Kartoteka Pitera P. - Jacek Wiśnicki - ebook
NOWOŚĆ

Kartoteka Pitera P. ebook

Jacek Wiśnicki

3,5

Opis

 

Każdy ma swoje sekrety. Gdy spokojnym miasteczkiem wstrząsa zbrodnia, na jaw wychodzą od dawna skrywane winy…

 

 

Paweł lubi nocne wędrówki. Jego świat to Aureolia – podwarszawska miejscowość, nad którą góruje nigdy nieukończony betonowy kościół z Chrystusem z Rur na fasadzie. W sklepie całodobowym u Blondyny wartę pełnią jej wierni klienci, a natchnione kazania wygłasza ksiądz-jąkała. Nad osiedlami wiecznie zalega wonna mgła, której wtedy nie nazywano jeszcze smogiem, a kominiarz Proca na dachach kamienic urządza sceny zazdrości. Nagle w ten świat wiecznego wczoraj wkracza śmierć...

 

Gdy Piter, kumpel Pawła, zostaje znaleziony martwy w kałuży krwi, leniwe życie mieszkańców Aureolii nagle nabiera rozpędu. Z ust do ust powtarzane jest jedno pytanie: kto zabił? Czy brutalne morderstwo ma związek z kartoteką pozostawioną na miejscu zbrodni?

 

Przesiąknięta dymem tanich papierosów historia kryminalna przenosi nas tam, gdzie grzech i świętość, zbrodnia i miłość spotykają się w budce z piwem. Śledztwo, które prowadzi na własną rękę Paweł, pozwala mu odkryć prawdę nie tylko o zabójcy, ale przede wszystkim o samym sobie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2021

© Copyright by Jacek Wiśnicki, 2021

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Wissawakorn Kana/123rf.com

Zdjęcie Jacka Wiśnickiego: © Edyta Girgiel

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Producenci wydawniczy:

Anna Laskowska, Magdalena Wójcik, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66730-86-1 (EPUB); 978-83-66730-87-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Nie wiem, jak opisać wam tę kleistą ciemność. Otulała mnie tak ciasno, że nie mogłem oddychać. Nawet nie próbowałem zaczerpnąć powietrza, akceptowałem jej prawo. Prawo, by dusić. Wżerała się w skórę, przez co traciłem kontury, rozlewałem się wokół jak kleks z tuszu albo jak krew na posadzce kościoła. Nie wiedziałem, gdzie zaczyna się moja dłoń, nie umiałbym policzyć palców. Ręce sięgały daleko w przeszłość, ku dzieciństwu, nogi płynęły falami Wisły między przęsłami mostów. Wzrok nie mógł wydostać się z czaszki, choć wydawało mi się, że otworzyłem oczy. Wytrzeszczałem je spazmatycznie, próbując złapać światło. Jakby to miało mnie ocalić. A może po prostu spały za powiekami. Może to była tylko chwila, a może dryfowałem w tej czarnej wodzie przez wieczność.

Nagle czas ruszył. Z pierwszym oddechem. Usta samowolnie, łapczywie chwyciły powietrze, przywołując igiełki bólu w żebrach. Poczułem zapach rzeki i słony smak krwi na spękanych wargach. Z powrotem wlałem się w kontury ciała. Spróbowałem wymacać coś przed sobą, ale udało mi się tylko rozłożyć nienaturalnie ciężkie ręce, które zagłębiły się w miękkim jak pierzyna piasku. I nagle poczułem strach, tak wielki, że żołądek ścisnął mi się jak gumowa piłeczka w ręku osiłka – strach jak ogon szczura w szafce ze słodyczami, jak bieg czarnego pająka po ręku, jak ostrze zabójcy w plecach. Nie znałem źródła tego strachu, wiedziałem tylko, że muszę biec, ale ostry ból uderzył nagle i cała przerażająca realność sytuacji zaczęła się ulatniać jak powietrze z przebitej zabawki. Zrozumiałem, że nigdy nie ucieknę z tej jagodowej ciemności. I uleciałem z piaskowego posłania ponad kościół i pobliski las, po czym zanurkowałem nisko, ocierając się brzuchem o komin kamienicy braci Lulków, minąłem stare topole ze Sportowej, a w dole widziałem strażaków pijących wódkę przy pogorzelisku, i zawracając łagodnie wokół willi Ekiertów, krążyłem majestatycznie jak ostatni bocian z ulicy Bocianiej, by wreszcie wrócić i zatonąć w miękkim blaszanym dachu kościoła. Opadając lekko, widziałem, że w środku są wszyscy: i Maks, który dwanaście lat temu złapał się drutów elektrycznych przy przejeździe, nie zważając na napis „Baczność!”, i mecenas, i doktor, i pan sekretarz, który zsiadł nawet z roweru, jakby chciał mnie przepuścić w tym moim locie. Byli już wszyscy, nawet Kosior, który po raz tysięczny nabierał właśnie na swoją idiotyczną kiwkę Studenta, był Kolumb z papierosem, a do środka wbiegał właśnie spóźniony Munio. A między tymi i wieloma innymi, rozdając szklanki i oranżadę, biegał malutki proboszcz Kuleba o miękkich, kobiecych dłoniach, którego złożonej osobowości nie udało się uchwycić na plastikowym witrażu. Wtedy otworzyły się wielkie drzwi i wjechał przez nie automobil samego hrabiego Ekierta, dokładnie taki jak na starym zdjęciu Grotowskiego. Jadąc powoli nawą główną, hrabia oglądał nasz kościół wyrosły na bagnach i krzyczał: „Szajze, obym się nigdy nie urodził w tej dziurze!”, ale wydawało mi się, że nie był w tym do końca szczery.

I znów mocne uderzenie. Piach. Strach. Ciemność. Otworzyłem oczy. Czerń ustąpiła szarości. Wstrząsnął mną spazm – na krótkie jak błysk wspomnienie upadku. Byłem na dnie kościelnej wieży. Sam. Żyłem. To obudziło moje serce, które szarpnęło, jakby chciało wyrwać się z piersi i odlecieć. Z każdą myślą i wspomnieniem narastała panika. Zrozumiałem, że on wciąż może być w pobliżu. Chciałem krzyczeć, ale usłyszałem tylko obcy, obrzydliwy charkot, spotęgowany przez betonowy szyb. Zapach rzecznego piachu był odurzający. Głowa stała się ciężka. Zbyt ciężka. Ponownie opadłem na piach. Zaciągnąłem tę martwą czarną ciszę do płuc i ponownie zapadłem się w miękkim i gęstym niebycie. To wszystko, co pamiętam.

– Mógłby pan zacząć od początku i opowiedzieć po prostu, jak to się zaczęło? Tylko skupić się na faktach, a nie na opisach, hmm, ciemności.

– Postaram się.

***

– Kurwa, jak ciemno. Nic nie widać – wyrzucił z siebie Kosior. – Naprawdę powiedziałeś tym dziewczynom, że spotkamy się na mieście? Nie mogłeś wziąć numeru telefonu? Jak normalny człowiek?

– Mogłem, ale tak jest romantyczniej. Nie mógłbym zakochać się w dziewczynie poznanej w budzie z kebabem. Może jeszcze miała mi zapisać swój numer keczupem na serwetce? Powiedziałem, że skoro lubią nocne wędrówki i przygody, to na pewno na siebie wpadniemy.

– Jak teraz na siebie wpadniemy, to wybijemy sobie zęby. Nic nie widać. Ciemno i mgła.

– Skąd miałem wiedzieć, że będzie mgła?

– Ale generalnie były zainteresowane imprezą?

– Powiedziały, że z rozkoszą wpadną do naszego kolegi pić wódkę z kryształowych karafek i patrzeć, jak Munio robi się czerwony.

– Z rozkoszą?

– Z rozkoszą.

– Kupmy więcej wódki, żeby nie łazić już nigdzie w taką pogodę.

