Gray Man - Mark Greaney - ebook + książka

Gray Man ebook

Mark Greaney

4,0

Opis

Jeden z najbardziej oczekiwanych kryminałów 2021 roku!

Dla tych, którzy żyją w cieniu, jest znany jako Gray Man. Jest legendą, cicho przechodzi od pracy do pracy, dokonuje niemożliwego, a następnie znika. I zawsze trafia w swój cel. 

Pierwszy tom cyklu powieści sensacyjnych, napisany świetnym językiem, z barwnymi i dowcipnymi dialogami, wypełniony pełnokrwistymi postaciami, scenami pełnymi emocji i zwrotów akcji.

Polscy fani thrillerów sensacyjnych dostają do rąk pierwszą powieść z dziesięciotomowego cyklu „Gray Man” i tym samym dołączają do milionów fanów Courta Gentry’ego na całym świecie. Autor, Mark Greaney, był bliskim współpracownikiem wielkiego Toma Clancy'ego, jest jego prawdziwym spadkobiercą i kontynuatorem dzieła mistrza, w tym postaci Jacka Ryana. Ten genialny analityk CIA, obok Jamesa Bonda, Jasona Bourne’a czy George Smileya, stał się pomnikową postacią światowej literatury sensacyjnej. Court Gentry, stworzony przez Greaneya „płatny zabójca z zasadami” i bohater cyklu „Gray Man”, z pewnością dołączy do tej historycznej listy.

Oto pierwszy tom cyklu powieści sensacyjnych, napisany świetnym językiem, z barwnymi i dowcipnymi dialogami, wypełniony pełnokrwistymi postaciami, scenami pełnymi emocji i zwrotów akcji. Zgodnie z „bondowską” maksymą, że „świat to za mało”, wraz z Courtem Gentrym odbędziemy podróż po odległych zakątkach globu i wciągnie nas wir emocjonujących wydarzeń.

Netflix przygotowuje ekranizację „Gray Mana” z Ryanem Goslingiem w roli Courta Gentry’ego, więc już wkrótce każdy czytelnik będzie mógł skonfrontować swoje wyobrażenia książki Marka Greaneya z filmową realizacją. (Vincent V. Severski)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (410 ocen)
171
119
76
35
9
Sortuj według:
Evita72

Dobrze spędzony czas

Pojawia się bohater w stylu Jacka Reachera. Silny, sprawny, sprytny i "dobry". JR jest mniej kontrowersyjny niż Gray Man. przez zawód tego ostatniego. No ale lubimy, kiedy źli drżą bojąc się nadchodzącej zemsty i kary. Dobra lektura na lato.
20
Kitakaze

Całkiem niezła

3 gwiazdki, nie za książkę, ale za jej tłumaczenie, które jest TRAGICZNE. Niech tłumacza świnia powącha - kto czytał zrozumie.
10
witekpecherski

Nie oderwiesz się od lektury

dobra lektura, czyta się jednym tchem, czas na film
00
LenkaMagda

Dobrze spędzony czas

Specyficzna książka. Realizmu tu brak, ale kto lubi pościgi, mnóstwo akcji, niezniszczalnego bohatera a'la John Wick i Hitman to książka dla niego.
00
Ajra2016

Dobrze spędzony czas

ciekawa, dobrze napisana
00

Popularność




The Gray Man
Copyright © 2009 by Mark Strode Greaney Copyright © for the Polish translation by Karolina Rybicka-Tomala Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2021
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: MAGDALENA GERAGA
Korekta: JOLANTA KUCHARSKA
Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
Zdjęcia wykorzystane na okładce: Shutterstock.com / autor: SergeyKPI; Gettyimages.com / autor: Roberto Cicala / EyeEm
Projekt typograficzny i skład: MARZENA PIŁKO
Wydanie I
ISBN 978-83-66555-52-5
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. Prezes: Joanna Bażyńska 00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6 e-mail: [email protected]
Poznaj nasze inne książki. Zapraszamy do księgarni:www.poradniak.plfacebook.com/poradniaklinkedin.com/company.poradniakinstagram.com/poradnia_k_wydawnictwo
Konwersja: eLitera s.c.

EDWARDOWI F. GREANEYOWI JR. I KATHLEEN CLEYGHORN GREANEY

MAMO, TATO – BRAKUJE MI WAS OBOJGA

PROLOG

Błysk rozświetlił odległe, poranne niebo, przykuwając uwagę kierowcy land rovera, którego ubranie było przesiąknięte krwią. Spolaryzowane okulary marki Oakley chroniły go przed palącymi promieniami słonecznymi, ale i tak musiał zmrużyć oczy. Wyjrzał przez przednią szybę. Gorączkowo usiłował zidentyfikować płonący model, który leciał w stronę ziemi, ciągnąc za sobą, niczym ogon komety, pas czarnego dymu.

Stwierdził, że to helikopter. Wielki wojskowy chinook. Choć sytuacja pasażerów i załogi musiała być przerażająca, kierowca land rovera odetchnął z ulgą. Miał być ewakuowany przez KA-32T ruskiej roboty, z ekipą polskich najemników na pokładzie, lecących od granicy z Turcją. Owszem, szkoda chinooka, ale lepiej, żeby płonął on, a nie kamow.

Patrzył, jak śmigłowiec spada i kręci się niekontrolowanie, plamiąc błękitne niebo płonącym paliwem.

Land rover skręcił ostro w prawo, następnie przyspieszył i udał się na wschód. Zakrwawiony kierowca zamierzał znaleźć się jak najdalej stąd. Choć bardzo chciałby pomóc znajdującym się na pokładzie chinooka Amerykanom, wiedział, że i tak nie byłby w stanie nic zrobić.

Poza tym sam znajdował się w niemałych tarapatach. Od pięciu godzin pędził po płaskich połaciach zachodniego Iraku, uciekając od brudnej roboty, którą zostawił za sobą. Teraz znajdował się mniej niż dwadzieścia minut od punktu odbioru. A skoro zestrzelono śmigłowiec, to niebawem będzie się tu roiło od bezczeszczących zwłoki bojowników, strzelających w powietrze z karabinów i skaczących w tę i we w tę jak pieprzeni idioci. Wolałby ominąć tę imprezę, zwłaszcza że łatwo mógłby stać się jedną z głównych atrakcji.

Po lewej chinook opadł i zniknął w oddali, za brązowym pasmem gór.

Kierowca skupił wzrok na ciągnącej się przed nim drodze. „To nie moja sprawa” – powtarzał sobie. Nie szkolono go po to, aby prowadził akcje poszukiwawcze czy ratunkowe. Nie uczono go udzielania pierwszej pomocy, a na pewno nie prowadzenia negocjacji o zakładników.

Uczono go, jak zabijać. I to robił tam, za syryjską granicą. Teraz nadszedł czas, aby wydostać się ze strefy śmierci.

Land rover przyspieszył i jechał w chmurze kurzu z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Kierowca zaczął prowadzić ze sobą dyskusję. Jego serce nalegało, żeby zawrócił i pognał na miejsce rozbicia się chinooka. Zobaczyć, czy ktoś ocalał. Jego głos rozsądku natomiast zajął stanowisko znacznie bardziej pragmatyczne.

– Jedź dalej, Gentry, po prostu jedź. Wiesz, że ci kolesie i tak mają przesrane. Nie jesteś w stanie nic z tym zrobić – próbował przekonać samego siebie.

Sęk w tym, że jego serce nie chciało się zamknąć.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pierwsi strzelcy przybyli na miejsce wraku nie należeli do Al-Kaidy i nie mieli nic wspólnego z zestrzeleniem śmigłowca. To byli czterej miejscowi chłopcy ze starymi kałachami z drewnianą kolbą, którzy akurat tego ranka niezdarnie budowali blokadę jakieś sto metrów od ulicy, na którą runął helikopter. Przepchnęli się przez rosnącą falangę gapiów, sprzedawców i dzieci ulicy, które rzuciły się w poszukiwaniu schronienia, kiedy dwuwirnikowy śmigłowiec legł między nimi. Przemknęli pomiędzy taksówkarzami zjeżdżającymi z drogi, aby uniknąć kolizji z zestrzeloną amerykańską maszyną. Młoda czwórka podeszła na miejsce ostrożnie, choć bez jakichkolwiek umiejętności taktycznych. Głośny huk pochodzący od pistoletu smażącego się w ogniu sprawił, że odskoczyli w poszukiwaniu kryjówki. Po chwili wahania ich głowy wychynęły z niej; wycelowali rzężące spluwy i opróżnili zawartość karabinków, kierując je w stronę powyginanej metalowej maszyny.

Z wraku wyłonił się mężczyzna w poczerniałym amerykańskim mundurze i oberwał od chłopaków dwadzieścia cztery kulki z karabinów. Męka żołnierza skończyła się z chwilą, gdy pierwsze strzały przeszyły jego plecy.

Adrenalina po zabiciu człowieka na oczach tłumu rozwrzeszczanych cywilów dodała chłopakom odwagi, podeszli więc bliżej wraku. Przeładowali broń i już mieli strzelać w płonące ciała załogi kokpitu, kiedy z tyłu zajechały trzy ciężarówki pełne uzbrojonych cudzoziemców, Arabów.

Al-Kaida.

Miejscowi chłopcy rozsądnie odstąpili od helikoptera, stanęli wśród cywili i zaintonowali pieśń dewocyjną, patrząc, jak zamaskowani mężczyźni rozstawili się wokół wraku.

Z tyłu chinooka wypadły jeszcze dwa ciała żołnierzy. To było pierwsze, co zarejestrowała trójosobowa ekipa telewizji Al-Dżazira, wyskakując z trzeciej ciężarówki.

* * *

W odległości niespełna mili od miejsca tych zdarzeń Gentry zjechał z drogi, skręcił w koryto wyschniętego potoku i wjechał land roverem jak najgłębiej się dało pomiędzy wysokie, brązowe rzeczne zarośla. Wyszedł z wozu, pobiegł do bagażnika, zarzucił plecak, po czym wyciągnął długi, beżowy futerał za uchwyt. Odchodząc od pojazdu, po raz pierwszy zwrócił uwagę na zasychającą plamę krwi pokrywającą jego luźny, miejscowy strój. Nie była jego, ale jej pochodzenie bynajmniej nie było dla niego zagadką.

Doskonale wiedział, czyja to krew.

Pół minuty później przemierzał już jak najszybciej mógł wzgórza przy wyschniętym korycie. Kiedy uznał, że jest wystarczająco niewidoczny pośród piachu i badyli, wyciągnął z plecaka lornetkę, przyłożył ją do oczu i wyostrzył na unoszącym się w oddali czarnym dymie. Naprężył mięśnie żuchwy.

Chinook spoczął na ulicy miasta Al-Ba’adż, nad wrakiem zdążył się już zebrać tłum rzezimieszków. Lornetka była za słaba, żeby dojrzeć przez nią szczegóły, tak więc przeturlał się na bok i otworzył beżowy futerał. W środku leżał karabin wyborowy Barrett M107: pięćdziesiątka, strzelająca ciężkimi pociskami wielkości połówki puszki piwa, i to z prędkością wylotową pocisku wynoszącą prawie dziewięć boisk do futbolu amerykańskiego na sekundę.

Gentry nie naładował broni, tylko skierował ją w stronę miejsca upadku, żeby skorzystać z mocnej lunety, w którą była wyposażona. Przez celownik optyczny o szesnastokrotnym przybliżeniu widział i ogień, i ciężarówki, nieuzbrojonych cywili, jak również gości z karabinami.

Część miała odsłonięte twarze. Miejscowe rzezimieszki. Inni natomiast nosili czarne kominiarki, głowy niektórych owinięte były kefijami. Ci to pewnie kontyngent Al-Kaidy. Zagraniczni pierdziele. Korzystając z niestabilności regionu, przyjechali zabijać Amerykanów i tych, którzy z nimi współpracują.

Nagle zauważył błysk podnoszonego, a następnie prędko opuszczanego metalu: ostrze cięło leżącą na ziemi postać. Nawet przez potężny celownik optyczny Gentry nie był w stanie się zorientować, czy mężczyzna żył w momencie, kiedy wbiło się w niego ostrze. Znów naprężył mięśnie żuchwy. Gentry nie był żołnierzem, nigdy nie służył w wojsku. Był jednak Amerykaninem. Choć nie miał żadnych zobowiązań ani związku z armią Stanów Zjednoczonych, całe lata oglądał w telewizji dokładnie takie sceny rzezi, jaka teraz odbywała się na jego oczach. Wywoływało to u niego obrzydzenie oraz doprowadzało do gniewu, tak silnego, że tracił umiejętność panowania nad emocjami.

Tłum zebrany wokół helikoptera zaczął falować. Gorąc wydobywający się z rozpalonej jałowej ziemi pomiędzy jego kryjówką a miejscem katastrofy zaburzał pole widzenia, tak więc dopiero po chwili był w stanie zorientować się, co właściwie się dzieje. W końcu rozpoznał wyraz radości oprawców zebranych wokół wraku zestrzelonego śmigłowca.

Te skurwysyny tańcowały nad ciałami.

Gentry ściągnął palec z kabłąka potężnego barretta i koniuszkiem palca pogłaskał gładki spust. Dalmierz laserowy określił odległość. Trzepot kilku namiotów rozbitych pomiędzy jego kryjówką a potańcówką sprawił, że zdecydował się wziąć poprawkę na wiatr. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien strzelać z tej broni. Owszem, zabiłby kilku zasrańców, ale wtedy okolica rozpaliłaby się od wieści, że w tym sektorze grasuje snajper. Wtedy każdy okoliczny młody samiec wyposażony w karabin i komórkę byłby w stanie dopaść go, zanim pokona te pięć mil do miejsca ekstrakcji. Misja eksfiltracyjna zostałaby odwołana i musiałby na własną rękę wydostać się ze strefy śmierci.

„Tylko o tym nie myśl” – Gentry mruknął do siebie. Owszem, nawet taka nędzna odpowiedź byłaby satysfakcjonującym wymierzeniem sprawiedliwości, ale wywołałoby to gównoburzę, na którą nie miał odpowiedniego parasola.

Gentry nie był hazardzistą, tylko prywatnym zabójcą. Spluwą na wynajem. Człowiekiem od mokrej roboty. Zlikwidowanie sześciu dupków zajęłoby mu tyle czasu, co zawiązanie sznurówki. Wiedział jednak, że zemsta ta nie byłaby warta poniesionych kosztów.

Splunął na ziemię mieszaniną śliny i piasku, po czym schował wielkiego barretta z powrotem do futerału.

* * *

Ekipa telewizyjna z Al-Dżaziry została przerzucona przez granicę syryjską tydzień wcześniej wyłącznie po to, aby uwieczniać zwycięstwo Al-Kaidy w północnym Iraku. Kamerzysta, dźwiękowiec oraz reporter, będący równocześnie producentem, podróżowali razem z grupą bojowników Al-Kaidy, sypiając w kryjówkach tej organizacji. Nakręcili wystrzelenie pocisku, moment, w którym trafił chinooka, oraz to, jak ten stawał się kulą ognia.

Teraz nagrywali rytualne obcinanie głowy martwemu już amerykańskiemu żołnierzowi, mężczyźnie w średnim wieku, z przyczepionym do kamizelki kuloodpornej odręcznie napisanym identyfikatorem: „Phillips – Gwardia Narodowa Stanu Missisipi”. Nikt z ekipy nie znał angielskiego, wszyscy jednak zgodnie uznali, że na pewno uwiecznili właśnie zniszczenie elitarnego oddziału komandosów CIA.

Rytualne pochwały Allaha zaczęły się tańcem bojowników i strzelaniem w niebo. Choć lokalna komórka Al-Kaidy liczyła tylko szesnastu członków, tutaj uzbrojonych wojowników, zgodnie otaczających dymiący na ulicy kawał metalu, było aż trzydziestu. Kamerzysta skupił obiektyw na Moktarze, miejscowym watażce, filmując, jak tańcuje pośrodku obchodów. Piękny kadr: idealnie przed wrakiem, falująca biała diszdasza dostojnie kontrastowała z piętrzącymi się tabunami czarnego dymu. Moktar skakał na jednej nodze nad zdekapitowanym Amerykaninem, prawą ręką wymachując zakrwawionym bułatem.

Idealne ujęcie! Operator uśmiechnął się, usiłując zachować profesjonalizm, pilnował, żeby nie dać się porwać rytmowi i tańcom chwalącym potęgę Allaha, czego świadkiem był on i jego kamera.

Moktar, wraz z resztą, zawołał: Allah Akbar! Bóg jest wielki! Rzucił się w euforyczny taniec z zamaskowanymi cudzoziemcami, jego gęsta broda rozchyliła się i ukazała białe zęby w uśmiechu, kiedy spojrzał na spalone i zakrwawione amerykańskie mięso leżące na ulicy.

Ekipa Al-Dżaziry też już krzyczała w ekstazie. Kamerzysta wciąż kręcił to pewną ręką.

Był świetny w swoim fachu. Cel pozostał w środku kadru, kamera nawet nie zadrżała. Do chwili, kiedy głowa Moktara przechyliła się nagle, pękając niczym zmiażdżone winogrono, tryskając na wszystkie strony rozbryzgującymi ścięgnami, krwią i odłamkami kości.

Wtedy kamera zadrżała.

* * *

Gentry jednak nie był w stanie się powstrzymać.

Strzelał raz po raz w uzbrojonych mężczyzn w tłumie, równocześnie głośno przeklinając własny brak zdyscyplinowania. Wiedział, że oto właśnie wyrzucał do kosza cały plan i operację. Nie słyszał nawet własnego narzekania. Miał zatyczki w uszach, ale sam odgłos wystrzału barretta chwilowo go ogłuszał, wyrzucając serie pocisków jedna po drugiej, a odrzut z hamulca wylotowego wzbijał wokół niego tabuny piachu i kurzu.

Kiedy przerwał ostrzał, aby wymienić potężny magazynek, spróbował trzeźwo oszacować sytuację. Z punktu widzenia technik wywiadowczych popełnił właśnie najdurniejszą gafę, jaką się dało, praktycznie oznajmiając bojownikom wszem wobec, że właśnie tu czai się ich śmiertelny wróg.

Nie mógł jednak zaprzeczyć, że w głębi ducha był z siebie cholernie zadowolony. Poprawił olbrzymi karabin, aby lepiej leżał na ramieniu, które już nieźle bolało od odrzutu, westchnął, spoglądając na wrak, i wrócił do wymierzania sprawiedliwości. Przez potężny celownik optyczny widział, jak poszczególne części ciała lecą do góry w momencie, kiedy kolejny wielki pocisk trafił zamaskowanego bojownika w brzuch.

To była po prostu zemsta, nic więcej. Wiedział, że na szerszą skalę te jego działania na niewiele się zdały, poza tym, że kilku skurwysynów zmieniło stan skupienia. Wciąż strzelając do uciekających morderców, zaczął się obawiać o najbliższą przyszłość. Nie było już sensu próbować dostać się na lądowisko. Kolejny śmigłowiec w okolicy byłby zbyt łakomym kąskiem dla rozgniewanych bojowników Al-Kaidy, tych, co ocaleli. Nie ma mowy, stwierdził Gentry. Trzeba będzie zejść, znaleźć jakiś przepust czy niewielką wadi, pokryć się kurzem i błotem i przeleżeć cały dzień w upale, starając się nie zważać na głód, pogryzienie przez robactwo i pełny pęcherz.

Cóż, w każdym razie przesrane.

Mimo to, stwierdził, zmieniając trzeci i ostatni magazynek, jego nędzna decyzja przyniosła jakieś korzyści. W końcu sześciu martwych gnojków to wciąż sześciu martwych gnojków.

ROZDZIAŁ DRUGI

Minęły cztery minuty od ostatniej salwy snajpera, kiedy jeden z ocalałych bojowników Al-Kaidy ostrożnie wystawił głowę przez drzwi warsztatu wulkanizatora, w którym się schował. Z każdą sekundą był coraz bardziej pewny, że zostanie ona na jego karku. W końcu trzydziestosześcioletni Jemeńczyk wyszedł na ulicę. Po chwili dołączyli do niego towarzysze broni. Rozejrzał się po pobojowisku. Naliczył siedem ciał. Musiał rachować poprzez oszacowanie liczby dolnych kończyn i podzielenie przez dwa, bo było za mało ocalałych głów i korpusów. Pięciu z poległych to byli jego bracia z Al-Kaidy, w tym dowódca i jego porucznik. Dwóch pozostałych to lokalni wojownicy.

Chinook wciąż dymił. Podszedł do wraku, mijając ludzi z rozszerzonymi ze strachu źrenicami, nadal kryjących się za samochodami i koszami na śmieci. Jeden miejscowy z przerażenia stracił kontrolę nad zwieraczami, leżał więc posrany i trząsł się na chodniku jak wariat.

– Wstawaj, głupcze! – krzyknął zamaskowany Jemeńczyk. Kopnął mężczyznę w bok i poszedł w stronę śmigłowca. Zobaczył czterech kompanów, stojących za jedną z ciężarówek wraz z ekipą Al-Dżaziry. Operator palił. Ręka z papierosem drżała, jakby był w końcowych stadiach choroby Parkinsona. Kamera leżała z boku.

– Zapakujcie wszystkich żyjących do wozów. Znajdziemy tego snajpera. – Spojrzał w stronę pól, suchych wzgórz i dróg ciągnących się na południe. W odległości mniej więcej mili widać było gęstą chmurę pyłu.

– O! Tam! – pokazał Jemeńczyk.

– Czyli że... jedziemy za nim? – spytał dźwiękowiec.

– Inszallah – jeśli taka wola Boga.

Jakiś miejscowy chłopak zawołał ich, żeby podeszli i coś zobaczyli. Chłopiec skrył się w pobliskiej herbaciarni, niecałe piętnaście metrów od wraku. Jemeńczyk, wraz dwójką swoich ludzi, przestąpił ponad zakrwawionym torsem zachowującym kształt wyłącznie przez kawał czarnej, rozdartej tuniki. To był kiedyś Jordańczyk, ich przywódca. Od miejsca, gdzie upadł, aż do ściany i okna lokalu rozciągała się plama krwi. Wydawać by się mogło, że ktoś przemalował przybytek na szkarłatno.

– Czego chcesz, chłopcze?! – krzyknął gniewnie Jemeńczyk.

Dzieciak miał zadyszkę, z trudem wydobywał z siebie słowa. W końcu udało mu się odpowiedzieć:

– Znalazłem coś.

Trzech bojowników weszło za chłopcem do niewielkiego lokalu, całego w krwi. Zajrzeli za powalony stół i za ladę. Tam, na podłodze, oparty o ścianę, siedział młody amerykański żołnierz. Miał szeroko otwarte oczy i szybko mrugał. W jego ramionach leżał drugi niewierny. Był czarnoskóry. Albo nieprzytomny, albo już martwy. Nie wyglądali na uzbrojonych.

Jemeńczyk uśmiechnął się i poklepał chłopaka w ramię. Wychylił się i krzyknął do kompanów na zewnątrz:

– Podjedźcie ciężarówką!

Po kwadransie trzy ciężarówki Al-Kaidy rozdzieliły się na skrzyżowaniu. Dziewięciu mężczyzn w dwóch wozach pojechało na południe. Dzwonili do okolicznych watażków po pomoc w przeczesywaniu terenu w poszukiwaniu samotnego snajpera. Jemeńczyk z dwoma innymi bojownikami wieźli rannych amerykańskich więźniów w stronę kryjówki w pobliskiej Hatrze. Tam mieli zamiar porozumieć się z dowództwem i naradzić, jak najlepiej wykorzystać najnowsze łupy.

Jemeńczyk siedział za kółkiem, młody Syryjczyk na miejscu pasażera, natomiast z tyłu Egipcjanin pilnował żołnierza, który był w stanie katatonicznym, i jego umierającego kolegę.

* * *

Dwudziestoletni Ricky Bayliss zdążył się nieco otrząsnąć po katastrofie. Tępy ból złamanej kości piszczelowej zamienił się w uczucie, jakby ktoś przypalał mu nogę. Chciał obejrzeć ranę, ale widział jedynie rozdarte i przypalone bojówki i but wiszący w dość obsceniczny sposób po prawej stronie. Za butem leżał drugi żołnierz. Bayliss nie znał czarnego kolegi, ale z identyfikatora dowiedział się, że nazywa się Cleveland. Był nieprzytomny. Uznałby go za zmarłego, gdyby nie to, że jego kamizelka kuloodporna poruszała się lekko od ciężkich oddechów. W chwili podwyższonej adrenaliny i zaostrzonej intuicji Ricky wyciągnął kolegę z wraku, po czym ukrył ich w pobliskim przybytku, gdzie wkrótce znalazła go banda wystraszonych irackich dzieciaków.

Pomyślał przez chwilę o kumplach, którzy zginęli w chinooku, i poczuł smutek tłumiony przez niedowierzanie. Żałość jednak szybko minęła, kiedy spojrzał na bojownika siedzącego z tyłu ciężarówki. Jego zmarli kumple mieli fuksa. On miał natomiast przerąbane. To on i Cleveland, jeśli ten się w ogóle obudzi, zostaną skróceni o głowę – i to na oczach całego świata.

Terrorysta rzucił okiem na Baylissa i położył stopę obutą w trampek na jego ranną nogę. Powoli nacisnął, uśmiechając się dziko, odsłoniwszy połamane zęby, niczym zwierzęce kły.

Ricky krzyknął.

* * *

Ciężarówka pędziła drogą, wznosząc się na przewyższenie tuż za Al Ba’adżem, a następnie szybko zwalniając przed blokadą na skraju miasta, standardową robotą lokalnych bojowników. Nisko nad zakurzoną szosą wisiał ciężki łańcuch, rozciągnięty pomiędzy dwoma słupkami. Widać było dwóch milicjantów: jeden był leniwie rozparty na krześle, opierał głowę o ogrodzenie placu zabaw okolicznej podstawówki, drugi siedział przy końcu łańcucha, tuż obok odpoczywającego kompana. Na plecach miał zawieszonego lufą do dołu kałasznikowa. Trzymał talerz z humusem i podpłomykiem, w jego brodzie tkwiły kawałki jedzenia. Z drugiej strony blokady stary pasterz kóz przeganiał swe marne stado.

Bojownik Al-Kaidy przeklął słabego ducha walki bojowników tu, w północno-wschodnim Iraku. Czy naprawdę najlepszą załogą jest dwóch opieszałych staruchów na posterunku? Z taką kretyńską obstawą Sunnici mogli równie dobrze oddać władzę Kurdom i Jezydom.

Jemeńczyk zwolnił, otworzył okno i krzyknął do stojącego Irakijczyka:

– Otwieraj, głupcze! Na południu grasuje snajper!

Milicjant odłożył przegryzkę. Podszedł do auta i stanął pośrodku drogi. Przyłożył dłoń do ucha, jak gdyby nie słyszał krzyku Jemeńczyka.

– No otwórz, bo jak nie, to...

Jemeńczyk odwrócił się od wojownika zbliżającego się do auta i przyjrzał się temu, który siedział pod ogrodzeniem. Jego głowa opadła na bok i wisiała bezwładnie, po chwili spadł z krzesła na ziemię. Milicjant nie żył, miał złamany kark.

Bojownik siedzący z tyłu ciężarówki też to zauważył. Błyskawicznie się podniósł. Czuł zagrożenie, ale był zdezorientowany sytuacją. Wraz z nowym przywódcą, kierującym pojazdem, spojrzał na mężczyznę stojącego na środku drogi.

Brodaty milicjant podszedł do auta z podniesioną prawą ręką. Z rękawa jego luźnej szaty wyłonił się czarny pistolet. Po dwóch szybkich, nieprzerwanych strzałach Egipcjanin padł na tył ciężarówki.

* * *

Bayliss leżał na plecach, gapiąc się na palące południowe słońce. Poczuł, że pojazd zwalnia i się zatrzymuje. Usłyszał krzyk kierowcy, nieprawdopodobnie szybkie strzały, po czym zobaczył, jak zamaskowany terrorysta pada martwy. Usłyszał kolejną salwę z pistoletu, rozbijane szkło, krótki krzyk po arabsku, po czym wszystko znieruchomiało.

Ricky trząsł się i krzyczał, próbując jak najszybciej zrzucić z siebie zakrwawione ciało, aż w końcu ktoś podniósł trupa terrorysty i rzucił na jezdnię. Brodaty mężczyzna w szarej diszdaszy chwycił Rickiego za kamizelkę kuloodporną i podciągnął do pozycji siedzącej. Z powodu ostrego słońca Bayliss nie mógł się przyjrzeć twarzy nieznajomego.

– Dasz radę iść?

Rick myślał, że to omamy wywołane bólem i stresem. Brodacz mówił po angielsku z amerykańskim akcentem. Nieznajomy powtórzył głośniej:

– Hej! Młody! Słyszysz? Dasz radę chodzić?

– Mam... Mam złamaną nogę, a z tym tu jest bardzo źle – odpowiedział powoli Bayliss.

Nieznajomy przyjrzał się nodze Ricky’ego i wydał diagnozę:

– Pęknięta kość piszczelowa. Będziesz żył. – Następnie położył dłoń na szyi nieprzytomnego i wydał ponurą diagnozę: – Ale ten nie ma szans.

Młody żołnierz z Missisipi nadal nie widział twarzy nieznajomego, który rozejrzał się dokoła i stwierdził:

– Zostawmy go tu, w ciężarówce. Zrobimy, co się da, by mu pomóc, ale ty będziesz musiał usiąść na miejscu pasażera. Owiń tym twarz.

Brodacz ściągnął kefiję z szyi martwego terrorysty i wręczył chłopakowi.

– Tą nogą nie dam rady...

– Weź się w garść. Musimy zwiewać. Tylko wezmę sprzęt. No, ruchy! – Wybawca odwrócił się i popędził w ciemną alejkę. Bayliss wrzucił do kabiny hełm, owinął głowę chustą, po czym zsunął się i stanął na zdrowej nodze. Z prawej łydki aż do głowy przeszył go ból nie do wytrzymania. Na ulicy zaczęło się zbierać grono gapiów w różnym wieku. Trzymali się z dala, przyglądając się temu niczym brutalnemu przedstawieniu.

Bayliss doskoczył do drzwi pasażera. Kiedy je otworzył, na ulicę wypadł zamaskowany Arab w czarnej koszuli. Nad lewym okiem widniała pojedyncza rana po kuli. Drugi terrorysta leżał na kierownicy. Z jego ust, wąskim strumieniem, sączyła się krwawa piana. Ledwo Ricky zamknął drzwi, nieznany Amerykanin otworzył drzwi po stronie kierowcy i wypchnął ciało na asfalt. Następnie wrzucił na tył brązowy futerał, kałacha i karabinek M4 i wdrapał się za kółko. Ciężarówka ruszyła, przejeżdżając przez opuszczony łańcuch blokady.

Ricky mówił cicho, wciąż próbując zorientować się, co się dzieje.

– Musimy wrócić, ktoś jeszcze mógł przeżyć.

– Nikt nie przeżył. Poza wami.

– Skąd pan wie?

– Bo wiem.

Ricky zawahał się, po czym spytał:

– Bo jest pan jednym ze snajperów, którzy wystrzelali tych kolesi przy wraku?

– Może.

Przez niespełna minutę jechali w milczeniu. Bayliss patrzył na góry, następnie spojrzał na trzęsące się dłonie. Kiedy młody żołnierz odwrócił się do kierowcy, ten krzyknął:

– Nie patrz mi w twarz.

Bayliss posłuchał, znów spoglądając na rozciągającą się przed nimi drogę.

– Jest pan Amerykaninem?

– Owszem.

– Służby specjalne?

– Nie.

– No to Marynarka. Jest pan SEAL-sem?

– Nie.

– FORECON?

– Nie.

– Czaję. Czyli że CIA czy coś w ten deseń?

– Nie.

Bayliss miał ochotę przyjrzeć się brodaczowi, ale się powstrzymał.

– No to co pan tu robi? – zapytał.

– Ja tu tylko przejazdem.

– Przejazdem? Jaja pan sobie robi?

– Żadnych pytań.

Przejechali kilometr w milczeniu, po czym Ricky odezwał się:

– To jaki jest plan?

– Nie ma planu.

– Nie ma pan planu? To co my robimy? Dokąd jedziemy?

– Miałem plan, ale nie zakładał zabrania ciebie. Więc nie jojcz, że improwizuję.

Chłopak przez chwilę milczał, aż w końcu powiedział:

– Tak jest. Plany są przereklamowane.

Po kolejnej minucie Bayliss zerknął na licznik i zobaczył, że mkną po tej fatalnej żwirowej drodze prawie sto kilometrów na godzinę.

– Ma pan przy sobie trochę morfiny? Noga okropnie mnie boli – poskarżył się szeregowy.

– Przykro mi, młody, ale musisz być trzeźwy i czujny. Zaraz będziesz prowadził.

– Jak to?

– Kiedy tylko wjedziemy pomiędzy wzgórza, zjadę na pobocze. Ja wyjdę, a wy dwaj pojedziecie dalej sami.

– A ty? W Tall Afar mamy wysuniętą bazę operacyjną. To tam lecieliśmy, kiedy nas trafili. Możemy tam jechać. – Zdawał sobie sprawę, że panują tam spartańskie warunki i jest odizolowana, ale dobrze wyposażona i w stanie odeprzeć atak. To znacznie bezpieczniejsze miejsce niż ciężarówka na otwartej drodze.

– Wy możecie. Ja nie.

– Dlaczego nie?

– Długa historia. Ale żadnych pytań, pamiętasz?

– Kurczę, ale czego się pan boi? Przecież za to dostanie pan medal czy inne gówno.

– Oj, na pewno dostanę inne gówno.

Wkrótce wjechali w pogórze gór Sindżar. Nieznajomy zjechał na pobocze i zaparkował w zakurzonym zagajniku palm daktylowych. Wyszedł z ciężarówki, wyciągnął plecak i M4, po czym pomógł żołnierzowi przejść za kółko. Bayliss jęknął z bólu.

Nieznajomy Amerykanin sprawdził stan żołnierza leżącego z tyłu.

– Nie żyje – stwierdził niewzruszenie. Pospiesznie ściągnął z Clevelanda kamizelkę IBA i mundur, zostawiając go w brązowych bokserkach i koszulce. Baylissowi nie podobało się takie potraktowanie zwłok kolegi, ale nic nie powiedział. Ten... Ten... Kimkolwiek on był, udało mu się przeżyć w tym bandyckim regionie nie przez sentymenty, ale pragmatyczne podejście do życia.

Nieznajomy rzucił sprzęt koło pnia palmy.

– Będziesz musiał wciskać hamulec i gaz lewą nogą.

– Tak jest!

– Ta twoja baza jest na północ, piętnaście kilometrów stąd. Trzymaj kałacha na kolanach, magazynki pod ręką. Nie wychylaj się, trzymaj tak niski profil, jak tylko dasz radę.

– To znaczy?

– To znaczy, że nie pędź, nie wyróżniaj się, trzymaj chustę na twarzy.

– Tak jest.

– Ale jeśli nie jesteś w stanie ominąć interakcji, strzelaj we wszystko, co ci śmierdzi. Rozumiesz? Pamiętaj, młody. Żeby przeżyć następne pół godziny, musisz być naprawdę paskudny.

– Tak jest. A co z panem?

– Ja już jestem paskudny.

Sierżant Ricky Bayliss skrzywił się, kiedy ogarnęła go kolejna fala bólu. Nie patrząc na nieznajomego, powiedział:

– Kimkolwiek jesteś... dzięki.

– Jeśli chcesz mi podziękować, to spierdalaj do bazy i zapomnij, jak wyglądam.

– Rozkaz. – Chłopak pokręcił głową i mruknął pod nosem: – Tylko przejazdem...

Bayliss wyjechał z zagajnika i wrócił na szosę. Spojrzał w lusterko, chcąc po raz ostatni zobaczyć nieznajomego, ale parujące gorące powietrze i spiętrzony przez opony kurz zasłaniał widok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki