Informatyk - klik kłamstwa, klik grozy. Oni - Iwe Hulkon - ebook

Informatyk - klik kłamstwa, klik grozy. Oni ebook

Iwe Hulkon

5,0

Opis

KIEDY PRACA STAJE SIĘ POLEM WALKI,
A ŻYCIE PRYWATNE – PIERWSZĄ OFIARĄ

Konrad Maj, oddany służbie agent, coraz głębiej pogrąża się w świecie, w którym każdy błąd może kosztować życie. Świeżo zawarte małżeństwo z Gabrielą zaczyna kruszeć pod ciężarem jego obowiązków, a on sam nie dostrzega, że w cieniu rodzi się spisek wymierzony w jego najbliższych.

Kiedy kolejne sukcesy zawodowe stają się jedynie pozorną tarczą ochronną, niespodziewany zwrot wydarzeń odsłania brutalną prawdę: wydano na niego wyrok. Spodziewając się śmierci mężczyzna honorowo odmawia pomocy.

CZY MIMO TO KTOŚ MU JEJ UDZIELI?

ONI – finał sensacyjnego cyklu Informatyk-klik kłamstwa, klik grozy autorstwa Iwe Hulkon – wieńczy rozdział lat dziewięćdziesiątych w iście eksplodującym stylu. Autor jednak definitywnie nie zamyka drzwi do przedstawionego przez siebie świata. Być może bohaterowie jego trylogii powrócą osadzeni w nowych czasach i w jeszcze groźniejszej rzeczywistości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 601

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Hanna_Krajewska

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna seria. Jeśli to debiut to wielkie gratulacje.
00

Popularność




Wszystkim,

którym stała się bliska opowiedziana przeze mnie historia

Zbieżność faktów, miejsc i nazwisk

zawartych na kartach niniejszej powieści jest przypadkowa.

Iwe Hulkon

GRUDZIEŃ 1998

Pomieszczenie zatrzymań było obszerne, pewnie zmieściłoby się tu ze dwadzieścia kobiet, a od dwóch godzin na długiej ławce pod ścianą siedziały trzy: starsza zaniedbana pani o wymiętej twarzy, ubrana w znoszony płaszcz, druga – młoda efekciara w skórzanej czarnej kurtce, takich spodniach i z wyzywającym makijażem, którą rozpierała tajemnicza energia i co chwilę usadzała ją policjantka, zwracając się do niej po szwedzku.

I ona – ta, do której podczas przeszukania mówiono po angielsku, choć według paszportu była Włoszką. Chciała jednak zeznawać w języku angielskim, gdyż zdawała sobie sprawę, że nie mówi dobrze po włosku i tłumacz od razu by się zorientował. Ale nic nie zeznała. Nie potrafiła albo nie chciała wyjaśnić, dlaczego uderzyła Szwedkę i skąd w jej kosmetyczce wziął się pendrive z kilkuminutowym nagraniem. Widać na nim intymną scenę w hotelowej łazience, gdzie oskarżająca ją kobieta była zwrócona przodem do kafelek, a za nią stał ociekający wodą mężczyzna – jedną dłonią trzymał jej ręce nad głową, a drugą… Później ona brała prysznic, a on przeszedł do lustra nad umywalką. I w tym miejscu nagranie się urywało.

Czekała, zastanawiając się, co powinna zeznać, jak to wszystko wytłumaczyć. Sama była „wtórnikiem” z pożyczonym paszportem, który jej teraz zatrzymano, więc nie może powiedzieć, że mężczyzna z nagrania ma podwójną tożsamość, bo zrobi się niezły kocioł. A przecież bez tego serce pękało boleśnie, rozsadzając klatkę piersiową, co utrudniało jej oddychanie. Nawet teraz, siedząc spokojnie ze wzrokiem utkwionym w splecionych dłoniach, co jakiś czas lekko drżała, jakby płucom nagle zabrakło powietrza albo jakby płakała – bez głosu i bez łez.

– Dobrze się czujesz? – zapytała obserwująca je policjantka.

Gabriela skinęła głową, choć wcale dobrze się nie czuła. Spodziewała się wybuchu wściekłości Konrada – tutaj występującego jako Olof – bo wbrew jego woli wyszła z hotelu. Ale on już nic dla niej nie znaczył. Być może to właśnie on kazał tej Szwedce, Cecill, śledzić ją i narobić rabanu. On, Olof… Szczęściem byłoby nigdy więcej go nie zobaczyć. Niech tylko odda jej polski paszport, a ostatnie spotkanie odbędzie się na sali sądowej – podczas rozwodu. Teraz chciała myśleć tylko o dziecku. Musi się stąd wydostać i wrócić do syna. Jakże była głupia, że tu przyjechała, że przed tygodniem wyszła za Konrada, że mu zaufała, że…

CZĘŚĆ III

O N I

Całe to zamieszanie

pomiędzy powinnością, rozkazem i miłością.

ROZDZIAŁ IMistyfikacja – oszustwo celowe

Przechadzała się długą galerią, pełną małych i większych sklepików, niosąc na ramionach kolorowy plecak, była już po odprawie na lotnisku w Luqa na Malcie i czekała na samolot do Sztokholmu. Z głównego holu dochodziły dźwięki pianina, na którym podróżny wirtuoz umilał pasażerom czas oczekiwania na odloty.

Gabrieli towarzyszyły coraz większe wątpliwości – decyzję o eskapadzie podjęła błyskawicznie, gdy agentka Mira poinformowała ją o prawdopodobnym małżeństwie Konrada ze Szwedką, tłumaczką zatrudnioną w polskiej ambasadzie.

Czy ten wyjazd w ogóle ma sens? Czy zdoła się czegoś dowiedzieć?

Miała w pamięci ich pożegnanie na lotnisku w Warszawie. Konrad powtarzał wtedy: „Kocham cię, pamiętaj o tym, już tęsknię za tobą, i przepraszam”. Przepraszał między innymi za Monikę – tę, która próbowała oblać ją żrącym wybielaczem w sali ślubów, a najbardziej ucierpiał wtedy kapitan Arkadiusz Potempa. Pośród tych natchnionych uczuciem słów wspominał też o swoim rychłym wyjeździe, nie zdradzając dokąd. Domyślała się jednak, że chodziło o Skandynawię – tam zawsze rozwijał skrzydła. Oficjalnie jako informatyk, dbający o poprawność szyfrowania informacji w polskich ambasadach, ale w rzeczywistości wykonywał znacznie poważniejsze obowiązki – w końcu był oficerem wywiadu. Ona również miała nim zostać, gdyby jego teść nie postanowił spalić jej domu i mieszkania, a ją zamordować.

Teraz to już przeszłość. Leciała do Szwecji z zamętem w sercu i niepewnością swego losu. Czy uda jej się spotkać z tą kobietą? Czy dowie się prawdy? A jeżeli Konrad zamiast do Helsinek, Oslo czy Kopenhagi pojechał również do Sztokholmu? Co jej powie, kiedy wpadną na siebie? Że mu nie zaufała, chociaż w ubiegłą środę wzięli ślub? Że pieniądze, które od niego dostała, wydaje na nieuzasadnione eskapady? Że zostawiła ich syna – co prawda pod dobrą opieką, ale jednak? Tych „że” nasłucha się wiele, bo będzie na nią zły, zarzuci jej szpiegowanie… I w tym momencie z kieszeni kurtki dobiegł do jej uszu dźwięk telefonu.

Czym prędzej udała się do mniej zatłoczonego kąta galerii i odebrała połączenie.

– Dzień dobry, moje serducho, co robisz? – usłyszała jego głos. – Nie obudziłem cię dzisiaj, bo jestem w podróży. Jadę pośród śniegu, a biel tak oślepia, że nawet ciemne okulary nie pomagają.

– Och, witaj! – odpowiedziała, starając się brzmieć swobodnie. – U nas nie ma śniegu, ale pada deszcz…

– Gdzie ty jesteś? – zapytał podejrzliwie. – Słyszę fortepian i jakiś dziwny ruch.

Gabriela głębiej wciągnęła powietrze. Tak trudno go było oszukać!

– W hotelu – rzuciła szybko. – W martwym sezonie czyścimy lustra w sali bankietowej. Każdy robi, co chce, puścili koncert fortepianowy, a ludzie się przekrzykują!

Wpadła do toalety, obawiając się, że zaraz rozlegną się lotniskowe zapowiedzi.

– Dlaczego jeszcze tam chodzisz? – dopytywał. – Jesteś na wypowiedzeniu i Ralf powinien dać ci święty spokój.

– On nie każe mi przychodzić, ale będę wpadać tu do końca grudnia i pomagać w porządkach. Kony i tak jest w szkole.

– Miałaś załatwiać swoje sprawy – odparł z wyrzutem.

– Załatwię wszystko na czas – zapewniła. – A dokąd teraz jedziesz? Jest bardzo zimno?

– Bardzo. Minus dziesięć. A jadę na północ, wieczorem będę w Sztokholmie. Kupić ci coś? Wspominałaś o szamponie do włosów?

Gabriela odchrząknęła nerwowo.

– Halo? Coś przerywa! – krzyknęła, starając się zamaskować emocje. – Mówiłeś o szamponie? Tak, jest doskonały!

– Gabrysiu, jeśli będę bardzo zajęty, mogę nie zadzwonić. Rozumiesz?

– Tak, oczywiście, że rozumiem! Źle cię słyszę!

– Ucałuj ode mnie naszego syna i uważajcie na siebie! Kocham cię!

– Ja też cię kocham! Pa! – odpowiedziała głośno, po czym wybiegła z toalety, kierując się w stronę hali odlotów. W myślach dopowiadała: Nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham. I wybacz mi wszystko, co teraz robię, ale muszę to sprawdzić – dla własnego spokoju.

***

Pułkownik Konrad Maj – dyrektor Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu w zamiejscowym ośrodku w Kierczu, oddalonym o 80 kilometrów od Warszawy, zmierzał samochodem do Sztokholmu. Droga była długa i nużąca, jednak zawsze wybierał ten rodzaj podróży – nie tylko z przekonania, że samolot to także pułapka, podobna do windy czy okrętu podwodnego, ale również z praktycznych względów. Podróżując autem, mógł doglądnąć wielu spraw.

Teraz, w drodze z polskiej placówki konsularnej w Malmö do Sztokholmu, zadzwonił do swojej świeżo poślubionej żony. Gabriela była kobietą, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia pięć lat wcześniej. On pozostawał wówczas w związku małżeńskim i przez pół roku ona była jego kochanką. Potem zniknęła po brutalnym ataku, zorganizowanym przez jego ówczesnego teścia.

Szukał Gabrieli nieustannie, nawet wtedy, gdy logika podpowiadała, że mogła nie przeżyć tej napaści. Latem tego roku odnalazł ją na maleńkiej wyspie Gozo. Nie była już sama – wychowywała ich czteroletniego syna, któremu nadała jego imię Konrad. Szok, jakiego doznał, ani cała reszta niesprzyjających okoliczności, nie przeszkodziły mu w zaciągnięciu jej do Urzędu Stanu Cywilnego i początkiem grudnia wreszcie powiedzieli sobie „tak”.

Konrad był zazdrosny. Choć sam miewał inne kobiety, a nawet stałe kochanki, ona pozostawała dla niego kimś wyjątkowym – nietykalną świętością. Z chwilą zakończenia rozmowy telefonicznej poczuł niepokój – w tle słyszał odgłosy gwarnego miejsca – jakiegoś koncertu, wystawy, dworca czy lotniska – a przecież o tej porze nic podobnego nie powinno mieć miejsca. Obawiał się pomysłów jej powściągliwego, nieco niezręcznego adoratora – lekarza medycyny estetycznej, Stevena Hurbota. Jesienią złożył mu osobistą wizytę, skutecznie rujnując jego marzenie o pięknej Giovannie – bo pod takim imieniem ukrywała się na Gozo. Ale czy mógł mieć pewność, że sprawa jest zamknięta?

