Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W Bystrej nad Dunajcem, pięknej pienińskiej miejscowości, od lat ścierają się rodziny Czartoryskich i Branickich. Jednak to nie XVIII wiek, ale rok 2023, i nie walka o ziemię, ale o milionowe inwestycje i turystów.
Napędzany gniewem Ksawery Branicki obmyśla zemstę i decyduje się okraść Kacpra Czartoryskiego. Plan wydaje się łatwy do zrealizowania, aż do momentu gdy… przestaje.
W jednej chwili misterny skok zmienia się w lawinową katastrofę i grupa złodziei amatorów – złożona z upartej hakerki, właściciela kawiarni, pielęgniarki SOR-u, byłego dziedzica majątku i jego wściekłej siostry – musi ratować własne życie… a może rzycie?
Wspólnie podejmują grę, w której każdy ruch wymaga sprytu, odwagi i odrobiny szaleństwa, gdyż w Bystrej nad Dunajcem zemsta rzadko przechodzi niezauważona przez mieszkańców.
A co za tym idzie… policję.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 523
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Anita ChrząszczCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Adriana Rak
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Zdjęcie na ostatniej stronie: Obraz Jarek z Pixabay
Ilustracje przy nagłówkach: © by pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-947-0
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
– Jak myślisz, czym zajmuje się nasz tata?– Utylizacją śmieci.– Widziałeś kiedykolwiek tak żyjącego śmieciarza?– Tak… Wujka Jackiego.Rodzina Soprano, twórca: David Chase
Prolog
Dziadek Imperium nie dożył północy.
Kilka minut później zaparowaną łazienkę o ciemnym wykończeniu po drugiej stronie Bystrej nad Dunajcem rozświetlił ekran telefonu z krótką wiadomością.
„Umarł”.
Cisza zdawała się wypełniać każdą szczelinę.
Między przetaczającą się parą. Za oknem, poszukując miejsca w zwrotkach przyśpiewki fałszującej grupy turystów. W falach Dunajca. Docierała również do sypialni w willi Czartoryskich.
Oraz była świadkiem pewnego szerokiego uśmiechu.
Rozdział 1
Końcówka maja była wyjątkowo upalna, o czym dobitnie przekonała się Lidia Cecylia Branicka.
Idąc między alejkami na cmentarzu przy Zespole Klasztorno-Kościelnym Świętego Klemensa, żałowała, że postawiła na szpilki i opinającą czarną marynarkę. Wybrała ją jednak odruchowo, wiedząc, że pół miasteczka będzie jej wręcz wypatrywało i do wieczora rozejdzie się plotka, że najmłodsza z Branickich wróciła właśnie po dwóch latach z Hiszpanii, a wolała, żeby nie dodano przy tym sugestywnego „nie wyglądała jednak najlepiej”.
Teraz pożałowała tego myślenia. I własnego zapominalstwa.
Cmentarz położony był na wzniesieniu, a jej cel znajdywał się na samym jego szczycie, co oznaczało wspinaczkę po krzywych, ażurowych płytach, przypiekanych słońcem. Wiatr co prawda trącał liście pobliskich buków i lip, ale zamiast dodać otuchy, sprawiało to wrażenie cichych szeptów.
– Utrudniają mi życie nawet po śmierci – wymamrotała.
Oczywiście nie mogli wykupić piwniczek przy bramie. Nie. Oni jak zwykle musieli się popisać i zapoczątkować nową aleję na samym końcu, żeby prawdopodobnie mieć widok na Trzy Korony.
Lidia zacisnęła zęby i po raz setny powtarzając sobie w duchu, że tym razem nie da się tak łatwo tej rodzince, powzięła wspinaczkę. Na szczęście było dopiero po siódmej rano i na cmentarzu nie było nikogo, ale dla wszelkiej pewności i własnego bezpieczeństwa stawiała kolejne kroki z wyjątkową ostrożnością.
Kiedy w końcu udało jej się dotrzeć przed nową aleję, z trudem zmusiła się, żeby nie oprzeć rąk o kolana i – tak dla okazania w pełni swojej pogardy – splunąć na nowo powstały grób.
Choć z tym mogła mieć problem.
Stanisław Piotr Czartoryski, znany również jako Dziadek Imperium Czartoryskich, został przysypany dziesiątkami wiązanek, które maskowały niemal całą marmurową płytę, a napis iskrzący w słońcu ledwo wyłaniał się zza chryzantem. W całości widać było jedynie okrągłe zdjęcie uśmiechającego się staruszka i złotą, ozdobną gałąź lipy, która w przyszłości miała dotykać nagrobka obok.
Kolejna fanaberia Czartoryskich.
Groby połączone były gałęziami drzew, nawiązując tym do więzów krwi i nierozerwalnych dziejów rodu. Lidka jednak była przekonana, że mieli zbyt duży fundusz na sprawy pogrzebowe.
Westchnęła ciężko i żeby nie wyjść na niewychowaną, wcisnęła znicz między wiązanki. Miała wrażenie, że ogień tylko spotęgował duchotę, a zapach parafiny zmieszany z charakterystyczną wonią kwiatów dodał swoje.
– I jak zwykle nie potrafią się przywitać.
– To nasza jedyna wada.
Lidka zastygła w bezruchu.
Jednak kiedy uświadomiła sobie, że głos nie pochodzi ani z jej przegrzanego umysłu, ani tym bardziej spod jej stóp, podniosła wzrok.
Przy wejściu do alejki, obok rozłożystej sosny, stała brunetka w czerwonym garniturze i szpilkach wyższych niż jej. Okulary przeciwsłoneczne może i zakrywały połowę twarzy, ale Lidka nie dała się nabrać.
– No proszę. Przyznajcie się do własnych wad? Plotki okazały się prawdziwe.
Brunetka dostrzegalnie drgnęła, ale zaraz zatuszowała to szerokim uśmiechem.
– Takimi słowami ty witasz mnie po dwóch latach?
– Czerwony dywan jest w samochodzie.
– To czemu go nie wzięłaś?
– Bo masz go już na sobie.
Apolonia Antonina Czartoryska niespodziewanie parsknęła śmiechem, a Lidka mimowolnie wypuściła powietrze. Lata ich przyjaźni zdecydowanie miały swoje wzloty i upadki, ale dziwne napięcie spowodowane historią ich rodzin zawsze przypominało o sobie w pierwszych sekundach.
Na szczęście tylko wtedy, bo już po chwili Apolonia przełożyła okulary na czubek głowy, po czym rozsiadła się na ławce przy grobie i odpaliła papierosa.
– Jak ci się podoba? – spytała.
– Jakby wcale nie był za tysiaka.
– Czyli kupujemy w tym samym lumpie.
Teraz to Lidka parsknęła.
Zaraz jednak jej spojrzenie wróciło na grób Dziadka Imperium i uśmiech zastygł jej na twarzy.
– Dlaczego lipa?
Jeśli miałaby obstawiać na podstawie znajomości fanaberii Czartoryskich, to do nestora rodu przypisałaby dąb albo buk…
– Bo będzie, jak nie odczytamy jego testamentu.
Lidia aż uniosła brwi.
Faktycznie docierały do niej plotki, głównie od kuzynki Herminy, że z firmą Czartoryskich nie jest dobrze i kasa ucieka im przez palce, ale nie dawała wiary. To oni wykupili wszystkie mieszkania, jakie miała jej rodzina, i z potencjalnymi zyskami powinno im to zapewnić panowanie przez kolejną dekadę. Szczególnie że podobno dogadali się z majętną rodziną Krugerów i z tego, co wiedziała, mieli zakładać spółkę.
– Staruszkowi odbiło – odezwała się w końcu Apolonia, prawdopodobnie widząc jej minę. – Przed śmiercią w ogóle nie interesował się firmą, a ino pieprzył coś o miłości, bliskości, więzach krwi… bla, bla, bla.
Pomimo że u Czartoryskich sztuką było trzymanie emocji na wodzy i niedawanie po sobie niczego poznać, teraz ta maska dostrzegalnie pękała i Lidia w sumie nie miała się czemu dziwić.
Jeśli naprawdę mierzyli się z kryzysem, a sam nestor rodu i założyciel firmy na ostatku przestał o nią dbać, jego ostatnia wola naprawdę mogła zaważyć, i to konkretnie.
– Myślisz, że w ostatniej chwili zmienił testament? – spytała.
– Nie zdziwiłabym się – odparowała Apolonia, wypuszczając dym nosem. – Mnie to średnio obchodzi, bo nie mam penisa między nogami i nic nie dostanę, ale ojciec zaczyna siwieć. Obawia się, że przez to „załamanie” przed śmiercią część majątku przepisał na jakieś fundacje.
– Dlatego dogadujecie się z Krugerami.
To nie było pytanie, o czym Apolonia doskonale wiedziała.
– „Dogadujemy” to złe słowo – odparła. – Trzymamy się ich jak tonący dziurawej tratwy.
– Ile wam zabiorą?
– Oficjalnie nie mam prawa widzieć umów i znać ustaleń. Wiesz, jak jest.
Wiedziała. Podobnie jak u niej w rodzinie kobiety nie były mile widziane na wysokich stanowiskach w firmie ani tym bardziej nie proszono ich o jakiekolwiek rady w tym temacie.
Apolonia jednak nie należała do tych pokornych i słuchających. Przez wszystkie lata ich znajomości Lidia wielokrotnie była świadkiem jej sprytu i ewidentnej smykałki do biznesu, i to nie tylko tego rodzinnego.
Dlatego teraz nie zawahała się spytać:
– A nieoficjalnie?
– Po nerwicy mojego ojca strzelam, że większość – odparła. Przejechała palcami po włosach zebranych w kucyk i westchnęła. – Spójrzmy prawdziwe w oczy. Nie mamy oszczędności, bo musieliśmy wszystko wydać na wykupienie od was mieszkań. Pandemia dowaliła sobie, turyści nie przyjeżdżali. Zdziwiłabym się, gdyby chcieli tylko marnych udziałów.
Plotki faktycznie okazywały się prawdą i teraz słysząc tak jawne stwierdzenie, Lidia zdała sobie sprawę, że jest gorzej, niż przypuszczała.