Przemierzaliśmy ulice naszego miasta, gdzie znaliśmy każdy kamień, a każdy kamień znał nas. Zima właśnie konała w ostatnich konwulsjach, wiosna przyczaiła się gdzieś w sąsiednim powiecie, a ulicę zasnuwała mgła, którą spotkać można tylko w takich miastach jak to. Jej lepka woń od razu wnika we włosy i ubrania. Mgła, która wtedy nie nazywała się jeszcze smogiem, to znak jesieni i zimy, a słodki zapach chleba z piekarni pod lasem kojarzył nam się zawsze z wiosną i latem. Każdy dom i każde osiedle miały swój zapach. Mgła pod lasem była zimna i wilgotna, czuć w niej było kradzione drewno, sosnę i świerk; ta bliżej torów i okolic baraków była bardziej słodka i lepka, przesycona aromatem starych mebli, sanek i drzwi ze zburzonych domów i pustostanów. Najbardziej aromatyczna była mgła z naszej ulicy – jej konsystencję każdy z nas znał na pamięć. Tu mgła robiła się najgęstsza, jej ciężkie kłęby oplatały się wokół latarń, zamazywały kontury i rysy twarzy. Nasza mgła nie była jednorodna, czasem pojawiały się w niej prześwity, innym razem okrywała okolicę grubą pierzyną, w której bardzo łatwo człowiek tracił orientację. Czasem dało się słyszeć kroki, ale nikt nie przechodził, czasem zabłąkany spacerowicz pojawiał się nagle i zaraz znikał po drugiej stronie. Mgła na naszej ulicy powstawała z zawartości szaf i strychów, ze starych zdjęć, panieńskich sukienek i dawno zapomnianych listów. Zawsze kiedy ktoś na ulicy umarł, mgła nasączała się zapachem niepotrzebnych już pamiątek po zmarłym.

Grotowski nigdy nie zdradził, ile ma lat, i nie zdradziły tego też dokumenty, bo w mieszkaniu znaleźli podobno tylko stare, rozpadające się w rękach prawo jazdy, z którego nic nie udało się wyczytać. W tydzień po pogrzebie staliśmy wieczorem pod jego kamienicą, próbując odgadnąć kolejne zapachy, patrzyliśmy na komin i na siwy dym, który nie chciał oderwać się od tej ulicy i tego miasta i ciężko opadał między bezlistne drzewa.

– Ziuta robi porządki – powiedział Kosior. – Pali dowody rzeczowe. Podobno już dostała eksmisję.

Opowiedziałem o mgle i zapachach.

– W sumie racja. Ale piekarnię zamknęli z dziesięć lat temu. Przecież dziś to już ruina.

– Zapomniałem.

– Pamiętałeś. Ty tak lubisz.

W pewnym momencie komin wypluł czarny kłąb sadzy i zwęglonych strzępów papieru, które wiatr próbował unieść w noc. Jeden z nich, widać za ciężki, kołując jak liść, spadł do naszych stóp. Kawałek starej fotografii. Orkiestra strażacka. W odkrytym automobilu stoi mężczyzna w kapeluszu. Na siedzeniu obok – kobieta z parasolką.

– Hrabia Ekiert?

– Tak, a to Grotowski. – Kosior wskazał na jednego ze strażaków.

Przyjrzałem się bliżej.

– Skąd wiesz?

– Coś kiedyś wspominał.

– Co?

– Nie pamiętam. Idziemy. Nie wiadomo, o której dziś Blondyna zamknie.

– Zapchany przewód. – Usłyszeliśmy znajomy głos za plecami. Kominiarz Proca stał, wpatrując się w komin kamienicy Grotowskiego. – Trzeba będzie przeczyścić – powiedział.

– Cześć, Proca. O tej porze w robocie?

– Wracałem do domu, ale jakoś tu mnie przywiało.

– Mgła.

– Przyzwyczajenie. Parę lat się tu mieszkało. Pójdę. Obejrzę. Może na flaszkę dadzą. Kalendarzyki mam. Palą szmatami, to kominy zachodzą. Byle moja nie zaszła, jak jej komin dziś przeczyszczę! – zarechotał i uderzył się w udo, aż huknęło. – Spierdalam!

– Spierdalaj, Proca.

Szliśmy powoli, brnąc w gęstniejącej mgle. Na środku ulicy stał mężczyzna, chwiejąc się, jakby desperacko balansował na linie. Żółte światło latarni z trudem przebijało się na poziom chodnika. Pewnie dlatego zobaczyliśmy pijanego dopiero w ostatniej chwili. W ręku ściskał plastikowy pięciolitrowy kanister, w jakim kupuje się płyny do samochodu. Mężczyzna próbował utrzymać równowagę i jednocześnie napić się z baniaka. Bezskutecznie. W pewnym momencie, pod wpływem jakiegoś podmuchu mentalnego wiatru, zatoczył się gwałtownie, przebiegł całą ulicę i uczepił się parkanu. Dopiero tu mógł się napić. W szale samozniszczenia pociągnął spory łyk, ale większość cieczy spłynęła mu po brodzie i się zakrztusił. Szarpnął ręką, lecz ta nadal bezwolnie i głupio trzymała się rdzewiejącego pręta. Szarpnął jeszcze raz i teraz z kolei złośliwa i zbuntowana kończyna nie stawiała oporu, a Zawiany, jak go w myślach nazwałem, wybiegł z impetem na środek ulicy. Rozstawił szeroko nogi, jak surfer mknący po wysokiej na kilka pięter fali, i wbił wzrok w znajdujący się kilka metrów dalej próg zwalniający. Stał tak chwilę i my też zaczęliśmy wpatrywać się w ową przeszkodę drogową, zastanawiając się, co tak bardzo go w niej zafascynowało? Nie znaleźliśmy przyczyny, próg tkwił uparcie i niezmiennie w tym samym miejscu. Zawiany odetchnął głęboko, rozluźnił mięśnie, aż raptem ruszył w kierunku progu, który być może potężniał w jego umyśle jak olbrzymia fala tsunami. Już po dwóch niepewnych krokach nagle skręcił i zgrabnie nas wymijając, znów uczepił się parkanu. Odetchnął raz jeszcze, kolory powoli wracały mu na twarz. Zwyciężył.

***

U Blondyny – mały drewniany warzywniak, pomalowany farbą olejną, który zawdzięczał swoje istnienie tylko przyznanemu kilka lat temu pozwoleniu na handel alkoholem, był jeszcze otwarty. Wejście otaczały sterty pustych skrzynek i kartonów. Wyglądało to jak ufortyfikowana brama. Niezależnie od pory dnia i roku strzeżona była przez kilku mężczyzn. Podeszliśmy bliżej. Dziś na warcie stali: Wysoki Franek, Anuż – grabarz, pan Kszykszy, a pod siatką, kilka kroków dalej, próbując odpiąć rozporek, chwiał się Taksiarz.

– O! – powiedział na nasz widok Franek, wkładając paluch do ust, jak zawsze, kiedy był pijany.

– Dobry – odpowiedzieliśmy na mętne spojrzenia.

W środku, w świetle zwisającej z sufitu żarówki w czerwonym kloszu, majaczyły na wpół puste skrzynki, w których dawało się rozpoznać podeschnięte warzywa i owoce. Ze stojącego w kącie regału zwisała kiść brązowych bananów i napoczęty warkocz czosnku. Obok zepsutej zamrażarki na lody stała beczka pełna aromatycznych ogórków. Wysoko na półce, obok wystawy butelek i puszek po piwie, grał mały, czternastocalowy telewizor. „M jak miłość”.

– Cześć, chłopcy. To, co zwykle? – spytała, nie odrywając oczu od ekranu blond ekspedientka, która wojnę z okoliczną konkurencją wygrała dzięki swojej bezpośredniości, osobistym kontaktom z klientelą i obfitemu biustowi. Wszystko to pozwoliło jej na zdobycie niezbyt może wielkiego, ale wiernego kręgu pretorianów, czyli „chłopców”, jak zwykła ich nazywać. Żeby prowadzić monopolowy, niewątpliwie trzeba mieć specjalne zdolności, a nie każdy je posiada. Blondyna była jedną z tych nielicznych.

– Weźcie sobie popitę. Dwadzieścia dwa dwadzieścia – powiedziała, zawijając pół litra w papier.

– Pamięta pani Grotowskiego? – spytałem. W telewizorze właśnie przewijały się napisy końcowe, więc ekspedientka z czystym sumieniem mogła odwrócić wzrok i po raz pierwszy tego wieczora jej wielkie, obmalowane kredką oczy zatrzymały się na mnie.

– Mieszkał po sąsiedzku. Wpadał tu postać z chłopcami. A co?

– To wie pani, że nie żyje?

