Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
192 osoby interesują się tą książką
„Każdy z nas ma tę jedną miłość, po której wszystkie inne wydają się tylko jej echem”.
Po balu zimowym Maddie wraca do rodzinnego Tennessee, gdzie wraz z mamą próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Zerwała całkowicie kontakt z Loganem, ale za to wciąż pielęgnuje relacje z ekipą Tytanów. Stara się nie myśleć o tym, co było, i skupić na odłożeniu jakichś pieniędzy przed wyjazdem na studia do Nowego Jorku.
Pomaga jej w tym ciocia, w której kawiarni Maddie może pracować w okresie wakacyjnym jako kelnerka. Krewna ma jednak jeszcze ranczo i przy tym też potrzebuje pomocy. Mama Maddie wpada na pomysł, żeby zaprosić na wakacje całą ekipę Tytanów, by chłopcy pomogli ciotce dziewczyny w obowiązkach.
Natomiast największym zaskoczeniem dla wszystkich jest pojawienie się Logana w Tennessee. Urazę do niego żywi nie tylko Maddie, ale też członkowie drużyny.
Czy da się wybaczyć to, co niewybaczalne? Odwrócić to, co nieodwracalne?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 467
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Nina Słowik
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Katarzyna Moch
Korekta: Aleksandra Krasińska, Natalia Szoppa, Iwona Wieczorek-Bartkowiak
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-736-4 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Każda z nas ma tę jedną miłość, po której wszystkie inne wydają się tylko jej echem.
Madeline
Pierwszą rzeczą, którą ujrzałam po przebudzeniu, były wielkie, czarne oczy, wpatrzone we mnie z zaskakująco niewielkiej odległości. Drugą – czarny ogon, kołyszący się spokojnym, niemal hipnotycznym rytmem, z lewej strony na prawą.
A potem, bez ostrzeżenia, zostałam poczęstowana przeciągłym, wyjątkowo intensywnym ziewnięciem prosto w twarz. Instynktownie wstrzymałam oddech i położyłam rękę na puszystym futerku kota. Pod palcami poczułam jego przyjemne ciepło i delikatne wibracje cichego mruczenia.
– Koleś. – Skrzywiłam się, wciskając głowę jeszcze głębiej w poduszkę. – Bez obrazy, ale kiedy ostatni raz myłeś zęby?
Voldi zeskoczył z mojej klatki piersiowej, wyraźnie obrażony, jakby zrozumiał, co powiedziałam. Odszedł z uniesionym ogonem, demonstrując swoje niezadowolenie. Odprowadziłam go wzrokiem, a gdy zniknął za łóżkiem, przetarłam oczy, usiadłam po turecku i zaczęłam się leniwie przeciągać. Akurat trzymałam ramiona wysoko nad głową, gdy drzwi do pokoju się otworzyły i w progu stanął Tommy.
– Wstałaś już? Wyspałaś się w ogóle?
Z trudem stłumiłam ziewnięcie i popatrzyłam na parapet, gdzie Voldi zwijał się w ciasny kłębek, by ułożyć się do snu. Cwana bestia. Obudził mnie tylko po to, żeby samemu zaraz pójść spać. Genialny pomysł.
– Tak się składa, że twój kot jest całkiem skutecznym budzikiem.
– Ale się wyspałaś, tak? – upewniał się Tommy, mrużąc oczy ze wzmożoną czujnością.
Kiwnęłam głową w odpowiedzi, a wtedy mój przyjaciel podszedł do łóżka i położył się na jego skraju, z nogami na podłodze. Listwy stelaża zaskrzypiały głośno pod jego ciężarem, a pojedyncze kosmyki bujnych, kruczoczarnych włosów opadły mu na skronie i musnęły moją łydkę.
– Długo spałam? – zapytałam, przesuwając spojrzeniem po jego nieogolonej brodzie, wyraźnie zarysowanych policzkach oraz godnych pozazdroszczenia gęstych rzęsach i brwiach. Zdumiewało mnie, jak bardzo zmężniał przez te ostatnie miesiące, ale wciąż nie miałam okazji mu o tym powiedzieć.
– Nie, nie. – Tommy wsunął ręce pod głowę, a na jego usta wkradł się przebiegły uśmiech. – Tylko jakieś tysiąc godzin, tak na oko.
Prychnęłam pod nosem i zaczepnie uderzyłam go poduszką. Prawie cały dzień spędziłam w podróży, a drzemka okazała się zbawienna. Na zewnątrz powoli zapadał zmierzch, a z salonu napływały do nas stłumione dźwięki muzyki, przeplatane śmiechem i urywkami rozmów. Spojrzałam mimowolnie w stronę drzwi, co nie umknęło uwadze Tommy’ego.
– Hej – rzucił, łapiąc ze mną kontakt wzrokowy. – Jeśli nie czujesz się gotowa, to nie musimy tam iść.
– Jesteś organizatorem tej imprezy. – Przyciągnęłam kolana do piersi i oparłam na nich podbródek. – Poza tym to twój dom. Niezbyt dobrze by to wyglądało, gdybyśmy teraz po prostu stąd uciekli.
– Pieprzyć to. – Tommy zamknął oczy i uśmiechnął się błogo, jakby w jego głowie właśnie rodził się jakiś zwariowany plan awaryjny. – Wolałbym zaszyć się z tobą w jakiejś dziurze na końcu miasta, niż zabierać cię tam, gdzie nie będziesz się czuła komfortowo.
– Mówisz serio? – Podniosłam głowę i przeskanowałam wzrokiem jego twarz, szukając na niej choćby cienia zwątpienia, lecz nic takiego nie znalazłam.
– Jasne – odparł bez wahania. – Wystarczy jedno słowo, a pójdę po motocykl mojego wujka i wydostanę nas stąd.
– I tak po prostu uciekniemy sobie z imprezy, którą organizujesz we własnym domu?
– Yhy. A czemu nie? Przecież nikogo nie wypraszam. Po prostu mnie tu nie będzie, a i tak prawdopodobnie nikt poza Tytanami nawet tego nie zauważy.
Uśmiechnęłam się najszerzej, jak tylko potrafiłam. Od razu zrobiło mi się cieplej na sercu. Czasem małe gesty mogą sprawić, że człowiek już do końca dnia będzie się uśmiechać. Ten zdecydowanie do takich należał. I chociaż wiedziałam, że nie zgodzę się na tę propozycję, sama myśl wystarczyła, żeby choć trochę poprawić mi nastrój.
– Mówiłam ci kiedyś, że jesteś dobrym przyjacielem?
Tommy zmierzył mnie badawczym wzrokiem, a potem z premedytacją pokręcił głową.
– Pierwsze słyszę – skłamał.
Właściwie mówiłam mu to chyba już jakieś sto razy, szczególnie w ostatnim miesiącu. Cieszyłam się jednak, że ten sto pierwszy raz mogę powiedzieć mu to prosto w oczy.
– Jesteś zajebiście dobrym przyjacielem, Winchester. Serio.
– Ptaszki ćwierkają, że będę tylko jeszcze lepszym. – Tommy puścił mi oczko i nieznacznie wygiął usta. – No to jak z naszym planem ucieczki? Mam dzwonić do wujka?
Pokręciłam głową i wzięłam głęboki oddech. Przyjechałam tu na weekend po to, żeby się zrelaksować i spotkać ze znajomymi z Chapel Hill. Gdybyśmy stąd wyjechali, jutro musiałabym się zmierzyć z całą lawiną wiadomości i połączeń od reszty Tytanów i Lori. Wiedziałam, że mają sporo nauki, a i tak zarezerwowali sobie te dni tylko dla mnie. Nie mogłam ich teraz tak po prostu wystawić.
Oni nigdy by mi tego nie zrobili.
– Nie ma takiej potrzeby – zapewniłam Tommy’ego. – Czekałam na ten dzień cały miesiąc. Po prostu trochę się zestresowałam, bo dawno ich wszystkich nie widziałam.