– Co z tobą? – spytała.
Uniosła jedynie prawą rękę i zgięła palec serdeczny.
Niespodziewanie przez cmentarz przebiegł chłodniejszy powiew, ale Lidia nie była pewna, czy czasem sobie go nie uroiła.
– Który z braci?
– Młodszy.
Cmentarna aura i zabobon, że przeklinanie przy zmarłych przynosi pecha, zacisnęło jej usta w ostatniej chwili.
– Nie kupuj biletu powrotnego, bo jeszcze załapiesz się na ślub – spróbowała zażartować Apolonia, ale średnio jej to wyszło.
– Nie miałaś przyjęcia zaręczynowego – zauważyła Lidia.
Była to kolejna z fanaberii Czartoryskich i nie raz już mówiło się, że koszty takiego przyjęcia dorównywały samemu weselu.
Apolonia skinęła głową na grób.
– Oboje stwierdziliśmy, że to byłaby przesada.
– Jest aż taki zły?
– Nie – oznajmiła po dłuższej chwili. – Jest miły, szarmancki, planuje otworzyć fundację pomagającą schroniskom dla zwierząt…
– Ale?
– Boi się mojego ojca i gdyby coś się działo, doniesie na mnie w pięć minut.
Lidia nie odpowiedziała, tylko usiadła obok i objęła ją mocno ramieniem. Aranżowanie małżeństw już dawno przestało mieć miejsce, ale jak widać, Kacper Czartoryski dla ratowania firmy był gotowy nawet na takie kroki.
To dało Lidce do myślenia.
Naprawdę musiał panikować, skoro nie dość, że prawdopodobnie był bliski oddania większości udziałów Krugerom, to jeszcze obiecał rękę własnej córki jednemu z ich synów. Gdyby nie przyjaźń z Apolonią, śmiałaby się zadowolona, że karma sprzed dwóch lat w końcu ich dopadła.
Widząc jednak teraz jej puste spojrzenie, nie miała ochoty nawet się z tego powodu uśmiechnąć.
– Nie mogą podpisać umów, bo nie odczytaliśmy jeszcze testamentu – dodała Apolonia, jakby czytała jej w myślach. Nie zdziwiłoby jej to. – I nie wiemy, ile faktycznie ojciec dziedziczy.
– I ile może im oddać – dodała cicho Lidia. – Nie możecie po prostu odc…
– Dziadek sporządził zapis, że przy tym musi być cała rodzina.
– Na pogrzebie chyba byliście wszyscy.
– Ciotka Tamara zaraz po mszy pojechała na lotnisko.
Lidka zasznurowała usta.
Nie było tajemnicą, że Tamara Czartoryska wyjechała z Bystrej, i to dobrych kilka lat temu, na Karaiby i tam nauczona doświadczeniem swojego ojca założyła luksusowy kurort. Tajemnicą jednak pozostawał fakt, że najwyraźniej skłócona była z rodziną i nikt nie był w stanie powiedzieć, o co konkretnie.
Ciekawe – przemknęło przez myśl Lidce.
– Może wróci na twój ślub?
Apolonia prychnęła i zaciągnęła się mocniej papierosem.
– Wątpię – oznajmiła. – Jest nadzieja, że będzie na przyjęciu zaręczynowym Mirona, ale ja bym się tak nie cieszyła.
Lidia szybko przeanalizowała w głowie drzewo genealogiczne Czartoryskich i skojarzyła, że Miron jest jednym kuzynem Apolonii, który – jeśli ponownie wierzyć plotkom – ma największą szansę na odziedziczenie rodzinnego majątku.
Mimowolnie zmarszczyła brwi.
– Z Aleksem jest tak źle, jak mówią? – spytała cicho.
Kolejna fala plotek dotyczyła jedynego syna Kacpra Czartoryskiego, który średnio radził sobie na swoim stanowisku, a sprawę pogorszył jego wypadek motocyklowy sprzed prawie trzech miesięcy. Wjechał w drzewo i tylko cudem wyszedł z tego cało. Większość ludzi podejrzewała, że był pod wpływem alkoholu czy nawet narkotyków, bo jeździł na motorze, zanim jeszcze skończył osiemnaście lat, ale wszelkie badania wykazały, że był czysty.
Tym bardziej wszystkich ciekawiło, co musiało się stać tamtego wieczoru.
– A ile chcesz wiedzieć? – spytała nagle Apolonia.
Dym papierosowy zasłonił jej twarz i Lidka nie mogła dostrzec wyrazu jej oczu.
– Tyle, ile możesz mi powiedzieć.
– Dyplomatyczna odpowiedź – skwitowała, ale zanim Lidka zdążyła to zripostować, podjęła: – Wyszedł z wypadku jedynie poobijany.
– Fizycznie czy psychicznie?
Apolonia niespodziewanie uśmiechnęła się szeroko. Był to jednak bardziej przerażający niż wesoły widok.
– Doznał też wstrząsu mózgu. Resztę możesz sobie dopowiedzieć.
– Bazując na plotkach?
– Jakoś do tej pory okazały się prawdziwe, nie? – odparowała, wstając z ławki.
Zdusiła papierosa czubkiem buta, lecz z wyjątkową brutalnością.
– Wpadnij wieczorem – powiedziała Lidia, zmieniając ostatecznie temat. – Ksaw nie będzie miał nic przeciwko.
Apolonia nasunęła z powrotem okulary na nos, ale tym razem przywdziała do nich znacznie serdeczniejszy uśmiech.
– No mam nadzieję, że przywiozłaś coś wartego prawie dwóch tysięcy kilometrów – odparowała. – Trzymaj się, skarbie, i nie siedź za długo na tej patelni.
– Dobrze, mamo.
Brokat na jej paznokciu wieńczący paznokieć środkowego palca zamigotał tylko w słońcu i po chwili odgłos jej kroków ucichł na dobre.
Lidia również wstała, ale zanim ruszyła w przeciwnym kierunku, spojrzała jeszcze raz na zdjęcie Dziadka Imperium.
– I jest pan z siebie zadowolony?
Nasunęła okulary na nos i nie oglądając się za siebie, ruszyła z powrotem w dół głównej alei.
***
Lidia wysiadła z samochodu i od razu tego pożałowała.
Przed przyjazdem do Ksawerego musiała jeszcze wstąpić do paru miejsc, między innymi takich jak drogeria, bo oczywiście z pośpiechu zapomniała połowy kosmetyczki, ale teraz wychodząc na rozgrzany chodnik, zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebuje tego szamponu.
Dziadek Imperium nie mógł przecież umrzeć w mroźny poranek, tylko akurat w samym środku wyżu afrykańskiego, który zadomowił się w tej części Europy. Lidka potrząsnęła głową, wyrzucając głos spikerki radiowej, towarzyszący jej całą drogę z cmentarza na Rynek.
Powachlowała się też gazetą, którą zgarnęła z lotniska, jednocześnie chłonąc wzrokiem wszystko dookoła, jakby przez ostatnie dwa lata te obrazy dostatecznie zamazały jej się w pamięci.
Bystra nad Dunajcem jeszcze przed pandemią określana była mianem stolicy Pienin.
Nie było to ogromne miasteczko i nie miało takiej renomy jak uzdrowisko w Szczawnicy, ale z czasem nabierało swoich kształtów. Dunajec płynący dosłownie przez środek, architektura, która okazała się mieszaniną stylów klasycystycznego i alpejskiego, termy, kultura i tradycje. Nie wspominając o widokach na góry. Lidka mieszkała tutaj od dziecka, ale teraz widząc szczyty wyrastające w nieoczekiwanych miejscach i kształtach, zadziwiała się nimi na nowo. Dosłownie jakby podczas spaceru można było się nagle zderzyć ze zboczem.
Nic więc dziwnego, że z czasem zaczynało napływać tutaj coraz więcej turystów – bliskość uzdrowiska w Szczawnicy i jeziora Czorsztyńskiego również była swojego rodzaju dodatkiem – a także nowych mieszkańców. Bystra nie gwarantowała takiego gwaru i ścisku jak Zakopane, a same mieszkania nie były tak drogie. W ciągu ostatniej dekady zyskała na popularności także dzięki Airbnb oraz influencerom, którzy postanowili pokazać ten kawałek Podhala na nowo.
Okazję na zdobycie majątku przez nieruchomości wypatrzyła jej rodzina pod koniec tamtego tysiąclecia, a także Czartoryscy, którzy już wtedy prowadzili dobrze prosperujący hotel. Po miasteczku krążyła legenda, że ich rodowe pieniądze pozwoliły na wykupienie większości nieruchomości i potem postawienie nowych bloków. Lidka nie wiedziała, czy to prawda, ale faktem było, że gdy adoptowali ją Braniccy, mieli już swoją połowę Imperium.
Które spektakularnie upadło dwa lata temu.
Pandemia odbiła się na nich zdecydowanie zbyt mocno, podobnie jak będące jej konsekwencją załamanie rynku kredytowego. Ludzie woleli wynajmować, niż kupować, a jak już, to częściej inwestowali w działki i domy.
Nie byli na to przygotowani i wykorzystując moment, Czartoryscy zgarnęli, co tylko się dało.
Lidka westchnęła i przejechała wzrokiem po okolicznych budynkach. Nie powstały co prawda nowe bloki i Czartoryscy do tej pory nie rozbudowali nawet hotelu o dodatkowe pokoje. Teraz wiedziała dlaczego.
Słońce zaczęło przypiekać jej twarz i porzuciła to myślenie.
Zamknęła samochód, nawet nie próbując sobie wyobrażać, jaka sauna będzie, gdy do niego wróci, i stukając szpilkami o bruk, zmierzała przed siebie. Drogeria znajdywała się przy Rynku, od którego dzieliło ją ledwie kilka uliczek, ale przy tym gorącu wydawało jej się, że musi przejść co najmniej na drugi koniec Bystrej.