– Wiem. Przecież oni – wskazała głową cienie za drzwiami – przychodzą tu od stypy. Wypłynęli w rejs i nie mogą dopłynąć. Swoje lata miał, swoje przeżył. Chwalił się, że pierwszą studnię to jeszcze jakiemuś hrabiemu kopał. No i ostatnią też podobno. Zajechał do mnie ze dwa tygodnie temu po ćwiartkę, bo on, zanim się brał do wiercenia, musiał ziemię ochrzcić. Tak mówił. Chłop z dziewięćdziesiąt lat miał. Jak on pierwsza studnię chrzcił, to tu jeszcze nic nie było. Całe miasto Grotowski chrzcił, bo to przecież tyle lat jedyny specjalista był. No i mówi, że jedzie tam, gdzie kiedyś pałac stał, kopać, bo nowe domy postawili. Zajechał tą swoją nysą, co to ją parę tygodni temu Ziuta puściła za litra i dwa wina. Wiem, bo u mnie targu dobijali. Ja wszystko wiem, bo i tak do mnie trafiają prędzej czy później, jakbym jakimś rejentem była albo księdzem. Kiedy któryś się zabierze, to do mnie lecą zamiast do kościoła, strach w oczach, bo wiedzą, że blisko chodzi i do nich też przyjdzie, a wódka robi tak, że człowiek czasem wie, kiedy ma przyjść, i boi się bardziej, bo i nieraz po pijaku ją widział, jak przechodzi. Do mnie przychodzą „poradź, królowo”, a najlepiej to przytul jednego z drugim, do cycka najlepiej, i... – I długo jeszcze pewnie prowadziłaby swój monolog, może nawet przegapiłaby początek „Na Wspólnej”, gdyby nagle nie otworzyły się gwałtownie drzwi i do środka nie wtargnął Majnejmis. Dyszał ciężko, a pot spływał mu po śmiertelnie bladej twarzy. Z trudem łapiąc powietrze, próbował coś powiedzieć, ale nie udało się. Zrezygnowany usiadł ciężko na nieczynnej zamrażarce do lodów dawno nieistniejącej marki.

– Maniek... No i trzeba było tyle pić? – przerwała ciszę Blondyna. – Młody jeszcze jesteś, a już ją widziałeś? – spytała. Majnejmis pokręcił tylko głową, ujawniając swój egipski profil. Wciąż dyszał ciężko, ale powoli się uspokajał, jakby coś, co go goniło, nie mogło przekroczyć progu tej drewnianej budy, jakby pretorianie przy bramie ze skrzynek mieli moc, by powstrzymać nieproszonych gości.

– Ludzie, fak, ale jazda, fak – wydyszał wreszcie Majnejmis. – Fak. Nie piję już, kurwa, ni kropli, ni chuja. Wiecie... Wiecie, kto do mnie dzwonił przed chwilą?

– Krzysztof Ibisz – powiedział Kosior. – Skąd mamy wiedzieć?

– Stary, kurwa, człowieku, diabeł.

– Co?

– Diabeł. Szatan kurwa.

– Co chciał?

– Charczał.

– Tylko?

– Tylko? Tylko?! Ja czegoś takiego jak żyję nie słyszałem. Fak, panowie. Dajże ćwiartkę, bo zdechnę. Patrzcie, jak mi ręce latają...

– Masz setkę, powinno wystarczyć – powiedziała ze znawstwem Blondyna. – Niejednego już leczyłam, bo i jak lekarz też dla nich jestem. Pięć.

– Kurwa, men, panowie, ale głos miał, aż mnie trzęsie...

– Pięć złotych.

– Nie mam. Zapisz.

– Wkład się skończył. Nie ma, to nie ma.

– Help, chłopaki, plis – zwrócił na nas swoje ciemne spojrzenie Majnejmis i wiedzieliśmy już, że ulegniemy i sfinansujemy jego terapię od demonów, i jeszcze dziś wieczór przepłoszymy złe kłębiące się za murami budy. Zaczęliśmy szukać w kieszeniach drobnych, kiedy nagle ciałem Majnejmisa wstrząsnął spazm. Znów pobladł i rzucił się, jak kiedyś Taksiarz w ataku padaczki, a nas dobiegł przytłumiony głos piosenkarza: „Czarne oczy, widzę czarne oczy...”.

– Czizus, fak, panowie! – krzyknął Majnejmis, wyciągając ku nam dzwoniący i wibrujący telefon. – Znowu numer zastrzeżony! Znowu on!

– Uspokój się. Odbierz. Daj na głośnik – dyrygował Kosior, który nigdy nie tracił głowy.

Drżącą ręką Mariusz Maj, zwany też Mańkiem oraz Majnejmisem, wcisnął przycisk. Wszyscy zamarliśmy w oczekiwaniu, a Blondyna wyciszyła telewizor, tak że słychać było tylko buczenie żarówki. Pochyliliśmy się jeszcze bardziej.

– Nic – ocenił Kosior.

– Chrchreechr! – Głos w komórce brzmiał, jakby pochodził z innego świata, ciarki rzeczywiście przechodziły po plecach.

Kosior błyskawicznym ruchem chwycił telefon i wrzucił go do stojącej w cieniu beki z kiszonymi ogórkami, których woń była nierozerwalnie złączona z tym miejscem, zaś ogórki oraz sprzedawany na kubeczki sok o właściwościach leczniczych słynęły w całym mieście. Okazało się, że ich dobra moc leczy też telefony z piekieł. Głos zamilkł.

– To po diable.

– Dzięki – powiedział po chwili niepewnie Majnejmis. – To macie te pięć złych?

***

Światło, jak wieczna lampka tkwiące nad wejściem do budy, szybko utonęło we mgle. Tylko niektóre latarnie przed nami pozwalały zorientować się w przestrzeni, ale i one nagle znikały, gasły, kiedy podchodziliśmy, by za moment zabłysnąć po drugiej stronie. Błędne ogniki miejskich wędrówek. Mgła oprócz zapachu dymu niosła ze sobą delikatny aromat bagien, które wiele lat temu znajdowały się na miejscu miasta, i wydawało się, że ziemia śni tej nocy sen o dawno osuszonych torfowiskach, błędnych ścieżkach i zagubionych wędrowcach. Gdzieś niedaleko zawył żałośnie pies. Przed niespełna stu laty, kiedy młody hrabia Ekiert podczas podróży po Anglii wpadł na pomysł wybudowania doskonałego miasta – miasta cudu, które byłoby wyrazem pełni – ulica Brzozowa, którą właśnie idziemy, nie istniała nawet w planach. Chodziły tędy co najwyżej łosie w swoich samotnych wędrówkach, zapuszczali się tu nieliczni mieszkańcy okolicznych wsi, żeby nazbierać rzadkich ziół i wikliny. Nie istniały aleja wysadzana klonami, brzydki dom z wiatrakiem opodal oczka wodnego, który nagle wyłonił się z mgły po prawej, nie było dziurawej asfaltowej nawierzchni ani wypełnionej brudną wodą wyrwy, w którą za chwilę, myląc się w szacunkach co do jej głębokości, wejdzie Kosior, po czym szpetnie zaklnie. Na miejscu naszego miasta istniały wtedy trzy odrębne części, na trzech niewielkich, piaszczystych wzniesieniach. Była więc wioska przycupnięta po drugiej stronie torów, były stajnie i zabudowania cegielni Ekiertów z robotniczymi czworakami, było też kilka położonych na największym wzniesieniu zabudowań folwarcznych, w których dziś mieści się szpital psychiatryczny.

Pomiędzy tymi trzema ośrodkami rozciągał się las oraz bagna i tylko ostra zima umożliwiała swobodne wędrówki między nimi, co jednak zdarzało się sporadycznie, bowiem skuteczniej niż bagna te trzy skupiska ludzkie dzieliła wzajemna niechęć. Napływowi robotnicy z cegielni, gospodarzący od zawsze na swoich kilku morgach kmiecie, żyjąca w dostatku i stabilizacji służba majątku Ekiertów – wszyscy oni pozostawali nieufni, wzajemnie sobie zagrażający, skłóceni. Gnieżdżący się w czworakach robotnicy, odczuwający chroniczny brak kobiet, zazdrościli posiadającym skromne co prawda, ale własne domostwa chłopom, którzy z kolei z zawiścią patrzyli na pozbawionych trosk pracowników dworskich. Tylko niefrasobliwości i niezależnemu od czasów i ustroju brakowi wyobraźni urzędników można zawdzięczać to, że trzy skłócone wyspy wpisane zostały w jeden administracyjny organizm. Do czasu rozpoczęcia wcielania w czyn idei hrabiego Alojzego Edwarda Ekierta, ostatniego dziedzica tych terenów, kontakty wzajemne ograniczały się do niezbędnego minimum, a koncentrowały wokół stacji kolejowej, zbudowanej na nasypie biegnącym przez bagna. Tam też, wokół peronu odbyło się przynajmniej kilka bójek, z których największa opisana nawet została w ówczesnym dzienniku, jako że były dwie ofiary śmiertelne i kilkunastu rannych, a na miejscu zdarzenia musiał interweniować konny oddział wojska. Być może, gdyby nie dowodził nim wiarus z czasów Wiosny Ludów, doszłoby do masakry. Początkowo obawiano się bowiem, że wybuchło kolejne powstanie, jako że chłopi szli w kierunku stacji uzbrojeni w kosy. Może właśnie stąd wzięła się idea Aureolii – pomysł, by uporządkować przestrzeń, a dzięki temu złagodzić animozje. Zbudować centrum, okrągły rynek, z którego promieniście rozchodziłyby się ulice zamieszkałe przez powściągliwych, lecz dobrych i pobożnych mieszkańców, otoczonych kwitnącymi i owocującymi cały rok ogrodami i sadami, których wizja utrwalona została kilka lat temu na plastikowych witrażach naszego nowego kościoła. Tak powstało miasteczko z pozoru nijakie i brzydkie, jakich wiele znajduje się w okolicy wielkich miast, na tyle ważne, żeby zaznaczyć je na dokładniejszych mapach czarną kropką, i na tyle niepoważne, by nikt nie zauważył, gdy amorficzny ukwiał aglomeracji wchłonie je kiedyś w swój organizm.

Bliskość dużego miasta sprawiła, że nasze miasteczko w oczach większości jego mieszkańców i przyjezdnych nie zyskało nigdy autonomii, nie miało własnej historii, centrum ani osobowości. Jednak zatrzymując się tu na chwilę, wpatrując się w banalne prostopadłościany domów, nieciekawe, czujnie przyglądające się przechodniom twarze mieszkańców, spacerując po nierównych chodnikach, nagle odkrywało się w tym wszystkim ślady czegoś większego, jakiegoś zamierzenia, które roztopiło się w nijakości i nudzie. To miasto ludzi, z których każdy miał być kimś lub jeszcze nim będzie. Na razie tkwili jednak w tej plątaninie małych ulic jak w sieci, czekając na swojego szlifierza, który w cudowny sposób wydobędzie z nich ich właściwy, ostateczny kształt. A i ulice te oraz domy – starsze, przedwojenne wille, powojenne chałupy, trzykondygnacyjne prostopadłościany o spadzistych dachach z lat osiemdziesiątych i najnowsze, pokryte sidingiem oraz kolorowymi tynkami przysadziste domki, z czasem odkrywały przed patrzącymi to, czym pierwotnie miały być – zabudowaniami najdumniejszego miasta w kraju, urbanistycznego Edenu: Aureolii.

Kiedy w latach dwudziestych hrabia Ekiert, dziedzic tych ziem i wielki marzyciel oraz ojciec projektu, zbankrutował, kolejno wyprzedawał swoje marzenia i plany pod małe, robotnicze, lub nieco większe, nowobogackie parcele. Zniechęcony, w 1939 roku zmuszony został do przyjęcia obywatelstwa niemieckiego i wymazania ze swojego życiorysu wszelkich związków z naszym miasteczkiem, których – według Krótkiej historii miasteczka – wyparł się nawet na łożu śmierci. Do opuszczonego przez swego twórcę marzenia stopniowo zaczęli napływać robotnicy i chłopi szukający szczęścia w mieście, wraz z rodzinami, dobytkiem, zwyczajami. Przyszli też i nasi rodzice, wybudowali brzydkie domy, ogrodzili wysokimi, giętymi ogrodzeniami swoje posesje, spłodzili dzieci, a na koniec wybudowali wielki kościół.

Gdzieś niedaleko zaterkotał zapalany silnik, mgłę próbowały rozjaśnić reflektory samochodu, który ciężko zjechał z krawężnika. Zachrzęściła stara skrzynia biegów i jezdnią, niemal ocierając się o nas ciemna burtą, przepłynęła jak statek widmo zdezelowana, przerdzewiała i dobrze znajoma furgonetka marki Nysa, którą nieraz już zdarzyło się nam pchać. Samochód znikał we mgle, dławiąc się paliwem. Spojrzałem w kierunku, z którego przyjechał.

– Na kogo jeszcze czekasz? Na Alojzego Ekierta?

– Dziwna mgła. Pachnie bagnem...

W odpowiedzi Kosior zaklął szpetnie, wdepnąwszy w głęboką kałużę.

– Masz swoje bagno!

Przed nami migotały już światła domu Studenta, gdzie dziś mieliśmy biesiadować, korzystając z nieobecności jego rodziców.

***

Pod domem Studenta, dużym, obitym sidingiem peerelowskim sześcianem, chodził nerwowo chłopak. Miał opinające się na pośladkach spodnie od garnituru i krótką sportową kurtkę nowojorskich Knightsów. Zgarbiony wysoki blondyn sprężystym krokiem przemierzał odległość od skrajnych słupków ogrodzenia domu, po czym zawracał na pięcie i ruszał w przeciwnym kierunku. Gdyby miał karabin lub choć halabardę, wyglądałby na wartownika. No, może jeszcze rezydencja Studenta musiałaby zostać odarta z plastikowego sidingu i wyposażona przynajmniej w gipsowe płaskorzeźby. Kiedy podeszliśmy bliżej, rozpoznaliśmy w wartowniku Diodaka, mocno wyalienowanego geniusza komputerowego, którego znaliśmy jeszcze z podstawówki. W szkole zasłynął tym, że czasem porozumiewał się w języku BASIC, a na olimpiadzie informatycznej napisał w AC-Logo program, w którym żółw rysował cycate modelki ze „Słonecznego patrolu”. Wystarczyło wpisać imię aktorki. Wykorzystywał przy tym fraktale, jednak nie zyskał uznania w oczach jurorów, za to zdobył duży szacunek w szkole.

– Czołem, Diodak – zaczepiłem go, jednak był tak zajęty mówieniem do siebie i tak zatopiony w myślach, że zignorował mnie zupełnie, tylko zawrócił na pięcie tuż przed moim nosem. Kosior poszedł na konfrontację i zrobił kilka kroków w jego kierunku, wypinając swą muskularną pierś. Diodak sunął na niego równymi krokami, jak ten żółw z programu AC-Logo. Zapewne doszłoby do zderzenia, ale systemy samokontroli Diodaka musiały zadziałać. Zatrzymał się nagle i wbił w nas oczy, po czym zamrugał, jakby właśnie wyłączał wygaszacz ekranu.

– Studenta. Jak. Do. Zaprosił mnie.

– Cześć, Diodak! Miło cię widzieć. Co u ciebie? Kopę lat – powiedział Kosior, dla którego wszelkie formuły grzecznościowe były bardzo istotne i starał się zarażać otoczenie entuzjazmem wobec nich.

– Tak – odpowiedział Diodak, jakby nadal funkcjonował w kodzie zero-jedynkowym.

– Student cię zaprosił? – spytałem niezbyt grzecznie.

– Tak. Instaluję mu nowe gry. Podkręcę kartę. Powiedział, że dziewczyny będą. Mam wino.

– No i pięknie – powiedział Kosior. Sięgnął w miejsce znane tylko gościom Studenta, wydobył zardzewiały gwóźdź i otworzył zatrzaśniętą furtkę. – Student nie reaguje na dzwonek. Mówi, że jeszcze nikt nie zadzwonił do niego pod nieobecność rodziców z dobrymi wieściami – wyjaśnił i puścił nas przodem.

***

Aktywność gości Studenta koncentrowała się w kuchni, wokół olbrzymiej chromowanej lodówki, z której co chwilę ktoś wyciągał zimne przystawki. Dla wielu była to jedyna okazja, by spróbować różnokolorowych oliwek, pikli, kawioru i innych produktów znanych tylko z telewizji. Wielu skwapliwie okazję wykorzystywało, zazwyczaj przepijając kolejne degustacje zimną wódką. Kiedy weszliśmy do środka, na niewielkim podwyższeniu, zajmowanym przez stół i ławy, stał Kolumb i wygłaszał jeden ze swoich dramatycznych monologów. Reszta słuchała w milczeniu albo przetrząsała lodówkę. W sumie zdaje się, że imprezę tworzyła grupa sześciu facetów. Oczywiście nie było żadnych dziewczyn.

– Gdzie postawić wino?

– Najlepiej gdzieś pod ręką – powiedziałem, rozglądając się za gospodarzem.

Kolumb, znany nielicznym jako Grzegorz Klombek, swej zacnej ksywki nie zawdzięczał wbrew pozorom skłonności do mitomanii ani paczkom od ojca z Ameryki, który w ten sposób rekompensował synowi i swojemu sumieniu rozpad małżeństwa. Autorem jego przezwiska była nasza polonistka, która miała niezwykły talent do przekręcania nazwisk. Tak więc Forrest Gump stał się u niej Foresterem Glempem, a Grzesiek Klombek z 3D – Grzegorzem Kolumbem. I tak już zostało.

Kolumb nie zwracał na nas uwagi, uległ bowiem jednemu ze swoich narracyjnych napadów i najwyraźniej swoje słowa kierował do wyimaginowanej widowni. Jego styl, pełen fatycznych zwrotów i retorycznych figur, współgrał z energiczną gestykulacją. Żywa twarz znaczącymi spojrzeniami, wydęciami ust i minami wyrażającymi dezaprobatę wspomagała przemowę, a właściwie występ lub trans. Mówiąc, wymachiwał papierosem i raz po raz strząsał popiół do trzymanej w drugiej ręce puszki po piwie.

– Kryształy czekają – powiedział, kończąc swój monolog, i zwrócił się wprost do nas, a konkretnie do reklamówki Kosiora.

Piwo wino wódka trójca nieświęta –

cały tydzień niedziele i święta.

Napoje wyskokowe – love!

24 h – monopol państwowy o nas dba.

– Diodak, czerwone wino świetnie wygląda w tym wazonie – powiedziałem, przekrzykując muzykę i śpiewających a capella najnowszy hit AntyBu gości.

– Nie będę siągle nalewał – odparł Diodak, chwiejąc się na taborecie z kryształowym wazonem w dłoni i pękiem zdeptanych i nieco przywiędłych tulipanów u stóp.

– Ale na twoim miejscu pozbierałbym te kwiaty i wytarł podłogę. Nie dajmy się zwieść pozorom i zachowajmy kulturę.

– Oszywiście.

– Pijemy!

– Spokojnie. Nie pali się. – Kosior wczuwał się coraz bardziej w obowiązki gospodarza. Wiedziałem, że z każdym wypitym kieliszkiem będzie gorzej.

– To samo mówił Piątek, jak dzwonił po strażaków! – zarechotał Siwy, wielki półdresiarz z ulicy Cyrkowej.

– Ej, nie żartujemy tak – obruszył się Cygan, którego wcześniej nie zauważyłem. – Ciekawe, co byś zrobił na jego miejscu. Nie żartujemy tak. Szanujemy się.

Sprawa pożaru domu Piątków, w którym zginęły cztery osoby, po ponad roku wciąż wracała w rozmowach. Przez kilka sierpniowych dni żyła nią nawet cała Polska, przynajmniej do czasu, gdy w Wiśle nie pojawił się wieloryb. Z tragedii ocalał tylko Damian Piątek, najmłodszy z rodziny, którego akurat nie było w domu. Ponoć dostrzegł pożar z daleka, ale na widok ognia wpadł w stupor. Straż wezwał ktoś inny, jednak było już za późno. Młody Piątek trafił nawet na kilka dni do miejscowego szpitala.

– Pełna racja, Cigi – wyrwało się komuś, kto myślał podobnie jak Cygan.

„Cygan? Co on tu właściwie robi?” – pomyślałem. Sądząc z miny Kosiora, to pytanie jemu też przyszło do głowy. Student na pewno go nie zaprosił, podobnie jak Siwego. Śniade ręce Cigiego znane były z lepkich właściwości, a rozbiegane oczy nie budziły zaufania. Za to Siwy rzadko opuszczał miejsce przed opróżnieniem lodówki i barku, nawet jeśli miało mu to zająć kilka dni. Wymarzeni goście.

– Diodak, czy ty nie miałeś czegoś w komputerze Studenta usprawnić? – zagadnąłem próbującego utrzymać równowagę na kołyszącym się jak korek w oceanie taborecie Diodaka.

– Ależ gdzie on? – spytał przytomnie informatyczny geniusz i jak to geniusz trafił w sedno. Nieobecność gospodarza docierała wprawdzie co jakiś czas do mojej świadomości, czasem ktoś nawet tę kwestię podnosił, ale za każdym razem ginęła w gwarze toastów lub w słowach kolejnej wyrykiwanej piosenki. W tej sytuacji rolę gospodarza wziął na siebie Kosior, który w tej chwili objaśniał zasady savoir-vivre’u jednemu z nowych gości w ubłoconych butach.

Bywało, że Student znikał niepostrzeżenie z własnej imprezy, wydawało się, że postrzegał siebie jako gościa, oczekując, że ktoś inny weźmie na swoje barki zbyt ciężkie i niewygodne brzemię odpowiedzialności. Zazwyczaj działo się to jednak po przekroczeniu określonej dawki alkoholu, a tym razem zniknął już na początku. Obecni plątali się w zeznaniach, ale ktoś wspominał, że widział dziś gospodarza. Ktoś przecież musiał wpuścić przynajmniej pierwszego gościa. Niepokojące było, że widziano także Munia, a ten nie zwykł wychodzić z kuchni, zwłaszcza gdy lodówka była jeszcze pełna. Studenta znaleźliśmy pod drzwiami sypialni jego rodziców, skulonego w pozie „mam doła, nie podchodźcie”, z pustą butelką u stóp.

– Munio... – wyszeptał Student, uderzając głową w drzwi jak kołatką – ...się zabarykadował.

– Munio! – krzyknął Kosior i uderzył pięścią w drzwi. – Otwórz. To my! Mamy wódkę!

Kosior szybko ocenił sytuację i od razu zdecydował się na użycie argumentów ostatecznych.

– Dużo wódki! Musisz nam pomóc.

Zza drzwi odpowiedziała cisza, za to z dołu usłyszeliśmy przejmujący, piskliwy krzyk Diodaka.

Informatyk był wyraźnie wzburzony, wzburzył się też jego żołądek, dlatego minęło kilka minut, nim udało nam się z nim porozumieć.

– Nicz nie powiem! – powiedział Diodak zaraz po wyjściu z łazienki. – Nicz! – wyprężył się i spróbował zajrzeć w oczy któremuś z przesłuchujących.

– Ej, podkręcisz mi tę kartę? Skacze mi na haj detalu. – Student zmienił temat.

– Jaszne.

Intuicyjna technika śledcza zastosowana przez Studenta była nad wyraz skuteczna. Diodak odwrócił się, wskazał na okno w kuchni i zachichotał.

– Nicz nie powiedziałem. – Próbował powstrzymać chichot, co nie do końca mu się udało. Za kuchennym oknem na tle nocy delikatnie kołysała się biała wstęga.

***

– Prześcieradła. – Kosior nie mógł się powstrzymać, by nie powiedzieć głośno tego, co wszyscy widzieliśmy. Munio uciekł z sypialni rodziców Studenta, używając związanych prześcieradeł.

– Coś ty chciał mu zrobić? – spytałem Studenta, ten jednak wysunął tylko dolną szczękę i z tak udramatyzowaną twarzą milczał.

– Pytanie powinno brzmieć: nie dlaczego wyszedł przez okno, ale dokąd poszedł...

Munio, obdarzony wielkim sercem, ale też równie wielkim i delikatnym poczuciem własnej godności, często po wypiciu obrażał się na nas. Zdarzało już mu się wędrować samotnie po lesie w burzę, budować igloo w parku miejskim, gdzie chciał spędzić resztę życia, a ostatnio znaleźliśmy go na dachu wypatrującego wschodu słońca. Kwestia miejsca jego pobytu była więc nie lada wyzwaniem.

Ktoś przezornie wziął ze sobą flaszkę. Wypiliśmy po jeszcze jednym. Na te problemy emocjonalne u Munia nałożyła się ostatnio coraz większa skłonność do odgrywania literackich ról. Trudno powiedzieć, kiedy to się zaczęło, ale wydawało się, że wpływ na niego miały przede wszystkim książki fantasy, które pochłaniał nałogowo, i alkohol, który też pochłaniał nałogowo. Podczas nocnych libacji wcielał się niekiedy w postać sir Munia, rycerza Bractwa Białego Dębu. Lubił używać wtedy miecza pożyczonego od Studenta. Umiał posługiwać się także młotem, nożem, kindżałem tureckim przywiezionym przez rodziców Studenta z nadmorskiego kurortu w Kapadocji, kastetem, stołkiem barowym, krzesłem, pięścią, a nawet płytą chodnikową, przy czym w tym największym mistrzem był jednak legendarny Psychotrop. Kiedy kilka miesięcy temu w pijackim majaku Munio ruszył na miasto, długo szukał właściwej broni. Widziano go ponoć z kosą, wędrującego przez działki robotnicze z miną błędnego rycerza, ale on sam tego nie potwierdza. Faktem natomiast, udokumentowanym niestety w kronikach policyjnych, jest, że uzbrojony w wielki, siedmiokilowy młot, ze starym garnkiem na głowie atakował skrzynki na listy obywateli i rozbijał je jednym, ćwiczonym chyba uderzeniem, krzycząc: „Za honor i tłuste talary!”. Nim trzy patrole policji oraz uzbrojeni w grabie i kije mieszkańcy osaczyli dzielnego Munia, zdołał zniszczyć lub poważnie uszkodzić dwadzieścia trzy skrzynki na listy i wzmianka o tym znalazła się nawet gazecie o zasięgu wojewódzkim.

– Nie ma – wyszeptał Student, gdy tknięty złym przeczuciem poszedł sprawdzić stan swojego uzbrojenia, które kompletował z myślą o członkostwie w grupie rekonstrukcyjnej. – Nie ma miecza ni hełmu...

– Napijmy się.

Wypiliśmy.

– Dokąd idziemy?

– Najpierw do Blondyny. O suchym pysku daleko by nie zaszedł – powiedział trzeźwo Kosior. Jednak jeszcze trzy toasty spędziliśmy na pożegnaniach.

***

Wydawać by się mogło, że mgła i mrok otoczyły budę Blondyny, oblegając ją jak ostatni bastion światłości. Latarnia nad wejściem świeciła jasno niczym betlejemska gwiazda, która – jak się okazało – przywiodła do ufortyfikowanych skrzynkami bram sklepu wielu zagubionych mędrców i ekskrólów, a także dwie kobiety, które krążąc między cieniami, wypytywały o zagubionych mężów-żeglarzy. „Stasiek, Stasiek! – wołała jedna z nich, próbując dobudzić mężczyznę drzemiącego na stercie gnijących liści kapusty. – Nie widziałeś Heńka?

Widział, nie widział, w każdym razie spał, uśmiechając się błogo, jakby jego rodzice dopiero mieli znaleźć go w tej kapuście na rozsłonecznionym polu – nagie dzieciątko, dar Boga. Reszta wieczornych klientów stała, patrząc, nie patrząc, rozmawiając, ale jakby nic nie mówiąc. Jedyne, co robili, to pociąganie z trzymanych za pazuchami (bo po co drażnić złych ludzi i policję) butelek. Choć może i tego wcale nie robili, a płyn sam wędrował do ich przymroczonych głów i wypełniał puste oczy.

– Był tu Munio?! – huknął Kosior tak, że nawet mgła i ciemność cofnęły lękliwie długi jęzor i wilgotne palce.

– Był albo i nie był. – W drzwiach stanęła Blondyna, trzymając się pod boki. – Trzeba się tak wydzierać?

Zmierzyła nas uważnie wzrokiem.

– Wy też?

– Co też?

– Dzwoni. Po kolei dzwoni. Ściągają z całego miasta. Zamontowałam silniejszą żarówkę. Osram. Żeby nie błądzili – relacjonowała w żołnierskich słowach Blondyna. – Mało tego. Taksiarz widział Grotowskiego. Upiera się, że to on. Jeździ swoją ciężarówką. Wszyscy do mnie przyszli, chcą wódką złe odgonić. Ale tu chyba księdza trzeba.

– Kuleba dobrodziej by przyszedł – odezwał się naraz Franek Trener, stojący dotąd w cieniu skrzynek po piwie. – Wypiłby, pogadał, od razu człowiekowi lżej na duszy. Ale go zabrała, kurwa. Twoje zdrowie wiekuiste, księże plebanie! – Podniósł do ust flaszkę taniego wina i pociągnął słusznego łyka.

Pulchny i niewielki proboszcz Kuleba, mimo kilku lat, które minęły od jego śmierci, wciąż cieszył się estymą u „chłopaków”. Ja pamiętałem tylko jego małe, kobiece dłonie i nieproporcjonalnie dużą głowę, która pod wpływem emocji rosła i zmieniała kolory. Szczególnie przed wyborami robiła się podczas kazań wyjątkowo duża i czerwona, by w ostatnich akordach perory przechodzić w głęboką biskupią purpurę albo nawet w adwentowy fiolet czy soczystą zieleń czasu zwykłego, zależnie od pory roku liturgicznego oraz kalendarza wyborczego. Dziełem życia proboszcza był nasz kościół. Kiedy budynek był prawie gotowy, znaleźli go w jego pokoju z nabrzmiałą głową, jakby ćwiczył przed lustrem kolejne kazanie i był w tym tak dobry, tak żarliwy, że aniołowie zabrali jego duszę wprost do nieba. O proboszczu Kulebie, raczej przez wzgląd na jego wady niż zalety, do dziś mówiło się na mieście z nostalgią i niejeden jeszcze wznosił toasty za pokój jego duszy.

– Amen – odezwał się Taksiarz i stuknął ćwiartką o flaszkę sąsiada.

– Jakbyś się z proboszczem trzymał, Złotówa, toby ci prawka nie zabrali. Kuleba powinien być patronem pijanych kierowców – wtrącił się Kszykszy, który dawno temu znany był jako kościelny Krzysztof. – Myślisz, że to raz proboszcz w rowie parkował? Wiedziałeś, że tego Nowaka Robokopa to Kuleba tak urządził? Trafił go nocą swoim polonezem i zawiózł na plebanię zamiast do szpitala. Po pijaku. Tak. Się nie dziw. Są tacy, co widzieli. Myślisz, że jakby nie miał haka na proboszcza, toby był tym, kim jest?

Taksiarz nie wyglądał, jakby chciał dyskutować z ekskościelnym Kszykszym, który znany był z wrogiego stosunku do świętej pamięci księdza proboszcza, a zwłaszcza do swojego następcy Nowaka, których oskarżał o całe zło w swoim życiu.

– I już. Pozamiatane. Kszykszykszy – podsumował swoim słynnym powiedzeniem, które zapewniło mu ksywkę.

– Był Munio? – Kosior postanowił wrócić do meritum.

– Był. Z godzinę temu, może pół, kto to wie w tej mgle. Wszedł z tym wszystkim, z tą szablą, hełmem... Kupił małpkę, wypił od razu i mówi: „No i co?”. Wszyscy się na niego gapią, akurat Kszykszy i Taksiarz żarówkę wkręcali, dwusetkę Osram, mało ze skrzynek nie pospadali, a on sięgnął do beczki, wziął ogórka i chciał zagryźć. Ugryzł, ale tylko trzask żeśmy usłyszeli, patrzymy, a on komórkę Mańka wyłowił. I możecie nie wierzyć, ale ta nokia jeszcze zamigotała, zagrała taką melodię, jak z porysowanej płyty albo z tego gramofonu na korbkę, co to mi kiedyś chciał Grotowski sprzedać, i dopiero wtedy widać było, że zdechła na dobre. Ten spojrzał na komórkę i wyjął z ekranu połówkę zęba. Ząb schował do kieszeni, a komórkę wrzucił z powrotem do beczki. „No i co?”, powtórzył głośniej i znowu zanurzył rękę w beczce, tym razem aż po łokieć, i znowu wyłowił komórkę, bo dziś już pięciu tam telefonu się ze strachu pozbyło. I on tak stał i łowił te telefony, ale ani sony, ani samsung, ani sagem już nie działały, tylko ta Mańkowa nokia. A jak wreszcie znalazł ogórka, to zakąsił i mówi: „No i co?”. No to mówię mu „co”: że ludzie zestrachani, że dzwoni do nich coś i ryczy jakoś nieludzko, jak z innego świata, tak że całe towarzystwo ściągnęło i musiałam na pełen regulator telewizor włączyć, bo mnie prosili, żeby cicho nie było. A on mówi: „No i co?”, no to już zgłupiałam i pomyślałam: „Co ja się będę w dyskusje wdawała z chłopakiem z szablą?”.

– Mieczem – zauważył Student.

– A on stanął i mówi: „Mohery pierdolone! Kurwa, szatana się boicie? Do kościoła na kolanach, a nie tu siedzieć! Szatana się boicie? Zjawy za wami chodzą? Pokażę wam zjawy! Łeb zjawie upierdolę i tu przyniosę!”. Zawył jakoś tak strasznie i pobiegł.

– Dokąd?

– Przed siebie... Ale krzyczał coś o jakimś czarnym... szałasie?

– Chacie?

– O! Właśnie. O chacie!

– Panowie – bardzo poważnie zaczął Kolumb. Spojrzeliśmy na niego z niepokojem. – Rozładował mi się telefon. Nie mogę iść z wami.

Wiedzieliśmy, jak ważna dla Kolumba jest jego nowa komórka. To pożegnanie zajęło nam jedno ciepłe piwo od Blondyny.

***

Okno stróżówki co chwila rozbłyskało światłem telewizora, ale cieć prawdopodobnie już spał. Kierowca karetki zawsze zatrąbi, nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się włamywał do szpitala. W dodatku z całą pewnością nikt o zdrowych zmysłach nie będzie ze szpitala uciekał, więc najbezpieczniej jest zamknąć się na głucho w budynku i drzemać. Brama była masywna i ciężka, a jej pręty pokrywał gruby kożuch zacieków i nierówności. Istniała ona w zasadzie po to, by stróż miał czego strzec. Wysoki mur otaczający cały szpital składał się w dużej mierze z dziur i nie stanowił już żadnej przeszkody dla chcących go sforsować. Szpital bowiem, czyli garść budynków rozrzuconych na kilkudziesięciu hektarach łąk, otoczonych lasem, od dawien dawna trwał za wysokim murem, gdzieniegdzie porośniętym dzikim winem, gdzie indziej, w wilgotnym lesie, pokrytym liszajami mchu i grzyba, gdzieniegdzie pochylonym, w innych zaś miejscach – takich było coraz więcej – zupełnie wyszczerbionym. Długi na kilka kilometrów, był ten mur jak taśma celuloidu, na której utrwalono historię miasteczka. Wiernie przechowywał na sobie ślady wielu farb, charakterów pisma i historii. Farba z czasem bledła, ale też zdawała się wnikać w strukturę muru, jak gdyby wszelkie symbole i słowa zostały w nim wyryte. Czasem miało się wrażenie, że plama porostów za krzakiem jaśminu to kotwica, że ciąg zacieków obok całkiem współczesnego kutasa wygląda zupełnie jak „3 x TAK”, a spod plam starych plakatów wyłania się końcówka „-ość” z zarysem powiewającej na wietrze flagi obok. Były też napisy nowsze, wciąż powstające, wymyślne graffiti czy tagi, te o miłości, pisane niewprawną ręką, wyniesioną ze szkoły kredą, zaklęcia i równania uczuć, strzałki harcerskich podchodów, mądrości o piciu, głupoty o życiu, wyzwiska, dialogi, ślad triumfu miejscowej drużyny piłkarskiej w wojewódzkim pucharze w dwa tysiące trzecim, obrazy pacjentów z pracowni zajęciowej z okazji setnych urodzin szpitala.

Szpital powstał na gruzach zlicytowanego starego majątku Ekiertów, po bankructwie Aureolii. Z tamtych czasów ostało się kilka budynków gospodarczych i gorzelnia przerobiona na oddział detoksu (prawdopodobnie ze względu na grube ściany i małe okna, trudno przecież wierzyć w przyrodzoną złośliwość psychiatrów). Hrabia Ekiert do końca wierzył w powodzenie projektu Aureolii, co więcej – wciąż rozbudowywał swoją wizję, co przyspieszyło tylko nieuchronną plajtę inwestora. Zamierzał na przykład także odbudować pradawną basztę stojącą nieopodal pałacu, podobno po to – tak pisze autor Krótkiej historii miasteczka – by z wysokości oglądać swoje dzieło.

Pałac przetrwał wojnę, nie przetrwał jednak wyzwoleńczej radości zjednoczonych wreszcie chłopów, robotników najemnych i potomków folwarcznych, protoplastów naszego miasta, którzy rozebrali pałac, cegła po cegle, pewnej powojennej styczniowej nocy. Resztki pałacu posłużyły do budowy domu zarządu państwowego gospodarstwa rolnego, które za czasów PRL zaopatrywało szpital w jedzenie. Brzydki dwupiętrowy budynek stanął pośrodku pól i sadów, przez jakiś czas służył też jako mieszkanie ogrodnika. Po jego śmierci, która zbiegła się w czasie z upadkiem PGR-u, budynek na kilka lat stał się hostelem dla pielęgniarek. Opustoszał po pierwszym gwałcie w okalających go krzakach. Po drugim został zamknięty. Teraz dożywał swych dni, zapadając się w gąszczu zdziczałych krzewów owocowych, rodzących coraz mniejsze i bardziej cierpkie owoce. Na dachu rosła już całkiem okazała brzózka. Drzwi i okna były zabite deskami i nawet nam nie chciało się włamywać do środka, jednak teren wokół budynku, z ukrytą w gęstwinie ławką, był dobrym miejscem spotkań w oparach dymu i alkoholu. Nazywaliśmy go Czarną Chatą, na cześć pewnego serialu, który w dużej mierze ukształtował naszą pokoleniową wyobraźnię.

Na teren szpitala wkroczyliśmy od strony łąk, kilkaset metrów od bramy, przez dużą i wygodną dziurę. Szliśmy wąską, ale wyraźną ścieżką, między powykręcanymi drzewkami owocowymi i szkieletami szklarni, omijając porzucone pralki, lodówki i sterty reklamówek ze śmieciami. Za murem zawsze wkraczało się w inną strefę klimatyczną i tym razem też przywitał nas silny, lodowaty wiatr, który rozwiał mgłę, targał wysokimi trawami i dzwonił resztkami szyb w rdzewiejących ramach szklarni. W oddali, na tle granatowego nieba, wyraźnie odcinała się prosta bryła chaty.

– Co on tam robi?

– Mam nadzieję, że śpi. Nie mam siły z nim gadać.

To fakt. Munio stawał się coraz bardziej męczący po pijaku, oczywiście już po tym, kiedy mijał mu atak agresji oraz mocno natarczywego dobrego humoru. Chyba wszyscy powoli przyznawaliśmy w duchu, że Munio ma problem. Dziś jednak liczyło się tylko to, żeby odzyskać miecz i wreszcie wypić, co jest do wypicia. Morały wyciągniemy jutro. Trawy i krzewy czepiały się ubrań, raz za razem buty trafiały na rozmiękłą ziemię. A przynajmniej każdy z nas miał nadzieję, że to bagienny torf.

Budynek starego hostelu wyglądał tak, jak się spodziewaliśmy. Większość okien była zamurowana, kilka zionęło czarną pustką, w jednym powiewał strzęp firanki. Kiedyś na pewno było to przytulne i urokliwe miejsce, skąpane w zieleni, otoczone sadami, wypełnione gwarem codziennego życia. Wszystko to pozwalało zapomnieć, że jesteśmy w samym środku szpitala psychiatrycznego. O pogodniejszych czasach tego opuszczonego gospodarstwa przypominały drzewa z bielonymi pniami i upiornie dziś skrzypiąca na wietrze huśtawka umocowana do gałęzi starej jabłoni. Tej nocy i w tych okolicznościach huśtawka kojarzyła się raczej z wisielcem niż obrazem szczęśliwego dzieciństwa.

Stanęliśmy na małym, żwirowym podwórku, które wciąż broniło się przed ofensywą dzikiej roślinności, i rozejrzeliśmy się wokół, nasłuchując. Wiatr jednak, jak wytrawny didżej, miksował dźwięki – czasem przynosił odgłosy jakiejś odległej imprezy, wymieszanej z rykiem samochodów z trasy szybkiego ruchu, by za chwilę zanurzyć nas w bąblu ambientowej ciszy. Nigdzie nie było śladu Munia. Popatrzyliśmy po sobie, licząc, że w czyichś mętnych oczach odnajdziemy odpowiedź na pytanie: „Co teraz?”.

Nagły podmuch zimnego wiatru sypnął w nas suchymi patykami i piachem, tak że musieliśmy zasłonić twarze. Zza pleców dobiegł nas jękliwy dźwięk, który postawił nam włoski na karkach. Stare, jak sądziliśmy, dawno nieużywane drzwi domu ogrodnika pod naporem wiatru z głośnym jękiem otwarły się na oścież, ukazując czarne wnętrze. Podeszliśmy bliżej. Kłódka leżała na progu. Światło dwóch zapalniczek i komórki nie rozjaśniało mroku, wypełniało jedynie załomy czarnymi, migotliwymi cieniami. Kilka kroków za progiem z ciemności wyłonił się zarys schodów. Na wprost, w miejscu, gdzie kiedyś znajdowały się drzwi do dalszych pomieszczeń, drogę zagradzał nierówno sklecony z pustaków mur. Staliśmy chwilę, próbując przyzwyczaić oczy do mroku. W dzieciństwie opuszczone budynki i place budów były naszymi ulubionymi miejscami zabaw. Spędzaliśmy całe dnie, oglądając strychy i piwnice, przeciskając się przez zabite deskami drzwi i okna, co sprawiało, że mogliśmy się poczuć jak bohaterowie książek. Najbardziej zresztą lubiliśmy wymyślać historie mieszkańców tych domów, godzinami próbowaliśmy dociec, dlaczego dany budynek opustoszał i dlaczego nikt w nim nie zamieszkał. W naszych młodych głowach opowieści o duchach, wojnie, motywy z filmów i całkiem współczesne kroniki kryminalne mieszały się ze sobą, wywołując dreszcze, wypieki na policzkach i niezdrową ekscytację. W specjalnych zeszytach rysowaliśmy mapy opuszczonych domostw, opatrzone naszymi własnymi opisami niepokojących odkryć („Dziury w ścianie – prawdopodobnie po kulach!” albo „Plamy na podłodze – to tu znaleźli ciała!!!”). Wklejaliśmy też wycinki z gazet opisujące zbrodnie i niewyjaśnione tajemnice. Pustostany służyły nam jako miejsca inicjacji – dla tych, którzy chcieli dołączyć do naszej paczki. To był test na odwagę. Wiele tych osób nie było, co pozwalało nam utrzymać dobre mniemanie o sobie i naszej bandzie. To z tego też okresu pochodziła nasza wspólna fascynacja Justyną i Weroniką, dwiema pięknymi i tajemniczymi dziewczynami, które zjawiły się pewnego dnia pod pustostanem przy Leśnej i jak gdyby nigdy nic weszły przed nami przez okno do środka. „Trochę się boimy” – mówiły i ściskały mocno za rękę tego, kto miał szczęście być najbliżej. Jednak nie przeszkadzało im to przeciskać się na czworakach w miejsca, w które nawet my nie chcieliśmy wcześniej wchodzić. Pewnego razu dziewczyny po prostu nie przyszły na spotkanie. Nie wróciły już nigdy, przestały też zauważać nas na ulicy i w szkole, jakby dostały od nas wszystko, co mogliśmy im dać. I wtedy też, choć nikt z nas nie potrafił powiedzieć dlaczego, skończyliśmy nasze wędrówki po opuszczonych domach, nie mogąc odnaleźć dawnej przyjemności w przeciskaniu się przez zabite deskami okna i drzwi.

– Trochę się boję... – Student zaintonował starą odzywkę.

– Przytulmy się – zaproponował odruchowo Kosior.

– Widzieliście kiedyś coś takiego?

Byliśmy w dziesiątkach opuszczonych domów. Nigdy jednak żaden nie wyglądał w środku tak jak ten. Nie wiedzieliśmy, co było dziwniejsze: dywan, obrazki na ścianach, okrągły stolik z haftowaną serwetą czy zapach.

– Kadzidełko... – Kosior wskazał na dymiący, w większości już spalony pręcik wprost ze sklepu indyjskiego.

Różnica między wzorcową ruiną, na jaką czas ustylizował dom ogrodnika, a tym, co zastaliśmy wewnątrz, była uderzająca i dopiero po chwili przy świetle telefonów komórkowych ruszyliśmy po schodach na pierwsze piętro. Z bliska widać było, że tapeta pokrywająca ścianę jest w miarę nowa, choć położona niedbale. W migotliwym, bladym świetle starałem się zobaczyć, co przedstawiają obrazki wiszące na ścianach, i wszystko odnotować w pamięci, żeby później, jak w dzieciństwie, wypełnić swoim nieco histerycznym pismem kolejne strony zeszytu. W wyblakłych liniach, prawdopodobnie szkicowanych węglem, rozpoznawałem kolejne sceny i twarze. Targ z wyszczerzonym na pierwszym planie Żydem. Flisacy. Wyprężona, opierająca się plecami o drzewo naga kobieta z grającym na fujarce faunem. Brzydka, zmęczona twarz. Czy to Gierymski malował takie rzeczy? Nie pamiętam, czy uwieczniał też nimfy, ale reszta wyglądała jak wyjęta z sali malarstwa dziewiętnastowiecznego w Muzeum Narodowym. Skrzypnęły drzwi.

– Kosior, co tam jest? – dopytywał Student.

Kosior powoli zamknął drzwi i odwrócił się w naszą stronę.

– Kurwakurwakurwakurwa.

Komórki zgasły i staliśmy teraz w ciemności.

– Kosior, co jest? Kosior!

– Kurwakurwaaaa...

Minąłem ich i otworzyłem drzwi, spod których sączyło się światło. W ciepłym blasku kominka kałuża krwi wokół głowy leżącego na podłodze mężczyzny skrzyła się i migotała.

– Student – wyszeptałem.

– Co?

Wskazałem na podłużny przedmiot, który mógłby być laską używaną przez tego człowieka do podpierania się. Albo jakimś kijem pielgrzyma. Ale nie był.

– Student, czy to twój miecz?

***

– Jezu, on nie żyje. – Student wciąż to powtarzał, jakby sam widok zwłok był za mało realny.

– Daj bucha.

– Tyle krwi. On nie żyje.

– Trzeba coś zrobić... Zadzwonić... Nie wiem.

– Pójdę.

Otworzyłem ponownie drzwi. W pokoju było ciepło, kominek migotał monotonnie jak neon. „Elektryczny” – pomyślałem, robiąc wszystko, żeby nie patrzeć na mężczyznę. „Inaczej widzielibyśmy dym”. Przesunąłem się wzdłuż ściany, obok zastawionego teczkami i kserówkami taniego regału z płyty MDF, w stronę prostego tapczanu. Nie było to łatwe – między regałem i łóżkiem leżała spora sterta rozrzuconych w nieładzie książek – ale nie chciałem wejść w plamę krwi. Człowiek ubrany był w garnitur, leżał na brzuchu, twarz chował w zagłębieniu łokcia lewej ręki, jakby drzemał albo właśnie usłyszał naprawdę drętwy dowcip. Prawa ręka, zaciśnięta w pięść, wyciągnięta była w kierunku drzwi. Mógłby spać, ale plecy nie poruszały się w oddechu. Pochyliłem się nad ciałem. W myślach przyjąłem terminologię znaną z kryminałów. Więc: „ciało”. Z tyłu czaszki znajdował się duży krwiak. Nie on był jednak źródłem krwistej kałuży. Tuż nad kiedyś białym kołnierzykiem, przy lewym uchu zaczynała się rana sięgająca aż do prawego ucha. Ktoś poderżnął facetowi gardło. Albo próbował skrócić go o głowę repliką średniowiecznego miecza wikingów. Kurwa. Co robić?

– Myśl – powiedziałem głośno. Zapomniałem już o wypitym alkoholu. A bardzo by mi się przydał. Drzwi skrzypnęły.

– To Munio?

– Nie... Nie wiem. – Nawet nie przyszło mi do głowy, że to mógłby być on. Dopiero teraz przyjrzałem się bliżej ciału. Od razu rzuciła mi się w oczy dziwna asymetria głowy mężczyzny. Nie tylko z powodu krwiaka. Ukląkłem i spróbowałem dojrzeć jego twarz, choć wiedziałem, kim jest. Twarz, może przez światło załamujące się w kałuży krwi, wydawała się zniekształcona, jak pęknięta gumowa maska, którą ktoś niedbale próbował skleić taśmą. Cofnąłem się.

– To nie Munio – powiedziałem głośno. – To Piter.

***