Jeden dzień w grudniu - Josie Silver - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

To klasyczna opowieść o miłości, której akcja rozgrywa się w ciągu 10 kolejnych świąt Bożego Narodzenia, powieściowy odpowiednik filmowych hitów: „To właśnie miłość” i „Dziennika Bridget Jones”.

Laura nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia – oczywiście do chwili, gdy nie zakochuje się w chłopaku, którego pewnego grudniowego dnia widzi na przystanku przez szybę zatłoczonego autobusu. Odnalezienie go to jedno z jej noworocznych postanowień. Po roku nieśmiałych poszukiwań spotyka go znowu, na świątecznym przyjęciu swojej najlepszej przyjaciółki Sary, która przedstawia go Laurze jako nową miłość swojego życia…

Książka dla kobiet kochających życie, Jojo Moyses i Nicholasa Sparksa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału ONE DAY IN DECEMBER

WydawcaJacek Fronczak Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaEwa Grabowska

Original English language edition first published by Penguin Books Ltd, London Copyright © 2017 by Josie Silver The author has asserted her moral rights All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Grażyna Woźniak, 2018

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected], tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

Jamesowi, Edowi i Alexowi

21 grudnia

Laurie

To istny cud, że ludzie korzystający zimą ze środków komunikacji miejskiej nie mdleją w nich i nie umierają z powodu zarazków. Przez ostatnie dziesięć minut kasłano na mnie i kichano, a jeśli stojąca przede mną kobieta jeszcze raz strząśnie z siebie łupież, możliwe że obleję ją resztkami letniej kawy, której nie jestem już w stanie wypić, bo pełno w niej strzępków skóry.

Jestem tak zmęczona, że mogłabym zasnąć na stojąco na górnym poziomie tego kołyszącego się, zatłoczonego do granic możliwości autobusu. Dzięki Bogu skończyłam już pracę przed Bożym Narodzeniem, bo nie sądzę, żeby mój mózg albo moje ciało zdołały przetrwać jeszcze jedną zmianę w tej okropnej hotelowej recepcji. Może i przystrojono ją girlandami i ładnymi światełkami od strony klienta, ale wystarczy przejść za kontuar, żeby znaleźć się w bezdusznej piekielnej dziurze. Nawet kiedy nie śpię, jestem praktycznie nieprzytomna. Planuję hibernować aż do przyszłego roku, gdy tylko dotrę jutro do nostalgicznie znajomego rodzinnego domu. Jest coś dziwnie kojącego w ucieczce z Londynu na spokojną wieś w Midlands, do sypialni z czasów dzieciństwa, chociaż nie wszystkie moje dawne wspomnienia są szczęśliwe. Nawet najbardziej zżyte ze sobą rodziny mają swoje tragedie i śmiało można powiedzieć, że do nas przyszły one wcześnie i dotkliwie nas poraniły. Nie będę się jednak nad tym rozwodzić, gdyż Boże Narodzenie powinno być czasem nadziei, miłości i – najbardziej potrzebnego mi w tej chwili – snu. Snu przerywanego sesjami obżarstwa z moim bratem Darylem i jego dziewczyną Anną oraz mnóstwem łzawych świątecznych filmów. Bo czy można mieć dosyć oglądania nieszczęsnego kolesia stojącego na zimnie i trzymającego w dłoniach tabliczki z milczącą deklaracją wiecznej miłości dla żony najlepszego przyjaciela? Tylko czy to rzeczywiście romantyczne? Nie jestem taka pewna. Oczywiście na swój kiczowaty sposób tak, ale to również przykład najbardziej gównianego przyjaciela pod słońcem.

Przestaję się martwić zarazkami, bo i tak przyswoiłam ich wystarczająco dużo, żeby umrzeć, opieram czoło o zaparowaną szybę i patrzę na przesuwającą się za oknem Camden High Street, skąpaną w blasku bożonarodzeniowych lampek, oraz jasne witryny sklepów sprzedających wszystko, począwszy od skórzanych kurtek aż po tandetne pamiątki z Londynu. Jest dopiero czwarta po południu, a nad miastem już zapadł zmierzch; chyba przez cały dzień nie było w nim jasno.