Dlatego w chwili, gdy mijała opuszczony budynek starej browarni, postanowiła skręcić w dobrze znany jej skrót. Cień zaułku, do którego właśnie weszła, dał jej zbawienny oddech ulgi, mimo że swoim wyglądem mógł jedynie odstraszyć. Murowane ściany w wielu miejscach miały dziury, gdzieniegdzie odstawały metalowe pręty, a na samym środku, nie wiedzieć skąd, stał zardzewiały kontener na śmieci.
I jak w pierwszej chwili Lidia odetchnęła, tak teraz niespodziewanie dreszcz przeszedł jej po plecach.
Coś było nie tak.
To poczucie towarzyszyło jej już na cmentarzu, ale zwalała to na różnicę ciśnień i temperatur po locie. Poza tym wróciła po dwóch latach do rodzinnego miasta, gdzie wszyscy znali ją od dziecka, więc wszelkie urojenia mogła również przypisać właśnie temu.
Nie zatrzymała się ani nie zmieniła rytmu kroków. Próbowała zachowywać się jak gdyby nigdy nic, jednocześnie przypominając sobie wszystkie zasady samoobrony, które wpoili jej trenerzy na zajęciach na uczelni.
Udawaj, że nic nie zauważyłaś – pomyślała. – To ich zmyli.
Starała się także ocenić, czy bardziej opłaca jej się wrócić do samochodu, czy jednak jak najszybciej dotrzeć do Rynku.
Wtedy go dostrzegła.
Przebłysk cienia, który momentalnie zniknął.
Mogła to wziąć za swoje omamy albo grę świateł, ale wbrew pozorom pamiętała, co widziała na kamerach z monitoringu, dlatego była przygotowana.
I w chwili, gdy poczuła powiew na karku, nie wahała się choćby sekundy.
Paralizator, który ukryła wcześniej pod gazetą, teraz szybko wysunęła i przyłożyła do piersi napastnika. Drugą zacisnęła w pięść, gotowa do zadania ciosu. Okazało się jednak, że niepotrzebnie.
Napastnik po zetknięciu z paralizatorem stanął dęba i padł na bruk zemdlony.
Lidia jedynie westchnęła zrezygnowana.
– Serio. Nie potraficie w powitania, Alejandro.
Rozdział 2
W kawiarni panował niewielki ruch, co w gruncie rzeczy nie zaskoczyło Ksawerego Sebastiana Branickiego.
O tym, że jest środek tygodnia we wczesnych godzinach porannych, świadczyła wizyta dwóch starszych pań, które postanowiły wyjść po spacerze z psami i odetchnąć od tego sakramenckiego upału. Jednak nie narzekał. Każdy klient się liczył, zwłaszcza przy zbliżającym się sezonie.
– …ch chyba przeklŏn – mówiła jedna z nich.
Druga parsknęła.
– Wcas – odpowiedziała, a Ksawery udał, że wcale nie widzi szybkiego spojrzenia, jakie posłała w jego stronę.
To był kolejny powód, dla którego zdecydował się pracować w kawiarni razem z resztą kelnerów, a nie kontrolować wszystko z biura. Lokalne plotki może nie były najlepszym źródłem informacji, ale na wszelki wypadek wolał znać nastroje panujące wśród mieszkańców Bystrej, szczególnie że te mogły mu pomóc w najbliższych tygodniach.
I jakby właśnie na potwierdzenie tych przypuszczeń, rozdzwonił się jego telefon.
– Co tam, Młoda? Jesteś już?
Stęsknił się za nią, i to bardziej niż sądził.
Była adoptowana, przez co rodzina nigdy nie traktowała jej jak prawdziwej Branickiej, z czym również nigdy się nie kryli, i gdyby nie on i Hermina, prawdopodobnie wyjechałaby już dawno i nie wróciła. A tak jako kuzynostwo byli niejako jedynym wsparciem i miała do kogo się odezwać w razie prob…
– Słuchaj – odezwała się teraz, przywracając go skutecznie do rzeczywistości. – Mam mały problem.
Ksawery aż zatrzymał się w pół kroku.
– Możesz wziąć taksówkę i podjechać pod starą browarnię?
Gorąc, jaki niespodziewanie w niego uderzył, prawie odebrał mu oddech.
– Co się stało? – wydusił.
Koło starej browarni praktycznie nic nie było, więc po jaką cholerę Młoda się tam zapuściła?!
– To nie jest sprawa na telefon – odpowiedziała. – Proszę, przyjedź.
Ksawery już otwierał usta, żeby zaoponować, ale słysząc jej błagalny ton, powstrzymał się w ostatnim momencie.
– Będę do dziesięciu minut.
Sygnał zakończonego połączenia rozbrzmiał w jego uszach, ale myślami był zdecydowanie za daleko. Łudził się, że skoro z nim rozmawiała, to nic poważnego jej się nie stało, ale z drugiej strony…
Kruca fiks!
Coś zdecydowanie było nie tak, dlatego nie wahając się już dłużej, zwrócił się do najbliższego kelnera.
– Igor, muszę coś załatwić. Wrócę niedługo.
– Spoko, szefie. Damy radę – odpowiedział, ale Ksawery już go nie słyszał.
Zdejmując fartuch, wbiegł na zaplecze, na którym znajdowały się niewielki korytarz, oddzielający kolejno magazyn, schowek, niewielkie biuro, schody do mieszkania i minikuchnię. Nie wiedział, kiedy zamówił taksówkę ani czy przyjechała szybciej, czy później, bo myślami śledził skrupulatnie każdy możliwy scenariusz, jego przyczyny i konsekwencje.
Były ich jednak setki i złapał się na tym, że mijając kolejne ulice, zaczął nerwowo obgryzać paznokieć małego palca prawej ręki. Młoda miała przyjechać z cmentarza prosto do kawiarni. Nie była to skomplikowana droga, a zwłaszcza dla niej jako rodowitej Bystrzanki, więc skąd, do wszystkich pieprzonych diabłów, wzięła się po drugiej stronie miasteczka?!
Wysiadał z taksówki na miękkich nogach. Wziął głęboki oddech, ale na nic się to zdało. Skwar tylko spotęgował w nim panikę, ale Ksawery starał się nie zwracać na to uwagi. Jego wzrok instynktownie pomknął po budynku starej browarni i zaparkowanych niedaleko samochodach. Na szczęście zobaczył znajomą Alfę. Ale ani śladu blond włosów.
Kurwa.
Ruszył przyspieszonym krokiem do zaułka, starając się ignorować fakt, że dudnienie jego serca odbija się echem od murowanych ścian. Zaczął nawet liczyć do dwudziestu w myślach, jakby miało go to w jakiś magiczny sposób uspokoić, ale ostatecznie doszedł tylko do jedenastu, bo w tej samej chwili ją dostrzegł.
Stała obok zardzewiałego już kontenera, cała i na pierwszy rzut oka zdrowa.
Ksawery odetchnął z ulgą i przyspieszył kroku.
– Lidka.
– Ciebie też miło widzieć, słoneczko.
Niewątpliwie mówiła szczerze, zwłaszcza że uśmiech, jaki mu posłała, rozjaśnił mu ponurość tego dnia. Ostatni raz, kiedy ją widział, zmierzała przez lotnisko z walizką niemal większą od niej, jednak teraz nie przypominała świeżo upieczonej studentki zagranicznej uczelni.
W eleganckich butach, marynarce, rozpuszczonych blond włosach mogła spokojnie uchodzić za… no cóż, za Branicką. Gdyby nie plamy na spodniach, przekrzywione obcasy i nerwowe łypanie wzrokiem na wszystkie strony.
Ksawery zorientował się, że oddech ulgi był zdecydowanie przedwczesny, szczególnie że zaraz podeszła do kontenera i machnęła ręką.
– Co się tak patrzysz? Chodź, pomożesz mi.
– Zastanawiam cię, czy jak uduszę cię teraz, będzie z tego jakiś pożytek.
Zaczynała już go ogarniać panika, dlatego wziął jeszcze jedną serię głębokich oddechów. Jednak fakt, że kontener był dziwnie odsunięty od ściany, w żaden sposób mu nie pomagał.
– Oczywiście, że nie – odparła Lidka, ale w jej tonie próżno było szukać lekkości. – Kochasz mnie przecież nad życie.
– Przestałem dziesięć minut temu.
– To lepiej, żebyś tu nie zaglądał.
Ale i tak to zrobił.
Dostrzegł jednak stare worki po ziemniakach, co było tak absurdalne, że w pierwszej chwili sądził, że to wytwór jego wyobraźni.
Dopiero w drugiej dotarło do niego, że ułożone one zostały zbyt starannie, podobnie jak śmieci dookoła.
Przełknął nerwowo ślinę.
– Młoda?
– Broniłam się – oświadczyła ku jego jeszcze większemu przerażeniu.
Do tej pory był pewny, że po prostu sobie coś zrobiła i nie dała rady dotrzeć do samochodu, a dziwnie odsunięty kontener i jej pobrudzone ubranie to tylko zbieg okoliczności.
Teraz zdał sobie sprawę, że jest znacznie gorzej.
Oddychaj, kurwa, oddychaj – zganił się w duchu.
– Kogo… – wydusił.
Nie dokończył jednak nigdy tego pytania, bo Lidka w tej samej chwili odsunęła butem górną część jednego z worków, ukazując…
Czartoryskiego.
Zamrugał. Raz. Drugi. Piąty.
Jednak syn Kacpra Czartoryskiego, kiedyś pierwszy w kolejce do przejęcia całej fortuny, nie zniknął. Leżał na plecach, ubrudzony ziemią z worków i kurzem. Ksawery rzucił wzrokiem na jego klatkę piersiową.
Unosiła się. Spod głowy nie wypływała krew. Ubrania nie miały rdzawych plam.
Odetchnął. Z tym mógł pracować.
– Co…
– Zaszedł mnie od tyłu, więc potraktowałam go paralizatorem – oświadczyła Lidka.
I to z dumą.
Ksawery zacisnął usta, tłumiąc chęć wygarnięcia jej, że to nienajlepszy moment, żeby się tym chwalić. Przejechał palcami po włosach i karku, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego, do ciężkiej cholery, jeszcze tu stali i debatowali?!
– Musimy stąd wiać – oświadczył, łapiąc ją za przedramię.
– A jak stało mu się coś poważniejszego? – odparowała niespodziewanie. – I znajdą go już nieżywego?
Ksawery patrzył na nią, jakby dopiero co spadła prosto z samolotu.
– Oddycha. Nic mu nie jest.
– Teraz oddycha. A za chwilę może już nie.
Nie, nie, nie. Błagam. To się nie dzieje – pomyślał.
Wziął kolejną serię głębokich oddechów, próbując znaleźć jakieś wyjście. Zaraz przecież mógł wyjść ktoś zza rogu i wystarczyłoby mu jedno spojrzenie, żeby powiadomić policję.
– Może nam pomóc – odezwała się nagle Lidka.
Ksawery poderwał głowę tak gwałtownie, że aż strzyknęło mu coś w karku.
– Co ty pie…
– Jest najbliżej ojca – wtrąciła ponownie, a w jej oczach coś błysnęło. – A my mamy coś, żeby go przekonać do współpracy.
Wypuścił powietrze, po czym jeszcze raz spojrzał na Młodą i leżącego Czartoryskiego.
To nie był element planu. W żadnym, kurwa, wypadku.
– Nie pójdzie na to – zauważył.
– Już z nim rozmawiałeś?
Zacisnął mocniej szczękę.
– Wiem, że potrafiłbyś to dobrze rozegrać – dodała.
Ksawery jeszcze raz policzył w myślach do dwudziestu, ale zorientował się, że podjął decyzję, nie musząc nawet dochodzić do szóstki.
– Musimy go czymś zasłonić.
***
Upadek jednego z największych majątków na Podhalu
Tak brzmiałyby nagłówki artykułów, gdyby tylko mieszkańcy Bystrej nad Dunajcem mogli je sporządzać, z czego Ksawery bardzo dobrze zdawał sobie sprawę. Był też przekonany, że pisano by tylko o tym, o relacjach między poszczególnymi członkami rodziny oraz o wypadku motocyklowym, który miał miejsce w marcu.
Sugeruje się, że wszelkie problemy finansowe dotyczące rodziny Czartoryskich, a zwłaszcza najstarszego Kacpra Czartoryskiego, tylko się pogorszyły od czasu wypadku motocyklowego jego pierworodnego syna. Źródła podają, że pomimo iż wyszedł z wypadku praktycznie bez szwanku, nie potrafi dobrze doradzić ojcu, przesiaduje całymi dniami w domu i unika kontaktów z ludźmi. Mówi się, że do przejęcia roli dziedzica szykowany jest jego młodszy kuzyn Miron, syn Szczepana…
Ksawery jednak cieszył się, że Bystra nie ma własnego portalu plotkarskiego.
– A jak naprawdę coś mu jest?
Głos Lidki przedarł się przez jego myśli, ale i tak spojrzał na nią, nie do końca wyrywając się z ich potoku.
– Przyjdzie Hermina i oceni sytuację – oznajmił.
Młoda jednak nie wydawała się przekonana.
– Przywiązywałaś go do krzesła. Widziałaś, żeby gdzieś krwawił?
To również nie było… rozsądne, ale wolał mieć wszelką pewność, że Czartoryskiemu nie odbije i nie naskoczy na nich, gdy tylko odzyska przytomność, a jedynym meblem, które było w stanie im w tym pomóc, było wiekowe, dębowe krzesło. Nie miał innego pomysłu ani tym bardziej doświadczenia w pojmowaniu wydziedziczonych spadkobierców, a tak robili wszyscy bohaterowie na filmach, więc co mu pozostawało?
Teraz zmierzył Czartoryskiego wzrokiem chyba po raz setny, upewniając, że nadal oddycha, a na ubraniach nie pojawiły się plamy z krwi.
Wszystko to wydało mu się powalonym i dość komicznym snem.
W samym zaułku nie mieli czasu na gdybanie i rozmyślanie. Ksawery kazał Lidce przeparkować samochód najbliżej, jak tylko mogła, i zmienić buty. Sam w międzyczasie musiał w jakiś sposób zakryć jego ciało i ostatecznie zrobił to za pomocą worków na ziemniaki. Jeden naciągnął mu prawie po pas, dokładając śmieci, żeby wszystko odkształcić, a drugi narzucił na głowę. Nie był to szczyt kamuflażu i ktoś postronny mógłby się zorientować, że coś jest nie tak, ale na pięćdziesiąt metrów, które dzieliły ich od auta, musiało wystarczyć.
Ledwo jednak wystarczyło im siły, bo nieprzytomny Czartoryski nawet mimo swojej szczupłej postury nie należał do najlżejszych, przez co gdy w końcu położyli go do bagażnika, nie mogli złapać tchu. Sytuacji zdecydowanie nie poprawił fakt, że wszystko to działo się jeszcze w świetle dnia, ale Lidka się uparła.
– Podarujesz mu tak łatwo, że chciał mnie napaść?
Trafiła bezbłędnie.
Zaparkowali z tyłu kawiarni, gdzie mieściły się niewielki plac i wejście na zaplecze. Ksawery poszedł pierwszy i jak gdyby nigdy nic ostrzegł kelnerów, żeby nie wchodzili, bo właśnie umył podłogę. Nie miał oryginalniejszego pomysłu, ale innej drogi do ich mieszkania mieszącego się nad kawiarnią nie było.
Grunt jednak, że zadziałało.
Nie miał pojęcia, jak udało im się wtargać Czartoryskiego po schodach, bo później już po prostu zaciągnęli go po podłodze do salonu, ani też jak długo jeszcze może pozostać nieprzytomny, więc czym prędzej przywiązali go do krzesła.
Teraz patrząc na leżące w kącie worki i brudnego Czartoryskiego, naprawdę łudził się, że zaraz zadzwoni budzik i to wszystko po prostu się rozmyje.
Na to się jednak nie zanosiło.
Otrząsnął się ze wspomnień prawdopodobnie najdłuższej i najuciążliwszej godziny swojego życia, po czym westchnął głośno.
– Nie to miałem na myśli, prosząc cię o pamiątki z Barcelony – odezwał się.
Przetarł twarz opuchniętą i czerwoną dłonią, starając się pojąć sytuację, w której właśnie się znaleźli, wraz ze wszystkimi potencjalnymi konsekwencjami. Wziął jeszcze kilka głębokich wdechów i przymknął oczy, żeby ostatecznie oczyścić umysł, i dopiero wtedy dodał:
– Nie taki był plan, Młoda.
Dwa lata temu, gdy Kacper Czartoryski razem z Dziadkiem Imperium doprowadzili do bankructwa firmy ich rodziny, obiecał sobie w duchu, że jeszcze kiedyś się za to zemści. Nie wiedział, kiedy ani w jakich okolicznościach, ale był przekonany, że taki czas nadejdzie, i wykorzystując każdą wolną chwilę, opracowywał kolejne etapy.
Ich obecny kryzys wydawał się darem od samego Boga, dlatego gdy tylko podsumował, co tej pory udało mu się opracować, postanowił zacząć działać.
Poinformował Herminę, zadzwonił do Młodej i miał nadzieję, że uda jej się przeciągnąć na ich stronę Apolonię Czartoryską. Przyjaźniły się od czasów podstawówki, więc potencjalne spotkania nie narażałyby ich na podejrzenia, a ona sama mogłaby być idealnym agentem w ich willi i firmie.
A tak, zamiast niej Lidka postanowiła sprowadzić mu do domu jej brata.
Zburzyła tym plan, który nawet jeszcze na dobre nie ruszył!
– To moja wina, że chciał mnie zaatakować?! – zawołała teraz.
Podparła się pod boki, ale Ksawery dostrzegł, że zaczyna z niej schodzić cała adrenalina.
Mimo to był pod wrażeniem, jak wcześniej nie dała się panice i nawet nie zająknęła się, gdy przyszło im przenosić Czartoryskiego.
– Nie o to mi chodzi i dobrze o tym wiesz – odpowiedział.
Naprawdę zaczynał się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby zostawić go po prostu przy tym kontenerze przykrytego starymi śmieciami.
– Apolonii nic nie mówią – odezwała się. – Nawet jeśli sama zaczęłaby coś węszyć, nie dowie się tyle co on.
– I myślisz, że z łatwością będzie z nami współpracował?!
To było czyste szaleństwo.
Młoda przekrzywiła głowę i splotła ramiona na piersiach.
– Wiem, że potrafisz być przekonujący, a mamy argumenty – oznajmiła. – Ułóż to sobie jedynie w dobrą gadkę.
Ksawery nie miał bladego pojęcia, jak to możliwe, że była w Bystrej dopiero dwie godziny i już działała mu na nerwy.
– A jak nie?
Uniosła paralizator.
– Pewnie został ujęty też na nagraniach z monitoringu miejskiego – dodała. – Mogę sprawdzić, jeśli to cię uspokoi.
– Co z kartką?
Tym razem wyciągnęła z torebki pomiętą kartkę A4 z odręcznym napisem.
Uważaj, z kim jesz obiad.
Była w kieszeni spodni Czartoryskiego i wypadła, gdy go przenosili.
Ksawery był niemalże pewny, że miał tylko ją nastraszyć, właśnie podrzucając ten świstek papieru, bo szczerze wątpił, żeby aż tak mu odbiło i zaczął się parać napaściami. Niemniej zyskali potencjalny dowód.
– Komendant siedzi Czartoryskim w kieszeni – przypomniał.
Oficjalnie oczywiście była to tajemnica, ale Bystra nie była jakąś metropolią.
– A bo to on jeden nosi odznakę?
Istne. Szaleństwo.
Ksawery postukał palcami o udo, próbując jakoś pojąć całą tę sytuację, tylko z innej strony. Co prawda nie miał w planach posługiwać się szantażem, ale faktycznie w razie niepowodzenia mogli po prostu wydać Aleksa policji za napaść, a on miałby tego pełną świadomość. Wątpił, że byłby skory do współpracy, ale zawsze warto było spróbować, zwłaszcza że wizja Kacpra Czartoryskiego, którego zdradzał własny syn, zaczynała mu się niebezpiecznie podobać.
Nie przyznał jej jednak racji. Zobaczy, jak sytuacja się rozwinie, i dopiero wtedy pogratuluje jej instynktu.
– Skąd się wzięłaś przy starej browarni? – zapytał, uświadamiając sobie kolejną niewiadomą.
– Przez twój telefon pakowałam się w biegu i zapomniałam połowy kosmetyczki – oświadczyła oskarżycielskim tonem.
Ksawery odwrócił się w jej stronę, nie kryjąc niedowierzania.
– I postanowiłaś pójść do drogerii tamtym zaułkiem?!
Mylił się. Jej przebłysk inteligencji był tylko chwilowy.
– Jest pierdyliard stopni w cieniu! – odparowała. – A przypominam ci, że byłam w szpilkach!
Powtórzył sobie jej słowa, i to trzy razy, szukając potencjalnej luki, która mogłaby doprowadzić do zniweczenia całego planu już teraz.
– Nie mogłaś po prostu zaparkować pod samą drogerią?
– Nie było miejsca.
Tak po prostu.
Ksawery przeklął ostro w duchu i na powrót zmobilizował się do brania głębszych oddechów.
– Ktoś cię widział?
– Cała Bystra – odparowała. – Nawet przynieśli transparenty.
– Możesz przestać się wydurniać?
– Możesz przestać traktować mnie jak idiotkę?
– Powiedz chociaż, że zajęłaś się jego telefonem.
Ratując swoje życie, Lidia wyłowiła z torebki popularny model smartfona i przerzuciła go między palcami.
– Wyjęłam kartę i wyłączyłam go jeszcze w zaułku – oznajmiła. – Wcześniej zrobiłam kopię danych i wysłałam na chmurę. Nie bój się. Założyłam ją w Barcelonie na fałszywe konto. Wymazałam też wszystkie kroki.
Przynajmniej tyle.
– Kopiując historię wyszukiwarki, zobaczyłam, że dość często googlował Krugerów – dodała.
Ksawery uniósł brwi, ale zaraz potem zorientował się, że w sumie nie powinno go to dziwić.
– Szuka haków czy zwykły research?
– Zgadnij.
Naprawdę nie powinien był być zdziwiony.
Czartoryskich cechowała wyjątkowa ostrożność, jeśli chodziło o wszelkie inwestycje – wyjątkiem potwierdzającym regułę było ich całkowite wykurzenie mające miejsce dwa lata temu – więc nic zaskakującego, że przed wejściem do spółki z Krugerami musieli rozeznać się w sytuacji.
A ponieważ byli na skraju i w desperacji, prawdopodobnie szukali również haków, żeby zostawić jak najwięcej swojego majątku w rękach rodziny.
– Sama Apolonia mu nie wystarczy?
Lidia wywróciła oczami.
– A od kiedy to którykolwiek Czartoryski wierzy kobiecie? – Siadła w fotelu i zaczęła masować stopy. – Sam Kacper jest podobno zdesperowany i wszędzie widzi potencjalne zagrożenie.
– Czyli plotki są prawdziwe.
Jeszcze przed śmiercią Dziadka Imperium w Bystrej słychać było, że Kacprowi Czartoryskiemu fortuna zaczyna przepływać przez palce i stąd uczepienie się Krugerów pazurami. Dla samych Krugerów była to okazja jedna na milion i Ksawery wiedział z doświadczenia, że będą chcieli podpisać umowę na jak największy procent swoich udziałów.
I doprowadzić Czartoryskich na pierwszą warstwę dna.
– Pozwalam ci to wykorzystać jako kolejny podpunkt do swojej gadki – dodała złośliwie.
Ale Ksawery to zignorował.
Popatrzył po raz sto pierwszy na Czartoryskiego, któremu zdążyły już wrócić rumieńce, i przez moment ważył jeszcze jedną kwestię.
– On miał tylko wstrząs mózgu po tym wypadku, nie?
– Podobno. A co?
– Zastanawiam się, na ile faktycznie stracił dryg do biznesu, a na ile to jest mydlenie oczu.
– Widząc ich męską linię rodową, obstawiam to drugie.
Nie mógł się z nią nie zgodzić, ale przeczuwał, że coś jest nie tak, jak powinno.
– Rodzice wiedzą, że wróciłaś?
Odwrócił się w jej stronę i tak jak mógł się spodziewać, napotkał mordercze spojrzenie. Ani ciotka Maria ani, wujek Ryszard nie pofatygowali się przez ostatnie lata, żeby odwiedzić córkę, i Ksawery był nawet bardziej niż pewny, że żaden z członków rodziny tego nie zrobił.
– Nie jest z nimi dobrze – dodał, w sumie nie wiedząc po co.
Coś dziwnie błysnęło w jej oczach.
– Chodzi ci o matkę, obecną co rano w kościele, czy ojca, któremu przez kryzys na rynku nie opłaca się prowadzić salonu samochodowego?
Rodzina zdecydowanie nie powinna była jej ignorować.
– Rozmawiałaś z nimi?
– Nie musiałam.
Ksawery postanowił jednak więcej się nie dopytywać. Jej relacja z rodzicami była… specyficznym tematem i wolał, żeby sama go podjęła.
– Hermina powinna już niedługo być – odparł, patrząc na zegarek. – Jak chcesz, możesz się przebrać.
– Bo co? Nie wyglądam zbyt dostojnie na uroczystość zmartwychwstania Czartoryskiego?
– Polecisz za nim boso, jak zacznie uciekać?
Przez moment patrzyła na niego, jakby ważyła, czy nie rzucić w niego przekrzywionymi szpilkami, po czym westchnęła głośno.
– I się zaczyna.
Rozdział 3
Hermina Konstancja Branicka miała wrażenie, że zaczyna świrować.
Dwunastogodzinny nocny dyżur potrafił wyciągnąć z niej zdolność logicznego myślenia, co w sumie dotyczyłoby każdej pielęgniarki, ale tego dnia była przekonana, że traci go na dobre. A zapoczątkował to SMS od Ksawerego, który dostała, robiąc na szybko zakupy spożywcze.
„Mamy w domu leki nasenne?”
W końcu zacząłeś się przejmować swoją bezsennością. Gratulacje – pomyślała.
Jednak wtedy spojrzała na godzinę i mimowolnie zaczęła się zastanawiać, po co miałby ją pytać o to w środku zmiany śniadaniowej? I to jeszcze dobrze wiedząc, że zaraz wraca do domu?
„W szafce nad zlewem, a co?”
Oczywiście odczytał, ale już nie odpisał, co w gruncie rzeczy nie powinno było jej już dziwić.
Żyła z Ksawerym praktycznie od momentu poczęcia – fuj – i nie raz była świadkiem jego dziwnych pomysłów. Od zabandażowania pluszakom oczu, bo guziki wbijały mu się w głowę, gdy z nimi spał, po przejęcie kawiarni w najgorszym momencie ich kryzysu. Nauczyła się, że o pewnych rzeczach nie warto z nim dyskutować, ale dziś było inaczej. Czuła to w kościach, dlatego szybko dokończyła zakupy i ruszyła w stronę domu.
Instynkt jej nie zawiódł i wchodząc po schodach do mieszkania, zorientowała się, że to dopiero początek.
Pomijając dziwnie napiętą atmosferę, która unosiła się już w korytarzu, jej uwagę przykuła najpierw walizka, a zaraz potem porzucona marynarka i grudy ziemi, jakby ktoś zwiózł je prosto z pola.
Hermina zamrugała parę razy pewna, że wzrok zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa.
Tak jednak nie było, czego dowodem był sam Ksawery wychodzący właśnie z salonu. I jak wcześniej łudziła się, że świrowanie jest bezpodstawne, tak teraz widząc jego minę, zdała sobie sprawę, że coś serio się oddupcyło.
– Słuchaj… jest problem.
Przyglądał jej się uważnie, jakby obawiał się, że zacznie wrzeszczeć, jednak Hermina wzięła głęboki oddech, przygotowując się na potencjalnie kolejny idiotyczny wymysł brata bliźniaka.
– Co znowu zrobiłeś?
Czasami miała wrażenie, że dzieci, które trafiały na SOR ze złamaną ręką, bo biegały po drzewach, miały więcej instynktu samozachowawczego niż on.
Jednak jego twarz nie drgnęła i Hermina zdała sobie sprawę, że to nie będzie kwestia godna pluszaków.
– Po pierwsze nie ja, ale to nie ma teraz znaczenia – odparł szybko. – Po drugie… muszę cię przygotować na to, co zobaczysz w salonie.
Herminie zapaliła się lampka ostrzegawcza.
Nie zachowywałby się tak, gdyby zbił jeden z antycznych wazonów z kolekcji prababci, a tym bardziej by jej o tym nie informował. Uwielbiał ukrywać takie rzeczy, do chwili aż sama by tego nie zauważyła.
– Co…
– Nie chcę, żeby z miejsca dostała zawału.
Światełko alarmowe przerodziło się w halogen i zaczęło wyć jak syrena, dlatego Hermina czym prędzej go wyminęła i nie zważając na jego krzyki, wręcz pobiegła do salonu. Była pielęgniarką oddziału ratunkowego, na litość boską, i mało co potrafiłoby ją jeszcze zdziwić.
Jednak gdy wpadła do salonu, stanęła jak wryta.
– Widzę, że nadal bez wahania słuchasz Ksawa.
Głos Lidki zlał się z jej postacią i przez moment Hermina nie widziała, czy jednak nie śni.
Kuzynka miała przyjechać… dzisiaj, co oczywiście musiało jej umknąć. Mimo to widok tych znajomych niebieskich oczu i uśmiechu rozjaśnił jej ten ponury dzień.
W trzech krokach pokonała dzielącą ich odległość i mocno ją przytuliła.
– Aleś się opaliła!
Napięta atmosfera jednak nadal ciążyła nad nimi jak siekiera, a sama Lidka wydawała się wyjątkowo sztywna, co uświadomiło Herminie, że to nie taka niespodzianka na nią czekała.
Wolno uniosła wzrok.
W kącie niewielkiego salonu oświetlonego jedynie lampą z ażurowym kloszem przywiązany do krzesła był nie kto inny, jak sam Aleksander Czartoryski. Z odległości kilku metrów mogła dostrzec, że pobrudzone ubranie na nim zwisa, jego twarz wręcz się zapada, a blizny na lewym policzku nie zakrył nawet niechlujny zarost.
Herminie uśmiech zszedł z ust, a czucie w nogach odpłynęło razem z nim.
Po chwili jednak wzięła się w garść i na powrót odwróciła się w stronę Ksawerego i Lidki.
– Was nie można zostawiać samych.
Rozdział 4
Aleksander Arkadiusz Czartoryski w pierwszej chwili nie wiedział, co się dzieje.
Na wpółprzytomny próbował się poruszyć, ale miał wrażenie, że jego ciało jest zrobione z betonu. Wszystkie mięśnie zastygły mu w zgodnym proteście, a głowa zdawała się ważyć dodatkową tonę. Wziął głęboki oddech, ale zdecydowanie nie potrafił umiejscowić zapachu, który go otaczał. Co prawda wyczuwał coś ciepłego, jakby wanilię, jednak była ona przytłoczona zbyt mocną wonią kwiatów i ziemi. Spodziewał się wilgoci, zatęchłego moczu czy choćby zgnilizny. Pojedyncze głosy, które słyszał, również nijak mu nie pasowały, choć jeden – wyraźnie męski – wydawał się dziwnie znajomy.
– …le to możliwe, żeby tyle czasu?
– …idzisz, jak on wygląda.
– …ocno bechnoł?
– Nie. Chyba.
Poruszył głową i pewny, że jest w stanie ją unieść, otworzył oczy.
Pierwszym, co dostrzegł, był kremowy dywan. Zaraz potem swoje stopy, dziwnie napuchnięte. A dopiero na końcu żyłki wędkarskie, którymi przywiązany był do drewnianego krzesła.
Jednak skrajne przerażenie zdjęło go w chwili, gdy usłyszał ten głos.
– Trzeba zaśpiewać „alleluja”. Zmartwychwstał.
Aleks miał wrażenie, jakby ktoś wepchnął go głęboko pod wodę, zabierając mu tym samym całe powietrze z płuc. Niczym kolejne fale wracały do niego ostatnie wspomnienia. Pola wokół cmentarza. Blond włosy. Aż w końcu paraliżujący ból, po którym stracił przytomność.
Momentalnie poderwał głowę, czego pożałował sekundę później.
Tępy ból, jaki przeszył mu kark i skronie, prawie zmusił go do krzyku. Zacisnął jednak usta i normując oddech, zamrugał, by wyostrzyć wzrok.
– Słyszysz mnie, Czartoryski?
Brunetka o falowanych włosach niespodziewanie znalazła się zbyt blisko niego. Szarpnął się odruchowo, ale jedynie spotęgowało to ból, który przeszył go kolejną falą.
– Spokojnie. Jezu. Sprawdzam, tylko, czy kontaktujesz.
Dotknęła ostrożnie powiek, potem policzków, głowy, czoła i szyi, po czym cofnęła się i zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
– Chyba będzie żył – oświadczyła, uśmiechając się przy tym zdawkowo.
Nie była najdrobniejszej postury, a jej twarz w kształcie serca przybierała anielski wygląd, gdy się uśmiechała, ale zdecydowanie nie dotyczyło to jej oczu.
Serce Aleksa dudniło w piersi i był święcie przekonany, że tylko przyspieszyło, gdy przeniósł wzrok na kolejne osoby w pokoju.
Okazało się, że na początku rozpoznał głos Ksawerego Branickiego, ale teraz bardziej niż jego obecność przerażała strzykawka, którą obracał między palcami. Przełknął ślinę i strzelił oczami na blondynkę w fotelu. Zdążyła już zmienić marynarkę na inną i wygodnie się rozsiąść, jakby wcale go nie przechytrzyła, i to tylko za pomocą zwykłego paralizatora.
Wszystkie te myśli jednak zgodnie ucichły, gdy niespodziewanie to ona złapała jego wzrok i ich spojrzenia się spotkały.
Nie był w stanie oddychać ani tym bardziej zmusić się, żeby zamrugać. Nie było jej dwa lata i mogła więcej nie pojawić się w jego życiu.
Ale jak widać, piekło było bliżej, niż mu się zdawało.
– Nie obcięłaś mu z rozpędu języka, prawda? – zapytał niespodziewanie Branicki i spojrzał wymownie na Cecylię.
Nie. Szlag. Na Lidię.
Takie było jej pierwsze imię i tak kazała do siebie mówić.
– Nie zdążyłam – odpowiedziała niewzruszona i odwróciła wzrok z powrotem na coś ponad jego ramieniem.
Ukłucie zawodu przemknęło mu na wysokości serca.
Zignorował to jednak i mitygując się na tyle, na ile potrafił, uniósł wyżej podbródek.
– Jest jakiś cel tego spotkania?
Starał się zachować obojętny ton, ale sytuacja zdecydowanie nie należała do najspokojniejszych.
Spróbował się poruszyć, żeby sprawdzić, jak ciasno go związali. Jeśli palce u rąk go nie zawiodły, to prawdziwy problem napotkał, starając się choćby unieść stopę. Nie było szans. Mrowienie, jakie temu towarzyszyło, czuł nawet w łydkach i ze zgrozą uświadomił sobie, że opuchlizna jest zbyt duża, żeby uznał to za przypadek.
Naprawdę piekło było bliżej, niż przypuszczał.
– Wizyta kontrolna – odpowiedziała mu Hermina.
Aleks ponownie uniósł na nią wzrok.
Od ponad dwóch lat jego rodzina konsekwentnie starała się unikać tematu Branickich, a raczej faktu, że wygryźli ich z rynku w dość brutalny i niespodziewany sposób, doprowadzając tym samym do wyjazdu z Bystrej rodziców bliźniaków i Lidki. Dla jego ojca był to triumf, ale Aleks był pewny, że tylko chwilowy. Oślepił go jednak wystarczająco i teraz boleśnie zdali sobie sprawę, że to nie był go końca przemyślany ruch.
Aleks miał również podejrzenie, że sami Braniccy tak łatwo nie złożyli broni. Jasne, zanim wróciliby do świetności, musiałyby minąć lata, nawet jeśli ewentualnie strzeliliby cztery razy z rzędu w Lotto, a kawiarnia nagle podniosłaby swoje zyski dwudziestokrotnie, ale fakt, że same bliźniaki zostały w Bystrej, powinien był napawać choćby nutą niepokoju.
Szczególnie że abstrahując od biznesu – Hermina była pielęgniarką na tutejszym SOR-ze i Aleks mógł się założyć o każdą ze swoich opuchniętych kończyn, że gdyby tylko przyjechali na oddział, chęć zemsty byłaby nieodparta. A sądząc po tym, z jaką łatwością wpakowała mu prawdopodobnie znieczulenie, obstawiał, że zmiana biegu zwykłej kroplówki mogłaby jej przyjść z niespotykaną łatwością.
Wyrwał się jednak szybko z zamyślenia i jeszcze raz popatrzył na każdego z nich z osobna, ale za cholerę nie potrafił wymyślić jakiegoś bardziej sensowego powodu niż zwykły okup.
– Naprawdę sądzicie, że moi dadzą się nabrać i wam zapłacą?
Nadal próbował modelować głos i utrzymywać wysoko podbródek, ale pomału zaczynały boleć go mięśnie, a żyłka na barkach wrzynała mu się w skórę.
Nagle w salonie zabrzmiał chrapliwy śmiech Ksawerego.
– Naprawdę myślisz, że za tak marną sumkę bym spróbował? – zapytał, a w jego oczach błysnęło coś niebezpiecznego.
– Czego chcesz?
Mimowolnie spojrzał kątem oka Lidkę.
Miała wszelkie motywy, aby go upokorzyć, i zaczekanie z tym dwóch lat nawet by nie zdziwiło. Martwiła go jednak dynamika, która panowała w salonie, i fakt, że ewidentnie Ksawery rozdawał tutaj karty.
– A ty? – zapytał niespodziewanie.
Aleks aż zmarszczył brwi.
– Co ja?
– Czego chcesz?
– Może dowiedzieć się, po co się tu znalazłem? – odparował.
Bo jak nie okup, to co? Do czego był im potrzebny przywiązany do krzesła?
– Do tego dojdziemy – odezwał się na powrót Branicki. – A ponieważ widzę, że średnio jarzysz, to przejdę od razu do rzeczy. Jak idzie ci znalezienie haków na Krugerów?
Aleksowi zrobiło się gorąco.
Skąd, kurwa, to wie? – pomyślał.
– Twoje milczenie właśnie potwierdziło moje przypuszczenia – oświadczył nagle Ksawery, a gorąc tylko przybrał na sile.
– Nic nie wiesz – zaprotestował, ale z odruchu.
– Ty nic nie wiesz. I ta niewiedza chyba będzie cię kosztować wszystkie udziały.
Nie było to pytanie i Aleks mimowolnie poczuł strużkę potu na plecach.
– Nie potrafisz pomóc ojcu w uratowaniu resztek firmy, Czartoryski – dodał. – Naprawdę myślisz, że ci to podarują?
Miał ochotę wyprzeć się każdego słowa. Choć była to prawda, nie zamierzał dawać Branickiemu satysfakcji.
– Mam uwierzyć, że taka nagła troska z waszej strony to jakiś przejaw altruizmu? – zakpił.
– Wierz sobie, w co chcesz – odparował mu zaraz Ksawery.
Zaczął chodzić po salonie, w którym jedynym oświetleniem była lampa z abażurem stojąca w kącie. Na stoliku, w wiekowym wazonie stał bukiet świeżo zebranych kwiatów, i to one zdawały się swoim zapachem wypełniać całe pomieszczenie. Zasłony przysłaniały okna i Aleks zorientował się ze zgrozą, że nie wie nawet, jaka jest pora dnia.
– Ale raczej nie zanosi się, żebyś w przyszłości wpadł na genialny pomysł, który nie dość, że uratuje firmę, to jeszcze wyniesie cię na piedestał w oczach ojca.
Aleksander instynktownie zacisnął dłonie w pięści, ale spotęgowało to jedynie ból w nadgarstkach.
– Poza tym, spójrzmy prawdzie w oczy. Jak tylko Krugerowie ją przejmą, ze swoją marną głową nie będziesz im potrzebny i skończysz… właśnie. Gdzie skończysz, Czartoryski?
Aleks nie był pewny, czy jeszcze oddycha.
Wiedzieli za dużo.
Zdecydowanie za dużo, jak na fakt, że od dwóch lat skrupulatnie się unikali.
– W urzędzie pracy? – ciągnął Branicki. – A nie. Czekaj. To poniżej twojej godności. Kasy na własny biznes też tak łatwo nie dostaniesz, jak stracisz wszystkie…
– Gówno wiesz – wtrącił zirytowany. – A te swoje domysły możesz sobie wsadzić w rzyć, skąd przyszły.
– Okej. Skoro tego chcesz – odezwał się nagle Ksawery.
Za szybko. I za łatwo.
To tylko potwierdziło się pół sekundy później.
– W takim razie pozwól, że Młoda zadzwoni na policję i zgłosi, że chciałeś ją napaść.
Gorąc został zastąpiony przez nagły chłód, który poczuł we wszystkich możliwych mięśniach.
Nie. Śnił. To się nie dział…
A mimo to cofnął się myślami do chwili, zanim stracił przytomność, i przypomniał sobie, że ją śledził, i to aż do tego przeklętego zaułka. Pamiętał też instrukcje ojca, który zaniepokoił się powrotem najmłodszej z Branickich i kazał mu porzucić kartkę z napisem „Uważaj, z kim jesz obiad”. Przyjaźniła się z jego siostrą od lat i pewnie zaczął panikować, że w najgorszym momencie ich firmy wypyta ją o wszystkie słabości.
– Nie jestem aż w takiej desperacji, żeby na was napadać, Branicki – oznajmił mimo to.
Zgoda, to nie był najwybitniejszy z pomysłów jego ojca, ale niespodziewanie zyskał możliwość porozmawiania z Lidią choćby przez moment i bez naocznych świadków. A zdecydowanie mieli o czym roz…
– Taaaak? To ciekawe, co robiłeś w zaułku, i to akurat w chwili, gdy Młoda tam poszła.
Aleks mimowolnie zacisnął mocniej szczękę. Próbował znaleźć wytłumaczenie, i to niemówiące, że działał z rozkazu ojca, ale za cholerę nic nie przychodziło mu do głowy.
– Nie napadłem….
– Oszczędzaj ślinę na policję – przerwał mu Branicki, ale nie zamierzał się tak łatwo poddawać.
– Żeby opisać, jak bez wahania mnie obezwładniliście, porwaliście i przetrzymujecie?
Może był przywiązany do krzesła, pozbawiony możliwości ucieczki, ale, na litość boską, miał jeszcze coś do powiedzenia.
– Proszę bardzo – odparował zaraz Branicki, jakby tylko na to czekał. – Jestem cholernie ciekawy, który policjant ci w to uwierzy.
– Każdy.
– Chyba każdy, który miałaby na to świadków, dowody i nie miałby pojęcia o twoim szczególnym „stanie” po wypadku.
Aleks zastygł w kompletnym bezruchu.
Powtórzył sobie dla pewności jego słowa, a zaraz potem uświadomił sobie, że znalazł się w znacznie głębszym kręgu piekielnym.
Mieli go. Dosłownie ot tak.
Wziął głęboki oddech, próbując zmusić swój umysł do pracy. Faktycznie nie miał świadków. Nagrania z kamer monitoringów też nie były w stanie mu pomóc. Braniccy we trzech przedstawiliby jedną wersję wydarzeń, oczywiście mającą go pogrążyć. Dodając do tego wypadek sprzed trzech miesięcy i wszystkie historie, które wokół tego obrosły…
Kurwa mać!
Wziął kolejny wdech i spojrzał na każdego z osobna. Jednak nie zgłosili go jeszcze na policję, więc po jaką cholerę był im potrzebny?
– Czego chcecie? – wycharczał.
Nawet nie próbował myśleć, czego jeszcze się dowiedzieli ani tym bardziej jakimi sposobami.
– Och, to bardzo proste – zaświergotał niemal Ksawery i nachylił się na wysokość jego twarzy. – Pomożesz nam okraść twojego ojca.
Rozdział 5
Ksawery nie mógł odmówić sobie tej satysfakcji i uparcie wpatrywał się w Aleksa.
Na twarzy Czartoryskiego najpierw pojawiło się niezrozumienie, jednak zaraz krew odpłynęła mu z policzków, a samym wzrokiem zaczął skakać po całym salonie.
Spodziewał się, że parsknie i oświadczy, że to był dobry żart, ale wtedy znieruchomiał, a brązowe oczy niemal przypiliły go do podłogi.
– Chcesz okraść mojego ojca, który jest na skraju bankructwa? Wybitny geniusz, Branicki.
– Wasza firma jest na skraju – odparował. – Niekoniecznie twój ojciec.
Nie zamierzał dodawać nic więcej, co chyba Czartoryski zrozumiał, bo na powrót zacisnął szczęki.
– Niby jak chcesz to zrobić?
Intuicja podpowiadała Ksaweremu, że nie bez powodu tak długo zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Naprawdę sądzisz, że ci powiem?
– Nie zabiłeś mnie ani nie wydałeś glinom, więc zakładam, że jestem ci potrzebny żywy – odparował Aleks i uniósł dumnie brodę, jakby wcale nie siedział przywiązany do wiekowego, dębowego krzesła. – A to oznacza, że muszę poznać twój plan.
– Żebyś go zniweczył.
– Zależy, jak on brzmi.
Targować się potrafił.
Tym bardziej dziwiło Ksawerego, co musiał odwalić w firmie, że teraz ojciec był w stanie odsunąć go od całego majątku. Może faktycznie za mocno przywalił głową przy wypadku?
Odrzucił jednak szybko te myśli, zostawiając je sobie na później.
– Wystarczy ci wiedzieć, że po wszystkim będziesz mógł żyć całkowicie na własny koszt, bez martwienia się o działki po ciotecznej babce.
– Słyszałem to samo od przemiłej konsultantki w banku – odparował. – Konkrety.
– Tak szybko zdecydowałeś?
– Jak dowiem się wszystkiego, to wtedy zdecyduję.
– Tylko powiedz, kiedy konkretnie, to poproszę Her, żeby jakoś cię odtruła. – Pozwolił sobie na lekki uśmiech. – A Młodą, żeby oddała ci telefon w prawie nienaruszonym stanie.
Wzrok Aleksa uciekł najpierw w stronę Herminy, a dopiero potem omiótł Lidkę, która nawet na niego nie spojrzała. Drgnął mu mięsień na prawym policzku, gdy prawdopodobnie zdał sobie sprawę, że tak łatwo go nie puszczą.
– Proszę bardzo – syknął i znowu przybrał tę swoją nonszalancką minę. – Mam czas.
Ksawery jeszcze raz omiótł go wzrokiem i mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy jednak wydanie go policji nie było lepszym pomysłem. Reputacja Czartoryskich zostałaby pogrzebana na dobre i zemsta w sumie dokonałaby się sama.
Jednak musiał przyznać Młodej rację.
Czartoryski byłby znacznie lepszą wtyką w firmie i na pewno wiedział więcej niż Apolonia. Może i znajdował się na czarnej liście, ale prawdopodobnie już teraz byłby w stanie im pomóc, a co dopiero gdyby przeciągnęli go na swoją stronę.
Zwrócił się więc do Lidki, jednocześnie próbując nie myśleć, że wraz z jej przyjazdem cały plan nagle wziął w łeb.
– Na którą się umówiłaś?
Na szczęście nie musiał niczego więcej dodawać.
– Ma przyjść po zamknięciu.
– Henryk Kwinto? – wtrącił Aleks.
Mógł sobie zakładać firmową, niewzruszoną maskę, ale Ksawery widział po jego oczach, jak zżerają go ciekawość i przerażenie jednocześnie.
– Aladyn i jego lampa.
– Spełni twoje trzy życzenia? Bez tego corno widzę cały twój plan, Branicki.
– Już spełnił, bo jednym z nich jesteś ty sam.
– W takim razie poproś go lepiej o kolejne trzy. Tak dla bezpieczeństwa.
Ksawery nie odpowiedział, tylko pozwolił sobie na kolejny wredny uśmiech.
Nie mógł się pozbyć wrażenia, że do Czartoryskiego wyjątkowo wolno dociera, w co właśnie się wpakował, i tym bardziej był ciekawy, jak będzie śpiewał wieczorem.
– Nie korci cię? – zagaił po chwili. – Nie dość, że ukróciłbyś tym wszystkie plotki dotyczące twojej… niedyspozycji, to jeszcze wróciłbyś do wyścigu o majątek…
– Z prawdopodobnymi zarzutami o kradzież – wtrącił Czartoryski.
– Paragrafy za łapówki dla komendanta miałyby pozostać takie samotne? – zapytała nagle Lidka.
Aleks strzelił wzrokiem w jej stronę z wyraźną irytacją.
Ksawery mógł się założyć o dochód z całego miesiąca, że właśnie przeklinał ich we wszystkich znanych mu językach, orientując się, jak dużo wiedzieli.
– Nic nie ugracie – stwierdził w końcu.
– Ty bez haków na Krugerów i pomysłu wartego cudu tym bardziej.
– Proponujesz mi jedno z życzeń twojego Aladyna, Branicki? Cóż za łaska.
Ksawery upomniał samego siebie o cierpliwość.
Ta rozmowa zaczynała zmierzać do krańca, dlatego zagłuszając głos rozsądku, wytoczył ostateczny argument.
– Zgodzisz się z nami dogadać, to możliwe, że będziesz miał to wszystko na srebrnej tacy.
Przez ułamek sekundy był pewny, że w oczach Czartoryskiego pojawiło się wahanie.
– Dziękuję, posiedzę.
Oczywiście.
Ksawery nie był jednak zaskoczony i w gruncie rzeczy zdziwiłby się, gdyby poszło gładko. Zwłaszcza że próbował przekonać samego Czartoryskiego, w którego to genach opór stanowił odmianę tyminy.
Skinął więc głową na Herminę i podał jej strzykawkę z rozpuszczoną dawką leków nasennych.
– Masz czterdzieści osiem godziny – oznajmił. – Inaczej zacznij się zastanawiać, czym przekupisz współwięźniów, żeby dali ci spokój.
Aleks próbował się jeszcze wyrwać, ale Hermina wręcz ze znudzoną miną skutecznie unieruchomiła mu rękę i wbiła igłę. Kiedy głowa Czartoryskiego znowu opadła, Ksawery pozwolił sobie wziąć głębszy oddech.
– Jak to się nie uda, jesteśmy w ciemnej rzyci – odezwała się Lidka.
– Dlatego macie mnie – oświadczył.
I wbrew pozorom chyba jeszcze nigdy nie był tak pewny swoich słów.
Rozdział 6
Lidka za to była pewna, że ten dzień nie będzie miał końca.
Szczególnie że Ksawery nie zamierzał tracić czasu i zaraz, gdy tylko pomógł jej przenieść walizki do sypialni gościnnej i zainstalować cały sprzęt, oznajmił:
– Rozgość się, a potem znajdź na niego wszystko, co tylko się da.
Nie zdążyła nawet otworzyć szafy, żeby włożyć ubrania.
– To kara za to, że kazałam ci go przeciągnąć na naszą stronę? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
– Karą jest dla ciebie pokazanie, co tak naprawdę potrafisz.
Zastygła w bezruchu, widząc, jak bezbłędnie trafił.
Oczywiście skwitował to uśmiechem bliźniaczo podobnym do tych, które serwował wcześniej Czartoryskiemu.
– Hermina wstanie, to zrobi coś na obiad – dodał, i to takim tonem, jakby wcale nie przetrzymywali w mieszkaniu dziedzica jednej z największej fortun na Podhalu.
Lidka mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy przyszłe tygodnie będą tak właśnie wyglądać.
– Cieplejsze powitanie zaserwowała mi Apolonia – oznajmiła.
– Się okaże – odparował, po czym niespodziewanie poklepał ją po ramieniu. – Dobrze, że wróciłaś. Naprawdę.
I wyszedł, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
No tak. Nie było wielką tajemnicą, że Ksawery nie grzeszy uczuciowością, co teraz dobitnie sobie przypomniała. Podobnie jak fakt, że komplementy wychodziły z jego ust rzadziej, niż występował rok przestępny.
Lidka westchnęła i przymknęła na moment oczy.
Gdy je na powrót otworzyła, chwilę zajęło jej uświadomienie sobie, dlaczego nie słyszy charakterystycznie stukającego hiszpańskiego, klaksonów czy tupotu zbiegających z trzeciego piętra dzieci. Zamrugała. Słońce zdążyło przesiąknąć do środka i zdawało się pozbawiać ją resztek świeżego powietrza. Było chyba jedynym elementem, który mógł w tym momencie przypominać jej stancję u signory Sofii w Barcelonie.
Odrzuciła jednak wspomnienia staruszki, podobnie jak powody, dla których ostatecznie zdecydowała się na wyjazd na drugi koniec Europy, i czym prędzej zgarnęła ubrania z walizki.
Wydarzenia ostatnich godzin wydawały jej się na tyle nierealne, że nie była pewna, czy czasem wszystko jej się nie przyśniło. Rozmowa z Apolonią, porwanie Aleksa i konfrontacja w salonie. Jednym z dowodów, który znalazła na rozwianie wszelkich wątpliwości, były zadrapania i pęcherze na rękach, których nabawiała się, szarpiąc Czartoryskiego do samochodu, a potem do mieszkania.
Poza tym pozostawało jej spojrzenie.
Była pewna, że dwa lata pozwoliły jej się uodpornić, ale wystarczyła sekunda, by wszystko wróciło. Pamiętała dobrze ten ciepły odcień czekolady jego tęczówek. Figlarne błyski iskrzące w ciemności. Rozszerzone źrenice, gdy…
Czym prędzej przekręciła kurek i lodowata woda wręcz uderzyła ją w twarz.
To było dawno i zdecydowanie nie powinna była dawać mu satysfakcji, że o nim myśli.
Chciał cię zaatakować – mitygowała się dalej w myślach, kończąc prysznic.
Wysuszyła też włosy i włożyła wygodniejsze ubrania, starając się nie zastanawiać, czy będą ją spowalniać, gdy Czartoryski ostatecznie zdecyduje się na ucieczkę.
W co ja się wkopałam? – zapytała się w duchu.
Odrzuciła jednak czym prędzej ten jękliwy głos i wyszła z łazienki.
Czekała na nią lista zadań od Ksawerego, ale za to również jasny cel, więc spokojnie mogła przejść do pracy bez narażania się na rozpraszające myśli o czekoladowych oczach.
Prawie.
Bo kiedy tylko weszła do sypialni, właśnie one znalazły ją w pierwszej kolejności.
– Co, do cho… – zaczęła, kiedy dostrzegła Ksawerego, który jak gdyby nigdy nic zacieśniał związanemu Aleksowi nadgarstki.
– Muszę pomóc na dole, więc będziesz go pilnować – oznajmił.
Lidia zamrugała pewna, że jednak to wszystko okaże się tylko snem.
– Podejrzewam, że psy są lepiej traktowane ode mnie – odezwał się Aleks, przywracając ją ostatecznie do pokoju.
Wydawał się jednak bardziej pobudzony niż w salonie, a to pozwoliło jej sądzić, że środki, które wpakowała mu Hermina, były znacznie mocniej rozrzedzone, niż twierdziła. Z drugiej strony rozumiała kuzynkę, obawiając się zdrowotnych konsekwencji tej decyzji, podobnie jak wstrzyknięcia mu znieczulenia.
Nie miała pojęcia, skąd ani tym bardziej po co były one w mieszkaniu bliźniaków, dlatego obiecała sobie, że po tym wszystkim ich o to zapyta.
Ten plan się nie uda – pomyślała.
– Nie daj się urobić – oznajmił Ksawery, nie zważając ani na jego słowa, ani tym bardziej na jej minę. – Jak cię wkurzy, zatkaj mu usta.
– Podupcyło cię do reszty?! – zawołała. – Rano o mało mnie nie…
– To było rano – uciął. – A ja nie zamierzam zostawić go samego.
– Pewnie! Bo lepiej narazić mnie!
– Paralizator masz w górnej szufladzie biurka, podobnie jak scyzoryk.
Lidia zazgrzytała zębami. Miała wielką ochotę użyć go właśnie w tej chwili, żeby wbić go w czyjąś szyję, a najlepiej w szyję kuzyna.
– Wiesz, co masz robić – dodał i jakby przeczuwał, że zaraz wykrwawi się we własnym mieszkaniu, wyszedł z pokoju.
Odczekała chwilę i wypuściła powietrze.
To nie tak miało wyglądać.
Zirytowana zacisnęła dłonie w pięści, ale zaraz przypomniała sobie, że spojrzenie, którego najchętniej unikałaby do końca życia, właśnie przewiercało ją na wylot, dlatego rozluźniła palce i podeszła do biurka.
Problem z mieszkaniem bliźniaków był taki, że nie było w nim tylko jednego wiekowego krzesła. Ciocia Emilia i wujek uwielbiali antyczne znaleziska i niestety, odziedziczyli to po nich bliźniaki, przez co sypialnia miała nie tylko łóżko z metalowym stelażem w białym kolorze, ale również gigantyczną i ciężką szafę z drzwiczkami, które dziwnie skrzypiały, oraz biurko z tej samej rodziny.
Potężny mebel zdawał się wręcz ciosany z ciemnego, lakierowanego drewna, na którym jej laptop, dwa monitory i klawiatura wyglądały niemalże groteskowo.
– Ciebie też miło widzieć. – Usłyszała po swojej prawej.
Wolałaby mieć go przed sobą, ale zdawała sobie sprawę, że drugi raz go nie przeniesie, zwłaszcza dodając wagę krzesła, ani tym bardziej nie będzie miała sił szarpać się z całym biurkiem.
Westchnęła ciężko w duchu.
Była w Bystrej dopiero pół dnia, a już zaczynały się schody. Usiadła i na wszelki wypadek wyciągnęła paralizator z szuflady.
– Nie zrobię ci krzywdy.
Za późno – przemknęło jej przez myśl.
Mitygując się, sięgnęła po okulary blokujące niebieskie światło. Nie zaszczyciła go odpowiedzią, tylko uruchomiła ponownie laptop, jednocześnie starając się wmówić sobie, że jego tu nie ma i siedzi sama w sypialni.
Okazało się to trudniejsze, niż przypuszczała.
– Mówię prawdę, Cecylio.
Irytacja przebiegła przez całe jej ciało, niczym impulsy elektryczne.
– Ach tak? – zakpiła, nie odrywając wzroku od ekranu. – To ciekawe, dlaczego napadłeś na mnie w ciemnej uliczce?
Spodziewała się, że zamilknie i temat odejdzie w zapomnienie.
Mogła się jedynie domyślać, że pewnie ojciec kazał mu ją nastraszyć i szybciej wypędzić z miasta. Była blisko z Apolonią, co przy panice, która właśnie ogarnęła Czartoryskiego, oznaczało czerwoną flagę. Aleks miał jej pewnie podrzucić jakąś kartkę z wiadomością i zniknąć.
– Skąd wiedziałaś, że chce cię napaść? – zapytał, jakby na potwierdzenie jej domysłów.
– Profilaktycznie przeczucie każdej kobiety wychodzącej samotnie na miasto – odparowała.
Za żadne skarby nie zamierzała zdradzać mu kolejnych tajemnic ani tym bardziej mówić mu prawdy, z którą powiązane były jej umiejętności informatyczne. Atmosfera w sypialni dostrzegalnie zgęstniała i Lidia podejrzewała, że nijak się to ma to duchoty, która na dobre się zadomowiła.
Skupiła się więc z powrotem na ekranie i wzięła przygotowujący oddech, niczym sprinter przed startem, po czym po raz pierwszy tego dnia poruszyła myszką.
