Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Preria nie znosi słabości. Podobnie Stary Jorek.
„Indiańskie lato” to powieść w stylu noir z elementami fantastycznymi, idealna dla fanów kryminałów, jak również starego, dobrego klimatu książek przygodowo-westernowych naszego dzieciństwa – tym razem jednak mocno osadzonej w perspektywie Indian.
Stary Jorek, miasto grzechu, dawno temu wygrało wojnę ze szczepami i kontynuuje proces wciągania „dzikusów” do „cywilizacji”. Szept Pnączy, poskromicielka zwierząt z klanu Szerszejenów, wstępuje w szeregi Urzędu Asymilacji, aby wspomóc czerwonych braci i siostry w trudach życiowych zmian. Niestety, już przy pierwszej dużej sprawie natyka się na zmowę na wysokich szczeblach władzy, wyzysk czerwonoskórych dzieci, zasadzki, próby zamachu, porwania, fanatyków – no i seryjnego mordercę zrywającego skalpy.
Czy przetrwa tę próbę bez uciekania się do mocy przodków, których się wyrzekła?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 437
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Indiańskie lato
Copyright © by Kornel Mikołajczyk, Łódź 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Mapa: Zeter Zelke, Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-11-8
Zacząłem pisać wstęp o tym, że „literatura indianistyczna” zatrzymała się w mentalności polskiego czytelnika na poziomie Karola Maya, Alfreda Szklarskiego czy Adama Bahdaja i o, jakże to złe i stereotypowe postrzeganie rdzennych Amerykanów było! Powstrzymam się jednak od patetyzmu z prozaicznej przyczyny: nie mam pojęcia, jacy Indianie występują w Winnetou, Tomku na wojennej ścieżce czy Czarnym sombrero, gdyż nie czytałem żadnej z tych książek. Za młodu wolałem Juliusza Verne’a. W zasadzie mój kontakt z treściami tyczącymi się Indian ograniczał się do zestawu Lego 6746 Tipi Wodza, encyklopedii obrazkowej nr 26 z serii „Co i jak” oraz do biegania z tatą i rodzeństwem po lesie i naśladowania zawołań wojennych. A-łaa-łaa-łaa-łaa! Westerny puszczane w telewizji trącały dla mnie myszką. Nie płakałem, gdy Edyta Górniak pytała, czemu wilk tak wyje w księżycową noc. Kiedy w szkole zaczęliśmy nazywać naszą grupkę znajomych Apaczami, to wyłącznie po to, aby powymyślać dla siebie zabawne „indiańskie” imiona. A ja nie mianowałem się wtedy nawet czerwonoskórym, tylko, zainspirowany komedią But Manitou, białym traperem Rangerem.
Czemu zatem napisałem Indiańskie lato?
Częściowo: przez kolejne zabawne „indiańskie” imię. Częściowo: dzięki Zeter Zelke.
Stary Jorek objawił się światu w 2021 roku na portalu Niedobre Literki w opowiadaniu „Jolo Szpilorek i Profesjonalne nastawienie”. Wkrótce pojawiły się kolejne perypetie asasyna. Zaintrygowała mnie wówczas zarówno sama postać, jak i oddanie, z którym moja redakcyjna koleżanka Zeter projektowała fabuły, rzucając Jolo mniej lub bardziej absurdalne wyzwania. Z tekstu na tekst ludobójcze uniwersum nieco się rozrastało i zyskiwało więcej niż nieco atrakcyjności. Ja zaś, jak to ja, zacząłem kombinować. Docelowo: nad parodią. Jolo kierował się zasadami, był elegancki, fachowy i zgarniał za swoje zlecenia miliony. Stworzyłem zatem jego przeciwieństwo – alkoholizującego się nagminnie indiańskiego berserkera z fikcyjnego plemienia Szerszejenów, który „za garść kafeli” (waluta Starego Jorka) i z nieocenioną pomocą duchów przodków likwidował szumowiny ze społecznych nizin. Jego imię przyszło do mnie chyba z szamańskiego wymiaru, który w niniejszej powieści zowie się widzialne-niewidzialne. Zażartowałem kiedyś, że moja dziewczyna to Córa Rosomaka. Zapytała: „A ty niby kto?”. Bez zastanowienia i bez najmniejszego zawahania odpowiedziałem: „Podmuch Szczawiu”. Tak oto zrodził się mój zabójca na zlecenie. Po oficjalnym akcepcie ze strony uniwersotwórczyni (oraz morderczym obozie treningowym godnym Keanu Reevesa ćwiczącego do najnowszej części Johna Wicka) do Starego Jorka wkroczyła rdzenna ludność. I została w nim już na stałe.
To drugi powód, dla którego nie zamierzam nikogo pouczać na temat stereotypów: ponieważ sam się ich nie ustrzegłem. Pomyślałem „pijany dzikus i szumowina ze slumsów” i zaraz potem: „Indianiec”. Ale nie ma tego złego, co by na jeszcze gorsze nie wyszło. Od tamtych pierwszych opowiadań wiele przeczytałem, wiele obejrzałem, wiele treści przyswoiłem i – przede wszystkim – wiele przemyślałem. Długo można by pisać o krzywdzących opiniach. O tym, że przez socjalne oraz genetyczne uwarunkowania faktycznie wielu rdzennych boryka się z problemami alkoholowymi, choć nie każdy z nich to od razu ochlejtus. O tym, że owszem, są wojowniczy, bo i nadal walczą: o swoje prawa, o odzyskanie ziem, o naprawienie wizerunku w popkulturze. O tym, że Indianie to nie monokultura, ale przymuszeni okolicznościami z biegiem lat zjednoczyli się i wypracowali coś na kształt „wszechindiańskości”; porozumienia między plemionami. Kogo to ciekawi, ten sięgnie po adekwatne pozycje popularnonaukowe.
Grunt, że kiedy przyszedł moment na napisanie powieści – byłem gotowy. Indiańskie lato to owoc chłonięcia przeze mnie indiańskich wierszy, opowiadań, legend, komiksów, kina, sztuki, muzyki, mentalności, języka migowego, memów, filmików. To również moja odpowiedź na przeznakomite Zimne ognie napisane przez Zeter Zelke, bo umówmy się, gdyby nie ona, nic z tego by nie powstało. Dziękuję pokornie, że pozwoliłaś mi na złoczyskach Starego Jorka rozstawić me skromne tipi i dziękuję, że nadal mogę słać stąd w świat znaki dymne. Niech nam żyje Jorek!
Za wszelkie okazane wsparcie chciałbym również podziękować mojej rodzinie, w szczególności mamie za czytanie moich publikacji, podrzucanie książek Arkadego Fiedlera i nie kupienie mi o mało co biletu do Kanady, „bo tam mieszkają prawdziwi Indianie, to sobie z nimi pogadasz”. Dziękuję wspomnianej już Córze Rosomaka za znoszenie pałętającego się po domu wariata w ponczo, który popalając fajkę pokoju na balkonie i zajadając dziki ryż, miesiącami paplał coś jak w malignie o Wounded Knee albo Czerwonej Chmurze. (Przynajmniej nie polowałem z łukiem na królika, choć mu się, cholernikowi, należy). Dziękuję Planecie Czytelnika za przyjęcie starojorskich migrantów pod papierowy dach. Dziękuję mojej drugiej rodzinie, redakcji Niedobrych Literek oraz całej społeczności bizarro fiction, za ciągłe inspiracje literackie. Z takimi ludźmi nudzić się nie da!
Pierwszą powieść obiecałem dawno temu zadedykować pamięci dziadka, Leszka. Od tamtego czasu straciłem również obie babcie, Zosię i Stenię. Drugiego dziadka, Cześka, nawet nie pamiętam, ale widziałem na zdjęciach, jak cieszył się z moich narodzin.
Wobec tego, ze względu na to, że bez nich nie byłoby mnie, pozwolę sobie zadedykować tę książkę po szerszejeńsku:
Moim przodkom
Dziękuję, że byliście – i jesteście
Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna operującego na dnie zleceniowej okrężnicy, to już w ogóle. Z drugiej strony, kiedy jest się naznaczonym przez duchy przodków indiańskim berserkerem uzależnionym od wody ognistej, trudno liczyć na wyszukaną klientelę; na garoty, tłumiki i zbrodnie w białych rękawiczkach godne legendarnego klanu ⸸Szpilorków⸸. Jak bowiem z elegancją zlikwidować kogoś przy użyciu pary tomahawków? Jak ściągnąć skalp bez brudzenia sobie rąk? Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciągła orka.
Podmuch Szczawiu ucieka przed policją. Nie pierwszy raz. Zapewne nie ostatni. Kiedy przyjął kontrakt na wymordowanie członków zarządu SKN Stolen, towarzyszące mu widma antenatów uznały to za dziejową sprawiedliwość. Pal sześć szybujące ceny benzyny, przez które wynajął go lud Starego Jorka! Koncern paliwowy swą świetność wzniósł na kościach tysięcy Indian, wypędziwszy ich z rezerwatu, by tam rozpocząć odwierty. Czy w takiej sytuacji dało się powiedzieć „Nie”? Szerszejen, niby awatar krwawej pomsty, pozbył się piątki napchajbrzuchów i wysiadywaczy stołków w jedną noc. Oskalpował, wyflaczył, powiesił, zdjął z łuku, odgłowił. Niestety, pokazał oblicze pracownikowi stacji. Ów zeznał, że widział „zdziczałego Indiańca w czarnym pióropuszu”. Zaczęła się nagonka. Tym skuteczniejsza, iż radiowozy, po wymuszonej przez młodego wojownika zmianie marży, zatankowano za grosze. Ironia losu co się zowie.
Należy zniknąć. Rozmyć się jak miraż. Z tłumu pradziadów Podmuch Szczawiu przywołuje Skrzenie Pajęczej Rosy, speca od kamuflażu. Pozwala mu wniknąć w swoje ciało. Opętać je tymczasowo, by zdziałał magię. Na prerii, gdzie Łowcy Równin od wieków stawiali tipi, główny demaskator to kolor. Krzykliwy bystre oko wypatrzy na płaskim terenie z hen, daleka. Stąd pasiaste szarobure cietrzewie, rudawe kojoty, brązowe widłorogi i zające szaraki. Dwunożnym istotom należy dostosować się do otoczenia, temperatury. Włożyć skóry o niegroźnej woni roślinożercy. Ogacić się błotem. Przykryć darnią i gałęziami. Tak oto przed laty rodziły się historie o czerwonoskórych, którzy bezszelestnie podeszli pod palisadę fortu; zaskoczyli na szlaku kolumnę wojsk, wyłoniwszy się spod ziemi. Jednakże w gwarnym mieście, pułapce urbanistów? Ano, tutaj najlepszy kamuflaż to inny człowiek.
Z zapasu zielarskich dekoktów i naparów wybierają esencję trzech szczepów wiechliny z nutką wymiotnicy. Berserker nieco od niej słabnie, nieco go mdli. Niemniej gdy zerka w ułamany kawałek lustra służący mu za toaletkę, dostrzega, że drastycznie, chorowicie pobladł. Z ostrymi kośćmi policzkowymi i wykrojem oczu, ale bez ceglastej cery, nie wygląda indiańsko, a egzotycznie. Skrzenie Pajęczej Rosy pomaga mu zaczesać do tyłu długie włosy. Związują je na karku rzemieniem, dzielą na osiem i zaplatają warkoczyki. Tak przygotowani, przemykają uliczkami, gdzie nie dociera niebiesko-czerwony, niebiesko-czerwony blask kogutów i pukają do bramy oktuarium.
Mieszkańcy Federacji Zamorskiej od dekad prowadzą w Starym Jorku interesy. Niektórzy (nie tylko dygnitarze, konsule i ambasadorzy) osiadają tu na stałe. Gdzie zaś ludzie, tam ludzkie potrzeby. Także te duchowe. W związku z tym, obok zamorskich sklepów z owocami morza, klubokawiarni z zamorskimi napitkami i muszli koncertowej dla zamorskich chórów chłopięcych, powstało miejsce kultu. „Świątynia ośmiu, osiem świątyń”. Nazwana na typową dla Zamorzan dwojaką modłę, składa się z centralnego sanktuarium oraz rozpiętych kołem wieżyczek. W każdej z modlic medytują pojedynczo wierni. Bez przerwy, często do omdlenia. Gdy rezygnują, zastępuje ich następna osoba, po czym trwa na posterunku, ile zapragnie. Wystarczy przyjść i poświęcić swój bezczas i bezmyślenie Świętej Ośmiornicy.
