I Used You #2 - Natalia Seroka - ebook
NOWOŚĆ

I Used You #2 ebook

Natalia Seroka

0,0

195 osób interesuje się tą książką

Opis

Po zdradzie, która zmieniła wszystko, Ava Russo znika na dwa lata, by wrócić silniejsza… i bardziej zdeterminowana niż kiedykolwiek, by się zemścić. Już nie szuka swojego miejsca – zamierza je sobie odebrać. Bez kompromisów. Bez litości.

U jej boku wiernie stoi Liam – lojalny, oddany i gotów zrobić dla niej wszystko. Nawet zapukać do drzwi, których nie powinno się nigdy otwierać.

Thomas Peterson nie powiedział jednak ostatniego słowa. Odsunięty od władzy i ścigający widmo tajemniczego gracza usiłującego namieszać na planszy interesów – ma tylko jeden cel. Odzyskać imperium… i Avę. Bo w jego rzeczywistości ona nigdy nie przestała do niego należeć.

Gdy kobieta w końcu wychodzi z cienia, uruchamia lawinę zdarzeń, której nie da się zatrzymać. Stare sojusze pękają, nowe rodzą się we krwi. A dawne uczucia, wspólny wróg, niedokończone sprawy i rosnąca obsesja splatają się w śmiertelnie niebezpieczną grę.

Bo w tym świecie nie kocha się bez konsekwencji. I nie odchodzi się bez kary.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 537

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



De­dy­ku­ję tę ksi­ążkę Two­je­mu we­wnętrz­ne­mu dziec­ku.

Przy­tul się cza­sa­mi.

Po­głaszcz po gło­wie i po­wiedz, że do­brze Ci idzie.

Bo tak wła­śnie jest, tyl­ko aku­rat dzi­siaj tego nie do­strze­gasz.

Ostrzeżenie autorskie

Wi­tam Cię po­now­nie. Je­stem za­chwy­co­na, że trzy­masz w rękach dru­gi tom se­rii Her Strength, bo to ozna­cza, że pierw­szy mu­siał Ci się spodo­bać – a to dla mnie naj­wi­ęk­szy suk­ces.

Wiesz już, na co się pi­szesz, jed­nak w tym to­mie Ava sta­nie przed no­wy­mi wy­zwa­nia­mi.

Dla przy­po­mnie­nia:

Przede wszyst­kim – to ro­mans ma­fij­ny. Okej, to już wie­my. Prze­moc – ka­żde­go ro­dza­ju. Ero­ty­ka – yes, sir. Wul­gar­no­ść, prze­kra­cza­nie gra­nic, tok­sycz­ne re­la­cje – mamy to wszyst­ko.

Do­dat­ko­wo w tym to­mie po­ru­szam te­mat han­dlu ży­wym to­wa­rem. Miej to na uwa­dze, je­śli je­steś oso­bą wra­żli­wą. Ma­ni­pu­la­cja i ob­se­sja wcho­dzą tu na zu­pe­łnie nowy po­ziom. Sce­ny zbli­żeń po­tra­fią wy­wo­ły­wać skraj­ne emo­cje. Mo­żesz się z nimi nie zga­dzać – masz do tego pe­łne pra­wo.

Ta hi­sto­ria jest fik­cją li­te­rac­ką. Re­la­cje, za­cho­wa­nia i emo­cje na­le­żą wy­łącz­nie do bo­ha­te­rów i nie sta­no­wią ani od­bi­cia mo­ich po­glądów, ani wzor­ca do na­śla­do­wa­nia.

Ksi­ążkę tę kie­ru­ję do osób, któ­re szu­ka­ją in­ten­syw­nych emo­cji i ode­rwa­nia od co­dzien­no­ści. Dla­te­go je­śli na któ­rym­kol­wiek eta­pie ze­chcesz ją odło­żyć, nie bój się tego zro­bić. Two­je zdro­wie jest naj­cen­niej­sze.

A je­śli do­trwasz do ostat­nie­go sło­wa z za­par­tym tchem: Nie wsty­dź się, skar­bie. Jest nas wi­ęcej.

Playlista

Hal­sey – Con­trol

Der­mot Ken­ne­dy – Po­wer Over Me

Chris Brown – Un­der The In­flu­en­ce

So­fia Karl­berg – Cra­zy In Love

Chris Grey – Let The World Burn

Ron Pope – A Drop In The Oce­an

Ca­mi­la Ca­bel­lo – Sha­me­less

SLOW­BURN – Do Me Har­der

Bry­ce Sa­va­ge – Con­trol

Chris Grey – Cold Blo­oded

Bil­lie Eilish feat. Kha­lid – Lo­ve­ly

Ru­el­le – War Of He­art

Jo­na­than Roy – Ke­eping Me Ali­ve

Pa­ris Pa­lo­ma – La­bo­ur

Prolog

Liam

Sześć miesięcy po odwołanym ślubie

Nie po­tra­fi­łem ode­rwać od niej wzro­ku, gdy pa­trzy­ła gdzieś po­nad ta­flę je­zio­ra. Od­kąd ją po­zna­łem, za­wsze mia­ła ten cha­rak­te­ry­stycz­ny wy­raz twa­rzy, gdy od­pły­wa­ła w da­le­kie re­jo­ny swo­je­go umy­słu – przy­gry­za­ła dol­ną war­gę, pod­kre­śla­jąc tym wro­dzo­ną zmy­sło­wo­ść.

Od mie­si­ęcy na­ma­wia­łem ją, żeby wy­szła z domu na dłu­żej niż te kil­ka mi­nut z pa­pie­ro­sem na ta­ra­sie. Wi­dzia­łem, jak ją to iry­tu­je, ale nie od­pusz­cza­łem. Po­dob­nie było z je­dze­niem i pi­ciem – prze­ko­na­nie tej upar­tej ko­bie­ty, że whi­sky nie za­stąpi wody, wy­ma­ga­ło cier­pli­wo­ści świ­ęte­go. Uda­ło się. Wy­gląda­ła le­piej i, choć ni­g­dy by tego nie przy­zna­ła, rów­nież czu­ła się le­piej. Do­strze­ga­łem to, szcze­gól­nie gdy rzu­ca­ła się w wir pra­cy.

Na po­cząt­ku trud­no było pa­trzeć, jak tra­ci kon­tro­lę i po­zwa­la za­tra­cić się w gnie­wie. Sta­ła się zim­na, po­zba­wio­na odro­bi­ny zro­zu­mie­nia. Wi­dzia­łem Avę w try­bie, któ­re­go wcze­śniej nie zna­łem – bez­li­to­sną, nie­mal me­cha­nicz­ną. Wte­dy za­czy­na­łem ro­zu­mieć, że to, jak dzia­łał jej oj­ciec, było je­dy­nie pre­lu­dium. Nie po­zwa­la­ła na błędy. Żad­nych ostrze­żeń, żad­nych roz­mów. Kto sta­nął jej na dro­dze, nie ro­bił kro­ku wi­ęcej. Po pro­stu. Ava mia­ła cel i nie wa­ha­ła się po­ci­ągnąć za spust, je­śli ktoś pró­bo­wał jej go za­sło­nić.

Wie­dzia­łem, że po­trze­bu­je cza­su. Nie do­cie­ra­ły do niej lo­gicz­ne ar­gu­men­ty, emo­cji nie ga­si­ła roz­mo­wa – ga­sił je upływ cza­su. Trze­ba było to prze­cze­kać. Sta­łem więc obok ka­żde­go dnia. Wsta­wa­łem o tej sa­mej po­rze i za­sy­pia­łem do­pie­ro, gdy ona pierw­sza za­my­ka­ła oczy. Kie­dy za­ry­wa­ła noce, ro­bi­łem to samo. Nie na­ci­ska­łem. Trwa­łem przy niej. Po­zwa­la­łem, by gniew wy­pa­lał się do cna. A gdy z pło­mie­ni zo­sta­ły je­dy­nie tlące się iskry, po­ma­ga­łem skie­ro­wać je tam, gdzie po­win­ny tra­fić – w Pe­ter­so­na.

Dło­nie same za­ci­ska­ły mi się w pi­ęści na myśl o tym czło­wie­ku. Gdy­by nie prze­ko­na­nie, że Ava musi to za­ko­ńczyć oso­bi­ście, już daw­no sam bym się nim za­jął. To była jego wina. Po­wta­rza­łem jej to za ka­żdym ra­zem, gdy tra­ci­ła cel z oczu. Kie­dy usi­ło­wa­ła roz­ła­do­wać zło­ść na kimś nie­win­nym, przy­po­mi­na­łem, kto jest praw­dzi­wym wro­giem i że wszyst­ko, co zże­ra ją od środ­ka, ma zo­sta­wić wła­śnie jemu.

Po­wiew wia­tru pod­wi­nął cien­ką bluz­kę, od­sła­nia­jąc frag­ment na­giej skó­ry Avy. Prze­łk­nąłem śli­nę. Od mie­si­ęcy z ni­kim nie spa­ła. Nie opusz­cza­ła po­se­sji, więc ła­two było to za­uwa­żyć. Prędzej czy pó­źniej to się zmie­ni, w ko­ńcu mia­ła sil­ny tem­pe­ra­ment – emo­cjo­nal­ny i fi­zycz­ny. Abs­ty­nen­cja do­bie­ga­ła ko­ńca. By­łem pe­wien, że dzień, w któ­rym pęk­nie, jest bli­sko. Wci­ąż pa­mi­ęta­łem tam­ten wie­czór, kie­dy rzu­ci­ła, że może to ja mó­głbym jej po­móc roz­ła­do­wać na­pi­ęcie. Ostat­ni raz pa­dły wte­dy po­dob­ne sło­wa. Pra­gnąłem jej od lat, ale trzy­ma­łem ręce przy so­bie. Wie­dzia­łem, że nie tędy dro­ga. Jej cia­ło ku­si­ło po­nad siły, jed­nak cho­dzi­ło o coś wi­ęcej niż fi­zycz­no­ść. Chcia­łem po­czuć ogień, któ­ry wy­bu­chł mi­ędzy nami przy pierw­szym po­ca­łun­ku. Zo­ba­czyć w jej oczach tę samą in­ten­syw­no­ść. Ma­rzy­łem, by chcia­ła mnie tak, jak ja jej. Jesz­cze bar­dziej – by mnie po­trze­bo­wa­ła. Nie z po­wo­du bólu czy sa­mot­no­ści. Mu­sia­ła zro­zu­mieć, że my dwo­je to coś wi­ęcej niż im­puls. Pa­so­wa­li­śmy do sie­bie na po­zio­mie, któ­ry zda­rza się tyl­ko raz w ży­ciu. By­łem jej osto­ją i ogniem jed­no­cze­śnie. Nie po­trze­bo­wa­ła ni­ko­go poza mną.

Chcia­łem być dla niej przy­ja­cie­lem, part­ne­rem i ko­chan­kiem. Dać jej to, cze­go za­pra­gnie, za­nim sama się zo­rien­tu­je, że już to ma. Mnie. Na za­wsze. Ca­łe­go. Tyl­ko dla sie­bie. Zro­bi­łbym dla niej wszyst­ko. Do­słow­nie. Ale wte­dy li­czy­ło się, by po­móc jej sta­nąć na nogi. Ule­czyć ją, na­wet je­śli upar­cie twier­dzi­ła, że to zbęd­ne. Gdy pró­bo­wa­łem do niej do­trzeć, mó­wi­ła, że nic już jej nie ru­sza, że w środ­ku czu­je je­dy­nie pust­kę. Nie wie­rzy­łem w to ani przez chwi­lę.

Do­strze­ga­łem błysk w oczach, gdy snu­ła pla­ny ze­msty. Iskier­kę ży­cia, któ­ra za­pa­la­ła się za ka­żdym ra­zem, gdy coś szło zgod­nie ze sce­na­riu­szem. Kącik jej ust uno­sił się le­d­wie za­uwa­żal­nie, gdy do­cie­ra­ły do­bre wie­ści. Cza­sem – rzad­ko, ale jed­nak – przy­ła­py­wa­łem ją, jak zer­ka­ła w moim kie­run­ku, sądząc, że nie pa­trzę. Oszu­ki­wa­ła samą sie­bie. Była zra­nio­na, a ta po­zor­na obo­jęt­no­ść sta­no­wi­ła tar­czę. Zbu­do­wa­ła mur – wy­so­ki, szczel­ny – lecz za­po­mnia­ła, że sto­imy po tej sa­mej stro­nie. I nie mo­gła się przede mną od­gro­dzić.

Po­zwo­li­łem jej wie­rzyć, że trzy­ma wszyst­ko pod kon­tro­lą. Że może mnie od­ci­ąć, je­śli tyl­ko ze­chce. Ro­zu­mia­łem, że to złu­dze­nie po­ma­ga jej prze­trwać, a tego, co było mi­ędzy nami… nie dało się wy­ci­szyć ani wy­przeć. Nie mu­sia­łem się spie­szyć. Mia­łem czas. Aż do tego dnia, kie­dy zo­ba­czy­łem, że wy­szła do ogro­du – z wła­snej woli. Wiatr igrał z jej wło­sa­mi, za­my­ka­ła oczy, po­zwa­la­jąc sło­ńcu pie­ścić skó­rę… I po­czu­łem, że dłu­żej nie wy­trzy­mam.

Ro­bi­łem to wcze­śniej – de­li­kat­nie. Drob­ne ge­sty. Mu­śni­ęcia ra­mion. Przy­pad­ko­we ze­tkni­ęcia dło­ni. Chcia­łem, by się przy­zwy­cza­iła. Aby nie za­po­mnia­ła, jak to jest, gdy ktoś jest bli­sko. Na­praw­dę trwa obok. Dzia­ła­łem tak, by moja obec­no­ść i cie­pło skó­ry ko­ja­rzy­ły się z czy­mś do­brym i bez­piecz­nym. Po wszyst­kim, co prze­szła, Ava wy­da­wa­ła się przy­par­ta do muru i mu­sia­łem trak­to­wać ją po­wo­li, cier­pli­wie. Nie osa­czać, nie przy­tła­czać. Oswo­ić. Nie chcia­łem, by in­stynkt obron­ny, do tej pory ra­tu­jący jej ży­cie, ka­zał od­trącić ta­kże mnie.

Zbli­ża­łem się ostro­żnie. Krok po kro­ku. Tak, by jej nie spło­szyć. Czu­łem się jak skra­da­jące się do ofia­ry zwie­rzę – choć w tym wy­pad­ku nie cho­dzi­ło o zdo­bycz, a o to, by nie utra­cić za­ufa­nia.

– Sły­szę cię – rzu­ci­ła, za­nim si­ęgnąłem jej ra­mie­nia.

– Nie sta­ra­łem się, żeby było ina­czej – skła­ma­łem bez mru­gni­ęcia.

– Ja­sne. Czu­łam twój wzrok.

Ob­sze­dłem ją i sta­nąłem na­prze­ciw­ko. Jej błękit­ne, tak do­brze mi zna­ne, spoj­rze­nie spo­tka­ło się z moim i jak za­wsze w ta­kich chwi­lach stra­ci­łem re­zon. Wra­ca­ła do ży­cia. Po­wo­li. A ja by­łem obok, by to uchwy­cić.

– Za­wsze mam cię na oku. To żad­na no­wo­ść.

Przy­si­ągłbym, że jej usta drgnęły, tłu­mi­ąc wkra­da­jący się na nie uśmiech. Dla mnie to był naj­wi­ęk­szy suk­ces. Mia­ła w so­bie coś, co po­tra­fi­ło roz­bro­ić ka­żde­go. Jed­nym ge­stem spra­wia­ła, że świat sta­wał się pi­ęk­niej­szy. Zro­bi­łem krok do przo­du i wy­ra­źnie ją tym za­sko­czy­łem. Te­raz dzie­li­ły nas za­le­d­wie cale. Pa­trzy­łem pro­sto w jej oczy, szu­ka­jąc re­ak­cji. Źre­ni­ce się roz­sze­rzy­ły, ale się nie cof­nęła. Unio­sła lek­ko gło­wę, utrzy­mu­jąc kon­takt wzro­ko­wy. Było w tym coś cho­ler­nie pod­nie­ca­jące­go, mu­sia­ła lek­ko za­drzeć bro­dę, by na mnie spoj­rzeć.

Pier­si uno­si­ły się w szyb­kim ryt­mie, a na od­sło­ni­ętym de­kol­cie po­ja­wi­ła się gęsia skór­ka. Le­d­wo się po­wstrzy­ma­łem, by nie mu­snąć tego miej­sca pal­ca­mi. Za­miast tego si­ęgnąłem do zam­ka kurt­ki. Po­wo­li, nie od­ry­wa­jąc od niej spoj­rze­nia, roz­pi­ąłem i zdjąłem ubra­nie, po czym otu­li­łem nim jej ra­mio­na. Nie pu­ści­łem. Trzy­ma­łem tak za­mkni­ętą, cze­ka­jąc, czy mnie ode­pchnie. Nie zro­bi­ła tego.

– Nie było mi zim­no – wy­szep­ta­ła.

– Więc cze­mu drżysz?

Prze­łk­nęła śli­nę i od­wró­ci­ła wzrok w stro­nę je­zio­ra, jak­by pró­bo­wa­ła za­trzy­mać sło­wa ci­snące się na usta. Nie chcia­łem stra­cić jej uwa­gi, więc po­ci­ągnąłem lek­ko za ma­te­riał kurt­ki, przy­ci­ąga­jąc ko­bie­tę bli­żej. Wy­ci­ągnęła ręce i za­trzy­ma­ła ten ruch, chwy­ta­jąc mnie obie­ma dło­ńmi za bio­dra. Za ka­żdym ra­zem, gdy to ona ini­cjo­wa­ła do­tyk, przez moje cia­ło prze­bie­gał dreszcz. Ma­rzy­łem, by po­czuć jej cie­pło na na­giej skó­rze, bez żad­nych prze­szkód.

– Liam…

– No co? – Po­chy­li­łem się i wy­szep­ta­łem do ucha: – Dbam o cie­bie.

Za­nim się wy­pro­sto­wa­łem, po­zwo­li­łem so­bie na odro­bi­nę wi­ęcej – za­ci­ągni­ęcie się słod­kim za­pa­chem. Za­mknąłem oczy, chło­nąc sub­tel­ną nutę brzo­skwi­ni zmie­sza­ną z czy­mś uni­kal­nym, tyl­ko jej. Kie­dy unio­słem po­wie­ki, za­uwa­ży­łem, że gęsia skór­ka wspi­ęła się wy­żej – tam, gdzie za­trzy­mał się mój od­dech. Tuż pod uchem. Po­wstrzy­ma­łem od­ru­cho­wy po­mruk. Re­ago­wa­ła tak na mnie, te­raz nie mia­łem wąt­pli­wo­ści.

Wy­pro­sto­wa­łem się i po­pa­trzy­łem na nią. Ucie­ka­ła ner­wo­wo wzro­kiem. Po­sta­no­wi­łem więc od­pu­ścić. Ro­bi­ła po­stępy. Za to na­le­ża­ła się na­gro­da, nie pre­sja. Jesz­cze nie czas, by rzu­cać ją na głębo­ką wodę. Po­pra­wi­łem za dużą na nią kurt­kę na jej ra­mio­nach i cof­nąłem się o krok. Za­uwa­ży­łem, jak au­to­ma­tycz­nie na­bra­ła głęb­sze­go wde­chu – przy­po­mi­na­jąc so­bie, że może od­dy­chać.

Kie­dy to wszyst­ko się sko­ńczy, nie zdo­ła beze mnie żyć.

Ava

Osiem miesięcy po odwołanym ślubie

– Wszyst­ko za­ła­twio­ne – oznaj­mi­ła Cor­ne­lia, wcho­dząc do ga­bi­ne­tu bez pu­ka­nia.

Tyl­ko trzy oso­by mo­gły so­bie na to po­zwo­lić. W za­sa­dzie dwie – Wil­lo­wi tyl­ko cza­sem od­pusz­cza­łam, kie­dy się za­po­mi­nał i z roz­pędu prze­kra­czał próg bez za­po­wie­dzi. Na­ucze­nie resz­ty od­po­wied­nich ma­nier nie za­jęło dłu­go. Wy­star­czy­ło, że je­den z pra­cow­ni­ków padł na zie­mię z dziu­rą w ko­la­nie po trze­cim kro­ku w moim kie­run­ku. Resz­ta szyb­ko zro­zu­mia­ła, że moje za­sa­dy nie są żar­tem. To było nie­dłu­go po tam­tym dniu. Wte­dy emo­cje wy­bu­cha­ły jak gra­na­ty. Obec­nie ra­dzi­łam so­bie z nimi znacz­nie le­piej. Naj­częściej.

Cor­ne­lia we­szła głębiej i po­ło­ży­ła na biur­ku czar­ną tecz­kę. Bez sło­wa po nią si­ęgnęłam. Dziew­czy­na sta­ła w ci­szy, cze­ka­jąc na moją re­ak­cję. Wy­jęłam pierw­szy do­ku­ment i za­częłam czy­tać. Wzrok prze­su­wał się po te­kście w pe­łnym sku­pie­niu. Z ka­żdym ko­lej­nym aka­pi­tem czu­łam ro­snące za­do­wo­le­nie. Unio­słam gło­wę. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły i wte­dy obie się uśmiech­nęły­śmy. Do­kład­nie to chcia­łam zo­ba­czyć. Choć był to do­pie­ro po­czątek, samo uru­cho­mie­nie ma­szy­ny po­wo­do­wa­ło dreszcz eks­cy­ta­cji. Ser­ce przy­spie­szy­ło, cia­ło przy­po­mnia­ło so­bie, po co jesz­cze funk­cjo­nu­je. Sens. To trzy­ma­ło mnie w pio­nie, wy­pe­łnia­ło pust­kę i ka­za­ło co­dzien­nie rano wsta­wać z łó­żka.

– Do­bra ro­bo­ta.

Ski­nęła gło­wą i ru­szy­ła w stro­nę drzwi. Od­kąd wpro­wa­dzi­łam ją do swo­je­go ży­cia, wszyst­ko na­bra­ło tem­pa. Jej obo­wi­ąz­ki ro­sły z ka­żdym ty­go­dniem, a ona nie tyl­ko nadąża­ła – ra­dzi­ła so­bie zna­ko­mi­cie. Wy­pe­łnia­ła po­le­ce­nia z za­an­ga­żo­wa­niem. Pa­so­wa­ła do mo­je­go świa­ta, jak­by się w nim uro­dzi­ła. Ob­ci­ążo­na zo­sta­ła ty­lo­ma spra­wa­mi, że zor­ga­ni­zo­wa­łam jej na­wet osob­ny ga­bi­net – miej­sce, gdzie mo­gła pra­co­wać bez zbęd­nych spoj­rzeń. Była jed­nym z klu­czo­wych ele­men­tów ukła­dan­ki. A ja, choć rzad­ko dzie­li­łam się prze­strze­nią, dba­łam, by szcze­gól­nie jej ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło.

Od­wró­ci­łam się w fo­te­lu i spoj­rza­łam na ka­na­pę, gdzie sie­dział Liam. Rów­nież był częścią pla­nu. Wła­ści­wie sta­no­wił jego fun­da­ment. Trwał przy mnie nie­prze­rwa­nie, na­wet wte­dy, gdy inni spusz­cza­li wzrok, nie po­tra­fi­ąc po­ra­dzić so­bie z moją… nie­sta­bil­no­ścią. Will i Cor­ne­lia byli ostro­żni, gdy na mo­ment tra­ci­łam nad sobą pa­no­wa­nie. Nie mia­łam im tego za złe – w ko­ńcu ka­żdy mógł obe­rwać ry­ko­sze­tem. Ale nie Liam.

Wspie­rał ka­żdą moją de­cy­zję, na­wet tę naj­bar­dziej ry­zy­kow­ną. Był opar­ciem. Znów stał się częścią mnie. Utrzy­my­wał na po­wierzch­ni, choć dłu­go nie chcia­łam tego przed sobą przy­znać. Jego nie­złom­no­ść i wia­ra we mnie nie mia­ły so­bie rów­nych.

Od pew­ne­go cza­su ży­li­śmy jak je­den or­ga­nizm. Gdy bu­dzi­łam się w pu­stym łó­żku, pierw­szą my­ślą było: Gdzie jest Liam?. Dzi­wi­ło mnie, że nie ma go obok w ka­żdej se­kun­dzie mo­je­go ży­cia. Jego obec­no­ść sta­ła się tak na­tu­ral­na, że chwi­le bez nie­go wy­da­wa­ły się… nie­pe­łne. To dzi­ęki nie­mu nie za­krztu­si­łam się wła­sną zgry­zo­tą. Może na­wet był je­dy­nym po­wo­dem, przez któ­ry wci­ąż od­dy­cha­łam.

Pod­nió­sł się z ka­na­py i ru­szył w moją stro­nę. Mó­wił do mnie ocza­mi, a ja od­po­wia­da­łam w mil­cze­niu. Im bli­żej pod­cho­dził, tym uwa­żniej ana­li­zo­wał moją twarz, szu­kał w niej od­po­wie­dzi, któ­rych nie chcia­łam ubrać w sło­wa. Był pi­ęk­ny. Często przy­ła­py­wa­łam się na tym, że do­ce­niam jego uro­dę w nowy spo­sób. Zbyt rzad­ko wte­dy my­śla­łam o czym­kol­wiek in­nym. Spra­wiał, że po­now­nie czu­łam krew krążącą w ży­łach. Jesz­cze nie­daw­no mia­łam wra­że­nie, że w środ­ku daw­no uma­rłam. Przy nim… nie by­łam wra­kiem. Nie by­łam mar­twa.

Kie­dy dzie­lił nas już tyl­ko krok, uklęk­nął na jed­no ko­la­no i po­ło­żył dło­nie po obu stro­nach mo­ich ud. Kie­dyś uni­kał ta­kich ge­stów. Nie czu­łam jed­nak w so­bie naj­mniej­sze­go sprze­ci­wu. Wręcz prze­ciw­nie – su­cho­ść w gar­dle.

– Wi­dzę, że je­steś bar­dzo za­do­wo­lo­na.

– Tak – wy­chry­pia­łam, a cia­ło na­pi­ęło się w ocze­ki­wa­niu.

Od­po­wie­dź do­ty­czy­ła wi­ęcej niż jed­ne­go py­ta­nia. By­łam za­do­wo­lo­na z prze­bie­gu pla­nu, z ru­chu na sza­chow­ni­cy… ale też z tego, w ja­kiej po­zy­cji znaj­do­wał się te­raz Liam. Uśmiech­nął się za­dzior­nie. Pod­nió­sł się lek­ko i po­chy­lił nade mną, zmu­sza­jąc, bym opa­dła ple­ca­mi na opar­cie fo­te­la. Dzie­lił nas je­dy­nie wspól­ny od­dech.

Zda­rza­ło się to co­raz częściej. Te­sto­wał mnie, ba­dał, jak da­le­ko może się po­su­nąć. A ja mu na to po­zwa­la­łam. Nie z po­wo­du sła­bo­ści, wręcz prze­ciw­nie. Chcia­łam tego. Nas – fi­zycz­nie. Wie­dzia­łam, że nie ist­nie­je już żad­na gra­ni­ca, któ­rej nie mo­gli­by­śmy ra­zem prze­kro­czyć. Tego dnia po­sta­wi­łam ko­lej­ny krok w stro­nę ze­msty i wie­dzia­łam, że je­stem go­to­wa na jesz­cze je­den – cho­ćby ten wi­szący wła­śnie w po­wie­trzu. Na­wet je­śli nie w pe­łni, to frag­ment mnie chciał, by to Liam był pierw­szy po…

Zro­zu­miał, że nie za­mie­rzam go za­trzy­mać. Po­chy­lił się jesz­cze ni­żej. Jego spoj­rze­nie prze­szy­ło mnie na wskroś, szu­ka­jąc śla­du wa­ha­nia. Nie zna­la­zło go. De­cy­zję pod­jął w se­kun­dę. Usta­mi opa­dł na moje. Za­mknęłam oczy, opla­ta­jąc ręce wo­kół jego szyi. Chwy­cił mnie za bio­dra i unió­sł z fo­te­la, sa­me­mu opie­ra­jąc się o kant biur­ka. Trzy­mał moc­no, nie za­mie­rza­jąc już ni­g­dy pu­ścić. Pod pal­ca­mi czu­łam na­pi­ęcie jego cia­ła, ale też de­li­kat­ne drże­nie – tak inne od jego co­dzien­nej, opa­no­wa­nej po­sta­wy.

Po­ca­łu­nek był na­tu­ral­ny. Jak wszyst­ko, co na­ra­sta­ło mi­ędzy nami mie­si­ąca­mi. Było mi do­brze, bez­piecz­nie. Czu­łam się ak­cep­to­wa­na – bez wa­run­ków. Wie­rzy­łam mu. W jego szcze­ro­ść. Przy nim nie mu­sia­łam ni­cze­go uda­wać ani kon­tro­lo­wać. Pra­gnął mnie, a ja jego. Usta od­na­la­zły wspól­ny, nie­spo­koj­ny rytm. Dło­nie ba­da­ły łap­czy­wie, jak­by­śmy la­ta­mi żyli w gło­dzie do­ty­ku. Daw­no nie czu­łam w so­bie tego pło­mie­nia. Od­de­chy wy­mknęły się spod kon­tro­li, a miej­sce de­cy­zji za­jęły in­stynk­ty.

Si­ęgnął do mo­jej bluz­ki i za­czął ją po­wo­li zdej­mo­wać. Nie po­wstrzy­ma­łam go. Wręcz prze­ciw­nie – po­zby­łam się sta­ni­ka. Gdy jego pal­ce tra­fi­ły na nagą skó­rę, dreszcz prze­szył mnie aż do ko­ści. Po­mo­głam mu zdjąć ko­szu­lę, a po­tem przy­lgnęłam do nie­go go­ły­mi pier­sia­mi. Jęk jego za­do­wo­le­nia utwier­dził mnie w prze­ko­na­niu, że je­ste­śmy w do­brym miej­scu.

– Two­ja skó­ra… – szep­tał. – Je­steś taka przy­jem­na.

Męskie dło­nie wędro­wa­ły po mnie po­wo­li i z uwa­gą. Zna­li­śmy się od dzie­si­ęciu lat, a do­pie­ro w tej chwi­li by­li­śmy tak bli­sko. Cia­ła pa­so­wa­ły do sie­bie. Ten sam rytm, ta sama tem­pe­ra­tu­ra.

Liam lek­ko za­drżał, gdy si­ęgnął do brze­gu mo­ich spodni. Zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­pi­ął gu­zik i wsu­nął dłoń pod bie­li­znę. Gdy do­tknął mnie po raz pierw­szy, od­chy­li­łam gło­wę, a z ust wy­rwa­ło się gło­śne wes­tchnie­nie. Nie pa­mi­ęta­łam, kie­dy ostat­nio czu­łam coś rów­nie in­ten­syw­ne­go. Nie ro­zu­mia­łam też, cze­mu tak dłu­go od­ma­wia­łam so­bie po­dob­nej bli­sko­ści. To było… uwal­nia­jące. Liam po­chy­lił się po­now­nie i po­łączył na­sze usta, nie prze­ry­wa­jąc piesz­czot. Chwy­ci­łam go moc­no za kark, bo świat wo­kół za­czął się chwiać, kręcić w prze­ciw­ną stro­nę. Ale on był ska­łą. Trzy­mał mnie pew­nie, gdy ja jęcza­łam mu w usta, sku­pio­na wy­łącz­nie na ru­chach jego pal­ców i wła­snej przy­jem­no­ści. Było w tym coś dzi­kie­go, a jed­no­cze­śnie czu­łe­go.

Or­gazm przy­sze­dł na­tych­miast i już wie­dzia­łam: miał ra­cję. Od po­cząt­ku wie­dział, że ra­zem stwo­rzy­my coś do­bre­go. Nie cze­kał, aż ochło­nę. Ob­ró­cił mnie i po­sa­dził na bla­cie biur­ka. Zsu­nął mi spodnie i bie­li­znę, a po­tem… po pro­stu przy­wa­rł ko­la­na­mi do zie­mi. Za­chłan­ny język do­pa­dł cip­kę, naj­bar­dziej wra­żli­we miej­sce. Opa­rłam dło­nie za sobą i krzyk­nęłam.

Klęczał mi­ędzy mo­imi no­ga­mi z nie­mal na­bo­żną czcią, ca­łko­wi­cie po­chło­ni­ęty za­da­niem. Pa­trzy­łam na nie­go i wie­dzia­łam, że wszyst­ko jest do­kład­nie ta­kie, ja­kie ma być. Na ko­la­nach wy­glądał… ide­al­nie. Było w tym coś ete­rycz­ne­go. Od­da­ny, sku­pio­ny, jak­by cze­kał na ten mo­ment od daw­na. Jak­by trzy­mał się na­dziei, że kie­dy już na­dej­dzie, będzie taki, jak w jego wy­obra­że­niach. Albo na­wet lep­szy.

Po­czu­łam ko­lej­ny szczyt, więc wplo­tłam pal­ce we wło­sy Lia­ma, przy­ci­ska­jąc go moc­niej do sie­bie. Gar­dło­we po­mru­ki, któ­re wy­da­wał, mie­sza­ły się z moim krzy­kiem roz­ko­szy i wy­pe­łnia­ły ga­bi­net. Za­mglo­ny wzrok, drżące cia­ło, uchy­lo­ne po­wie­ki – nie prze­sta­wał. Nie za­mie­rzał. Wstał i zło­żył na mo­ich ustach ko­lej­ny po­ca­łu­nek. Tym ra­zem sma­ko­wał mną – in­tym­nie.

– Pra­gnę w cie­bie we­jść.

Ski­nęłam gło­wą. Wy­star­czy­ło. Si­ęgnął do spodni i uwol­nił pe­ni­sa z ma­te­ria­łu. Gdy znów spoj­rza­łam mu w oczy, do­strze­głam, jak uwa­żnie ska­nu­je moje cia­ło. Zero chło­du czy oce­ny – tyl­ko za­chwyt.

– Je­steś prze­pi­ęk­na. Ide­al­na.

Z tyl­nej kie­sze­ni wy­jął port­fel, a z nie­go fo­lio­wą sa­szet­kę i ro­ze­rwał ją zęba­mi. Pa­trzy­łam, jak za­kła­da pre­zer­wa­ty­wę, a jego wzrok ani na mo­ment się ode mnie nie ode­rwał. Po­tem chwy­cił mnie moc­no za bio­dra i przy­ci­ągnął bli­żej. Po­kie­ro­wał twar­dym człon­kiem, aż w ko­ńcu… zna­la­zł się w środ­ku. W jego oczach nie było nic poza sku­pie­niem – nie ode­rwał wzro­ku od miej­sca, w któ­rym się łączy­li­śmy.

Za­gry­złam dol­ną war­gę. Mi­nęło dużo cza­su, od­kąd spa­łam z kim­kol­wiek. Czu­łam to. Ale nie bo­la­ło. Było do­brze. Gdy wsze­dł do ko­ńca, przy­ci­ągnął mnie moc­no, jak­by­śmy mu­sie­li jesz­cze pod­kre­ślić, że na­praw­dę je­ste­śmy ca­ło­ścią i nic nas już nie dzie­li. By­li­śmy złącze­ni pod ka­żdym mo­żli­wym względem. Czu­łam się… jak w domu. Tak do­brze, że łza spły­nęła po po­licz­ku. Ulga. Świa­do­mo­ść, że wci­ąż ist­nie­ję. Już nie tyl­ko jako cień sa­mej sie­bie.

Do­pó­ki Liam był obok, nie mu­sia­łam my­śleć o tym, co będzie da­lej.Wie­dzia­łam, że zo­sta­nie przy mnie bez względu na wszyst­ko. Nie po­zwo­li się roz­pa­ść. Po­mo­że do­pro­wa­dzić plan do ko­ńca.A kie­dy wszyst­ko się sko­ńczy, gdy ka­żdy ra­chu­nek zo­sta­nie wy­rów­na­ny, a ci, któ­rzy mnie skrzyw­dzi­li, znik­ną ze świa­ta… Może wte­dy na­praw­dę będę mo­gła po­wie­dzieć, że żyję.

Rozdział 1

Thomas

Obecnie

Ból gło­wy dud­nił mi w czasz­ce tak in­ten­syw­nie, że mia­łem ocho­tę sam so­bie strze­lić kul­ką w łeb. Od­bie­rał zdol­no­ść trze­źwe­go my­śle­nia i wy­sy­sał reszt­ki cier­pli­wo­ści, któ­re la­ta­mi od­kła­da­łem na cel kon­tak­tów z ro­dzi­ną. By­łem, kur­wa, na gra­ni­cy.

– Tho­mas, słu­chasz mnie?

Unio­słem brew w wy­mow­nie obo­jęt­nym ge­ście. Wik­tor za­mil­kł na uła­mek se­kun­dy, po czym kon­ty­nu­ował swój wy­kład, li­cząc za­pew­ne, że po­świ­ęcę mu choć odro­bi­nę uwa­gi. W ko­ńcu cała sala słu­cha­ła. On tego po­trze­bo­wał – ilu­zji zna­cze­nia. Dla mnie jego ga­da­nie było bez­war­to­ścio­we. My­ślał, że obec­na sy­tu­acja nada­ła jego sło­wom praw­dzi­wą wagę. W rze­czy­wi­sto­ści to było je­dy­nie pięć mi­nut… któ­re mia­ło się sko­ńczyć, za­nim je wy­ko­rzy­sta.

Ni­g­dy nie za­le­ża­ło mi na cu­dzej apro­ba­cie i nie za­mie­rza­łem uda­wać, że jest ina­czej. Ow­szem, ostat­nie wy­da­rze­nia spra­wi­ły, że część lu­dzi za­częła kwe­stio­no­wać moje de­cy­zje. Stra­ta Na­omi ude­rzy­ła we wszyst­kich. Nikt nie był na to przy­go­to­wa­ny, a jed­nak – sta­ło się. Wie­lu ob­wi­nia­ło za to mnie. W pew­nym sen­sie mie­li ra­cję, ale rów­nie do­brze mo­gli skie­ro­wać oska­rże­nia tam, gdzie na­le­ża­ło – na moją mat­kę. Na jej ob­se­syj­ną po­trze­bę kon­tro­li. Sa­mo­wol­kę. Brak re­spek­tu dla mo­ich de­cy­zji. Gdy­by trzy­ma­ła się pla­nu i po­zwo­li­ła mi dzia­łać, wci­ąż mo­gła­by być z nami. Ale nie, wie­dzia­ła le­piej.

I dla­te­go sie­dzia­łem te­raz w dusz­nej sali, oto­czo­ny lu­dźmi, któ­rych lo­jal­no­ść za­czy­na­ła się kru­szyć. Słu­cha­łem, jak Wik­tor od­gry­wa rolę wład­cy. Mia­łem ocho­tę ze­rwać się z miej­sca i za­ko­ńczyć ten cyrk, ale wie­dzia­łem, że mu­szę prze­cze­kać. Dla do­bra ca­łej struk­tu­ry – tym­cza­so­wo – ze­jść ze sce­ny. Nie sądzi­łem, że Wik­tor ma aż tak roz­wi­ni­ętą po­trze­bę wła­dzy. Może przez lata tłu­mił ją z bra­ku re­al­nych mo­żli­wo­ści awan­su, ale te­raz… So­dów­ka ude­rza­ła mu do łba w za­stra­sza­jącym tem­pie i choć krew mnie za­le­wa­ła, nie mo­głem nic zro­bić. Zo­sta­łem od­su­ni­ęty, ale mój czas na­dej­dzie. Wy­star­czy po­cze­kać, aż gów­niarz po­tknie się o wła­sne ego. Wte­dy będą mnie bła­gać, że­bym wró­cił na wła­ści­we miej­sce – na­le­żne mi nie tyl­ko z ty­tu­łu krwi, ale i przez wzgląd na ci­ężar do­świad­cze­nia. Za wszyst­ko, z cze­go re­zy­gno­wa­łem, co po­świ­ęca­łem i stra­ci­łem przez lata. Je­śli my­śle­li, że po­go­dzę się z od­su­ni­ęciem – my­li­li się. Wik­tor o tym wie­dział. Czuł to. Dla­te­go mó­wił do mnie w ten spo­sób, pró­bu­jąc coś udo­wod­nić nie tyl­ko oto­cze­niu, ale i so­bie.

– To te­raz słu­cham. Ma­cie dla mnie ja­kieś in­for­ma­cje? Je­gor? – Za­ko­ńczył swój przy­dłu­gi mo­no­log.

Si­wo­wło­sy, wiecz­nie opa­no­wa­ny mężczy­zna wstał od sto­łu. Naj­pierw spoj­rzał na mnie, co nie umknęło ni­czy­jej uwa­dze. Do­pie­ro po chwi­li prze­nió­sł wzrok na Wik­to­ra. Ukry­łem uśmiech, sa­tys­fak­cja była na­tych­mia­sto­wa. Nie wszy­scy prze­łk­nęli zmia­nę i to było pi­ęk­ne. Brat za­uwa­żył błąd, ale go zi­gno­ro­wał. Cze­kał na od­po­wie­dź.

– Wik­to­rze – za­czął, sta­ran­nie ak­cen­tu­jąc nowe po­rząd­ki – nie­ste­ty nie mamy po­stępów. Na­dal nie mo­że­my go na­mie­rzyć. To jak po­lo­wa­nie na marę sen­ną. Nikt nie wie, jak wy­gląda, skąd się wzi­ął ani kto mu po­ma­ga.

– Jak to jest, do cho­le­ry, mo­żli­we?! – ryk­nął, ude­rza­jąc dło­nią w stół. – Po­ja­wił się zni­kąd i od razu z ta­ki­mi kon­tak­ta­mi, że bez pro­ble­mu przej­mu­je ry­nek? Ni­g­dy w ży­ciu nie sły­sza­łem o żad­nym Co­le­ma­nie! Czło­wiek z ta­kim bu­dże­tem nie może być nie­wi­dzial­ny!

Je­gor opu­ścił wzrok, jak­by stół miał go ochro­nić przed gnie­wem no­we­go „przy­wód­cy”. Ja tym­cza­sem skrzy­żo­wa­łem ra­mio­na i mil­cza­łem, choć w du­chu przy­zna­łem Wik­to­ro­wi ra­cję. Co­le­man ude­rzał do­kład­nie tam, gdzie bo­la­ło naj­bar­dziej. Sys­te­ma­tycz­nie roz­bie­rał na części nasz do­ro­bek i nie ogra­ni­czał się do tych te­re­nów. Na wscho­dzie też czuć było jego obec­no­ść. Dzia­łał bez­li­to­śnie, bez zbęd­ne­go roz­gło­su. Je­śli sy­tu­acja się nie od­wró­ci, mo­że­my rów­nie do­brze spa­ko­wać się i wra­cać do oj­czy­zny, za­nim nie będzie już cze­go zbie­rać.

– Rus­so też do­pa­dł – wy­pluł brat, jak­by wy­ro­ko­wał nad tru­pem.

Sam dźwi­ęk jej na­zwi­ska w jego ustach wy­wo­łał we mnie od­ruch agre­sji, któ­ry le­d­wo stłu­mi­łem. Chcia­łem mu przy­ło­żyć – za ton, za spoj­rze­nie, za sam fakt, że o niej wspo­mi­nał. Ale nie mo­głem tego oka­zać. Mu­sia­łem po­zwo­lić mu ga­dać, uda­jąc, że nie robi na mnie żad­ne­go wra­że­nia. W środ­ku zło­ży­łem jed­nak obiet­ni­cę: po­ża­łu­je.

– To aku­rat nie było trud­ne – ode­zwał się Je­gor, pod­trzy­mu­jąc te­mat. – Rus­so od dwóch lat spa­da. Jej upa­dek jest kwe­stią cza­su. Ka­żdy, kto by się o to po­sta­rał, mó­głby prze­jąć reszt­ki.

– A jed­nak… coś się zmie­ni­ło – wtrącił nie­spo­dzie­wa­nie Di­mi­trij. – Do­szły mnie słu­chy, że ga­le­ria pa­nien­ki ma się po­now­nie otwo­rzyć.

Umy­sł na­tych­miast mi się wy­ostrzył. Ga­le­ria. Od dwóch lat sta­ła pu­sta. Nikt tam na­wet nie sprzątał. Wie­dzia­łem to – śle­dzi­łem ka­żdy szcze­gół. Jak coś ta­kie­go mo­gło mi umknąć?!

– A co nas ob­cho­dzi ja­kaś ga­le­ria? – prych­nął Wik­tor, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Niech so­bie sprze­da­ją, co chcą. Pew­nie ko­ńczą im się pie­ni­ądze i szu­ka­ją ra­tun­ku, gdzie się da.

Za­ci­snąłem pi­ęści pod sto­łem. Idio­ta. Nie miał po­jęcia, o czym mówi. Nie znał jej, a już na pew­no nie ro­zu­miał, co może ozna­czać po­now­ne funk­cjo­no­wa­nie ga­le­rii. To żad­na zwy­kła dzia­łal­no­ść. To sym­bol. Za­wie­sze­nie pra­cy było wska­zów­ką – ci­chą, ale wy­ra­źną – a po­now­ne otwar­cie mo­gło zna­czyć, że wra­ca. Że się pod­nio­sła.

– Sko­ro nie ma­cie dla mnie żad­nych in­for­ma­cji, ko­ńczy­my spo­tka­nie – rzu­cił mój brat, wła­śnie lek­ce­wa­żąc coś klu­czo­we­go.

Krze­sła zgrzyt­nęły o podło­gę. Lu­dzie wsta­wa­li, roz­ma­wia­jąc pó­łgło­sem. Też chcia­łem opu­ścić to dusz­ne po­miesz­cze­nie. Mu­sia­łem się do­wie­dzieć, ja­kim cu­dem tak wa­żna in­for­ma­cja nie le­ża­ła jesz­cze na moim biur­ku. Bo­ris miał jed­no za­da­nie: ob­ser­wo­wać. Cały czas. To była jego pie­przo­na pra­ca i ocze­ki­wa­łem ra­por­tów bez luk.

– Ty zo­stań.

Usły­sza­łem głos Wik­to­ra do­kład­nie w chwi­li, gdy mia­łem prze­kro­czyć próg. Za­ci­snąłem po­wie­ki. Nie­na­wi­dzi­łem tego uczu­cia – że ten dzie­ciak w ogó­le ma pra­wo mnie za­trzy­mać. Wci­ągnąłem głębo­ko po­wie­trze, za­mknąłem drzwi, po czym od­wró­ci­łem się z obo­jęt­ną miną. Stał opar­ty o kant biur­ka, z ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na tor­sie. Pa­trzył mi pro­sto w oczy, a ja nie od­wró­ci­łem wzro­ku. Ru­szy­łem w jego kie­run­ku – bli­żej, niż po­zwa­la­ły za­sa­dy. Ka­żdy krok był ce­lo­wy.

Niech pa­mi­ęta, kto jest górą.

Za­dzia­ła­ło. Zo­ba­czy­łem, jak na­pi­na­ją mu się mi­ęśnie i lek­ko drga­ją ra­mio­na. Pró­bo­wał to ukryć. Przed ze­bra­ny­mi mógł od­gry­wać wiel­kie­go przy­wód­cę, lecz te­raz stał tam wy­łącz­nie jako prze­stra­szo­ny brat, któ­ry wie, że gra po­nad swo­je mo­żli­wo­ści.

– Od­suń się – wark­nął.

Uśmiech­nąłem się kątem ust. Mały gest, ale wy­star­cza­jąco czy­tel­ny. Sym­bo­licz­ny triumf. Cof­nąłem się o krok. Uzna­łem, że jesz­cze przyj­dzie jego ko­lej.

– Masz ja­kiś po­my­sł, jak wy­jść z tego ba­gna?

A więc jed­nak. Prych­nąłem.

– Py­tasz mnie o radę? Swo­je­go pa­cho­łka? – Prze­ci­ągnąłem sło­wa.

Ode­pchnął się od biur­ka i wy­pro­sto­wał. Przy­jął pozę bo­jo­wą, ale w oczach wci­ąż wi­dzia­łem błysk nie­pew­no­ści.

– To two­ja wina – wy­ce­dził. – Po­zy­cja ro­dzi­ny. Cały ten bur­del. Gdy­byś trzy­mał się usta­leń, nie mie­li­by­śmy pro­ble­mu.

Zbli­żył się o krok.

– Dla­te­go py­tam, Tho­mas, masz ja­kiś po­my­sł, jak to wszyst­ko na­pra­wić?

„Gdy­byś trzy­mał się usta­leń”… do­bre so­bie. To ja by­łem usta­le­niem. To ja wy­zna­cza­łem kie­ru­nek. Oni mie­li słu­chać, a po­sta­no­wi­li wszyst­ko roz­je­bać. Ich wąskie my­śle­nie… upór Na­omi. Gdy­by nie ona… Mia­łbym wszyst­ko. Ją.

– Nie za­czy­naj gry, któ­rej nie je­steś w sta­nie wy­grać – rzu­ci­łem chłod­no i mi­nąłem go, kie­ru­jąc się do okna.

Z ga­bi­ne­tu roz­ci­ągał się wi­dok na park sta­no­wy w Sa­cra­men­to. Tłu­my – roz­ma­wia­jące, bie­ga­jące, śmie­jące się. Świat to­czył się da­lej, nie ma­jąc po­jęcia, ile bru­du i zgni­li­zny kry­je to szkla­ne mon­strum, w któ­rym sta­li­śmy. Cza­sa­mi mia­łem ocho­tę tam ze­jść. Za­nu­rzyć się w ich nor­mal­no­ści, choć na chwi­lę.

– Trze­ba zna­le­źć Co­le­ma­na i go usu­nąć – po­wie­dzia­łem krót­ko.

Nowy gracz, któ­ry wcho­dzi na two­je te­ry­to­rium i dyk­tu­je wła­sne za­sa­dy? Przy­po­mi­na mu się, czy­je to mia­sto.

– To będzie two­je za­da­nie, Tho­mas – oznaj­mił. – Ty to spie­przy­łeś, więc też na­pra­wisz.

Od­wró­ci­łem się po­wo­li. Stał wy­pro­sto­wa­ny, ka­mien­na twarz, a w oczach – ulga. Wresz­cie od­wa­żył się po­wie­dzieć coś, co dła­wi­ło go od ty­go­dni. De­cy­zja za­pa­dła, a ja nie mia­łem wy­bo­ru. W środ­ku jed­nak już za­czy­na­ło wrzeć. Jak zła­pać ko­goś, kto ma nie­uchwyt­ny na­wet cień? Nasi lu­dzie ni­cze­go nie zna­le­źli. Zero. Co­le­man był jak wiatr, a ja mia­łem go do­pa­ść go­ły­mi ręka­mi?

Przy­tak­nąłem. Wy­star­cza­jąco ja­sno. Zro­zu­mia­łem. Znaj­dę go. Usu­nę. Coś wy­my­ślę. W ko­ńcu na­zy­wam się Tho­mas Pe­ter­son.

– Wi­dzia­łem, jak ci się oczy za­świe­ci­ły na wzmian­kę o Rus­so – rzu­cił z ja­do­wi­tym uśmiesz­kiem. – Wiesz, że je­śli znów za­czniesz ją pie­przyć, mo­żesz za­po­mnieć o miej­scu w hie­rar­chii. Prze­kre­ślisz wszyst­ko.

Chciał, by to za­brzmia­ło jak ostrze­że­nie, ale dla mnie jego sło­wa były wy­zwa­niem. Nie od­po­wie­dzia­łem.

– Nie że­bym na to nie li­czył… Ale na ra­zie je­steś mi po­trzeb­ny. Więc trzy­maj ku­ta­sa na wo­dzy i się z nią nie kon­tak­tuj.

Za­ci­snąłem zęby tak moc­no, że ich ból pul­so­wał mi w skro­niach.

– Ona za­bi­ła na­szą mat­kę – do­dał z te­atral­ną ma­nie­rą.

– A wy Mar­ka – prze­rwa­łem mu ostro. – Wszyst­ko ma swo­je kon­se­kwen­cje, Wik­to­rze. Ka­żdy je po­no­si. Bez wy­jąt­ku.

Wbił we mnie wzrok – ci­ężki, oce­nia­jący.

– Pa­mi­ętaj, po któ­rej stro­nie sto­isz. Komu je­steś lo­jal­ny.

Rzu­ci­łem się na nie­go bez chwi­li za­wa­ha­nia. Wi­dzia­łem już jego twarz pod moją pi­ęścią, czu­łem sa­tys­fak­cję, jaką da­łby mi dźwi­ęk ła­ma­nia mu nosa. Trud­no stwier­dzić, co mnie po­wstrzy­ma­ło. Może świa­do­mo­ść, że zro­bie­nie mu krzyw­dy by­ło­by za ła­twe i zbyt szyb­kie. Nie za­słu­żył, żeby sko­ńczyć tak pro­sto. Za­trzy­ma­łem się o krok, cały spi­ęty, z gnie­wem bu­zu­jącym pod skó­rą.

– Za­wsze by­łem, kur­wa, lo­jal­ny – wark­nąłem mu pro­sto w twarz.

On rów­nież się wy­pro­sto­wał. W oczach iskrzył się czy­sty gniew.

– Ta suka na­mie­sza­ła ci w gło­wie – syk­nął. – Stra­ci­łeś ro­zum. My­ślisz tyl­ko ku­ta­sem. O ile w ogó­le jesz­cze nim my­ślisz. So­phia się ska­rży­ła, że daw­no jej do sie­bie nie za­pra­sza­łeś. – Mach­nął ręką i od­su­nął się w bok.

I do­brze. By­łem se­kun­dę od tego, żeby rzu­cić się na nie­go i zo­ba­czyć, ile wy­trzy­ma ten jego piz­do­wa­ty kark. Nie­wa­żne, co dzia­ło się w prze­szło­ści – nikt, kur­wa, nie miał pra­wa mó­wić o Avie w ten spo­sób.

– Dam ci tyl­ko jed­ną radę. – Wy­ce­lo­wał we mnie pal­cem. – Nie wcho­dź dru­gi raz do tej sa­mej rze­ki, Tho­mas. Bo tym ra­zem mo­żesz z niej nie wy­pły­nąć.

Od­wró­cił gło­wę – znak, że sko­ńczył. Za­ci­snąłem pi­ęści tak moc­no, że aż zdrętwia­ły mi pal­ce. Skie­ro­wa­łem się bez sło­wa do wy­jścia. Nie trza­snąłem drzwia­mi, nie za­mie­rza­łem dać mu tej sa­tys­fak­cji. Win­da zje­cha­ła szyb­ko na moje pi­ętro, ko­ry­ta­rzem sze­dłem jak ta­ran, a mi­ja­ni pra­cow­ni­cy na­tych­miast spusz­cza­li wzrok. Słusz­nie. Tego dnia mo­głem być ich pier­do­lo­nym kosz­ma­rem.

Wsze­dłem do ga­bi­ne­tu, za­mknąłem drzwi i si­ęgnąłem po te­le­fon. Bo­ris. Mia­łem w chu­ju rady Wik­to­ra. Ten dzie­ciak nie ogar­niał na­wet po­ło­wy tego, co się na­praw­dę dzia­ło. Ale – zu­pe­łnie nie­świa­do­mie – po­mó­gł. Pod­rzu­cił po­my­sł. Iskra za­pa­li­ła się w gło­wie i wy­star­czy­ła, żeby resz­ta za­częła pło­nąć. Po dwóch sy­gna­łach w słu­chaw­ce ode­zwał się głos:

– Słu­cham, sze­fie.

– To ra­czej ja słu­cham – wark­nąłem. – Masz coś dla mnie? Bo wła­śnie się do­wie­dzia­łem cze­goś, co dziw­nym tra­fem nie po­cho­dzi od cie­bie. – Prze­ci­ągnąłem ci­szę tak, żeby po­czuł ci­ężar ka­żde­go sło­wa. – Więc po­wiedz mi, że już idziesz. I że za chwi­lę sta­niesz w moim ga­bi­ne­cie z pe­łnym ra­por­tem. Bo je­śli nie… to le­piej, że­byś miał wy­mów­kę, któ­rą ku­pię.

– Je­stem już w dro­dze.

– Świet­nie. – Roz­łączy­łem się.

Ob­sze­dłem biur­ko i opa­dłem na fo­tel. Opar­cie ob­jęło mnie jak sta­ry wróg – wy­god­ne, ale przy­po­mi­na­jące, jak dłu­go w nim tkwię. Si­ęgnąłem do szu­fla­dy po bli­ster z ta­blet­ka­mi. Dwie prze­ciw­bó­lo­we po­pi­łem so­lid­nym hau­stem whi­sky, któ­ra – jak za­wsze – cze­ka­ła na rogu bla­tu. Gład­ko spły­nęła po gar­dle.

Mu­sia­łem się sku­pić. Nowe oko­licz­no­ści. Ruch w mar­twym punk­cie. Po raz pierw­szy od daw­na coś się dzia­ło i to wy­star­czy­ło, żeby po­czuć zna­jo­me mro­wie­nie w dło­niach. Krew przy­spie­szy­ła. W klat­ce pier­sio­wej roz­la­ła się ener­gia. Od dwóch lat pil­no­wa­łem tej ko­bie­ty. Nie – „pil­no­wa­łem” to zbyt sła­be sło­wo. To było czu­wa­nie. Dłu­gie. Cze­ka­łem, aż wyj­dzie, aż ten upar­ty, za­dar­ty no­sek wy­chy­li się z nory. Po­ja­wi się na moim ra­da­rze. I co wte­dy?

Nie wie­dzia­łem, co zro­bię, gdy znów ją zo­ba­czę. Ale mia­łbym mo­żli­wo­ść zro­bie­nia cze­go­kol­wiek, a dla mnie – to już było wszyst­ko. Na dwa lata za­mknęła się w swo­jej twier­dzy i nie opu­ści­ła jej ani na se­kun­dę. Żad­ne­go spa­ce­ru. Przy­pad­ko­we­go spo­tka­nia. Pod­ró­ży. Czło­wiek, któ­ry znik­nął ze świa­ta, ale któ­re­go obec­no­ść wci­ąż czu­łem pod skó­rą. Wy­mie­ni­ła całą za­ło­gę. Ka­żde­go, kogo zna­łem, kogo mo­głem ru­szyć. Od­ci­ęła mnie od ja­kiej­kol­wiek nit­ki. Wszyst­ko, co się dzia­ło, dzia­ło się na jej za­sa­dach. W jej po­sia­dło­ści. Wpusz­cza­ła tyl­ko wy­bra­nych – tych, któ­rym ufa­ła bez­gra­nicz­nie. Z ze­wnątrz? Nie do prze­jścia.

Nu­me­ry te­le­fo­nów za­strze­żo­ne tak, że na­wet ja nie mo­głem się prze­bić. Zro­bi­ła to spe­cjal­nie. Wie­dzia­łem to. Ka­żdy za­mek, ha­sło, za­sa­da były wy­mie­rzo­ne we mnie. Cała ta izo­la­cja była tar­czą prze­ciw­ko moim rękom. Wie­dzia­ła, że gdy­by zo­sta­wi­ła cho­ćby naj­mniej­szą lukę, szpa­rę w drzwiach, wśli­zgnąłbym się przez nią na­tych­miast i ni­g­dy już bym nie wy­sze­dł.

Cze­ka­łem dwa pier­do­lo­ne lata. Na co­kol­wiek. Znak. Ruch. Na zmia­nę po­zwa­la­jącą mi ru­szyć z miej­sca.Dla­cze­go wła­śnie te­raz? Czy my­śla­ła, że już mnie nie ob­cho­dzi? Że po ta­kim cza­sie prze­sta­łem się in­te­re­so­wać? Że za­po­mnia­łem? A może to ona za­po­mnia­ła o mnie? Może się wy­le­czy­ła? Może już nie tęsk­ni, nie czu­je, nie my­śli…

Co ro­bi­ła przez ten czas w swo­im pie­przo­nym pa­ła­cu mil­cze­nia? Czy wresz­cie się po­zbie­ra­ła po stra­cie ojca? Czy może zwy­czaj­nie nie wy­trzy­ma­ła ci­szy? Je­śli sądzi­ła, że jej po­wrót przej­dzie bez echa, była głu­pia. Od dwóch lat tyl­ko na to cze­ka­łem. Co­dzien­nie o niej my­śla­łem. Śni­ła mi się nie­mal ka­żdej nocy. Chcia­ła, że­bym znik­nął? Znik­nąłem. Da­łem jej spo­kój. Na dwa dłu­gie lata, ale ko­niec. Jej urlop ode mnie wła­śnie się sko­ńczył.

Pu­ka­nie do drzwi prze­rwa­ło po­tok my­śli. Po chwi­li wsze­dł Bo­ris. Bez sło­wa po­ło­żył na biur­ku ko­per­tę.

– Mów.

– Pan­na Rus­so opu­ści­ła te­ren po­se­sji.

Przy­mknąłem po­wie­ki, zwie­si­łem gło­wę i po­zwo­li­łem, by usta wy­gi­ęły się w mrocz­nym uśmie­chu.

No tak, skar­bie… W ko­ńcu się wy­chy­li­łaś. Dwa lata cho­wa­nia się przede mną, a te­raz sama wyj­dziesz mi na­prze­ciw. Będziesz mu­sia­ła po­nie­ść kon­se­kwen­cje. Obie­cu­ję.

Po­ki­wa­łem lek­ko gło­wą, roz­ba­wio­ny, i za­śmia­łem się krót­ko ni­skim, wil­czym śmie­chem.

– Ogło­szo­no wzno­wie­nie dzia­łal­no­ści ga­le­rii. W tym celu się tam uda­ła – mó­wił da­lej. – W ko­per­cie są zdjęcia, któ­re uda­ło mi się zro­bić, gdy wy­sia­da­ła z auta pod ma­ga­zy­nem.

Wi­dzia­łem, że po­ru­szył się nie­spo­koj­nie, ale zi­gno­ro­wa­łem to. Całą uwa­gę sku­pi­łem na ko­per­cie. Wzi­ąłem ją do rąk i przez mo­ment tyl­ko gła­dzi­łem kra­wędź pal­ca­mi, jak­bym do­ty­kał skó­ry ko­bie­ty. Jak wte­dy, kie­dy trzy­ma­łem ją po raz ostat­ni. Gdy­bym wie­dział, że tak dłu­go jej nie zo­ba­czę… nie po­zwo­li­łbym jej ode­jść. Nie od­da­łbym Avy świa­tu. Zo­sta­ła­by ze mną – na mo­ich za­sa­dach. Na­zna­czo­na tak, by żad­na uciecz­ka nie mia­ła sen­su.

Pal­ce lek­ko za­drża­ły, gdy wresz­cie ro­ze­rwa­łem ko­per­tę. Dwa lata. Czy jej wło­sy wci­ąż są tak dłu­gie, że mó­głbym je owi­nąć wo­kół nad­garst­ka? Czy cia­ło na­dal ma te same li­nie? Wzi­ąłem głębo­ki wdech i wy­jąłem czte­ry zdjęcia.

To, co na nich zo­ba­czy­łem, ude­rzy­ło jak pre­cy­zyj­ny cios w skroń. Tak na­gły, że pi­ęść sama opa­dła mi na blat. Ci­ężki huk prze­szył ci­szę, a szklan­ka z whi­sky pod­sko­czy­ła, roz­le­wa­jąc kil­ka kro­pli bursz­ty­no­we­go pły­nu. Wpa­try­wa­łem się w fo­to­gra­fie, a w polu wi­dze­nia za­częła pul­so­wać czer­wień. Ser­ce wbi­ło się w że­bra. Zęby za­trza­snęły się w że­la­znym uści­sku, a ka­żdy mi­ęsień na­pi­ął jak stru­na go­to­wa pęk­nąć. Tyl­ko czte­ry fo­to­gra­fie wy­star­czy­ły, by zło­żyć z nich pie­przo­ną hi­sto­rię.

Pierw­sza. Kun­del – nie, nie fa­cet – stoi przy otwar­tych drzwiach pa­sa­że­ra i wy­ci­ąga rękę. Za głębo­ko. Pa­trzy z taką uwa­gą, ja­kiej ża­den obcy nie po­wi­nien jej po­świ­ęcać.

Dru­ga. Jego dłoń opla­ta drob­ną rękę. Rękę mo­jej ko­bie­ty. Na jej no­gach bez­bo­żnie ob­ci­słe je­an­sy i szpil­ki tak wy­so­kie, że aż grzech na nie pa­trzeć. Czar­na, skó­rza­na kurt­ka pod­kre­śla wszyst­ko, co po­win­na. Dłu­gie, roz­wia­ne wło­sy za­kry­ły twarz – jak­by wie­dzia­ła, że pa­trzę. Jak­by pró­bo­wa­ła mnie oszu­kać. A ten pies? Gapi się na nią za­cza­ro­wa­ny – chy­ba mu się przy­wi­dzia­ło, że ma do niej ja­kie­kol­wiek pra­wo.

Trze­cia. Idą w stro­nę we­jścia do ma­ga­zy­nu. On na­dal trzy­ma jej rękę. Nie pusz­cza. Dru­gą obej­mu­je wąską ta­lię. Bli­sko. Za bli­sko. A ona… mu na to po­zwa­la.

Czwar­ta. Klucz w zam­ku. Jego ręce po bo­kach za­ka­za­ne­go mu cia­ła, jesz­cze bli­żej – tak, że mi­ędzy nimi zo­sta­je tyl­ko wspo­mnie­nie po­wie­trza.

Tak moc­no ści­snąłem fo­to­gra­fie, że po­czu­łem, jak pa­pier marsz­czy się i pod­da­je. Mia­łem ocho­tę wy­rwać tego psa ze zdjęć, z tych ka­drów, i po­ła­mać ka­żdy pie­przo­ny pa­lec, któ­rym jej do­ty­kał. Nie po­trze­bo­wa­łem ko­lej­ne­go zdjęcia, wie­dzia­łem, co sta­ło się po­tem. I ta wie­dza… pier­do­lo­na pew­no­ść… spra­wi­ła, że mia­łem ocho­tę za­bić. Nie byle kogo – jego. A po­tem wszyst­kich, któ­rzy cho­ćby się do niej zbli­ży­li.

Wsta­łem z fo­te­la i pod­sze­dłem do okna. Raz, dru­gi, trze­ci ude­rzy­łem pi­ęścią w szy­bę. Skur­wy­sy­ńsko gru­be szkło na­wet nie drgnęło, tyl­ko za­bru­dzi­ło się krwią z pęk­ni­ętej skó­ry na kost­kach. Nie czu­łem bólu, a fu­rię. Za­cząłem krążyć po ga­bi­ne­cie jak zwie­rzę za­mkni­ęte w klat­ce, szu­ka­jąc cze­go­kol­wiek, co mo­gło­by mnie uspo­ko­ić. Cia­ło drża­ło, ser­ce wa­li­ło jak mło­tem, a umy­sł pło­nął.

Ja pier­do­lę. Tak wła­śnie spędzi­ła te dwa lata? Pie­prząc się z tym kun­dlem?! Wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem był usu­nąć go pierw­sze­go dnia. Ale nie, chcia­łem jej oszczędzić bólu. Idio­ta. Sko­ńczo­ny idio­ta. Da­wa­łem mu wy­star­cza­jąco wy­ra­źnie do zro­zu­mie­nia, że ma się trzy­mać z da­le­ka.

To ża­ło­sna na­miast­ka fa­ce­ta – bez cha­rak­te­ru, krzty te­sto­ste­ro­nu. Co ona z nim, do cho­le­ry, robi? Czy aż tak bar­dzo do­tknęła ją moja nie­obec­no­ść, że mu­sia­ła po­słu­żyć się nim jak pro­te­zą? Po to, żeby ja­koś prze­trwać? Tyl­ko tak mo­głem to so­bie wy­tłu­ma­czyć, bo on nie był w sta­nie dać jej na­wet ułam­ka tego, cze­go na­praw­dę po­trze­bu­je. Śmiesz­na pró­ba za­stąpie­nia mnie – jej praw­dzi­we­go part­ne­ra. Za­po­mnia­ła o tym? Wy­pa­rła to z gło­wy? Naj­wy­ra­źniej zbyt ła­god­nie jej to ostat­nim ra­zem wy­ja­śni­łem. Cóż, pora odświe­żyć pa­mi­ęć.

Rozdział 2

Liam

Czu­łem na­pi­ęcie w ca­łym cie­le. Niby nic jej nie za­gra­ża­ło, a jed­nak… przy­zwy­cza­iłem się, że by­li­śmy tyl­ko we dwo­je – za­mkni­ęci w po­sia­dło­ści. Ka­żde­go dnia mo­głem sku­piać się wy­łącz­nie na uko­cha­nej. Na jej ru­chach. Ge­stach. Od­de­chu. Wszyst­kie my­śli, całe ży­cie – krąży­ły wo­kół Avy. Nic nie mo­gło za­kłó­cić tej mi­sji. Ni­czym koń z klap­ka­mi na oczach. Co­kol­wiek dzia­ło się do­oko­ła, prze­sta­wa­ło mieć zna­cze­nie. Li­czy­ła się tyl­ko ona.

Wie­dzia­łem, że ten dzień kie­dyś na­dej­dzie. Sam go na­wet pró­bo­wa­łem przy­bli­żyć. Ma­rzy­łem, żeby wy­szła do lu­dzi, ale te­raz… sam nie wie­dzia­łem, czy je­stem na to go­to­wy. Nie chcia­łem się nią dzie­lić ze świa­tem. Żeby kto­kol­wiek na nią pa­trzył tak jak ja. Do tej pory ob­ser­wo­wa­łem tyl­ko ją, te­raz mu­sia­łem mieć na uwa­dze wszyst­kich. Może to na­do­pie­ku­ńczo­ść. Prze­sa­da. Ale ona była moim oczkiem w gło­wie i nie po­tra­fi­łem ina­czej. Mu­sia­łem ją chro­nić.

Ża­ło­wa­łem tak dłu­gie­go zwle­ka­nia, za­nim się do niej zbli­ży­łem. Czas prze­le­ciał mi przez pal­ce szyb­ciej, niż zdąży­łem to uchwy­cić. Te­raz czu­łem nie­do­syt. Chcia­łem, by­śmy byli tyl­ko dla sie­bie jesz­cze choć tro­chę dłu­żej. Ty­dzień. Mie­si­ąc. Ale praw­da była taka, że na­wet gdy­bym spędził z nią te dwa lata, nie wy­cho­dząc z łó­żka, i tak czu­łbym pust­kę. Bo przy niej za­wsze mam wra­że­nie, że jest jej za mało.

By­li­śmy wła­śnie w ga­le­rii. Ava przy­go­to­wy­wa­ła wnętrze do po­now­ne­go otwar­cia. Ka­żde z po­miesz­czeń po­wo­li od­zy­ski­wa­ło daw­ny blask. Nie po­ja­wia­li­śmy się tu od dwóch lat i szcze­rze się zdzi­wi­łem, kie­dy po­wie­dzia­ła, że nad­sze­dł czas, by to miej­sce obu­dzić. Pra­co­wa­ła jak mrów­ka. Wo­kół niej krząta­li się pra­cow­ni­cy sta­ra­jący się do­trzy­mać jej kro­ku. Tęsk­ni­ła. Z ka­żde­go ru­chu ema­no­wa­ło pod­eks­cy­to­wa­nie. Trud­no było ode­rwać od niej wzrok, ko­cha­ła te ścia­ny całą sobą. Oczy błysz­cza­ły, po­licz­ki mia­ły zdro­wy ru­mie­niec – daw­no jej ta­kiej nie wi­dzia­łem. Oczy­wi­ście, jak to ona, do­kład­nie za­pla­no­wa­ła wiel­ką me­ta­mor­fo­zę ka­żdej sali. Sło­wo „wiel­ką” to jej okre­śle­nie, ja na­to­miast czu­łem się jak dal­to­ni­sta, kie­dy po­ka­za­ła mi prób­ki farb. Nie wi­dzia­łem żad­nej ró­żni­cy mi­ędzy zwy­kłą bie­lą a bie­lą we­nec­ką, któ­ra mia­ła tu za­go­ścić. Nie po­wie­dzia­łem jej tego – nie chcąc ba­ga­te­li­zo­wać tych szcze­gó­łów, któ­re, jak się oka­za­ło, były sza­le­nie istot­ne.

Nowa wy­kła­dzi­na, ży­ran­do­le, drzwi. Mnó­stwo mi­ni­ma­li­stycz­nych do­dat­ków po­wo­li na­da­jących ga­le­rii zna­jo­my, a jed­no­cze­śnie odświe­żo­ny cha­rak­ter. To wszyst­ko mia­ło głęb­sze zna­cze­nie, bo to jej po­wrót. Nie tyl­ko jako wła­ści­ciel­ki zna­nej ga­le­rii sztu­ki, ale ta­kże ko­bie­ty, któ­ra po dłu­giej ci­szy po­now­nie daje o so­bie znać świa­tu. Nie by­łem pe­wien, co ten krok nam przy­nie­sie. Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że nie będzie to nic nie­bez­piecz­ne­go.

Ava kuc­nęła przy elek­trycz­nym ko­min­ku, a moje nogi – sa­mo­ist­nie – za­częły się do niej zbli­żać. Mia­ła na so­bie ob­ci­słe je­an­sy. W tej po­zy­cji jej ty­łek ry­so­wał się tak ide­al­nie, że nie mo­głem ode­rwać wzro­ku. Kuc­nąłem tuż obok. Kie­dy pod­nio­sła na mnie wzrok, jej twarz zna­la­zła się nie­bez­piecz­nie bli­sko. W in­nych oko­licz­no­ściach przy­jąłbym do­tyk z wdzi­ęcz­no­ścią. Te­raz jed­nak wo­kół było zbyt wie­lu świad­ków, więc tyl­ko uśmiech­nąłem się ta­jem­ni­czo i po­da­łem dłoń, by po­móc jej wstać. Po­wstrzy­mać ją od dal­sze­go ku­sze­nia.

Pod­nio­sła się, po czym zro­bi­ła krok w tył. Od razu po­czu­łem ukłu­cie roz­cza­ro­wa­nia. Przy pra­cow­ni­kach sta­ra­ła się ukry­wać to, co nas łączy, i co­raz bar­dziej mnie to dra­żni­ło. Chcia­łem, by mi się od­da­ła – nie tyl­ko za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi, lecz ta­kże na oczach wszyst­kich. By nikt nie miał co do nas żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– Nie patrz tak.

Błękit­ne oczy prze­szy­ły mnie do szpi­ku ko­ści. Od­da­łbym wszyst­ko, by ni­g­dy nie spoj­rza­ły na ni­ko­go in­ne­go, ale nie mo­głem dać się po­nie­ść in­stynk­tom. Mu­sia­łem trzy­mać je na smy­czy. Nie mo­głem być jak…

– Nic nie mó­wię – od­pa­rłem z uda­wa­ną obo­jęt­no­ścią.

– Two­je oczy mó­wią.

Za­śmia­łem się pod no­sem, a ona – jak gdy­by ni­g­dy nic – za­ma­cha­ła lek­ko gło­wą i od­wró­ci­ła się na pi­ęcie, ru­sza­jąc w prze­ciw­nym kie­run­ku. Oczy­wi­ście podąży­łem za nią. To było tak nie­unik­nio­ne, jak to, że w po­łud­nie sło­ńce grze­je naj­moc­niej. Po pro­stu tak już było i tyle.

– Za­sta­na­wiam się, czy nie wy­mie­nić okien – rzu­ci­ła w po­wie­trze, wie­dząc do­sko­na­le, że je­stem tuż obok. – Na ta­kie szy­by, któ­re chro­nią dzie­ła przed pro­mie­nia­mi sło­necz­ny­mi. Do­dat­ko­wo są ku­lo­od­por­ne.

Zmarsz­czy­łem brwi.

– Ku­lo­od­por­ne?

Ob­ró­ci­ła gło­wę, więc nie mo­głem do­strzec jej twa­rzy. Wzru­szy­ła tyl­ko ra­mio­na­mi.

– Trze­ba być go­to­wym na wszyst­ko. Jako szef ochro­ny chy­ba po­wi­nie­neś się ze mną zgo­dzić – po­wie­dzia­ła to­nem nie zdra­dza­jącym zbyt wie­le.

Za­wsze to ja by­łem tym, któ­ry prze­sa­dza z ostro­żno­ścią. Ona ra­czej stu­dzi­ła mój za­pał i za­rzu­ca­ła nad­gor­li­wo­ść. Coś się zmie­ni­ło. Czu­łem to w ko­ściach. Pa­trzy­łem, jak roz­pa­ko­wu­je ko­lej­ną pacz­kę z krysz­ta­ło­wym bi­be­lo­tem, ce­lo­wo uni­ka­jąc mo­je­go spoj­rze­nia. Wy­ra­źnie, nie­mal na siłę. Zro­bi­łem krok, za­my­ka­jąc ją mi­ędzy sobą a sto­łem za­sła­nym jesz­cze nie­otwar­ty­mi pacz­ka­mi. Ple­ca­mi opa­dła na na­pi­ętą klat­kę pier­sio­wą, a mój od­dech zsu­nął się mi­ęk­ko na czu­bek jej gło­wy.

Usły­sza­łem, jak wci­ąga po­wie­trze, a po chwi­li po­ślad­ka­mi ota­rła się o moje kro­cze. W jed­nej chwi­li chwy­ci­łem za krągłe bio­dra, za­trzy­mu­jąc ją w miej­scu, za­nim mo­gła­by zro­bić to po­now­nie. To nie był do­bry mo­ment na ta­kie „przy­pad­ki”.

– Roz­ma­wiaj ze mną – wy­szep­ta­łem tuż nad jej uchem.

Mo­gła uda­wać przed ca­łym świa­tem, ale przede mną nie mia­ło to sen­su. Spędzi­łem przy niej wi­ęcej cza­su niż na­wet jej ro­dzi­ce. Se­kun­dy wy­star­cza­ły, bym roz­po­znał jej na­strój. Ob­ró­ci­ła się przo­dem do mnie, a po­tem zer­k­nęła przez ra­mię, upew­nia­jąc się, czy je­ste­śmy sami w po­miesz­cze­niu. Stłu­mi­łem po­trze­bę sko­men­to­wa­nia tego ge­stu. Ująłem jej bro­dę, zmu­sza­jąc, by spoj­rza­ła z po­wro­tem na mnie. Unio­słem brew, ja­sno da­jąc do zro­zu­mie­nia, że cze­kam.

Spoj­rze­niem prze­ska­ki­wa­ła po mo­jej twa­rzy, jak­by szu­ka­ła od­po­wie­dzi albo siły, by się ode­zwać. W ko­ńcu za­ci­snęła usta – wy­ra­źnie chcąc samą sie­bie uci­szyć. Za­cząłem ana­li­zo­wać na głos, co mo­gło ją nie­po­ko­ić:

– Re­mont ga­le­rii idzie świet­nie. Nie ma żad­nych opó­źnień. Wszyst­ko będzie go­to­we na czas. Go­ście za­pro­sze­ni, ka­żdy szcze­gół im­pre­zy do­pi­ęty na ostat­ni gu­zik. – Wes­tchnąłem ci­cho. – Nie o to cho­dzi.

Za­gry­zła war­gę. Ten gest zna­łem świet­nie.

– Cor­ne­lia też so­bie ra­dzi. Plan po­stępu­je do­kład­nie tak, jak prze­wi­dzie­li­śmy.

De­li­kat­nie na­ci­snąłem kciu­kiem na jej dol­ną war­gę, uwal­nia­jąc ją spod zębów. Ava drgnęła pod czu­łym do­ty­kiem. Źre­ni­ce lek­ko się roz­sze­rzy­ły, a od­dech przy­spie­szył. Było w niej na­pi­ęcie, sub­tel­na zmia­na, któ­rej jesz­cze nie po­tra­fi­łem wy­ja­śnić.

– Will zaj­mu­je się pa­nią Rus­so. W in­te­re­sach spo­kój.

Iry­ta­cja za­częła we mnie na­ra­stać. Wie­dzia­łem, że coś po­mi­jam. Coś istot­ne­go. Ale co? O czym za­po­mnia­łem?! I na­gle mnie olśni­ło. Wy­pro­sto­wa­łem się. Po­chy­li­łem nad nią tak bli­sko, że nie­mal czu­łem jej od­dech na ustach. Jak mo­głem wcze­śniej na to nie wpa­ść? Oczy­wi­ście. Pie­przo­ny Pe­ter­son. O nim my­śla­ła. Je­dy­ny te­mat, któ­re­go kon­se­kwent­nie uni­ka­ła. Przy pla­no­wa­niu ze­msty roz­ma­wia­li­śmy o ca­łej ich ro­dzi­nie. Ni­g­dy nie wy­po­wie­dzia­ła jego imie­nia.

– Bo­isz się, że się zja­wi?

Na­tych­miast się spi­ęła. Ode­pchnęła mnie ener­gicz­nie – od­ruch miał mnie prze­stra­szyć, ale zbyt­nio się do tego nie przy­ło­ży­ła. Po­zwo­li­łem jej na ten gest. Zro­bi­łem krok w tył, gdy unio­sła dłoń i wy­ce­lo­wa­ła we mnie pa­lec.

– Ni­cze­go się nie boję – wy­ce­dzi­ła ni­sko. – A już na pew­no nie… jego.

Głos za­drżał na ko­ńcu. Le­d­wie wy­czu­wal­nie, ale mnie to wy­star­czy­ło. Jej też. Za­ci­snęła usta. Wie­dzia­łem, że w du­chu wła­śnie gani samą sie­bie za to za­wa­ha­nie.

– Nie o to mi cho­dzi­ło – od­po­wie­dzia­łem ła­god­nie. – Py­tam, czy chcia­ła­byś, aby w ogó­le się tu nie po­ja­wił. Mo­że­my go nie wpu­ścić, je­śli fak­tycz­nie ma się zja­wić. Wiesz o tym. Li­sta go­ści może być za­mkni­ęta. Jed­no two­je sło­wo i nikt spo­za niej nie prze­kro­czy pro­gu.

Nie ro­zu­mia­łem, dla­cze­go jesz­cze nie wy­da­ła ta­kie­go po­le­ce­nia. To było lo­gicz­ne. Już daw­no prze­wi­dzia­łem ten sce­na­riusz. Szcze­rze mó­wi­ąc, li­czy­łem się z tym, że Pe­ter­son może wpa­ść do nas w ka­żdej chwi­li. Dla­te­go uczu­li­łem całą ochro­nę. Mie­li na­tych­miast dać mi znać, je­śli tyl­ko go na­mie­rzą. Nie mó­wi­łem jej o tym, ale już pró­bo­wał się do niej do­stać, jesz­cze gdy by­li­śmy od­ci­ęci w po­sia­dło­ści. Wy­sy­łał lu­dzi. Prze­sy­łki. Kom­bi­no­wał, usi­ło­wał wkręcić ko­goś do na­sze­go ze­spo­łu. Za ka­żdym ra­zem go blo­ko­wa­łem.

Ava wy­da­ła tyl­ko je­den roz­kaz w tej spra­wie – w dniu, w któ­rym Pe­ter­son opu­ścił te­ren po­sia­dło­ści. Ka­za­ła do­pil­no­wać, by nie miał do­stępu ani do niej, ani do cze­go­kol­wiek, co ją do­ty­czy. Zbu­do­wa­łem for­te­cę. Od tam­tej pory ni­g­dy do tego nie wra­ca­li­śmy. Ufa­ła mi. Wie­dzia­ła, że się tym zaj­mę. Ale te­raz… mil­cza­ła. Nie mia­łem po­jęcia, co za­mie­rza w zwi­ąz­ku z otwar­ciem ga­le­rii. Cze­go na­praw­dę chce i cze­go ocze­ku­je ode mnie.

– Nie je­stem na­iw­na – par­sk­nęła wi­siel­czo. – Mo­że­my mieć pew­no­ść, że się po­ja­wi…

I mimo to nic z tym nie ro­bi­ła? Na samą myśl, że mo­gło­by do­jść do ich kon­fron­ta­cji, moje cia­ło au­to­ma­tycz­nie za­re­ago­wa­ło. Na­pi­ęcie w kar­ku. Pisz­cze­nie w uszach. Ostry, nie­przy­jem­ny dźwi­ęk. Oni nie mo­gli się spo­tkać. To była ostat­nia rzecz, ja­kiej chcia­łem. Nie po­win­ni na­wet na sie­bie spoj­rzeć.

– Po­wiem, żeby go nie wpusz­cza­li – prze­rwa­łem jej. – Nie chcę, żeby ze­psuł ci wie­czór.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła twar­do. – Mi­nęło dużo cza­su. Je­śli to zro­bisz, będzie my­ślał, że wci­ąż coś zna­czy…

Czy na pew­no już nic nie zna­czy? Ava była wy­ra­źnie spi­ęta; jej cia­ło zdra­dza­ło nie­po­kój, któ­re­go nie po­tra­fi­ła ukryć. Uni­ka­ła mo­je­go wzro­ku, mó­wi­ła szyb­ciej, ner­wo­wo po­pra­wia­ła ko­smy­ki wło­sów. Tak nie wy­gląda obo­jęt­no­ść. Czy tak za­cho­wy­wa­ła­by się ko­bie­ta, dla któ­rej Pe­ter­son jest ni­kim?

Naj­chęt­niej sta­nąłbym z nim twa­rzą w twarz, przy­sta­wił broń do skro­ni i na­ci­snął spust. Wsa­dzi­łbym go do ba­ga­żni­ka, wy­wió­zł w cho­le­rę i zo­sta­wił gdzieś w le­sie – niech roz­szar­pią go dzi­kie zwie­rzęta. Ale wie­dzia­łem, że to nie ja po­wi­nie­nem za­dać ostat­ni cios. To mu­sia­ła zro­bić ona. Tyl­ko Ava. Od­rzu­cić jego cień i wy­jść na świa­tło dzien­ne bez ba­ga­żu. Do­pie­ro wte­dy mo­gła­by być ze mną – całą sobą.

– Po pro­stu… wy­obra­żam so­bie, jak to będzie wy­gląda­ło, i… nie­wa­żne.

Od­wró­ci­ła się z po­wro­tem do sto­łu z pacz­ka­mi i za­częła je roz­pa­ko­wy­wać w mil­cze­niu. Wy­gląda­ło na to, że lek­ko ode­tchnęła – ru­chy sta­ły się spo­koj­niej­sze, bar­dziej sku­pio­ne. Wie­dzia­łem, że do tego te­ma­tu już nie wró­ci. Przy­naj­mniej nie tego dnia, ale ja nie prze­sta­łem o tym my­śleć. Co do­kład­nie wi­dzia­ła w gło­wie? Jak wy­obra­ża­ła so­bie to spo­tka­nie?

Jed­ne­go by­łem pe­wien: je­śli Pe­ter­son spró­bu­je się do niej zbli­żyć, za­re­agu­ję na­tych­miast. Je­śli będzie mó­wił do niej cho­ćby o se­kun­dę za dłu­go, prze­rwę mu. Nie do­pusz­czę do tego, by znów ją omo­tał. Tacy jak on są prze­wi­dy­wal­ni – gra na emo­cjach, roz­bu­dza­nie wspo­mnień, sia­nie wąt­pli­wo­ści. Nie po­zwo­lę mu na ża­den z tych ru­chów.

Pod­sze­dłem do niej i ob­jąłem ją w pa­sie, otu­la­jąc ra­mio­na­mi od tyłu. Przy­tu­li­łem usta do za­głębie­nia szyi. Gdy od­chy­li­ła gło­wę, da­jąc mi wi­ęk­szy do­stęp, za­ci­ągnąłem się za­pa­chem głębo­ko, jak tle­nem. W jed­nej chwi­li po­czu­łem, jak bok­ser­ki sta­ją się co­raz cia­śniej­sze.

– Będę miał cię cały czas na oku. Jak za­wsze. Nie po­zwo­lę, żeby cię tknął – wy­szep­ta­łem. Po chwi­li ci­szy po­czu­łem, jak drob­ne cia­ło roz­lu­źnia się pod moim do­ty­kiem. – Mu­sisz pa­mi­ętać o pla­nie. O tym, co oni wszy­scy mają za usza­mi. To trze­ba za­ko­ńczyć. Tyl­ko wte­dy za­zna­my spo­ko­ju i po­mści­my two­je­go ojca – do­da­łem sta­now­czo. To nie przy­po­mnie­nie. To za­klęcie, któ­re mia­ło nas utrzy­mać na wła­ści­wym to­rze.

Ava kiw­nęła gło­wą bez sło­wa. Mu­snąłem po­now­nie usta­mi jej szy­ję i cof­nąłem się, choć wszyst­ko we mnie krzy­cza­ło, żeby zo­stać. Pra­gnąłem wi­ęcej. Do­ty­ku, za­pa­chu, cia­ła… Ale to nie było od­po­wied­nie miej­sce. Od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem z po­miesz­cze­nia. Po­trze­bo­wa­łem za­czerp­nąć po­wie­trza.

Na ze­wnątrz roz­gląda­łem się uwa­żnie, nie po­tra­fi­ąc się wy­ci­szyć. To gry­zące uczu­cie sie­dzia­ło we mnie od chwi­li, gdy opu­ści­li­śmy po­sia­dło­ść po raz pierw­szy – lep­ko przy­kle­jo­ne do skó­ry. Ktoś ob­ser­wo­wał i to nie była zwy­kła czuj­no­ść ochro­ny. Śle­dzo­no nas. By­łem tego pe­wien i wie­dzia­łem, kto za tym stoi. Lu­dzie Pe­ter­so­nów byli do­świad­cze­ni. Po­tra­fi­li znik­nąć w tłu­mie, sta­wa­li się częścią tła. Nie mo­gli­śmy ich na­mie­rzyć, ale ja też kie­dyś by­łem cie­niem. Dłu­go. I to da­wa­ło mi prze­wa­gę – wy­czu­wa­łem tę obec­no­ść w po­wie­trzu. Spe­cy­ficz­ne drże­nie. Na­pi­ęcie, któ­re roz­po­zna­jesz do­pie­ro wte­dy, gdy sam je kie­dyś two­rzy­łeś.

Opa­rłem się ple­ca­mi o chłod­ną ścia­nę bu­dyn­ku i skrzy­żo­wa­łem ra­mio­na na tor­sie, pró­bu­jąc opa­no­wać roz­sza­la­łe hor­mo­ny. Co ona ze mną robi… Przy niej re­ago­wa­łem jak na­sto­la­tek, któ­re­mu wy­star­czy jed­no spoj­rze­nie, by stra­cić sa­mo­kon­tro­lę. Jej cia­ło do­pro­wa­dza­ło mnie do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści, ale to, co ma w środ­ku, przy­ci­ąga­ło mnie jesz­cze bar­dziej. Uwiel­bia­łem ją. Całą. Wie­dzia­łem, że tego dnia nie za­snę, je­śli choć tro­chę się do niej nie zbli­żę. Zresz­tą – na­le­ża­ło mi się. Za to, jak się za­cho­wy­wa­ła. Mu­sia­łem zno­sić jej re­ak­cje, gdy pa­da­ło na­zwi­sko Pe­ter­so­na, cho­ćby w do­my­śle. A ten drań nie po­wi­nien mieć nad nią żad­nej wła­dzy. Je­dy­ne, co na­le­ża­ło do nie­go czuć, to czy­sta nie­na­wi­ść. Nic wi­ęcej. A jed­nak… ba­łem się. Ich spo­tka­nie mo­gło obu­dzić coś, co przez te wszyst­kie lata pró­bo­wa­łem w niej zdu­sić. Może na­wet nie była świa­do­ma, że to na­dal w niej żyje, ale ja wi­dzia­łem. Czu­łem to.

Pe­ter­son stał się te­ma­tem tabu, pra­wie o nim nie wspo­mi­na­li­śmy. Ale były zna­ki. Sy­gna­ły, któ­rych nie dało się zi­gno­ro­wać. Po­wta­rza­łem Avie wie­le razy, że ją ko­cham. Za ka­żdym ra­zem mil­cza­ła. Nie prze­kra­cza­ła tej gra­ni­cy. A to mó­wi­ło wi­ęcej niż ja­kie­kol­wiek sło­wa. Oczy­wi­ście skła­ma­łbym, gdy­bym po­wie­dział, że to mnie nie bo­la­ło. Ale naj­wa­żniej­sze, że wie­dzia­łem, co do mnie czu­je. Mia­łem świa­do­mo­ść, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym odda mi się w pe­łni – bez wąt­pli­wo­ści. Wte­dy będzie­my już tyl­ko dla sie­bie.

Z roz­my­ślań wy­rwał mnie dźwi­ęk po­wo­li zbli­ża­jące­go się sa­mo­cho­du. Od­pry­sku­jące drob­ne ka­my­ki brzmia­ły nie­na­tu­ral­nie gło­śno, jak­by pró­bu­jąc mnie ostrzec. Wło­sy na kar­ku sta­nęły dęba. Spoj­rza­łem w kie­run­ku od­gło­sów i zo­ba­czy­łem czar­ne­go vana. Szy­by – ciem­ne jak noc. Kie­dy tyl­ne za­częły się opusz­czać, na­pi­ąłem cia­ło i wte­dy go zo­ba­czy­łem. Mimo że miał na no­sie oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, nie po­trze­bo­wa­łem wi­ęcej, by go roz­po­znać. Tego za­do­wo­lo­ne­go z sie­bie, aro­ganc­kie­go uśmie­chu nie dało się po­my­lić. Czas się dla nie­go za­trzy­mał – wci­ąż ema­no­wał po­gar­dli­wą pew­no­ścią sie­bie. Pa­trzył pro­sto na mnie i wy­ko­nał ruch, któ­ry su­ge­ro­wał tyl­ko jed­no. Si­ęgnął po broń.

Ze­rwa­łem się z miej­sca, w jed­nej chwi­li ma­jąc już splu­wę w ręce. On też nie zwle­kał – wy­su­nął swo­ją za okno i wy­ce­lo­wał we mnie, jak­by to była pie­przo­na gra. Do­słow­nie se­kun­dy dzie­li­ły nas od tego, by padł pierw­szy strzał. Trwa­li­śmy w mar­twym punk­cie, mie­rząc do sie­bie z od­le­gło­ści kil­ku­na­stu stóp. Ża­den się nie wy­co­fał. Ża­den nie drgnął pierw­szy. Pa­trzy­li­śmy so­bie w oczy jak dwa sam­ce go­to­we rzu­cić się so­bie do gar­deł.

Pal­ce spo­czy­wa­ły na języ­kach spu­sto­wych, bez ru­chu. To nie był ten mo­ment, ale obaj wie­dzie­li­śmy, że na­dej­dzie i wte­dy nie sko­ńczy się na gro­źbach. Kie­dy za­czął się od­da­lać, zro­bi­łem krok w jego stro­nę. A tuż przed tym, jak znik­nął za za­krętem, wy­ko­nał te­atral­ny gest – prze­kręcił nad­gar­stek i „strze­lił”. Ja­sny ko­mu­ni­kat. Sta­łem jesz­cze chwi­lę z unie­sio­ną bro­nią, mimo że auto daw­no już znik­nęło z pola wi­dze­nia.

Po­ja­wi się ko­lej­ne­go dnia. Skur­wy­syn za­mie­rzał zno­wu ją ode­brać. Mia­łem oka­zję – mo­głem strze­lić. Pierw­szy wy­ce­lo­wał. Nikt nie mó­głby mieć do mnie pre­ten­sji…

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć, co ro­bisz? – Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie aniel­ski głos.

Ava sta­nęła obok mnie i bez po­śpie­chu od­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Wzro­kiem po­wędro­wa­ła w kie­run­ku, w któ­rym jesz­cze przed chwi­lą pa­trzy­łem. Za­ci­ągnęła się dy­mem, a po­tem zer­k­nęła na mnie kątem oka. Scho­wa­łem broń do ka­bu­ry i od­chrząk­nąłem, wa­ha­jąc się przez mo­ment, czy po­wi­nie­nem w ogó­le mó­wić, co się wła­śnie wy­da­rzy­ło.

– Ktoś nas ob­ser­wo­wał.

Zro­bi­ła krok bli­żej i opa­rła się bio­drem o mój bok. Od razu ob­jąłem ją ra­mie­niem, jak­by to mo­gło w ja­ki­kol­wiek spo­sób ochro­nić nas przed czy­mś, co i tak było nie­unik­nio­ne.

– Cały czas nas ob­ser­wu­ją – od­po­wie­dzia­ła z na­pi­ęciem w gło­sie i go­to­wo­ścią w oczach. Spoj­rza­ła na mnie z lek­kim zmęcze­niem, ale i z tym dziw­nym spo­ko­jem, któ­ry za­wsze mnie w niej fa­scy­no­wał. – Je­ste­śmy go­to­wi na ju­tro.

„Go­to­wi”. Nie by­łem pe­wien, czy to do­bre sło­wo. Ale przy­tak­nąłem tyl­ko i, nie wy­pusz­cza­jąc jej z ob­jęć, po­pro­wa­dzi­łem w stro­nę auta. Jej drob­ne cia­ło wtu­la­ło się we mnie na­tu­ral­nie, tu było jej miej­sce. Nie­ste­ty na­wet ta bli­sko­ść nie uci­szy­ła ro­snące­go we mnie nie­po­ko­ju.

Wie­dzia­łem, że nie po­zwo­lę jej so­bie ode­brać. Je­śli coś pój­dzie nie tak… przej­mę kon­tro­lę.Bez wa­ha­nia. On jest zbyt nie­bez­piecz­ny. Dla ka­żde­go z nas, ale przede wszyst­kim dla niej. Dla jej ser­ca. Nie mo­głem ufać jej osądo­wi w tej spra­wie. Była zbyt bli­sko nie­go, na­wet je­śli ni­g­dy by tego nie przy­zna­ła.

Zro­bię to, co będzie trze­ba.

Rozdział 3

Ava

– Liam ma na two­im punk­cie nie­zdro­wą ob­se­sję.

Z le­tar­gu wy­rwał mnie za­chryp­ni­ęty głos Cor­ne­lii. Unio­słam nad­gar­stek – ze­ga­rek wska­zy­wał je­de­na­stą wie­czo­rem. Mi­nęły dwie go­dzi­ny. Chłód prze­szył kręgo­słup, a ja do­pie­ro wte­dy się zo­rien­to­wa­łam, ile cza­su mi­nęło. Od­wró­ci­łam gło­wę. Na jej twa­rzy ma­lo­wał się pó­łu­śmiech – coś po­mi­ędzy roz­ba­wie­niem a ostro­żnym wy­cze­ki­wa­niem. Co wła­ści­wie po­wie­dzia­ła?

Sie­dzia­łam na tra­wie przy brze­gu je­zio­ra. Od ja­kie­goś cza­su to było moje ulu­bio­ne miej­sce. Spo­koj­na ta­fla wody da­wa­ła po­czu­cie rów­no­wa­gi – wy­star­czy­ło wpa­try­wać się w nią do­sta­tecz­nie dłu­go, żeby sa­me­mu stać się ci­szą. Sło­ńce znik­nęło za li­nią drzew, po­wie­trze sta­ło nie­ru­cho­me. Może wła­śnie dla­te­go stra­ci­łam po­czu­cie cza­su. Spró­bo­wa­łam od­two­rzyć w my­ślach jej sło­wa. Bez­sku­tecz­nie.

– Po­wtó­rzysz? – wy­chry­pia­łam, za­sko­czo­na tym, jak da­le­ko od­pły­nęłam my­śla­mi.

Usia­dła obok i spoj­rza­ła w stro­nę po­sia­dło­ści. Mia­ła na so­bie czar­ne bo­jów­ki, wło­sy zwi­ąza­ła w wy­so­ki ku­cyk od­sła­nia­jący ostre ko­ści po­licz­ko­we. Wy­gląda­ła zdro­wo. I za ka­żdym ra­zem, gdy to do­strze­ga­łam, coś we mnie mi­ękło – w ja­ki­mś stop­niu była to moja za­słu­ga. Już daw­no prze­sta­łam wi­dzieć w niej tyl­ko pra­cow­ni­ka. Cor­ne­lia była kimś wi­ęcej, częścią ro­dzi­ny. Jej zda­nie mia­ło zna­cze­nie. Wie­lo­krot­nie udo­wod­ni­ła, iż war­to go słu­chać. Nie zna­łam ca­łej hi­sto­rii tej ko­bie­ty, ale raz… uda­ło nam się po­roz­ma­wiać wy­jąt­ko­wo in­tym­nie.

Prze­szła przez pie­kło. Mat­ka zma­rła przy po­ro­dzie, a oj­ciec był nar­ko­ma­nem. Jesz­cze za­nim sko­ńczy­ła je­de­na­ście lat, sprze­da­wał ją za dzia­łkę, kasę lub flasz­kę. Nie chcia­ła do­dać nic wi­ęcej. Po­wie­dzia­ła tyl­ko: „Oj­ciec już nie żyje”. Gdy­by ten skur­wiel na­dal cho­dził po zie­mi, sama bym go do­pa­dła. Obie­ca­łam, że je­że­li tyl­ko będzie mia­ła ta­kie ży­cze­nie, do­ko­ńczy­my ro­bo­tę. Ka­żdy, kto ją skrzyw­dził, do­sta­nie to, na co za­słu­żył. Po­dzi­ęko­wa­ła, a po­tem uci­ęła te­mat. Nie na­ci­ska­łam, to była jej de­cy­zja.

– Od­kąd tu przy­szłaś, Liam stoi na ta­ra­sie i cały czas cię ob­ser­wu­je – rzu­ci­ła, kręcąc gło­wą. – Mam wra­że­nie, że je­dy­ne, co robi, to zmie­nia ci­ężar cia­ła z jed­nej nogi na dru­gą. Je­steś w środ­ku for­te­cy. Nikt się tu nie do­sta­nie. A on się za­cho­wu­je, jak­byś mo­gła znik­nąć w se­kun­dę. – Spoj­rza­ła na mnie prze­pra­sza­jąco. – Z jed­nej stro­ny to uro­cze. Z dru­giej… tro­chę cho­re.

Par­sk­nęłam pod no­sem. Nie mu­sia­ła mi tego mó­wić, czu­łam go – za­wsze. Jego obec­no­ść była sta­ła. To, że pa­trzył… po­zwa­la­ło za­nu­rzyć się w my­ślach bez lęku. Liam trzy­mał straż, bym mo­gła choć na chwi­lę od­pu­ścić. Pew­nie się mar­twił. Kie­dy wró­ci­li­śmy z ga­le­rii, pra­wie na­tych­miast za­brał mnie do sy­pial­ni. Był spi­ęty, a ka­żdy jego ruch miał w so­bie coś kon­tro­l­ne­go. Spraw­dzał, czy mi­ędzy nami wszyst­ko gra. Pa­trzył mi w oczy, cze­goś szu­kał. Od­po­wie­dzi na py­ta­nia, któ­rych nie za­dał. Czy je zna­la­zł? Naj­pew­niej nie.

By­łam zmęczo­na, wy­pru­ta z emo­cji. Po­wie­dzia­łam, że mu­szę się prze­wie­trzyć. Nie chciał mnie pu­ścić, ale nie miał wy­jścia. Te­raz sie­dzia­łam – z dło­ńmi za­nu­rzo­ny­mi w chłod­nej tra­wie – i wie­dzia­łam, że czu­wa.

– Jest sze­fem ochro­ny – od­pa­rłam su­cho. – To jego obo­wi­ąz­ki.

Unio­sła brwi. Kąci­ki ust drgnęły, le­d­wo po­wstrzy­mu­jąc roz­ba­wie­nie. Prze­wró­ci­łam na to ocza­mi.

– A czy obo­wi­ąz­ki sze­fa ochro­ny obej­mu­ją rów­nież do­pro­wa­dza­nie sze­fo­wej do or­ga­zmu? – rzu­ci­ła, z tru­dem tłu­mi­ąc chi­chot.

Po­sła­łam jej kar­cące spoj­rze­nie, ale po chwi­li sama par­sk­nęłam śmie­chem. Sta­ra­łam się utrzy­mać re­la­cję z Lia­mem poza za­si­ęgiem za­ło­gi – z ró­żnym skut­kiem. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o po­zo­ry. Nie chcia­łam an­ga­żo­wać się ofi­cjal­nie, bo wie­dzia­łam, że nie je­stem w sta­nie dać mu tego, na co za­słu­gu­je. Przez ostat­nie dwa lata wie­le się we mnie zmie­ni­ło, ale jed­na rzecz po­zo­sta­ła taka sama – w środ­ku wci­ąż by­łam po­pie­przo­na. Ser­ce, du­sza – wszyst­ko na­dal dzia­ła­ło na pół gwizd­ka. Ze­psu­te. Prze­trąco­ne. To dzi­ęki nie­mu się nie roz­pa­dłam, nie za­tra­ci­łam. Nie za­po­mnia­łam, po co to wszyst­ko ro­bię. Bo nie ob­cho­dzi­ło mnie wie­le poza do­pe­łnie­niem zło­żo­nej so­bie obiet­ni­cy. Oczy­wi­ście Liam był dla mnie wa­żny, to dzi­ęki nie­mu moje ser­ce jesz­cze biło, ale nie biło dla nie­go. Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że nie biło na­wet dla mnie sa­mej, a dla ze­msty. Wi­zji przy­szło­ści, któ­ra mia­ła w ko­ńcu przy­nie­ść upra­gnio­ny spo­kój. Nie po­tra­fi­łam się za­de­kla­ro­wać, choć wie­dzia­łam, jak bar­dzo tego pra­gnie. Nie chcia­łam ra­nić go bar­dziej, niż ro­bi­łam to już te­raz – po­zwa­la­jąc wie­rzyć, że może kie­dyś coś się zmie­ni. Wąt­pi­łam, by to kie­dy­kol­wiek na­stąpi­ło.

– Uwa­żaj, dziew­czy­no – rzu­ci­łam, gro­żąc pal­cem. – Le­piej nie wpy­chać nosa w nie swo­je spra­wy.

Unio­sła ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji, a na jej twa­rzy za­go­ści­ła ty­po­wa dla niej po­wa­ga.

– Tak wła­ści­wie to przy­szłam ci po­wie­dzieć, że za­czy­na się ro­bić go­rąco – zmie­ni­ła ton. – W mie­ście co­raz wi­ęcej lu­dzi gada. Gru­be ryby za­czy­na­ją się de­ner­wo­wać.

Za­ci­snęłam szczęki i wci­ągnęłam głębo­ko po­wie­trze. Do­brze. W ko­ńcu. Wszyst­ko mu­sia­ło na­brać tem­pa.

– Lu­dzie za­czy­na­ją się za­sta­na­wiać, cze­mu po­zwa­lasz, aby ko­lej­ne two­je biz­ne­sy prze­cho­dzi­ły w obce ręce – ci­ągnęła. – Mó­wią, że era Rus­so się sko­ńczy­ła. Że po śmier­ci Mar­ka już się nie pod­nie­siesz. Że le­piej się wy­co­fać, za­nim wszyst­ko ru­nie.

Kiw­nęłam po­wo­li gło­wą. Wszyst­ko zgod­nie z pla­nem. Trze­ba było dzia­łać mądrze. Skru­pu­lat­nie. Zbyt gwa­łtow­ne ru­chy ści­ągną nie­po­trzeb­ną uwa­gę. Niech my­ślą, że je­stem sła­ba. Niech się nie boją. Niech od­wró­cą wzrok.

– Wiesz, któ­rzy do­kład­nie mają ta­kie pla­ny?

– Moor, Ja­cobs i King.

Czy­li wła­śnie od­pa­da­ły mi zy­ski z han­dlu bro­nią. Zbyt duże, a to mo­gło po­wa­żnie mną za­chwiać. Na drob­ne stra­ty by­łam go­to­wa – zo­sta­ły wkal­ku­lo­wa­ne w ry­zy­ko, ale to… po­ziom, na jaki nie mo­głam so­bie po­zwo­lić.

– Skon­tak­tuj się z nimi i za­pro­po­nuj ofer­tę – po­le­ci­łam, wcho­dząc w tryb za­da­nio­wy. – Sko­ro roz­wa­ża­ją wy­co­fa­nie, le­piej uprze­dzić ich ruch, niż stra­cić. Je­śli będą się wa­hać, do­rzuć dzie­si­ęć pro­cent. Nikt tego nie prze­bi­je.

Cor­ne­lia kiw­nęła gło­wą, lecz na­dal pa­trzy­ła na mnie uwa­żnie, więc za­py­ta­łam:

– Coś jesz­cze?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu.

Ski­nęłam i znów spoj­rza­łam na je­zio­ro. Nie po­trze­bo­wa­łam to­wa­rzy­stwa. Kątem oka zo­ba­czy­łam, jak dziew­czy­na się pod­no­si. Otrze­pa­ła spodnie i ru­szy­ła w stro­nę po­sia­dło­ści. Po kil­ku kro­kach jed­nak się za­trzy­ma­ła.

– Avo? – ode­zwa­ła się ostro­żnie. – Co z ju­trem?

Wła­śnie nad tym my­śla­łam od dwóch go­dzin. To, co mia­ło się wy­da­rzyć, mo­gło za­wa­żyć na wszyst­kim. Po­tra­fi­łam do­brze grać… ale czy aż tak do­brze?

– Ci­ągle się kręcą w po­bli­żu. Prze­sta­li się kryć – do­da­ła z wy­ra­źnym nie­po­ko­jem. Usły­sza­łam, jak nie­spo­koj­nie po­ru­szy­ła się na tra­wie. – On… się po­ja­wi.

Wsta­łam i prze­cze­sa­łam pal­ca­mi spląta­ne ko­smy­ki. Ser­ce przy­spie­szy­ło. Ucisk w gar­dle nie po­zwa­lał za­czerp­nąć pe­łne­go od­de­chu. Od­chy­li­łam gło­wę i przy­mknęłam po­wie­ki, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Sko­ro już te­raz re­ago­wa­łam w ten spo­sób, jak mia­łam po­ra­dzić so­bie ko­lej­ne­go dnia?

– Wszyst­ko się oka­że, gdy już do tego doj­dzie – od­po­wie­dzia­łam ci­szej, niż za­mie­rza­łam. – Będę im­pro­wi­zo­wać. Nie wiem, ja­kie ma do­kład­nie za­mia­ry, ale mi­nęło dużo cza­su. Ten mo­ment miał na­de­jść. To nie jest dla nas za­sko­cze­niem.

– Tak, ale…

Sły­sza­łam już tyl­ko wła­sną krew dud­ni­ącą w uszach, wzbu­rzo­ną na samą myśl o tym mężczy­źnie. Ob­ra­zy z prze­szło­ści ude­rzy­ły we mnie z całą siłą – uśmiech, gdy mnie oszu­ki­wał. Głos, kie­dy wma­wiał ko­lej­ne kłam­stwa. A po­tem… wspól­nie z ro­dzi­ną za­mor­do­wał mo­je­go ojca. Dla pie­ni­ędzy i wła­dzy. Chciał prze­jąć moje dzie­dzic­two, a gdy­bym sta­ła się zbęd­na – po­zby­łby się mnie rów­nie ła­two.

By­łam sko­ńczo­ną idiot­ką, że po­zwo­li­łam mu tak po­gry­wać. Ni­g­dy wi­ęcej. Nie będzie miej­sca na wa­ha­nie. Dla tej ro­dzi­ny ist­nie­je tyl­ko je­den los i ja nim je­stem. Nikt mnie nie po­wstrzy­ma. Nikt nie sta­nie na dro­dze do do­ko­ńcze­nia tego, co zo­sta­ło roz­po­częte.

Od­wró­ci­łam się po­wo­li w stro­nę Cor­ne­lii. Zro­bi­ła pół kro­ku w tył. Nie chcia­łam jej prze­stra­szyć, jed­nak w ta­kich chwi­lach trud­no mi było ukryć wy­le­wa­jący się ze mnie mrok. Mia­łam wra­że­nie, że pa­trzę jego ocza­mi. Ojca. Tymi, któ­re kie­dyś przy­pra­wia­ły mnie o dresz­cze… a te­raz da­wa­ły siłę. I tę siłę mu­sia­łam za­trzy­mać. Do­pó­ki nie spusz­czę wzro­ku z celu, wszyst­ko pój­dzie zgod­nie z pla­nem.

– Pe­ter­so­no­wie za­bi­li mo­je­go ojca – wy­sy­cza­łam. – On… za­bił mo­je­go ojca.

Nie do­da­łam nic wi­ęcej. Ona tyl­ko ski­nęła gło­wą, nie od­ry­wa­jąc ode mnie zlęk­nio­ne­go wzro­ku. Se­kun­dy ci­ągnęły się w gęstym mil­cze­niu. Wpa­try­wa­łam się w nią upar­cie, jak­bym po­trze­bo­wa­ła, by ktoś po­twier­dził mi pra­wo do tej wście­kło­ści. Ciem­no­ść ogar­nęła mnie całą. Lep­ka, zna­jo­ma, nie­mal ko­jąca. Ta­pla­łam się w niej jak dziec­ko w ka­łu­ży. Sma­ro­wa­łam ni­czym naj­dro­ższym bal­sa­mem. Tyl­ko ona da­wa­ła mi po­czu­cie, że sto­ję pew­nie na no­gach.

Za­re­je­stro­wa­łam ruch, a za­raz po­tem po­czu­łam na ra­mie­niu cie­płą dłoń. Za­mru­ga­łam, a gdy ob­ró­ci­łam wzrok, na­po­tka­łam ła­god­ne, zie­lo­ne oczy uwa­żnie stu­diu­jące moją twarz. Wci­ągnęłam pierw­szy głęb­szy od­dech. Moje cia­ło drża­ło – wcze­śniej na­wet tego nie za­uwa­ży­łam. Liam pa­trzył bez mru­gni­ęcia, a ja, jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, za­cze­pi­łam się o jego spo­kój. Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie, by ten mrok po­wo­li za­czął się co­fać. Po­czu­cie winy ukłu­ło gdzieś w środ­ku. Nie­po­trzeb­nie na­sko­czy­łam na Cor­ne­lię. Od­wró­ci­łam gło­wę, by ją prze­pro­sić… ale już ode­szła.

Liam de­li­kat­nie ujął moją bro­dę. Od­wró­cił twarz w swo­ją stro­nę. Uśmiech­nął się lek­ko kąci­kiem ust. Prze­wró­ci­łam ocza­mi – bar­dziej do sie­bie niż do nie­go. Nie wie­dzia­łam, co by się ze mną sta­ło, gdy­by nie on. Pew­nie spa­li­ła­bym cały świat, nie po­tra­fi­ąc się opa­no­wać… a po­tem sama zgi­nęła­bym w tym ogniu. To wła­śnie mia­łam na my­śli, mó­wi­ąc, że nie na­da­ję się do zwi­ąz­ku. By­łam emo­cjo­nal­nie roz­re­gu­lo­wa­na i choć mia­łam tego pe­łną świa­do­mo­ść, ni­cze­go to nie zmie­nia­ło. Wci­ąż nie po­tra­fi­łam nad sobą za­pa­no­wać. I chy­ba też nie pró­bo­wa­łam.

Si­ęgnął do kie­sze­ni spodni, wy­jął pa­pie­ro­sy i za­pal­nicz­kę. Par­sk­nęłam. Bez sło­wa wsu­nął jed­ne­go mi­ędzy moje war­gi, a po­tem go od­pa­lił. Za­ci­ągnęłam się głębo­ko. Ulga przy­szła na­tych­miast, roz­le­wa­jąc się po cie­le. Zła­pał mnie za bio­dra. Ob­ró­cił tak, że sta­nęłam do nie­go ty­łem. Opa­rłam się ple­ca­mi o twar­dy tors, a jego ra­mio­na oplo­tły mnie w ta­lii – pan­cerz. Pa­li­łam w ci­szy. Pal­ca­mi le­ni­wie kre­ślił na moim cie­le okręgi. Uspo­ka­jał. Nie mó­wił ani sło­wa i wła­śnie za to by­łam naj­bar­dziej wdzi­ęcz­na. Gdy­by na jego miej­scu był Will, już daw­no słu­cha­ła­bym mo­ra­li­za­tor­skiej ty­ra­dy o tym, jak po­win­nam żyć, co czuć i dla­cze­go tak bar­dzo się gu­bię.

– Po pro­stu… – ode­zwa­łam się w ko­ńcu, nie­pew­na, jak ubrać w sło­wa to, co we mnie sie­dzi.

Po­ta­rł no­sem tył mo­jej gło­wy, po czym zło­żył tam czu­ły po­ca­łu­nek.

– Hm? – wy­mru­czał za­chęca­jąco.

– Wszyst­ko spie­przę – wy­plu­łam. – Nie będę w sta­nie się po­wstrzy­mać. Przy pierw­szej oka­zji po pro­stu wy­ci­ągnę broń i go za­bi­ję.

Po­czu­łam, jak lek­ko się po­ru­szył. Chwi­lę pó­źniej usły­sza­łam ci­chy, krót­ki śmiech.

– Nikt nie mia­łby ci tego za złe, ko­cha­nie – od­pa­rł z nutą roz­ba­wie­nia. – A już na pew­no nie ja.

Wes­tchnęłam ci­cho.

– Ja mia­ła­bym. On za­słu­gu­je na coś znacz­nie gor­sze­go niż zwy­kły po­strzał. Poza tym… tyle pla­no­wa­nia. To mia­ło­by się tak po pro­stu sko­ńczyć?

– Nie sko­ńczy­ło­by się. – Spo­wa­żniał, podąża­jąc za moim to­kiem my­śle­nia. – Gdy­byś to zro­bi­ła, to by­ła­by otwar­ta woj­na z jego ro­dzi­ną, a wte­dy do­pie­ro za­częło­by się pie­kło. – Wes­tchnął i moc­niej ob­jął mnie ra­mio­na­mi, jak­by chciał, że­bym wto­pi­ła się w jego cia­ło. – Tym się tak bar­dzo mar­twisz? Że nie wy­trzy­masz ne­ga­tyw­nych emo­cji?

Nie tyl­ko tym.

– Tak.

Wie­dział, kie­dy nie mó­wię ca­łej praw­dy, ale nie drążył.

– Twój brat do mnie dzwo­nił – rzu­cił po chwi­li. – Na­rze­kał, że nie od­bie­rasz te­le­fo­nów. Od­dzwoń, bo ina­czej mnie też będzie męczył – do­dał, szczy­pi­ąc mnie w ty­łek.

Wes­tchnęłam ci­ężko i wy­swo­bo­dzi­łam się z uści­sku. To praw­da – od ty­go­dni uni­ka­łam bra­ta. Za dużo mia­łam na gło­wie. Nie chcia­łam, żeby usły­szał, w ja­kim je­stem sta­nie. Liam po­dał mi te­le­fon. Si­ęgnęłam po nie­go, ale kie­dy chcia­łam cof­nąć dłoń, za­ci­snął pal­ce moc­niej, nie po­zwa­la­jąc go za­brać. Pod­nio­słam na nie­go spoj­rze­nie. Oczy miał ciem­niej­sze. Po­chy­lił się le­ni­wie.

– Je­steś moim świa­tem – wy­szep­tał tuż przy moim uchu, mu­ska­jąc no­sem skroń. – Je­steś mi naj­dro­ższa. I zro­bię wszyst­ko, by po­móc ci za­ko­ńczyć ten kosz­mar.

Prze­łk­nęłam śli­nę, wpa­tru­jąc się w te hip­no­ty­zu­jące oczy.

– Ko­cham cię – do­dał, mu­ska­jąc usta­mi moje war­gi.

Pró­bo­wał wy­pa­lić na mo­jej twa­rzy to samo wy­zna­nie. Cze­kał na od­po­wie­dź, ale ona – jak zwy­kle – nie pa­dła. Za­miast tego mnie po­ca­ło­wał. Na­tar­czy­wie, jak­by chciał mnie zmu­sić, że­bym od­da­ła mu wi­ęcej, niż by­łam go­to­wa. Wplo­tłam pal­ce w jego wło­sy, przy­ci­ąga­jąc go bli­żej. W ta­kich chwi­lach moje de­mo­ny mil­kły. Liam był świa­tłem – je­dy­nym, któ­re po­tra­fi­ło roz­pro­szyć tę gęstą, dła­wi­ącą ciem­no­ść.

Kie­dy się od sie­bie ode­rwa­li­śmy, po­słał mi ło­bu­zer­ski uśmiech, a jego spoj­rze­nie sta­ło się lżej­sze – przy­naj­mniej z po­zo­ru. Pu­ścił do mnie oko. Ode­pchnęłam go lek­ko, ale w środ­ku czu­łam zna­jo­me ukłu­cie winy, że znów nic nie od­po­wie­dzia­łam. Ski­nęłam gło­wą, da­jąc mu znak, żeby zo­sta­wił mnie samą.

Wy­ko­na­łam po­wol­ny, okrężny ruch szy­ją, pró­bu­jąc roz­lu­źnić na­pi­ęte mi­ęśnie. Wie­dzia­łam, że już nie­dłu­go wszyst­ko do­bie­gnie ko­ńca, a ja… może wresz­cie za­cznę żyć. Bez prze­szło­ści dep­czącej mi po pi­ętach. W ko­ńcu roz­pocz­nę nową hi­sto­rię. Lep­szą.

Wy­bra­łam nu­mer Wil­la. Ode­brał już po dru­gim sy­gna­le.

– Czy tak to ma wy­glądać? – rzu­cił obu­rzo­ny. – Żeby się z tobą skon­tak­to­wać, mu­szę do­bi­jać się przez oso­by trze­cie?

– By­łam za­jęta.

– Nie rób tak wi­ęcej. Na­stęp­nym ra­zem będę fa­ty­go­wał się oso­bi­ście.

– Nie­sa­mo­wi­te. Jesz­cze po­wiedz, że zro­bisz to tyl­ko po to, żeby ze mną po­roz­ma­wiać. Wca­le nie, aby „przy­pad­kiem” na­tra­fić na Cor­ne­lię i znów ją pod­ry­wać.

– Wy­pra­szam so­bie! – pod­nió­sł głos, ale wy­czu­łam w nim roz­ba­wie­nie. – To nie są żad­ne wy­mów­ki. Pod­ry­wam ją ofi­cjal­nie.

– To prze­stań – wy­plu­łam z iry­ta­cją. – To moja pra­wa ręka. Nie chcę, żeby prze­cho­dzi­ła przez ko­lej­ne trau­my. Jest dla mnie wa­żna.

– Ty chy­ba so­bie żar­tu­jesz! – ob­ru­szył się. – A co ze mną? Je­stem two­im bra­tem!

– Wła­śnie dla­te­go chcę ją przed tobą uchro­nić.

W słu­chaw­ce za­pa­dła krót­ka ci­sza, po czym usły­sza­łam, jak Will par­ska śmie­chem, i choć sta­ra­łam się to za­trzy­mać, kącik mo­ich ust mi­mo­wol­nie drgnął. Brat przy ka­żdej nada­rza­jącej się oka­zji pró­bo­wał za­ga­dać Cor­ne­lię. Na ra­zie go zby­wa­ła, ale zna­jąc ży­cie – to do­pie­ro po­czątek. Will był cho­ler­nie upar­ty, gdy na­praw­dę mu na czy­mś za­le­ża­ło. Nie za­mie­rza­łam się jed­nak wtrącać. Cor­ne­lia po­tra­fi­ła o sie­bie za­dbać i bez względu na to, w któ­rą stro­nę pój­dzie, po­ra­dzi so­bie.

– Nie będzie mnie ju­tro – po­wie­dział po­wa­żniej, kie­dy w ko­ńcu prze­stał się śmiać.

– Cóż za za­sko­cze­nie…

– Avo…

– No co? Po­wiedz mi, czy kie­dy­kol­wiek po­ja­wi­łeś się w ga­le­rii, kie­dy dzia­ło się tam coś na­praw­dę wa­żne­go? Od­po­wie­dź brzmi: nie. Will, ta­kie są, kur­wa, fak­ty.

– To nie moja wina, że aku­rat za­wsze wte­dy mu­szę być w zu­pe­łnie in­nym miej­scu. Nie ro­bię tego prze­cież spe­cjal­nie.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, choć wie­dzia­łam, że i tak tego nie zo­ba­czy. Nie było sen­su się o to kłó­cić.

– Avo, no… zro­zum. Mu­szę po­je­chać z mamą do le­ka­rza.

Na­sza mat­ka od pó­łto­ra roku miesz­ka­ła w ku­pio­nym dla niej ma­łym dom­ku w gó­rach. Mia­ła tam pie­lęgniar­kę, ochro­nę i pe­łen spo­kój. Nikt poza garst­ką za­ufa­nych osób nie znał do­kład­nej lo­ka­li­za­cji tego miej­sca. Żyła w od­osob­nie­niu i to mi wy­star­cza­ło. Pła­ci­łam, komu trze­ba i ile trze­ba, żeby nie mu­sieć przej­mo­wać się ni­czym wi­ęcej. Will był za nią od­po­wie­dzial­ny. Od cza­su do cza­su opo­wia­dał, jak się mie­wa – nie dla­te­go, że go o to pro­si­łam. Twier­dził, że jest jej tam do­brze. Przy­zwy­cza­iła się do no­we­go miej­sca, a wol­ny czas spędza­ła na czy­ta­niu har­le­qu­inów. Jej psy­chi­ka po­noć wró­ci­ła do nor­my. Przy­naj­mniej we­dług le­ka­rzy.

– Co jej się zno­wu sta­ło? – za­py­ta­łam, chy­ba zbyt oschle.

Wes­tchnął ci­ężko.

– Prze­wró­ci­ła się i ni­ko­mu nic nie po­wie­dzia­ła. Dzwo­ni­ła pie­lęgniar­ka, bo przy kąpie­li za­uwa­ży­ła si­nia­ki i za­częła ją wy­py­ty­wać. Umó­wi­łem ją do le­ka­rza, boją się, że to coś z bio­drem. Trze­ba zro­bić prze­świe­tle­nie i całą resz­tę.

– Cóż… Trzy­mam kciu­ki, żeby to nie było nic po­wa­żne­go – od­pa­rłam zdaw­ko­wo.