– Oni też się za tobą stęsknili. Jordan i Tyler pokłócili się wczoraj o to, który z nich odbierze cię z dworca.
– No i jak zawsze wykiwała ich Lori. – Zaśmiałam się, wstając z łóżka.
– To dla niej takie typowe – westchnął Tommy, a kiedy usłyszał dźwięk nowej wiadomości, sięgnął po swój telefon. – Blake pyta, kiedy zejdziemy na dół. Podobno wszyscy już są.
– Daj mi parę minut.
Podeszłam do lustra zawieszonego na ścianie i jęknęłam z rezygnacją, gdy uświadomiłam sobie, że grube loki, które kręciłam lokówką przez dobrą godzinę, zmieniły się w proste jak drut strąki. Cholerna tandeta z eBaya. A miało być tak pięknie.
Tommy’emu wystarczyło jedno krótkie spojrzenie w moją stronę, by bezbłędnie rozszyfrować moje myśli.
– Tak też ci ładnie – zapewnił, podrywając się do siadu. – Poza tym twój makijaż w ogóle się nie zepsuł. Ani trochę. Jak to zrobiłaś? Wygląda jeszcze lepiej niż parę godzin temu.
– Kochany. – Obróciłam się w jego stronę, wzięłam z biurka szczotkę do włosów i wymierzyłam nią w przyjaciela. – Nigdy nie lekceważ potęgi dobrego tuszu do rzęs. To zbawienie na długą podróż.
– Bez niego też dobrze wyglądasz. Jeśli jakiś facet powie ci kiedyś inaczej, to chyba mu przywalę.
Żałowałam, że Tommy nie ma młodszej siostry, bo z całą pewnością byłby starszym bratem na medal.
Posłałam mu buziaka w powietrzu, po czym zajęłam się ratowaniem swojej fryzury. Droga do Chapel Hill z Franklin, mojego rodzinnego domu w stanie Tennessee, była ciężka i niemiłosiernie długa.
Ale czego się nie robi z miłości do przyjaciół, prawda?
Kiedy Tommy poinformował mnie, że razem z Lori, Blake’em, Tylerem i Jordanem zrzucili się na bilet, żebym mogła do nich przyjechać na weekend, pisnęłam z zachwytu tak głośno, że obudziłam mamę, śpiącą w pokoju obok. Bardzo za nimi tęskniłam. Trzy miesiące bez spotkań z tą ekipą były dla mnie prawdziwą udręką.
Przeszłam do garderoby, gdzie zostawiłam swoją torbę z rzeczami, i zaczęłam się przebierać.
– Nie jesteś zmęczona po podróży? – zapytał Tommy zza ściany. – W sumie to krótko spałaś… Voldi, zjazd z moich skarpet! Potem są całe w sierści!
Zachichotałam pod nosem, słysząc, jak mój przyjaciel cicho piszczy, bo kot pewnie znów go potraktował ostrymi pazurkami. Często się tak działo, kiedy nikt na nich nie patrzył.
– Trochę, ale o nic się nie martw. Wypiję kawę i mi przejdzie! – krzyknęłam, siłując się z nową bluzką, która jednak była na mnie trochę za mała.
– To dobrze, bo wszyscy chyba już przyszli. Widziałem przez okno, że Jordan przyjechał z Lori i Tylerem.
– Fajnie. A Blake? – spytałam, wkładając wreszcie bluzkę przez głowę.
– Też już jest.
– Yhy… A… – Zabrakło mi tchu. Wzięłam głęboki oddech, oparłam się o zimną ścianę i zacisnęłam dłonie w pięści. Cholera, tchórz ze mnie. – A ktoś jeszcze jest?
– Pełno osób – odparł od razu. – Głównie kumple z drużyny i ich dziewczyny.
– A wasz kapitan? – dopytałam z sercem bijącym jak dzwon.
Tommy nic nie mówił, co sprawiło, że poczułam narastające podskórne napięcie, które rozciągało każdą sekundę do granic wytrzymałości. Wyciągnęłam włosy spod koszulki, zarzuciłam je na plecy i wyszłam z garderoby, po czym posłałam Tommy’emu nieśmiałe spojrzenie.
Zacisnął usta w wąską linię. Milczał, jakby toczył bitwę z własnymi myślami. Widziałam to w jego oczach.
– W sumie to ja go nawet nie zapraszałem – oznajmił wreszcie jednym tchem. – Ostatnio na treningu nie odezwał się do nikogo ani słowem, a kiedy spytałem go od niechcenia, co robi w weekend, powiedział, że będzie bardzo zajęty i nie ma czasu.
Przełknęłam nerwowo ślinę, czując, że to nie koniec tej historii.
– Ale?
Tommy spojrzał na mnie z politowaniem, co jedynie podsyciło gorycz, która ścisnęła mi gardło.
– Ale Tylerowi wymsknęło się w szatni, że będziesz u mnie spać, i on to usłyszał. Od razu stał się rozmowny. Zaczął wypytywać, na jak długo przyjedziesz do Chapel Hill, co będziesz tu robić i czy nie masz w piątek szkoły, skoro wtedy masz autobus. Odpowiedziałem mu zdawkowo, a kiedy się żegnaliśmy na korytarzu, powiedział do mnie: „To widzimy się na imprezie”. Spytałem więc, co z jego planami, a on na to: „Nieaktualne”.
Zamrugałam parokrotnie, przetwarzając te informacje w zwolnionym tempie. Zacisnęłam ręce w pięści i nagle poczułam się, jakbym się znalazła w potrzasku.
– Czyli tu jest? – szepnęłam, mając wrażenie, że serce podchodzi mi do gardła. – Chcesz mi powiedzieć, że Logan Thornhill jest w tym samym domu, co ja?
Nie mogłam się zdobyć na przyjazny ton. Mój były chłopak najwyraźniej toczył jakąś grę, w której sam sobie ustalał zasady, myśląc, że ma nad ludźmi jakąkolwiek kontrolę. Nadal mnie to złościło.
– No nie, nie. Nie ma go tu. – Tommy patrzył wszędzie, to na ściany, to na Voldiego, to na własne palce, byle nie na mnie. – Siedzi jeszcze w aucie przed domem. Blake widział, jak wyrzucał śmieci.
– Cholera jasna, Tommy! – Gwałtownie zaczerpnęłam powietrze i starałam się nie pokazać po sobie, w jakim jestem szoku.
Logan.
Tu.
Jest.
Ja pieprzę.
Poczułam, jak z mojej twarzy odpływają wszystkie kolory, a serce mi łomocze, jakby chciało się wyrwać z piersi.
– No i co ty na to? – zapytał cicho.
– Chyba podskoczę z radości pod sufit. Nie ma to jak niespodziewane spotkanie z byłym. Czysta przyjemność – stwierdziłam ironicznie, nie zważając na dobór słów.
Spuściłam głowę, czując, jak czerwienią mi się policzki. Mój dobry humor ulotnił się w ułamku sekundy, a pod powiekami zaczęły cisnąć mi się łzy. Szybko zamrugałam, żeby je przegonić. Szkoda mi było makijażu. Zbyt długo go robiłam, żeby teraz się zmarnował przez Thornhilla.
– Dobra, kurwa – oznajmił Tommy, zrywając się z miejsca. – Pójdę tam i każę mu wypierdalać.
Myśli kotłowały mi się w głowie jak szalone. Z jednej strony chciałam, żeby ktoś go stąd wyprosił. Nie doszłoby wtedy do naszej konfrontacji, a ja za dwa dni wróciłabym spokojnie do Tennessee, gdzie układałam sobie życie na nowo jako singielka. Z drugiej jednak nie chciałam wyjść na tchórza, który nie potrafi nawet spojrzeć mu w oczy.
– Poczekaj. Nie rób tego. – Złapałam Tommy’ego za rękę.
– Dlaczego?
– Bo on wtedy pomyśli, że boli mnie serce na jego widok. Nie chcę mu dawać tej satysfakcji, naprawdę – powiedziałam najbardziej opanowanym tonem, na jaki było mnie stać. – Muszę być ponad to.
– Cholera, przepraszam, że stawiam cię w takiej sytuacji. – Tommy zacisnął mocniej szczęki. – Nie wiedziałem, że on naprawdę tu przyjedzie. Schrzaniłem to po całości.
Spoglądał na mnie z wyraźnym politowaniem.
– Nie patrz na mnie w ten sposób – wymamrotałam.
– To znaczy w jaki?
– Jakbyś już mi współczuł, bo myślisz sobie, że faktycznie mnie to zaboli.
Przez chwilę milczeliśmy, wpatrując się w siebie, jakbyśmy szukali odpowiednich słów.
– A nie zaboli cię to, Maddie? – spytał wreszcie cicho Tommy. – Minęły dopiero trzy miesiące. Każdy zrozumie sytuację.
– Według niego nasz związek nie miał sensu, pamiętasz? Nie mogę płakać za czymś, co istniało jedynie w mojej głowie – powiedziałam niczym wyuczoną formułkę, wbijając wzrok w jakiś punkt na podłodze.
– To chyba nie jest odpowiedź na moje pytanie. Wiesz, że przy mnie nie musisz udawać, prawda?
Tommy położył delikatnie dłoń na moim karku. Złapałam go za nią i zmusiłam się do słabego uśmiechu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek się o mnie martwił i stawał po mojej stronie. W przeciwieństwie do Logana mnie z nimi na co dzień nie było. W dodatku on był ich kapitanem, więc tym bardziej nie chciałam, by postrzegali go przez pryzmat tego, co mi zrobił.
– Nie wiem, czy mnie to zaboli, bo nie widziałam go od tamtego dnia po balu zimowym – przyznałam, krzyżując spojrzenie z Tommym. – Pogodziłam się z tym, co między nami zaszło, i już najwyższy czas, żebym ruszyła do przodu. A nie zrobię tego, jeśli będę przed nim uciekać.
Od naszego zerwania minęły dziewięćdziesiąt dwa dni.
Liczyłam je skrupulatnie, prawie obsesyjnie, jakby każda kolejna doba miała zbliżyć mnie do momentu, w którym serce w końcu przestanie mnie boleć. Jakby liczby miały jakąkolwiek moc sprawczą.
Dziewięćdziesiąt dwa dni to wystarczająco długo, by coś się zmieniło. A jednak w środku wciąż tkwiłam dokładnie w tym samym miejscu.
Przez te trzy miesiące wpatrywałam się wieczorami w telefon, licząc po cichu na to, że może on jeszcze się odezwie; że któregoś dnia ekran rozświetli się jego imieniem.
Zapewne gdyby zadzwonił, odebrałabym telefon, nawet jeśli serce waliłoby mi jak oszalałe; nawet jeśli głos ugrzązłby mi w gardle. Gdyby napisał, odczytałabym jego wiadomość. Byłam gotowa na rozmowę, bo wiedziałam, że bez niej nie będę w stanie ruszyć do przodu.
Dawałam mu szansę za szansą. Dzień po dniu.
Ale on nie wykorzystał żadnej z nich. Zmarnował wszystkie.
Logan Thornhill złamał mi serce, a ja robiłam wszystko, co w mojej mocy, by wymazać nasz związek z pamięci. Przekonywałam samą siebie, że to konieczne, bo jeśli nie zapomnę, to ten ból mnie pochłonie.
Początkowo nie przychodziło mi to łatwo. Właściwie było piekielnie trudne. Szczerze mówiąc, nie pamiętałam, kiedy ostatni raz tak płakałam, nie licząc pogrzebu taty i żałoby po nim – to był jedyny moment w życiu, kiedy czułam się równie bezradna.
Problem nie polegał nawet na tym, że nasz związek się skończył. Związki się kończą. Ludzie odchodzą. Problemem były konsekwencje, z jakimi musiałam się zmierzyć.
Przez wpływy, jakie w Chapel Hill miał ojciec Logana, moja mama nie mogła znaleźć nowej pracy. Najpierw otrzymała wypowiedzenie ze szpitala, a potem, gdy próbowała zatrudnić się gdziekolwiek indziej, drzwi zaczęły się przed nią zamykać. Jedne po drugich.
Była zapraszana na rozmowy, słyszała uprzejme zapewnienia, a kilka dni później pracodawca dziękował jej za poświęcony czas lub w ogóle nikt się nie kontaktował. Patrzenie na to było okropne. Widziałam, jak ktoś łamie moją mamę, powoli, systematycznie, bez zostawiania śladów.
Joseph Thornhill z dnia na dzień stał się dla mnie najbardziej znienawidzonym człowiekiem na Ziemi.
Przez kilka dni po balu zimowym mama próbowała jeszcze szukać pracy w miejscowościach niedaleko Chapel Hill. Jakby odległość kilku czy kilkunastu kilometrów mogła coś zmienić. Jakby jego nazwisko przestawało mieć znaczenie po przekroczeniu granicy miasta.
Nie znalazła niczego.
Gdyby chodziło tylko o nią, możliwe, że powrót do Tennessee nie byłby aż tak bolesny. Ale miała na uwadze mnie, moją edukację i przyszłość. W klasie maturalnej nie powinno się zmieniać szkoły dwa razy w ciągu roku, a jednak ja musiałam.
Nie miałyśmy żadnych oszczędności, a renta po tacie pozwalała nam jedynie na skromne, wręcz bardzo skromne życie. Dlatego wyjechałyśmy.
Opuściłyśmy Chapel Hill, bo nie byłyśmy już tu mile widziane, i wróciłyśmy do naszej rodzinnej miejscowości w Tennessee. Miałam wrażenie, jakby nasz rozdział związany z tym miejscem nigdy się nie wydarzył. Jakby mój związek z Loganem nigdy nie istniał.
Czasem życie podejmuje decyzje za nas, a my możemy im się jedynie podporządkować. Tak też było w moim przypadku.
Sprawa miała się nieco inaczej, jeśli chodziło o pozostałych Tytanów i Lori. Przez pierwsze dwa miesiące ich rozmowy z Loganem sprowadzały się jedynie do słuchania jego poleceń na boisku. Potem doszło do jakiejś konfrontacji, podczas której Thornhill wyjaśnił im całą historię. Nie wiedziałam, co im dokładnie naopowiadał, ale to wystarczyło, żeby zaczęli zamieniać z nim więcej niż parę słów dziennie. Chłopacy już się z nim nie przyjaźnili i nadal żywili do niego urazę, ale miałam wrażenie, że z dnia na dzień ich opór wobec niego malał. Wyjątkiem był Jordan, który, jak twierdził, definitywnie zerwał tę relację i trzymał się tej decyzji do dzisiaj.
Nie oceniałam reszty Tytanów czy też Lori, bo ich historia z Loganem znacznie różniła się od mojej. Być może Penelope trochę skłamała. A może prawda leżała gdzieś pośrodku? Nie miałam pojęcia. Mogłam jedynie wspierać przyjaciół w ich decyzjach.
Stopniowo odbudowywali kontakt z Loganem, ale z tego, co mi było wiadomo, wynikało, że nie spędzali razem weekendów i wolnych wieczorów w tygodniu.
Dziś miał być pierwszy raz.
– Czas na nas. – Wzięłam głęboki wdech, wyprostowałam plecy i poklepałam Tommy’ego po ramieniu, siląc się na niemrawy uśmiech.
– Jeśli będziesz się czuć nieswojo, to daj mi jakiś znak, dobra? Chrząknij, mrugnij albo zajeb mi z całej siły w kostkę. Obojętnie. Domyślę się, o co chodzi – oznajmił przejęty, kiedy otworzyłam drzwi i wyszłam na korytarz.
– Wybieram to ostatnie. – Puściłam mu oczko i, przeciskając się przez ludzi czekających w kolejce do łazienki, ruszyliśmy przed siebie.
Wiele osób rzucało mi przelotne powitania, ale większości z nich nawet nie kojarzyłam. Zapomniałam już o tym, że przez związek z przewodniczącym liceum zrobiłam się trochę rozpoznawalna. Z dnia na dzień z szarej myszki, której nikt nie znał, stałam się popularną dziewczyną, o której imieniu słyszała znaczna część uczniów.
Stare dzieje.
– Stresujesz się? – szepnął mi do ucha Tommy.
– Już jakoś mniej – odparłam zgodnie z prawdą.
Dzięki temu, że przyjaciel nie opuszczał mnie na krok, napięcie stopniowo ze mnie uchodziło. Głośna muzyka i tłum skutecznie zlewały mnie z tłem, sprawiając, że przestawałam się czuć, jakbym była w centrum uwagi.
Tommy zarzucił rękę na moje ramię, przytulił mnie do siebie i w ten sposób zeszliśmy na dół, do salonu, gdzie czekała na nas reszta ekipy.
– Maddie! – krzyknął Jordan, kiedy tylko mnie zauważył. Stał na środku pokoju z butelką piwa w ręce, a wokół niego kłębiła się grupka osób. Przepchnął się przez ludzi i stanął u progu schodów. – No wreszcie!
Pisnęłam, bo nie spodziewałam się, że Jordan mnie podniesie. W ostatniej chwili zarzuciłam ręce na jego kark i poczułam się jak piłka, o którą tłuką się na meczach, bo z każdej strony ktoś próbował się do nas dostać.
Wreszcie zeskoczyłam z powrotem na podłogę i przywitałam się z Lori, a Tyler i Blake ścisnęli mnie tak mocno, że przez chwilę zapomniałam, jak się oddycha.
– Ale nam zrobiłaś niespodziankę! – krzyknął Blake, przytulając mnie z całej siły po raz drugi. Jak tak dalej pójdzie, zaraz któryś z nich połamie mi żebra. – Ciągle mówiłaś, że nie wiesz, czy przyjedziesz!
– Tylko tobie tak mówiła. – Roześmiała się głośno Lori.
– Wybacz – wypaliłam. – Powiedziałam tak wszystkim, ale tylko ty uwierzyłeś, więc ciągnęłam to dalej.
– Masz szczęście, bo tak się składa, że dzisiaj wybaczę ci wszystko – oznajmił Blake, bujając się na boki w rytm muzyki. – Bez wyjątku. Chodź, zająłem ci miejsce.
Przenieśliśmy się w głąb pomieszczenia, gdzie usiadłam na kanapie wśród przyjaciół. Z rozbawieniem obserwowałam, jak Lori siłuje się ze swoim bratem, byle tylko usiąść obok mnie. Jordan stawiał jej opór, ale zdeterminowanie mojej przyjaciółki rozłożyło go na łopatki.
– Zjeżdżaj stąd, Jordan, trzy miesiące się nie widziałyśmy! – huknęła, wciskając się między nami. – Nie za głośno ci tu, Maddie?
– Nie. Jest… – urwałam, kiedy zatrzymałam wzrok na drzwiach wejściowych, w których niespodziewanie stanął Logan. – W porządku – dokończyłam z trudem.
Świat zawirował mi przed oczami.
Myśl, że on znalazł się w tym samym pomieszczeniu, uderzyła mnie jak cios wymierzony otwartą dłonią w policzek. Od razu zaparło mi dech w piersiach i poczułam dojmującą, wszechogarniającą rozpacz ściskającą żołądek. Resztkami sił zmusiłam się do sztucznego uśmiechu. Logan tymczasem podszedł do nas, wpatrując się we mnie w ten typowy dla siebie, mocno prowokujący sposób.
On tu jest… Zaledwie parę metrów ode mnie.
Muszę mrugać… I oddychać. Oddychaj głęboko.
Spuściłam wzrok i sięgnęłam po drinka, którego w międzyczasie przyniósł mi Tyler. Alkohol smakował paskudnie, ale musiałam się czymś zająć, w przeciwnym razie rozpadłabym się na kawałki, bo uczucie, które zrodziło się we mnie, gdy go zobaczyłam, było nie do zniesienia. Chociaż już na niego nie patrzyłam, i tak nieustannie czułam na sobie jego świdrujące spojrzenie. Aż zapiekła mnie skóra.
Emocje we mnie buzowały, a fala gorąca rozlała się po moim ciele, przez co nie mogłam skupić się na tym, co opowiadał nam Jordan. Do moich uszu dobiegały jedynie zlepki nic nieznaczących słów, jakby chłopak mówił po chińsku.
Zmarszczyłam nos i przełknęłam ślinę. Chciałam włączyć się do rozmowy, ale jakaś niewidzialna siła ściskała mnie za gardło.
– Czemu nie było cię na treningu?
Mój żołądek wręcz zapłonął, gdy usłyszałam jego głos. Chryste, dlaczego wciąż tak na niego reaguję? Powinnam go nienawidzić i nie czuć nic poza tym. Dlaczego to wszystko musi być tak cholernie trudne?
Rzuciłam Loganowi krótkie spojrzenie, by upewnić się, że już na mnie nie patrzy. Tak jak przypuszczałam, teraz gapił się na Jordana, a twarz mu zastygła w pozbawionej emocji masce.
Z trudem przełknęłam ślinę i starałam się rozluźnić spięte mięśnie.
– Kto cię tu w ogóle zaprosił? – odparł pytaniem Jordan, niechętnie przenosząc na niego wzrok.
– Pytałem o coś, więc odpowiedz. Jestem twoim kapitanem.
Logan zazwyczaj nie musiał mówić głośno, żeby wszyscy doskonale go słyszeli. To była jedna z cech kapitana drużyny futbolowej. Ludzie nadstawiali uszu, gdy tylko zabierał głos. Kiedyś ta rzecz trochę mi imponowała, a teraz doprowadzała mnie jedynie do białej gorączki.
– Nie miałem ochoty i nie przyszedłem – prychnął Jordan. – A co? Co mi zrobisz? Poskarżysz się trenerowi? A może swojemu tacie?
– Trening wolno nam opuszczać jedynie z powodu choroby i nagłych sytuacji losowych – oznajmił chłodno Thornhill, nie spuszczając wzroku ze swojego kolegi. – A ty mi nie wyglądasz na chorego. Jeszcze jeden taki numer i będę musiał wyrzucić cię z drużyny.
– Serio? Wywalisz mnie?
Nawet ze swojego miejsca widziałam, jak Jordan spina się do granic możliwości i robi krok w stronę swojego kapitana, jakby zamierzał go uderzyć lub popchnąć.
– Tak – odparł niewzruszony Logan. – Dokładnie to zrobię.
– Och, co za pieprzenie. Po prostu odwal się od niego.
Zdałam sobie sprawę z tego, że powiedziałam to na głos, kiedy wszyscy, łącznie z Thornhillem, na mnie spojrzeli.
Cholera.
– Chcesz mi coś powiedzieć, Tennessee? – Logan zacisnął mocniej szczęki i zajął miejsce na sofie. Centralnie naprzeciwko mnie.
– Tylko to, co już słyszałeś. – Uśmiechnęłam się sztucznie, uważając, żeby w moim głosie nie było słychać żadnych emocji, i wzruszyłam lekko ramionami. Proszę bardzo. Bez żadnych wrzasków; jak przystało na dziewczynę, która ruszyła do przodu po zakończeniu swojego pierwszego związku. Brawo. Oby tak dalej. – Czy ktoś mógłby mi podać drinka?
– Ja to zrobię – zaoferował się ochoczo Blake.
Nie zdążył jednak mi go przynieść, bo kiedy mijał Logana, ten wyrwał mu plastikowy kubeczek z ręki i teatralnie go zmiażdżył. Przewróciłam ostentacyjnie oczami. Bardzo dojrzały gest, jak na chłopaka, który niebawem pójdzie na studia.
– Drinka, jak już, powinno się pić ze szkła – pouczył kolegę kapitan Tytanów.
– Spoko, spoko – rzucił Blake, szczerząc zęby z nieznanego mi powodu.
– Lepiej ja jej go przyniosę.
– Dobra.
– I zrobię to jak należy.
– Jasne.
Kiedy tylko Thornhill zniknął w kuchni, zgromiłam przyjaciela wzrokiem.
– Do cholery, Blake, co to miało być?
– No co? Chciał się tym zająć, więc mu pozwoliłem.
– Jakoś nie trzeba było cię długo namawiać – mruknęłam, nie siląc się na uśmiech.
Chwilę później Logan wrócił z eleganckim, wysokim kieliszkiem na cienkiej nóżce, wypełnionym jakimś czerwonym trunkiem.
Nie chciałam, żeby nasze palce się zetknęły, więc siedziałam ze skrzyżowanymi ramionami, podczas gdy on postawił naczynie na stoliku kawowym. Po chwili sięgnęłam po nie i powąchałam jego zawartość.
– To wino.
– Zgadza się. Jak już miałaś pić na imprezach, to, z tego, co wiem, zawsze wybierałaś słodkie wino. – Logan wzruszył lekko ramionami, wciąż nie uśmiechając się ani odrobinę.
Nie rozumiałam, dlaczego wraca do naszej przeszłości, skoro tak łatwo ją przekreślił.
– Już go nie lubię. – Odstawiłam kieliszek z powrotem na stolik.
– Od kiedy? – Mój były uniósł wysoko brwi i powoli ściągnął z siebie bluzę, jakby zamierzał zadomowić się tu na dłużej.
W ramach odpowiedzi wzruszyłam jedynie ramionami. Ta rozmowa robiła się coraz dziwniejsza i nie podobało mi się, że znów zwracamy na siebie uwagę, jakby cały świat kręcił się jedynie wokół nas. Poprawiłam się na kanapie i odwróciłam głowę w stronę Tylera, chcąc rozpocząć z nim dialog. Logan nie potraktował jednak tego gestu jako zakończenie naszej rozmowy.
– Na ile dni przyjechałaś? Będziesz tu spać?
– Dobra, serio. – Tommy zabrał głos, prostując plecy. – To impreza, nie przesłuchanie. Poza tym znasz już odpowiedzi na te pytania, bo po treningu wypytywałeś mnie o każdy szczegół przyjazdu Maddie do Chapel Hill, więc…
– Plany mogły ulec zmianie – oznajmił chrapliwym głosem Logan. – A ja chciałem tylko wiedzieć, jak długo tu będzie.
– Dlaczego? – zdziwiłam się, czując, jak serce coraz szybciej bije mi w klatce. – Nie jestem tu mile widziana?
Logan otaksował mnie wzrokiem, nie okazując ani cienia irytacji. Wpatrywał się we mnie nieco zbyt długo, a potem w końcu pochylił się nieznacznie do przodu.
– Zastanawiam się, czy znalazłabyś czas na rozmowę w cztery oczy.
– Z tobą? – Odchyliłam się do tyłu, przyjmując swobodną pozycję.
– Ze mną – przytaknął.
– Nie – odpowiedziałam spokojnie.
Byłam totalnie zdezorientowana jego postawą, choć nie dawałam tego po sobie poznać. Nie rozumiałam, dlaczego Logan chce ze mną rozmawiać akurat teraz, kiedy wreszcie mogę się spotkać ze swoimi przyjaciółmi, zrelaksować się przez weekend i nie myśleć o przeszłości. Przez trzy ostatnie miesiące nie pokwapił się ani razu, żeby się ze mną skontaktować. Ani razu!
– To może odwiedziłbym cię we Franklin? Skoro tutaj będziesz tak bardzo zajęta. – Przyszpilił mnie wzrokiem.
Zadarłam podbródek i z premedytacją rozciągnęłam wargi w szerokim uśmiechu.
– To nie jest dobry pomysł.
Przez chwilę zapadła między nami niezręczna cisza, którą przerwał Tyler, posyłając mi dobroduszny uśmiech i mówiąc:
– Nie mogę się doczekać wakacji.
– Ja też! – pisnęła Lori, przytulając mnie jednym ramieniem. – Mój TikTok jest teraz pełen samych fajnych miejsc w Tennessee, które będę musiała zobaczyć. Mam nadzieję, że zdążę odhaczyć je wszystkie przed pójściem na studia.
Pomysł przyjazdu moich przyjaciół do Franklin na wakacje wyszedł tak naprawdę od mojej mamy. Jej siostra Nancy, która mieszka obok nas w wielkim, chociaż pustym domu, jest właścicielką kawiarni i posiada gospodarstwo rolne, które ostatnimi czasy było w opłakanym stanie. Moja mama zauważyła, że tęsknię za ekipą z Chapel Hill, więc pewnego wieczoru przedstawiła mi i cioci Nancy swoją wizję. Zasady były proste. Tytani i Lori przyjeżdżają do Franklin i śpią w domu siostry mojej mamy, a w zamian za darmowy nocleg pomagają jej przy gospodarstwie.
Przekonanie cioci do tego pomysłu zajęło nam dobry tydzień, ale ostatecznie dała się namówić. Za to przyjaciół nie musiałam dwa razy prosić. Od razu się zgodzili.
– A na moim TikToku ciągle widzę nagranie z koncertu charytatywnego, na którym zaśpiewała Maddie – wtrącił się Blake i rozszerzył zielone oczy. – Wiedziałaś, że to już viral?
Pokręciłam głową. Przez ostatni miesiąc telefonu używałam jedynie wtedy, gdy wieczorem dzwoniłam do Lori, Jordana lub Tommy’ego, ewentualnie jak chciałam policzyć coś na kalkulatorze. Byłam zbyt pochłonięta nauką, więc odinstalowałam aplikacje, przez które traciłam wolny czas.
– No, to już wiesz. – Blake się zaśmiał i odgarnął kasztanowe włosy do tyłu. – Zrobiliście tam furorę.
– Nie można tego jakoś usunąć? – Aż się skrzywiłam na myśl, że filmik, na którym śpiewam w akompaniamencie swojego byłego, nadal krąży gdzieś po sieci.
Przez twarz Logana przebiegł jakiś cień, jakby moje słowa go uraziły.
– Nie wiem – odparł Blake. – Chyba ty byś musiała spróbować to zrobić.
– Albo Logan – zauważyła Lori.
– Raczej nie miałem takiego zamiaru – oznajmił Thornhill, a jego oczy koloru zamarzniętego jeziora stały się jakby zamglone. Po chwili wstał z kanapy. – Muszę się przewietrzyć.
Mimochodem rzuciłam okiem na rękę Logana i zamarłam, bo znajdowało się na niej coś, czego wcześniej tam nie było. Tuż nad nadgarstkiem jego skórę zdobił nowy tatuaż, przedstawiający… małego koliberka, który, według tego, co kiedyś mi powiedział, kojarzył mu się wyłącznie ze mną.
Ze mną.
Na widok tego tatuażu ogarnęła mnie dojmująca tęsknota za wszystkim, co nas łączyło. Przymknęłam oczy, próbując ugasić pożar emocji, jaki zawładnął moim sercem. Pragnęłam wymazać ostatnie miesiące z pamięci, wrócić do momentu, w którym czułam się, jakbym unosiła się parę metrów nad ziemią.
Wiedziałam jednak, że pewnych rzeczy po prostu nie da się naprawić, a ludzie, mimo ich wszelkich starań, nie potrafią zmienić swojej natury.
Wiedziałam również, że nasz czas już przeminął.
A przede wszystkim wiedziałam, że złamane serce najlepiej opatulić spokojem i wyrozumiałością; zamknąć je na cztery spusty i zakleić grubym plastrem, a potem pozwolić mu samemu dojść do siebie tak, żeby kiedyś wreszcie stało się gotowe na otwarcie się na innego człowieka.
Przysięgłam sobie, że kiedy już to się wydarzy, tym kimś nie będzie Logan Thornhill.
Madeline
Cztery miesiące później
– Chyba skądś cię znam.
Głos blondyna brzmi niepewnie, jakby długo zbierał się w sobie, żeby się odezwać. Zdmuchuję grzywkę z czoła i dolewam mu kawy, a aromat świeżo zmielonych ziaren niesie się po kawiarni. Chłopak opiera się łokciami o stół i błądzi przez chwilę spojrzeniem po moim fartuszku, na którym widnieje błękitny haft z imieniem.
– Nancy? – czyta na głos. – Och, ładne imię. Ja jestem Ben.
Mimowolnie unoszę kącik ust. Wyciągam z tylnej kieszeni pognieciony notesik, w którym zazwyczaj zapisuję zamówienia, i kładę rękę na biodrze.
– To akurat fartuch mojej cioci – tłumaczę, gładząc materiał dłonią. – Mój niestety nie przeżył ostatniego spotkania z grupą przedszkolaków, rzucających w siebie czarnymi porzeczkami, jakby jutra miało nie być.
– Nie dziwię się. – Ben kiwa ze zrozumieniem głową, unosząc lekko brwi. – Jako kelnerka pewnie musisz mieć oczy dookoła głowy, co? Chyba że tylko tu dorabiasz?
– To nie jest moje stałe zajęcie – odpowiadam i śledzę wzrokiem grupę nastolatków, którzy najwyraźniej zmierzają do kawiarni. – Jesteś gotowy, żeby złożyć zamówienie, Ben? Dzisiaj polecamy sernik pistacjowy i…
– Naprawdę masz bardzo znajomą twarz. Występowałaś kiedyś w telewizji? – Chłopak przerywa mi w połowie zdania, a w jego oczach widzę dziwny błysk.
– Owszem. Połowę życia pracowałam jako pogodynka.
Ben mruży czujnie oczy, a kiedy parskam śmiechem, orientuje się, że żartowałam.
– To może kojarzę cię z internetu?
– Szczerze mówiąc, wątpię. – Wystukuję ołówkiem lekko nerwowy rytm. Kolejni klienci wchodzą do lokalu, co sprawia, że odczuwam jeszcze większą presję czasu. Odgłos rozmów przybiera na sile, a z kuchni dobiega szum ekspresu, który od rana pracuje dziś na pełnych obrotach.
Dzień jak co dzień, ale chyba nigdy w pełni nie przywyknę do pracy w takim chaosie i tempie.
– Naprawdę mam wrażenie, że gdzieś cię już widziałem. – Ben nie odrywa ode mnie oczu nawet wtedy, kiedy bierze łyk wciąż parującej kawy i odstawia ją z powrotem na stolik.
Milczę i wymownie unoszę brwi, co chyba daje mu do zrozumienia, że najwyższa pora się na coś zdecydować.
– Sernik z pistacjami może być – oznajmia wreszcie.
– Świetny wybór, Ben. – Posyłam mu życzliwy uśmiech i zapisuję zamówienie na kartce. – A tak przy okazji, kawa jest dziś na koszt firmy. Niedługo wrócę do ciebie z zamówieniem.
Przechodzę do stolika obok, gdzie już czeka na mnie młoda kobieta z gromadką rozchichotanych dzieci. Jedno z nich próbuje zrobić z serwetki ptaszka, a dwoje pozostałych ciągnie się za szelki od spodni. Zanim zdążę odetchnąć, ich matka zasypuje mnie pytaniami dotyczącymi alergenów w naszych ciastach. Odpowiadam najlepiej, jak potrafię, i nie poprawiam jej, gdy zwraca się do mnie per Nancy.
Potem podchodzę do swojego ulubionego klienta, Caleba. Przychodzi do nas codziennie o dziesiątej rano i za każdym razem składa to samo zamówienie: „Kawałek szarlotki i szklankę ciepłego mleka. Aha, i numer komórkowy twojej cioci, jeśli łaska”. Caleb poprawia mi humor za każdym razem, gdy go widzę. Nigdy nie skracam naszych pogawędek, bo podejrzewam, że to może być jego jedyna rozmowa w ciągu dnia. Kiedyś coś napomknął, że jest wdowcem.
Spojrzenie Bena jest tak intensywne, że czuję je, nawet gdy trzymam nos w notesiku z zamówieniami. Intuicja podpowiada mi, że nie jest stąd i że chciałby jeszcze chwilę porozmawiać, ale niestety mój czas jest wypełniony po brzegi. Kawiarnia Nancy’s Pie o tej porze roku pęka w szwach. Dziś obchodzimy Dzień Niepodległości, co oznacza, że już od rana przed budynkiem ciągnie się kolejka klientów, a pracowników czeka gorąca zmiana, po której zmęczone nogi będą żyć własnym życiem.
Obchodzę wszystkie stoliki, po czym popycham plecami wahadłowe drzwi do kuchni i wpadam prosto w sam środek gastronomicznego chaosu. Zapach szarlotki miesza się z wonią kawy, a powietrze drży od brzęku naczyń i piszczenia piekarnika, które zwiastuje, że kolejna partia babeczek zaraz może się przypalić.
– Czyli mamy tak: cztery serniki pistacjowe, dwie poziomkowe latte, jedna czarna herbata i dwie porcje naleśników z syropem klonowym – wyliczam głośno, po czym odrywam karteczkę i przyczepiam ją do tabliczki z zamówieniami nad okienkiem ekspedycyjnym. – A, i jedna szklanka gorącej wody z dwoma plasterkami cytryny. Bez skórek, bo podobno to niezdrowe czy coś w tym rodzaju.
Właścicielka kawiarni posyła mi sekundowe spojrzenie znad drewnianego blatu obficie posypanego mąką. Fartuch ma cały w białych śladach, a włosy wymykają jej się z koczka i zdobią promienną, smukłą twarz.
Moja ciocia ma pewien niezwykły dar. Kiedy jest na mnie zła, widać to w jej oczach.
– Och… – Przygryzam wargę w geście skruchy. – Co znów przeskrobałam? Chyba nie jest ciocia zła o te muffinki? Zjadłam tylko parę.
– Whitmore, znowu zgubiłaś swój fartuszek? Ale dobrze też wiedzieć, że znowu wyjadasz mój asortyment.
Ruszam w jej stronę, przy okazji podbieram sobie świeże owocki leżące na desce do krojenia. Pochodzą z sadu cioci, a że w czerwcu i lipcu całe Tennessee standardowo zalewane jest falami upałów, są niesamowicie soczyste i słodkie.
– Coś w ten deseń – przyznaję wymijająco, bo ciągle tylko albo brudzę te fartuszki, albo je gubię. – Obiecuję, że jutro zamówię sobie nowy.
– Mówiłaś tak ostatnim razem. I przedostatnim. I przedprzedostatnim. – Ciocia wykrzywia usta i miarowo wypuszcza powietrze z płuc. – A i tak ostatecznie musiałam to zrobić za ciebie, Madeline.
– Nic się nie stanie, jeśli klienci będą nazywać mnie „Nancy”. – Wzruszam ramionami. – Podoba mi się twoje imię, ciociu.
Kobieta dźga metalową chochelką moją klatkę piersiową, a w jej oczach błyska coś między rozbawieniem a dezaprobatą. To drugie chyba jednak przeważa, bo chwilę później kręci głową z lekkim oburzeniem.
– A mnie wciąż podoba się moja sukienka z lat osiemdziesiątych, ale jakimś cudem nigdy nie wpadłam na to, żeby przyjść w niej do pracy.
– Nigdy? – Drapię się po karku. – Szkoda.
– Och, Whitmore, Whitmore – wzdycha ciocia, a jej grube blond loki upięte w kok wydają się bardziej naelektryzowane niż zwykle. – Okres próbny dobiegł końca. Czeka nas ciężki okres, więc skoro już tu jesteś, musisz się bardziej pilnować. Przypominam ci, że pracujesz tu na własne życzenie i nikt cię do tego nie zmusza.
Szukam ratunku wśród jej pracowników i zerkam błagalnie na Johna – najbardziej szanowanego baristę w tym mieście, który chyba jako jedyny nie boi się podpaść swojej przełożonej. Na szczęście on od razu łapie, o co mi chodzi, i wymieniamy się porozumiewawczymi spojrzeniami. Bingo.
– Nancy, odpuść dziewczynie – zabiera głos, podwijając rękawy koszuli w kratkę, która pasuje mu jak chyba nikomu innemu na tym świecie. – Dopiero tydzień temu skończyła liceum.
Ciocia wzdycha ciężko, opierając dłonie na biodrach. Jej spojrzenie mówi jasno, że John stąpa właśnie po cienkim lodzie.
– Doskonale wiem o tym, że moja siostrzenica skończyła liceum, John. – Spogląda na niego ze srogim wyrazem twarzy, jakby jej cierpliwość balansowała już gdzieś na granicy wytrzymałości. – Ale jeszcze jeden taki numer i do końca wakacji będzie mieć zmiany na zmywaku. Tam nie potrzeba fartucha z imieniem.
– A mówili, że będę miała tu fory, skoro właścicielka kiedyś zmieniała mi pieluchy i zaopatrywała mnie w stroje księżniczki – wzdycham do Johna, który w odpowiedzi parska śmiechem. – Byłam taka naiwna…
– Z kolei mnie mówiono, że potrafisz już piec ciasta, tymczasem twoja matka znów wpuściła mnie w maliny. – Ciocia Nancy energicznie przesuwa białą miskę po blacie w moją stronę, a potem wręcza mi złotą łyżeczkę. – Próbuj. To masa poziomkowa. Stara receptura twojej babci.
Wkładam łyżeczkę do ust i rozkoszuję się puszystym kremem.
– Dla mnie bomba – mówię, wciąż przeżuwając jedzenie.
– Cóż, dla mnie też. – Kiwa głową z uznaniem i przechodzi do kolejnego placka ze śliwkami, nad którym uciera laskę cynamonu. Wykonuje szybkie, pewne ruchy, pełne tej rutynowej precyzji, jaką mają tylko ludzie, którzy robią to od lat.
– Widzisz, ciociu? Nie masz ze mną tak źle.
– Racja – potwierdza John. Podpiera się łokciem o blat i uśmiecha się pod nosem. – Czasem warto docenić drugiego człowieka, Nancy.
– Och, nie róbcie ze mnie jakiejś starej jędzy – wzdycha ze wzrokiem utkwionym w blacie. – Nie czepiam się byle czego. Wolałabym po prostu, żeby moja siostrzenica rozpoczynała najdłuższe wakacje swojego życia gdzieś indziej, a nie za ladą mojej kawiarni. Powinnaś spędzać teraz czas z rówieśnikami, imprezować i szaleć, a ja bym cię kryła przed twoją matką. Ty tymczasem pomagasz mi zarówno tu, jak i na ranczu. Co tu zresztą dużo mówić? Jestem zagorzałą przeciwniczką twojego planu na te wakacje, Maddie.
John przytakuje, wycierając dłonie o bawełnianą szmatkę. Zwiastuje to tylko jedno. Kłopoty.
– Faktycznie coś w tym jest, młoda. Pracujesz o wiele więcej, niż powinnaś. I z całym szacunkiem, ale kelnerka z ciebie marna.
Z moich ust wyrywa się ciche parsknięcie.
– Jestem przedsiębiorcza – oznajmiam, unosząc brodę w geście obrony. – Chcę zaoszczędzić trochę przed studiami, w razie gdyby stypendium jednak mi nie wystarczyło. Co w tym złego?
– Nic. Jednak równowaga między życiem prywatnym a zawodowym też nie jest niczym złym. – Głos cioci raptownie łagodnieje. – Poza tym ci twoi przyjaciele też stają na rzęsach, żeby tylko mi pomóc w gospodarstwie. Chciałam, żeby zajmowali się drobnymi naprawami, a oni pracują w pocie czoła od rana do wieczora. Nie podoba mi się to.
– Są wdzięczni, że mogą zatrzymać się u ciebie w domu na całe wakacje. I tak żyją w przekonaniu, że nadal są ci coś winni.
Odkąd Blake, Jordan, Tommy, Tyler i Lori przyjechali do Franklin i zadomowili się u cioci Nancy, spędzamy ze sobą jedynie wieczory. Nikt nie prosił ich o to, żeby pomagali w sadzie i stajni, ale oni sami się tym zajęli. Odmalowali też płot, uporządkowali garaż i odświeżyli cały strych. Mimo że dni przelatywały nam jak przez palce i przez większość czasu pracowaliśmy, to i tak byliśmy przeszczęśliwi, bo mieliśmy siebie. Tych parę wspólnie spędzonych chwil na sam koniec dnia rekompensowało nam całą resztę.
Tak minął nam pierwszy tydzień wakacji. Chcieliśmy pomóc mojej cioci najbardziej, jak tylko mogliśmy, bo początek lipca to dla jej kawiarni najintensywniejszy okres w roku.
Kiedy mój wujek odszedł, na barkach cioci spoczęła odpowiedzialność za całe ranczo, które od wielu pokoleń należało do jego rodziny. Ona natomiast, mimo swojej pracowitości i hardej natury, chciała opiekować się tylko swoją kawiarnią, w którą wkładała całe serce. Jedno jednak nie mogło istnieć bez drugiego. Nancy’s Pie osiągnęło sukces głównie dzięki lokalnym, naturalnym produktom pochodzącym z jej rancza. Nikt w całym hrabstwie nie miał tak soczystych jabłek w sadzie jak ona.
– To trzeba zmienić – zaprotestowała. – Wiem dobrze, co chcecie osiągnąć, i jestem wam bardzo wdzięczna, ale nie zapominajcie o sobie. To wasz czas i wasze wakacje. Możesz się śmiało wycofać z większości swoich zmian, Maddie. John chętnie cię zastąpi. I dzisiaj, i w każdy następny weekend. A nawet czasem w tygodniu. Prawda, Johnny?
Mężczyźnie początkowo nie udaje się ukryć zaskoczenia, ale chwilę później odzyskuje rezon i entuzjastycznie kiwa głową.
– Pewnie, że tak – stwierdza z krzywym uśmieszkiem, który bardziej przypomina grymas po zjedzeniu plasterka cytryny. – Kocham obsługiwać bandy nastolatków, a jeszcze bardziej uwielbiam robić nadgodziny i harować w pocie czoła do utraty sił. Słowo harcerza.
Z trudem tłumię śmiech, a ciocia zadziera podbródek i karci go wzrokiem.
– Gdybyś był choć w połowie tak ambitny i pomocny jak moja siostrzenica, to ze swoim talentem szkoliłbyś innych baristów, Johnny.
Mówię bezgłośne „przepraszam”, na co on z rozbawieniem macha ręką.
– Pracuję tu już tak długo, że jedno wiem na pewno, Maddie. Nancy zawsze ma rację. Zawsze. Nawet wtedy, gdy jej nie ma.
Z rozbawieniem przyglądam się zmieniającemu się odcieniu policzków cioci i jej zaciskającym się szczękom, kiedy drzwi do kuchni ponownie się otwierają i staje w nich mój kuzyn Collin.
– A ty znowu tutaj, Mads? – Otwiera szerzej oczy na mój widok, ignorując wszystkich wokół.
– Taaa… – Z ust cioci wyrywa się głośne, przeciągłe westchnienie. – Twoja kuzynka najwyraźniej potraktowała moje „czuj się jak u siebie w domu” zbyt dosłownie.
– Nic dziwnego, że potem wszyscy porównują mnie do ciebie. – Collin podchodzi do nas i całuje w policzek najpierw ciocię, a potem mnie. – Bycie twoim kuzynem to twardy orzech do zgryzienia.
– Na szczęście masz uczulenie na orzechy, więc natura sama zadbała o równowagę – mówię pod nosem, a wszyscy oprócz Collina w mig się rozweselają.
Mój kuzyn w ramach pocieszenia wyciąga łapę w stronę masy poziomkowej, ale ciocia skutecznie go od niej przegania. Korzystając z wolnej chwili, odblokowuję telefon i sprawdzam wiadomości.
Od: Blake
Nikt nie uprzedził Tommy’ego, że rano pomalowałem ławkę na werandzie na biało i teraz próbuje ratować swoje ulubione spodnie. Wracaj do nas, bo jest bliski załamania nerwowego.
Od: Jordan
Dasz radę wziąć trochę tego soku, który zrobił przedwczoraj John? Chyba jakiś zdrowszy się po nim czułem. Obudziłem się z promienną cerą. KC.
Od: Tommy
Maddie, czy płyn do płukania może sprać ślady po farbie? Przykładowo białej?
Tak tylko pytam. Z ciekawości jakby co.
A jeśli nie, to wiesz, co może sobie z tym poradzić?
Od: Lori
Zwariuję z nimi wszystkimi.
Blokuję telefon i z trudem tłumię śmiech, a wtedy Collin staje przede mną i krzyżuje ręce na klatce piersiowej.
– Noah twierdzi, że twoi znajomi są nieźle zakręceni.
– Noah nie obgaduje ludzi – kwituję, od razu wyłapując kłamstwo na temat swojego sąsiada. – To twoje słowa, prawda?
Collin wypuszcza ze świstem powietrze, po czym ostentacyjnie przewraca oczami.
– Oni nie umieli odpalić kosiarki. Obudzili mnie o siódmej, żebym im pokazał, jak to się robi. Serio, nie wiedziałem, że będzie mnie kiedyś irytować czyjaś pracowitość.
– Może tak wziąłbyś z nich przykład, zamiast się ich czepiać, co? – Wyprostowuję się. – Daj im jeszcze parę dni. Nigdy nie pomagali nikomu przy gospodarstwie, a intencje mają dobre. Zanim się obejrzysz, zaaklimatyzują się tu i poczują jak u siebie w domu.
– Jak na razie to tylko ciągle pytają o coś albo mnie, albo Noaha.
– Nadal nie widzę tu żadnego problemu – odpowiadam, obracając się na pięcie. – Gdy jesienią wyjedziemy do Nowego Jorku na studia, to będziesz za nami płakać.
– Już to widzę – mamrocze Collin, po czym z trudem tłumi ziewnięcie. – Pojutrze jest festyn rodzinny. Pamiętacie o tym?
Kiwam głową, ozdabiając ciasto borówkami.
– Jasne.
Kiedy tata żył, zawsze braliśmy w nim udział, i dlatego mam z tego wydarzenia jedynie miłe wspomnienia. Za dnia odbywają się liczne konkursy, a wieczorem rozpoczyna się zabawa taneczna.
– A właśnie! – Kuzyn odwrócił się w stronę cioci. – Spotkałem na mieście sekretarkę z biura burmistrza. Pytała, czy może jeszcze zmodyfikować u ciebie zamówienie na festyn rodzinny. Chcieliby prosić o więcej szarlotek, bo to jest podobno flagowe ciasto naszego miasteczka.
– I dopiero teraz sobie o tym przypomnieli? – prycha ciocia. – Na dwa dni przed wydarzeniem? Nic dziwnego, że nasze miasto tonie w długach.
– Wszystkim jest teraz ciężko, Nancy – wtrąca się John. – Zwłaszcza przedsiębiorcom takim jak ty, którzy mają kawałek ziemi, a rząd tylko czeka, żeby płacili coraz to większe podatki.
– Jest aż tak źle? – pytam zatroskana.
– Podatkami będziemy martwić się jutro – odpowiada ciocia. – Dziś się cieszę, że nie musiałam zatrudniać nikogo oprócz Noaha, bo twoi przyjaciele naprawili większość usterek, na które ostatnio nie miałam czasu. Tak więc przekaż im, że zasługują na parę dni odpoczynku. A teraz śmigaj z zamówieniami.
Odkładam łyżkę, chwytam tackę i ruszam z powrotem na salę. Dochodzi południe, a o tej porze kawiarnia żyje własnym rytmem, do którego musiałam się dostosować. Ostatnimi czasy opanowałam sztukę noszenia naczyń do perfekcji. Potrafię przenieść parę talerzy z jednego miejsca na drugie bez tracenia przy tym równowagi. Oczywiście, początki nie były takie kolorowe – żeby osiągnąć ten poziom, musiałam wpierw poświęcić parę filiżanek.
W środku panuje jeszcze większy harmider niż wcześniej. Przez kolejny kwadrans opanowuję sytuację, rozdając zamówienia i przy okazji pilnując malców młodej kobiety, która poszła na moment do toalety. Idzie mi to mozolnie, bo jeden z chłopczyków próbuje wymazać bitą śmietaną twarz swojego brata, a ich siostra bez przerwy ciągnie mnie za rękaw koszuli.
– Umie pani rapować? Mój wujek umie. Zaśpiewa nam pani jakąś piosenkę? – pyta dziewczynka, siadając na brzegu krzesła.
Mrugam i widzę wpatrzone we mnie trzy pary małych oczek.
– Niestety śpiewam przeciętnie – odpowiadam wymijająco, zabierając puste szklanki.
– Taaak! Już wiem! – słyszę zza pleców męski głos. Zerkam ponad ramieniem na Bena, który aż wstał z wrażenia. – Teraz mnie oświeciło. Jesteś tą dziewczyną, która śpiewała na jakimś balu charytatywnym? Ty śpiewałaś, a taki brunet grał na fortepianie. To byłaś ty, prawda? Oglądałem to nagranie setki razy! Nie sądziłem, że mieszkasz w Tennessee. A to nie było w Chapel Hill? Teraz, jak zdjęłaś ten fartuszek, to cię pozna…
– Nie – wchodzę mu w końcu słowo. – Przykro mi.
– Ale…
– Naprawdę jestem zajęta – ucinam, czując, jak serce mi przyspiesza.
W międzyczasie z toalety wraca matka dzieciaków, a ja korzystam z okazji i uciekam na zaplecze. Ben jednak nie odpuszcza tak łatwo i dogania mnie naprędce, zrównując się ze mną.
– Poczekaj chwilę! Nie chciałem cię urazić czy coś. Byłem pod wrażeniem, bo masz nieziemski talent. A z tym chłopakiem tworzyliście świetny duet. Mógłbym was słuchać godzinami. Nie pamiętam tylko, jak on się nazywał, do cholery…
Zaciskam dłoń na klamce i odwracam się po raz ostatni w stronę klienta.
– Logan Thornhill. Chłopak, który grał na fortepianie, nazywa się Logan Thornhill. Byliśmy razem, ale zerwaliśmy jakieś siedem miesięcy temu, więc wybacz, ale nie mam zbytnio ochoty wspominać tego wydarzenia. A teraz pozwól, że wrócę do pracy.
Z tymi słowami zamykam się na zapleczu i przyciskam plecy do chłodnych drzwi. W środku panuje półmrok, lecz nie zapalam światła. Opadam na podłogę i wyciągam z kieszeni telefon. Na tapecie mam ustawione zdjęcie klimatycznej uliczki z Nowego Jorku. Wbijam w nią wzrok i staram się oddychać miarowo i głęboko.
Minęły cztery miesiące, odkąd ostatni raz byłam w Chapel Hill, a siedem od zerwania z Loganem.
Zabawne, że przez dwieście trzynaście dni może się zmienić dosłownie wszystko.
