Głębia lasu - Magnus Carling - ebook
NOWOŚĆ

Głębia lasu ebook

Magnus Carling

0,0

Opis

Fredrik Berg spędza swoje młodzieńcze lata w zaciszu szwedzkiego lasu, nieświadomy mrocznych tajemnic czających się w cieniu przeszłości. Wszystko zmienia się pewnego letniego dnia w 1986 roku, gdy Fredrik natrafia w lesie na zagadkową postać, a nieoczekiwane spotkanie przekracza najśmielsze wytwory jego dziecięcej wyobraźni. Chłopiec znika bez śladu, a tajemnica jego dalszych losów staje się zagadką, której echo powraca po latach.

Kilkadziesiąt lat później, w 2023 roku, göteborska policjantka Lovisa Karlsdotter otrzymuje list, którego treść rozdrapuje stare rany. Oprócz niepokojącego wyznania, wiadomość zawiera wskazówki umożliwiające dotarcie do miejsca, w którym mogą znajdować się szczątki Fredrika. Kierowana poczuciem sprawiedliwości, a jednocześnie zmagając się z wewnętrznymi demonami, Lovisa rozpoczyna śledztwo, które kładzie się cieniem także na jej życiu osobistym.

Głębia lasu to przejmująca opowieść o stracie, tęsknocie i pytaniach pozostawionych bez odpowiedzi. Magnus Carling po mistrzowsku snuje historię, która splata losy kilku pokoleń, i zagląda w najmroczniejsze zakamarki ludzkich relacji. Czy Lovisa zdoła odkryć prawdę, zanim będzie za późno, a ponure sekrety lasu na zawsze pozostaną nieodgadnione?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 289

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



GŁĘBIA LASU

Przełożyła Magda Dubińska-Magiera

MAGNUS CARLING

GŁĘBIA

LASU

2026

Copyright:

Głębia lasu

Tytuł oryginału: Skogsmannen

Text © Magnus Carling, 2024

Translation © Magda Dubińska-Magiera, 2025

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3 /9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN 978-83-68590-42-5

Mojemu bratu, Jerremu, który nauczył mnie polować.

Seems like I should be getting somewhere

Somehow I’m neither here nor there1

– Runaway Train, Soul Asylum

1Czuję, że powinienem być już w drodze,

lecz trwam zawieszony,

nieobecny tu i nieprzynależny tam.

PROLOG

Czerwiec 1986Centrum Angered, na północny wschód od Göteborga

Katanga… Fredrik Berg powtarzał w myślach, nie wypowiadając słów. Tata wymagał ciszy w trakcie wspólnych posiłków, zwłaszcza gdy leciały wiadomości. Akurat rozległ się charakterystyczny, trójdźwiękowy dżingiel. Zaczynało się „Echo Dnia”, ale Fredrik nie słuchał zbyt uważnie. Głowił się nad nieznanym słowem, próbował sobie przypomnieć, gdzie je słyszał.

Na wprost niego siedziała Hanna, jego młodsza siostra. Blond włosy dziewczynki były potargane i Fredrik przez krótką chwilę zastanawiał się, jak bardzo siostra będzie protestować, kiedy wieczorem mama zabierze się za rozczesywanie tej plątaniny.

Lilli, ich matka, stała przy kuchence i właśnie nakładała porcję dla siebie. Miała na sobie błękitny fartuszek, który Fredrik uszył na zajęciach krawieckich, a jej miedziane włosy były upięte w kok. W kuchni było ciepło, mimo że zarówno drzwi wejściowe, jak i balkonowe w pokoju dziennym stały szeroko otwarte. Przeciąg zabierał ze sobą ciepłe powietrze, ale nie przynosił chłodnego. Działał jak wentylator, który ogrzewał zamiast chłodzić.

Knut, głowa rodziny, usiadł obok Fredrika. Chłopak spoglądał na policzek ojca. Czerwony, ale zawsze starannie ogolony. Włosy ojca były krótko przystrzyżone i Fredrik zauważył krople potu na jego czole. Od taty unosił się słaby zapach potu. Nigdy nie brał prysznica przed posiłkiem, tylko się obmywał. Pilnował, by wszyscy też to robili, ale olej pod jego paznokciami nigdy nie znikał. Pracował jako kierowca ciężarówki w wytwórni farb i właśnie wrócił do domu, po kolejnym długim dniu.

Fredrik pokroił porcję schabu, zanurzył mięso w kremowym sosie i pochłonął je razem z kawałkiem ziemniaka. Przeżuwał, delektując się, bo mama gotowała fantastycznie. Pomidory, które połyskiwały na talerzu jak światła stopu, zawsze zostawiał na koniec. Ogórki kiszone szły zazwyczaj na pierwszy ogień; lubił je, ale nie przepadał za posmakiem, jaki zostawiały.

– Renifery będą poddane kolejnemu ubojowi z konieczności – informował spiker radiowy. – W następstwie awarii elektrowni jądrowej w Czarnobylu, w środowisku zwiększył się poziom związków radioaktywnych, na które renifery są szczególnie narażone.

Ojciec głośno westchnął. Wytarł sos z kącika ust i wskazał na czerwone radio tranzystorowe.

– Rosjanie nas wykończą – powiedział. – Albo przez wojnę, albo przez awarie.

Hanna pisnęła i odstawiła widelec, który z brzękiem uderzył o talerz. Jej oczy były szeroko otwarte.

– Czy to strasznie niebezpieczne?

Mama pochyliła się nad stołem, kładąc dłoń na ramieniu Hanny. Fredrik zawsze uważał, że rodzice poświęcali siostrze więcej uwagi tylko dlatego, że była dziewczyną i była strachliwa.

– Nie – zapewniła mama. – Wszystko będzie dobrze. Albo z łaski Boga, albo dzięki pomocy Amerykanów.

– No, nie wiem – prychnął ojciec. – Świat zszedł na psy, zwłaszcza po zabójstwie Olofa Palmego2.

Fredrik przeczuwał, co za chwilę nastąpi. Niekończące się kazanie. Zawsze to samo. Ojciec był socjaldemokratą i uważał, że wszyscy ludzie są równi. Dorastał na północy, w Norrlandii, gdzie wszyscy sobie pomagali. Ciężka praca i przyzwoitość. Fredrik znał to na pamięć i nie chciał wysłuchiwać tyrady ojca.

Wolał znowu wyjść z domu. Wakacje zaczęły się pięć dni temu, a on spędzał czas z Jocke, Nucko i Putte. Najpierw odcinek „Wakacyjnego poranka”, potem czas na przygodę. Na okrągło każdego dnia. I mimo że wakacje miały trwać w nieskończoność, to chciał jak najlepiej wykorzystać każdą sekundę.

– Pokroić ci mięsko? – spytała mama i bez czekania na odpowiedź zabrała się za pomaganie córce.

– Nie cackaj się tak z nią – wtrącił się tata. – Ma siedem lat i sama może pokroić sobie jedzenie.

– Tak, umiem kroić sama – potwierdziła Hanna.

– No właśnie – dorzucił ojciec. – Zuch dziewczynka, sama da radę.

Hanna uśmiechnęła się przymilnie, a Fredrikowi zaczęło zbierać się na wymioty. Już prawie skończył, a tata chyba się rozkojarzył. Koledzy też byli w domach i jedli. Mieli plan, żeby spotkać się zaraz po obiedzie i dalej budować kowbojski fort na końcu wielkiej łąki.

Znów zastanawiał się nad tym słowem. Katanga. Jakby nie mógł wyrzucić go z głowy. Mama mówiła czasami o swoim bracie Jörgenie. Mieszkał sam po tym, jak oboje wyprowadzili się z domu. Pewnego dnia pomalował na czarno całe mieszkanie, nawet okna, i wyrzucił lodówkę przez balkon.

Na szczęście nikt nie ucierpiał. Mama powiedziała, że Jörgen słyszał głosy i wtedy Fredrikowi zaczęły śnić się koszmary, w których też był nękany przez wyimaginowane dźwięki.

Nie sądził, żeby pojedyncze słowo mogło spowodować podobne problemy psychiczne – to w końcu tylko jedno słowo. Poza tym był przekonany, że powtarzał ten wyraz, bo próbował sobie przypomnieć, gdzie go usłyszał.

W radiu zaczęła się prognoza pogody. W najbliższym czasie miało być równie ciepło jak dotychczas, co podobało się Fredrikowi. Chociaż nie miałby nic przeciwko, gdyby trochę popadało. Wtedy mogliby posiedzieć w domu, czytać komiksy i oglądać Indianę Jonesa na nowiutkim odtwarzaczu VHS. Albo grać w „Smoki i Demony”, gdyby Nucko albo Jocke zechcieli być mistrzami gry. Przeważnie Fredrik prowadził grę i chociaż to lubił, to chciał czasami być zwykłym graczem.

Na przykład myśliwym.

Skończył jeść, zostały tylko pomidory. Zgarnął wszystkie z talerza, pochłonął je za jednym zamachem i rozprawił się ze słodkimi kulami, szybko je przeżuwając.

– Nie mlaskaj – upominał go ojciec, trącając syna w bok. Lekko i mimo wszystko z czułością.

Fredrik kochał tatę i lubił przebywać w jego towarzystwie. Zawsze opanowany, czasami zrzędliwy, czasami bardzo szorstki. I chociaż bywał bezceremonialny – po norrlandzku, jak mawiał – to nigdy nie zdarzało mu się być niesprawiedliwym. Z wyjątkiem sytuacji, gdy Hanna zgarniała więcej pochwał.

– No weź – odpowiedział chłopak i dopił mleko.

Zrobiło się już letnie, ale wciąż dobrze smakowało. Fredrik starł grzbietem dłoni mleczne wąsy.

– Mogę już iść?

– Poczekaj na Hannę – powiedział ojciec.

– Ale tato, mamy budować fort.

– Znasz zasady, macie być razem.

Fredrik już miał głośno westchnąć, ale się opanował. Ojciec nigdy nie odpuszczał, a protesty, w najgorszym wypadku, mogły skończyć się wieczorem spędzonym w pokoju. Bez kolacji.

– No dobra, ale pospiesz się, Hanna!

Siostra uśmiechnęła się, po czym otworzyła usta i bardzo powoli – najwolniej, jak potrafiła – przeniosła kawałek mięsa z talerza na język.

– Bez przesady – napomniał ją tata. – Ale nie spiesz się za bardzo, bo się skończy rewolucją w bebechach.

Ojcu zdarzało się mówić z akcentem typowym dla swojego starego dialektu, czasami częściej niż zwykle. Mama, która urodziła się w Bergen, ale całe życie spędziła w Göteborgu, drażniła się z nim i próbowała przedrzeźniać. Najczęściej jej próby naśladowania taty kończyły się tym, że mówiła w sposób, który brzmiał jak mieszanka norweskiego i norrlandzkiego.

– Rewolucja w bebechach – powiedziała w swój zabawny sposób.

Cała czwórka parsknęła ze śmiechu, a Hanna, która właśnie w tym momencie wzięła łyk mleka, puściła nosem mleczne bańki. To wywołało jeszcze większe rozbawienie.

Wtedy po raz ostatni śmiali się razem.

*

Ulica Länkharvsgatan była senna, jak zawsze na początku lata, a letargiczna atmosfera miała się jeszcze spotęgować. Fredrik wyszedł na podwórko, szybko minął podobne fasady domów szeregowych, kierując się w stronę doliny i łąki. Droga była zakurzona, a chłopak poczuł charakterystyczny zapach mieszaniny asfaltu, żwiru, kurzu i rozgrzanej słońcem czarnej farby, którą pomalowany był płot ciągnący się wzdłuż podwórza.

Dobrze wiedział, że nie wolno było wodzić dłońmi po ogrodzeniu. Zwłaszcza jeśli nie chciało się mieć wielkiej drzazgi, wbitej w najmniej pożądanym miejscu.

Hanna szła tuż za nim. Wiedział, że uwielbiała spędzać z nim czas i prawdę mówiąc – nie przeszkadzało mu to zbytnio. Dopóki nie zadawała dziesiątków tysięcy pytań o wszystko i nie wchodziła mu w drogę – jej obecność była znośna. Mama powtarzała nieraz, że nadejdzie taki moment, kiedy wszyscy chłopcy będą chcieli spędzać z Hanną czas, a ona będzie mogła przebierać do woli.

Fredrik nie mógł w to uwierzyć. Kto chciałby przebywać cały czas z dziewczynami?

Prostokątne podwórko wyznaczały dwa rzędy domów szeregowych i dwa rzędy trzykondygnacyjnych galeriowców. Nie należało do szczególnie dużych i można je było szybko przejść. Wystarczyło minąć podwórze i praktycznie było się już w dolinie.

Wąwóz, który schodził prosto do strumienia, biegł aż do rzeki Lärjeån – porastała go gęsta roślinność i sprawne poruszanie się w tej okolicy było możliwe tylko po ścieżkach. Na skraju doliny, tuż przy krawędzi stromego wąwozu zaczynała się rozległa łąka. Fredrikowi i jego kolegom wydawała się nieskończona. W oddali majaczyło pagórkowate wzniesienie Sörgårdsbergen i odnosiło się wrażenie, że wystarczy je minąć, żeby rozpocząć podróż do Hiszpanii. Niebo było czyste i błękitne, a na horyzoncie w pobliżu pagórków, które w rzeczywistości były tylko starymi, żwirowymi wałami wznoszącymi się nieco ponad sto metrów nad poziomem morza, sunęło kilka kłębiastych chmur. Łąka miała szmaragdowozielony kolor, a delikatny wiatr sprawiał, że tysiące, o ile nie miliony, źdźbeł trawy falowało w tym samym kierunku.

Fredrik kochał to miejsce.

Na przeciwnym końcu łąki wznosił się fort. Dwupoziomowa konstrukcja wzniesiona ze wszystkich możliwych rodzajów drewna, jakie udało im się zdobyć. Większość z nich poczerniała od deszczu, pleśni i brudu, ale to nadawało fortowi bardziej autentyczny wygląd.

– Pospiesz się – ponaglał Fredrik.

Nie chciał być ostatni. A Hanna pozostawała w tyle.

– Lecę! Czekaj!

Nie zatrzymał się, utrzymywał równe tempo. Gdy biegł brakowało mu tchu, ale nigdy nie czuł zmęczenia. Tata uważał, że mógłby wygrywać wyścigi, gdyby tylko zaczął odpowiednio trenować, ale Fredrik nie był zainteresowany. Chciał uprawiać szermierkę, grać w szachy, a pewnego dnia zostać kierowcą ciężarówki lub astronautą. Obie opcje wydawały się równie prawdopodobne, zgodnie z tym, co mówiła mama.

Każdy może zostać, kimkolwiek zechce.

Im bardziej się zbliżali, tym większy stawał się fort. I chociaż był długi i szeroki na kilka metrów, a wysoki na jakieś cztery – to bardziej przypominał zamek niż fortyfikację. Budowali go w czwórkę i prace trwały już drugie z kolei wakacje.

Kiedy Fredrik dotarł na miejsce, zorientował się, że nikogo jeszcze nie ma. Zatrzymał się, wyrównał oddech i poczuł unikatowy zapach skóry i potu. Żołądek nieco protestował – działo się tak za każdym razem, kiedy biegał tuż po jedzeniu. Wiedział, że zaraz mu przejdzie – byli na miejscu i mogli odpocząć. Pozostało jeszcze wiele godzin słońca, a kolacja – prawie zawsze kanapki z mięciutkiego, słodkawego, pszenno-żytniego chleba Skogaholm z salami i gorąca czekolada lub mleko – miała być dopiero o dziewiątej wieczorem. Zawias wydał zgrzytliwy dźwięk, gdy otwierał Hannie drzwi. W środku panowała ciemność i pachniało pleśnią. Ale było sucho, a podłogę fortu zbudowano ze starych palet. Budowla stała na obrzeżach łąki, na skraju lasu i graniczyła z wąwozem. Jeśli stało się na drugim poziomie i spoglądało się ponad krawędzią wąwozu, można było zobaczyć całą drogę, aż do strumienia. Jocke lubił żartować, że będą zrzucać Indian ze zbocza tak, żeby staczali się na sam dół. Dotarcie tam mogło trochę potrwać.

Fredrik wskazał na drabinę prowadzącą do góry:

– Możesz wejść, ja za nami zamknę.

– Na klucz?

– No jasne. Co jeśli przyjdą Indianie?

– Indianie? – Oczy Hanny znowu przypominały spodki. Dziewczynka złączyła ze sobą opuszki palców. – Jacy oni są?

– Przychodzą tylko czasem. Atakują, strzelając z łuków.

– Nie mów tak, boję się.

Lubił ją straszyć. Ale tylko trochę – tak żeby wiedziała, że chodziło o coś więcej niż tylko zwykłe łażenie za nimi.

Fredrik roześmiał się i zaczął wchodzić po drabinie.

– Dzisiaj nie przyjdą. No chodź już.

Wspiął się szybko i zaczekał u szczytu drabiny. Hanna weszła za nim ostrożnie, a Fredrik przesunął się trochę dalej. Podłoga skrzypiała, ale chłopak wiedział, że była solidnie wykonana. Przynajmniej tak twierdził Jocke, którego tata był stolarzem.

Fredrik stanął przy wysokim na metr ogrodzeniu, które zbudowali dookoła z płyt pilśniowych, a które miało stanowić ochronę przed indiańskimi strzałami. Spojrzał w głąb wąwozu i zobaczył srebrzystą wodę, która płynęła na jego dnie. Strumień wił się w dół, by ostatecznie dotrzeć do ciemnobrązowych wód rzeki Lärjeån.

Fredrik wraz z kolegami wiele razy pokonał drogę wzdłuż strumienia, a Nucko zaproponował, żeby przy ujściu strumienia zbudowali tratwę i spróbowali popłynąć rzeką dokładnie tak, jak to zrobił Huckleberry Finn3. Mogliby siedzieć na tratwie, łowić rzeczne ryby i po prostu dryfować w stronę morza. A może nawet do Ameryki. Fredrik uważał, że to kuszące, ale nie chciał się przyznać, że w kwestii pływania czuł się niepewnie. Lubił łowić ryby i robił to chętnie, ale najchętniej z brzegu.

Poza tym sądził, że przed nimi jeszcze sporo pracy przy budowie fortu. Zamierzali zamontować dach na górnym piętrze i wstawić okiennice na dole. Chociaż podczas letnich wakacji czas płynął w nieskończoność, to nigdy nie udało im się osiągnąć celu.

Fredrik wodził palcami po pistolecie na kapiszony, który miał w kaburze na biodrze. Wyjął go szybko, wycelował w stronę łąki i wyobraził sobie, jak strzela do Indian. Oczywiście nie było tam żadnych Indian – nigdy – a Fredrik nie sądził, żeby kiedykolwiek przyszło mu strzelać do jakiegokolwiek człowieka.

Ale fajnie było pofantazjować o takich przygodach i super się strzelało.

– Dasz spróbować? – poprosiła Hanna.

Fredrik chwycił mocno pistolet i schował go do kabury.

– Nie, to nie dla dziewczyn. Może posprzątasz tu trochę?

Hanna tupnęła lekko nogą. Kiedy w pobliżu nie było rodziców, pokazywała inne oblicze. W domu łatwo było ją urazić i bez trudu przychodziło jej uronienie kilku łez. W jego towarzystwie pokazywała, że jest o wiele twardsza.

– Dziewczyny potrafią więcej niż tylko sprzątać i gotować – zaprotestowała Hanna. – Mogę udowodnić!

Fredrik westchnął. W głębi duszy lubił Hannę. Czuł, że musi ją chronić i zależało mu na tym, by była szczęśliwa. Nawet jeśli czasami była najbardziej wkurzającą młodszą siostrą na świecie.

Wyjął pistolet, wręczył go dziewczynce i powiedział:

– Tylko uważaj. Możesz strzelić trzy razy i potem koniec.

Hanna promieniała. Jej uśmiech był szeroki i brakowało jej dwóch zębów. Trzymała pistolet obiema rękami, daleko od ciała i nad ogrodzeniem. Celowała w kierunku wąwozu.

Chwilę później wystrzeliła.

Rozległ się głośny huk, a zaraz po nim pojawił się gryzący zapach prochu. Hanna krzyknęła i puściła broń.

– Nie! – wrzasnął Fredrik.

Chłopiec podbiegł do krawędzi, spojrzał w głąb wąwozu, ale nigdzie nie widział kolta.

– Hanna! – wykrzyczał. – Zniknął!

Hanna spojrzała na niego oczami pełnymi łez.

– Przepraszam, Fredrik! Przepraszam! Przepraszam! Prze…

– Dosyć – powiedział, unosząc rękę. – Skończ już!

Hanna zaczęła płakać i zakryła dłońmi twarz. Fredrik poczuł ucisk w żołądku.

– Hanna, już dobrze. Znajdzie się. Poczekaj tutaj, a ja go poszukam.

Minął ją pospiesznie, przetarł czoło dłonią i poczuł, jak bardzo się spocił. Prawie zjechał po drabinie, wyszedł z fortu i ruszył do krawędzi wąwozu.

– Widzisz go?

Spojrzał w górę i zobaczył twarz Hanny nad ogrodzeniem.

– Jeszcze nie.

Fredrik zrobił parę kroków, wszedł między paprocie i po chwili znalazł się w cieniu drzew. Było tam chłodniej i chociaż wokół niego brzęczały muchy i ślepaki, z ulgą przywitał orzeźwiające powietrze. Poczuł mocne bicie serca i odgarnął paprocie.

Nigdzie nie było widać rewolweru.

Dostał go od taty, kiedy razem odwiedzili kowbojski park rozrywki High Chaparral, i wraz z nożem z rogu renifera stanowił jego najcenniejszy skarb.

Wąwóz zaczął ostro opadać w dół i Fredrik zdał sobie sprawę, że plastikowy pistolet musiał ześlizgnąć się po błocie. Czuł, jak narasta w nim panika. Musiał go znaleźć. Poślizgnął się i zjechał kilka metrów po błocie, gdy nagle zobaczył rewolwer. Leżał pięć, może dziesięć metrów niżej. Rzucił się w jego stronę, pochylił się i chwycił kolta. Lufa była tylko trochę obłocona, reszta wyglądała w porządku.

Kiedy Fredrik otworzył usta, żeby krzyknąć do Hanny, że znalazł zgubę, nagle zrobiło się ciemniej. Czuł, jak włoski na karku unoszą się, a niepokojące uczucie sprawiło, że żołądek podjechał mu do gardła.

– Cześć Fredrik! – powiedział nieprzyjemnie gładki głos.

Chłopiec się obrócił. Osoba, która stała zaledwie kilka metrów od niego, musiała się zakraść bezszelestnie. Albo już tam na niego czekała.

– Nie wolno mi rozmawiać z obcymi – odpowiedział Fredrik, zadowolony, że choć raz posłuchał mamy.

– Ale ja nie jestem żaden obcy – odrzekła stojąca przed nim osoba, a jej głos, jeśli to w ogóle możliwe, wydawał się jeszcze gładszy. – Przecież mnie znasz.

Fredrik zrobił krok w tył. Kolana miał zdrętwiałe i słabe, jakby bardzo szybko biegł pod górę. Zaschło mu w ustach, nie wiedział, co powiedzieć. Nigdy wcześniej nie widział tego człowieka. Chyba…? Nagle coś wydało mu się znajome, ale niejasne i odległe, jak echo starego snu.

Obcy podszedł bliżej, pochylił się do przodu, a jego głos brzmiał teraz zupełnie inaczej, jak syk.

– A teraz pójdziesz ze mną!

2 Olof Palme (1927–1986) – szwedzki polityk, premier i przewodniczący Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej. Został zastrzelony, a sprawcy nigdy nie ujęto. Zabójstwo Palmego uznano za jedno z najgłośniejszych we współczesnej historii Szwecji. Stało się również przedmiotem długotrwałej debaty społecznej. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

3 Huckleberry Finn – fikcyjna postać z przygodowych książek Marka Twaina.

ROZDZIAŁ 1

Göteborg, jesień 2023

– O co ci, kurwa, chodzi? – krzyczała Lovisa Karlsdotter, przewiercając wzrokiem Johana Lindberga. – Słyszysz! Co do cholery jest z tobą nie tak?

– Uspokój się Lovisa – powiedział powoli, unosząc ręce. – Możemy porozmawiać jak dwoje dorosłych ludzi?

– Niby jak? – prychnęła, a krople śliny prysnęły na twarzy mężczyzny. – Jedyną dorosłą osobą tutaj jestem ja.

Johan przetarł dwoma palcami starannie ogolony policzek.

– Tak jak powiedziałem. Już cię nie kocham.

Te słowa przeszyły jej serce. Lovisa poczuła, jak krew pulsuje jej w skroniach i zacisnęła pięści. Była gotowa do walki. Dzień rozpoczął się wcześnie – od nagrania do programu telewizyjnego, w którym opowiadała o pracy Wydziału Przestępstw Niewykrytych – potem pognała do domu, żeby zjeść wspólne śniadanie. Wyobrażała sobie romantyczny posiłek, ale zamiast tego dowiedziała się, że Johan chce zakończyć ich związek.

– Tak po prostu, jak grom z jasnego nieba? Pewnie kogoś masz!

Johan spuścił wzrok. Czy było jakieś bardziej oczywiste potwierdzenie?

Poprawił błękitny krawat i spojrzał jej w oczy.

– Nie da się z tobą rozmawiać, gdy jesteś w takim stanie. Idę do pracy.

Lovisie nagle zabrakło słów, nie wiedziała, co odpowiedzieć. Była równocześnie wyczerpana, smutna, wściekła i oszołomiona. Emocje buzowały. Potem – jak grad kul – uderzyły w nią oskarżycielskie myśli. Czy to jej wina? Czy za mało się angażowała? Czy nie poświęcała mu wystarczająco dużo uwagi? Czy powinna być mniej sobą, a bardziej kimś pokornym?

– Jeśli teraz wyjdziesz, to nie masz po co wracać! – zagroziła, choć nie mówiła tego poważnie. Przecież wciąż go kochała. – Słyszysz!

– Nie zamierzam wracać – powiedział Johan i odwrócił się. – Najwyżej po to, żeby zabrać swoje rzeczy.

Wyszedł z pokoju. Lovisa tupnęła z wściekłości i kusiło ją, żeby rzucić jednym z paskudnych porcelanowych kotów, które Johan ustawił na konsoli w przedpokoju. Najchętniej cisnęłaby jednego z nich w plecy partnera. Opamiętała się, zaskoczona siłą gniewu, który w niej pulsował, i w milczeniu patrzyła, jak zakładał buty. Czarny garnitur, jak zawsze, leżał na nim doskonale. Zaczesane do tyłu, ciemnobrązowe włosy połyskiwały w świetle lampy wiszącej w przedpokoju.

– Do kurwy nędzy, musimy o tym porozmawiać, nie sądzisz?

Johan spojrzał za siebie, otworzył frontowe drzwi i ominął stos listów, który pod nimi leżał.

– Nie – rzucił, zamykając je za sobą.

Lovisa nigdy wcześniej nie doświadczyła tak ogłuszającej ciszy. Miała wrażenie, że słyszy pulsowanie krwi w uszach. Stała jak wryta, emocje kotłowały się w niej zawzięcie i nagle poczuła, jak kolana uginają się pod nią. Osunęła się, oparła plecy o ścianę i ukryła twarz w dłoniach

– Co tu się kurwa wydarzyło? – mamrotała, próbując zrozumieć.

Całymi dniami pracowała w jednym z wydziałów göteborskiej policji, który nazywano, jak w popularnym serialu, Archiwum X4. Kiedy wracała do domu, często bywała zmęczona i trudno było ją uznać za najbardziej rozrywkową, tryskającą energią osobę na świecie. Ale Johan także pracował całymi dniami jako prokurator, a jego nastrój oscylował między entuzjastyczną radością a introwertyczną oschłością. Wszystko zależało od tego, czy wygrał proces, czy nie. Jeśli w postępowaniach, nad którymi pracował, pojawiały się nowe dowody – oczywiście na korzyść oskarżyciela – wtedy wracał do domu rozpromieniony. A jeśli coś poszło nie po jego myśli, wracał milczący i spędzał czas, grając na gitarze lub saksofonie.

Lovisa nienawidziła przeklętego saksofonu, ale tolerowała pasję partnera. Wprawdzie Johan zawsze, gdy grał, zamykał się w pokoju, to jednak dźwięk instrumentu i tak do niej dochodził. Po skargach sąsiadów Johan nauczył się grać trochę spokojniej i ciszej. Choć Lovisa wciąż musiała znosić to cholerne zawodzenie.

Potarła twarz, rozmasowała oczy i czoło. Opuściła ręce i spojrzała na swoje nogi w obcisłych jeansach. Smukłe, ładne i fantastycznie wyrzeźbione.

– Mam zajebiste ciało – przyznała.

To zresztą było prawdą. Nigdy nie była sportowym świrem, mogła jeść wszystko, na co miała ochotę, a i tak wyglądała jak fotomodelka. Zaraz po liceum, w trakcie wakacji, przed rozpoczęciem nauki w szkole policyjnej, pracowała krótko w tym zawodzie. Zarobiła dwadzieścia kawałków i zakończyła karierę kopniakiem wymierzonym w krocze fotografa.

Nie jednym, tylko trzema.

Spodziewała się nawet, że zgłosi to na policję – i to ją przeraziło. Gdyby do tego doszło, jej policyjna kariera mogła się zakończyć, zanim się zaczęła. Później uznała, że dwa pożegnalne zdania, które ten łajdak od niej usłyszał, zanim zostawiła go wijącego się na podłodze, sprawiły, że nie tylko nie odważył się, ale nawet nie chciał na nią donieść.

Wyciągnij z tego naukę i nie waż się, kurwa, macać swoich modelek – właśnie to mu powiedziała. Pomyślisz tylko, żeby na mnie donieść, to wrócę tu i sprzedam ci czwartego kopa.

– Czemu teraz o tym myślę? – zastanawiała się.

W głębi duszy wiedziała, co było przyczyną. Jej umysł zawsze funkcjonował w ten sam sposób. Przez całe życie zmagała się z wieloma przeciwnościami i analizowała to, czego doświadczała. Niektórzy powiedzieliby, że miała tendencje do roztrząsania. Lecz ona uważała, że dzięki głębokiej refleksji mogła stać się lepszą wersją siebie.

Myśli nie przestawały krążyć. To, że Johan ją porzucił, wydawało się tak odległe, tak nierzeczywiste i będzie potrzebowała mnóstwa czasu, żeby to przetrawić.

Jakaś jej część wierzyła i miała nadzieję, że po prostu dopadł go chwilowy kryzys. Tak, to było przecież oczywiste. Może nie miał nikogo na boku, tylko był zagubiony. W takim wypadku wyobrażała sobie, że jest gotowa przyjąć go z powrotem.

Może właśnie był na klatce schodowej i wchodził na górę. Najpierw trochę się posprzeczają, żeby nie myślał, że tak łatwo mu odpuściła. A potem będą się pieprzyć.

To była kolejna rzecz, na którą nie mógł narzekać. Jasne, że bywała zmęczona, jak każdy, i nie zawsze miała ochotę. Ale dymali się prawie tak często jak wtedy, gdy byli świeżo zakochani.

Może stał się ciotą? – pomyślała i w jej głowie pojawił się rozbłysk świadomości.

Czyż nie był zawsze trochę gejowaty? Czy nie poświęcał sporo uwagi temu, jak wyglądał, czy nie dyskutował o Melodifestivalen5, a do tego nie dbał przesadnie o swoje paznokcie? Czy nie używał dwóch różnych kremów do twarzy i nie wypowiadał się bardzo pochlebnie o swoich kolegach?

Lovisa pokręciła głową. Nie ma czegoś takiego jak typowo gejowskie zachowania. Wiedziała o tym, tak jak wiedziała, że Ziemia jest okrągła. Po prostu uparcie szukała wyjaśnienia i nie gardziła przy tym starymi uprzedzeniami. Takimi, które pokolenie jej ojca troskliwie pielęgnowało i rozpowszechniało.

– Więc co, do jasnej cholery, się dzieje?

Lovisa siedziała na parkiecie, spoglądała na sufit i próbowała zrozumieć. Starała się jak mogła, ale nie było oczywistych odpowiedzi. Wszystko, co tylko się dało, robili razem. Choć czasami spędzała trochę za dużo czasu na rozwiązywaniu krzyżówek, czytaniu autobiografii – wszystkich, od Obamy do Malcolma X – czy oglądaniu seriali SF, takich jak Fundacja, Czarne Lustro, Stranger Things czy Inwazja, to i tak chodzili do restauracji, oglądali koncerty i grali w tenisa.

A jednak musiała przyznać, że Johan często mówił, co sądzi zarówno o krzyżówkach, jak i serialach SF. Według niego to wszystko było pozbawione sensu. Marnotrawstwo czasu. Ale ona nic sobie z tego nie robiła.

A może chodziło o dziecko? Żadne z nich nie czuło, że teraz był odpowiedni moment. Ich kariery się rozkręcały, a dziecko było ostatnią rzeczą, na jaką mieli czas.

Jasne, jakby czas był prawdziwą przeszkodą.

Zaczynała podejrzewać, że on nigdy nie zamierzał mieć z nią dzieci. Może była dla niego tylko przejściową opcją. Przystankiem na drodze w poszukiwaniu czegoś innego.

– Niech cię szlag, Johan! – powiedziała, ocierając pojedynczą łzę.

Dlaczego nie płakała? Czuła, że nadchodzi powódź słonych, gorących łez. Ale zamiast ryczeć chciała krzyczeć, wyć, kopać i walczyć, chociaż miała poczucie, że powinna płakać.

A jednak siedziała tam, wpatrując się w porcelanowe koty i zastanawiając się, czy nie postradała zmysłów.

Co, do diabła, miałaby teraz zrobić?

Była w trakcie prowadzenia dwóch poważnych śledztw. Pomagała grupie Johna Romea w poszukiwaniach sadystycznego mordercy, który siał postrach w Hisingen. Chodziło głównie o analizę profilu mordercy i dopasowanie go do podejrzanych, których wytypowali.

Gdzieś tam na wolności grasował morderca, a John Romeo był przekonany, że to ktoś, kogo już przesłuchiwali. Miała też swoje własne śledztwo. Morderstwo szesnastoletniej Anny Karlsson, do którego doszło dwadzieścia dwa lata temu. Anna została zamordowana w Ale w 1991 roku, kiedy wracała do domu z imprezy, i mimo tysięcy godzin pracy policjantów nie udało się wytypować żadnych podejrzanych. Chociaż nie dawali za wygraną, Lovisa każdego dnia zastanawiała się, czy kiedykolwiek znajdą mordercę Anny.

Tylko czworo z nich pracowało nad niewykrytymi przestępstwami, a sprawy, które badali, były naprawdę trudne. Czasami odnosiła wrażenie, że zajmuje się tym tylko po to, żeby ich szef, Adrian Anastasis, miał coś do powiedzenia komendantowi lub politykom. Albo mediom.

Z drugiej strony wiedziała, że Adrian nie działał w ten sposób. Był uczciwy. Niepokojąco uprzejmy i szczery. Facet, któremu po pewnym czasie chciało się dać w twarz, bo poczucie, że nie dorówna się takiej doskonałości, stawało się zbyt przytłaczające.

Zastanawiała się, czy w najbliższych dniach będzie w stanie normalnie funkcjonować. Równocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że najlepiej się czuła, kiedy była pochłonięta pracą. Im bardziej, tym lepiej.

Może właśnie tego potrzebowała?

Wrócić na komisariat, zmierzyć się ze stosem dokumentów, rozwikłać wątki, które były tak splątane, że węzeł gordyjski, to przy nich bułka z masłem.

Zerknęła na pocztę.

Najwyraźniej większość stanowiły rachunki. Które od teraz przyjdzie jej płacić w pojedynkę. Zarabiała wystarczająco dużo, by zostać w tym mieszkaniu sama. Jasne, że będzie musiała spłacić Johana, ale powinna dać sobie radę. Mieszkanie miało tylko sześćdziesiąt pięć metrów kwadratowych i kupili je w odpowiednim momencie.

Lovisa spojrzała w stronę pokoju dziennego, na okno, przez które widać było szare niebo. Gdyby wstała, zobaczyłaby bezlistne drzewa w zachodniej części parku Slottsskogen. Lokalizacja była idealna, ale wciąż zastanawiała się, czy będzie chciała tu dalej mieszkać.

Teraz nie mam do tego głowy, pomyślała i postanowiła, że musi wytrwać.

Dokładnie tak, jak zawsze powtarzał jej tata. Nie poddawaj się, jeśli jest ciężko. Rób, co możesz zrobić, byle naprzód. Życie samo rozwiązuje większość problemów.

Poza wyleczeniem jego raka trzustki.

Podniosła się i poczuła delikatne strzelanie w kolanach. Rzadko martwiła się tym, że podobnie jak matka zachoruje na reumatyzm i cukrzycę. Ale w chwilach takich jak ta, dawało o sobie znać przekonanie – które odziedziczyła po ojcu – że wszechświat lubi sobie zadrwić. Czemu by nie dorzucić do listy zmartwień reumatyzmu, odcisków lub wrośniętych paznokci?

Parsknęła śmiechem i podeszła do drzwi. Nie da rady zapłacić teraz wszystkich rachunków, ale mogłaby przynajmniej otworzyć korespondencję, posortować faktury i wrócić do nich później. Liczyła na to, że zajęcie się czymś praktycznym trochę ją wyciszy – bo, jeśli była w czymś dobra, to w utrzymywaniu porządku w swoich papierach.

Jeden list był inny.

Jej nazwisko – pełne – napisane odręcznym, staromodnym pismem:

Lovisa Elvira Karlsdotter.

Pod nim adres, starannie napisany tym samym charakterem pisma.

Pozostałe koperty – jedną z firmy energetycznej, jedną z Urzędu Statystycznego SCB i jedną z klubu tenisowego – odłożyła na stolik w przedpokoju. Potem ostrożnie otworzyła niecodzienny list i wyjęła odręcznie zapisaną kartkę.

– Co to, u diabła, jest? – zadała sobie pytanie.

4 W oryginale Cold Case-grupp, nazwa nawiązuje do amerykańskiego serialu „Cold case” (2003–2010), w Polsce znany pod tytułem „Dowody zbrodni”. Termin cold case, dosłownie „zimna sprawa/przypadek” oznacza niewyjaśniony przypadek morderstwa, sprawę, której policja nie zdołała rozwiązać. Nazwa jest używana w krajach anglojęzycznych. W języku szwedzkim stosowane jest podobne określenie o identycznym znaczeniu – kalla fall. Podobnie jak w innych krajach, nad tego typu sprawami pracują specjalne grupy śledcze. W Polsce jest to Wydział Przestępstw Niewykrytych Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji, tzw. „Archiwum X”, które również zawdzięcza swoją potoczną nazwę tytułowi serialu, „Z Archiwum X” (ang. „The X Files”).

5 Melodifestivalen – popularny w Szwecji turniej muzyczny organizowany przez szwedzkich nadawców publicznych, który ma rangę krajowych eliminacji do Konkursu Piosenki Eurowizji. Odbywa się każdego roku począwszy od 1959.

ROZDZIAŁ 2

Rezerwat Jougdadalen, północny wschód od Östersund, środkowa Szwecja

Leśniczy szedł wolno między świerkami. Ziemia była pokryta kawałkami kory, w powietrzu unosił się zapach jesieni. Jak zwykle było mu ciepło i miał rozpiętą ciemnozieloną, myśliwską kurtkę. Sztucer Husqvarna 1900, który odziedziczył po ojcu, spoczywał bezpiecznie na plecach, obok brązowego plecaka. Kiedy ruszył dalej, zrobił to niemal bezgłośnie.

Rind szła kilka metrów przed nim, z nosem przy ziemi. Była wyrośniętą, pewną siebie łajką i miała w sobie coś szczególnego. Przez lata leśniczy miał wiele różnych psów, ale Rind była wyjątkowa. Kiedy spoglądała na niego swoimi błękitnymi oczami – tak jasnymi, że wydawały się niemal białe – widział coś więcej niż tylko inteligentnego psa. Kolor oczu nadawał jej unikatowy wygląd, ale to umiejętność tropienia praktycznie wszystkiego czyniła ją niepowtarzalną.

Rind zatrzymała się i dała znak, że coś znalazła. Leśniczy dogonił sukę, schylił się i zobaczył ślad wilczej łapy pośrodku skrawka błotnistej ziemi.

– Dobra Rind – wyszeptał i pogłaskał szarobiałą, gęstą sierść. – Mądra psina.

Uwielbiał psy, a towarzystwo suki bardzo go cieszyło.

To był jego trzeci dzień w trasie i zanosiło się na kolejne trzy. Albo tydzień. Tego nikt nie wiedział. Tropił waderę na zlecenie regionalnych władz i, podobnie jak Rind, robił to w nietypowy sposób. Pozwalano mu na to, ponieważ miał stuprocentową skuteczność. Jego metoda była tańsza, nie tak krzykliwa jak typowe polowanie z naganką, a leśniczy mógł przebywać tam, gdzie czuł się najlepiej, otrzymując za to wynagrodzenie.

Wszyscy na tym korzystali.

Z wyjątkiem wilka.

Oderwał wzrok od tropu, rozejrzał się wśród drzew, wypatrując oznak ruchu. Była tam i już wiedziała, że na nią polują. Trop był świeży, miał nie więcej niż jeden dzień.

Leśniczy przemieszczał się wzdłuż południowej krawędzi rezerwatu Jougdadalen, ale teraz szlak zdawał się skręcać na północ. Panowała cisza, z wyjątkiem odległych odgłosów jednego ze strumieni, które zasilały płynącą przez dolinę rzekę Jougdån. Wyglądało na to, że wadera zamierzała przejść przez strumień na jednym z jego węższych odcinków, na którym – o czym leśniczy wiedział – było kilka miejsc, które można było przekroczyć suchą stopą.

Na północny zachód leżało jezioro Petter-Larsvattnet, przy którym leśniczy rozbił obóz dwa dni wcześniej. Trop cały czas prowadził na południe od sieci jezior, ale leśniczy nie był zaskoczony, że wilczyca zmieniła kierunek ucieczki. Może liczyła na to, że ich zgubi, jeśli uda jej się przekroczyć wodę.

Ruszył dalej, a po chwili Rind znalazła nowy ślad. Im bardziej zbliżali się do wody, tym bardziej ziemia stawała się podmokła, później zaczęły się wyłaniać wąskie mokradła. Mężczyzna pomyślał, że wadera musiała je obejść i postanowił zrobić to samo.

Czasami, celowo ignorując niektóre tropy, szedł na skróty, w kierunku, w którym według niego przemieszczała się ścigana zwierzyna. Często miał rację i niebawem mógł ponownie podążać jej śladem.

Wilki to najtrudniejsi przeciwnicy. Nieobliczalne, przebiegłe i zdeterminowane, by przetrwać za wszelką cenę. Darzył zwierzęta ogromnym szacunkiem, ale był łowcą i polował. Głównie dla jedzenia, ale czasami dla ochrony. Ludzie tacy jak on robili to od tysięcy lat.

Wędrówka trwała dalej. Byli już w dolinie. Rind ponownie zasygnalizowała, że na coś trafiła, ale tym razem były to odchody łosia. Ciszę przerwała kukułka, zaraz po tym z dorodnego świerka sfrunęła pardwa. Leśniczy zatrzymał się i wyczekująco spoglądał na północ. Rind szła dalej węsząc, po chwili zniknęła wśród świerków, niecałe sto metrów od niego. Kukułka zamilkła i mężczyzna podjął wędrówkę.

Rind kolejny raz znalazła świeży, wilczy trop, a leśniczy pochwalił sukę ściszonym głosem. Jego dłoń niemal zniknęła w gęstej, miękkiej sierści, kiedy poklepał ją po karku. Jak zwykle biło od niej ciepło, które przywitał z radością. Śnieg miał się pojawić dopiero za miesiąc, ale wieczory już teraz stawały się chłodniejsze.

Trop prowadził prosto na północ, między jeziorami, dalej wyłaniała się otwarta przestrzeń. Ujrzał wąski strumień łączący dwa jeziora, a pomiędzy nimi przesmyk, którym musiała przemknąć wadera.

Nie mylił się.

Kiedy dotarli na miejsce, nie znaleźli żadnych śladów na południowym brzegu strumienia. Woda szemrała i czuć było świeży zapach jeziora. Rind nie czekała i podjęła wędrówkę w miejscu, w którym skacząc po kamieniach, można było przejść suchą stopą.

Po drugiej stronie natrafili na nowy trop, odciśnięty w miękkim błocie przy brzegu. W tym momencie zaczęło padać. Deszcz był lekki, jak mżawka, ale zimny. Leśniczy poprawił sztucer i spojrzał na zbocze po drugiej stronie doliny. Tam, pod osłoną drzew, zamierzał rozbić obóz i przeczekać niepogodę. Tropienie w deszczu nie sprawiało mu problemów, ale nie chciał niepotrzebnie utrudniać sobie pracy. Z każdym mijającym rokiem czuł, że potrzebuje trochę więcej komfortu.

Przychodziły mu do głowy myśli, że zbliża się chwila, kiedy będzie trzeba porzucić las. Odpuścić. Wielokilometrowe wędrówki sprawiły, że nogi zaczynały dawać się we znaki, zwłaszcza o poranku. Ale równocześnie to właśnie w lesie jego dusza mogła zaznać ukojenia.

Szli po śladzie jeszcze przez chwilę, ale wadera nie zmieniła kierunku. Ponownie weszli do lasu, a deszcz przybrał na sile. Ze wschodu nadciągały ciemne chmury. Leśniczy poczuł burczenie w brzuchu; najwyższy czas, żeby rozbić obóz.

Wtedy dostrzegł ruch za ścianą drzew.

Uniósł brwi i zmarszczył czoło. Mrużąc oczy, usiłował zrozumieć, co właśnie zobaczył.

Nie spodziewał się tego, co ujrzał.

ROZDZIAŁ 3

Lovisa zmarszczyła czoło, gdy skończyła czytać wiadomość. Zaschło jej w ustach, było jej niewygodnie, ale i tak nie mogła oderwać się od listu.

Droga Loviso,

Jestem starym człowiekiem i wkrótce umrę. Chciałem oczyścić swoje sumienie i wierzę, że jesteś odpowiednią osobą. W 1986 roku zaginął chłopiec, Fredrik Berg, a ja wiem, co się z nim stało. Nie miałem nic wspólnego z jego zaginięciem, ale wiem wszystko, co ma z tym związek. Nie jestem winny jego śmierci, ale też nigdy nie zdradziłem nikomu prawdy o tym, co spotkało tego chłopca.

Miałem swoje powody.

Teraz chciałbym naprawić swój błąd. Chłopiec nie żyje i to od wielu lat. Na odwrocie listu narysowałem prostą mapę i zapisałem współrzędne GPS miejsca, w którym Fredrik został pochowany. Niech przeszłość pozostanie przeszłością.

Może dzięki temu rodzina zazna trochę spokoju.

Lovisa jeszcze raz przeczytała list, a jej ręce lekko drżały. Nie miała do czynienia ze sprawą zaginięcia Fredrika Berga, ale słyszała o niej kilka razy. Przez chwilę udało jej się niemal zapomnieć o Johanie. Gdyby zdołano rozwiązać tę sprawę po tylu latach, byłby to mały cud.

Lovisa wstała i podeszła do garderoby, w której wisiały jej ubrania. Znalazła kilka woreczków na dowody i ostrożnie umieściła w nich osobno list i kopertę. Mogły okazać się kluczowymi dowodami w tym śledztwie.

Choć niewiele pamiętała na temat zaginięcia Fredrika Berga, to przynajmniej jedno było prawdą. Chłopca nigdy nie odnaleziono. Autor listu mógł oczywiście okazać się szaleńcem, ale jaki byłby sens wskazania grobu, gdyby nie miało to uśmierzyć wyrzutów sumienia nadawcy i, jak sam napisał, przynieść trochę spokoju rodzinie zaginionego?

Kimkolwiek był X, nie musiało to oznaczać, że umierał. Jeśli ten człowiek był zamieszany w zaginięcie Fredrika w 1986 roku, to powinien mieć przynajmniej pięćdziesiąt lat. A prawdopodobnie więcej.

Wszystko, co odwracało jej myśli od Johana i pozwalało skupić się na pracy, było błogosławieństwem. Lovisa miała dostatecznie dużo do zrobienia w związku ze śledztwami, nad którymi pracowała, ale w żadnym z nich nie pojawiła się tak istotna poszlaka. Będzie musiała, co zrozumiałe, porozmawiać z Adrianem Anastasisem, jeśli chciała uzyskać pozwolenie na zbadanie współrzędnych. I zaangażować paru techników kryminalistyki do pomocy.

Sama myśl o odnalezieniu dziecka po tylu latach wydawała się nieprawdopodobna. To był jeden z powodów, dla których dołączyła do grupy zajmującej się badaniem niewykrytych przestępstw – zależało jej na tym, żeby żadna sprawa nie pozostała nierozwiązana. Zwłaszcza morderstwa, a szczególnie morderstwa dzieci.

Oczywiście, jeśli informacje z listu okażą się prawdziwe.

Poszła do gabinetu i zobaczyła gitarę Johana, która stała obok saksofonu. Kiedy zaczęli się ze sobą umawiać, został mu jeszcze rok studiów. Wtedy był inny, bardziej idealistyczny i bardzo często grał na gitarze – i to dobrze. Teraz nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słyszała go brzdąkającego na pudle, liczył się tylko ten cholerny saksofon.

Przyszedł jej do głowy pomysł, żeby rozbić gitarę i wysłać Johanowi zdjęcie szczątków.

Myśli wciąż galopowały. Co takiego zrobiła, że Johan chciał ją opuścić? Odepchnęła myśli o Johanie i niszczeniu jego instrumentów, usiadła na starym krześle biurowym i włączyła laptopa. Wetknęła swój policyjny identyfikator do wbudowanego czytnika kart, wprowadziła pierwszy kod weryfikacyjny i wcisnęła ENTER. Krzesło zaskrzypiało, gdy odchyliła się do tyłu, czekając na załadowanie systemu operacyjnego.

Lovisa wyjrzała na ulicę Linnégatan przez pokryte kroplami deszczu okno. Ludzie spacerowali z parasolami, a pobrzękujący dzwonkiem tramwaj wjeżdżał na placu Linnéplatsen. Zobaczyła samotną kobietę z wózkiem i zastanawiała się, czy sama kiedykolwiek zostanie matką.

Chociaż nie rozumiała, dlaczego Johan ją zostawił, to pomyślała, że wciąż jest szansa, że zmieni zdanie.

– Musi – mruknęła. – Przecież to chore.

Pojawiło się okno logowania i Lovisa wpisała hasło. Wyświetlił się pulpit, a na nim ikony ze skrótami do programów, uporządkowane w rzędach. Lovisa podłączyła tunel VPN do sieci policyjnej i czekała na uwierzytelnienie.

W końcu udało jej się uruchomić DurTvå, system informatyczny używany przez szwedzką policję. Musiała odczekać jeszcze chwilę, zanim uruchomiła się aplikacja do zarządzania sprawami.

Contents

Okładka

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

EPILOG