczały „kurier, kurier”, kiedy tylko dzwonił do drzwi. To było nawet urocze. Przypominało mu się rodzeństwo zostawione w Stanisławowie i tym samym budziło w nim ambiwalentne uczucia.

Z jego perspektywy Wyspa była pełna dzieciaków. Mieszkali w starych domach dziedziczonych podobno z pokolenia na pokolenie, jak opowiadali mu Polacy pracujący w tej samej firmie. Wrocławscy bogacze nie mieli pojęcia, jak naprawdę wyglądał świat. Może zmagali się z innymi problemami – zupełnie innymi niż jego. Poruszali się lśniącymi samochodami, czyszczonymi w myjniach ręcznych (wiedział, bo przez pierwsze tygodnie w Polsce pracował na myjce). W równie lśniących strojach sportowych truchtali po nadodrzańskich wałach. Widywał ich rankiem, kiedy wracali, żeby wziąć prysznic i pojechać do dobrze płatnej pracy albo do niej nie jechać, bo pracowali w domu.

Chyba że w ogóle nie pracowali. Polska była bogatym krajem.

On sam harował od piątej rano, ale zwykłe „dziękuję” słyszał rzadko. Może zdarzało się, kiedy sam się odzywał do stałych klientów, bo Wrocław był przyjaźnie nastawiony do ludności ukraińskiej. Nie wiedzieli, że on przyjechał tutaj już dziesięć lat wcześniej. Nie nauczyłby się polskiego tak dobrze w parę miesięcy, ale tego oczywiście nie musiał im tłumaczyć. W sumie większość ludzi nie zwracała na niego uwagi.

Gdyby Dmytro chciał przypisać swoich klientów do jakichś kategorii, powiedziałby, że ma stałych odbiorców – ludzi, którzy zamawiali coś prawie codziennie; takich, którzy czekali na paczkę mniej więcej raz w miesiącu, oraz zupełnie nieznane mu osoby. Ci ostatni zawsze wydawali się trochę przestraszeni, czasem prosili, żeby zostawiał przesyłkę na ganku. Nie miał z tym problemu, zwłaszcza w przypadku tych wysokich poniemieckich domów i mieszkań na poddaszu. Nóg na loterii nie wygrał.

Adres, pod który jechał tym razem, należał do drugiej kategorii. Dmytro miał dobrą pamięć do twarzy i miejsc, co czasem ułatwiało mu pracę. Kojarzył, że już tu był i przywoził wielką paczkę. Potem jakieś ubrania, zwykle z Zalando, które później odbierał kilka dni przed upływem terminu zwrotu.

Zaparkował przed domem na samym skraju zabudowań, bo dalej, w okolicach Jazu Opatowickiego, znajdowały się już tylko wąskie ścieżki i placyk przed wałami, który w weekendy bywał zajęty, a w lecie kawiarnia wystawiała tam budkę z kawą. Czasem kupował tam kawę, na Biskupinie niełatwo było znaleźć dobrą, dopiero na Sępolnie znajdowała się fantastyczna Giaga Caffè.

W soboty biegacze zjeżdżali się tu na wrocławski bieg Parkrun Wrocław, w tym Maciek Zieliński, lokalna sława (Dmytro oglądał za dzieciaka mecze Śląska Wrocław w ich legendarnym składzie!). W stronę Mostu Bartoszowickiego ciągnęły się zaś zapuszczone tereny należące, zdaje się, do wojska.

Teraz jednak, na początku grudnia, wały wyglądały na puste, tylko dziwne światło Siechnic zalewało okolicę pomarańczowoseledynową barwą. Ale tutaj i tak nie było najgorzej. Kiedyś w zastępstwie kolegi dostarczał przesyłkę do samych Siechnic. W nocy koło tamtejszej farmy pomidorów dało się czytać gazetę.

Niedaleko trwała jakaś budowa. Remontowali ten antyczny pałacyk, a raczej przebudowywali go na apartamenty. Na jeszcze bardziej wypasione apartamenty dla jeszcze bogatszych ludzi, którzy nic innego nie będą robić, tylko zamawiać te wszystkie rzeczy przez internet, a on, Dmytro Pawłowicz, będzie im je wszystkie przywoził.

Wiózł dzisiaj większą paczkę na ten wygwizdów i czuł się już zmęczony. Nic nie jadł od piętnastej, żeby oszczędzić na czasie. Marzył już o hot dogu z Żabki na Bacciarellego, o rzut beretem stąd. Zatrzyma się tam na wjeździe do paczkomatu, jeśli kurier zakończył już rozładunek.

Wyjął paczkę, czując ból mięśni po całym dniu na tyle szybkiego jeżdżenia po mieście, żeby nie przekroczyć limitów. Zrobił krok w kierunku budynku i stanął jak wryty przed alejką, zmrożony widokiem.

Był początek grudnia, a ten porządny dom, oszalowany czarną pionową deską, na oko odnawianą co dwa lata, witał gości wybitą szybą. To nie były podejrzana dzielnica ani patologiczne gospodarstwo, gdzie takie obrazki to nic wyjątkowego. Przecież pamiętał babkę, która odbierała paczki. Finansowo należała do kategorii A, no może A/B. Przypomniał sobie twarz kobiety.

Zbita, niezabezpieczona szyba w domu, który musiał kosztować parę baniek?

Dziwne. Postąpił jednak do przodu.

Poczuł niepokój. Dość rzadko zdarzały mu się nieprzyjemne sytuacje, częściej spotykały go, gdy jeszcze rozwoził pizzę płatną przy odbiorze. Wówczas rzeczywiście bywało, że niektórzy klienci kazali mu spływać, grożąc pięścią. Od kiedy był jednak kurierem dużej firmy przewozowej, nic takiego nie miało miejsca. Przecież towary i tak już opłacono.

Gdy krople lodowatego deszczu zaczęły spływać mu po twarzy, zorientował się, że stoi bez ruchu i gapi się na dom. Zadzwonił do drzwi, a po chwili dostrzegł szparę między nimi a framugą.

Były otwarte.

Dmytro postąpił dalej, teraz już bardziej intuicyjnie niż pod wpływem świadomej decyzji. Wszedł do środka i omiótł wzrokiem wnętrze. No tak. Zwykły zadbany dom. Otwarta na salon kuchnia oraz lśniące lakierowane szafki. Do tego blat z brązowego marmuru, a na blacie zestawy z drogimi nożami marki Zwiling, które pewnie sam dostarczał. Krzesła, takie powyginane, z tych droższych, oraz lampy. Bardzo dużo lamp, rozświetlonych, jakby właściciele mieli prywatną elektrownię.

Może mieli.

W świetle jednej z nich Dmytro spostrzegł leżącą na podłodze kobietę. W kałuży krwi, wciąż sączącej się z ran.

Zabrakło mu tchu.

Owszem, widział już kiedyś ciało, ale nigdy we Wrocławiu, nigdy w Polsce, nigdy w trakcie pracy... Dmytro poczuł, jak paczka wysuwa mu się z rąk i spada na podłogę, a przecież widniało na niej oznaczenie „fragile”. Koniuszek kartonu już zabarwił się krwią.

Podszedł do kobiety. Wiedział, że nie powinien niczego dotykać.

Pochylił się jednak nad nią, ale nie słyszał oddechu. Wahał się, czy zbadać jej puls, bał się zostawić odciski palców. Był kurierem, ale mimo wszystko... Przecież nie znał tej kobiety, choć bywał tu wcześniej. Jak miała na imię? Idiotyczne, ale usiłował to sobie przypomnieć.

Wyglądało na to, że kobieta została kilka razy ugodzona czymś ostrym, zapewne nożem. Nie musiał badać pulsu, nie mogła już żyć. Była blada, martwa. Zamordowana. Z ran na tułowiu sączyła się krew, mógłby ją próbować zatamować, ale po co? Jej brzuch wyglądał jak ciało osadzonego w więzieniu w Żytomierzu, który padł ofiarą porachunków.

Dmytro widział kiedyś śmierć – taką, która nie zostawia pola do wątpliwości. Tak jak ta. „Wyjść, nie wyjść?” – zastanawiał się. I wtedy usłyszał ten dziwny dźwięk.

Rozejrzał się niespokojnie dookoła. Od pękniętej szyby ciągnął lodowaty podmuch, najbardziej opustoszały zaułek Wielkiej Wyspy powoli tonął w cichym mroku.

Ze strachem uświadomił sobie oczywistą prawdę. Ten dźwięk pochodził z wnętrza domu. Z piętra.

Na blacie stało dużo dobrych noży kuchennych. Dmytro podszedł bliżej. Jednego brakowało.

Spojrzał jeszcze raz na kobietę. Wokół niej rozlewała się coraz większa kałuża krwi.

Dmytro ponownie usłyszał hałas, brzmiało to jak skrobanie pazurów po podłodze.

Ogarnął go strach.

Noże stały pedantycznie poustawiane w drewnianym pojemniku. Ten brakujący leżał w umywalce...

Podszedł bliżej i wpatrywał się w niego przez chwilę. Na ząbkowanej stronie ostrza pozostały okruszki chleba.

Jeszcze raz usłyszał to skrobanie, choć tym razem bardziej przypominało odgłos przesuwania czegoś po podłodze.

Wewnętrzny głos kazał mu uciekać.

Spojrzał na kobietę. Przecież mógł się mylić i jeszcze żyła. Nie była dla niego jakąś kompletnie anonimową osobą. Znał ją, uśmiechała się do niego.

Podjął decyzję i zabrał nóż z umywalki.

Świat zwolnił. Dmytro czuł powiew zimna na plecach. Lampy zdawały się świecić jeszcze intensywniej. Zmysły mu się wyostrzyły.

Oddychał bardzo ciężko, ale już odzyskał trochę przytomności. Wyciągnął nóż przed siebie, skierował się na schody i powoli zaczął się po nich wspinać. Panowała cisza, dopóki kolejny dźwięk nie wstrząsnął nim, kiedy był już w połowie drogi.

Brzmiał tak, jakby ktoś wypowiadał jakieś słowa.

Dmytro szedł dalej, choć może powinien się wycofać. Bał się jednak teraz obrócić. Po prostu musiał iść dalej...

Wszedł na piętro i skierował się w stronę drzwi, zza których dochodziło światło. Były niedomknięte. Nóż wciąż trzymał w wyciągniętej przed siebie ręce, ostrzem w kierunku potencjalnego zagrożenia.

Zrobił pierwszy krok, drugi, trzeci... Nigdy nie spodziewał się zobaczyć czegoś takiego.

Kiedy ostrożnie otworzył drzwi, zrozumiał, że trafił do pokoju dziecięcego. To było dość oczywiste: znajdowały się tu regały z półkami w kształcie deskorolek, na nich stały książki, a częściej zabawki. Poniżej walały się piłki: Spalding, Adidas i Wilson wraz z obitą rakietą do tenisa. Doinwestowany, choć zabałaganiony pokój nastolatka.

W rogu stały wielkie biurko, komputer oraz fotel.

Dmytro rozpoznał ten mebel od razu. Gamerski, z wysokim i wyprofilowanym wygodnym oparciem. Przywoził takie i marzył o nich, lecz kosztowały parę tysięcy.

Na fotelu – obrócony do niego plecami – siedział chłopiec. Dmytro stanął i wpatrywał się w scenę, jaką miał przed sobą. Bezwiednie opuścił nóż.

Chłopak zdawał się całkowicie pochłonięty grą.

Na ekranie przesuwały się postaci.

Miał na uszach wielkie słuchawki – również gamerskie – i grał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki