Granicznik - Lena Grau - ebook
NOWOŚĆ

Granicznik ebook

Lena Grau

0,0

77 osób interesuje się tą książką

Opis

Na terenie dawnej strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza w Jaworcu zostają odnalezione ludzkie szczątki. Wszystko wskazuje na to, że należą do zaginionego przed trzydziestu laty ojca Macieja Zawickiego – chorążego sztabowego Straży Granicznej w Szczecinie. Fakty ujawnione w toku śledztwa burzą poukładany świat mężczyzny.

Od tej pory Zawicki robi wszystko, by dotrzeć do prawdy, która może być niewygodna dla wielu osób. Przebijając się przez niechęć mieszkańców Jaworca, funkcjonariusz odkrywa kolejne warstwy brudnych spraw i interesów ludzi, którzy nie cofną się przed niczym, by go uciszyć.

Tropy niespodziewanie prowadzą do działającej na przełomie lat 80-tych i 90-tych szajki przemytników, a kluczem do rozwiązania zagadki okazują się stare tajemnice rodziny Zawickiego. Czy chorąży odważy się po niego sięgnąć?

Granicznik to powieść o porzuceniu, sekretach i zdradzie, które nigdy się nie przedawniają, po latach zyskując niszczycielską moc.

 

„Mroczna opowieść o ludziach. Niektórzy z nich strzegą jednych granic, inni przekraczają te, zza których nie ma powrotu. Bywa, że zło nie ma koloru krwi, a jego ślady zaciera czas. A niekiedy śledztwo musi poprowadzić ktoś, kto nosi mundur w innym kolorze niż niebieski. Lena Grau zabierze Was w mroczną podróż w przeszłość, gdzie granica nie jest tylko kreską na mapie. Kryminalny debiut warty uwagi. Polecam serdecznie.”

Marek Stelar

 

 Lena Grau (ur. 1987) – żona i mama trójki dzieci. Z wykształcenia archiwista, od kilkunastu lat zawodowo związana ze Strażą Graniczną. Od dwóch dekad mieszkanka Szczecina, którego nieodkryte i mroczne zakamarki zgłębia podczas spacerów. Wielbicielka kryminałów, neoswingu i onirycznego klimatu Miasteczka Twin Peaks. Ceni ciszę opustoszałych plaż i surowość gór, w które ucieka od zgiełku miasta. Relaksuje się przy klawiaturze, opowiadając kryminalne historie. Granicznik to jej debiut literacki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 349

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GRANICZNIK

Copyright © by Lena Grau 2026Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Niebieskie 2026

Redaktor prowadzący – Przemysław RadzyńskiRedakcja – Anna RozenbergKorekta – Przemysław Radzyński, Janusz DobryOkładka – Łukasz Pryczkat, pryczkat.comZdjęcie autorki – Elwira KuszKonsultacje – Michał Chudziński

Wszelkie prawa zastrzeżone.Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie lub elektronicznie, ani odczytywana w środkach masowego przekazu bez zgody wydawcy. W przypadku cytowania należy podać źródło pochodzenia oraz obowiązuje zakaz zmiany treści. Dziękujemy za uszanowanie pracy autora i zespołu redakcyjnego.

Wydanie IKraków 2025

ISBN: 978-83-977429-7-0

Wydawnictwo Niebieskie Sp. z [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Rozdział 1.

Dawniej

Mężczyzna skrzywił się, patrząc na niebo, na którym z każdą minutą przybywało ciemnych chmur. Wiedział, że musi zbierać się z lasu do domu, zanim ulewa rozpęta się na dobre. Zaklął, patrząc na prawie pusty koszyk, prawie, bo leżały w nim trzy maślaki i dwa jabłka, robaczywe na dodatek. Złapał jedno z nich i ugryzł spory kęs, a potem zamknął oczy i oblizał się na myśl o podgrzybkach w sosie śmietanowym. Dziś musiał obejść się smakiem. Przysiadł na kamieniu i obserwował bawiącego się za drzewami syna. Huśtawkę zrobił dla niego zeszłego lata, i jak do tej pory była jedną z większych atrakcji dla chłopca. Trochę się dziwił, że kawałek sznurka od snopowiązałki i stara opona samochodowa dawały tyle radości.

Nagle zza jego pleców dobiegł męski głos:

– E, żołnierzyk! Mamy do pogadania – rzucił ktoś ostro. – Ruchy, kurwa, ruchy! Bo inaczej gówniarza też weźmiemy na męską pogawędkę.

– Idę – warknął. Dobrze znał ten głos, a on mógł zapowiadać tylko jedno. Kłopoty.

– No, to lubię. Rodzina jest najważniejsza, nie?

Poszedł za osiłkiem, który przerastał go prawie o dwie głowy, modląc się w duchu, żeby syn nie pobiegł za nimi, ale ten, na szczęście, nawet nie zauważył, że ojciec się oddalił. Po chwili, gdy odeszli już wystarczająco daleko, mięśniak zatrzymał się i uderzył go pięścią w brzuch, nie mocno, ale wystarczająco, by powalić go na kolana.

– Wiesz, czego chcę – powiedział tamten, rzucając dla zabawy tasakiem w pień drzewa. – Zostawiacie nas w spokoju i przekazujesz mi rozkład służb. Zrozumiano? – Charknął głośno i splunął. – Pomagasz tylko nam. Wiemy, że te skurwysyny też mają u was wtyczkę.

– Wiesz, że nie mogę… Wywalą mnie! – Podniósł się obolały. – Mam rodzinę na utrzymaniu!

– To możesz ją stracić i będziesz miał po kłopocie. Chcesz mieć ich całych, czy w trumience, we wspólnym grobie? Żonkę też możemy dołożyć. – Ton dryblasa był wyprany z emocji. – Nie wiesz, z kim zadzierasz.

– Zostaw ich. – Mężczyzna zrobił się blady jak ściana. Przełknął ślinę i drżącym głosem dodał: – To tylko dzieci…

– Kurwa… – Tamten podszedł do niego i objął po przyjacielsku. – My jesteśmy dobrzy ludzie. Póki nam nie dzieje się krzywda, nic nikomu nie zrobimy, ale jak ktoś z nami zadziera, to potrafimy dobrać się do dupy i nie będą to przyjemne pieszczoty, rozumiesz?!

