Glow Up - Nina Słowik - ebook + książka

Glow Up ebook

Słowik Nina

0,0

Opis

Tully Rosewood. Jedyna dziewczyna, dla której sławny hollywoodzki aktor Charlie Levoy otworzył serce… I jedyna, o której nie potrafi zapomnieć.

Dziś Charlie ma u stóp cały świat. Jego nazwisko zna każdy w Los Angeles, a on sam żyje swoją największą pasją, przekuwając marzenia w rzeczywistość. Lecz pod maską sukcesu kryje się głębokie wypalenie, które coraz częściej daje mu się we znaki.

Aż nagle… postanawia wrócić do rodzinnego miasteczka.

Porzuca Los Angeles i zjawia się w Covington. Przypadek sprawia, że po trzech latach rozłąki znów staje twarzą w twarz z Tully. To z nią spędził całe dzieciństwo, a dziewczyna znała jego duszę lepiej niż ktokolwiek inny na ziemi.

Czy ponownie staną się dla siebie ostoją?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 470

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Nina Słowik

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Moch

Korekta: Katarzyna Chybińska, Martyna Rolirad, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-947-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

OD AUTORKI

W tej historii pojawia się wątek przemocy domowej i straty bliskiej osoby. Dla osób, które są wrażliwe, zamieściłam poniżej spis telefonów zaufania. Nie bójcie się prosić o pomoc.

• 116 111 – Telefon Zaufania Dla Dzieci i Młodzieży

• 800 120 226 – Policyjny Telefon Zaufania ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie

• 800 12 12 12 – Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka

• 800 120 148 – Anonimowa policyjna linia specjalna „Zatrzymać przemoc”

• 801 120 002 – Ogólnopolski Telefon dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia”

Dlaczego nie mówimy o tym, co nas boli otwarcie?Budować ściany wokół siebie – marna sztukaWrażliwe słowo, czuły dotyk wystarcząCzasami tylko tego pragnę, tego szukamNa miły Bóg…Życie nie tylko po to jest, by braćŻycie nie po to, by bezczynnie trwaćI aby żyć, siebie samego trzeba dać

Stanisław Sojka, Tolerancja

Tym, którzy wyciągają pomocną dłoń, zanim człowiek w potrzebie zdąży o nią poprosić.Rozpalacie ogniska w samym środku cudzej zimy, udowadniając, że światło Waszej dobroci nie traci na sile, gdy się je podaje dalej – ono płonie jaśniej, rozgrzewa świat

PROLOG

Światło.

Tak oślepiające, jakby uderzyły we mnie tysiące słońc.

Czuję je wszędzie, wchodzi mi pod skórę, lecz się go nie boję.

Widzę też piękne, duże oczy barwy zamarzniętego jeziora. Słyszę zakurzoną melodię tamtych lat.

Wiesz… Jest dokładnie tak, jak mi to opisałaś. Nie jestem sam.

Już nigdy nie będę sam…

ROZDZIAŁ 1KRYJÓWKA NA PODDASZU

Tully

Tully – lat 7, Charlie – lat 10

Kocham wszystkie kolory tego świata, ale jeśli miałabym wybrać jeden, najważniejszy, byłaby to barwa jego oczu

Zakurzone poddasze pachniało bursztynową żywicą i końcem pewnej ery. Siedziałam w kącie cicho jak mysz pod miotłą, lecz przeczucie nadchodzącej zmiany krążyło w mojej krwi, budząc drżenie, docierające aż po same koniuszki palców. Wydawało się, że cały dom wstrzymywał oddech, wyczekując czegoś, co niewątpliwie wisiało w powietrzu. Nie zdziwiłabym się, gdyby nad naszym dachem – i tylko nad nim – zastygła gęsta, ołowiana chmura, podczas gdy reszta ulicy lśniła w południowym blasku, typowym dla złotego luizjańskiego lata.

Gdzieś w najgłębszych zakamarkach mojej duszy tliła się jeszcze irracjonalna nadzieja, że może niebawem dziadek mnie znajdzie – zupełnie tak jak wtedy, gdy godzinami bawiliśmy się w chowanego – i powie z uśmiechem, że zdarzył się cud, dzięki któremu odzyskał siły i zdrowie. A potem wyciągnie do mnie smukłą, ciepłą dłoń, by zabrać mnie jeszcze jeden raz tam, gdzie pachnie bzem, a korony magnolii muskają najwyższymi gałęziami błękitne niebo.

Tylko że… tak się nie wydarzyło. To nie on mnie znalazł.

Wierzchem ręki wytarłam z kącików oczu pojedyncze łezki. Wtedy ciszę na poddaszu rozdarło przeciągłe skrzypnięcie spróchniałych desek i pstryk naciskanego kontaktu. W ułamku sekundy pomieszczenie zostało zalane strumieniem jasnego światła.

– Tully?! Jesteś tu?

Głos mojego najlepszego przyjaciela odbił się echem od ścian i uderzył we mnie falą ciepła, przyprawiając mnie o gwałtowne bicie serca. Instynktownie wstrzymałam oddech, a ręce kurczowo zacisnęłam na białej sukience.

– Charlie? – powoli wypowiedziałam jego imię głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – Przyszedłeś tu sam?

– Tak. To tylko ja! Nie bój się, Tully.

Wytężałam słuch, aż wreszcie szybkie kroki Charliego ucichły tuż przed moją kryjówką.

Znalazł mnie.

Ze zmrużonymi oczami wyjrzałam zza krawędzi antycznego lustra i zobaczyłam przed sobą znajome, ubrudzone trawą czarne trampki. Przesunęłam wzrokiem po wysokim chłopaku, aż wreszcie zatrzymałam się na jego ozłoconym światłem profilu. Z trudem przełknęłam ślinę.

Charlie był najpiękniejszym chłopakiem, jakiego znałam. Gdy się śmiał, dołeczki w jego policzkach stawały się moimi ulubionymi punktami na mapie świata. Wiecznie potargane, niesforne loki podkreślały walory jego urody, mieniły się odcieniami gorzkiego kakao i palonego karmelu, jakby słońce uwięziło w nich swoje ostatnie promienie. Choć był w wieku mojego starszego brata Jamesa, w niczym go nie przypominał. Otulał mnie zapachem czekolady, który zawsze się za nim ciągnął jak cień, sprawiając, że miałam ochotę przebywać tak blisko niego, jak to tylko było możliwe.

I zazwyczaj mi się to udawało.

– Myślisz, że znajdzie się tam dla mnie trochę miejsca? – spytał i, nie czekając na zaproszenie, dał nura między meble. Usiadł obok mnie jednym zwinnym ruchem, przez co kurz gwałtownie zawirował w promieniach zachodzącego słońca i miękko wylądował nam na kolanach.

Charlie otrzepał z brudu moje nogi, po czym objął mnie tak mocno, że przez chwilę słyszałam tylko uderzenia jego serca.

– Nie rób tego więcej, dobrze? – wyszeptał mi we włosy przejętym, wręcz smutnym tonem i uścisnął mnie jeszcze mocniej, być może z całej siły. Moje filigranowe ciało niemal tonęło w jego objęciach, ale było to zaskakująco miłe uczucie. – Nigdy więcej się przede mną nie chowaj, Tullsie.

– Ja… Przepraszam. – Mrugając przez łzy, spojrzałam ukradkiem na okno dachowe. Nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że poddasze nagle nasiąkło promieniami słońca. – Już nie będę tak robić.

Chłopiec powoli, jakby wbrew sobie, wypuścił mnie z objęć, a potem uważnie mi się przyjrzał. W jego oczach zobaczyłam coś, co sprawiło, że moje serce drgnęło.

– A możesz mi to obiecać?

Pociągnęłam nosem i założyłam kosmyk kasztanowych włosów za ucho.

– Obiecuję, Charlie.

– I nie masz skrzyżowanych palców?

– Nie mam – zapewniłam bez wahania i dopiero wtedy mój przyjaciel odetchnął z ulgą. Oparł się wygodnie o ścianę, a grzywka opadła mu na czoło.

– Dobrze. To ja posiedzę tu sobie z tobą. Gdy będziesz gotowa, to odprowadzę cię do dziadka, a jak nie, to nie.

Podobał mi się ten plan, choć strach o dziadka wciąż rozpalał w moim wnętrzu piekielną burzę.

– Nie chcę go stracić – szepnęłam w eter. – Dziadzio jest moim aniołem.

– O nic się nie martw, Tully. – odparł. – Niczego się nie bój. Jestem tu z tobą.

Przyłożyłam policzek do jego barku i zamknęłam powieki. Przez dłuższą chwilę słychać było tylko nasze oddechy i daleki szum wiatru za oknem. Siedzieliśmy ramię w ramię w rosnącej plamie zachodzącego słońca. Czułam bijące od chłopaka ciepło, co budziło we mnie dawno utracone poczucie bezpieczeństwa. Spojrzałam na niego ukradkiem.

– Skąd wiedziałeś, że tu mnie znajdziesz?

Na twarzy Charliego pojawił się cień bladego uśmiechu.

– Tak jakoś wyszło. – Wzruszył ramionami. – Twoi rodzice i James szukali cię na zewnątrz, a ja pomyślałem, że nie będziesz chciała zbytnio oddalać się od dziadka.

Z trudem zaczerpnęłam powietrza.

– Bo nie chciałam – przyznałam niechętnie.

Charlie oparł brodę na moim obojczyku i kciukiem zaczął kreślić kółka na mojej lewej dłoni, a ja coraz słabiej zaciskałam palce na sukience.

– Bardzo się o ciebie martwiłem.

– Przepraszam, Charlie.

– Nie przepraszaj. Tak to już jest, pamiętasz? Znikasz, a ja cię szukam. I zawsze znajduję.

Pamiętałam. Czasem, kiedy rodzice kłócili się przy nas tak głośno, że z nerwów aż bolał mnie brzuch, chowałam się gdzieś na dworze. To Charlie zawsze pierwszy mnie odnajdywał. Moje kryjówki były dla niego jak ślady butów na świeżym śniegu. Krótko po nim zjawiał się James.

– Mogę zdradzić ci pewien sekret? – Mój przyjaciel wyprostował się i spojrzał mi w oczy.

Przytaknęłam zachęcająco.

– Wiesz, że w przedstawieniu szkolnym mam grać Romea, nie?

– Wiem! A ja usiądę w pierwszym rzędzie.

Chłopak westchnął, a jego ciepły oddech połaskotał mnie w szyję. Przez chwilę bawił się rąbkiem mojego rękawa, jakby szukał w głowie odpowiednich słów.

– Ja chyba jednak w nim nie zagram. Będę udawać przed mamą, że się przeziębiłem, i nie pójdę do szkoły.

– Ale czemu?!

Charlie spuścił wzrok i zacisnął usta.

– Bo… Tam trzeba będzie pocałować dziewczynę w policzek. No wiesz… Ustami.

Bum, bum, bum.

Serce zabiło mi tak mocno, że modliłam się w duchu, by Charlie tego nie usłyszał. Przez chwilę trwałam w bezruchu, porządkując myśli. Odczekałam moment, zanim odważyłam się zapytać:

– A kto jest Julią?

– Jenny Bradford – wyznał, marszcząc piegowaty nos, a potem wrócił do mnie spojrzeniem. – Chociaż… moja mama mówi, że dobry aktor powinien umieć zagrać każdą rolę.

– Twoja mamusia mówi też, że rodzynki są smaczne, a dobrze wiemy, że to nieprawda – odparłam nieco zbyt nadąsanym tonem.

Nie chciałam, żeby jakaś Jenny całowała mojego Charliego. Niech sobie znajdzie swojego!

Chłopak uśmiechnął się blado, a na jego policzku nieśmiało zaznaczył się jeden dołeczek.

– Czyli uważasz, że nie popełniam błędu?

– Nie, Charlie – Zaprzeczyłam ruchem głowy. – Będzie jeszcze dużo przedstawień, a ty i tak zawsze dostajesz główne role.

Spojrzał na mnie uważnie orzechowymi oczami, a ja poczułam, jak świat na moment traci ostrość.

Kocham wszystkie kolory tego świata, ale jeśli miałabym wybrać jeden, najważniejszy, byłaby to barwa jego oczu.

– Może kiedyś po prostu zagram z tobą – zaproponował, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– A chciałbyś?

– Pewnie, że tak! Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. A to dlatego, że kosiam cię jak młodszą siostrę – wyznał, skubiąc nitkę przy moim rękawie.

Zachichotałam, czując, jak w klatce piersiowej rozlewa mi się dziwne, kojące ciepło, które na chwilę stłumiło strach o dziadka. Przesunęłam ręką po szorstkich deskach podłogi i niepewnie splotłam nasze palce. Miał je umazane ziemią i wręcz pachnące przygodą, ale odwzajemnił uścisk tak delikatnie, jakby trzymał w dłoniach najrzadszy okaz motyla.

– Mówi się „kocham cię”, Charlie! – poprawiłam go z udawaną powagą, choć moje serce fikało koziołki z radości.

Charlie zaczerwienił się aż po same uszy, a jego policzki niemal zrównały się barwą z zachodzącym słońcem. Odchrząknął, starając się przybrać dumną minę, co wyglądało przezabawnie w połączeniu z jego potarganymi lokami.

– Przecież tak właśnie powiedziałem – mruknął pod nosem i uciekł wzrokiem w stronę zakurzonego czerwonego kufra.

– To może być nasze słowo – zasugerowałam, gdy ten pomysł nagle zaświtał mi w głowie.

– Co takiego?

– „Kosiać” – uściśliłam. – To będzie coś naszego i tylko sobie będziemy tak mówić, nikomu innemu. Co ty na to?

W jego oczach zatańczyły radosne iskierki.

– Dobrze, Tully. Podoba mi się to.

– I nie powiemy tego nawet Jamesowi? – spytałam cicho, wystawiając w jego stronę mały palec, za pomocą którego zazwyczaj przypieczętowywaliśmy obietnice.

– Nawet Jamesowi – zapewnił Charlie i oplótł mój mały palec swoim.

– A więc… – Usiadłam po turecku. – Kosiam cię bardziej niż lody truskawkowe, ale trochę mniej niż mamusię i dziadka.

– A ja cię kosiam najbardziej na świecie.

Jego słowa opadły na mnie niczym miękki, bezpieczny kocyk. Dzięki nim po raz pierwszy tego dnia strach w moim brzuchu przestał przypominać kłujący kokon drutu kolczastego. Nie licząc mojego dziadka, Charlie był jedyną na świecie osobą, która samymi słowami i obecnością potrafiła przeganiać czarne chmury znad mojej głowy.

– Tak w ogóle to mam coś dla ciebie – oznajmił, a ja znów ujrzałam jego urocze dołeczki.

Zaczął grzebać w kieszeni krótkich spodenek, aż w końcu, z triumfalną miną, wyciągnął z niej nieco poobijaną brzoskwinię. Położył ją na mojej dłoni, a zaraz obok niej wcisnął mi w palce maleńki, różowiutki kwiatek polny, najpewniej zerwany gdzieś w biegu.

– Jaki śliczny. – Nie kryłam zachwytu i włożyłam sobie roślinkę za ucho.

Wgryzłam się ostrożnie w dojrzałą brzoskwinię, a jej sok spłynął mi strużkami po brodzie, dłoniach i kolanach. Starałam się nie naruszyć za bardzo dwóch dolnych mleczaków po prawej stronie, które niedługo mi wypadną.

– Dobre? – Charlie uniósł kąciki ust, a ja entuzjastycznie skinęłam głową, odwzajemniając uśmiech.

– Pyszne. Bardziej smakują mi poziomki, ale…

– Tully?! – Nagle powietrze przeszył doskonale mi znany damski głos.

Ugryziony właśnie kawałek brzoskwini stanął mi w gardle i zapragnął wrócić tą samą drogą na górę.

– O nie – szepnęłam i z trudem przełknęłam ślinę. Spięłam się cała do granic możliwości.

Charlie przysunął się do mnie, jakby instynktownie wyczuł, że tego potrzebuję.

– Ciii, będzie dobrze.

– Tully Rosewood, natychmiast zejdź na dół! Szukamy cię już od godziny! – Usłyszałam głos swojej mamy, a zaraz po tym rytmiczny stukot obcasów o drewnianą podłogę i szelest czarnej sukni.

Kobieta zatrzymała się tuż przed nami i oparła ręce na biodrach, po czym obrzuciła nas spojrzeniem. Na widok Charliego przez jej twarz przemknęło zdziwienie.

– Przepraszam, mamusiu – powiedziałam słabym głosem.

Zamiast krzyczeć tak jak zwykle, wypuściła głośno powietrze i zwiesiła ramiona. Błękitnymi oczami w kształcie migdałów, zazwyczaj tryskającymi wigorem i blaskiem, dziś wpatrywała się w nas z wyjątkową obojętnością, jakby ktoś właśnie zgasił w nich światło.

Kiedy w końcu się odezwała, jej głos był wyprany z uczuć i chrapliwy, co sprawiło, że po moich plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz:

– To nie pora i miejsce na twoje ucieczki, Tully.

– To moja wina, pani Rosewood. – Charlie dzielnie stanął w mojej obronie. – Tully chciała już zejść, ale poprosiłem ją, żeby najpierw coś zjadła. Wcale się nie ukrywała, tylko chciała tu przez chwilę odpocząć.

Mama się pochyliła i odgarnęła z mojego czoła pasemko włosów w kolorze karmelowego brązu, które wysunęło mi się z wysokiego kucyka podczas sprintu na strych, a potem zaczęła głaskać mnie po policzku. Obdarowała mojego przyjaciela słabym uśmiechem, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ją okłamał, byleby tylko złościła się na niego, a nie na mnie.

Rzeczywistość przedstawiała się jednak zgoła inaczej.

– Musimy już iść. Dziadek na ciebie czeka. Wszyscy już u niego byliśmy, brakowało tylko jego wnuczki. – Słowa mamy sprawiły, że oczy znów zaszły mi łzami.

– Ale jeśli pójdę, to on… – Głos mi się załamał, w piersi poczułam dławiący ucisk. – On odejdzie! Przecież dopóki tam nie pójdę, dziadek wciąż tu będzie, prawda? Obiecaliście, że będzie czekać, aż się z nim pożegnam. Więc jeśli tego nie zrobię, on będzie czekać i nie pójdzie do nieba.

Mama nie skarciła mnie za tę desperacką teorię. Zamiast tego jej dłoń, dotąd chłodna i opanowana, lekko zadrżała na moim policzku. Po kilku sekundach maska lodu pękła, ukazując kobietę równie przerażoną nieuchronnością tej chwili jak ja.

– Kochanie, czas nie jest rzeką, którą można zatrzymać, budując tamę z milczenia – stwierdziła, a jej głos, choć wciąż papierowy, nabrał cieplejszej barwy. – On czeka na ciebie, żeby móc spokojnie zamknąć oczy, ale coraz trudniej mu się oddycha. Chcesz, żeby leżał teraz zupełnie sam?

– Nie… Nie chcę tego.

– A więc lepiej się pośpiesz. Powiem dziadkowi, że już idziesz, i będę czekać na was przed drzwiami.

Odsunęła się ode mnie, po czym opuściła poddasze ociężałym krokiem.

– Chcesz, żebym poszedł tam z tobą? – zainteresował się Charlie.

– A zrobiłbyś to dla mnie?

– Dla ciebie zrobiłbym wszystko – odparł bez wahania, dzięki czemu uczucie lodowatego strachu, dotąd dławiące mnie w gardle, nagle nieco odpuściło. – Pójdę z tobą pod same drzwi, Tully. Będę tam stać tak długo, aż wyjdziesz.

– Dobrze – wychrypiałam i otarłam wierzchem dłoni mokre policzki.

– Gotowa?

Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, poczułam, jak Charlie ciepłą dłonią o długich, smukłych palcach łapie mnie za rękę. Wzmocniona tym gestem powoli wstałam z podłogi. Ruszyliśmy ramię w ramię do wyjścia, aż zeszliśmy po schodach prowadzących na pierwsze piętro i udaliśmy się długim korytarzem.

Członkowie mojej rodziny odprowadzali nas smutnymi spojrzeniami, gdy ich mijaliśmy. Złote światło lamp odbijało się od ich zaszklonych oczu i zaciśniętych w podkówkę ust. Wszyscy kochali dziadka i zdawali się akceptować fakt, że ten dzień będzie jego ostatnim.

Wszyscy oprócz mnie.

Przygnębionym wzrokiem spojrzałam na rodziców i Jamesa stojących przed pokojem dziadka.

– Znalazłeś ją! – krzyknął mój brat na nasz widok. Przez chwilę wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać, ale tylko pociągnął nosem. Podszedł bliżej i na sekundę oparł czoło o moje ramię. – Tully, nie rób tak więcej. Nie znikaj już. Potrzebowałem cię, a musiałem sam sobie z tym poradzić.

– Przepraszam, James – odparłam i przeniosłam spojrzenie na rodziców.

Wzdrygnęłam się, gdy tata położył dłoń na plecach Charliego.

– Dziękuję ci za pomoc. – Głos miał bardziej oficjalny niż zwykle. Ostatnio coraz częściej robił się nerwowy i rzadziej bywał w domu. Nie podobało mi się to.

– Nie ma za co, panie Rosewood.

Tata przejechał dłonią po zmęczonej twarzy.

– Ale chyba rozumiesz, Charlie, że dzisiaj powinna tu być raczej tylko nasza rodzina i…

– Nie, tato, proszę cię, nie wyganiaj go – zaprotestowałam, ściskając mocniej rękę przyjaciela. Instynktownie wykonaliśmy z Jamesem krok w tył, a tymczasem Charlie nie ruszył się nawet o milimetr.

– Thomas, odpuść. – Mama złapała tatę za rękaw koszuli, jakby chciała go zachęcić, by się wycofał. – Chyba widzisz, że Tully i James go potrzebują. Im też jest ciężko.

Spojrzenie taty nieznacznie złagodniało, gdy zauważył, że mama dotyka jego łokcia. Popatrzył na nasze splecione dłonie – moją i Charliego – i ostatecznie coś w jego postawie się zmieniło, jakby pękło. Opuścił podbródek, cofnął się o krok i położył rękę na klamce, w jego oczach zaś zamiast wcześniejszego oporu pojawiło się smutne zrozumienie.

Po raz ostatni spojrzałam na brata i swojego przyjaciela, po czym pchnęłam lekko drzwi. Ustąpiły z cichym skrzypieniem, a ja weszłam do środka.

W głowie wciąż mi brzmiały słowa Charliego:

„O nic się nie martw, Tully. Niczego się nie bój. Jestem tu z tobą”.

Widok dziadka zmroził mi krew w żyłach. Jego twarz, nienaturalnie blada, niemal przezroczysta, zapadała się w miejscach dawniej tętniących życiem. Cienie pod oczami, głębokie i sine, zdawały się odwracać uwagę od zieleni jego tęczówek. A jednak, gdy tylko mnie zauważył, zapalił się w nich ten sam, niezmienny od lat blask. Uśmiechnął się i wykonał w powietrzu drżącą ręką wolny, zapraszający gest.

– Wrócił mój Promyczek – wychrypiał na przywitanie, a w jego głosie wciąż pobrzmiewała czułość, z jaką zawsze się do mnie odnosił.

Zamknęłam drzwi, odcinając się od reszty domu. Podeszłam do łóżka na nogach ciężkich niczym z ołowiu. Dziadek wydawał się nierealnie drobny, jego popielate włosy odznaczały się na tle białych poduszek. Usiadłam na brzegu materaca. Warga mi drżała, w uszach zaś szumiało buczenie koncentratora tlenu i tykanie zegarka na stoliku. Obok, na szafce nocnej, stało pudełko tabletek, chusteczki i szklanka z rurką.

– Znów psociłaś? Bawiliście się z Charliem w chowanego? – zainteresował się i położył dłoń na moich włosach. Była chłodna, mimo że za szybą świat pocił się w lipcowym upale. – A może James znów ci kazał udawać uwięzioną w zamku księżniczkę?

– Nie, dziadku. Ja… siedziałam w kryjówce na strychu. To Charlie mnie znalazł – wykrztusiłam zaskoczona tym, jak piskliwy stał się nagle mój głos. – Przepraszam.

Mężczyzna kiwnął głową, a potem z najwyższym trudem poprawił ułożenie poduszki, bo chciał spojrzeć mi prosto w oczy.

– Za co właściwie przepraszasz? – Uniósł rękę i z resztką dawnej energii pstryknął mnie w czubek nosa. – Za bycie najlepszą wnuczką na świecie? Za to, że wraz z Jamesem jesteście najjaśniejszymi punktami mojego świata? Wiesz przecież, jak bardzo jesteś mi droga, Tully.

– Ale cię zawiodłam – wyjaśniłam. Czułam, jak pod powiekami zbiera mi się piekąca wezbrana fala. Pierwsza łza, której nie zdołałam powstrzymać, spłynęła po moim policzku i zostawiła mokry ślad na sterylnej bieli pościeli. – I nie wiem, jak mam się z tobą pożegnać. Bardzo cię kocham.

Dziadek wziął moją rękę w swoje dłonie. Miał je sękate, poorane głębokimi bruzdami i szorstkie jak kora starych dębów, w których cieniu urządzaliśmy kiedyś letnie pikniki.

– Przypominasz mi swoją babcię – wymruczał, a w jego oczach mignęło wspomnienie, którego nie potrafiłam dosięgnąć. – Szkoda, że czas nie pozwolił wam się poznać. Moja Adeline też zawsze niosła na barkach więcej świata, niż była w stanie udźwignąć. Była wrażliwsza od reszty, tak samo jak ty. To dlatego przed tobą najtrudniej było mi ukrywać tę chorobę, mój mały Promyczku, bo zawsze widziałaś więcej niż inni.

Przerwał na moment, by wziąć płytki, świszczący wdech.

– Właśnie dlatego ratujesz wszystkie bezbronne istoty stające na twojej drodze i tak chętnie rozweselałaś moich starych znajomych, gdy doskwierało im życie, a ciało odmawiało już posłuszeństwa. Czujesz cudzy ból, jakby był twoim własnym, i nie potrafisz przejść obok niego obojętnie. To dar, Tully, ale i ciężkie brzemię. Empatyczni ludzie czasem noszą w sobie własne rozterki, o których nie wie nikt oprócz nich samych. To ważne, żeby mieć chociaż jednego przyjaciela, przed którym zawsze można się odsłonić. Kogoś, kto będzie dla ciebie jak bezpieczna przystań w burzliwy dzień.