Odbicie w szybie mówi mi, że powinnam wyciągnąć z włosów resztki tandetnej lamety, którą kazała mi się ozdobić moja głupia szefowa, bo wyglądam, jakbym ubiegała się o rolę archanioła Gabriela w szkolnych jasełkach, ale jakoś mi się nie chce. Nikogo w całym autobusie nie obchodzi mój wygląd; ani przemoczonego faceta w skafandrze, który siedzi obok mnie, zajmując więcej niż połowę miejsca, i drzemie nad wczorajszą gazetą, ani grupki dzieciaków pokrzykujących do siebie z tylnych siedzeń, a już na pewno nie siedzącej przede mną kobiety z łupieżem i błyszczącymi kolczykami w kształcie śnieżynek. Nie umknęła mi ironia w jej doborze biżuterii; gdybym była wredną suką, klepnęłabym ją w ramię i powiedziała, że niepotrzebnie przyciąga uwagę do skórnej zamieci, którą wywołuje przy byle ruchu głowy. Nie jestem jednak wredną suką, ja tylko komentuję wszystko w myślach. Chyba jak każdy?

Jezu, na ilu jeszcze przystankach zatrzyma się ten autobus? Nadal znajduję się parę kilometrów od swojego mieszkania, a autobus jest bardziej zatłoczony niż ciężarówka z bydłem w dzień targowy.

No dalej – myślę. – Jedź. Zawieź mnie do domu. Chociaż będzie to dosyć depresyjne miejsce, skoro moja współlokatorka Sarah zdążyła już wyjechać do rodziców. Jeszcze tylko jeden dzień i mnie też tu nie będzie, przypominam sobie.

Autobus zatrzymuje się z szarpnięciem na końcu ulicy i obserwuję, jak strumień ludzi próbuje się z niego wydostać, podczas gdy inni usiłują się wcisnąć do środka. Zupełnie jakby myśleli, że to jeden z tych konkursów polegających na upchnięciu jak największej liczby osób do jakiejś ciasnej przestrzeni.

Pod wiatą, na jednym z rozkładanych siedzeń, przycupnął jakiś facet. To nie może być jego autobus, skoro wydaje się pochłonięty lekturą książki w twardej oprawie, którą trzyma w rękach. Zwracam na niego uwagę, bo wydaje się całkowicie nieświadomy przepychających się i poszturchujących tuż przed nim ludzi, tak jak na filmie, kiedy ktoś siedzi całkowicie nieruchomo, a świat kręci się wokół, trochę bez jego udziału.

Nie widzę twarzy tego faceta, tylko czubek jego głowy z dość długimi blond włosami; wyobrażam sobie, że kiedy urosną jeszcze dłuższe, zaczną się kręcić. Siedzi opatulony granatowym wełnianym płaszczem i szalikiem, który sprawia wrażenie, jakby ktoś go dla niego wydziergał. Wygląda to kiczowato i zaskakująco w zestawieniu z resztą stroju – ciemnymi obcisłymi dżinsami i traperami – a mężczyzna jest całkowicie skoncentrowany na książce. Mrużę oczy, usiłując przeczytać jej tytuł; wycieram zaparowaną szybę rękawem płaszcza, żeby mieć lepszy widok.

Nie wiem, czy sprawił to ruch mojej ręki za oknem, czy błysk kolczyków kobiety z łupieżem, który dostrzegł kątem oka, ale facet nagle unosi głowę i mruga kilka razy, skupiając uwagę na moim oknie. Na mnie.

Patrzymy na siebie, a ja nie mogę odwrócić wzroku. Czuję, że moje usta się poruszają, jakbym chciała coś powiedzieć. Bóg jeden wie co, lecz nagle czuję, że muszę wysiąść z autobusu. Ogarnia mnie silna potrzeba, żeby znaleźć się na zewnątrz i podejść do tego mężczyzny. Jednak tego nie robię. Nie kiwam nawet palcem, bo zdaję sobie sprawę, że nie ma szans, abym minęła siedzącego obok mnie faceta w skafandrze i przecisnęła się przez zapakowany autobus, zanim ruszy z przystanku. Podejmuję więc błyskawiczną decyzję: zostaję na miejscu i za pomocą żarliwego, zdesperowanego spojrzenia usiłuję przekazać nieznajomemu, żeby wsiadł do środka.

Nie jest przystojny jak amant filmowy, nie ma też klasycznie idealnej urody, ale roztacza wokół siebie niedbały urok, jakby się dziwił: „To na mnie patrzysz?”, który przykuwa moją uwagę. Ze swojego miejsca nie widzę, jaki ma kolor oczu. Zielone czy może raczej niebieskie?

I jeszcze coś. Może to tylko pobożne życzenie, ale jestem pewna, że w niego też strzelił piorun; jakby przeskoczyła między nami niewidzialna iskra. Zupełnie jakby mnie poznał; w jego szeroko otwartych oczach maluje się szok. Wykonuje gest podobny do tego, gdy przypadkowo spotykasz swoją najstarszą i najlepszą przyjaciółkę, której nie widziałaś od lat i której kompletnie się nie spodziewałaś.

Jego spojrzenie łączy w sobie: „O, cześć” z „Mój Boże, to naprawdę ty?” oraz „Jak cudownie znowu cię zobaczyć”.

Przenosi wzrok z kolejki osób wciąż czekających przed drzwiami autobusu na mnie i mam wrażenie, że mogę usłyszeć myśli przelatujące mu przez głowę. Zastanawia się, czy byłoby czystym szaleństwem, gdyby wsiadł do tego autobusu, co by mi powiedział, gdyby nie dzieliła nas szyba i dziki tłum, czy poczułby się jak idiota, przeskakując po dwa stopnie, żeby się do mnie przedostać.

Nie – usiłuję mu przekazać. – Nie poczułbyś się jak idiota. Nie pozwoliłabym ci na to. Po prostu wsiądź do tego cholernego autobusu, ale już! Wpatruje się we mnie, a później po jego pełnych wargach przemyka uśmiech, jakby nie mógł się już od niego dłużej powstrzymać. Ja też się uśmiecham, wręcz promienieję. Nic nie mogę na to poradzić.

Proszę, wsiądź do autobusu. Prostuje się, jakby nagle podjął decyzję, zamyka książkę i wpycha ją do plecaka leżącego na ziemi, pomiędzy jego nogami. Robi krok do przodu, a ja wstrzymuję oddech i przyciskam płasko dłoń do szyby, popędzając go w myślach, nawet wtedy gdy słyszę syk zamykających się drzwi i czuję szarpnięcie po zwolnieniu ręcznego hamulca.

Nie! Nie! Nie waż się odjeżdżać z tego przystanku! Jest Boże Narodzenie! – mam ochotę krzyczeć, chociaż autobus włącza się do ruchu i nabiera prędkości, a chłopak stoi bez tchu na środku chodnika i patrzy, jak odjeżdżamy. Widzę, że uczucie porażki gasi światło w jego oczach; są święta, a ja właśnie beznadziejnie się zakochałam w nieznajomym facecie z przystanku, więc posyłam mu całusa i opieram czoło o szybę, patrząc na niego tak długo, aż w końcu znika mi z oczu.

Później coś do mnie dociera. A niech to szlag. Dlaczego nie skorzystałam z filmowego pomysłu i nie napisałam czegoś, żeby mu pokazać przez okno? Mogłam to przecież zrobić. Mogłam napisać swój numer telefonu. Uchylić okienko i wykrzyczeć swoje nazwisko, adres czy cokolwiek innego. Potrafię sobie wyobrazić całe mnóstwo rzeczy, które mogłam i powinnam była zrobić, jednak w tamtym momencie żadna z nich nie przyszła mi do głowy z prostego powodu: nie byłam w stanie oderwać wzroku od tego faceta.

Przypadkowi świadkowie tej sceny obejrzeli minutowy niemy film wart Oscara. Od tej pory, jeśli ktoś mnie zapyta, czy kiedykolwiek byłam zakochana od pierwszego wejrzenia, powiem: tak, przez jedną cudowną minutę dwudziestego pierwszego grudnia dwa tysiące ósmego roku.

Postanowienia noworoczne

W tym roku tylko dwa, ale za to wielkie, błyszczące i genialne.

1. Znaleźć chłopaka z przystanku.

2. Zdobyć pierwszą poważną pracę w czasopiśmie.

A niech to. Żałuję, że nie napisałam ich ołówkiem, bo mogłabym je teraz zetrzeć i zamienić kolejność. Idealnie byłoby najpierw znaleźć sobie jakąś superfajną robotę w czasopiśmie, a później wpaść w kawiarni na chłopaka z przystanku, najlepiej trzymając w dłoni coś zdrowego na lunch, co mógłby przypadkowo wytrącić mi z ręki, a później spojrzałby na mnie i powiedział: „Ach, to ty. Nareszcie”.

Darowalibyśmy sobie lunch i zamiast tego poszlibyśmy na spacer po parku, bo oboje stracilibyśmy apetyt, lecz za to odnaleźli miłość naszego życia.

Tak czy siak, oto moje noworoczne postanowienia. Trzymajcie za mnie kciuki.

20 marca

Laurie

– Czy to on? Wyraźnie czuję od niego autobusowe wibracje.

Patrzę w tę samą stronę co Sarah i omiatam spojrzeniem oblegany jak w każdy piątkowy wieczór bar. Za każdym razem, gdy dokądś wychodzimy, przyglądamy się twarzom i przeczesujemy tłumy w poszukiwaniu „chłopaka z przystanku”, jak ochrzciła go Sarah, po tym jak w styczniu wymieniłyśmy się bożonarodzeniowymi przeżyciami. Jej rodzinne świętowanie w Yorku wydało mi się znacznie bardziej huczne niż moje spokojne, pełne jedzenia święta w Birmingham, ale obie wróciłyśmy do zimowej londyńskiej rzeczywistości przygnębione, jak to po Nowym Roku. Pożaliłam jej się na swoją „miłość od pierwszego wejrzenia” i natychmiast tego pożałowałam. Nie chodzi o to, że jej nie ufam; po prostu ogarnęła ją jeszcze większa obsesja na punkcie odnalezienia tego chłopaka niż mnie. A ja po cichu tracę na jego punkcie głowę.

– Który? – Mrużę oczy, wpatrując się w morze twarzy, a właściwie w tyły nieznajomych głów. Sarah marszczy nos, zastanawiając się nad tym, jak go opisać, żebym nie miała problemów z odnalezieniem właściwej osoby.

– Tam, w środku, obok kobiety w błękitnej sukience.

Zdecydowanie łatwiej mi ją wypatrzeć; kurtyna prostych jak drut tlenionych włosów odbija światło, gdy kobieta odrzuca głowę do tyłu i zaśmiewa się z czegoś, co powiedział siedzący obok niej facet.

Wzrost się zgadza. Kolor włosów wydaje się podobny, linia ramion w ciemnej koszuli też. To może być każdy, także chłopak z przystanku. Im dłużej mu się przyglądam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że poszukiwania skończone.

– Sama nie wiem – mówię, wstrzymując oddech, bo jeszcze nigdy nie byłyśmy tak blisko celu. Opisywałam go Sarah tyle razy, że pewnie zna jego wygląd lepiej niż ja. Chcę do niego podejść. Prawdę mówiąc, chyba już to robię, lecz czuję na ramieniu dłoń Sarah w momencie, gdy mężczyzna przy barze pochyla głowę i całuje blondynkę, która natychmiast staje się moją najmniej ulubioną osobą na planecie.

O Boże, to chyba on! Nie! Nie tak to miało wyglądać. Każdego wieczoru zamykam oczy i odgrywam w myślach różne warianty tej sceny, ale nigdy – powtarzam, nigdy – nie kończy się ona w ten sposób. Czasami chłopak stoi w grupie kolegów w barze albo siedzi sam w kawiarni i czyta książkę, ale nigdy nie ma dziewczyny – blondynki z błyszczącymi włosami – z którą by się całował.

– Cholera – mruczy Sarah, wciskając mi kieliszek wina w dłoń. Patrzymy, jak się całują. I całują. Rany, czy ci ludzie nie mają hamulców? On maca teraz tyłek dziewczyny, zdecydowanie przekraczając granice przyzwoitości dla zatłoczonego baru.

– Trochę skromności, ludzie – burczy pod nosem Sarah. – To jednak nie twój typ, Lu.

Jestem załamana. Do tego stopnia, że wlewam do gardła cały kieliszek zimnego wina, a później się wzdrygam.

– Chyba wrócę już do domu – stwierdzam, idiotycznie bliska łez.

Później tamci przestają się całować, dziewczyna obciąga sukienkę, chłopak szepcze jej coś do ucha, po czym odwraca się i idzie prosto w naszą stronę.

Wiem to od razu. Mija nas, a ja z ulgą prawie wybucham śmiechem.

– To nie on – szepczę. – Nawet do niego niepodobny.

Sarah przewraca oczami i wypuszcza powietrze, bo od dłuższej chwili wstrzymywała oddech.

– Jezu, dzięki ci za to. Co za łajza. Wiesz, że prawie podstawiłam mu nogę?

Ma rację. Facet, który przed chwilą nas minął, zachował się jak buc. Idąc w stronę toalety, z uśmieszkiem satysfakcji starł z ust wierzchem dłoni resztki czerwonej szminki.

Boże, muszę się jeszcze napić. Szukam chłopaka z przystanku od trzech miesięcy. Powinnam go szybko znaleźć, bo inaczej skończę na odwyku.

*

Później, z powrotem na Delancey Street, obie zrzucamy buty i padamy na kanapę.

– Tak sobie pomyślałam – odzywa się Sarah. – Przyjęli do nas nowego faceta. Myślę, że mógłby ci się spodobać.

– Zależy mi na tym z przystanku – wzdycham melodramatycznie.

– A co, jeśli go znajdziesz i okaże się frajerem? – zastanawia się głośno. Widocznie też się przejęła tym, co spotkało nas w barze.

– Myślisz, że powinnam przestać szukać? – pytam, unosząc ciężką głowę z oparcia sofy, żeby na nią spojrzeć. Sarah bezradnie rozkłada ręce.

– Mówię tylko, że powinnaś mieć plan awaryjny.

– Na wypadek gdyby okazał się frajerem?

Wystawia kciuki do góry, pewnie dlatego, że wymaga to mniej wysiłku niż kiwnięcie głową.

– Ten koleś może się okazać totalnym palantem – mówi. – Albo mieć dziewczynę. Chryste, Lu, może być nawet żonaty.

Otwieram usta ze zdziwienia. Na całą szerokość.

– Nigdy w życiu! Jest ślicznym singlem, który czeka, aż go odnajdę – stwierdzam z pełnym przekonaniem pijanej kobiety. – Może nawet mnie szuka.

Sarah unosi się na łokciach i wpatruje we mnie, z przyklapniętymi rudymi falami włosów i rozmazanym po całej nocy tuszem do rzęs.

– Mówię tylko, że nasze – twoje – oczekiwania mogą być nieco zbyt wygórowane i że powinnaś – powinnyśmy – zachować rozwagę.

Wiem, że ma rację. Wcześniej w barze moje serce prawie przestało bić.

Patrzymy na siebie, a później Sarah klepie mnie po nodze.

– Znajdziemy go – mówi. To zwykły gest solidarności, który jednak w stanie alkoholowego zamroczenia sprawia, że w gardle rośnie mi gula.

– Obiecujesz?

Kiwa głową i rysuje na piersi znak krzyża. Z gardła wyrywa mi się głośny, głęboki szloch, bo jestem zmęczona, wkurzona, a czasami mam problem z przypomnieniem sobie rysów twarzy chłopaka z przystanku i boję się, że całkiem zapomnę, jak wygląda.

Sarah siada na kanapie i ociera mi łzy rękawem bluzki.

– Nie płacz, Lu – szepcze. – Będziemy go szukać, dopóki nie znajdziemy.

Przytakuję i opadam z powrotem na kanapę, wpatrując się w sufit pokryty tynkiem strukturalnym. Odkąd wprowadziłyśmy się do tego mieszkania kilka lat temu, właściciel obiecuje, że go przemaluje.

– Znajdziemy. I okaże się ideałem.

Sarah przez chwilę milczy, po czym zaczyna wymachiwać palcem nad głową.

– Oby. Bo inaczej wyryję mu słowo „frajer” na czole.

Kiwam głową. Doceniam i odwzajemniam jej lojalność.

– Zardzewiałym skalpelem – dodaję, ubarwiając nieco ten makabryczny obraz.

– Dostanie zakażenia i odpadnie mu głowa – mamrocze.

Zamykam oczy i śmieję się pod nosem. Dopóki nie odnajdę chłopaka z przystanku, moje serce w dużej mierze będzie należeć do Sarah.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Wielkie podziękowania należą się Katy Loftus, mojej bystrej, życzliwej i niezwykle mądrej redaktorce. Twój instynkt i przenikliwość wskazywały mi drogę podczas pisania tej książki, od pierwszych słów aż do ostatnich. Nie stworzyłabym jej bez ciebie, jesteś po prostu genialna.

Dziękuję również Karen Whitlock, Emmie Brown oraz wszystkim pracownikom Vikinga – praca z wami była dla mnie przyjemnością i wspaniałą przygodą.

Wyrazy uznania dla Sarah Scarlett oraz błyskotliwego i zabójczo czarującego zespołu sprzedającego prawa do wydań zagranicznych.

Jess Hart – nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo ubóstwiam twoją okładkę! Dziękuję, nigdy nie zdejmę jej ze ściany w moim biurze.

Jak zawsze bardzo dziękuję mojej agentce Jemimie Forrester i wszystkim pracownikom agencji literackiej David Higham.

Wyrazy miłości i podziękowania kieruję w stronę moich wspaniałych dziewczyn, które znają odpowiedź na każde pytanie! Jesteście moją sekretną bronią.

Dziękuję całej mojej cudownej rodzinie i przyjaciołom za nieustanne wsparcie i zachętę.

I wreszcie gorąco dziękuję moim najdroższym: Jamesowi, Edowi i Alexowi. Kocham was najbardziej na świecie.