Wytatuowany w geometryczne wzory, półnagi kleryk przyjmuje go bez słowa. Szeleszcząc spódnicą z trawy splecioną w osiem kłosów-macek, prowadzi alejką. Pocięty na oktanty teren pokrywają klomby, zieleńce, szklarnie, gaje persymony i morwy. Docierają do kaplicy. Tam mężczyzna obmywa włosy akolity morską wodą. Masuje osiem punktów na ciele, równając ośrodki psychoenergetyczne. Podmuch Szczawiu znosi to bez słowa, nawet gdy zostają obmacane jego genitalia. Przyjmuje luźną szatę z rękawami pociętymi w pasy: kolejna imitacja głowonoga. Przebiera się z udawanym namaszczeniem, obserwowany przez Zamorzanina oraz jego mokrą, tajemniczą panią. Tę wyrzeźbioną z pianki morskiej i zawieszoną nad ołtarzem na cieniuteńkich, niewidocznych żyłkach. Dujący od wejścia wiatr wprawia ją w delikatny rozkołys. Ożywia to, co martwe.
Po czekaniu przez bite trzy godziny Szerszejen zasiada wreszcie na szczycie wolnej modlicy. Krzyżuje nogi, zamyka oczy. Sam, jeśli nie liczyć pary towarzyszących mu duchów. Tu spędzi najbliższe dni. Dzień czy noc, słońce czy deszcz. Póki sprawa z koncernem nie przycichnie.
Kłopot w tym, że słodkie nieróbstwo, szczególnie bez zaprawki w postaci alkoholu, to nie jego najmocniejsza strona. Odkąd fantomy wyrwały go z gnicia w Wigwamsach – dzielnicy indiańskiej biedoty – prowadził życie na krawędzi. Oferował usługi wszystkim skłonnym uiścić honorarium; czy to w walucie, czy w trunkach. Urządzał Rozwałki, Rozwałki Deluxe, Martwe Natury z Fruwającymi Skalpami i Jastrzębim Totemem w Odbytnicy, a także wykonywał zlecenia niestandardowe, które ochrzcił mianem Specjału Wodza. Mord, chlanie, kac, pobicie, chlanie, kac, porwanie, chlanie, mord na kacu. Odwykł od szamańskiego spokoju i kontemplacji. W zasadzie chyba nigdy do niego nie przywykł.
Odmyka lewą powiekę.
– Już? – pyta półgłosem.
Skrzenie Pajęczej Rosy ściąga zgolone łuki brwiowe.
– Eee… Minął kwadrans, Dmuszku.
– Kwadrans-sradrans. Wymysły białych.
Mamrocze gniewnie pod nosem, wyklinając wynalazki bladych twarzy, w tym klepsydry, kuchenki gazowe, prezerwatywy i korki-niekapki na szyjkach whisky. Tak mija dziesięć minut. W sumie dwadzieścia pięć. Wieczność.
– Babi? – zwraca się z szacunkiem do drugiej towarzyszki. – Zastanawiam się… jak to naprawdę było z tą naftą i dawnym rezerwatem? Pamiętasz, prawda?
Echo Plusku Wydrzyka to plemienna kronikarka. W zdrowiu dożyła stu dwudziestu dziewięciu lat – jeśli wierzyć jej cokolwiek chaotycznym szacunkom.
Teraz wysuwa sękatą dłoń spomiędzy spowijających ją derek i potrząsa żółwią grzechotką na potwierdzenie. Podmuch Szczawiu wydaje z siebie jęk poirytowania. Nestorka rzadko kiedy bywa tak oszczędna w słowach, że nie uroni żadnego.
– To czasy mojego dziadka? – dopytuje uparcie. – Wcześniej?
– Hmmm. – Przez chwilę zdaje się, że duszka nie wykrzesze dziś z siebie sensownego dźwięku. Mija jednak pół minuty i mlaśnięcie rozwiązuje jej język. – Tętent na Dnie Kanionu ledwo starł wonczas mleko spod nosa. Taaak. Młody narwaniec; po nim to masz. Dla jednych przebrzmiały trzy, dla drugich cztery pokolenia. Stare, stare dzieje.
– Czemu zatem nie wymierzono pomsty wtedy? Czyż nie mówiłaś, że twój brat, jak i ja, pełnił funkcję wybrańca?
Poorana uskokami mapa jej twarzy marszczy się jeszcze mocniej. Temat Echu wyraźnie nie leży.
– Wizg w Skalnej Szczelinie padł od ran i zgryzoty tuż po wojnie – przyznaje z ociąganiem. – Po nim przyszedł nowy, a dopiero później ona. Szept Pnączy. I wymierzyła pomstę, owszem. Tym, którzy bezpośrednio zawinili. Słusznie odpuściła dalszych łowów. Nie popadła w obsesję i nie zapomniała żyć. Te ulice wrzały wystarczająco po niepokojach „indiańskiego lata”. Po skalpującym mordercy, zatruciu wodociągów i masakrze w Kolanie Śledzionki.
– Opowiedz – prosi Podmuch Szczawiu.
Echo Plusku Wydrzyka wzdycha.
– Są historie, które dają i historie, które odbierają. Takie, które oferują odpowiedzi oraz takie, które rodzą pytania. Tę stanowczo bym odradzała.
Młody wojownik wzrusza ramionami.
– Milsze mi pytania niźli cisza. Snuj.
Ożywa gawędziarska grzechotka. Tym razem w skomplikowanym, wielowarstwowym drżeniu. Zawodzi i szczeka, szumi i tłucze, wznosi okrzyki i lamenty. Z nicości wyłania się scena. Wołanie w środku nocy. Podmuch Szczawiu na powrót zamyka oczy. Gdy rozlega się głos, nie przemawia już do niego studwudziestodziewięciolatka. Przemawia młoda poprzedniczka z innej epoki, Szept Pnączy. Wyklęta na własne życzenie Indianka, którą w środku obcego miasta wyrwało ze snu wycie kojotów.
➵➵➵
Pod moim oknem znów wyły kojoty. Krótkie, szczekliwe zaśpiewy raz po raz rozdzierały noc, dobywając się to z samczej, to z samiczej gardzieli. Zagłuszały szum samojezdnych powozów w oddali. Tłumiły muzykę kołyszącą klubem „Kredens”. Przebijały podsycane wodą ognistą brewerie pijaczków na górze. Pierwotny zew równin opowiadał o zdradzie i niewoli, bólu i tęsknocie. Wołał wszystkie szczenięta zagubione w dziczy, by wracały na łono rodziny.
– Hauuuuuuuu! Wrau, jiiiip, hauuu! Hrrr!
„Przybywajcie. Obmyjcie swe winy. Będzie wam wybaczone”.
Zaklęłam po starojorsku, dociskając poduszkę do uszu. Nawet bez recitali Gałgana i Draki sen nie przychodził łatwo. Coś w strukturze krainy marzeń się rozchwiało. Wywieś nad poduszką łapacz snów, a pajęcze nici niechybnie zapłoną, piórka sparszywieją i odlecą, wierzbową obręcz zrosi krew. Śniłam o gorejących tipi. Płomiennookich monstrach wielkości stoliw odlepiających się od mroku. Stosach czerwonoskórych ciał porąbanych jak drwa na opał. Powtarzałam sobie, że to Podświadomość domaga się, bym wymierzyła sprawiedliwość Czasznikowi i podcięła pęciny tej galopadzie niepokojów, lecz w głębi siebie wiedziałam, iż moich dawnych braci i siostry, w to indiańskie lato trwogi, nękały bliźniacze wizje.
Nie, nie przejęzyczyłam się, Podświadomość. W to teraz wierzyłam: w naukę, logikę. Żadnych omenów od widm przodków, podszeptów Sprawczego Ducha. Zbyt wiele kosztowało to moją rodzinę. Zbyt wiele kosztowało mnie.
Gdyby nie te szerszejeńskie brednie na temat wybrańców plemienia, Smużka Mgły o Brzasku nadal by żył.
Walenie miotłą w rury przegnało nadzieję na odpoczynek.
– PRZYMKNIJ ŻEŻ TEM PARCHATEM KUNDLEM, MOKASYNKO!!! – ryknął Iwo Bogracz, właściciel budynku, kontrapunktując brzęknięciem co drugie słowo. – ALBO SAM JEM PRZYMKNEM TŁUCZKIEM I PRZEROBIEM NA KOTLETY!!!
Westchnęłam, opuszczając ramiona na pled. Niechętnie zwlekłam się z ciepłego łóżeczka. Naciągnęłam spodnie na tyłek. Wzułam buty. Następnie, porywając ze stolika odznakę oraz obywatelską kartę, otworzyłam okno i dałam susa na drabinkę pożarową. Zjechałam po niej gładko, jak ongiś zjeżdżałam po linie w dół kanionu, by zebrać rosnące w szczelinach krzewinki na napary matki. Dawne dzieje. Zostały mi po nich jeno brawura, zmysł przetrwania… oraz, na moje nieszczęście, para zaprzysiężonych kojotów.
Psowate zakończyły duet, gdy tylko wylądowałam na kocich łbach. Spiorunowałam je wzrokiem. Umaszczony na szaro Gałgan czaił się z tyłu i z chłodną kalkulacją oceniał sytuację zza przepełnionego śmietnika. Latarnia w końcu uliczki wysrebrzała jego wiecznie skołtunione futro od czubka łba aż po koniec ogona. Rudawa Draka siedziała z przodu. Przed nią: szczątki po dwóch zagryzionych szczurach. Od zawsze bezpośrednia zarówno w polowaniu, jak i w obejściu, dorównywała rozmiarami swemu bratu, jeśli go nie przerastała. Oberwane ucho świadczyło o przebytych bataliach. Preria nie znosi słabości. Podobnie Stary Jorek. Czy to dlatego czułam się tu jak w domu?
– Fora mi stąd – zamruczałam nisko, w ich rejestrze. – Ale już.
Zwierzęta ani drgnęły.
– Ogłuchłyście, łajzy? Wynocha z mojego miasta. To nie miejsce dla was.
Gałgan zaskowytał cicho. Pobiegł w kierunku wylotu, obejrzał się w połowie drogi, by sprawdzić, czy idę za nim, po czym – nie doczekawszy się reakcji – przydreptał i przycupnął obok siostry. Przekrzywił głowę, nie rozumiejąc.
– Do jasnej cholery! – zirytowałam się, żałując, że nie zabrałam bicza. – Nie wracam do rezerwatu, łapiecie? Ani teraz, ani nigdy. Wasza pani, Szerszejenka, którą wołali Szeptem Pnączy, umarła. O, o, proszę. – Podetknęłam dokumenty pod nos Draki. – Odtąd jestem obywatelką Starego Jorka. Nazywam się Szarlotta Bluszcz. Dostałam też przydział. – Błysnęłam niklowaną gwiazdą przed ślepiami Gałgana. – Szeryf UASIC. Łasica. Jutro zaczynam śledztwo w sprawie tego przeklętego Czasznika. Będę łagodzić konflikty pomiędzy Starojorczykami a Indianami. Pomagać czerwonym bezpiecznie się tu osiedlić, sondować ścieżki na nowej dziczy. Do tego mnie stworzono. Nie do niańczenia przodków. Potraficie to zaakceptować?
Zastygłam z wysuniętymi obiema rękami, pokazując im przedmioty, których znaczenia nie zdołaliby ogarnąć. Jedyne, co do nich dotarło, to „nie idę; ten świstek i ten kawałek metalu cuchnące bladymi dwunogami są dla mnie ważniejsze od was”.
Kojoty zaatakowały. Szczęki zacisnęły się równocześnie na moich dłoniach. W ostatniej chwili splotłam pięści. Szarpnęłam, ale uparte szuje nie zamierzały puścić. Ślina ciekła na drogocenne papiery. Kieł zadrasnął o brzeg gwiazdy. Ryknęłam z frustracji i pociągnęłam mocniej. Zębiszcza naparły w odwecie, tocząc czerwień. Nie dbałam o to. Mogły mnie zagryźć na śmierć, jeśli chciały. Wykrwawić do cna jak zająca na potrawkę. Poświęciłam więcej, niż byłam gotowa przyznać, by zdobyć tę namiastkę normalności. Miesiącami znosiłam obelgi i wrogie spojrzenia. Poszturchiwania oraz frontalne ataki; tak ze strony białych, jak czerwonych. Należała mi się rekompensata. Należał mi się spokój ducha, do stu tysięcy tańczących diabłów!
Draka jako pierwsza spostrzegła, że nie odpuszczę. Z niesmakiem zwolniła chwyt i spuściła pysk na kwintę. Po żołniersku szczeknęła na brata, przywołując go do porządku. Gałgan natychmiast odbiegł, chowając się za jej plecami. Wspólnie wpatrzyli się w moje poranione knykcie. Zmarszczyli nosy, jakby ujrzeli toczoną gangreną kulejącą łanię. Wreszcie zamietli ogonami i leniwym krokiem zanurzyli się w mrokach miasta. Dobrze wiedziałam, że nie odejdą daleko.
Rozluźniłam palce. Odznaka szeryfa nie ucierpiała, jeśli nie liczyć niewielkiej rysy. Natomiast obywka – książeczka z moim zdjęciem i przybranym nazwiskiem – wyglądała, nomen omen, jak psu z gardła wyjęta. Zacmokałam z irytacją. Obeszłam budynek przez furtkę dla śmieciarzy i wkroczyłam do środka głównym wejściem, zostawiając za sobą szlak gęstych, wiśniowych kropel. Mruknęłam „Dobranoc” panu Bograczowi, nim wypuścił spod języka pretensję jak kulkę z komory rewolweru. Dotarłam pod swoje drzwi. Naparłam barkiem na drewno i krawędzią srebrzystej gwiazdy podważyłam haczyk. Zamknęłam się na powrót. W klaustrofobicznej łazience umyłam ręce. Potem przy użyciu gąbki delikatnie oczyściłam okładkę dokumentów, osuszyłam je i wyprostowałam na tyle, na ile się dało. Skończywszy, zsunęłam się pod umywalkę. Uchyliłam pokiereszowaną okładkę i wpatrzyłam się w fotografię. Na kadrze wyrwanym z duszy nie przypominałam siebie.
Kojot w moim sercu zaskamlał żałośnie.
Jak to jest – pomyślałam, z westchnieniem opierając czaszkę o pęknięte płytki – że cokolwiek darują ci w tym mieście, prędzej czy później to coś się psuje; gnije, kwaśnieje, nabiera posmaku popiołu? Jak to jest, że ekscytacja naturalnie przeradza się tu w rezygnację?
Przecież kilkanaście godzin temu, gdy odbierałam te papiery w gabinecie szeryfa-generała, byłam taka, taka szczęśliwa…
* * *
Byłam taka, taka szczęśliwa.
– …w związku z czym z niekłamaną radością mianuję panią, Szarlotto Bluszcz, pierwszym szeryfem rdzennego pochodzenia w Urzędzie Asymilacji Społecznej Indian i Cudzoziemców. Wspólnie uczynimy Stary Jorek lepszym miejscem do życia dla obu naszych narodów. Hmpf. Eryczku, podaj pani rękę.
Kąciki ust bolały mnie od uśmiechania się. Puściłam mimo uszu wszelkie nieprawidłowości. Wrzucanie Indian i cudzoziemców do tego samego wora, podczas gdy miasto wzniesiono na świętych łowiskach Szerszejenów. Nazywanie czerwonych „narodem”, kiedy w rezerwacie Kolano Śledzionki żyło siedem plemion podzielonych na niezliczone familie i szczepy, a wszechindiańska „narodowość” ledwo zaczęła się rodzić. Mówienie o lepszym miejscu do życia, kiedy planowano masowe przesiedlenie. Zmilczałam, bo co mnie to obchodziło? Poszerzyłam tylko grymas i z werwą wyciągnęłam prawą dłoń.
Eryczek wyciągnął lewą.
– Pieruny siarczyste… ty koński bąku! – Szeryf-generał sprzedał synowi cios w karczycho, wyrastając ponad nim jak cień. – Którą łapę się podaje, no? Którą? Przysięgam na świętych Pańskich, ktoś cię podmienił w szpitalu. Twoi bracia są chirurgami! Mecenasami! A ciebie siedzieć na dupie i wydawać poleceń nie idzie wyuczyć, no!
Chłopaczek wykręcił szyję, mamrocząc przeprosiny. Zacisnął w końcu prawicę na mojej z zaskakującą siłą. Zezowate spojrzenie skierował na papiery na biurku.
Potrząsnęłam jego ramieniem raz a dobrze i się wyswobodziłam. Zgarnęłam z blatu swą odznakę oraz obywkę – pospiesznie, na wypadek gdyby ojciec poprosił Eryczka, by podał mi je osobiście i rozpętała się kolejna burza.
Krążący między parapetem a fotelem Hiram Sprzączka przypominał sępa wciśniętego w garnitur i umoszczonego w ciepłym gniazdku. Uplótł mu je z chęcią koleżka z lat młodości, Buchanan Stypek. (Tak, ten Buchanan Stypek, szemrany typek. Prezydent miasta.). Szeryf-generał świecił glacą; zostały mu jeno kępki siwizny nad uszami i na potylicy. Nosił wysoki kołnierz, miast krawatu zaś jedwabną apaszkę. Wszystko to, łącznie z nieustannym kołowaniem po gabinecie z palcami splecionymi za plecami, nadawało mu cech drapieżnego ptaka.
Każdy w biurze wiedział jednak, że drapieżność szefa to ułuda. Hiram posadził synalka na reprezentacyjnym stołku rzekomo, by nauczyć go odpowiedzialności (najwyższy czas jak na trzydzieści trzy lata), lecz my znaliśmy prawdę. Rączki-drżączki pana Sprzączki od lat nie potrafiły utrzymać wiecznego pióra czy uderzać w klawisze maszyny. Do tego doszedł ślinotok. Etos wyniesiony z akademii militarnej nauczył go, by nie okazywać słabości. Stąd ciągłe wysługiwanie się Eryczkiem. Nawet jeśli zachodziła poważna obawa, czy Eryczek potrafi zapiąć prosto swą ulubioną prążkowaną kamizelkę, a co dopiero prowadzić urząd.
Schorowany staruch i ćwierćinteligent. Właśnie z taką powagą traktowano w Starym Jorku problemy Indian. Dołączyłam do zespołu, ażeby to zmienić.
– Hmpf. Skoro formalności za nami – kontynuował Sprzączka, gdy przypięłam gwiazdę do kurtki – przejdźmy do spraw niecierpiących zwłoki. Z naciskiem, niestety, na zwłoki. Eryczku, zdjęcia.
– Tak, tatku. Zwłoki. Taktatkutak.
Synalek wyszarpnął fotografie z szarego folderu i podzwaniając łańcuszkiem zegarka kieszonkowego, zaczął je układać. Rewersem do góry, jakby „nie żyły”. Korzystając z okazji, że szeryf-generał wygląda przez okno, potrząsnęłam głową i na migi pokazałam biedaczkowi, żeby je odwrócił.
Rychło tego pożałowałam.
Jak przy stawianiu tarota, z kart wyłoniły się złe omeny. Giermek Mieczy. Sąd Ostateczny. Śmierć.
Ofiara leżała rozciągnięta pod prysznicem. W lewej dłoni spoczywała okrwawiona brzytwa o szylkretowej rękojeści. W prawej: niedbale ściągnięty skalp. Oblicze pokrywała gęsta jucha, podkreślając w groteskowym kontraście rysy człowieka żyjącego z wypieku słodkości. Na pozostałych arkuszach widniał szerszy kadr na pomieszczenie: przewrócona pralka, zalana podłoga, rozsypane leki z lustrzanej szafki. Ogółem – scena walki o życie, jeśli nie demolki.
– Darosław Szmergiel prowadził sieć piekarni i cukierni „Mniam” – referował Hiram, ruszając na ponowny obchód dywanu. – Osobiście zawsze wolałem „Foremkę”, używają tradycyjnych receptur. Nie wspominając o tych żenujących reklamach w radio. „Mniam ochotę na coś słodkiego”, hmpf!
– Mniam, mniam – powtórzył Eryczek z uśmiechem. Widocznie odbiło mu się tortem z urodzin.
– Wedle relacji krewnych Szmergiel wstał w środku nocy i udał się do łazienki. – Sprzączka zawrócił pod regałem, dyskretnie ocierając kącik oślinionych ust chustką z monogramem. – Żona i dzieci usłyszeli wrzask. Zanim najstarszy syn wyważył drzwi, ojciec wykorkował. Podobnie jak w przypadku poprzedniej ofiary, wszelkie znaki wskazują na to, że samodzielnie zdjął sobie skórę z czaszki. Lewą ręką, jak to mańkut. Czy ktoś mu w tym pomógł, zmusił do tego, to już osobna kwestia. Grunt, że prasa dodała dwa do dwóch i wkrótce czeka nas kryminalno-społeczny skandal. Jeśli nie gorzej.
Posadzony za biurkiem chłoptaś usłużnie otworzył przede mną poranne wydanie „Starojorskiego Echa”… na sekcji z krzyżówką i komiksem o Chrupusiu Sadełko. Zarobił za to od ojca kolejne pacnięcie w potylicę.
– Strona druga – podpowiedział szeryf-generał.
Przerzuciłam szeleszczący papier. Nagłówek zakrzyknął ze szczytu szpalty: Wielka groza w Małej Parcie!. Pod spodem – pełne cztery kolumny treści.
Stary Jorek kocha Partę. Antyczne królestwo trwa w naszej pamięci, naszej tradycji, naszych snach. Na przywitanie nowego roku zajadamy parckie rodzynki w alkoholu; koniecznie, ku przegnaniu sił nieczystych, wrzucone w ogień i wyławiane zręcznym ruchem z płomieni, jak to drzewiej czynili wojowie. Kiedy dwa lata temu w trakcie przekopu tunelu natknęliśmy się na parcką nekropolię, bez wahania porzuciliśmy komunikacyjny projekt i otwarliśmy niepowtarzalne Muzeum w Grocie. Nie wspominając o tym, że nazywając miasto, unieśmiertelniliśmy największego z parckich władców. Albowiem Jorex IV Stary wielkim władcą był.
Po monarsze ostało nam się coś jeszcze. Kodeks Parcki. Zbiór przepisów, podle których nasi praojcowie poprzysięgli rządzić tu przed upadkiem, wygnaniem i tułaczką. Z czasem pozbyliśmy się najbrutalniejszych dogmatów, jak choćby słynnego „oko za oko, dłoń za dłoń”. Niemniej część starożytnej mądrości króla po dziś dzień wskazuje nam właściwą drogę. Jeden z takich ustępów traktuje o Małej Parcie.
W dawnych czasach każdy dekret wydany przez króla mógł zostać zawetowany w trakcie publicznego odczytu. Późniejsi włodarze częstokroć posuwali się do kneblowania poddanych bądź zapraszania wyłącznie tych spolegliwych na ogłoszenie decyzji, jednak Jorex IV Stary nigdy nie uciekał się do haniebnych sztuczek. Skoro lud nie ufał panu, należało wysłuchać głosu ludu. Kiedy w sali tronowej wybrzmiewał sprzeciw, skrzykiwano osobliwy organ decyzyjny: dziesięcioro osób z różnych klas społecznych. Kmieć, piekarka, świniopas, pomywaczka – jeśli tylko otrzymali powołanie, znaczyło to, że odtąd decydują o losie królestwa. (A przynajmniej do tego stopnia wyolbrzymiliśmy ich rolę w imię romantyzmu i tęsknoty za świetnością, jako że liczne źródła wskazują, iż przysługiwał im głos wyłącznie w lokalnych rezolucjach). Zbierano ich w komnacie, zamykano i nie pozwalano wyjść, póki nie doszli do konsensusu. To właśnie dzięki takim rozwiązaniom Jorex IV Stary uchodził za czułego i sprawiedliwego króla.
Teraz tę uświęconą tradycję ktoś postanowił zmieszać z błotem.
Mowa, rzecz jasna, o likwidacji rezerwatu Kolano Śledzionki. Przebiegli Indianie już raz wykorzystali starojorską świętość, gdy przed bitwą o Fort Fuks przyjazny im traper, Jeremiasz Kit, zawetował prezydencką deklarację wojny, domagając się „uczciwych” warunków paktowania (sam Kit poślubił dwie siostry z plemienia Appakota – niewyobrażalne w cywilizowanym społeczeństwie!). W trakcie debaty Małej Party, ściągnięto z prerii i lasów kohorty wojowników, niemal trzykrotnie zwiększając szeregi. Batalia, tak czy inaczej, zakończyła się dla dzikusów przegraną, wszelako niesmak podstępu zakorzenił się na naszych językach na zawsze.
Podobnie problematyka przedstawia się obecnie. W porozumieniu z Urzędem Asymilacji Społecznej Indian i Cudzoziemców władze miasta zdecydowały się relokować rdzennych do nowoczesnej inwestycji Vega Glans na obrzeżach miasta, ażeby wcielić ich na dobre w miejską tkankę. Obiecano im wsparcie finansowe oraz pomoc w szukaniu zatrudnienia. Mimo to przywódcy szczepów powołali się na weto Małej Party. I cóż się wydarzyło, ha? Otóż ledwo ogłoszono nazwiska tych, którzy odbędą tę zaszczytną służbę i zadekretują przyszłość rezerwatu, a indiańskie lato zebrało krwawe żniwo. Przebrzydły Czasznik, morderca-duch, wdarł się do mieszkania Gertrudy Pypeć i zmusił biedną, emerytowaną nauczycielkę plastyki, by zdarła sobie skalp kuchennym nożem. Po co? Ano, po to, naturalnie, by nie dopuścić do powstania kworum; by opóźnić tę najoczywistszą z oczywistych decyzji.
Żaden dzikus nie będzie dyktować warunków spadkobiercom Party.
Pamiętajcie, bo nieodżałowana wdowa Pypeć to nie jedyna poszkodowana. Dziś nad ranem dotarły do nas wieści, że kolejny członek rady, Darosław Szmergiel, właściciel znanej i lubianej piekarnio-cukierni „Mniam”, pożegnał się tej nocy z czubkiem głowy; i przy okazji – z życiem.
Pamiętajcie, bo indiański łowca nie śpi, Mała Parta zaś robi się coraz mniejsza.
Pamiętajcie, bo oni mieszkają obok was. Jadą z wami autobusem, pracują w waszej fabryce, stoją za wami w kolejce do rzeźnika, przycinają żywopłoty w szkołach waszych dzieci. I za nic sobie mają naszą pamięć, nasze tradycje, nasze sny.
Stary Jorek wyciągnął do Indian przyjazną dłoń. Indianie zaś jak zwykle wcisnęli w nią ociekający posoką skalp.
Karol Paprotka
Z niesmakiem złożyłam gazetę. Zgięłam ją na pół i znowu na pół, skręcając pięści tak, że papier zwinął się w rulon.
Odkąd przybyłam do miasta, Karol Paprotka angażował się w opisywanie gorących spraw. Ujawniał skandale na najwyższych szczeblach władzy, kwestionował legalność interesów prowadzonych przez bogaczy, ucierał nosa celebrytom uniewinnionym przez sądy. Nawet jeśli zbrodnie rozmywały się we mgle szarej moralności, on zjawiał się, by oświetlić je jupiterem. Nieustępliwie bronił też maluczkich, szczególnie pokrzywdzonych przez władzę. Szanowałam go za to. Kiedy stoisz na scenie i publicznie obnażasz fakty, stanowisz łatwy cel dla tych, którzy prawdę uważają za swoją dziwkę i woleliby, żeby nikt poza nimi nie patrzył na jej cycki.
Jawny atak na Indian i podżeganie do nieufności zszokowały mnie do szpiku. Czemu Paprotka nie wspomniał słowem o korupcji? Wszyscy wiedzieli, że Mała Parta to szopka. Miasto albo wybierało do niej własnych pachołków, albo przekupywało wybranych obywateli. Stąd od wielu lat tych, którzy pełnili ową „zaszczytną służbę”, nazywano Małymi Partaczami.
Owszem, potrafiłam sobie wyobrazić gniew mej czerwonej braci, gdy dotarło do niej, że odwlekają nieuniknione. Że traktowani są jak bydło przepędzane z pastwiska na pastwisko. Wielu wkroczyłoby na wojenną ścieżkę, złych na oszustwa białego człowieka. Ale ile da się ciągnąć podobną gierkę? Szlachtować, aby członków rady wiecznie było mniej niż dziesięcioro? Czemu zmuszać ofiary do samoskalpowania, kiedy honorowo jest własnoręcznie zedrzeć święte trofeum? Czy prawdziwy dziennikarz nie powinien poznać opinii obu stron i dopiero wysnuć wnioski?
Z niesmakiem przesunęłam językiem po zębach, jakby odłożyło się na nim gorzkie lekarstwo matki.
Coś mi tu śmierdziało. Śmierdziało tak, że bizonie łajno to przy tym perfumy.
– Owszem, balansujemy na skraju tragedii. – Hiram Sprzączka niepoprawnie zinterpretował mój grymas, lecz nie zamierzałam wyprowadzać go z błędu. – Do wieczora inne gazety podchwycą temat. „Indiańskie lato”, hmpf… Miasto wrze! – Wskazał przez okno. – Ledwo policja schwytała Obrożnika, ledwo ustały seryjne pożary, ledwo przycichły zuchwałe wyczyny Igły, a po ulicach znów grasuje szaleniec. Kim jest? Z jakiego plemienia się wywodzi? Nie wiemy o nim nic! I tu właśnie wkracza pani, panno Bluszcz.
Wyprostowałam się jak do salutu, uderzając gazetą o wiszący na biodrze bicz.
– W czym mogę pomóc, szefie? – zapytałam.
– Szeryf Barbara zajmuje się śledztwem od strony ofiar, wraz z reprezentantem policji. Powiązania, punkty wspólne, metodologia. Odbębnią swoje na chodniku, odwiedzając miejsca pracy, rodzinę i przyjaciół. To formalność, ale lepiej sprawdzić, niż dowiedzieć się później z gazet, że przeoczyliśmy wątki łączące zamordowanych. Pani zadanie polega na zweryfikowaniu wiarygodności poszlak od strony… hmpf, indiańskiej. Z partnerem spotka się pani jutro o wpół do dwunastej, na komendzie. Zostali poinformowani.
– Z partnerem? – Zamrugałam, zaskoczona. – Proszę wybaczyć, ale prościej rozmawia się z czerwonoskórymi, kiedy za plecami nie czai się biały w mundurze. Ludzie w rezerwacie nie ufają nawet milicji plemiennej. A przecież wielu z nich to Metysi.
– Eryczku, wyjaśnij, proszę, pannie Bluszcz, czemu potrzebny jej partner z organów ścigania.
Chłopak wytrzeszczył oczy niczym spłoszona sójka.
– Booooo… samotna kobieta w wielkim mieście potrzebuje mężczyzny, żeby jej bronił, tatku? – wypalił, po czym zarechotał.
– Z którego filmu żeś to wytrzasnął, kołtunie? – Plaśnięcie tym razem wylądowało na uchu, przemalowując je na czerwień. – Ponieważ jesteśmy Urzędem Asymilacji, do kaduka! Mamy prawo zatrzymać przestępcę czy nielegalnego imigranta do wyjaśnienia, lecz faktycznego aresztowania dokonuje policja. Strzelać też nam nie wolno, jeśli nie zachodzi uzasadniona potrzeba. A to sprawa kryminalna, poważna i nagłaśniana, więc należy działać prewencyjnie. Rozumiesz?
– Tak, tatku, asymilacja, milacja, milicja, mhm. Taktatkutak.
Babunia powtarzała, żebym nie robiła zeza, bo ktoś klepnie mnie w tył głowy i zez utkwi na stałe. Zastanowiłam się przelotnie, czy właśnie to spotkało Eryka Sprzączkę. Wydurniał się za młodu, ojciec trzepnął go z siłą moździerza i ot, nieszczęście gotowe.
Przytaknęłam na znak, że i ja przyjęłam to do wiadomości. Trudno, przeżyję obecność partnera. Na złych ziemiach druga para oczu często okazuje się nieoceniona. Podobnie mogło się dziać w Starym Jorku – najbardziej złej z odkrytych ziem.
– Klem zasugerował, żebyście zaczęli od Domu Misyjnego XV – powiedział Hiram. – Ponoć z internatu zbiegło niedawno czworo dzieci. Czerwone Łapy, na domiar złego.
Mruknęłam w zastanowieniu.
Och, a od kiedy to kapitan Nieborak zajmuje się trudami wychowania indiańskich podlotków?
– Warto tracić czas, szefie? Naprawdę pan myśli, że tego – wskazałam na zdjęcia – dokonała grupka wagarowiczów?
Sprzączka odchrząknął i wypiął pierś. Z rękoma splecionymi za plecami naprawdę wyglądał jak sęp w trakcie obchodu po płaskowyżu.
– Strata czasu? Bynajmniej. Czerwone Łapy to najzacieklejsze plemię. Wierzą, że mieszkają w nich duchy zwierząt, jeśli się nie mylę? Skłonność do brutalności jest tu ewidentna. Poza tym, w przypadku pana Szmergiela jedyną drogą ucieczki z miejsca zbrodni było maciupkie okno łazienkowe ulokowane na drugim piętrze. U pani Pypeć: ciasny szyb kominkowy. Nie powie mi pani, że indiańskie dziecko nie dokonałoby podobnej sztuczki? Albo garstka z nich, pokierowana przez dorosłego? Któż powiedział, iż Czasznik działa w pojedynkę, hm?
Zmilczałam. Nie dlatego, że szeryf-generał wygadywał głupoty. Przeciwnie. W wieku dziesięciu lat umiałam wspinać się wyżej niż na drugie piętro i przeciskać przez najciaśniejsze szczeliny w skałach. Żyłam grą w chowanego. Kiedy Krzywe Ryje ruszali na objazd w poszukiwaniu dzieci niezgłoszonych do przymusowej edukacji, nie znajdowali śladu mej obecności. Ani okruszka jedzenia, ani kropli wody, ani nutki zakopanych odchodów. Później, jako dobra biika, siostra, nauczyłam Smużkę Mgły o Brzasku tych samych sztuczek. Uchował się przed Domami Misyjnymi aż do zeszłej wiosny. Do sezonu roztopów, kiedy…
Zasromałam się, urywając myśl, jak zębami urywa się przędzę. Może gdybym wówczas wykazała się rozsądkiem mój kiibon nadal by żył. Może większe bezpieczeństwo od Szerszejenów zagwarantowaliby mu służebnicy i służebnice Kościoła Ostatniej Szansy. Biali nazywają to bodaj „mniejszym złem”. Dla nas to „spacer po szyszkach”. Boli, ale nie aż tak jak na sąsiedniej ścieżce: usłanej cierniami.
– Przed wyjściem rozmówię się z kapitanem Nieborakiem – obiecałam, przełykając metaforyczne gówno, jak przełyka się ich wiele w pierwszych dniach zatrudnienia. – Jeszcze raz dziękuję za tę szansę, szeryfie-generale. Oraz za szybkie załatwienie formalności związanych z moim obywatelstwem. Nie zawiedzie się pan.
Ukłoniłam się krótko. Sprzączka machnął po wielkopańsku dłonią, nawet na mnie nie patrząc. Znów przerwał kołowanie i zerkał przez okno bystrymi, zażółconymi ślepiami, jakby wypatrzył na bruku konającą ofiarę.
Zdjęłam z wieszaka kapelusz z piórkiem i wymacałam klamkę, gnąc się ponownie. Eryczek machał mi z uśmiechem, aż zniknęłam za drzwiami. Nie wiem, czemu wydawało mi się, iż w jego zezowatych oczach zagościł smutek.
* * *
Kiedy wkroczyłam do biura szeryfa-kapitana, Klem wsadzał właśnie jęzor w dziurę obwarzanka. Zamarłam na progu, z trudem powstrzymując odruch wymiotny.
Klemens Nieborak był oblechem. Co do tego zgadzało się całe biuro. Gdyby pochodził ze szczepu Czerwonych Łap, tańczyłby wokół Totemu Warchlaka i ruszał do boju brudny, nagi i zaśliniony, siejąc wśród wrogów postrach groźbą dotyku. U Szerszejenów wypchnęlibyśmy go na skraj obozowiska w nadziei, że połaszą się nań wilki.
Dałoby się znieść jego pedofilski wąsik czy melonik w kolorze świeżych rzygów. Wejrzenie kaprawych ślipek, niesymetrycznych, sprawiających wrażenie, że na lewym nosi monokl, również uszłoby w tłoku. Gdyby nie te paluchy… Majdrował nimi wiecznie, przebierał, grzebał. Wsadzał i wciskał we wszystko, co znalazło się w ich zasięgu. Poczęstuj go jabłkiem, a uświniony paznokieć wykroi w skórce kółko; wydłubie otwór. I dłubać będzie uparcie, póki nie zanurzy się w owocu aż po nasienną torebkę.
Niektórzy mówili, że winę za tę obsesję ponosi kulka, którą Klem zarobił jako żołnierz. Na jakiej wojnie? Z czyjej ręki? Tego już nikt nie potrafił odgadnąć. Stary Jorek od pokoleń nie prowadził konfliktów zbrojnych (chyba żeby liczyć wojny gangów). Faktycznie zdarzało się, że kiedy zbok nie wymacał pod ręką nic do wypalcowania, gmerał pod kapeluszem. Czyżby rozdrapywał ranę, skąd przed laty wyciągnięto ołów?
– U nas zazwyczaj pukamy przed wejściem – pouczył mnie, zlizując mak z koniuszka kciuka. Drugą ręką majstrował przy pudełku z cukierni „Mniam”, bezczelnie gwałcąc kolejnego obwarzanka. – Rozumiem, że nasz cywilizowany świat to feeria zachwytów i pokus, panno Szept, warto jednak pamiętać o manierach. Szczególnie w kontaktach z przełożonymi.
Przerwał wyżerkę, aby pstryknąć w swoją gwiazdę i pozwolić jej zabrzęczeć.
Sama nie wiem, czemu odwzajemniłam gest. Potrzeba przynależności to doprawdy kapryśna bestia.
– Od dzisiaj Szarlotta Bluszcz – poinformowałam, poklepując kieszeń skórzanej kurtki, skąd wystawała obywka.
– Rząd przestał dołączać instrukcję obsługi drzwi do obywatelskiej karty? Ubolewam. Zatem: przed wejściem się do nich puka, po wejściu zamyka się je za sobą. Inaczej niż w wigwamie, obawiam się, ale przywykniesz z czasem… Szarlotto. – Wyszczerzył żółte zęby. – W Bajoncji skrobią w futrynę albo dyndają takimi tycimi dzwoneczkami, uwierzyłabyś? Phi! Wypacykowane gogusie.
Zmełłam w ustach przekleństwo. Nieborak albo doskonale wiedział, że moi pobratymcy pomieszkują w tipi, albo – podobnie jak większości kolonizatorom – ślepia przesłaniały mu klapki.
Nie każdy Indianin śpi w wigwamie, hoduje plamiste konie ciapaluzaki i hasa po lesie z bratem swym niedźwiedziem. Nie każdy autochton Imperium Salżyckiego to bogacz-delikates w pudrowanej peruce. Tak czy owak, gość wnerwiał mnie jak zwykle. Jeśli nie gorzej.
Zatrzasnęłam z kopniaka te cholerne drzwi i podeszłam do blatu, na którym kapitan opierał nogi obute w kowbojki. Prychnęłam cicho. Maniery, też coś…
W porównaniu z przepastnym, wyglądającym na panoramę miasta gabinetem szeryfa-generała Klem pomieszkiwał w schowku na miotły. Bez okien, bez przewiewu. Ledwo mieściły się tu: jedyna w biurze kserokopiarka (Wierna Miecia, weteranka wielu formularzy i okólników), szafka na akta, biurko oraz skórzany fotel. Kapelusz można było sobie powiesić co najwyżej na uchu, toteż go nie ściągałam. Człek pokroju Klemensa i tak dbał o konwenanse, wyłącznie gdy mu to pasowało. Cud, że w ogóle zastałam go w tej zatęchłej trumnie. Zazwyczaj błąkał się w terenie, nadzorując działania milicji plemiennej. Kreował powołanych do służby, niezależnie od pochodzenia, na swoje kalki nie gorzej od powielarki w kącie.
– Mam garść pytań – odezwałam się.
Klem wyłuskał w końcu splugawioną przekąskę i wygryzł z niej kawałek. Następnie ścisnął wypieczone końcówki, tworząc mniejszą, ciaśniejszą dziurkę, przez którą na mnie łypnął.
Żółć podeszła mi do gardła, ale nie dałam tego po sobie poznać.
– Malwinka wyda ci kluczyk do szafki z bronią – oznajmił. – Standardowy sześciostrzałowiec, pudełko amunicji na pół roku. Wystrzelasz, nie daj Boże, przed czasem, składasz formularz i czekasz. Rozpatrzymy okoliczności. Odbierz też kupony żywnościowe. Jako budżetówce przysługuje nam darmowy posiłek z bistro „Pampuchy i Racuchy” naprzeciwko biura. Polecam zestaw z grochem po starojorsku. – Wrzucił sobie obwarzanka do buzi i z pełnymi ustami, sypiąc okruszkami na wąsik, dodał: – Pyyychota…
Wytrzymałam jego spojrzenie z nieprzeniknioną miną. Po opuszczeniu rezerwatu przez kilka tygodni pracowałam na kuchni. Na groch po starojorsku mawialiśmy tam „zaległy urlop”. Przegryziesz go czymś kwaśnym, jak żurek czy kiszona kapusta, a czeka cię przymusowe siedzenie nad wodą. I obyś, bracie, dotrzymał do inauguracji turnusu.
Takiś cwany, cwaniaczku? – pomyślałam. – Założę się, że wolisz kluski z dziurką, krążki cebulowe i babkę z lukrem na deser, żeby wsadzać w nie grzebalce.Raju, ten zbok nawet o’odzkie ponczo nosi dlatego, że to materiał z wielkim wycięciem pośrodku!
– Chciałam zapytać o dzieci, które uciekły z Domu Misyjnego – sprecyzowałam.
– Och? – zamonosylabizował, nadal przeżuwając.
Rzuciłam gazetę na jego kolana, rozłożoną na artykule Paprotki.
– Skąd taki lotny trop w sprawie Czasznika, Klem? I to tego samego ranka, kiedy w świat poszła informacja o śmierci Darosława Szmergiela?
Zerknęłam przelotnie na drugie pudełko opatrzone logo „Mniam”, mniejsze i kwadratowe, które leżało obok telefonu. Przewiązane wstążką, zdawało się czekać, aż jego kapitańska mość zaniesie je komuś w prezencie.
Czy on specjalnie ze mną pogrywa? Czy po prostu jada w tej przeklętej cukierni?
– Mmm, darmowa lekcja szeryfowania dla panny Bluszcz z domu Pnączy! – Klasnął w dłonie. – Wybornie. Szkolenie kadr to bądź co bądź moja działka.
Odłożył poranne wydanie na blat, otrzepał się po posiłku i rozciągnął wygodniej. Znikąd w jego dłoniach pojawiły się kastety. Zakręcił nimi na palcach wskazujących, a potem jął wykorzystywać osiem otworów na raz, wsuwając i wysuwając oślizgłe, brudne kiełbachy.
– Otóż dzielny mały Łasica Klem bladym świtem podreptał do redakcji „Starojorskiego Echa” – zaczął bajeczkę, wskazując na pomięte stronice. – Zamierzał grzecznie poprosić Pana Naczelnego… redaktora, nie małpę… coby nie siał paniki na łamach swego szmatławca i przywołał do porządku tego, ajć, niesfornego łobuziaka, Karola Paprotkę. Niestety! – Wciągnął dramatycznie powietrze. – Okazało się, że Karolek wkurzył niewłaściwe towarzycho i obecnie się ukrywa, wciśnięty gdzieś w szczelinę, jak paproć wyrosła w pęknięciu asfaltu. Ów chwaścik podesłał jednakże drugi soczysty artykuł. O złej, złej Dzikunce, kanibalce nękającej obrzeża Cykady. Wiecznie głodnej bestii w ludzkiej skórze, wychowanej ponoć przez wilki. Brrr! Podążając śladem jej pochodzenia, reporter dotarł do niewygodnych informacji na temat uciekinierów z indiańskiego internatu. Że zdarza się to regularnie. Że gnuśny Urząd Asymilacji nie poszukuje aktywnie figurantów. Że Czerwone Łapy, które nie wybrały jeszcze Totemu, a do których wołają duchy zwierząt, nazywa się… uwaga, uwaga… dzikawcami i dzikunkami. Szok! Zgroza! Czy w lasach czyha ich więcej, skundlonych ofiar przymusowej edukacji UASIC? Czy czeka nas wkrótce inwazja ludożerców z puszczy?
Ledwo skończył zdanie, a ścisnęła mi się pierś. Kojot w moim sercu uniósł łeb i jął węszyć; z początku ostrożnie, marszcząc nos w obliczu ostrej nutki, potem odważniej, wciągając nozdrzami fetor płynący od szeryfa-kapitana. Nie dało się go pomylić z niczym innym.
Okpisz. Obłudnik. Łgarz.
– Ten Paprotka – rzekłam. – Chętnie się z nim rozmówię.
– Ha! Szukaj wiatru w polu, tropicielko. – Kastety dzwoniły o siebie raz po raz. – Facet wpadł w tarapaty. Poważne. Zaszył się, czort wie gdzie. Na łamach „Echa” i „Trybuny” jest spalony, zadbałem o to. Naczelni by sobie przesrakakali, gdyby dopuścili go do głosu. Niemniej nie wątpię, że będzie próbował ukazać prawdę. Każdy ma jakiegoś bzika. Jego to prawda.
– Czegoś tu nie rozumiem. Gość się ukrywa, prawda? W mieszkaniu go nie stwierdzono. Do pracy nie chodzi. Z rodziną i znajomymi się nie kontaktuje, żeby ich nie narażać, dobrze wnioskuję? A mimo to poświęca czas, by wypuścić perorę na temat Indian i, ścigany, grzebie dalej! Dociera do odpalonej bomby: dzieci na gigancie. Skąd pewność, że ten płonący lont w ogóle istnieje? Bo ty tak powiedziałeś?
Kowbojki przefrunęły mi przed nosem, gdy Nieborak przełożył je nad lampką. Wyprostował się, pozornie rosnąc po dwakroć. Z brzękiem odłożył kastety na blat. Jego paluch powędrował między tłuste kędziorki, pod rondo melonika, do potylicy.
– Szeryf-generał ufa mi bezgranicznie – oświadczył sucho, niemalże cedząc przez zarzewia próchnicy. – Sugeruję, byś nie odbiegała od jego przekonań, jeśli planujesz nosić tę gwiazdę dłużej.
Pozwoliłam sobie na jadowity uśmiech.
– Dostałam tę sprawę do zbadania, kapitanie. Więc ją badam.
Poruszył kącikiem ust. Zacmokał. Przez moment poczułam się jak w dniu nadania imienia, kiedy szaman Szerszejenów – w tym przypadku mój ojciec, Dym znad Ostańca – wpatrywał się w widzialne-niewidzialne oczami, które nie są oczami, ażeby dostrzec lęki i tęsknoty, jakie rządzić będą moim przyszłym życiem. To właśnie robił Klem. Określał mnie. Badał kolory mych piórek. Obdarzał tajemnym mianem.
Nie pozwoliłam drgnąć ani mięśniowi. Od dawna nękało mnie przeświadczenie, że ta obleśna kreatura nienawidzi Indian. Nigdy wszelako nie okazywał tego wprost. Obelgi pokroju „mokasyn” czy „śmierdziel” nie opuszczały fortu jego buzi. Ze swoimi milicjantami, pochodzącymi w sporej części spośród naturalizowanych mieszańców i Metysów, rozmawiał przyjaźnie. Żartował. Z roku na rok dostawał ten sam przydział: pilnowanie porządku w Kolanie Śledzionki. Mimo to coś mnie od niego odpychało. Od śmierci Smużki nie zawierzałam emanacjom ducha, lecz Podświadomość krzyczała równie donośnie, co rdzenny instynkt czy podszepty przodków. „Szepciczko mała, Pnączusiu słodki, trzymaj ty się odeń z daleka”.
Odezwał się po dłuższej chwili:
– Zanim łasica obrośnie w sierść, jest głucha i ślepa. Rozwija się jednak bardzo szybko i równie szybko staje się dobrym myśliwym. Tego życzę i tobie, panno Bluszcz. Abyś prędko przejrzała na oczy. A teraz, cóż – wyciągnął ramię i wskazał ku wyjściu – życzę udanych łowów i żegnam. Tuszę, iż po moim instruktażu po mistrzowsku poradzisz sobie z zamknięciem drzwi. Od drugiej strony, poproszę.
Położyłam obie dłonie na biurku, trącając zawiązane pudełko z cukierni. (W środku coś z mlaśnięciem odlepiło się od wieczka. Pączki z lukrem?). Nachyliłam się i wymruczałam szeryfowi-kapitanowi w twarz:
– W oczekiwaniu na śniegi łasica zmienia kolor futra, by lepiej wtopić się w otoczenie. Ale nie oszuka drapieżnika, który nosem widzi więcej niż inni ślepiami.
Odwróciłam się i wyszłam jak burza, zostawiając te jego pieprzone drzwi rozpieprzone na oścież.
Odnajdę te dzieci – obiecałam sobie, naduszając w windzie przycisk „Lobby”, jakbym miażdżyła pod paznokciem robaka. – Chociażby po to, by udowodnić, że ten padalec, Klemens Nieborak, knuje coś niedobrego.
* * *
Na wspominkach w łazience zastał mnie ranek. Odetchnęłam głęboko i przetarłam oczy pokąsanymi rękami.
Cholerne kojoty. Nie dość, że wyrywają człowieka ze snu, to potem namieszają we łbie, że nie idzie zasnąć. Żadna strata, zważywszy na nieustanne koszmary, ale i tak… Czemu oni wszyscy nie mogą się odstosunkować i dać mi żyć własnym życiem? Życiem Szarlotty Bluszcz, nie Szeptu Pnączy?
Wstałam i przeciągając się ze stękiem, przeszłam do jedynego pokoju, by zerknąć na budzik. Wpół do dziewiątej. Mnóstwo czasu do spotkania na komendzie.
Na dobry początek dnia postawiłam czajnik na gazie. Wymknęłam się na korytarz i stąpając po schodach bez najcichszego skrzypnięcia (niełatwa sztuka na przeżartym przez korniki drewnie), zwinęłam gazetę z wycieraczki Bogracza. Kiedy wróciłam z kradziejki, podniósł się gwizd. Zepchnęłam w głąb szafki woreczki z herbatkami ziołowymi od matki i otworzyłam puszkę kawy. Zalałam wrzątkiem trzy łyżeczki. Dorzuciłam kostkę gorzkiej czekolady dla podbicia smaku. Przyjemna woń „czekosiekiery” pomogła zapomnieć o ciasnocie mieszkania. Usiadłam przy stoliku. Zrobiło się swojsko, starojorsko. Dokładnie tego potrzebowałam, by odzyskać równowagę przed stresującym pierwszym dniem szeryfowania.
Zrzędliwy właściciel budynku prenumerował „Pleciugę”. Szmatławcowi daleko było do poziomu „Trybuny” czy „Echa”. Skupiali się na rozdmuchiwaniu sensacji oraz śledzeniu, z kim wieczerzały gwiazdki estrady, w co ubrane, jak uczesane, ile wypiły i czy wróciły do domu o własnych siłach. Tropiąc zwierzynę, nie należy jednak lekceważyć śladów, choćby nie wiem jak niepozornych. Jeśli ktokolwiek miałby przedstawić szalone teorie na temat tożsamości Czasznika, to właśnie pismacy z brukowca opatrzonego czerwoną papugą.
Od Elfiej Pieśni wyrósł mi trzeci sutek!, wyznawał na pierwszej stronie kontrowersyjny jazzman. Parsknęłam. Narkotyk jeszcze niedawno siał popłoch na ulicach. Ludzie wpadali w psychozę na punkcie króla olch, tańczyli nie gorzej niż Indianie Hipihopi na umajonej łące. Sprawa przycichła miesiąc temu, lecz najwidoczniej redakcja uznała, że warto wydoić ją do cna.
Przewróciłam stronę. Kibole KS Ferajna Starego znów urządzili zadymę pod stadionem Byków z Brokatu. Ucierpiała limuzyna prezesa klubu. Westchnęłam. Czarokini niepotrzebnie pokazali bladym twarzom, jak grać w fejsbola przed stu laty. Zgodnie z oczekiwaniami, z niewinnej przyjacielskiej gry biali stworzyli przyczynek do nienawiści i przemocy. Co jak co, ale przejawiali do tego niewątpliwy talent.
O Indianach wspomniano bezpośrednio w dwóch artykułach.
Pierwszy tyczył się bazaru w dzielnicy handlowej. Rodzinie z plemienia O’od ktoś zdemolował budkę, w której sprzedawali placki z mąki kaktusowej oraz wino kolące na kubki. Sprejem wypisano: Wracać do wigwamów. Pustynny szczep, rzecz jasna, również nie mieszkał w wigwamach, a w oblepionych gliną hoganach, lecz Stary Jorek po wielokroć dał mi już odczuć, że Indianiec to dla nich Indianiec tak jak gołąb to gołąb; nie grzywacz, sierpówka czy turkawka. Szeryf-generał się nie pomylił. Miasto wrzało. I wrzeć nie przestanie, póki winny nie zawiśnie.
Drugi pytał wprost: Kto ryje nam czaszki?. Autor snuł w nim teorię spiskową na temat działań rządu, zaangażowanego w cichą eksterminację rdzennych. Cytowano daty i miejsca spotkań prezydenta z doradcami, w tym z moim szefem, członkami zarządu koncernu naftowego oraz inwestorem Brunonem Vegą. Dałam się wciągnąć w wywód – aż do momentu, w którym padła sugestia, iż osobistości w mieście zastąpili kosmici z planety Bora. Mlasnęłam, krzywiąc wargi. Słusznie tekst wciśnięto na przedostatnią stronę, tuż obok ogłoszeń drobnych w stylu „Zamienię tonę miału na żonę z Isterni”.
Dopiłam kawę i zabrałam się za poranną toaletę. Obmyłam się w wannie; zimną wodą, gdyż bojler nagminnie odmawiał współpracy. Po latach kąpieli w strumieniu to mi akurat nie przeszkadzało. Osuszona, przygotowałam czystą bieliznę i najlepsze ubrania. Lokówką delikatnie pofalowałam włosy. Sięgały mi do ramion – prosto i modnie. Żadnych indiańskich warkoczyków dla Szarlotty Bluszcz. Szept Pnączy ścięła je z żałoby w dniu, w którym porzuciła Szept Pnączy. Podmalowałam oczy i usta. Stroniłam od różu. Sprawiał, że przywodziłam na myśl lalkę. Nie żałowałam za to pudru, aby ukryć podpalaną karnację.
Gdy skończyłam toaletę, dochodziła dziesiąta. Czas zagęścić ruchy. Majtki, skarpety. Wełniana bluzka, którą wpuściłam w dżinsy o wysokim stanie. Na bluzkę ciemnobrązowa, skórzana kurtka zwisająca do kolan, tak by zasłonić biodro, gdzie do pasa przytroczyłam bicz. Botki na niskim obcasie, nóż do cholewy. Na głowę zaś mój ulubieniec: bobrowy kapelusz o szerokim, wypłaszczonym rondzie, barwiony na szaro, z plecionką na zdobinie oraz piórem orłocienia. Jedyny szerszejeński akcent, ku pamięci Smużki i tego, czym nigdy się nie stał.
Pogładziłam brzeg czarnej sterówki, wyglądając przez okno. Nad dachami metropolii, w stronę rezerwatu.
Mój braciszek gdzieś tam czekał. Jego duch pozostał na tym świecie, wpleciony szamańskim rytuałem w osnowę wszechrzeczy. Zobaczyłabym go ponownie, gdybym zgodziła się przejąć swe dziedzictwo, ale… ale to byłoby tożsame z przyznaniem racji starszyźnie. Że słusznie naciskali na niego, by szkolił się na wybrańca. Słusznie pogonili na śmierć, jak niegdyś goniło się bizony z urwiska.
„Pewnaś, że o to właśnie chodzi, Szepcinko?” – zapytała złośliwie Podświadomość. – „Dlatego nie chcesz spojrzeć maluchowi w oczy?”.
Uszczypnęłam się w rękę. Nie czas na żale. Dziś rozpoczynam nowe życie.
Za kominem sąsiedniej kamienicy mignął pogięty cień. Schyliłam się instynktownie. Przysięgłabym, że ktoś zakradał się tam na ugiętych nogach. Jednak gdy wytężyłam wzrok znad parapetu, ujrzałam jeno ślady po sadzy i wronich gównach. Przywidzenie.
Zgarnęłam dokumenty, odznakę, notes i ołówek, wrzuciłam kubek po kawie do zlewu i zatrzasnęłam za sobą drzwi mieszkania. Na dole Iwo Bogracz zamiatał podłogę nie do zamiecenia. Uczepiony miotły, wciśnięty w nieśmiertelny i nieprany od dekad podkoszulek, łypnął na mnie spode łba szklanym okiem. Nie przesunął upasionego cielska, więc przeskoczyłam nad barierką i podeszłam do skrzynki sprawdzić pocztę.
– Bijem siem z myślami, czy nie wywalić ciem na zbitym pysk, mokasynko – warknął głosem zachrypłym od papierosów.
– Bij się pan, bij – odparłam wesoło. – Aby siniaków na mózgu nie porobić.
Ostentacyjnie rzucił narzędzie pracy na schody i mamrocząc pod kartoflanym nosem, wyszedł zapalić przed budynek. Czaruś jakich mało.
Majstrując kluczykiem, odblokowałam zacinającą się przegródkę na listy.
Przyczajona w środku bestyjka nie marnowała czasu. Z sykiem rzuciła mi się na twarz. Tylko wypracowany latami refleks pomógł mi uniknąć ukąszenia. Wygięłam się do tyłu jak podczas gry we włócznie, dla równowagi wysuwając nogę do przodu, i chwyciłam węża w locie tuż za łebkiem. Wystarczył lekki nacisk, by zmiażdżyć maluchowi kręgosłup.
Kucnęłam z emocji, ciężko dysząc. Otarłam z polika kroplę jadu i spojrzałam na zwiotczałego w dłoni gada. Czerwono--żółte romby identyfikowały gatunek jako zdradnicę śmiertuszkę. Mała, zabójcza odmiana, trudna do schwytania. Ktokolwiek dybał na moje życie, znał się na rzeczy.
Wspomniałam widmo z dachu naprzeciwko. Naraz nie byłam przekonana, czy mi się przywidziało. Szerszejeni to naród wielu talentów. A jednym z nich jest mordowanie.
Z czujnością podkręconą do alarmowych poziomów wyszłam na ulicę, cisnąwszy truchełko do kosza tuż przed kopcącym Bograczem. W drodze na tramwaj skanowałam każdy cień w każdej alejce. Ze skupienia nie wytrącił mnie nawet plakat nadchodzącego koncertu rockowego Utaplanych Królów, wywieszony przed klubem „Kredens”. Normalnie by mnie to ucieszyło. Czekałam na ich występ od dawna.
Nie dziś. Dziś zależało mi wyłącznie na tym, by dotrzeć do biura i odebrać służbowy rewolwer. Najszybciej, jak się da.
* * *
Administrację UASIC ulokowano na czwartym piętrze rządowego budynku, tuż nad Biurem Rejestracji Zwierząt Egzotycznych i tuż pod Instytutem Badań nad Pleśnią w Warunkach Miejskich. Wychodząc z cuchnącej łajnem i wilgocią windy, wkraczało się na wąski, obity boazerią korytarz. Na wprost mieściły się toalety. Idąc dalej w lewo, ku samotni szeryfa-generała, mijało się gabinet szeryfa-kapitana, by wreszcie wyjść na otwartą przestrzeń zastawioną biurkami po prawej. Wiele z nich świeciło pustkami. I to wcale nie dlatego, że agenci przebywali akurat w terenie. Budżet pozwalał na szkieletową załogę. Bardziej niż na pracowników społecznych władze Starego Jorka wolały łożyć kafele na milicję plemienną w Kolanie Śledzionki. Pozbawianie czerwonych broni i wciskanie ich dzieci do piorących mózgi szkół? Oczywiście! Pomoc Indianom w znalezieniu zatrudnienia? Wdrażanie w socjalne niuanse? Darmowe porady prawne? Eee, dziękuję, innym razem…
Na szpicy naszego kancelaryjnego oddziału zasiadała pani Malwinka, kierowniczka. Przywitałam ją szerokim uśmiechem, a ona odwzajemniła się zza katedry recepcji. Uprzejma, zorganizowana pięćdziesiątka, wciśnięta w odprasowaną różową garsonkę, stanowiła wzór urzędniczych cnót zwieńczony trwałą ondulacją. Wiedziała wszystko o wszystkich i zawsze czuwała na posterunku z odpowiednim formularzem w gotowości. Zaczynała najwcześniej, wychodziła najpóźniej. O ile w ogóle stąd wychodziła. Jej jedyną słabość stanowił zdobiący biurko model apartamentowca Anielskie Szczyty, wizytówki Brokatu. Darował go jej ponoć potentat nieruchomości, Brunon Vega, u którego przed laty pracowała. Boleśnie nieświadoma, z czym całemu miastu kojarzy się zaokrąglona, zgrubiała na górze wieża z dwiema kopulastymi dobudówkami, często polerowała Brunonową sztycę, ku uciesze żartownisiów.
Powstrzymałam wesołość, widząc, jak pani Malwinka szeroko otwartymi ustami chucha na swój skarb. Odebrałam od niej kluczyk z numerem sześć oraz kupony żywnościowe na miesiąc. Podpisałam, gdzie trzeba. Następnie, mijając przykutych do biurek kolegów i koleżanki, przeszłam do szatni na tyłach. W szafce z bronią czekała na mnie niespodzianka: pudełko przewiązane wstążką. Wyciągnęłam je, marszcząc brwi. Rozplotłam kokardę i zajrzałam do środka. Kryło się tam jeszcze mniejsze pudełko. W nim: kolejne. Z ostatniego, najmniejszego, na sprężynce wyskoczył pajacyk. Miał pokrzywioną, poznaczoną bliznami facjatę ulepioną z ciastoliny. Do łapki doklejono mu kluczyk z numerem dziewięć.
Westchnęłam. Tito Grabula i jego końskie zaloty robiły się męczące. Już pierwszego dnia aplikacji, gdy czekałam na rozmowę przed gabinetem Sprzączki, świadkowałam aferze z udziałem Isterniaka. Zakradł się ponoć do gabinetu Klema i ustawił Wierną Miecię tak, że między kopiowanymi kartkami wylądowały odbitki gołego zadka. Janko Barbara nie docenił dowcipu; szczególnie że oddał te „ubogacone” raporty szeryfowi-generałowi do rąk własnych.
Odkąd nieoficjalnie dołączyłam do zespołu, dowcipniś uwziął się na mnie. Intrygowało go moje niewzruszenie i za cel honoru obrał sobie, aby wytrącić mnie z równowagi. W związku z tym wsuwał mi sprośne rebusy do kieszeni kurtki. Zamykał szuflady na zamki z szyfrem. Kiedy po podróży w ulewie zostawiłam buty pod kaloryferem w przebieralni, zastałam je przemalowane w kameleony, z doczepionymi po bokach oczkami i sznurówkami splecionymi w ogony. Wypastowanie ich do stanu używalności zajęło mi długie godziny.
Cóż. Nikt nie obiecywał, że praca z bladymi twarzami nie będzie irytująca.
Otworzyłam „dziewiątkę”. Nowiuśki rewolwer marki Bełt błysnął do mnie zalotnie z kabury. Model Galant. Obchodziłam się z identycznymi na strzelnicy. W pół minuty załadowałam go i przypięłam tak, by pas nie zawadzał o bicz na drugim biodrze. Wyszarpnęłam testowo. Co za cudaczny przedmiot. Ciążył w dłoni, a zabijał z taką lekkością. Wyceluj go w kogoś, lecz gdy odciągniesz kurek, oskarżycielski metalowy paluch wyceluje również w ciebie. Mimo to poczułam się z nim pewniej. To właśnie dzięki takim wynalazkom biali pokonali rdzenne plemiona i wcisnęli je pod żelazny but. Fakt, że podarowano mi ten oręż, podczas gdy w Kolanie Śledzionki konfiskowano nawet noże i tomahawki, wskazywał na zaufanie względem mojej osoby. Należałam do Starego Jorka. Na złe i jeszcze gorsze.
Opuściłam szatnię, pomógłszy uprzednio Eryczkowi wyplątać się z szalika. Mocował się z nim, jakby walczył, bagatela, z anakondą. Widocznie mamusia zbyt mocno zawiązała mu supeł przed wyjściem.
Wychodząc, odnotowałam sumiennie, iż Klemens Nieborak nie zjawił się tego ranka w biurze. Była to konstatacja niemal równie niepokojąca, co wąż w skrzynce na listy.
* * *
– Czego? – zapytał oficer dyżurny, gdy wkroczyłam na komendę.
W policyjnym centrum dowodzenia panowało napięcie jak przed burzą. Artykuł Paprotki skutecznie naelektryzował powietrze. Miasto łypało spode łba na Indian. Śledczy, z natury nieufni, obwiniani do tego za chaos siany przez Czasznika, dopatrywali się winnego w każdym ciemniejszym obliczu. Za kratami cel w głębi wypatrzyłam dwóch Czarokinów, Szerszejena oraz O’odkę z dzieckiem na kolanach. Trójka zasuszonych Czerwonych Łap tłumaczyła się z czegoś zawalonemu papierami funkcjonariuszowi, mową knykci zastępując słowa, których nie kojarzyli. Chętnie pomogłabym im w komunikacji, lecz ich narzecze zawsze nastręczało mi trudności. Nie wspominając o tym, że zajmowałam się aktualnie ważniejszymi sprawami, niż – sądząc po migowym pokazie – walka w domu tańców, nie-ubrania, duży pieniądz, kobieta z fajką między nogami, długi czas wymiotów.
– Czego? – powtórzył przyprószony siwizną cham o obwisłej twarzy mopsa. – To nie muzeum, żeby ślampić się na eksponaty, mokasynko. Albo konkret, albo wypad z baru.
Ach, cóż za wyrafinowana taktyka… Indianie przybywający do miasta często krążyli po przepastnych wąwozach ulic, zagubieni. Nie znali języka, nie wiedzieli, do kogo zwrócić się o pomoc. Po tak chłodnym powitaniu większość zawracała w progu, a policja nie musiała się zajmować ich problemami.
Podeszłam do biurka i posłałam troglodycie jadowity uśmiech.
– Skoro to nie muzeum – zastanowiłam się na głos – czemu posadzili na krześle zakurzoną mumię?
– Uroczo. Przygalopowałaś odebrać z wytrzeźwiałki wioskowego szamana? – odparował, nie tracąc rezonu. – Jak twój koń nasra nam pod parkometrem, będziesz zapindalać z szufelką, gwarantuję.
– Gorzej już nasrać się tu nie da. – Wydobyłam z kurtki obywatelską kartę i otworzyłam mu przed nosem, ucinając potok wzajemnych uprzejmości. – Szarlotta Bluszcz, UASIC. Mam się tu spotkać z partnerem.
– Ano ta. Obiło się – mruknął spod fafli, po czym okręcił głowę i wydarł się na cały regulator: – WOLTA, CHONO TU!!! PRZYWIEŹLI TWOJĄ INDIAŃSKĄ BRANKĘ!!!
Momentalnie zza stanowisk poderwał się tuzin tyłków. Parę głów wychyliło się ze schodów wiodących do laboratorium. Każdy chciał obejrzeć to nowe kuriozum, Indiankę z Urzędu Asymilacji. Rozległy się śmiechy, szyderstwa i gwizdy. O uszy obiło mi się: „Marzyłeś o pracy ze zwierzętami, Hermanie, to proszę bardzo!”. Minęła chwila, nim policjanci rozstąpili się, by przepuścić wyszydzanego kolegę.
Tym, kto objawił się przede mną, okazał się anioł wściekłości. „Anioł”, gdyż ubierał się zaskakująco jasno jak na pracę w tak brudnym mieście. Narzucony na mundur wełniany płaszcz w gołębim odcieniu, biały szal, kremowa fedora z czarnym paskiem zdobnym w kocie i psie łapki, którą międlił w niespokojnych dłoniach. „Wściekłości”, gdyż zaczesane do tyłu włosy odsłaniały facjatę jak zaciśnięta pięść. Ciemne zmrużone oczy, skryte w podcieniach brwi, wskazywały na głębokie życiowe niezadowolenie. Albo zatwardzenie. Czasem naprawdę trudno odróżnić u Starojorczyków jedno od drugiego.
– Stokrotne dzięki za dyskrecję, Miglanc – szczeknął Herman Wolta do oficera dyżurnego. – Warto było ściągać cię z emerytury, by znów usłyszeć ten aksamitny głos.
– Twoja matula sobie chwali – odburknął tamten. – Co noc dzwoni „ściągnąć Ottona z emerytury”. Musiałem jej wyrobić karnet.
Obaj mężczyźni roześmiali się i poklepali nawzajem po plecach.
Zawstydziłam się nieco, nie rozumiejąc.
Skąd rozbawienie? Czy oni dopiero co się nie obrażali? Czy moje szczere obelgi również wzięto za żarty? Ile tygodni minie, nim zacznę pojmować ich sposób bycia?
Zanim rozgryzłam tę tajemnicę, drzwi komendy zadźwięczały wzburzonymi szybkami. Wolta wyszedł, nie oglądając się na mnie.
O co tu w ogóle chodziło?
Wybiegłam na ulicę. Funkcjonariusz nie uszedł daleko – głównie dlatego, że utykał na lewą nogę. Zatrzymał się przy śmietniku, obok którego zmyślny gawron rzucił na chodnik orzech. Wolta obejrzał się na ptaszysko siedzące na latarni. Mruknął pytająco. Odpowiedziało mu kraknięcie. Policjant rozgniótł łupinę piętą zdrowej nogi, po czym odsunął się kawałek. Gapa zleciała w dół, by się pożywić. Usatysfakcjonowany, mężczyzna ruszył dalej.
– Rozmawiasz z pierzastą bracią – zauważyłam, zrównując się z nim krokiem – a nowo poznanej kobiecie nie powiesz dzień dobry?
– Powiedziałbym – zamamrotał – gdyby ten dzień faktycznie należał do dobrych.
– Och, a cóż to się stało? Wstałeś dziś lewą nogą, kolego? Ups, przepraszam. – Przyłożyłam dłoń do ust.
Prychnął.
– Przezabawnaś.
– Staram się.
Wsunęłam kciuki za pasek, zadowolona.
Zatem ci policjanci faktycznie rozmawiają ze sobą uszczypliwościami i obelgami. Po czym śmieją się z nich wspólnie, po koleżeńsku. Niesamowite. Zapamiętać i stosować.
– Domyślam się, skąd kwaśny humor – zagaiłam. – Twój duch woła do zwierząt, więc przydzielili cię do brudnej dzikuski w ramach żartu, prawda? Oj, lubicie te swoje żarciki… A że władze cisną, by pojmać Czasznika, nim rozpętają się zamieszki, odmowa nie wchodziła w grę. Wyleciałbyś na zbity pysk.
Cisza. Najwidoczniej trafiłam w punkt.
– Słuchaj – ciągnęłam – ty nie chcesz pracować z mokasynką. Ja nie chcę pracować z takim jak ty, psem z kulawą nogą. Lepiej radzę sobie solo. Umówmy się zatem, że spędzisz ten przydział, jak ci się podoba, okej? Idź do parku pokarmić łabędzie. Nachlaj się w barze albo zajrzyj do którejś z tych waszych publicznych rozbieralni z rurociągiem, czymkolwiek się tam zajmujecie. Przepychacie kanalizę? Nieważne, bylebyś nie wchodził mi w drogę. Zyskamy na tym oboje. To jak, umowa?
Wyciągnęłam rękę, ale nie miał jej kto uścisnąć. Herman Wolta został pół przecznicy dalej. Z Gałganem i Draką.
Zaklęłam pod nosem i zawróciłam, rozpychając przechodniów. Cholerni czworonożni zdrajcy łasili się jak salonowe kotki do gliniarza. Przykucnąwszy na chorej nodze, karmił je przysmakami z kieszeni płaszcza, one zaś pozwalały się głaskać, miziać i drapać za uszami. Nawet kiedy żyłam z nimi w zgodzie, nie traktowały mnie tak wylewnie.
– Mówiłam wam, łachudry, żebyście mnie nie śledziły – syknęłam po szerszejeńsku, stając nad nimi z rękami na biodrach. – Prawie się go pozbyłam, a teraz co? Będziecie robić mi na złość? Łazić z nim na smyczy? To wariat, rechocze, kiedy obrażają mu matkę!
– Czemu są takie wychudzone? – zapytał oskarżycielsko Wolta. – Wyglądają, jakby nie jadły porządnie od tygodnia!
– Co? – zdziwiłam się. – To oszukańce, wciągnęły brzuchy! Wyżerają resztki z moich śmieci.
– Karmisz je śmieciami, Bluszcz?!
– Nie karmię ich wcale, Wolta. Stołują się w kubłach na własne życzenie. Droga na prerię wolna.
Jego czoło ściągnęło się w gniewną chmurę burzową.
– Ej, nikt im nie kazał tu przyłazić – odparłam, obciągając rękawy, by ukryć poznaczone ugryzieniami dłonie. – Uczepiły się mnie jak rzep ogona. Kazałam spadać, ale ktoś za dobrze je wytresował. Ten ktoś to ja. Tropienie, pętanie, oswajanie. Tym zajmowałam się w plemieniu.
Draka wcisnęła łepetynę pod rękę Wolty, odsuwając Gałgana. Policjant uśmiechnął się lekko i wytarmosił po szyi oba kojoty.
– Piękne – stwierdził krótko. – To para?
– Mam szczerą nadzieję, że nie, są rodzeństwem. Ale to miasto demoralizuje wszystkich. – Spojrzałam na niego z rozbawieniem. – Czemu pytasz? Liczyłeś na szczeniaki? No, dalej, przyznaj.
Oburzony, zaczął się tłumaczyć, że nie, skądże, u niego w budynku nie wolno trzymać zwierząt, ledwo przemycił papugę i wcale a wcale nie myślał o słodkich, puchatych kojociątkach… Słuchałam jednym uchem. Drugim – podobnie jak Gałgan i Draka, którzy naraz poderwali łby – wyłowiłam rytm.
Kudłate zmory zerwały się do biegu. Ujadając i warcząc w zaaferowaniu, przemknęły na drugą stronę ulicy, po czym zniknęły w alejce za rzeźnią. Bez pytania pomogłam kuternodze dźwignąć się do pionu i pełna najgorszych obaw ruszyłam za nimi.
Wąskie przejście zawalały pryzmy odpadów. Cuchnęły niemożebnie, ściągając chmary kocisk, które pałętały się tu i tam i rozwlekały tłuste okrawki po bruku. Z odmętów Podświadomości wypłynął obraz zasadzki: samotna tropicielka zanurza się między baszty, maczugi i skalne iglice Wielkiego Kanionu Czarokinado, czując dech wrogów w podmuchach wiatru, coraz bliżej i bliżej wojennego dudnienia… Sięgnęłam po łuk. Zdziwiłam się, kiedy miast niego palce zacisnęły się na chłodnej głowni Bełta Galanta. Odciągnęłam kurek rewolweru i owładnięta półmaligną, wyłoniłam się zza starej zamrażarki na dziedzińczyk.
W okolicznych budynkach nie mieszkał bodaj nikt poza bezdomnymi. Rozbite okna szczerzyły szklane zębiszcza tudzież krztusiły się od płyt wiórowych wstawionych we framugi. Martwica w tkance miasta. Od jatki zalatywało gorzej niż ze ścieku. Wicher zamiatał papierzyskami i plastikiem jak pustynnymi biegusami. Gdzieś na pobliskiej wieży zegarowej wybiła dwunasta, mieszając się z miarowymi uderzeniami palców o membranę dobiegającymi zza wraku furgonetki. Gwizdnęłam na kojoty. Nie usłuchały. Wyłoniły się, dopiero gdy wolnym krokiem na środek placu wystąpił bębniarz serc.
Był dobry. Czytaj: niebezpieczny. Tętno jego stukotów--pukotów łączyło się z tętnem Ducha Sprawczego i poprzez korzenie Ziemi powracało do piersi żywych istot. Gałgan i Draka, zaczarowani, płożyli się za nim nisko. Zadrżałam, tracąc pewny chwyt na broni. Pieśń grozy sprawiała, że młody Szerszejen o włosach czarniejszych od atłasu nocy, spiętych bażancim pióropuszem w koronę warkoczyków, zdawał się mierzyć dwa i pół metra. Każdy ruch tępo ociosanej łepetyny wyglądał na zaplanowany, tak by w odpowiednim momencie potrząsnąć kolczykiem-grzechotką. Pierś nosił obnażoną i wymalowaną w czarny X. Drugi krzyż znaczył oblicze. Spodnie z jeleniej skóry obszył paciorkami, które z pozoru kląskały tylko, gdy zechciał. W przeciwnym wypadku milkły przed jego mrocznym majestatem. Zrezygnował również z mokasynów, ażeby lepiej czuć pierwotne melodie.
Wróg czy przyjaciel? Na wszelki wypadek zastosowałam obronną taktykę i zaczęłam mruczeć „Zamieszadło” Utaplanych Królów, mącąc natrętny rytm. Strach zelżał, jak ból po łyku gorącej kawy, który sparzył język i gorzej już go nie sparzy.
– Szepcie Pnączy! – zawołał śpiewnie nieznajomy. Naraz wydał mi się mniej imponujący, choć nadal postawny. Niemniej: pacholę. – Córo Dymu znad Ostańca oraz Smagnięcia Dziewanny! Przybyliśmy zadać ci pytanie.
Nim zdążyłam zastanowić się, kim są my, zafurkotały cienie. Para wojowniczek podobnych do siebie jak dwie krople rosy wylądowała na schodach pożarowych z lewej oraz na obalonym kontenerze z prawej. Ta pierwsza – niższa, w okryciu z gęsto szytych piór dzięcioła – dzierżyła rurkę do wydmuchiwania zatrutych strzałek. Na piersi nosiła niemowlę w zawoju; dziewczynkę, sądząc po tradycyjnym wiązaniu na skosy. Druga, muskularna, celowała do mnie z łuku. Włosy usztywniła niedźwiedzim tłuszczem i splotła w gruby kłos. Na szyi dyndała jej muszla słodkowodnej szczeżui z wyrzeźbioną żmiją.
Skierowałam na nią lufę.
– Ciebie kojarzę – oświadczyłam z morderczym spokojem. – To ty podrzuciłaś mi tę zdradnicę śmiertuszkę do skrzynki na listy. Obie z siostrzyczką lubujecie się w trutkach? Nie łaska twarzą w twarz rzucić kobiecie wyzwanie?
Tego najwidoczniej nie spodziewał się bębniarz serc. Knykcie wplotły w muzykę gniewniejszą, terkoczącą frazę.
– Daleki Poświście… – zamruczał nisko – zaatakowałaś ją wbrew mej woli?
– Phi! A co za różnica, kuzynie? – odwarknęła, nie spuszczając mnie z oka. – Byle zesłać rzodkiewę do krainy potępienia, nie? Trudno o wybrańca przodków z cielskiem napompowanym jadem.
Przymknęłam oczy na sekundę.
Ach. Więc o to chodziło. Czemu wcześniej nie rozpoznałam objawów?
Ambicja. Nieuleczalna choroba młodych.
Herman Wolta wypadł na dziedzińczyk jak postrzelona baletnica, pocąc się i podskakując na palcach zranionej giry. W ręku trzymał standardową policyjną giwerę, półautomat.
– Koniec przedstawienia! Rozgonić mi ten teatrzyk! – zażądał, biorąc na muszkę każdego Indianina po kolei. W tym mnie.
Dzięki za zaufanie, partnerze.
– Grom z Najjaśniejszych Chmur niechże nie miesza się do spraw czerwonych – zasądził młodzieniec.
Zagiął palce i jął uderzać szaleńczo w ów pęcherz rozpięty na żółwiej skorupie, to kostką, to paliczkiem, to grzbietem dłoni.
Gałgan i Draka rzucili się do biegu. Wyminęli mnie bez spojrzenia i dopadli do Wolty. Oszczekiwali go i warczeli, aż wycofał się jak niepyszny do zaśmieconego przejścia.
– Ej, nie gryźcie mi spodni, ledwo je odprasowałem! – rozległo się zza winkla. – Puśćcie mnie! Panno Bluszcz!
Nieznajomy zachował pokerowe oblicze.
Zgrzytnęłam zębami.
– Nie w ten sposób. Wmów im, że są głodne – warknęłam. A gdy melodia złagodniała w burczące nuty, zawołałam do policjanta: – Wolta, zabierz je na obiadek do rzeźnika! Tu obok. Rozumiesz mnie? Tylko upewnij się, że świeże. Mają się nie wtrącać ani one, ani ty! Załatwię to i do was dołączę!
– Takiego wała jak Cykada cała! – odkrzyknął.
Zaraz jednak doleciało mnie żałosne skamlenie Gałgana i wiedziałam, że protokół „wciągnąć brzuch, pokazać gnaty” znów został uruchomiony. Minęło pół minuty. Wreszcie usłyszałam zgrzyt zabezpieczenia pistoletu i oddalające się z wahaniem, kuśtykające kroki.
Zwróciłam się do młodziana:
– Kim ci się wydaje, że jesteś, źrebię? Jak śmiesz zakradać się do mojego miasta i mącić w emocjach niewinnych istot?
– Wybraniec zostanie namaszczony – odpowiedział. – Jako było, tak i będzie. Nie przeszkodzi w tym nikt.
– A niech sobie będzie! – fuknęłam. – Nie interesuje mnie, co, kogo i czym namaszczacie w Kolanie Śledzionki! Odeszłam z plemienia. Zabijajcie się o ten wątpliwy zaszczyt, mnie to nie interesuje. Prędzej zdechnę, niż dam się w to wrobić starszyźnie!
– To samo rzekła nam twoja mać – wtrąciła młodsza z sióstr. Bliski Poświst? – Że wolałabyś umrzeć. Da się załatwić.
Prychnęłam z pogardą.
– I co? Myślicie, że gdy zwolni się miejsce w kolejce, wskoczy na nie któreś z was, łamagi?