– Kogoś takiego jak Charlie?

– Właśnie tak.

– Ale on jest też najlepszym przyjacielem Jamesa – zauważyłam cicho, skubiąc rąbek koca. – Spędzają razem każde popołudnie. Czy oboje możemy mu zdradzać swoje sekrety?

– Jasne, że tak. Serce Charliego pomieści was dwoje bez trudu. Chociaż wiesz co, Promyczku? – Dziadek zawiesił głos, a w kąciku jego ust drgnął cień dawnego łobuzerskiego uśmiechu. – James ostatnio coraz częściej szuka towarzystwa Claire.

– Claire? – Uniosłam brwi na dźwięk imienia koleżanki, z którą uwielbiam spędzać czas. – Przecież on na każdym kroku powtarza, że jej nie znosi! Że jest okropna i męcząca!

Mężczyzna zaśmiał się krótko, a ten suchy, chrapliwy dźwięk sprawił, że na jego twarzy na moment znów pojawił się ten dawny blask, przeganiający chorobliwą bladość.

– Ach, Tully… Nienawiść w tym wieku to często tylko gruby płaszcz, pod którym próbuje się ukryć coś znacznie bardziej kłopotliwego. James walczy z tym, co czuje, bo to nowa kraina i jeszcze nie ma do niej mapy. Tak samo jest z tobą i Charliem. Każda dziewczynka ma w swoim życiu tego jednego chłopca, którego imię brzmi w jej głowie inaczej niż wszystkie pozostałe. To nic złego, że serce zaczyna bić innym rytmem na czyjś widok. To po prostu znak, że dorastasz.

Mrugnął do mnie porozumiewawczo, choć widać było, że każdy ruch, nawet powiek, kosztuje go teraz masę energii.

– Zresztą z Claire sprawa jest prosta. James mówi, że jej nie lubi, bo ona jako jedyna potrafi go prześcignąć w biegu do jeziora. A twój brat, jak wiesz, nie cierpi przegrywać.

Zaśmiał się ponownie, ale ten śmiech szybko przeszedł w cichy kaszel. Skinęłam głową, nie potrafiąc wydusić słowa. Spojrzałam na rękę dziadka – tam, gdzie pod przezroczystą skórą biegły sine żyły, a w jedną z nich wbity był wenflon. Kolejne łzy skapnęły mi z policzków i wylądowały na moich posiniaczonych kolanach.

– Dziadziu… czy ty… Czy ciebie coś boli? – zapytałam wprost.

– Nie. – Uśmiechnął się smutno, głaszcząc kciukiem moją rękę. – Wiesz, co to jest morfina?

– Tak. Wiem. Mamusia mi mówiła.

– Twój wujek za pomocą morfiny dba o to, żebym nie cierpiał. Ta maszyna obok pilnuje, żebym nie musiał walczyć z własnym ciałem.

Z trudem przełknęłam ślinę, bo czułam w gardle twardą, dławiącą gulę. W mojej głowie narastał szum miliona pytań, których bałam się zadać.

– Nie zdążyliśmy puścić w niebo latawców… I co z grą na fortepianie? Miałeś nauczyć mnie na nim grać. A co z… Co będzie ze mną? I co będzie z tobą, dziadku? O Boże, co teraz będzie z tobą? – powtórzyłam łamiącym się głosem.

Zakasłał, a przez jego twarz przebiegł grymas bólu. Po chwili zmusił się do uśmiechu i spojrzał na mnie przepraszająco.

– Ciii… – szepnął ze szklistymi oczami. – Nie bój się o mnie, Tully. Pan Bóg na mnie czeka, a dla was z pewnością ma jakiś plan. Dobry plan. Wszystko dzieje się z jakiejś przyczyny.

– Życie bez ciebie nie może być dobrym planem – wymamrotałam. Świat wokół mnie stracił na ostrości przez łzy samoistnie płynące mi z oczu. – To nie miało tak wyglądać…

Odchrząknął i poprawił głowę na poduszce.

– Promyczku, kiedyś się doczekasz własnych dzieci, a potem wnuków. Wtedy zrozumiesz, że nawet jeśli kogoś nie ma fizycznie, to on tak naprawdę zawsze przy bliskich jest. Kiedy będzie ci źle, przypomnij sobie moje słowa. Ja zawsze będę przy tobie, chociaż nie będziesz mnie widzieć. Zawsze.

– Ja… Nie rozumiem.

– To jak z powietrzem. Też go nie widzisz, a jest, bo bez niego byśmy nie przeżyli ani jednego dnia.

Przytaknęłam, a on otarł mi kciukiem łzy z policzków.

– Boisz się, dziadku?

– Nie – stwierdził stanowczo. – I ty też nie powinnaś, Promyczku. Jesteś stworzona do pięknych rzeczy, więc nie waż się tracić swojego dzieciństwa na smutek. Jeszcze tyle pięknych przygód przed tobą…

– Ale… Ja nie jestem nikim szczególnym. Nie jestem tak odważna jak Charlie i tak szybka jak James. Mama mówi, że jestem zbyt nieśmiała i że muszę nad tym pracować.

– Och, inni jeszcze nie dostrzegają tego, co ja widzę w tobie od zawsze, Tully. Masz wielkie serce i siejesz dobro, gdziekolwiek się znajdziesz. To wielki dar, musisz pielęgnować w sobie tę inność, a nie ją tłamsić. Jesteś potrzebna swoim bliskim bardziej, niż myślisz. A w przyszłości sprawisz, że ludziom będzie się żyło lepiej. Czuję to w kościach. Możesz mi coś obiecać?

– Tak – odparłam bez wahania.

– Żyj odważnie – poprosił, spuszczając wzrok. – Kochaj, śmiej się i walcz o swoje. Pielęgnuj swoje wartości i nie bój się, że będziesz odstawać od reszty. Obiecaj mi to.

– Obiecuję – zadeklarowałam poważnym tonem.

Nieśpiesznie skinął głową, zaciskając usta w wąską kreskę.

– Kocham cię jak stąd do księżyca i z powrotem, Promyczku. Tak bardzo cię kocham, wnusiu – wyznał, a ja poczułam ukłucie w piersiach, jakby ktoś wbił mi w nie ostry nóż.

– Ja ciebie też, dziadku. Za wszystko… Za to, że nigdy nie krzyczałeś, kiedy brałam do garażu chore zwierzęta. Za to, że nauczyłeś mnie jeździć na rowerze. Za to, że robisz najgorsze naleśniki na świecie, ale udajesz, że tak miało być. – Łzy mi leciały, ale nie ścierałam ich. – Obiecuję, że będę sobą. I że będę się za ciebie modlić.

– Moja dzielna wnusia. – Przymknął oczy. Przez krótki czas leżeliśmy, trzymając się za ręce. Czułam, jak jego skóra robi się chłodniejsza, ale może to była tylko moja wyobraźnia. – Zawołasz swoich rodziców?

– Dobrze – odpowiedziałam i z trudem odeszłam od jego łóżka. Gdy byłam przy drzwiach, dziadek odezwał się jeszcze:

– Ty, James i wasz tata jesteście najpiękniejszym darem, jaki dostałem po Adeline. Najpiękniejszym. Nie ma słów opisujących, jak bardzo jestem z was dumny. – Na jego twarzy zagościł błogi uśmiech. – Będę cię oglądać z nieba.

Wyszłam i dopiero na korytarzu pozwoliłam sobie na wybuch płaczu. Charlie zgodnie ze złożoną mi obietnicą nie odstępował mnie na krok i sprawiał, że czułam się w tym wszystkim mniej samotna. Wrócił do domu, gdy tata go wyprosił.

Niestety to, co tak uporczywie wisiało w powietrzu, wreszcie do nas dotarło. Parę godzin później śmierć zapukała do naszych drzwi i bez pytania zabrała nam mojego ukochanego dziadka.

Późnym wieczorem z nieba lunął deszcz. Krople bębniły rytmicznie o parapety, a my patrzyliśmy na świat za oknem niewidzącymi oczami. Dom, który dotychczas wydawał się bezpieczną twierdzą, nagle stał się za duży i przeraźliwie pusty.

– Dzieci, późno już. Idźcie spać, jutro czeka nas kolejny dzień. – Mama przywołała na twarz blady uśmiech.

Wszyscy byliśmy smutni. Nawet James, zawsze zgrywający twardziela, kulił się w fotelu ze spuszczoną głową i zaciskał dłonie na kolanach tak mocno, że aż pobielały mu kostki.

– Dobrze, mamo – wychlipałam ledwie słyszalnie i złapałam brata za rękę. Zazwyczaj bardzo się irytował, gdy to robiłam, ale tym razem nawet nie drgnął. Rozstaliśmy się dopiero pod drzwiami mojego pokoju, gdzie James przytulił mnie tak mocno, że prawie zabrakło mi tchu.

– Poradzimy sobie bez niego, Tully, zobaczysz – szepnął mi do ucha. Wiedziałam, że te słowa kosztowały go wiele wysiłku, ale w takich momentach zwykle odsuwał smutek na bok i wchodził w rolę starszego, opiekuńczego brata.

– Myślisz, że w niebie są kwiaty i cukierki? Dziadek kochał kwiaty i cukierki – wyszlochałam w jego sweter.

– Na pewno. I na pewno teraz jest mu już lepiej, bo nic go nie boli. Tak powiedziała mi mama, a ona rzadko się myli.

– To prawda. – Pociągnęłam nosem. – Brakuje mi Charliego.

James zmarszczył czoło.

– Przecież dzisiaj się z nim widzieliśmy.

– Wiem, wiem – przytaknęłam. – Po prostu lubię, jak jest blisko. Masz też tak z Claire?

Na dźwięk imienia naszej koleżanki mój brat wyprostował się jak struna i zaczął błądzić wzrokiem gdzieś po ścianach. Puścił moją rękę i prychnął tak głośno, że aż echo poniosło się po ciemnym korytarzu.

– Z Claire?! – powtórzył przesadnie głośno. – W życiu! Ona jest dziewczyną, Tully!

– I co z tego? – Tym razem moją uwagę przykuły jego czerwieniące się policzki.

– A to, że ona zawsze ma jakieś dziwne pomysły! Pamiętasz, jak przyszła na moje urodziny ze swoim pieskiem Didim?

Kiwnęłam głową. To był najsłodszy szczeniak, jakiego w życiu widziałam.

– Uprzedzałem ją, że coś narobi. No i już po godzinie posiusiał się na moim dywanie, a mama się na mnie wściekła!

– Mama cię skrzyczała, bo powiedziałeś jej, że to ty zaprosiłeś Claire razem z Didim – przypomniałam mu. – Dlaczego skłamałeś i wziąłeś winę na siebie? Bałeś się, że mama więcej nie pozwoli, żeby Claire do nas przychodziła?

Skrzywił się tak mocno, jakby ugryzł cytrynę, i zaczął nerwowo wycierać dłonie o spodnie.

– Nie, to nie tak! – żachnął się, a czerwień na jego twarzy rozlała się teraz aż na uszy. – Po prostu… No Claire jest straszną płaczką, gorszą niż ty! Gdyby mama na nią krzyknęła, to pewnie płakałaby potem przez całe urodziny, a wtedy nam wszystkim byłoby smutno. Żenada.

Przestąpiłam z nogi na nogę, zastanawiając się, czy może dziadek się nie pomylił, gdy twierdził, że James lubi Claire tak mocno jak ja Charliego.

– Jasne. Dobranoc, pchły na noc, James.

– I karaluchy pod poduchy – dokończył. – Jakby co, jestem za ścianą, Tulls.

James poczekał, aż wejdę do pokoju, a potem usłyszałam, jak szybko biegnie w stronę swojej sypialni. Gdy tylko odcięłam się od reszty domu, upiorna cisza, gęsta i pachnąca smutkiem, osiadła mi na ramionach. Znów zachciało mi się płakać za dziadkiem. Przycisnęłam do nosa jego koszulkę, leżącą na moim biurku, i wzięłam głęboki wdech.

Mam szczerą nadzieję, że ten zapach nigdy nie zwietrzeje.

Błądziłam bez celu wzrokiem po pokoju, aż nagle skupiłam się na jednym punkcie i wtedy powietrze zostało przecięte stłumionym chrobotaniem. Serce wręcz mi zamarło na moment, by po sekundzie przyspieszyć z zupełnie innego powodu.

Spod ramy mojego łóżka wystawały znajome czarne trampki.

– Charlie?! – pisnęłam, podchodząc bliżej.

– Ciii! – usłyszałam stłumiony głos z głębi mroku. – Twoja mama zaglądała tu niedawno, żeby otworzyć okno.

– Czy ty leżałeś tu przez tyle godzin?! – Kucnęłam przy krawędzi łóżka, by skrzyżować z nim spojrzenie. – Zwariowałeś?!

Charlie wysunął się powoli spod mebla, wycierał rękawem zakurzone czoło. Na mój widok w jego policzkach natychmiast pojawiły się dwa dołeczki, a twarz rozpromieniła mu się w uśmiechu.

– Nie. Wcześniej siedziałem w szafie, ale bałem się, że twoja mama wróci tu z praniem, więc ewakuowałem się pod łóżko – wyjaśnił, siadając po turecku na dywanie obok mnie. – Przyszedłem do twojego pokoju od razu po tym, jak twój tata odprowadził mnie do bramy. Poczekałem, aż wróci do środka, a potem dałem nura za nim. W środku było tak tłoczno, że nikt nie zauważył mojej obecności.

Wziął mnie za rękę i gdy tylko poczuł, jaka jestem zimna, drgnął lekko, a w jego oczach mignęło coś na kształt troski. Nie puścił mnie. Zamiast tego splótł swoje palce z moimi i zaczął delikatnie pocierać moją dłoń drugą ręką, jakby próbował podzielić się ze mną własnym ciepłem.

– Twoi rodzice nie będą się martwić? – zapytałam, nie odrywając wzroku od naszych splecionych palców. Lubiłam ten widok.

– Nie ma ich w mieście. Pilnuje mnie niania. Powiedziałem jej, że śpię dziś u Jamesa.

– Ach, no tak. – Kiwnęłam głową. – Czyli zaraz do niego pójdziesz?

W piersi poczułam lekkie ukłucie na samą myśl, że zaraz może mnie zostawić.

Charlie przestał pocierać moją rękę. Spojrzał na drzwi, a potem z powrotem na mnie. Nawet w półmroku jego oczy zdawały się lśnić łagodnym blaskiem.

– Wolałbym zostać tu z tobą.

Ze mną? Charlie woli zostać ze mną?

Poczułam, jak w moim wnętrzu coś gwałtownie pęcznieje. Przełknęłam ślinę, nie wierząc własnym uszom. To brzmiało jak najpiękniejsza pomyłka świata. Charlie jeszcze nigdy nie spał w moim pokoju. Zawsze nocował u Jamesa, a ja siedziałam z nimi tak długo, dopóki mama nie odsyłała mnie do łóżka.

– Chyba że… ty tego nie chcesz? – dopytał ciszej. W jego głosie po raz pierwszy usłyszałam cień niepewności.

– Chcę – wyrzuciłam z siebie prawie natychmiast, zaciskając palce na jego nadgarstku tak mocno, jakbym bała się, że zaraz coś nas rozdzieli. – Bardzo tego chcę, Charlie.

– Och… – odetchnął z wyraźną ulgą i przestał się tak spinać. – To dobrze. Nie chciałbym, żebyś spała dziś sama i płakała do poduszki, Tulls. Może ze mną będzie ci trochę raźniej. Poza tym ostatnio znowu śnią mi się te koszmary, o których ci opowiadałem. Wczoraj strasznie ciężko było mi złapać oddech. I chyba nie chcę…

– Będę przy tobie – zapewniłam, zanim zdążył dokończyć zdanie. Uniósł kąciki ust w niespodziewanym uśmiechu. – Nauczę cię oddychać, jeśli znów tego zapomnisz.

– To ja położę się na dywanie, w razie gdyby twoi rodzice tu zajrzeli.

Kiwnęłam głową i przykryłam się kołdrą, a także przysunęłam poduszkę do krawędzi łóżka, by być jak najbliżej niego. Charlie położył się na puszystym dywanie, a ja narzuciłam na niego koc i otuliłam starannie.

– Pachnie tobą. – Naciągnął wełniany brzeg po samą brodę.

– Czyli jak? – Zdziwiona uniosłam brwi.

– Jak lato – odparł bez namysłu.

Nachyliłam się nad krawędzią materaca, by lepiej widzieć twarz swojego przyjaciela. Jego bujne, ciemnobrązowe loki odznaczały się na tle mlecznej bieli koca.

– Pachnę latem? – Zdziwienie w moim głosie pomieszało się z rozbawieniem.

Charlie przewrócił się na bok, umościł się wygodniej na dywanie i wsparł na łokciu.

– No wiesz… – zaczął, szukając odpowiednich słów. – Pachniesz trochę jak te brzoskwinie, które jedliśmy z twoim dziadkiem na ganku. I… jak słońce, pozostające na skórze po całym dniu na dworze. No i jak… ciepłe, letnie wieczory.

– Och…

– To głupie, że tak myślę?

– Nie, ale to zabawne, bo ty pachniesz jak czekolada. – Moją twarz rozświetlił uśmiech, delikatny i szczery.

Chłopiec w odpowiedzi zacisnął swoją rękę na mojej, wystającej spod kołdry, i zrobił to tak pewnie, jakby chciał zniwelować cały trud dzisiejszego dnia. Potem poczułam, jak kciukiem zatacza wolne, uspokajające kółka na jej wierzchu. Jego czuły dotyk okazał się milszy niż jakakolwiek kołysanka. Dzięki niemu kłucie w moim sercu nieco zmalało. Przez dłuższą chwilę oddychaliśmy miarowo i wpatrywaliśmy się w rozjaśniony światłem księżyca sufit.

– Charlie?

– Tak?

– Myślisz, że dziadek naprawdę widzi nas teraz z góry?

Charlie milczał przez dłuższą chwilę. Gdy ponownie się odezwał, jego głos brzmiał stanowczo i pewnie:

– Na pewno. I założę się, że teraz jest szczęśliwszy, spokojniejszy i spędza czas z twoją babcią.

– Naprawdę tak myślisz?

– Tak.

– To dobrze, bo troszkę mi lepiej, gdy wiem, że dziadek nie jest tam sam. – Poczułam, jak pojedyncza, tym razem ciepła łza spływa mi po policzku prosto na poduszkę.

Z powrotem pogrążyliśmy się w ciszy, a tę po paru minutach tym razem przerwał miękki głos Charliego:

– Tully?

– Tak, Charlie?

– Mam nadzieję, że to ja pierwszy z nas trafię do nieba.

– Dlaczego?

– Bo jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie potrafię sobie wyobrazić życia bez ciebie.

ROZDZIAŁ 2MELODIA TAMTEJ NOCY

Tully

Tully – lat 13, Charlie – lat 16

Serce trzepotało mi w piersi jak uwięziony w klatce ptaszek. Większość domu tonęła w ciemnościach nocy, jedynie miedziane światło ulicznej latarni wciskało się przez szybę w salonie i rozlewało po kątach cienkimi, bladymi pasmami.

Jeszcze tylko parę kroków i będzie po wszystkim…

Przycisnęłam do siebie nieporęczny karton i ruszyłam dalej po schodach. Stare drewno zatrzeszczało pod ciężarem moich stóp. Zamarłam w pół kroku na parę głębszych oddechów. W domu panowała tak dotkliwa cisza, że pojedyncze skrzypnięcie brzmiało jak huk.

Misja „pod żadnym pozorem nie obudzić rodziców” lada chwila miała się zakończyć fiaskiem. Jednak adrenalina nadal buzowała mi w żyłach i nie zamierzałam tak łatwo odpuścić.

Odważnie wspięłam się na kolejny stopień. Potem na następny, już ostatni. Widziałam drzwi prowadzące do mojego pokoju. Po cichu postawiłam stopę na korytarzu, lecz niestety mama wyprzedziła mnie dosłownie o ułamek sekundy i po chwili całe piętro zostało zalane strumieniem jasnego światła.

Znieruchomiałam niczym złodziej złapany na gorącym uczynku.

No to już mogę wybrać sobie trumnę…

– Tully, co masz w tym pudełku? – Szorstkość w głosie mamy przygwoździła mnie do podłogi. Płynnym ruchem zacisnęła pasek szlafroka, a senność zniknęła z jej twarzy, zanim zdążyłam wymyślić choćby pozornie wiarygodne kłamstwo.

– Owoce – wymamrotałam, błądząc wzrokiem po ścianach.

Ciche skrzypnięcie drzwi po drugiej stronie korytarza sprawiło, że obie bezwiednie zwróciłyśmy głowy w ich stronę. W progu stanął zaspany James, a zza jego pleców wyłonił się nie kto inny, jak Charlie Levoy. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na moment i wówczas wdech, który właśnie brałam, ugrzązł mi gdzieś w połowie drogi. Chłopak ułożył usta w pokrzepiający uśmiech, a w oczach zaś zatańczyły mu radosne iskierki.

Gdy usłyszałam wymowne chrząknięcie mamy, wypuściłam z płuc powietrze i wróciłam do niej wzrokiem.

– Owoce, tak? – powtórzyła bez krzty entuzjazmu. – A od kiedy to owoce wydają z siebie tyle dźwięków?

Charlie z trudem zdusił w sobie parsknięcie, czego nie można było powiedzieć o Jamesie, którego głośny śmiech poniósł się po ścianach domu. Zgromiłam go spojrzeniem, a potem posłałam mamie jeden z najbardziej niewinnych uśmiechów, jakie miałam w repertuarze.

– To mój brzuch. Nie jadłam kolacji. Stąd też te owoce, mamo.

Skinęłam delikatnie głową, jakby ten gest mógł dodać mi choć odrobinę wiarygodności. Lecz w tej samej chwili dno kartonu niebezpiecznie zadrżało, a krew momentalnie odpłynęła mi z twarzy, co nie umknęło uwadze pozostałych domowników.

– Tully, powiedz mi, proszę, że nie zabrałaś tych biednych kociąt z Savannah Street i nie przyniosłaś ich pod mój dach! – Skrzyżowała ręce na klatce i posłała mi karcące spojrzenie, które sugerowało, że jej pokłady cierpliwości właśnie się wyczerpały. – Wiesz, że wymagają specjalistycznej opieki, a nas na nią nie stać! Jak twój tata o tym usłyszy, to nie będzie zadowolony!

Przycisnęłam karton jeszcze mocniej do siebie.

– Tylko na parę dni – pisnęłam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.

– Och, Tully! – jęknęła przeciągle, pocierając sobie czoło dłonią. – Nie wierzę, że znów wykręciłaś mi ten numer!

– One by tam zginęły, mamo. Są zbyt małe, żeby dać sobie radę na ruchliwej ulicy, a nikt nie chciał dzisiaj po nie przyjechać – wyrzuciłam z siebie jednym tchem, czując, że skoro karty zostały odkryte, nie mam już nic do stracenia.

Zrobiłam krok w jej stronę i powoli uchyliłam wieko. James i Charlie, zwabieni ciekawością, podeszli bliżej i zajrzeli mi przez ramię. Światło lampy wślizgnęło się do kartonu i ukazało cztery kłębuszki futra wtulone w stary, wełniany sweter.

Choć na twarzy mamy pojawił się niemrawy uśmiech, jej głos wciąż był zrezygnowany.

– I musiałaś jechać po nie w środku nocy przed tak ważnym dniem?

– Może gdybyś wysłuchała moich próśb od razu… – urwałam w połowie zdania, bo jej ostry wzrok natychmiast uciął wszelką dyskusję. Przełknęłam z trudem ślinę i spuściłam głowę, uznając, że mój limit szczęścia na dziś został definitywnie wyczerpany. – Albo po prostu udam, że mnie tu nie ma, i zniknę w swoim pokoju.

Mama zamknęła oczy i powoli wypuściła powietrze z płuc.

– Tully, poczekaj. Rozumiem, że spełniasz się w wolontariacie, ale to nie może tak wyglądać.

– Wiem – bąknęłam pod nosem.

– Nie, nie wiesz – upierała się. – W zeszłym tygodniu robiłaś po nocach album rodzinny dla pani Hopkins, bo nikt inny nie chciał się tego podjąć, a teraz znów zaangażowałaś się w kolejną akcję. Co będzie następne? Pamiętasz w ogóle, że jutro masz występ? Obchodzi cię jeszcze fortepian?

– Tak…

– Wiesz, że twój tata ostatnio jest nerwowy, a ty tylko podjudzasz go takim zachowaniem.

– Może to nie jest odpowiednia pora na takie rozmowy – wtrącił się mój brat.

Ceniłam to, że coraz częściej stawał po mojej stronie w konfliktach rodzinnych. Krótko po śmierci dziadka w tacie coś nieodwracalnie pękło, a jakieś wydarzenia w jego pracy pchnęły go do nagłej decyzji o przejściu na policyjną emeryturę. Od tamtej pory nasz dom stał się miejscem, w którym nauczyliśmy się poruszać niemal bezszelestnie i chodzić na palcach, byle tylko nie naruszyć jego kruchego spokoju, bo dosłownie wszystko potrafiło doprowadzić go do szału. Nie umknęło mojej uwadze również to, że coraz częściej widziałam go z butelką piwa w ręce.

Bez stałego zajęcia tata inwestował resztki oszczędności w coraz to nowsze, niepewne interesy, które zamiast obiecanych profitów przynosiły jedynie kolejne długi. W efekcie finansowy grunt zaczął nam się usuwać spod nóg i tylko dzięki tytanicznej pracy mamy, biorącej na swoje barki ciężar utrzymania nas wszystkich, rodzina jeszcze jakoś funkcjonowała.

James zawsze był ulubieńcem rodziców. Zazwyczaj patrzyli na jego wybryki przychylniejszym okiem, rzadziej na niego krzyczeli niż na mnie, ale za to często stawał w mojej obronie, jak na starszego brata przystało.

Jednak tym razem, mimo naszych wspólnych starań, gniew mamy wydawał się po prostu nieuchronny.

Musiałam mocniej zacisnąć palce na krawędzi kartonu, by dodać sobie trochę otuchy przed wyznaniem gorzkiej prawdy.

– Nie wystąpię jutro – wyrzuciłam z siebie szeptem. – Nie ćwiczyłam wystarczająco dużo. Wyjdę tam i tylko się zbłaźnię. Poza tym fortepian miał być dla mnie przyjemnością, a przez tę presję sprawia mi coraz mniej radości.

Mama westchnęła z rozgoryczeniem. Był to dźwięk pełen rezygnacji, dlatego zabolał mnie bardziej niż krzyk. Uniosła brwi prawie do linii włosów, w jej spojrzeniu zaś dostrzegłam dotkliwy chłód.

– Nie wystąpisz jutro – powtórzyła po mnie z wyraźną nutą rozczarowania w głosie. – Doskonale, Tully. Tyle miesięcy poświęceń, tyle popołudni spędzonych na wożeniu cię do szkoły muzycznej i czekaniu pod drzwiami sali… Wszystko po to, żeby teraz usłyszeć, że tak zwyczajnie rezygnujesz z najważniejszego koncertu w roku.

Nie znalazłam w sobie odwagi, by popatrzeć jej w oczy.

– Ja po prostu… – zaczęłam, próbując jakkolwiek złagodzić jej gniew, ale gdy dalsze słowa utknęły mi w gardle, wszelka nić porozumienia ostatecznie pękła.

Obróciła się na pięcie i zniknęła za drzwiami sypialni, nie czekając na dalsze wyjaśnienia.

Boję się – dokończyłam w myślach. Te niewypowiedziane słowa sprawiły mi olbrzymią przykrość. Zawsze znajdowałam w sobie odwagę, by walczyć o innych. Dlaczego więc nie potrafiłam jej wykrzesać, gdy chodziło o mnie?

Wzięłam głęboki wdech i wyczułam na sobie świdrujące spojrzenie Charliego, jakby chciał prześwietlić moje myśli i dotrzeć do skrywanych głęboko uczuć.

– Nie przejmuj się mamą. – James również sprawiał wrażenie szczerze skruszonego. – Do jutra jej przejdzie, zobaczysz.

– O ile pozwoli mi dożyć jutra. – Wykrzywiłam usta w bladym uśmiechu.

– Nie będzie tak źle, Tulls. Przyniesiesz jej kawę do łóżka i się pogodzicie. Kłóci się ostatnio z tatą i odreagowuje na tobie, nie bierz tego do siebie.

Mojego brata niełatwo było wyprowadzić z równowagi. Z nas trojga to właśnie on zawsze twardo stąpał po ziemi i pełnił funkcję naszego emocjonalnego balastu, podczas gdy Charlie był czystym ogniem. Ucieleśnieniem brawury, odwagi i charyzmy, potrafiącej rozświetlić każde pomieszczenie, do którego wszedł. Ja natomiast plasowałam się gdzieś między nimi. Oni zdobywali szczyty, ja zaś zazwyczaj szukałam ludzi gubiących po drodze rytm, wierząc, że pomoc bliźnim to jedyne, co wychodzi mi naprawdę dobrze.

– Idźcie spać, późno już – rzuciłam, przenosząc zmęczone spojrzenie z Jamesa na Charliego.

Mój brat niemal niedostrzegalnie kiwnął głową, uznając dyskusję za zakończoną, po czym bez słowa wycofał się do swojej sypialni, Charlie zaś postanowił zignorować moje słowa. Zanim zdążyłam zamknąć za sobą drzwi, zwinnym ruchem wkradł się do mojego pokoju.

Uniósł lekko kąciki ust, gdy kocięta piskliwie miauknęły. Postawiłam karton z nimi przy łóżku i usiadłam obok na puszystym dywanie.

– Wiesz, że pojechałbym po nie z tobą, gdybyś tylko mnie o to poprosiła? – spytał łagodnym głosem Charlie.

Blask stojącej na komodzie lampki oświetlał jego twarz. Gęste loki, kolorem przywodzące na myśl płynną czekoladę, jak zawsze opadały mu na czoło w lekkim nieładzie, a brązowe oczy, okryte wachlarzem czarnych rzęs, dodawały mu chłopięcego uroku.

Był piękny. I choć dopiero teraz jego rówieśniczki zaczynały się nim zachwycać, ja widziałam to wyraźnie na długo przed tym, zanim stało się oczywiste dla wszystkich innych. Przyglądałam się temu uwielbieniu z boku, z satysfakcją człowieka od początku wiedzącego, że ktoś taki jak on jest skazany na sukces. Uśmiechnęłam się na tę myśl.

– Wiem, Charlie – zapewniłam go.

Tak to już bywało z przyjaciółmi z dzieciństwa, że staliśmy za sobą murem. Początkowa chęć wtajemniczenia Charliego w moje plany i rozterki szybko jednak ustąpiła miejsca dojmującemu poczuciu odpowiedzialności. Wiedziałam, że świat stał przed nim otworem, a on spędzał wakacje głównie na przesłuchaniach do nowych ról aktorskich. Zdawałam sobie też sprawę, że gdybym powiedziała choć słowo, zrezygnowałby ze wszystkiego, byleby mnie odciążyć. A na to nie mogłam mu pozwolić.

– Nie lubię, jak chodzisz gdzieś po zmroku sama – kontynuował. – Następnym razem chcę zostać wtajemniczony, Tullsie.

Zbyłam jego prośbę milczeniem. Zamiast tego pochyliłam się nad kartonem i popatrzyłam na czwórkę uratowanych istotek.

– Mogę je zobaczyć? – spytał łagodnym głosem Charlie.

– Jasne.

– Dałaś im jakieś imiona? – Usiadł tak blisko mnie, że nasze kolana zetknęły się ze sobą i poczułam, jakby przez moją skórę przeskoczyła niewidzialna iskra.

Zawsze tak się dzieje, gdy on jest w pobliżu.

Charlie wziął jedno z kociąt, a potem położył je sobie na klatce piersiowej i koniuszkami palców delikatnie głaskał po grzbiecie.

– Nie. Nie powinnam się do nich przywiązywać – odparłam, z rozbawieniem obserwując, jak kotek zatapia pazurki w jego koszulce.

Przez chwilę milczał z nieodgadnioną miną. Potem jednak rozciągnął usta w szerokim uśmiechu i przysunął kotka do mojej twarzy, na wysokość oczu.

– „Ty mnie lepiej nie ściemniaj. Dobrze wiem, że już nas nazwałaś” – powiedział, modulując głos na jakąś postać z kreskówki.

Parsknęłam śmiechem i przewróciłam oczami.

– Cookie, Peanut, Biscuit i Theodore – skapitulowałam. Charlie znał mnie zbyt dobrze, by nie wychwycić kłamstwa. Oczywiście, że dałam kociakom imiona. Nie byłabym sobą, gdybym postąpiła inaczej.

– Trzymam teraz Theodore’a, prawda? – dopytał z uroczym uśmiechem rozświetlającym jego twarz.

– Owszem. Jest najsłabszy z miotu, więc zasługiwał na wyróżnienie.

Charlie przytaknął, a przez jego twarz przebiegł nieodgadniony cień, który zniknął równie nagle, jak się pojawił. Pojedyncze kosmyki osunęły mu się na skronie, gdy odłożył kotka z powrotem do kartonu.

– Idziemy stąd – poinstruował, zerkając na antyczny zegarek zawieszony między lustrem a moim zdjęciem z dziadkiem.

Dochodziła druga w nocy.

– Słucham?

– Pójdziemy do filharmonii – doprecyzował, jakby nie było w tym nic dziwnego. – Musisz poćwiczyć przed jutrem, a ja ci w tym pomogę.

Otworzyłam usta, by zaprotestować, ale wtedy on poderwał się z podłogi i pociągnął mnie za nadgarstki, by zmusić do wstania. Poddałam się jego dotykowi, lecz wciąż się w niego wpatrywałam tak, jakby był niespełna rozumu.

– Ale jak? Filharmonia jest już zamknięta!

– No i co z tego? – zapytał szeptem i podszedł jeszcze krok bliżej. Figlarny uśmiech przemknął przez jego twarz, co sprawiło, że sama poczułam nutkę ekscytacji. – Jakoś tam wejdziemy. O nic się nie martw.

– „Jakoś”? – powtórzyłam bezmyślnie.

Z trudem przełknęłam ślinę. Nagle zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło walić jak oszalałe.

– Boisz się? – Uniósł zaczepnie brwi. W jego głosie pobrzmiewało wyzwanie, którego nie potrafiłam zignorować.

Przestąpiłam z nogi na nogę.

– Charlie, czy ty… – zaczęłam. Błądziłam spojrzeniem gdzieś między jego obojczykami. Wreszcie zebrałam się na odwagę i popatrzyłam mu w oczy. – Czy ty chcesz się tam dla mnie włamać?

Na jego policzkach pojawiły się dwa urocze dołeczki. Uśmiechnął się tajemniczo, co nie wróżyło niczego dobrego.

– Może chcę.

– A co, jak ktoś nas złapie? – zapytałam tonem niewiele głośniejszym od szeptu, czując narastającą panikę. – Będziemy mieć kłopoty! To nielegalne.

– O nic się nie martw, Tulls. Wszystko będzie dobrze. Po prostu musisz mi zaufać, dobrze? Ufasz mi?

Bez wahania kiwnęłam głową. Ufanie Charliemu było dla mnie tak naturalne jak oddychanie.

– No to włóż kurtkę, żeby się nie przeziębić – polecił, po czym podbiegł do okna i otworzył je na oścież. – I nie martw się o kociaki, James się nimi zaopiekuje. Zaraz wrócę.

W osłupieniu obserwowałam, jak Charlie wynosi karton z kotami z mojego pokoju, a myśl, że spędzimy resztę nocy razem, wywoływała we mnie dreszcze i skutecznie wyłączała instynkt samozachowawczy. Pokonana zakryłam usta dłońmi, by stłumić cichy pisk. Brakowało mi naszych wspólnych przygód. W ostatnich tygodniach skupiałam się na wolontariacie, a Charlie w wolne dni był zajęty castingami aktorskimi.

Ale istniał taki czas, gdy nasza wiecznie nienasycona ciekawość świata nie pozwalała nam usiedzieć w miejscu, przez co w wakacje nie wracaliśmy do domu wcześniej niż przed północą. Moi rodzice nie pochwalali tak późnego kładzenia się spać, lecz uspokajało ich przeświadczenie, że Charlie dba o moje bezpieczeństwo i przy nim nigdy nic złego mi się nie stało.

Wychyliłam głowę przez okno, a nocny wiatr wplątał mi się w rozpuszczone włosy.

– Gotowa? – Usłyszałam znajomy głos za plecami.

Odsunęłam się od parapetu i stanęłam naprzeciwko chłopaka. Podwinął rękawy czarnej bluzy, w którą dopiero co się przebrał, i podał mi swoją letnią kurtkę. Włożyłam ją, choć była na mnie za duża.

– Zwariowałeś – wydusiłam z siebie.

Tymczasem on usiadł na parapecie i spojrzał w dół. Przez chwilę szacował odległość między dachem a rozłożystymi gałęziami rosnącego obok domu drzewa, po czym w szarmanckim geście wyciągnął dłoń w moją stronę.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz, Tulls.

Złapałam go za rękę. Skórę miał jak zawsze ciepłą i aksamitną w dotyku, co stanowiło ulgę dla moich wiecznie zimnych palców.

– Charlie, jeśli nasz plan wypali i przełamię swoje blokady… – Przygryzłam wargę. – Obiecasz mi, że przyjdziesz jutro na koncert i usiądziesz tak, żebym cię widziała?

– Obiecuję, Tully.

Odetchnęłam z ulgą. Przy Charliem Levoyu wszystko było mniej skomplikowane, takie prostsze.

Ścisnęliśmy się mocniej za ręce i wyszliśmy na zewnątrz, ostrożnie stawiając każdy krok. Ja asekurowałam jego, a on mnie. Dzięki temu, że nieraz wymykaliśmy się w ten sposób, po paru chwilach staliśmy już na chodniku przed domem.

Księżycowe światło otuliło nas bladą poświatą, ciszę osiedla zaś przerywał jedynie rytmiczny stukot naszych butów. Letnie noce miały to do siebie, że zdawały się trwać wiecznie. Pachniały wolnością, a my czuliśmy się tak, jakbyśmy właśnie ukradli światu kilka dodatkowych godzin tylko dla siebie.

Szliśmy ramię w ramię aż do momentu, gdy Charlie wyprzedził mnie o parę metrów, po czym zgrabnie się obrócił, żeby iść tyłem, i teraz miał na mnie idealny widok.

– Słyszałem, że Shane Ryder zaprosił cię na wesele swojej siostry.

Uniosłam lekko kąciki ust, nie potrafiąc zachować kamiennej twarzy. Dopiero gdy napotkałam wyczekujące spojrzenie Charliego, zrozumiałam, dlaczego odwrócił się przodem do mnie. Nie chciał tylko usłyszeć odpowiedzi, chciał też zobaczyć moją reakcję, zanim odpowiem.

– James ma stanowczo zbyt długi jęzor – skwitowałam, czując, jak rozbawienie miesza się we mnie z lekką irytacją. Pokręciłam głową z niedowierzaniem, bo prosiłam brata, by na razie zachował to dla siebie.

– A więc to prawda? – Charlie naciągnął kaptur na głowę i wsunął ręce do kieszeni.

Nie zwolniłam tempa, a wręcz nieco przyspieszyłam, przez co znalazłam się bliżej niego.

– Tak.

– I jaka jest twoja odpowiedź? – Popatrzył mi w oczy. Sznurek od jego bluzy huśtał się miarowo na boki.

– Jeszcze mu nie odpowiedziałam – rzuciłam miękko, trącając czubkiem buta kamyk, który ze stukotem potoczył się do przodu. – Ale chyba mogę tam pójść jako jego koleżanka.

Charlie zatrzymał się tak gwałtownie, że prawie na niego wpadłam. Przez ułamek sekundy widziałam, jak zaciska szczęki, ale gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, natychmiast przybrał na twarz maskę całkowitej obojętności.

– Shane Ryder raczej nie zaprasza „koleżanek” – zrobił w powietrzu znak cudzysłowu – na rodzinne wesela. – Wykonał krok w tył, odzyskując rytm marszu, ale tym razem nie szedł już tyłem. Zrównał się ze mną, wpatrzony gdzieś przed siebie, jakby nagle horyzont przykuł jego uwagę. – No, ale mógłbym cię tam zawieźć i potem odebrać, jakby ci się nie podobało.

Przez chwilę szliśmy w ciszy, przerywanej jedynie szumem wiatru i miarowym stukotem naszych butów.

– Chociaż wiesz… – dodał po chwili, wzruszając ramionami zbyt energicznie. – Słyszałem, że na weselach jedzenie jest okropne, a muzyka jeszcze gorsza.

– Może masz rację – zniżyłam głos, przyglądając mu się z ukosa. – Pewnie mama i tak by mi nie pozwoliła iść, bo w ten weekend mieliśmy jechać do cioci, żeby tata mógł pobyć trochę sam.

Charlie zerknął na mnie niepewnie, mrużąc oczy.

– A gdyby tak… Shane zaprosił cię gdzieś indziej, w inny dzień… to zgodziłabyś się?

– Zależy na co – skwitowałam, złapałam go za łokieć i lekko przyciągnęłam do siebie. Dzięki temu wsadziłam dłoń do kieszeni jego bluzy i odnalazłam w niej jego rękę. Lubiliśmy tak chodzić, gdy robiło się trochę chłodniej. – Ale chyba nie. Shane jest w porządku, zawsze ochoczo udziela się w wolontariacie, ale zwykle nie rozumie moich żartów ani w ogóle poczucia humoru.

– Och, to szkoda – podchwycił, a kącik jego ust drgnął w uśmiechu. – Gdybym miał siostrę, to też bym zaprosił na jej wesele właśnie ciebie.

Zaśmiałam się, czując, jak napięcie w mojej piersi w końcu puszcza i zostawia po sobie tylko błogą lekkość.

– Wzdycha do ciebie połowa dziewczyn ze szkoły – przypomniałam mu, mrużąc oczy.

– Po prostu z nikim innym nie bawię się tak dobrze jak z tobą – odparł z tą swoją rozbrajającą skromnością, jakby naprawdę nie miał pojęcia o swoim wpływie na otoczenie. – Zresztą ja tego wzdychania nawet nie widzę.

– Jasne, że nie, bo zazwyczaj skupiasz całą uwagę na Jamesie albo na mnie.

Przystanął na moment, a w jego spojrzeniu mignęło wahanie.

– Czy to coś złego? – zapytał wyraźnie niepewny.

Przemknęło mi przez myśl, że może właśnie dlatego nigdy nie przeszkadzało mi to, jaki zachwyt wśród moich koleżanek wzbudza Charlie. Nigdy nie byłam o niego zazdrosna, bo on nie dał mi ku temu powodu. Cały ten szkolny tłum był dla niego tylko tłem, dopóki ja stałam gdzieś obok. Ta świadomość uderzyła mnie nagle dziwnym, ściskającym skurczem w żołądku.

– Według mnie nie – przyznałam powoli. – Tak po prostu jest.

– Nad pewnymi rzeczami po prostu nie mamy kontroli.

Wiem coś o tym.

Po tych słowach ruszyliśmy w dalszą drogę przez pogrążone we śnie ciche ulice miasteczka.