– Dobrze… Zgadzam się! – Jego oczy rozszerzyły się strachem, bo usłyszał śmiech bawiącego się syna. – Zrobię to.

– No! I to rozumiem. – Intruz klasnął w dłonie z zadowolenia. – I pamiętaj, jeden fałszywy ruch i … – Przejechał palcem po szyi, a potem w mgnieniu oka złapał żelaznym uściskiem jego prawą dłoń i położył ją na pieńku.

– A to, kurwa, po to, żebyś zapamiętał, że z nami nie ma żartów.

Później wszystko działo się błyskawicznie. Najpierw rozległ się świst, a zaraz po nim głuchy odgłos uderzenia o pniak, po czym nastała cisza. Mężczyzna nie zdążył nawet jęknąć. Padł na trawę zamroczony. Tamten wytarł tylko ostrze tasaka o jego koszulę i odszedł w głąb lasu, pogwizdując pod nosem.

Po jakimś czasie obudził go przeszywający ból. Kręciło mu się w głowie i w pierwszym momencie nie mógł sobie przypomnieć, co się właściwie stało. Wszystko wróciło, gdy zatrzymał wzrok na prawej ręce i zakrwawionym kikucie, który miał zamiast małego palca.

Zwymiotował, potem jeszcze raz i dopiero po dłuższej chwili dźwignął się z trudem. Zdrową ręką zdjął z siebie szalik, obwiązał nim ranną dłoń i ruszył w stronę zagajnika. Serce zaczynało mu walić jak oszalałe, bo nie słyszał żadnego śmiechu czy odgłosów zabawy. Wokół panowała zupełna cisza. Bał się nawet pomyśleć, co mogło się stać. Gdy dotarł na miejsce, zamarł, bo syna tam nie było, a huśtawka bujała się sama poruszana podmuchami silnego wiatru.

– Boże, nie… – Przykląkł i podniósł czapkę leżącą na ziemi.

– Tatuś! – Dziecięcy głosik odezwał się nagle, ale on wciąż nie był pewny, czy to nie zwidy spowodowane utratą krwi. – Chodź zobacz, znalazłem wielkie mrowisko! No chodź!

Dopiero, gdy poczuł, jak syn ciągnie go za poły kurtki, uwierzył, że to dzieje się naprawdę.

– Synuś…! – Mężczyzna uścisnął mocno chłopca, a potem zaczął szybko mrugać wilgotniejącymi oczami, żeby rozgonić chwilę słabości. – Chodź, wracamy do domu.

– Tato, ale mrowisko! – Mały zrobił nadąsaną minę. – Chcę ci pokazać!

– Nie. Wracamy! – krzyknął głośniej niż zamierzał. – No, zbieraj się i nałóż czapkę!

Kiedy chłopiec ruszył przodem, mężczyzna od razu wziął do ręki nóż, który miał w torbie i przeciął sznurki, a opona wylądowała w krzakach. W tym momencie pierwszy raz cieszył się, że jest mańkutem. Na szczęście tamten o tym nie wiedział. – Masz tu więcej nie przychodzić, rozumiesz?

– Ale…

– Rozumiesz?! – huknął, doprowadzając syna do płaczu. – Nie rycz! Co ty baba jesteś?!

Wracali w złych nastrojach i w milczeniu. Jego głowę wypełniały przykre i natarczywe myśli. Spojrzał na swoją rękę omotaną w szalik i poczuł nagły przypływ lęku, że nie będzie w stanie ochronić swoich bliskich przed tymi ludźmi. Albo następnymi, którzy się pojawią. Wtedy po raz pierwszy przyszła mu myśl, że będzie musiał odejść ze służby. Wiedział, że w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza poradzą sobie bez niego.

Wiedział też, że rodzina sobie bez niego nie poradzi.

Rozdział 2.

Młody mężczyzna stał oparty o koparkę i błyszczącymi oczami wpatrywał się w przeszkodę, na którą przed chwilą natrafiła łycha. Podskórnie czuł, że tym razem odgrzebał coś cennego, coś, czego jeszcze nie widział. Żaden bezwartościowy złom albo stare opony, jak dotychczas. Poniemiecki dworek, na terenie którego właśnie pracował, mocno rozbudził jego wyobraźnię.

To musiał być prawdziwy skarb.

Zatarł ręce z zadowolenia i zaczął schodzić w głąb wykopu. Już po pierwszym kroku poślizgnął się na mokrym kamieniu wystającym z ziemi i z impetem poleciał na sam dół. Wstał, rozcierając biodro, i otrzepał spodnie. Nie zważając na ból, utkwił wzrok w drewnianej skrzyni i zawahał się przez chwilę. Miał w pamięci niedawny wypadek kolegi, którego podczas prac prawie rozerwały niewybuchy, ale ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. Wstrzymał oddech i złapał za wieko, które ku jego zdziwieniu od razu puściło. Skulił się odruchowo, a kiedy nic się nie wydarzyło, zajrzał do środka. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, na co patrzy. Kiedy to do niego dotarło, z łoskotem rzucił zamknięcie i na trzęsących się nogach zaczął wspinać się po błotnistej ścianie.

Nad niczym się nie zastanawiał. Chciał tylko, żeby sczerniała czaszka przestała się w niego wpatrywać z wyrzutem. A najlepiej w ogóle zniknęła z jego pamięci.

Kilka godzin później siedział na ławce tuż przy wejściu do dworku. Palił papierosa, zaciągając się mocno. Co prawda rzucił jakiś czas temu, ale awaryjną paczkę zawsze nosił przy sobie.

Teraz bardzo mu się przydała.

Zaciągnął się ostatni raz i ugasił peta na kostce brukowej. Kiedy uniósł głowę, zobaczył, że podjeżdża do niego Piotr Toczko. Skrzywił się na ten widok. Jego tymczasowy szef i stróż opiekujący się tym miejscem pod nieobecność właścicieli działał mu na nerwy.

– No, mówże! – Starszy mężczyzna oparł rower o metalowe ogrodzenie i usiadł na ławce, wpatrując się w chłopaka, jak sęp w ofiarę, którą ma zaraz pożreć. – Tylko nic nie ukrywaj!

– Mówiłem przez telefon. Znalazłem trupa. Co mam więcej powiedzieć? – Wzruszył ramionami. Nie podzielał ciekawości Toczki w tym temacie.