Kilometry mijały powoli, choć droga była idealna do jazdy, a samochód spisywał się bez zarzutu. W taką podróż zawsze wybierał się służbowym autem agencji, ale tym razem chciał przetestować własne. Jeździł lexusem Ls400 od ponad roku i dotychczas nie miał okazji porządnie go dotrzeć – pochłonięty obowiązkami, prywatnie rzadko wyjeżdżał w dłuższe trasy.

W końcu dotarł do niewielkiej miejscowości, gdzie kolejny raz zatrzymał się na posiłek w przydrożnej restauracji. Miał tu umówione spotkanie z informatorem, a zamykając samochód, zakończył swoje podejrzliwe dywagacje. Jeżeli Gabriela przez te wszystkie lata z nikim nie była, to teraz – gdy jest jego żoną – tym bardziej się nie skusi. Formalnie jeszcze nie nosiła nazwiska Maj, nie zdążyła wyrobić nowych dokumentów i w paszporcie wciąż nazywała się Domaniewska, a w tym przykrywkowym – Malkoni.

Otrzepując buty ze śniegu i wchodząc do restauracji, odłożył te myśli na bok. Teraz jest Olofem Petersonem i prócz standardowych zadań na tym terenie, zmierza na spotkanie ze swoją agentką i długoletnią kochanką Cecill Petersson, gdyż dwukrotnie wywołała go na pager z niecierpliwym żądaniem jego obecności w Sztokholmie. Czekało go spotkanie z kimś ze Wschodu – bo tylko tacy goście najczęściej bywali u Cara Mikołaja. Tyle mu powiedziała.

***

Major Sławomir Rębisz uwijał się jak w ukropie. We wrześniu dostał informację od Griszy Miszkina o czynnym szpiegu w jednym z urzędów meldunkowych w stolicy, działającym na rzecz rosyjskich służb. I nic więcej. Rosjanin, z którym dobrze się znał jeszcze z czasów, kiedy pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a tamten przebywał długi czas w ambasadzie rosyjskiej w Warszawie, udawał, że nic więcej nie wie na temat szpiega.

Wówczas Rębisz otrzymał zgodę szefa na utworzenie specjalnej grupy, w skład której wchodził również major Jacek Wawrzecki z kontrwywiadu i jeszcze kilku oficerów. Całej operacji nadano kryptonim „Dubler”.

W raporcie Rębisz nie wspomniał o osobistych kontaktach z Miszkinem, przedstawiając donos jako pozyskany od informatora zza wschodniej granicy. Nie przyznał się też do wymiany informacji z Rosjaninem podczas spotkania w ich dawnym punkcie na Targówku.

Od jesieni grupa prześwietlała wszystkich pracowników dzielnicowych urzędów meldunkowych w Warszawie i dotychczas nie wpadła na żaden trop. Rębisz zaczął podejrzewać, że Miszkin go oszukał, chcąc wyłudzić informację o jego kontaktach w Skandynawii. A przecież ich nie miał – dał mu dobry namiar na pułkownika Maja. Zachowując ostrożność nie wymienił wtedy żadnego nazwiska, mówiąc jedynie, że chodzi o męża szwedzkiej tłumaczki w polskiej ambasadzie, wziętego informatyka z koneksjami na tamtym terenie. Pokusił się jeszcze o dodanie jego rysopisu.

Nie wiedział, czy prawdą jest, że Maj ożenił się ze Szwedką – takie krążyły plotki. Nie miał też pojęcia, czy Miszkinowi udało się do niego dotrzeć na terenie Szwecji.

Sprawa była dla niego ważna, bo Rosjanin obiecał sporą gratyfikację, jeśli uda mu się nawiązać współpracę z informatykiem i popchnąć „skandynawską sprawę” do przodu. Jednak przedsięwzięcie wiązało się z dużym ryzykiem. Po pierwsze – Rębisz nie ufał Miszkinowi, obawiając się, że tamten może ujawnić jego przeszłość. Po drugie, niepokój agenta wzbudził maleńki podsłuch, znaleziony w kieszeni marynarki po spotkaniu na Targówku. Nie wiedział, kto go tam umieścił – Rosjanin, czy ktoś z własnej „firmy”, czyli wywiadu.

Z czasem major nabrał głębokiej nieufności wobec wszystkich. Przestał używać telefonów służbowych do prywatnych rozmów, a ten osobisty wymieniał co chwilę. Tym sposobem stracił kontakt z Miszkinem.

***

Cecill Petersson – przewodniczka po Sztokholmie i tłumaczka języka polskiego i niemieckiego, biegle władająca językiem angielskim w tak samo doskonałym stopniu co szwedzkim, była w swoim żywiole. Lubiła się bawić, a  przedświąteczny czas był do tego dobrą okazją. Tego dnia spotkała jeszcze kogoś wyjątkowego – długo wyczekiwanego Kalle’a Bjorna. Mężczyzna latem zawrócił jej w głowie, ale potem zniknął z miasta na wiele miesięcy.

Niewiele o nim wiedziała – jedynie to, że był Norwegiem i pracował jako kelner w restauracji w Oslo. Zdobył uprawnienia informatyka na kursie komputerowym i latem poszukiwał nowej pracy. Spotkanie z nim uważała za zrządzenie losu – dużo wcześniej Olof zlecił jej zdobycie aktu urodzenia Kalle’a, działając na prośbę rodziny jego tragicznie zmarłej matki. Czasem zastanawiała się, czy Olof poznał w końcu Kalle’a. Jednak odkąd potajemnie sprawdziła, że Norweg wychował się w Ameryce, przypuszczała, że nie. O swoim odkryciu nie powiedziała nikomu – nawet samemu Kalle’owi, choć spędzili razem dzisiejszy dzień. Czekała, aż sam się przed nią otworzy.

Siedzieli w klubie nieopodal śródmiejskiej dzielnicy handlowej. Cecill popijała kolejnego drinka, a Kalle – drugie piwo. Wcześniej zaprosił ją na kolację, po której planował wracać do swojego domu w Norwegii.

– Musisz dzisiaj wrócić? Możemy pojechać do mnie – powiedziała, przyglądając się jego urodziwej twarzy, trochę podobnej do Olofa, ale o wiele młodszej, jakby drobniejszej i nie tak przystojnej jak u tamtego.

W Olofie była zakochana od lat, lecz on odwzajemniał jej uczucia jedynie listą zadań do wykonania, chłodem w głosie i surowym spojrzeniem pięknych, szarych oczu ze srebrnymi refleksami, w oprawie długich rzęs.

Zanim brał ją do łóżka, w którym był najcudowniejszym kochankiem, jakiego spotkała, rygorystycznie rozliczał ją z wykonanych czynności. Oprócz seksu, dawał jej również pieniądze. Z Kalle’em tylko raz spróbowała – w samochodzie, przed swoim domem. On też był niezły!

– Rozwiodłaś się w końcu? – uśmiechnął się do niej.

Nie bardzo wiedziała co odpowiedzieć. Sprawa ze Svenem Borbergiem wciąż tkwiła w sądzie, ale oczekiwała przyjazdu Olofa, a ten nie mógł zobaczyć ich razem. Miała nadzieję na trwalszy związek z Kalle’em – i to była jej jedyna tajemnica. Bała się ją wyjawić, bo Olof mógłby go skrzywdzić. Jednak on nigdy nie przychodził do jej mieszkania – zawsze spotykali się w polskiej ambasadzie lub umawiali w hotelu albo na mieście.

– Papiery są już w sądzie i nie martw się, mąż do mnie nie przyjedzie. A ty? Nadal jesteś kawalerem bez dziewczyny? Nic nie mówisz o sobie! – potrząsnęła rozpuszczonymi blond włosami, opadającymi na jasną twarz z wyrazistymi, ostrymi, nordyckimi rysami.

Kalle Bjorn takich nie miał, bo nie był Skandynawem. Choć od półtora roku mieszkał w swoim domu pod Oslo, w rzeczywistości umieścił go tam polski wywiad, a dokładnie szef Agencji Techniki Operacyjnej i Wywiadu – pułkownik Konrad Maj. Powoli przyzwyczajał się do tutejszego surowego klimatu, choć czasem chciało mu się wyć z tęsknoty za krajem i rodziną. Był jednak konsekwentny – sam zgodził się na zmianę tożsamości z Wojciecha Fabisia na Kalle’a Bjorna. Nie zdawał sobie sprawy, jakie to będzie trudne, ale był pewien, że z czasem pokona własną psychikę, stanie się przydatnym dla polskiego wywiadu Norwegiem, a jego zaszyfrowane meldunki, podpisane pseudonimem Odyn, już pojawiały się na serwerach macierzystej agencji techniki operacyjnej w Kierczu.

Na razie nie potrzebował tej Szwedki, która pracowała w biurze turystycznym, gdzie w przeszłości rodzice Kalle’a Bjorna byli przewodnikami i zginęli podczas jednej z organizowanych tam wypraw. Ale skoro już kiedyś się z nią zabawił, postanowił podtrzymać znajomość. Jej szerokie kontakty w Sztokholmie imponowały mu i zawsze mogły się przydać.

– Nie mam dziewczyny – zaśmiał się lekko. – Nie miałem czasu jej poszukać. Jeśli gwarantujesz swobodę i nikt nam nie przeszkodzi, mogę cię odwieźć do domu. Tylko wiesz co? – przełożył rękę przez jej ramię, zbliżył twarz do jej twarzy i szepnął do ucha: – Musimy zaopatrzyć się w kondomy!

W klubie przesiadywał jeszcze ktoś, kto słuchał muzyki i od czasu do czasu rozmawiał po angielsku z przypadkowymi gośćmi, udając luzaka. To Grigorij Miszkin – dyskretnie obserwował parę w kącie dużej sali, przybranej już w świąteczną szatę. Polski oficer wywiadu, major Sławomir Rębisz, opisał wygląd znanego mu informatyka. Nie zdradził jego narodowości ani nazwiska, powiedział tylko, że to mąż tłumaczki. I ten opis pasował jak jeden do jednego z facetem, który z lekka przytulał Cecill Petersson. Dziwne, miała powiadomić Sokołowa o jego przybyciu, a nie zrobiła tego. Może najpierw chciała zapytać, czy zgodzi się pomóc Rosjanom w nawiązaniu kontaktów z wysoko postawionymi urzędnikami w Norwegii? Miszkin przeszedł jeszcze obok nich, podsłuchał szwedzki dialog, nabrał pewności co do fizjonomii mężczyzny i wyszedł z klubu.

Na zewnątrz w samochodzie czekał na niego Aleksander Sokołow.

– Stuprocentowej pewności nie mam, ale myślę, że to on. – Miszkin zatrzasnął drzwiczki.

– Bladź jedna! – zaklął Sokołow. – Trochę dolarów wzięła i nie raczy zadzwonić, że wreszcie przyjechał?!

***

Gabriela zameldowała się w hotelu w kompleksie lotniska Arlanda. Nie rozpakowała plecaka – już w samolocie ułożyła sobie plan działania. Zadzwoniła na numer, który uzyskała z polskiej ambasady, należący do Cecill Petersson – na Gozo skojarzyła nazwisko z tym w paszporcie Konrada, ukrytym w jego BMW, a wystawionym dla Olofa Petersona. To przyprawiło ją o palpitacje serca i było powodem przylotu do Szwecji.

Teraz jednak nikt nie odebrał połączenia.

Wyszła z hotelu i udała się do hali przylotów, gdzie wcześniej zauważyła napis „Rent a car”. Musiała wypożyczyć samochód – inaczej nie nadąży za kobietą, nie sprawdzi, czy spotyka się z Konradem, a może nawet z nim mieszka. Sama myśl powodowała w niej rozdwojenie jaźni: z jednej strony odbierała siły, z drugiej zmuszała do działania. Planowała, że w Szwecji po prostu się z nią umówi i zapyta… ale o kogo? O Konrada Maja czy Olofa Petersona? A  nawet jeśli – może to tylko agentka, a zbieżność nazwisk przypadkowa? Wówczas niczego się nie dowie.

Sprawdziła jeszcze na tablicy informacyjnej godzinę przylotu najbliższego samolotu z Warszawy.

Wyuczone metody szpiegowskie przypomniały o sobie: zawsze zakładaj okulary – na ulicy ciemne, w budynkach przejrzyste, albo lekko przydymione. Czarne wyglądają podejrzanie, więc podczas spisywania umowy na wynajem szarego volvo miała na twarzy zwykłe przejrzyste szkła. Wcześniej zauważyła w handlowych boksach fantastyczne wełniane czapki z kolorowymi sterczącymi „włosami”. Wybrała niebieską z czarnymi. Kiedy ukryła pod nią swoje, wyglądała zupełnie inaczej – i całkiem naturalnie.

Na podróż kupiła nową kurtkę w nieciekawym brązowym kolorze, ale z jedną zaletą: oprócz zamka błyskawicznego miała duże klamerki, w których można było ukryć na przykład końcówkę USB. Do tego zimowe buty na prawie płaskim obcasie – zupełnie nie w jej stylu, nie czuła się w nich dobrze, ale nie zdradzały jej osobowości.

W czapce i okularach zjadła kolację w hotelowej restauracji, zastanawiając się, gdzie nocuje Konrad, kiedy wykonuje swoje zadania w Sztokholmie. Nigdy go o to nie zapytała. Później wróciła do pokoju i jeszcze raz zadzwoniła do kobiety.

***

Cecill siedziała wygodnie w samochodzie Kalle’a, trochę szumiało jej w głowie, ale nie była pijana. Do mieszkania nie było daleko, a Kalle pamiętał trasę. W sklepie obok klubu zaopatrzyli się w potrzebne im artykuły i teraz on opowiadał o swojej pracy grafika komputerowego w firmie reklamowej.

Gdy zadzwonił telefon, od razu wydobyła go z torebki.

– Halo? – rzuciła.

– Czy rozmawiam z panią Cecill Petersson? – padło pytanie w języku polskim.

– Tak, to ja. A o co chodzi? – odpowiedziała również po polsku.

Wojtek nie spodziewał się, że Cecill zna ów język i mówi nim tak swobodnie, jakby była Polką. Ogarnęła go panika – powinien natychmiast pozbyć się jej z samochodu i nigdy więcej się z nią nie spotykać. A jednak zachował zimną krew.

Cecill słuchała:

– Nazywam się Anna Kowalska i mieszkam w małej miejscowości pod Warszawą. Nie znam języków obcych, a muszę przylecieć do Szwecji. W naszej ambasadzie podali mi pani numer – podobno jest pani tłumaczką?

– Tak, zgadza się. A do jakiej części Szwecji chce pani przylecieć?

– Do Sztokholmu. Dostałam tam spadek po ciotce, której w ogóle nie znałam. To była kuzynka mojego ojca. Chciałam zobaczyć ten dom i ewentualnie załatwić potrzebne sprawy. Czy zgodziłaby się pani pomóc? Oczywiście odpłatnie.

– W jakiej dzielnicy Sztokholmu dostała pani ten spadek?

– Och, ja nawet nie umiem tego przeczytać! Pokażę pani wszystkie dokumenty.

– A kiedy planuje pani przylecieć?

– Jutro o dziewiątej rano jest lot z Warszawy. Myślę, że będę w Sztokholmie przed jedenastą. Czy zgodzi się pani czekać na mnie na lotnisku i  wynająć pokój w hotelu? Od razu zapoznam panią z moją sprawą, dobrze?

Cecill ucieszyła się – nie miała teraz zajęcia, a w grudniu rzadko trafiały się wycieczki. Potrzebowała pieniędzy. Olof nigdy nie załatwił jej stałego etatu tłumaczki w polskiej ambasadzie – przez ostatni rok wezwano ją tam zaledwie kilka razy. Praktycznie aż do wiosny była bezrobotna.

– Jak panią poznam? – zapytała, klepiąc dłoń Kalle’a, bo właśnie wjeżdżali w jej zakorkowaną uliczkę. Wskazała mu wolne miejsce parkingowe z dala od wejścia do klatki schodowej. – Ja będę w zielonym płaszczu i z plakietką przewodnika na piersi. A pani? Anna, tak?

– Tak, Cecill, jestem Anna. Będę w różowej kurtce i takiej czapce – na pewno się odnajdziemy! Tak bardzo się cieszę!

Wymieniły grzeczności i rozłączyły się. Cecill wciągnęła Kalle’a do swojego mieszkania.

– W jakim języku rozmawiałaś? – zapytał, zdejmując kurtkę. Z lekkim wahaniem przechodził przez niewielki przedpokój z dużym kubistycznym obrazem na białej ścianie. Wszedł do pokoju.

– W polskim! – roześmiała się.

– Jakie jeszcze znasz języki?

W skromnie urządzonym pomieszczeniu przyglądał się mało istotnym bibelotom. Na widok pościeli na zasłanym łóżku odwrócił się – nie miał ochoty wejść tam, gdzie sypiała ze swoim mężem. Wolałby ją wziąć na stojąco przy ścianie.

– Och, norweski, angielski, niemiecki, trochę rosyjskiego. A w języku polskim od dziecka rozmawiam z matką, bo jest Polką. Nie musiałam się go wiele uczyć – zdałam tylko potrzebny egzamin.

– Często jeździsz do Polski? Masz tam rodzinę? – Dotknął jej talii, zjechał dłonią na pośladek, drugą podciągnął spódnicę, wiodąc palcami po udzie, i momentalnie poczuł u siebie potężny wzwód.

– Nie… – już się całowali – jak byłam mała… później babcia umarła … i już tam nie jeździłam…

Na wpół rozebrani wpadli w tę niechcianą pościel, a niech tam!

***

Po kolacji z Felixem Störmem, urbanistą ze sztokholmskiego urzędu, któremu czasem udzielał pomocy w ustawieniu programu komputerowego, Konrad pojechał na ulicę Karlavägen. Tam, przed budynkiem polskiej ambasady, pozostawił swój samochód już na polskich rejestracjach dyplomatycznych, po czym udał się na przystanek autobusowy i, po kilku przesiadkach, dotarł do mieszkania na Riddarholmen.

Pomimo kilkustopniowego mrozu otworzył na chwilę okna, jednocześnie włączył zwiększone ogrzewanie, bojler z wodą i ekspres do kawy. Czekając, aż mieszkanie się przewietrzy, zadzwonił do żony, ale jej telefon był zajęty. Z kim ona rozmawia o tej porze? – denerwował się.

Po kąpieli i wypiciu filiżanki kawy rzucił się na swój wygodny, wysoki materac. Czuł się zmęczony i wiedział, że szybko zaśnie, a mimo to jeszcze raz wybrał numer Gabrieli.

Tym razem odebrała natychmiast.

– Nie śpisz jeszcze? – zapytał trochę zły.

– No co ty? Dopiero jedenasta.

– Z kim rozmawiałaś przed godziną? Nie mogłem się do ciebie dodzwonić.

– Plotkowałyśmy z Amandą, ona też ma przestój w swoim hotelu na Malcie i nudzi się w domu… – Gabriela rozpięła kurtkę, miała także buty i plecak na ramionach. – Ale zaraz idę do łóżka, a ty?

– Ja już jestem w łóżku i marzę o tobie. Nie mogę się doczekać, kiedy wezmę cię w ramiona. Jutro będę zajęty, Gabrysiu, ale postaram się zadzwonić… – przedłużał rozmowę, dając jej do zrozumienia, żeby do niego nie dzwoniła, bo może mu w czymś przeszkodzić.

A jej robiło się gorąco. Doczekała cierpliwie końca, po czym zapięła kurtkę i wyszła z hotelu. Na zewnątrz panował mróz – rozmyślała czy uda się jej odpalić wypożyczone auto. Nie miała z tym żadnych problemów, więc ruszyła przed siebie. Chciała poznać miasto, a przynajmniej dojechać do centrum i zobaczyć jego oznakowanie. W nocy było łatwiej, bo na drogach panował względny spokój.

Sztokholm to nie Warszawa – tak szerokiej arterii, na jaką wjechała w centralnej części miasta, nigdy wcześniej nie widziała. Teraz zdała sobie sprawę jak bardzo wycofał ją mentalnie pięcioletni pobyt na małej wyspie Gozo. A przecież jeździła doskonale – w przeszłości ćwiczyła jazdę ekstremalną nie tylko osobówkami i motocyklem, udało jej się poszaleć nawet ciężarówką Kamaz.

W końcu pokonała trudności z ustawieniem się na odpowiednim pasie do skrętu w żądanym kierunku i, odetchnąwszy pełną piersią, nabrała pewności siebie. Przycisnęła pedał gazu. Trzymając się zakupionego w wypożyczalni planu miasta, dotarła przed budynek polskiej ambasady. Spodziewała się gmachu, a jej oczom ukazała się nieco zaniedbana, dwupiętrowa willa z tarasem i wysokim poddaszem, z boku której stały zaparkowane trzy samochody. Jeden z nich należał do Konrada – poprzez metalowe szczeble ogrodzenia od razu poznała czarnego lexusa. Spojrzała na ciemne okna budynku.

Czy on tu jest? Czy w ambasadzie są też pokoje gościnne? A może śpi tam z nią, z tą szwedzką tłumaczką Cecill? – zastanawiała się gorączkowo.

Nie, to chyba niemożliwe. Jeśli informacja od Miry polegała na prawdzie, to mieszkają gdzieś w mieście. Lecz co tutaj robi jego samochód? Czy mógł zadzwonić do mnie, leżąc z inną kobietą w łóżku?Nie, na pewno nie.

Zawróciła i udała się w drogę do hotelu, wyrzekając sobie głupotę: Po co tutaj przyjechałam? To nie może być prawdą, Konrad nie jest bigamistą. To ja zwariowałam!

***

Aleksander Sokołow, rosyjski dyplomata w tutejszej placówce konsularnej, mamiony fortuną przez Grigorija Miszkina – wolnego strzelca rosyjskiego wywiadu, który to bywał na placówkach w świecie, to znów wykonywał jakieś tajne zadania – już dwukrotnie rozmawiał z Cecill Petersson. Ostatnio dał jej nawet dwieście dolarów zaliczki na naglące telefony do męża, na którego czekali ponad miesiąc.

Z Miszkinem nie zasypywali gruszek w popiele. Innymi kanałami próbowali dotrzeć do osób decyzyjnych w Norwegii, które mogłyby pomóc w uwolnieniu z aresztu śledczego kobiety, czekającej na proces. Jednak ciągle trafiali jak kulą w płot. Nieznany im informatyk (a od Cecill dowiedzieli się, że jego nazwisko brzmi Peterson), był ich ostatnią szansą.

Kiedy para weszła do kamienicy, zastanawiali się czy pójść za nimi do mieszkania. Jednak żadna przemoc na razie nie wchodziła w grę – przynajmniej tak uważał Sokołow, gdyż nie wiedzieli, czy mężczyzna ma aż takie znajomości.

– Przecież nie będziemy tu siedzieć do rana, Aleks, zamarzniemy. Musimy działać. Może zadzwoń do niej?

– Sprawdźmy jego samochód.

W środku nie znaleźli nic ciekawego, żadnych dokumentów ani rzeczy osobistych. Tylko latarkę, komplet kluczy samochodowych, śrubokręty… ot, zwykłe szpargały. Doświadczony Miszkin badał nawet tapicerkę na drzwiach, a także podłogę. Nagle pod fotelem kierowcy znalazł schowek, a w nim ukryte mapy. Zabrali je do swojego auta i w świetle latarki przerzucili składanki. Wszystkie dotyczyły Skandynawii.

Dwie z nich rozłożyli na tylnym siedzeniu i sprawdzali czy są na nich zakreślone jakieś miejsca, ale nie znaleźli żadnych osobistych adnotacji.

– Mapy jak mapy, nic szczególnego dla obieżyświata, o którym mówił polski oficer – burknął zawiedziony Miszkin, mając w pamięci rozmowę z majorem Rębiszem. Od początku zastanawiał się, czy tamten rzeczywiście nie znał danych informatyka i tylko go widział, i coś o nim wiedział, czy też nie chciał mu powiedzieć.

W zamian za tę lakoniczną informację Miszkin napomknął mu o rosyjskim szpiegu w warszawskim urzędzie meldunkowym. Ale danych osobowych też mu nie zdradził, choć je znał.

– Tylko jedno mi nie pasuje – mówił półgłosem, jakby do siebie. – Mój rozmówca twierdził, że informatyk jest dojrzałym facetem, dobrze po czterdziestce, a ten wygląda na młodego…

– Uwaga! – Sokołow w pośpiechu składał mapę. – Idzie! Tak szybko?!

– Może wyszedł po flaszkę!

Obserwując wysokiego mężczyznę w kurtce moro z postawionym kołnierzem, zmierzającego do ciemnozielonej toyoty Rav z norweską rejestracją, wysiedli z samochodu.

Kalle Bjorn już włożył kluczyk do zamka, gdy po obu jego stronach przystanęli mężczyźni.

– Olof Peterson? – zapytał ten potężny, równy mu wzrostem, zaś niższy i drobniejszy pokazał jakiś dokument, którego nie rozpoznał w ciemności.

– Nie – odpowiedział swobodnie po szwedzku. W głowie zaświtała mu myśl, że wzięli go za męża Cecill, z którym ona się rozwodzi.

– Masz na imię Olof i jesteś informatykiem? – nie ustępował ten wyższy.

– Jestem informatykiem, lecz nazywam się Kalle Bjorn. A o co chodzi?

Sokołow wymienił krótkie spojrzenie z Miszkinem. Nie byli pewni swego, ale Miszkin – ten niepoprawny narwaniec – zdążył wyciągnąć broń z długą lufą i błyskawicznie przystawić ją do boku Kalle’a.

– Chodź z nami, wyjaśnimy to sobie – rzekł. – Znasz angielski?

– Moment! Dokąd mam pójść i dlaczego grozicie mi bronią? Nie jestem mężem Cecill, jeżeli o to chodzi! – zdenerwował się. Już wiedział, że popełnił błąd, wchodząc do tego mieszkania. Być może jej mąż był w coś zamieszany. Jednak, pchnięty pistoletem, poszedł posłusznie w stronę samochodu, pozostawiając kluczyki w drzwiach auta. Nie zdążył się ulokować na tylnym siedzeniu, gdy wpychający się za nim Miszkin wstrzyknął mu wprost do ucha zimną substancję. Wojtek uderzył go w rękę, lecz nie udało mu się trafić celnie, bo tamten rzucił mu się na kolana i je przygwoździł. Zanim stracił przytomność, dostrzegł wylot lufy przy swoim policzku.

– Te twoje informacje są do dupy, Grisza, podejrzewam, że to nie ten gość! – panikował Sokołow. – I co z nim zrobimy?

– Nie pieprz, tylko jedź! No, już! – ponaglił go Miszkin.

***

O godzinie dziesiątej Gabriela przystanęła na wewnętrznym tarasie widokowym, spełniającym rolę poczekalni na lotnisku Arlanda. Samolot z Warszawy lądował o dziesiątej trzydzieści; spoglądała przez barierkę i obserwowała wchodzących. Zielony płaszcz i plakietka na szyi – takiej kobiety szukała wśród niewielkiego tłumu, kręcącego się tam i z powrotem.

Sama ubrana w brązową kurtkę i niebieską czapkę, spod której wystawały czarne włosy, oraz w okularach w kształcie „kota”, czuła się bezpiecznie. I nagle zobaczyła ją – wysoką, posągową kobietę o jasnych włosach do ramion, w czarnych kozakach na płaskim obcasie, w jasno zielonym płaszczu do kolan i z zawieszoną plakietką w okolicy biustu. Doznała skrętu żołądka, nagłego drżenia kończyn i wybuchu gorąca od środka.

Nie spodziewała się takiej reakcji własnego ciała – zupełnie jak wtedy, gdy zobaczyła Monikę w kierczańskim ratuszu, czy przed laty żonę Konrada na balkonie ich domu, albo kapitan Renatę Walasek w jego samochodzie. Po co dostarczam sobie takich nieprzyjemnych wrażeń? To niczego nie zmienia. Najprościej byłoby podejść i zapytać, czy jest żoną… tylko czyją? Konrada czy Olofa? – myślała. Tym sposobem mogła go jedynie zdemaskować, a to groziło „śmiercią lub kalectwem”.

Kobieta Konrada – być może żona, a może tylko agentka – przechodziła dołem swobodnym krokiem, zmierzając do hali przylotów. Gabriela odprowadzała ją rozpaczliwym wzrokiem. Z góry nie mogła dostrzec rysów twarzy, lecz tamta wyglądała na ładną. Nic dziwnego, Konrad pewnie nie miewał brzydkich.

***

Cecill Petersson przystanęła pośród oczekujących na przylot samolotów z różnych stron świata. Ten z Warszawy już wylądował, a ona nastawiła się na obserwację kobiet w różowych kurtkach i podobnych czapkach. Anna Kowalska nie zadzwoniła dzisiaj do niej. Cecill sama próbowała godzinę wcześniej, ale bezskutecznie. Pewnie kobieta była w samolocie.

Jeszcze jeden fakt z dzisiejszego poranka nie dawał jej spokoju – w uliczce przed kamienicą nadal stało auto Kalle’a, który wyszedł od niej przed północą. Mało tego, w drzwiach tkwiły kluczyki. To było zastanawiające. Ona zaś, nadal zapominająca wziąć od niego numer telefonu, zamknęła samochód i zabrała kluczyki. Wrzucając je do torebki, zraniła się w palec. Spojrzała na brelok – metalowa figurka Neptuna trzymała w ręku długi, ostry jak brzytwa trójząb. Westchnęła bezradnie, owijając opuszek palca chusteczką higieniczną. Cóż, będę czekała, aż on zadzwoni – pomyślała.

I jak na życzenie, do jej uszu wdarła się melodyjka, dobiegająca z  kieszeni.

– Cecill, jestem w Sztokholmie – usłyszała ten jedyny głos, odbijający się tkliwym ciepłem w jej sercu, powodujący ciarki na całym ciele.

– Olof! Nareszcie! Zobaczymy się dzisiaj? Teraz jestem na lotnisku, czekam na kobietę z Polski, która dostała tu spadek i potrzebuje mojej pomocy. To nie potrwa długo, tylko wynajmę dla niej pokój w hotelu, zorientuję się w jej papierach… – mówiła szybko, jakby już chciała znaleźć się blisko niego.

– Spokojnie – przerwał jej nieprzebrany potok słów. – Masz kontakt z facetem, o którym mówiłaś?

– Tak, zadzwonić do niego?

– Zadzwoń i umów nas na wieczór, ale w publicznym miejscu. I  zarezerwuj pokój. Tylko nie w Sheratonie, może gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Okej?

***

Gabriela wyszła z terminala. Na dworze nadal panowała dziwna szarówka, jakby słońce zapomniało o tej krainie. Już wczoraj zauważyła, że o piętnastej robi się ciemno. Pełna oburzenia na własne reakcje, opanowała się, wsiadając do samochodu. Zadzwoniła do Cecill, lecz ta miała zajętą linię. Uruchomiła silnik i podjechała przed terminal. Napis na tablicy głosił, że może tu oczekiwać przez dziesięć minut. Zadzwoniła ponownie.

– Pani Cecill, tak bardzo panią przepraszam, ale proszę nie czekać na mnie, bo nie poleciałam!

– Co takiego?! Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej?!

– Z tego zdenerwowania nie zabrałam z domu paszportu i telefonu! Po prostu zapomniałam! Oczywiście nie mogłam bez niego polecieć, ale udało mi się przełożyć rezerwację. Czy może pani przyjechać po mnie jutro około dziewiątej rano? Bo o siódmej mam lot.

– Jutro? Nie, nie wiem, jeszcze nie wiem… Jestem na panią trochę zła. Arlanda mieści się czterdzieści kilometrów od miasta i nie będę tutaj jeździła bez celu!

– Jeszcze raz przepraszam, zwrócę pani wszystkie koszty.

– Umówmy się inaczej, Anno. Zadzwonisz do mnie, jak już przylecisz do Sztokholmu. Wtedy ja dotrę na lotnisko, może być?

– Dobrze, bardzo dobrze, pani Cecill, ale proszę przygotować się na jutro! Do zobaczenia! – Rozłączyła się i patrzyła na ludzi. Była pewna, że kobieta w zielonym płaszczu zaraz wyjdzie z terminala przylotów.

I nie myliła się. Po chwili ukazała się w przejściu. Przystanęła na odśnieżonym podjeździe i rozejrzała się, a potem ruszyła w kierunku postoju taksówek. Przeszła obok samochodu Gabrieli i wtedy mogła przyjrzeć się jej dokładnie. Może nie była pięknością – miała ostre rysy twarzy, jasnoszare oczy pod szerokim, lecz zbyt niskim, wystającym czołem, a także mocno zarysowaną dolną szczękę i duże usta – ale nie była brzydka.

Jednak nie to było najważniejsze. Gabriela obserwowała, do której taksówki kobieta wsiądzie, po czym ruszyła w ślad za nią.

***

Wojtek Fabiś vel Kalle Bjorn siedział w drewnianym fotelu, przypięty kajdankami do podłokietnika. Mógłby wyrwać je wraz z drewnem, tyle tylko że nic by to nie dało – w niewielkim pokoju było ich trzech. Dwaj mężczyźni, którzy zaczepili go w nocy, kręcili się za usłanym mapami stołem, na którego blacie leżał pistolet.

Niższego już gdzieś widział, ale nie mógł skojarzyć gdzie i kiedy. Trzeci pojawiał się co chwilę i dokładał drew do kominka. Nie wtrącał się, był obojętny. Rano podstawił mu pod nos kubek i kromkę ciemnego chleba. Wojtek wypił tylko kawę. Czuł się podle.

– Nie znam żadnego Olofa Petersona, powiedzcie, o co wam chodzi?!

Kiedy ocknął się w nocy, tłumaczył im, kim jest. Tamci gapili się w jego paszport, wystawiony na dane Kalle’a Bjorna, zadając mu niedorzeczne pytania. Niemal opowiedział im swoją historię, pomijając pobyt w Ameryce. Mówił o swojej wcześniejszej pracy kelnera w Oslo, o kursie informatycznym, o  rodzinie w Finlandii, bo w Norwegii nie miał już nikogo, o obecnej pracy w reklamie.

– Znasz jakiegoś prokuratora lub sędziego w Oslo?

– A skąd! Nie miałem do czynienia z prawem! Może przychodzili do restauracji, bo jest blisko ratusza, ale żadnego nie znałem osobiście i z żadnym nie rozmawiałem o niczym więcej niż o podawanym posiłku.

– Po co ci te mapy? I dlaczego je ukrywasz?

– Nie ukrywam ich, są w schowku pod siedzeniem, bo tak mi jest wygodnie. Powiedziałem wam – często jeżdżę do Finlandii, do dziadka i braci mojej matki. Podróżowałem też trochę do Szwecji i na północ Norwegii. To takie dziwne? Jestem kawalerem i w wolnym czasie lubię zwiedzać świat. Co mi wstrzyknęliście w nocy? Łeb mi pęka!

– Nic strasznego, trochę środka usypiającego, żebyś się nie rzucał. Byłeś kiedykolwiek w Polsce? Masz tam znajomych? – Miszkin dopytywał, krążąc po pokoju.

– Byłem w  Gdańsku, turystycznie, ale dawno temu. Chodziłem z taką dziewczyną, ona mnie zaprosiła – pracowała u nas w restauracji, a później wyjechała i więcej jej nie widziałem.

– Znasz język polski?

– Parę słów, od niej.

– A rosyjski?

– Trochę, wiem, że jesteście Rosjanami, słyszę wasz akcent. Tylko nie wiem, czego ode mnie chcecie? Może byłoby prościej, gdybyście mi to powiedzieli?

Zadzwonił telefon Sokołowa. Spojrzał na wyświetlacz i wyszedł z pokoju. Jego miejsce za stołem, przy załadowanej broni, zajął Miszkin.

– Cecill? – odezwał się, zamykając drzwi kuchni, która mieściła się nieco dalej.

– To ja. Przyjechał Olof i może się z tobą spotkać dzisiaj wieczorem.

– Kiedy się z nim widziałaś? – zmarszczył brwi.

– Jeszcze się nie widzieliśmy. Teraz dzwonił i powiedział, że jest już w mieście. Właśnie jadę taksówką.

– Do niego?

– Nie, później się z nim spotkam. A co? Już nie chcesz kontaktu? – Trochę się wystraszyła. Czyżby Rosjanin wycofał się z zapowiedzianego interesu? Olof zmyje jej głowę, że niepotrzebnie zabiera mu czas.

– Wejdź do Tytanica na moment. Będę tam za pół godziny, dobrze?

– Dobrze, ale dolarów ci nie oddam. Mówiłeś, że są dla mnie…

– Nie chodzi o kasę. Bądź tam za pół godziny!

Wywołał Miszkina z pokoju, mówiąc mu o telefonie – i teraz już nie było wiadomo, czy ten tutaj przyjechał i jest Olofem, czy w ogóle o co chodzi.

– Daj mu jeść i czekajcie na mnie! – rzucił Sokołow, zabierając kurtkę, po czym wybiegł z niewielkiego, piętrowego domu prosto do samochodu.

***

Gabriela jechała wytrwale za taksówką aż do przedmieść Sztokholmu. Tam szło jej coraz gorzej – ruch był duży i chociaż kierowcy prowadzili swoje auta spokojnie, raz po raz traciła z oczu umykającą Cecill. Potem wjechali do centrum miasta. Przemieszczali się bardzo długą ulicą, gdzie w końcu udało jej się nadrobić stracony dystans.

Nagle taksówka zatrzymała się i Cecill wysiadła, lecz Gabriela nie mogła zaparkować – nie znalazła dogodnego pobocza, więc musiała jechać dalej. Zaklęła, skręcając w pierwszą wąską drogę w prawo. Tam zatrzymała samochód i wybiegła z niego w pośpiechu. Przy głównej ulicy szpaler sklepów błyszczał szybami wystawowymi. Pamiętała miejsce, gdzie wysiadła Cecill – nad pomieszczeniem widniał szyld Titanic. Odnalazła go: mała kawiarnia z dwoma rzędami stolików. Już przez szybę zauważyła kobietę bez płaszcza, w seledynowym swetrze i jasnej spódnicy, która poprawiała włosy.

Gabriela poszła dalej, nie chciała zostać zauważona. Przez chwilę spacerowała w okolicach kawiarni, przyglądając się, kto do niej wchodzi, ale pośród kilku osób nie było Konrada. Po pół godzinie, już zmarznięta, ponownie przeszła przed oknami rzęsiście oświetlonej kafejki – potężnie zbudowany szatyn w ciemnej marynarce zajmował Cecill rozmową.

***

– Byłem wczoraj w waszym klubie i widziałem cię tam.

– Tak? Nie zauważyłam. – Cecill uśmiechała się nerwowo. Nie przepadała za towarzystwem Sokołowa, ponieważ wydawał jej się nieokrzesanym brutalem. Jednak korciła ją myśl o zarobku, oczywiście – jeśli Olof zgodzi się znaleźć dla niego odpowiednią osobę, na której temu tu zależało.

– Ha, bo byłaś zajęta! Nawet zamierzałem podejść, myślałem, że to może twój Olof.

– Nie, byłam z moim znajomym…

– Pewnie coś więcej niż znajomy, wyglądaliście na parę.

Cecill parsknęła sztucznym śmiechem, chciała go zbyć byle słowem, to nie jego sprawa.

– Lubię go. To Kalle z Norwegii – odrzekła. – Jest zabawny. I trochę inny od was wszystkich, wychował się w Ameryce.

– Naprawdę? Kiedy wrócił?

– Tego nie wiem, nie dopytałam – ucięła.

Sokołow przez chwilę wpatrywał się w nią uważnie, spod krzaczastych brwi. Chciałby uciec do Ameryki, najlepiej tej południowej, bo nie zamierzał wracać do Rosji. Może dałoby się to wykorzystać? Potem jednak sprowadził myśli na Ziemię – najpierw musi zdobyć pieniądze.

– Gdzie i kiedy spotkam się z Olofem?

***

Gabriela rozejrzała się wokół – nieopodal kawiarni, po drugiej stronie ulicy, znajdowała się wąska droga dojazdowa, a przy niej dwa zaparkowane samochody – tam musiała się przedostać, aby w dowolnej chwili pojechać za Cecill. O śledzeniu Konrada nawet nie marzyła; z samego rana znów pojawiła się przed polską ambasadą i widziała jego lexusa, a on pewnie nocował gdzieś w mieście. Nie miała szans go upilnować, był na to zbyt przebiegły. W przeszłości sam jej tłumaczył jak niepostrzeżenie znikać, gubiąc ogon.

Pobiegła do swojego samochodu i z wielką ostrożnością, aby nie przekroczyć przepisów ruchu drogowego, przejechała na drugą stronę jezdni, parkując u wylotu bocznej drogi. Targała nią obawa czy Cecill nie zdążyła wyjść z kawiarni. Jednak nie, bo po chwili zobaczyła ich w drzwiach – mężczyzna poszedł chodnikiem w prawo, a ona, ku satysfakcji Gabrieli, udała się do przejścia dla pieszych i przedostała się na drugą stronę ulicy. Przystanęła blisko krawędzi jezdni i machając energicznie ręką, zatrzymała taksówkę.

Gabriela spojrzała na zegarek – prezent od Konrada, który włożył jej na rękę tuż przed ślubem. Dochodziła czternasta. Ruszyła za samochodem, przekonana, że wkrótce nad Sztokholmem zapadnie ciemność. Trzymała się blisko – w zmierzchu i w odbiciu świateł na jezdni, łatwo było pomylić auta.

Po piętnastu minutach taksówka zatrzymała się przed hotelem Medusa. Gabriela wjechała na jeden z parkingów, usytuowanych pośród małych, zasypanych śniegiem skwerów. Wysiadła z auta i na przełaj przeskakiwała rabaty, bo Cecill zniknęła już w wejściu do hotelu. Z plecakiem w ręku wbiegła za nią do środka. Zaskoczył ją widok oryginalnego wnętrza – po prawej stronie mieściła się recepcja, po lewej dwie windy, naprzeciw schody; dalej, za ścianą wysokich roślin, kryła się restauracja. Obszar holu sprawiał wrażenie dżungli – palmy, liany i figowce wyrastały wprost z  miniaturowych przestrzeni pomiędzy płytami marmuru, jakim wyłożono podłogę. Na pierwszy rzut oka nie potrafiła stwierdzić czy są prawdziwe, czy też sztuczne. W zielonym gaju błyszczało oczko wodne z kolorowymi rybami, a gdzieniegdzie małe białe stoliki zachęcały do odpoczynku.

Recepcjonista właśnie zajął się Cecill – Gabriela pilnie przysłuchiwała się ich rozmowie. Niestety, nic nie zrozumiała, bo mówili po szwedzku. Jedynym znanym jej zwrotem było nazwisko Olofa Petersona. Była pewna, że na breloku, który zabrała i powolnym krokiem skierowała się na schody, widniała cyfra 309.

Gabriela położyła na ladzie paszport z nazwiskiem Domaniewska i w języku angielskim poprosiła o pokój jednoosobowy, najlepiej na trzecim piętrze.

Recepcjonista spojrzał na nią przenikliwie, uśmiechnął się i podał klucz z numerem 312.

– Na jak długo? – zapytał.

– Dwie doby – zdecydowała, choć przypuszczała, że jedna noc obserwacji wystarczy, by ocenić relację między jej mężem a wyniosłą Cecill Petersson. Wcześniej wydawało się jej, że słyszała dwa ‘s’ w wymowie recepcjonisty. To byłoby dziwne, może się przesłyszała? I jeszcze – ilu Olofów Petersonów mogło mieszkać w Szwecji? To wcale nie musiał być Konrad.

Weszła do windy – dla niej one nie były pułapką, pewnie nie zdążyła nabrać cech paranoika, jaką według niej mieli wszyscy szpiedzy. Czasem mówiła o tym Konradowi, a on się z tego śmiał. Zaledwie przed miesiącem wyjaśnił jej działanie pieska-szpiega, którego ich syn dostał od kapitana Zygla, a który teraz, rozebrany na części, spoczywał w jej plecaku razem z małym laptopem, zsynchronizowanym do odbioru danych z zabawki.

Hotelowy korytarz przepełniała cisza. Gabriela patrzyła na numerację i z kontentacją zauważyła, że pokoje 309 i 312 dzieli zaledwie sześć metrów – doskonała lokalizacja dla przekaźników z kamerek i mikrofonów pieska-szpiega.

Nie zamknęła drzwi do siebie, uchylając je na wypadek, gdyby musiała pobiec za Cecill. Z tego powodu zdjęła tylko kurtkę i buty, a pozostawiła skrywającą włosy czapkę, aby nie tracić czasu na ich upychanie. Zabierając ze sobą plecak skorzystała z toalety, po czym wyjrzała na korytarz, intensywnie rozmyślając nad sposobem rozegrania tej partii.

***

Aleksander Sokołow dotarł do dzielnicy Farsta, gdzie wcześniej wynajął dom dla Grigorija Miszkina. Nie było to trudne, gdyż budynek należał do rosyjskiego imigranta. Sam mieszkał teraz w hotelu w centrum miasta, choć powinien nocować przy ambasadzie, jednak nie chciał aby współpracownicy śledzili jego ruchy.

Od razu poinformował Miszkina o uzyskanych informacjach, i dorzucił wściekle:

– Nie wiem czego uczą w waszej służbie, ale tak się nie postępuje! Gdzie dyplomacja?! Jak chcesz kogoś namówić do współpracy, przypinając go kajdankami do fotela? I co teraz? To nie on! Trzeba było spokojnie wyjaśnić sprawę! Musimy się go pozbyć, bo narobi wrzawy! Dasz mu w żyłę złoty strzał i nad ranem zrzucimy zwłoki z klifu do zatoki, a do jego auta podrzucimy herę i strzykawki.

– Czekaj, czekaj! – Miszkin kręcił się w miejscu i pocierał skroń. – Możemy go wykorzystać w inny sposób! Ta Ameryka spadła nam z nieba!

***

Konrad zamienił tablice rejestracyjne swojego samochodu na zwykłe szwedzkie numery, założył prowizoryczne pokrowce w kolorowe wzory, położył poduszkę na półce pod szybą i rzucił kluczyki prosto w ręce kapitana Romana Chrapkowskiego – pracownika polskiej ambasady.

– Jeżeli będę chciał panu pilnie coś przekazać, spotykamy się w ubikacji. Gość może pójść za mną, wówczas proszę słuchać, co mówię do niego, bo to będzie informacja dla pana, panie Romku. Jeśli to pan będzie chciał mnie ostrzec, dzwoni pan do mnie albo przysyła Cecill z informacją.

Kapitan Roman Chrapkowski ruszył lexusem do hotelu Medusa, a on wsiadł do czekającej już taksówki. Połączył się z Cecill i  kazał jej czekać przed hotelem za piętnaście minut. W drodze zadzwonił do Gabrieli.

– Cześć słonko, co robisz? – zapytał z czułością w głosie.

– Idę do Amandy po naszego Konrada. Ralf kupił mu Scrabble i bawią się razem. Ja właśnie przytaszczyłam zakupy do mieszkania i wychodzę. A ty?

– Szkoda, bo chciałem z nim rozmawiać, a wieczorem będę zajęty, mam ważne spotkanie. Gabrysiu, zadzwonię w nocy, dobrze? Chyba, że będziesz już spała, więc nie odbieraj.

– Dobrze… źle cię słyszę, halo?

– Źle słychać, ponieważ jadę samochodem. To do później!

Z ulgą się rozłączyła. Nie mogła dłużej rozmawiać, gdyż usłyszała klapnięcie drzwi na korytarzu. Wyjrzała – Cecill szła w kierunku schodów. Natychmiast ubrała buty, kurtkę, zabrała plecak i pobiegła do windy. Niecierpliwie naciskała przycisk – przez trzy godziny nudziła się i pociła w czapce na głowie, a teraz Cecill może jej umknąć. Modliła się, aby winda natychmiast zjechała, i jej życzenie się spełniło. Zostawiła klucz w recepcji i wybiegła z hotelu.

Na zewnątrz Cecill, z rękami w kieszeniach płaszcza, spacerowała przed wejściem, i najwyraźniej na kogoś czekała. Gabriela zatrzymała się przy szklanym zadaszeniu, gdzie stała popielniczka i wyjęła z plecaka papierosy. Włożyła jednego do ust. Natychmiast jakiś mężczyzna pośpieszył z ogniem, więc uśmiechnęła się, odpaliła go. Powolnym krokiem przeszła pomiędzy zaśnieżonymi skwerami, przystając obok maski samochodu. Z uwagą przyglądała się oświetlonej ze wszystkich stron kobiecie, jednocześnie obserwując otoczenie. Kilkupiętrowy hotel był jedną wielką iluminacją, tak samo podjazd, a nawet parkingi. Wokół rozbrzmiewały dźwięki muzyki, którą wcześniej słyszała w holu. Gdyby nie ta paskudna sytuacja, mogłaby uznać, że sceneria jest wręcz romantyczna. Tylko to nie ona miała iść na randkę.

Śledziła wzrokiem podjeżdżające samochody i wysiadające osoby, ale kobieta w zielonym płaszczu wciąż przechadzała się tam i z powrotem. Może jednak nie z nim była umówiona, może czekała na taksówkę i znowu gdzieś pojedzie? Gabriela czuła niesmak, może cała ta historia o tłumaczce to bujda na resorach, a ona bawi się w detektywa i traci pieniądze? Zostawiła dziecko, okłamała Konrada. Boże, gdyby on ją tu zobaczył!

Nie przyzna się do tej eskapady. A może jednak mu powie…? Będzie śledziła tę kobietę przez całą noc, jeśli okaże się, że Konrad nie ma z nią nic wspólnego, rano zadzwoni do niego i wyzna, że przyjechała do Sztokholmu z miłości i z lęku przed odrzuceniem – przed zdradą, jak to miało miejsce w przypadku Moniki. Ciekawiła ją reakcja męża – będzie zły czy wzruszony? Znajdzie dla niej czas i spędzą jutrzejszy wieczór w tym romantycznym miejscu, czy ona rano wsiądzie do samolotu?

Przed hotel zajechał czarny lexus i serce Gabrieli mocno zabiło, rzuciła niedopałek i zadeptała go podeszwą buta. Jednak samochód miał inną rejestrację. Kierowca skręcił na parking i ustawił go przodem do wyjazdu, zgasił silnik i pozostał w środku. Nie widziała dokładnie jego twarzy, ale na pewno nie był to Konrad. Po chwili nadjechała taksówka. Wysiadł z niej mężczyzna i ruszył w kierunku Cecill. Gabriela nie mogła go rozpoznać – w traperskiej kurtce khaki z postawionym kołnierzem (nigdy takiej u niego nie widziała), w czarnej wełnianej czapce (nigdy nie nosił w czapki) i w czarnych okularach.

W pierwszej sekundzie pomyślała, że to nie on, i nie pojedzie za nimi, bo to nie ma sensu. W drugiej nie była już tego taka pewna – ta sama wysoka, szczupła, a jednocześnie barczysta sylwetka i ten chód… ten gest, gdy obejmował uwieszoną mu na szyi kobietę. Pocałował ją krótko i coś do niej powiedział. Gabriela nie słyszała głosu, piosenka Ring, ring bell zagłuszała wszystko wokół. Taksówka wykonała manewr nawrotu, a mężczyzna odwrócił się, poprowadził do niej Cecill.

Teraz Gabriela pogubiła się na dobre, bo ubiór nie należał do Konrada, ale gesty były jego. To on tak troskliwie odprowadzał ją do samochodu, otwierał dla niej drzwi, czekał, aż usiądzie i zamykał je delikatnie. Tak obchodził się ze swoją zmarłą żoną, i z tą kobietą też. Jeśli to naprawdę Konrad, to znaczy, że traktuje wszystkie jednakowo, a ona, Gabriela, nie jest dla niego nikim wyjątkowym. Obserwując, jak okrąża samochód z zapalonym silnikiem wiedziała, że już powinna wsiąść do wypożyczonego volvo, a jednak nie mogła wykonać żadnego gestu – stała sparaliżowana świadomością, że to wszystko może okazać się prawdą….

Tymczasem taksówka ruszyła spokojnie spod hotelu. Chwilę później czarny lexus potoczył się do wyjazdu, lecz zaraz się zatrzymał. Gabriela nie była pewna, czy oba auta mają ze sobą coś wspólnego ani czy to Konrad zabrał Cecill. Wsiadła do volvo, drżącą dłonią uruchomiła silnik i pojechała za nimi.

Ruch w mieście był duży. Taksówka mknęła szybko środkowym pasem, a ona przyciskała pedał gazu, trzymając się bardzo blisko – zwłaszcza w okolicach zmieniających się świateł. Spoglądała w lusterko wsteczne i za każdym razem widziała ten sam samochód. Uświadomiła sobie, że to kierowca lexusa jedzie za nią, a ona śledzi taksówkę. To nie może się udać!

Zrobiła następny skręt. Czarne auto nadal siedziało jej na ogonie. Jeżeli w taksówce był Konrad, to już wie, że tropi go szare volvo. Są na to zbyt sprytni. Przed kolejnym rozjazdem zjechała na prawy pas, zwolniła nieco i w światłach reflektorów spojrzała na wyprzedzający ją samochód oraz jego rejestrację – oczywiście, był to lexus z hotelowego parkingu. Odliczyła jeszcze kilka samochodów za nim i wrzuciła lewy migacz. Uprzejmy kierowca wpuścił ją na środkowy pas.

Nadal obserwowała skręty samochodów. Kawałek za rozjazdem taksówka, a za nią czarny lexus, odbili w prawo. Ona również pojechała tamtędy, zwalniając, aby tym razem zanadto się do nich nie zbliżyć.

***

Grigorij Miszkin wysiadł z metra na stacji Normalm i przeszedł pieszo kilka krótkich przecznic. Uliczka, przy której mieszkała Cecill, tym razem opustoszała. Podszedł do zielonej toyoty Kalle’a Bjorna i obejrzał auto – powinny w nim tkwić kluczyki, ale ktoś je zabrał i zamknął samochód. Jak poprzednio, włożył do zamka elektroniczny sztyft i po chwili otworzył drzwi. Wyjął z kieszeni maleńką torebkę heroiny, wrzucił ją do schowka nad fotelem pasażera, a obok ułożył dwie strzykawki. Igłami nie zawracał sobie głowy. To na wypadek, gdyby ich plan nie wypalił i będą musieli pozbyć się Norwega. Na tę samą okoliczność zostawił na strzykawkach odciski palców Kalle’a, samodzielnie przyciskając je do plastiku, gdy ten już leżał nieprzytomny. Co prawda nie był to jeszcze „złoty strzał”, ale odpowiednia dawka morfiny – po uprzednim potraktowaniu go, jak przystało na prawdziwego szpiega.

Przesunął w drzwiach regulację zamka i je zatrzasnął. Mimo wszystko miał wątpliwości – Sokołow wciąż nie przysłał mu sygnału, że oczekiwany Olof Peterson pojawił się na spotkaniu, dokąd i on zmierzał. Wydobył z kieszeni telefon komórkowy i zadzwonił do majora Rębisza na jego służbowy numer.

Sławomir odebrał natychmiast.

– Tu Grisza, powiedz mi, Sławek – ten twój informatyk to Olof Peterson?

– Cholera! Dlaczego dzwonisz na ten numer?! Mówiłem ci…

– Dobra, odpowiedz na pytanie! – niecierpliwił się.

– Nie wiem! Gdybym wiedział, to bym ci powiedział!

– A ma coś wspólnego z Ameryką?

Rębisz zastanowił się. Maj przywiózł z USA pozwolenie na instalację Internetu, a więc tam był. Ale nazwisko Olof Peterson nic mu nie mówiło. Nie rozumiał też, dlaczego Miszkin pyta o takie szczegóły.

– Tak, chyba tak. Na pewno tam był. A co? Znalazłeś go? To co z moją forsą, Grisza? – mówił bez ogródek, nie myśląc o ewentualnych podsłuchach.

– Będzie, ty się nie martw! Ja obiecał, to będzie! – zapewnił Rosjanin.

– To powiedz mi jeszcze, w którym urzędzie mam szukać wtyczki, bo jakoś kiepsko mi idzie! Mówiłeś prawdę?

– Nie wiem, w którym. Gdybym wiedział, to bym ci powiedział! – Miszkin czystą polszczyzną powtórzył jego słowa i wyłączył się.

On również zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakim były podsłuchy, ale kompletnie nie zależało mu na losie majora, a jemu i tak nic nie groziło.

***

Okazała, stylowa willa Miszy Androwa – mołdawskiego dyplomaty, którego pobłażliwie zwano Carem Mikołajem – znajdowała się w sporej odległości od centrum Sztokholmu. Taksówkarz potrzebował ponad dwudziestu minut, by wydostać się z Södermalm w kierunku Marsta.

Konrad nigdy tu nie bywał. Do gniazda „szerszeni ze Wschodu” wolał wysyłać wiecznie spragnioną zabawy Cecill, a potem słuchał jej opowieści o tym, kto się tam bawił i z kim konspirował. Robił to z ostrożności. Najlepiej czuł się na rautach w ambasadach państw Zachodu – tam uchodził za informatyka z Malmö, przyjaciela tłumaczki Cecill. Jej zaś wmówił, że nie lubi przebywać w tym środowisku, chociaż gospodarz, Misza Androw, podobno był człowiekiem niezwykle inteligentnym i ułożonym.

Widząc Cecill w jego towarzystwie, przywitał ich ciepło:

– Już wiele razy pytałem o pana, bo potrzebuję informatyka! – potrząsał ręką Konrada w szczerym uścisku.

Był niskim, korpulentnym seniorem o siwych włosach, które lubił przykrywać kolorowo haftowaną krymką. Również okrycie w stylu surduta, na białej koszuli ze stójką – mieniło się motywami rodem ze Wschodu.

– Zawsze do usług! – Konrad odwzajemnił mocny uścisk. – Cecill nic mi nie powiedziała! Jeżeli jest jakiś problem z komputerem, rozwiążemy go niezwłocznie.

– Dzisiaj będziecie zajęci, czeka na was jeden z  naszych przyjaciół – to mówiąc uniósł znacząco brwi.

Przeznaczony dla gości parter willi mieścił gabinet dyplomaty, pokój gościnny, oraz wielki salon, w którym znajdował się dobrze wyposażony bar z zawodową obsługą, długi stół z mnóstwem jedzenia, pod bogato zdobionymi ścianami stały kanapy i fotele. Olbrzymi dywan i podłoga z drewnianej klepki mogły pomieścić wielu tańczących gości.

Dzisiaj też było ich sporo – może ze trzydzieści osób. Salon miał dwie nisze, powstałe z zamkniętych na zimę balkonów, wyposażone w aksamitne wypoczynki, gdzie można było spokojnie porozmawiać. W jednej z nich czekał Aleksander, i tam właśnie Cecill poprowadziła Konrada.

Sokołow wstał i wyciągnął rękę.

– Jesteśmy umówieni – powiedział Konrad w języku angielskim, lustrując gościa. Typowy Rosjanin – pomyślał, a głośno dodał: – Jestem Olof.

– Aleks – przedstawił się, patrząc na niego.

Obserwował go już podczas przywitania z Miszą Androwem i nabrał pewności, że się nie myli. Przed nim stał dojrzały, inteligentny mężczyzna o piorunującym spojrzeniu szarych, zimnych oczu. Wyróżniał go pełen galanterii, a zarazem swobodny styl obieżyświata – widoczny w każdym stawianym kroku, geście, a nawet w nieznacznym skinieniu głowy, która jednak nigdy się nie pochylała.

– Usiądźmy!

– Przyniosę wam drinki! – Cecill nie zamierzała uczestniczyć w rozmowie.

W taksówce opowiedziała, czego oczekuje Aleks, i wyraziła nadzieję, że Olof się zgodzi, bo chodziło o duże pieniądze, ale on nic nie odpowiedział.

– Dla mnie czysty koniak – rzekł z nutą napomnienia w głosie.

– A dla mnie wódka. I powiedz barmanowi, że ja zapłacę. – Zaoferował Aleksander.

Cecill przeszła do baru, złożyła zamówienie i witała się ze znajomymi. Pośród nich był kapitan Roman Chrapkowski z polskiej ambasady, którego dobrze znała, bo czasem przez niego utrzymywała kontakt z Olofem, kiedy ten był nieobecny w Sztokholmie. Mężczyzna właśnie wychylał setkę wódki, wdając się w dyskusję ze skośnooką czarnulką. Udawał, że nie widzi Cecill, więc ona też go nie zaczepiała. Jednak jego obecność od początku wzbudzała w niej obawę – jakby razem z Olofem coś kombinowali za jej plecami, a tym samym kasa mogła jej przejść koło nosa.

Sokołow odczekał, aż kobieta oddali się, i zagadnął:

– Nie wiem czy twoja żona mówiła ci już…

– To nie jest moja żona – uciął Olof. – I na pewno już to sprawdziłeś, mam rację? – uśmiechnął się z wyższością.

– Czyli nie nazywasz się Petersson i tylko się bzykacie?

– Przypadkowa zbieżność nazwisk. Ona jest moją przyjaciółką, ale słucham, jaki masz problem? Cecill powtórzyła mi, że szukasz kontaktu z norweskim prokuratorem lub inną znaczącą osobistością, a ja jestem informatykiem, więc?

– Mówisz po rosyjsku?

– Tak. Wolisz rosyjski?

– Będzie łatwiej…

– Rozumiem – odpowiedział już w żądanym języku. – Jesteś z ambasady czy wolny strzelec?

– Jeszcze w ambasadzie, choć już niedługo. A sprawa nie dotyczy twojej profesji. Dowiedziałem się, że dzięki informatyce masz znajomości w całej Skandynawii. Powiedziano mi też, że jesteś mężem Cecill, i dlatego najpierw poszedłem z tym do niej. I miałeś rację – sprawdziłem to. Jej mąż jest nafciarzem. Przez chwilę miałem problem: nafciarz – informatyk, czy o co chodzi? To właśnie ona powiedziała mi o Olofie. Więcej jej nie pytałem, zresztą – nie chciała nic mówić. Tyle tylko, że byłeś gdzieś w świecie.

– Zgadza się. I znam wiele różnych osób, ale wy też je znacie, więc do czego jestem ci potrzebny?

Cecill postawiła na stoliku alkohol i uśmiechnęła się zalotnie do Olofa. Tergo dnia wyglądała wyjątkowo ładnie – miała na sobie kolorową sukienkę z wełnianego kaszmiru, z dekoltem w karo i  ozdobnym paseczkiem. Nawet wysokie kozaki idealnie do niej pasowały. Pomalowała też oczy, co zdarzało jej się naprawdę rzadko .

– Cecill, zabaw się, dobrze? – odwzajemnił jej uśmiech.

Posłała mu całusa i odeszła do swojego towarzystwa.

– Już nie mamy takich możliwości, jak kiedyś – ciągnął Sokołow. – Chciałbym, aby tę sprawę załatwiła osoba, której nie będą łączyć z nami, Rosjanami. A więc ktoś taki jak ty. Sprawa jest kryminalna, nie polityczna, i nie dotyczy mnie, tylko mojego przyjaciela.

– Kryminalna? – Stuknęli szkłem o szkło. – To tym bardziej paskudna! – Ze szklanką w ręku przechylił głowę, i uśmiechając się nieznacznie, przewiercał Sokołowa mrożącym spojrzeniem.

***

Gabriela zaparkowała na spokojnej ulicy obok niewielkiego skweru. Stało tam kilka samochodów, więc nikt nie powinien się przyczepić. Przed chwilą minęła dużą willę, wokół której także parkowały auta – właśnie tam wjechała taksówka, a tuż za nią czarny lexus. Wcisnęła plecak pod fotel, pośpiesznie zamknęła samochód i pobiegła w stronę willi.

Co powiedzieć w razie czego? Kim jestem i po co tu przyszłam? – myślała gorączkowo.

Do okazałego budynku, ukrytego w gęstwinie drzew, prowadził starannie odśnieżony chodnik. Po obu stronach zapewne rozciągały się trawniki – teraz przykryte białym puchem, na którym widniało mnóstwo śladów opon i butów. Podeszła do schodów i zatrzymała się, zadzierając głowę.

Mołdawia? – zorientowała się po napisach w kilku językach oraz niebiesko-żółto-czerwonej fladze, łopoczącej nad wejściem. Język rumuński, ale także rosyjski – jej myśli automatycznie sięgały do wyuczonych informacji. Jednak zanim zdążyła postawić stopę na pierwszym schodku, ktoś położył rękę na jej ramieniu.

***

Miszkin bywał w tej willi razem z Sokołowem i wiedział, że mołdawski dyplomata jest człowiekiem uprzejmym, ale też wścibskim. Nie miał ochoty znów się z nim witać. Widok wielu samochodów przed budynkiem upewniał go, że w środku zebrało się sporo osób – najlepiej byłoby przemknąć niezauważenie, w towarzystwie kogoś, udając zajętego rozmową. Przed oświetlonymi schodami właśnie zatrzymała się drobna postać, wpatrująca się w tablicę informacyjną. W  jej wahaniu wyczuł niepewność. W tym momencie przed budynkiem zaparkował kolejny samochód, z którego wysiadało kilku mężczyzn. Miszkin podszedł do kobiety i położył rękę na jej ramieniu – w tej chwili była dla niego wybawieniem z kłopotu.

***

Gabriela błyskawicznie się odwróciła, energicznym ruchem strząsnęła dłoń nieznajomego, lecz on tylko uśmiechnął się do niej.

– Co tu robi taka ładna dziewczyna? – zapytał po rosyjsku.

Przez ułamek sekundy zastanawiała się, w jakim języku mu odpowiedzieć – po angielsku czy po rosyjsku. Ostatecznie wybrała ten drugi.

– Umówiłam się tutaj z przyjacielem, czytam, czy dobrze trafiłam.

Na schodach minęli ich przybysze, więc Miszkin gestem dłoni zaprosił Gabrielę i poszli za nimi. Misza Androw witał gości, a oni przemknęli za ich plecami, nie pozostawiając okryć na olbrzymim wieszaku. Minęli też front bufetu i przeszli na jego lewą stronę. Miszkin rozpiął kurtkę i usiadł na wysokim krześle. Gabriela nie miała takiego zamiaru; z lekko opuszczoną głową rozejrzała się po sali i – mimo zaparowanych szkieł okularowych – zauważyła Cecill, majestatycznym krokiem zmierzającą w stronę baru.

Odwróciła twarz, stała obok mężczyzny, który przyprowadził ją tutaj, za co była mu wdzięczna – sama miałaby opory, by wejść do nieznanej instytucji.

– I co? Znalazłaś znajomego? – zapytał już bez uśmiechu.

Opuściła okulary na czubek nosa, aby para szybciej zniknęła, i, wsłuchując się w głos zamawiającej alkohol Cecill, pokręciła głową.

– Siadaj, postawię ci drinka. Jak masz na imię?

– Nadia… – wymyśliła na poczekaniu. – Nie chcę drinka, może kawę.

Przy barze kilka osób zawzięcie dyskutowało, z drugiej strony mała grupka popijała na stojąco, kilkoro gości siedziało na kanapach. Niektórzy przechadzali się nieśpiesznie od baru do stołu z przekąskami, a wciąż napływali nowi, głośno witając się ze starszym, siwym panem. Wreszcie usłyszała radosne podziękowanie Cecill; wówczas spojrzała na nią, odprowadziła ją wzrokiem przez długość parkietu. Poznała mężczyznę, który towarzyszył Cecill w kawiarni – teraz siedział w loży na krótkiej kanapie, zwrócony twarzą w stronę baru. Gabriela pomyślała, że może to on był w tej taksówce i niepotrzebnie ich śledzi. Lecz mężczyźnie towarzyszył ktoś jeszcze; gdy Cecill tyłem odchodziła od ławy, zauważyła tylko nogawki ciemnych spodni i czarne buty na skrzyżowanych nogach. Resztę loży przysłaniała jej dekoracja w postaci średniowiecznego rycerza w zbroi, usytuowana za długim stołem. Czy tam mógł być Konrad? Jeżeli tak, to pewnie ma spotkanie – razem z Cecill załatwiają jakąś sprawę. Powinna wyjść.

Ale jej nieciekawy towarzysz zamówił u barmana drinka i kawę, więc rozpięła kurtkę pod szyją i wdrapała się na wysoki hoker.

– Zapłacę sama – powiedziała z wdzięcznym uśmiechem.

Miszkin już wcześniej zlokalizował Sokołowa z informatykiem, był kontent, że Cecill zaniosła im alkohol. Teraz przerzucił wzrok na swoją ładną sąsiadkę, chociaż jej uroda nie interesowała go tak samo jak wszystkich innych kobiet na świecie.

– Tutaj kawa jest za darmo – wyjaśnił. – Na kogo czekasz? Kim jest twój przyjaciel?

– Och, to mój chłopak! Jest budowlańcem, zamówili u niego remont pomieszczeń w tym budynku i miał tu przyjść, by wszystko dokładnie ustalić. A później jedziemy na koncert! – wypaliła, zastanawiając się, jaki zespół mógłby występować w Sztokholmie, bo ABBA to przeżytek – była na fali dwadzieścia lat temu.

– Jesteś Rosjanką? Masz dziwny akcent.

– A ty jesteś Rosjaninem? Też masz inny akcent! – odparła z nutą wesołości w głosie.

***

– Będę z tobą szczery – mówił Aleksander Sokołow. – Mój przyjaciel przez kilka lat był oddelegowany do Oslo, gdzie poznał kobietę, no i wiesz, jak to jest… – Uśmiechnął się porozumiewawczo. – Mieli dziecko. Ona prowadziła otwarty dom i pewnego razu zaćpała się tam młoda dziewczyna, na śmierć. Partnerkę przyjaciela aresztowali i postawili jej zarzut morderstwa. Mój przyjaciel zdążył się ewakuować… Jest bogaty, oferuje duże pieniądze za zwolnienie jej z aresztu i odszukanie ich dziecka, które umieszczono nie wiadomo gdzie.

– Innymi słowy: twój przyjaciel razem ze swoją kobietą prowadzili burdel, w którym karmiono dziewczyny narkotykami. Dobrze zrozumiałem?

Sokołow nie odpowiedział. Siedział z wyciągniętym ramieniem na oparciu kanapy i wpatrywał się w rozmówcę; jednak z jego obojętnej twarzy nie dało się odczytać wrażenia, jakie wywarła na nim przekazana informacja.

– Dlaczego nie wymienicie jej za jakiegoś szpiega? – Konrad mówił z rezerwą w głosie. – Na pewno macie takich u siebie.

– Próbował, ale władze nie chcą o tym słyszeć. Po pierwsze, to nie jest sprawa polityczna, a po drugie – ona nie jest Rosjanką, nie mieli ślubu.

Konrad pokręcił głową, wypił łyk koniaku i odstawił kieliszek.

– To nie te standardy, Aleksandrze. Może u was, w Rosji, wiele spraw można załatwić pieniędzmi, ale w Norwegii to nie wypali. Twój przyjaciel lepiej zrobi przeznaczając tę forsę na dobrego adwokata. Jeśli był tam kilka lat, to pewnie wie, gdzie się rozejrzeć za takim.

– On nie może pojechać do Norwegii, ma zakaz opuszczania Rosji. A poza tym nie chodzi o jej uniewinnienie – wystarczy, jeśli zwolnią ją z aresztu i umożliwią odpowiadanie z wolnej stopy. W zasadzie wystarczyłoby kilka dni przepustki. Do tej pory nie było o tym mowy, prokurator nie zezwolił na widzenia z nią.

Konrad na powrót wbił wzrok w Rosjanina, już wiedział, do czego zmierzają – najzwyczajniej w świecie chcą uprowadzić kobietę. Tylko ciekawe, w jaki sposób chcą odzyskać dziecko? On do tego ręki nie przyłoży.

W salonie rozbrzmiewała na wpół etniczna, wschodnia muzyka, przearanżowana na nowoczesne brzmienie, jednak nikt nie tańczył. Goście gromadzili się wokół baru i szwedzkiego stołu z zakąskami, noszono pełne szkła do stolików i kanap.

Konrad z rozmysłem powiedział:

– Nie, nie mogę ci pomóc. Znam kilka osób powiązanych z tamtejszą władzą, ale to jest przestępstwo pospolite, jakich wiele, i nie wiem, czy ktokolwiek chciałby się w tym babrać. – Próbował zniechęcić Sokołowa, a jednocześnie zauważył jego odwrócony w kierunku baru wzrok. Mógłby przysiąc, że Aleksander do kogoś leciutko skinął głową. Maskując swoje zainteresowanie, sięgnął po kieliszek z resztką koniaku i spojrzał w tamtą stronę.

Z lewej siedział mężczyzna w średnim wieku i patrzył w ich kierunku. Jego sąsiadką była brunetka w niebieskiej czapce i w okularach – trudno powiedzieć czy stanowili parę. Konrad omiótł go obojętnym spojrzeniem, ale w jego głowie zapaliła się czerwona lampka: poznał go. Jasny blondyn z włosami w drobne fale, duże uszy, lekko skrzywiony nos. Grigorij Miszkin, kompan majora Rębisza ze służby wywiadowczej w Warszawie. Widział ich na wspólnej fotografii, zrobionej z ukrycia przez agentów Konrada, gdy końcem września powrócił od Gabrieli. Wówczas głowili się, co oni kombinują; teraz już wiedział. Rębisz sprzedał go Rosjaninowi? Osaczają go? Udają, że nie wiedzą, kim jest? Dlaczego czekali na niego w Szwecji? A może jednak nie wiedzą?

Przybrał pokerową twarz.

– Wydaje mi się, że dobry adwokat mógłby tu wystarczyć. Wystarałby się o widzenie, jeżeli na tym wam zależy. – Wychylił koniak do dna. Aleksander miał już puste szkło.

– Mam jeszcze jednego asa w rękawie, ale musiałbyś mi zaręczyć, że znasz kogoś na odpowiednim szczeblu.

– Niczego ci nie zaręczę. Mów, przecież po to się spotkaliśmy.

Konrad oczekiwał jakiejś bomby w stylu: „wiemy, kim jesteś i co tutaj robisz, i jeżeli nie pójdziesz na współpracę, to ci pościelimy”, ale nic takiego nie nastąpiło. Jednak to, co się stało, omal nie zwaliło go z nóg.

Aleksander Sokołow zmienił pozycję, pochylił się nad stolikiem i  ze zmarszczonym czołem powiedział ciszej:

– Jeżeli możesz pogadać z kimś odpowiednim, to wiedz, że mam na wymianę człowieka – amerykańskiego szpiega, który inwigiluje Norwegię, a zapewne i inne kraje skandynawskie.

– Czyli jednak wymiana! – Zaśmiał się nieszczerze.

– Ale nie taka, jak myślisz. To nie nasze służby go mają, tylko ja! – A widząc zdziwioną minę Olofa, wyjaśniał: – To mnie udało się zatrzymać szpiega i nie przekazałem tej informacji nikomu. Myślę, że oprócz kasy Norwegia zgodzi się na taką zamianę, nie uważasz?

Konrad nadal nie wiedział, czy Aleksander mówi o nim, czy urządzili tutaj zasadzkę. Jednego był pewien: jeżeli wyjdzie z tego cały, dni kolegi Sławomira Rębisza są policzone. Był spięty, lecz mimo to przywołał uśmieszek na usta.

– Jak ci się udało i skąd wiesz, że jest agentem obcego wywiadu?

– Ma się swoje sposoby. Znalazłem przy nim mapy, na których zaznaczono miejsca stacjonowania jednostek militarnych i innych ważnych obiektów. To młody człowiek, Norweg, ale wychował się w Ameryce i niedawno przysłali go tutaj. Tylko nie wiem, kto – CIA, FBI? Ale to niech już Norwedzy sobie ustalają!

– Żartujesz! To miałeś farta! – mężczyzna udał rozbawionego, ale oddech mu przyśpieszył. Pomyślał o Wojtku: czy to możliwe, aby z jakiegoś powodu wpadł? Wszystko było możliwe.

– Czy teraz zainteresujesz kogoś tą sprawą? To nie musi być wywiad, wystarczy sędzia lub dobry prokurator. – Patrzył w oczy Olofa.

– Hmm, znam gościa w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale musiałbym wiedzieć coś więcej; sam wiesz, takim pustym gadaniem niczego nie wskóram. Gdzie trzymasz tego agenta? W Moskwie?

– Nie, skąd! Zrobiłem mu areszt w prywatnym domu, tutaj, w Szwecji. Zdradzę ci jego nazwisko, przekaż je komu trzeba. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i dyskretnie wyjął paszport, podał go Olofowi dosłownie pod stolikiem, aby nikt tego nie zauważył. – Mogą sprawdzić, kiedy przybył do Norwegii.

Konrad otworzył książeczkę i na sekundę zamarł – rzeczywiście, był to paszport Kalle’a Bjorna ze zdjęciem Wojtka Fabisia. Odwrócony tyłem do sali oglądał go z udawanym zdziwieniem, po czym oddał dokument Sokołowowi.

– Wiesz co? Napijmy się jeszcze! – rzekł i zabrał ze stolika puste szkło. – Teraz ja stawiam!

Zdecydowanym krokiem poszedł do baru, przy czym ani razu nie zerknął na Miszkina i jego sąsiadkę, choć kątem oka widział, że ten patrzy na Sokołowa w balkonowej niszy, a kobieta w niebieskiej czapce odwróciła się tyłem, jakby podziwiała bogato haftowane makaty na ścianie. Postawił kieliszki na barze, odszukał wzrokiem Cecill, stojącą przy stole z zakąskami i przywołał ją gestem.

– Czego się napijesz? Może chcesz szampana? Dla koleżanki też?

Cecill odwróciła głowę w kierunku swojej znajomej i głośno zapytała, czy dla odmiany chce szampana, a Konrad wykorzystał moment i szepnął jej do ucha:

– Widzisz blondyna z lewej strony? Tylko nie gap się tam.

Skinęła głową, co mogło oznaczać, że obie aprobują zasugerowany trunek.

– Znasz go? – Dał jej moment, aby zerknęła na Miszkina, a sam zamówił wódkę, koniak i szampana.

– Nie, ale już gdzieś go widziałam… kurczę, i to nie raz. Śledził mnie?

Odwróciła się do Olofa, zarzuciła mu ramiona na szyję i pocałowała go w policzek.

– Być może. – Uśmiechnął się. – Idź do Romka i powiedz mu, że ma założyć chorągiewkę temu gościowi. Natychmiast. Później do niego zadzwonię.

Teraz on ją pocałował, wręczył jej dwie duże lampki pełne uciekających bąbelków, zabrał alkohol i wrócił do Sokołowa.

– No to zdrowie, Olof! – Aleksander podniósł literatkę. – Dogadamy się?

– Myślę, kogo jeszcze mógłbym zainteresować twoją sprawą.

– Myśl, tylko nie możesz mnie zdekonspirować, za to ci płacę. Jakąś część dolarów mogę ci zaraz dać.

– Nie, spokojnie, najpierw muszę skontaktować się z kimś.

***