– A taka spokojna wieś! Kto by pomyślał! Żeby u nas kogoś zabili…

– Ten to raczej leży tu od wojny, tylko kości zostały. – Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Chciał jak najszybciej stąd pójść. Wstyd mu było przed samym sobą, że tak zwiał. Miał się za twardziela. A prawda była taka, że pierwszy raz widział trupa i spanikował. Ale tego Toczce nie zamierzał opowiadać. – Tak mówił policjant, który ze mną rozmawiał.

– Pewno Niemiec! – stwierdził Toczko. – Albo Ruski!

– Dzień dobry. Aspirant Rafał Umański, Komenda Miejska Policji w Szczecinie. Czy to pan opiekuje się tą willą? – odezwał się męski głos nad ich głowami.

– Willą to za dużo powiedziane – prychnął stróż. – Wie pan, ile tam w remonty trzeba władować? Ale zgadza się, to ja pracuję u Feldmannów.

– Zapraszam pana na bok. Mam kilka pytań. – Umański kiwnął głową w stronę niebieskiego ekranu chroniącego miejsce znalezienia zwłok od ciekawskich spojrzeń. Toczko od razu wstał i poszedł za nim.

Na twarzy miał uśmiech, przez który przebijała ciekawość i triumf.

Młody mężczyzna odetchnął i wyjął kolejnego papierosa. Obawiał się, że przez to zdarzenie na dobre powróci do nałogu.

– Mówią, że to hitlerowiec tam leży – zagadnął Toczko, kiedy odeszli już na tyle daleko, że chłopak nie mógł ich słyszeć.

– Skąd taki pomysł? – Umański uniósł brwi.

– A bo ja wiem? Tak słyszałem.

– Wszystkiego dowiemy się, kiedy skończą się czynności służbowe. Na tę chwilę, nie mogę nic w tej sprawie powiedzieć. – Umański zamilkł na kilka sekund i spojrzał poważnie na mężczyznę. – Długo pan tu mieszka?

– Od urodzenia. – Toczko podrapał się po nosie. – Matka przyjechała z centrali z dziadkami. Potem poznała ojca, który służył na strażnicy. Bo po wojnie to była strażnica Wojsk Ochrony Pogranicza, wiedział pan? Mieszkaliśmy wszyscy razem z dziadkami, w takim jednym domu, na końcu wioski. – Jego wzrok zrobił się mętny.

– Panie Toczko! – Umański delikatnie potrząsnął ramieniem mężczyzny. – Wszystko dobrze?

– Dobrze. Wie pan, im jestem starszy, tym więcej obrazów z przeszłości do mnie wraca. A nie pamiętam czasem, czy tabletki wieczorem brałem – zaśmiał się.

– Rozumiem – odpowiedział policjant z dziwnym smutkiem w oczach. – Zerknie pan, to nie problem?

– Nie, proszę pokazać. – Widać było, że na to czekał. Byłby pierwszym w Jaworcu, który widział trupa. – Żywych trza się bać, a nie martwych. Tak mi zawsze babcia powtarzała, jak na cmentarz bałem się chodzić.

– W takim razie, proszę za mną.

Umański poszedł przodem, a po chwili wpuścił Toczkę za parawan policyjny. Obydwaj patrzyli na skrzynię leżącą na niebieskiej płachcie.

Toczko bez najmniejszego skrępowania wpatrywał się w znalezisko. Drewno było w większości zbutwiałe. Miejscami prześwitywała tylko niebieska farba, a okucia w całości pokrywała rdza. Gdy policjant otworzył wieko, Toczko wstrzymał oddech, zajrzał do środka i przez dłuższą chwilę spokojnie przyglądał się zawartości.

– Szczątki zostaną wydobyte dopiero w zakładzie medycyny sądowej – wyjaśnił Umański. Przeszło mu przez myśl, że Toczko musiał już niejedno w życiu widzieć, skoro jego reakcja była taka, a nie inna. – Poprosiłem pana o pomoc, bo według nas ta skrzynia może być ważna dla sprawy. Niech pan rzuci okiem.

– Skrzynia? – Zamyślił się i przez dłuższą chwilę milczał. – Nie wiem… Ale tam pod spodem, to chyba jest brezent? – Podszedł bliżej i zmrużył oczy. – No jak nie, jak tak! Namiot wojskowy, jak nic!

– O, i to już jest coś – mruknął policjant z zadowoleniem. – A skrzynia? Nic? – dociekał.

– Czeka pan. Pomyśleć muszę. – Toczko zaczął chodzić tam i z powrotem. Po chwili przystanął. Jego twarz mówiła wszystko.

Wiedział.

– Słucham…? – Brwi policjanta podjechały nad szkła okularów.

– Wie pan. – Cmoknął kącikiem ust. – Myśmy mieli takie na strażnicy. Nie pamiętam skąd, ale kilka ich stało w piwnicy. Nawet się kiedyś zastanawiałem, czy do domu nie zabrać, ale dowódca nie pozwolił – mówił szybko, jakby bojąc się, że zgubi myśl.

– Służył pan tutaj?

– Tak. Służba zasadnicza. Potem do zawodowej mnie wzięli. A na emeryturę odchodziłem jako starszy chorąży sztabowy Straży Granicznej. – Z dumą wypiął pierś. – Ja te skrzynie pamiętam, bo taki rysuneczek miały. No, wulkan jakby. I ta ma taki sam! No sam pan spójrz!

– Faktycznie, coś tam widać. – Umański zmrużył oczy. – No dobrze. Czyli te skrzynie pochodzą ze strażnicy, i to z czasów długo po wojnie – powiedział bardziej do siebie.

– Czyli nie Niemcy. – Toczko pokiwał głową lekko zawiedziony.

– Raczej nie.

– Ale wie pan... – stróż wyprostował się nagle i spojrzał na policjanta – ...jakoś pod koniec lat osiemdziesiątych zaginął w Jaworcu jeden strażnik, Gienek Zawicki. Głośno o tym było.

– Zaginął? – Umański podrapał się po kilkudniowym zaroście. – Co się stało?

– A bo ja wiem. Miał przyjść na służbę i się nie pojawił. Jedni gadali, że go mafia w lesie dorwała. Inni znowu, że uciekł z jakąś młódką do Niemiec. Wie pan, romans i te sprawy. – Toczko na chwilę umilkł, a potem zbliżył się do policjanta i wyszeptał. – Tak w ogóle, to ja panu powiem, że nad Zawickimi, to jak nic, wisi klątwa! – Po tych słowach wykonał znak krzyża na piersi.

– Klątwa?! – Umański przewrócił oczami.

– Ano. Najpierw zaginął ten strażnik, co to panu mówiłem, a może i uciekł, kto go tam wie. Potem zmarła jego żona. – Toczko wzniósł oczy ku niebu. – Chodziła zdrowa jak rydz, aż pewnej jesieni ją zmogło i świąt kobita nie doczekała! No i jeszcze ta ich córka… – zawiesił głos.

– Co z nią?

– Też zaginęła! Jakoś ze trzy lata temu. Na Zachód do roboty jeździła. I w końcu nie wróciła! Tylko ten chłopaczek się ostał z rodziny.

– Mieszka tutaj? Pamięta pan imię i nazwisko? – zapytał Umański i zaczął notować.

– Hmmm… Zawicki, ale imię? Maciek, Grzesiek, a może Robert. Zabij mnie pan, ale sobie nie przypomnę! – Uderzył się w piersi. – Podobno w Szczecinie mieszka. Nie wiem, ja się tam innymi ludźmi nie interesuję.

– Dziękuję, to ważne informacje. – Chciał dodać coś jeszcze, ale nie zdążył, bo usłyszał, że ktoś go woła.

– Rafał, zobacz! – Technik trzymał coś na dłoni. – Ruszyliśmy skrzynią i wypadł.

Umański założył rękawiczki jednorazowe i przyjrzał się wykopalisku. Był to zwykły, męski zegarek z solidną, srebrną bransoletą. Gdzieniegdzie pokrywały go nalot i ziemia. Kiedy przeczytał napis wygrawerowany na odwrocie zegarka, zamarł i z niedowierzaniem spojrzał na Toczkę.

– Do cholery! Ale pan trafił z tym Gienkiem! Proszę zaczekać, będę miał jeszcze kilka pytań do pana.

Odszedł na bok i wyciągnął z kieszeni telefon. Miał to szczęście, że niedawno do wydziału „poszukiwaczy” Komendy Wojewódzkiej Policji w Szczecinie przeszedł jego znajomy z dochodzeniówki, Arkadiusz Wielgosz. Szczęście, bo liczył, że sprawdzi mu te informacje od ręki, z pominięciem drogi służbowej. A gdzieś, w głębi duszy liczył na to, że pozbędzie się tej sprawy. I tak miał ich na biegu ponad siedemdziesiąt.

– Cześć, Arek. Pilna sprawa na tapecie – przywitał się, kiedy tamten odebrał po kilku sygnałach. – Słuchaj, sprawdź na cito, czy masz w bazie zaginionego: Zawicki Eugeniusz. Tak, już powtarzam: Zenek–Ala–Wioleta–Iwona–Celina–Karolina–Inga. Dobra, czekam. Dzięki. – Policjant rozłączył się i ku jego zdziwieniu, po kilku sekundach telefon ponownie zadzwonił.

– I jak? – zapytał Umański bez zbędnych wstępów.

– Trafiony. Zaginął w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku. – W głosie Wielgosza słychać było napięcie. – Gdzie go znaleźliście?

– W Jaworcu. Mamy same kości. Potrzebne są badania genetyczne. Sam wiesz, jak to wygląda.

– Wiem, wiem… – westchnął przeciągle. – Słuchaj i tak sprawa trafi do nas, więc nie musisz tym sobie łamać głowy. Jakieś szczegóły?

– Słabo. Jest skrzynia, w niej szkielet. A reszty… – zawiesił głos. – Dowiesz się z protokołów. Muszę już kończyć, bo technicy pakują wszystko do auta i kwity czekają.

– Jasne. Jedziecie na Połabską? – upewnił się jeszcze.

– Tak. Tam zrobią sekcję, wszystko będziesz miał na papierze. Ale sprawa jest dziwna. Mam tu staruszka, który znał zaginionego. Podobno krążyły plotki, że uciekł do Rajchu z jakąś panienką. A tu się okazuje, że od dawna leży martwy. I co dziwniejsze, podobno córka tego Eugeniusza też zaginęła, tyle, że kilka lat temu.

– Trochę dziwna, fakt. Jak każda sprawa w naszej robocie, nie? – westchnął Wielgosz. – Dobra. Najwyżej zadzwonię do zakładu i podpytam, na kiedy się wyrobią.

– Pewnie, piłuj ich. Może coś przyspieszysz – skłamał. Wiedział, że to stara sprawa, i że nikt nie będzie się nad nią trząsł, chyba, że pismaki wszystko rozdmuchają. – Dzięki za pomoc. Musimy się na jakieś piwo umówić.

– Tak, jasne. Zdzwonimy się – powiedział Wielgosz, choć obydwaj wiedzieli, że do tego spotkania nigdy nie dojdzie. Ot, po prostu grzecznościowo wymienili zaproszenia.

Tak wypadało.

Umański odetchnął z ulgą, kiedy się rozłączył. Wszystko poszło tak, jak chciał. Ostatnio był do tego stopnia wypalony, że na widok nowych spraw chciało mu się rzygać. Nie tak wyobrażał sobie służbę w policji. Nie sądził, że po dziesięciu latach będzie się czuł, jak staruszek, który odsłużył co najmniej trzydzieści. Uśmiechnął się pod nosem i poszedł z powrotem do Toczki. Jeszcze tylko kilka podpisów na papierach i mógł wracać do domu.

Rozdział 3.

Żółta Tatra zatrzymała się na przystanku z napisem „Żołnierska”. Nikt z niej nie wysiadł. Brak studentów, którzy mieli przerwę wakacyjną, od razu rzucał się w oczy. Jedynie starsza kobieta próbowała wejść do tramwaju, ale wysokie schody okazały się dla niej nie do pokonania. Maciej Zawicki, który przechodził akurat przez przejście dla pieszych, podbiegł i jedną ręką złapał wypchany wózek zakupowy, a w drugą chwycił kruchą dłoń staruszki i pomógł jej wejść do pojazdu.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się do niego i ciepłym wzrokiem spojrzała na zielony mundur, który miał na sobie. – Dobry z pana wojak.

– Przyjemność po mojej stronie. – Zawicki odwzajemnił uśmiech i już miał wyjść, kiedy poczuł nieprzyjemne szturchnięcie w plecy. Odwrócił się i zobaczył starszego mężczyznę. Siedział z laską tuż obok drzwi i patrzył na niego złym wzrokiem.

– Co? Już żeśta pomordowali wszystkich na granicy? Teraz wielka chwała starcom pomagać? Zaraz się pewno telewizja zjedzie. Ale ta wasza, kurwa jego mać, kłamliwa. – Mężczyzna splunął prosto pod nogi Zawickiego, patrząc na niego z pogardą.

Nie zareagował. Pokiwał smutno głową i wyszedł z tramwaju.

Nie potrafił zliczyć, który już raz w ciągu ostatnich dwóch lat został zelżony za sam fakt służenia w straży granicznej. Kiedyś obrywała tylko policja. Jej w społeczeństwie chyba nie lubiano nigdy. „ChWDP” było sztandarowym hasłem tak chętnie pisanym na murach i w miejskich toaletach. Ale sytuacja się zmieniła. Teraz pogranicznicy dołączyli w rankingu popularności do kolegów policjantów.

Westchnął i ruszył dalej, przeskakując miejsca, w których brakowało kostki brukowej. W końcu przekroczył bramę wjazdową Wydziału Architektury Uniwersytetu Szczecińskiego i skręcił od razu w stronę jedynego w tej okolicy bankomatu. Na co dzień rzadko nosił gotówkę przy sobie. Zmienił zdanie, gdy pani Anettka z Baru Oliwka, do którego właśnie zmierzał, uświadomiła go, jak bardzo płacenie kartą uszczupla konto takich małych firm jak jej. Przystanął, bo przy bankomacie stała jakaś dziewczyna. Nagle odwróciła się i zawiesiła na nim wzrok.

Nawet tego nie zarejestrował, zajęty przeglądaniem telefonu.

– Wypłacasz? – zapytała trochę głupio, mrużąc przy tym sztuczne rzęsy.

– Nie. Przyszedłem sprawdzić przepis na sernik – zakpił, nawet na nią nie patrząc. – Skończyła pani?

– A ja myślę, że mnie wypatrzyłeś z daleka i chciałeś się ze mną umówić. – Zrobiła mu miejsce, siadając na ławce obok.

– Przepraszam. – Obszedł młodą kobietę i zajął się transakcją.

– Nie będę tu czekała w nieskończoność – powiedziała, ale nie doczekała się żadnej reakcji z jego strony. W końcu wstała i przez zaciśnięte wargi wysyczała: – Debil. Nie wiesz, co tracisz, żołnierzyku!

– Nie jestem żołnierzem, tylko strażnikiem granicznym – powiedział zmęczonym głosem.

– Whatever! – Wydęła wydatne wargi i obrażona poszła w stronę parkingu.

Zawicki poczuł ulgę. Ostatnimi czasy coraz częściej musiał znosić nachalny podryw ze strony kobiet. Szczególnie źle na jego odrzucenie zareagowała Elka, praktykantka z kancelarii. Rozpowiadała teraz, że jest gejem, bo przecież żaden normalny facet by jej nie odmówił. Na szczęście widywali się rzadko, a plotki ignorował.

Ściskając w dłoni banknot stuzłotowy, skręcił w prawo i wbiegł schodkami do budynku. Kiedy drzwi automatyczne się rozsunęły, uderzył go zapach domowego jedzenia. W takich momentach wracały wspomnienia matki krzątającej się po kuchni.

Bezcenne. I bezpowrotne niestety.

Wszedł do sali, gdzie od progu uśmiechem przywitała go sympatyczna brunetka. Po chwili stał przy ladzie i przeglądał jadłospis wiszący na ścianie.

– Ooo! Pan Maciek! Cały tydzień pana u nas nie było! – powiedziała z udawanym wyrzutem. – To, co? Pomidorowa i bigos z kopytkami?

– Pani Anettko, zna mnie pani, jak nikt inny! – Dla żartu zaakcentował podwójne „t” w jej imieniu. Zawsze tak robił, bo była jedyną osobą o takim imieniu, jaką znał.

Zapłacił za dania, wziął ze sobą sztućce i miskę z zupą, a potem usiadł przy ulubionym stoliku, nieopodal okna.

Nie zdążył nawet zjeść pomidorowej, kiedy właścicielka baru pojawiła się przed nim z parującym talerzem.

– Smacznego!

– Nie trzeba było! Sam bym przyniósł! – Zakłopotał się.

– Niech pan lepiej bierze się za jedzenie. Wychudł pan strasznie! – Kobieta pokiwała z troską głową, a później wróciła na zaplecze.

Wiedział, że pani Anettka ma rację. Ostatnie kilka dni żywił się wyłącznie gotowymi daniami, jeśli w ogóle pamiętał, żeby coś zjeść. Skupił się na pracy. Był okres wakacyjny i wielu znajomych, szczególnie tych, mających dzieci, szło na urlop. On chętnie brał dodatkowe służby. W domu nie czekał na niego nawet chomik.

Kiedy zamachnął się widelcem, żeby nabrać kolejny kęs bigosu, odezwała się jego komórka. Wahał się jeszcze, czy przerwać posiłek, dlatego zerknął na wyświetlacz. Gdy zobaczył, kto dzwoni, odebrał od razu. Z Arkiem Wielgoszem służyli kiedyś razem, dopóki tamten nie przeszedł do policji. Zawicki dokładnie wiedział, w jakim wydziale teraz robi kolega. I co ważniejsze: jaką wiadomość może mu przekazać.

– Cześć, Arek. – Silił się na spokój.

– Cześć. Trochę czasu minęło, co? Ty dalej w straży? – zapytał na powitanie Wielgosz.

– Dalej – przytaknął.

– Wpadniesz do mnie na Małopolską? Teraz – powiedział poważnie.

– Jasne. Będę za jakieś dwadzieścia minut.

– Do zobaczenia.

Policjant rozłączył się, nie mówiąc nic więcej, a Zawicki po prostu wiedział, jaką wiadomość usłyszy na miejscu. Czekał na nią od lat. Zostawił niedokończone danie na stoliku i wyszedł bez pożegnania. Trasę z baru do placówki pokonał biegiem. Do pokoju wpadł tylko po kluczyki do swojego Opla Astry i pognał na parking. Nawet nie przebrał się w ubranie cywilne. Chciał jak najszybciej pojawić się w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Usiadł za kółkiem i ruszył w stronę centrum miasta. Myślami wrócił do momentu, w którym poznał Wielgosza.

Był to jeden z jego pierwszych dni służby w straży granicznej. Siedział w porcie i czekał na funkcjonariusza, z którym miał tamtego dnia patrolować. Czyli właśnie na Arka. Miał odprawić swój pierwszy statek i do dziś pamiętał podekscytowanie, jakie mu wtedy towarzyszyło. Chyba właśnie to uczucie zgubiło go trochę w tamtym momencie. Co prawda praktycznie cały dzień przebiegł bez komplikacji, ale na sam jego koniec okazało się, że zapomniał zabrać czapki służbowej ze statku. Teraz śmiał się z tego, ale wówczas na myśl o notatce o zagubieniu czapki służbowej struchlał. Naprawdę bał się, że zakończy swoją karierę jako pogranicznik na służbie przygotowawczej. I wtedy pojawił się Wielgosz i uratował mu dupę. Dał znać komu trzeba i po jakimś czasie dostarczono mu zgubę. Ale wcale nie za to był mu najbardziej wdzięczny, tylko za lojalność i milczące wsparcie. Teraz czuł podskórnie, że powód, dla którego Arek wezwał go do siebie, także zaważy na jego życiu.

Rozdział 4.

Dawniej

Z zachwytem wpatrywał się w wieżę Technics z dodatkowym gramofonem. Mógł o takiej co najwyżej pomarzyć. Oni w domu mieli jedynie stare, trzeszczące radio. Trochę zazdrościł Ernestowi. Może nawet nie trochę. Zazdrościł mu jak cholera. Mimo to, chłonął wszystko, co widział u niego w domu, bo wiele rzeczy widział po raz pierwszy.

Tu było jak w lepszym świecie. Dla niego niedostępnym.

Jeszcze niedostępnym.

Uniósł do ust filiżankę z kawą. Jej zapach i smak w niczym nie przypominały lury, jaką zazwyczaj pijał. Z każdym kolejnym łykiem myślał o tym, że kiedyś kupi najlepszy ekspres, jaki znajdzie na rynku. A dom będzie miał jeszcze większy niż Ernest.

Przymknął oczy. Jazzowa muzyka płynąca z głośników sprawiła, że poczuł się jak w luksusowym klubie. Prawda była taka, że nigdy w takim nie był, ale tak to sobie właśnie wyobrażał. I tak chciał żyć.

Z Ernestem znali się z podstawówki. Siedzieli w jednej ławce niemal osiem lat. Razem podglądali dziewczyny w szatni przed wuefem i kradli jabłka z sadu proboszcza. Kiedy Ernest wyjechał do szkoły w Szczecinie, ich drogi się rozeszły. Krystian przyjął to jako naturalną kolej rzeczy, żył swoim życiem i nawet specjalnie się nie zastanawiał, co słychać u kolegi. Aż pewnego dnia, przypadkiem, zobaczył go w Szczecinie na dworcu PKS. Krystian siedział wtedy umęczony na ławce i skubał słonecznik, omiatając obojętnym spojrzeniem przechodzących obok niego ludzi. Wtedy w oczy rzucił mu się piękny, oliwkowy Mercedes W124, o jakim marzyło wielu, ale nieliczni mogli sobie na niego pozwolić. Z otwartymi ustami obserwował, jak samochód wolno przejeżdża przez pętlę autobusową, w końcu zatrzymując się tuż przed nim. Poznał go od razu. Drugiego takiego rudzielca upstrzonego piegami nie było w całym Szczecinie. Po oczach kumpla z dzieciństwa widział, że i jemu wróciły wspomnienia.

Nie pomylił się.

Po godzinie wjeżdżali z Ernestem błyszczącym Mercedesem do Jaworca, gdzie witały ich zazdrosne spojrzenia mieszkańców. Sprawiło mu to olbrzymią przyjemność. Wtedy po raz pierwszy poczuł, jak wiele dają pieniądze. Ten dreszczyk podniecenia chciał czuć już zawsze. Istniał tylko jeden problem. Był przecież nikim. Nie miał nic, oprócz starego domu po dziadkach, który na dodatek dzielił z bratem.

Otworzył oczy i odgonił wspomnienie. Teraz był w domu Ernesta i zamierzał wycisnąć z tego spotkania, ile tylko się dało. Nie miał żadnych skrupułów, bo chciał jak najszybciej wzbić się wyżej, bez względu na to, jaką cenę miał za to zapłacić. Kolega podszedł do niego, nachylił się i wziął za ramiona, a następnie wyciągnął z kieszeni spodni zawiniątko i oblizał się na ten widok.

– Chcesz? Towar pierwsza klasa. – Ernest potarł palcem nos.

– Nie, dzięki. To mi wystarczy. – Uniósł szklankę z whisky i uśmiechnął się krzywo. – Za spotkanie!

Patrzył na kolegę z podziwem. W szkole był tylko rudym piegusem i skarżypytą, a teraz? Miał kasę, wspaniałą chatę w mieście i piękne kobiety gotowe zrobić dla niego wszystko, a może raczej dla jego kasy. W głowie pojawiły mu się dwie kompulsywne myśli. Po pierwsze, kiedy i co spieprzył, że nie był w tym miejscu co Ernest, choć przecież uważał się za mądrzejszego od niego. I po drugie, o wiele ważniejsze: co mógł zrobić, by być jeszcze wyżej niż on.

– Zdrowie twoje w gardło moje! – Ernest upił spory łyk whisky z kryształowej szklanki, a potem usiadł na krześle i kiwnął głową w stronę dziewczyny, która stała obok barku z alkoholem.

Uśmiechnęła się figlarnie, obciągnęła bluzeczkę ledwo zasłaniającą drobne piersi i ruszyła od razu w jego stronę. Usiadła na kolanach młodego mężczyzny, moszcząc się trochę za długo, co wyraźnie sprawiało mu przyjemność. Natychmiast włożył rękę pod krótką spódniczkę młodej kobiety.

– Olka, chodź! Kolega taki samotny, przyda mu się towarzystwo! – zawołał w stronę biuściastej blondynki. – Krystek, częstuj się wszystkim, co tu mam. Wszystkim – podkreślił ostatnie słowo.

– Dzięki. – Krystian się uśmiechnął.

Nie minęła chwila i jego kolana również ugniatane były przez kobiece pośladki. Z początku czuł się trochę skrępowany, ale postanowił korzystać z okazji. Tym bardziej, że miał dosyć Luśki i jej dziwnych pomysłów w łóżku. Chciał w końcu normalnego seksu. Przede wszystkim takiego, w którym on będzie dominował.

– Naprawdę, fajna chata. Urządziłeś się, nie ma co…

– Wiadomo, ma się głowę do interesów.

– A na czym ty się tak dorobiłeś, co? – zagadnął Krystian. – Po ojcach masz, czy jak?

– A skąd! Matka nie żyje od dawna, a stary jest biedny jak święty turecki!

– No to skąd? – Pociągnął nosem i wbił wzrok w kolegę. – Powiesz?

– Idź do sypialni, zaraz przyjdę – zwrócił się do dziewczyny, a potem usiadł obok Krystiana. – Słuchaj i zapamiętaj wszystko, co ci powiem. – Zniżył głos. – Ja te melony to z jumy mam. Sprzedaje fanty i mam czysty zysk. Czaisz? Sprzęcik grający, lodóweczka, telewizor… znajdę wszystko, co tylko klient sobie zażyczy.

– Jak z jumy? – Krystian nie dowierzał, że to mogło być takie proste. – Jeździsz na szaber do Niemców i na tym taki hajs?

– Biorę, co nasze – powiedział, a przez twarz przebiegł mu cień. – Ile te Szwaby nakradły, co?! Ile naszych zabiły? No, ile?! Ja im tylko odbieram, co nasze! Żyją tam, jak pączki w maśle, a my tu biedę klepiemy. A przez kogo, kurwa, Krystek? No, powiedz, przez kogo?! – Trząsł się i wbijał w pierś kolegi palec wskazujący.

– Przez Niemców – wyszeptał.

Bolało go. I to wcale nie przez stukający go kościsty palec.

– No! Jak nic, będą z ciebie ludzie. – Wyszczerzył zęby. – Na razie trzymaj się mnie. Jak będziesz miał smykałkę do biznesu, to niedługo pójdziesz na swoje. – Napełnił szklanki i wzniósł toast. – Za biznes. I żeby te Szwaby pierdolone wyzdychały!

– Zdrowie! – Wypił wszystko duszkiem, a w uszach dudniły mu słowa Ernesta.

Gdyby znał prawdę, nigdy nie wypiłby z nim nawet szklanki wody. Raczej by go w niej utopił. Krystian nie mógł pozwolić, by jego tajemnica ujrzała światło dzienne.

Rozdział 5.

Jedną z bolączek centrum Szczecina był brak miejsc parkingowych. Dlatego zaparkowanie o tej porze w pobliżu Komendy Wojewódzkiej Policji graniczyło z cudem. Zawicki wjechał w ulicę Starzyńskiego, licząc na szczęście, ale widocznie tego dnia chwilowo go opuściło. Dopiero na kolejnej ulicy szybko zajął jedyne puste miejsce, a potem wyłączył silnik i przez kilka minut siedział nieruchomo w aucie.

Bał się usłyszeć prawdę, choć jednocześnie tak bardzo na nią czekał.

Wysiadł z Opla i skierował się do wejścia komendy. Był tu raz, ale tylko turystycznie. Zwiedzał kiedyś budynek podczas jednego ze spacerów kryminalnych organizowanych co jakiś czas przez Miejską Bibliotekę Publiczną. I poszedł tam tylko ze względu na makietę komendy, bo słyszał, że warto ją zobaczyć. Sam sklejał kiedyś modele i kierowała nim wtedy najzwyklejsza ciekawość.

Przekroczył ciężkie, drewniane drzwi, a kiedy tylko jego noga przestąpiła próg budynku, pani z recepcji od razu przeniosła na niego swój badawczy wzrok.

– Pan do kogo?

– Do Arkadiusza Wielgosza. Byłem umówiony. – Zawicki nawet nie wiedział, jaki kolega miał stopień, ale teraz było to najmniej ważne. – Może pani po niego zadzwonić?

– Proszę zaczekać. – Wskazała na czarne, sfatygowane fotele, a sama podniosła słuchawkę telefonu.

Zawicki nie usiadł, tylko zaczął przeglądać z nudów ulotki, pod którymi uginał się niewielki stolik stojący przy ścianie. Wszystkie dotyczyły naboru do policji. Widać było, że nie tylko w straży granicznej brakowało rąk do pracy. Od razu rzuciło mu się w oczy, że korytarz świecił pustkami. Pokiwał z niedowierzaniem głową. Pamiętał, że jeszcze kilkanaście lat temu, na jedno miejsce w policji, czy w straży granicznej, było kilku chętnych.

– Cześć! – Wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna podszedł do Zawickiego i uścisnął go serdecznie. – Kopę lat!

– Cześć! – Zawicki odwzajemnił jego uścisk. Zdziwiło go tak serdeczne powitanie. – Nic się nie zmieniłeś!

– Widzę, że kłamać to ty dalej nie potrafisz! – Wielgosz zaśmiał się i pogłaskał po łysinie. – Kilka lat temu miałem chyba trochę więcej włosów.

– A tam, kto by je liczył. – Przywołał na twarz uśmiech, choć kosztowało go to wiele wysiłku. – To o czym chciałeś pogadać?

– Chodźmy do mojego gabinetu. Koleżanka pojechała na przeszukanie, więc będziemy mieli spokój. – Wielgosz odbił kartę i szklane drzwi się otworzyły.

Weszli do przestronnego holu z misternie odrestaurowanym wnętrzem. Po raz kolejny zrobiło wrażenie na Zawickim.

– Musimy pójść pieszo – oznajmił Arek. – Winda jest w naprawie. – Wskazał na kartkę przyczepioną do ściany i skierował się na marmurowe schody.

Szli w ciszy. Maciek wolał nie pytać. Nie miał też ochoty w takiej chwili prowadzić rozmów o niczym. Najbezpieczniejsze było milczenie. Najwyraźniej Arek myślał podobnie, bo aż do drzwi pokoju nie odezwał się ani słowem.

– Zapraszam. – Otworzył drzwi i zaprosił go do środka. – Moje królestwo.

Zawicki wszedł do niewielkiego pomieszczenia na poddaszu i rozejrzał się. Sam nie wiedział, dlaczego, ale spodziewał się czegoś lepszego. Pokój okazał się być zwykłą klitką, na dodatek ze skosami. Na całe wyposażenie składały się dwa biurka ustawione naprzeciwko siebie, cztery regały zawalone aktami i szafa pancerna. Przyjrzał się jej i stwierdził, że musi pamiętać jeszcze poprzedni ustrój. Maciek rozpiął kilka guzików od koszuli munduru i spojrzał pytającym wzrokiem na sprzęt przytwierdzony do ściany.

– Klima jest, ale jakby jej nie było. – Wielgosz wzruszył ramionami i usiadł za biurkiem. – Rozgość się.

Zajął miejsce na drewnianym krześle pod ścianą. Zaskrzypiało cicho pod jego ciężarem.

– Maciek... – zaczął niepewnie. – Trochę się znamy, dlatego chciałem przekazać ci tę informację osobiście. – Zamilkł, wpatrując się w kolegę. – Odnaleźli szczątki twojego ojca.

– Ojca? – Z twarzy odpłynęła mu cała krew. Spodziewał się innej wiadomości. Zupełnie innej. – Jak ojca? A co z Mileną?!

– Wczoraj w Jaworcu operator koparki podczas prac remontowych odkopał skrzynię. Odkryto w niej zwłoki, tak właściwie to już tylko szkielety. Jeden z nich prawdopodobnie należy do twojego ojca. – Wielgosz zignorował pytanie o Milenę.

– Nie rozumiem… – Momentalnie zaschło mu w ustach. Dopiero po chwili odezwał się ponownie. – Skąd pewność, że to ojciec?

– Stuprocentowej pewności nie mamy. To tylko podejrzenia. – Zmarszczył brwi, patrząc uważnie na Maćka. – Żeby to potwierdzić, lub nie, potrzebujemy materiału porównawczego. Zgodzisz się na pobranie próbki?

– Oczywiście… – Chciał stąd jak najszybciej wyjść, bo zaczynało mu brakować powietrza. I to nie upał i brak klimatyzacji były tego przyczyną.

Wielgosz nic więcej nie powiedział. Podszedł do szafki, z której wyjął sporych rozmiarów paczkę. Później otworzył ją jednym ruchem ręki, a zawartość wyłożył na biurko. Już w rękawiczkach, delikatnie wyjął próbówkę i stanął przed Zawickim.

– Słuchaj, miałeś kiedyś pobierane DNA? – zapytał, żeby w razie czego zaoszczędzić sobie zbędnego gadania. – Wiesz, jak to się robi?

– Nie miałem. Ale wiem, co z czym – bąknął cicho.

Starał skupić myśli na czymś innym niż to, co przed chwilą usłyszał. Zatrzymał wzrok na ramce ze zdjęciem, która stała na biurku. Na czarno-białej fotografii widać było młodą kobietę z kilkuletnim dzieckiem na rękach. Wpatrywała się obojętnym wzrokiem w obiektyw aparatu.

– Możesz zaczynać.

– Zrobię to najszybciej jak potrafię. – Policjant schylił się i sprawnym ruchem pobrał wymaz ze śluzówki policzków.

– To ty? – zapytał Zawicki, kiedy wyjął patyczek z jego ust. – Na zdjęciu?

– Ja – przytaknął. – Z mamą. Zmarła jakiś czas temu.

– Przykro mi.

– Dzięki. Nie miała łatwego życia. – Głos Wielgosza zrobił się matowy. – Stare dzieje – dodał, a jego ton złagodniał. – Słuchaj, wiem, że ta wiadomość o ojcu to dla ciebie szok. Gdybyś chciał pogadać, jak ochłoniesz, dzwoń. I nie mówię tego, bo tak wypada.

– Dzięki – odparł, choć wiedział, że nie skorzysta z oferty Wielgosza. Nie potrzebował ludzi. Do tej pory radził sobie bez nich. I dalej zamierzał. – Muszę wracać na Żołnierską.

– Czekaj, jeszcze karta DNA. Muszę ją wypełnić. – Policjant pomachał mu przed oczami formularzem. – Sam rozumiesz…

– Rozumiem. Zaczynaj.

Dwadzieścia minut później Zawicki siedział już w swoim samochodzie z klimą ustawioną na szesnaście stopni. Nawet, kiedy na jego ciele pojawiła się gęsia skórka, nie zwiększył temperatury. Potrzebował chłodu, choć wiedział, że na to gorąco, które pali go od środka, żadna klimatyzacja nie pomoże. Na wieści o ojcu czekał całe lata. W każde święta, w liście do Świętego Mikołaja prosił o powrót taty i co Wigilię przeżywał rozczarowanie, kiedy ten się nie pojawiał. W końcu dorósł i przestał wierzyć w Mikołaja.

W powrót ojca także.

Najbardziej bolało go to, co działo się przez te wszystkie lata z jego matką. Z każdym rokiem od zaginięcia ojca była coraz chudsza. Gasła. Aż w końcu odeszła na zawsze.

Teraz zdał sobie sprawę, że sam postąpił podobnie po zaginięciu Mileny. Stracił Justynę. Przestał spotykać się ze znajomymi. Przyjaciół nie miał wcale. Nawet jednego.

Oparł głowę o kierownicę i starał się choć przez chwilę nie myśleć o niczym, chciał pustki i ciszy. Potrzebował ich, żeby móc dziś funkcjonować. Czekała go służba, którą zresztą wziął na własne życzenie za kolegę.

Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Na początku myślał, że to Wielgosz czegoś jeszcze potrzebuje, ale na wyświetlaczu pokazało mu się zdjęcie ciotki. Sabina Szymończak była siostrą jego ojca. Jedyną. Zdziwiło go, że dzwoni. Od śmierci matki mieli ze sobą sporadyczny kontakt. Czasem wysyłali sobie SMS-y na święta.

– Dzień dobry, ciociu – zaczął niepewnie.

– Maciejku. – Głos ciotki się załamał. – Znaleźli go…

Potem w słuchawce słyszał już tylko płacz. Nie przerywał jej. Niby byli przygotowani na tę wiadomość. Ale jednak, gdzieś tam w środku, tliła się jeszcze iskra nadziei, że ojciec żyje.

A teraz zgasła na zawsze.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział 1.

Rozdział 2.

Rozdział 3.

Rozdział 4.

Rozdział 5.

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji