It's snowtime - Chrząszcz Anita - ebook + książka
NOWOŚĆ

It's snowtime ebook

Chrząszcz Anita

3,9

134 osoby interesują się tą książką

Opis

To nie jest następna słodka komedia romantyczna.

Kornelia ma dwa cele: napisać (mocno już spóźniony) konspekt kolejnej powieści i poradzić sobie samej w domku na zaśnieżonym odludziu. Po tym, jak jej życie nieoczekiwanie zmieniło tor, uratować ją może jedynie wrodzony sarkazm, rozgrzewający napój (niekoniecznie herbata) i najbliżsi przyjaciele. Na brak weny twórczej najlepsze jest intensywne odśnieżanie, prawda? A nikt tak dobrze nie zrozumie złamanego serca jak przyjaciel, który ucieka przed byłą żoną. Drugą!

Problemy jednak się mnożą, tekstu na ekranie komputera nie przybywa (śniegu – wprost przeciwnie), a przyjaciel okazuje się wrzodem na tyłku. I chwileczkę... Co w tym całym zamieszaniu robią przystojny hydraulik i jej były…?

Nawet gdy zaliczysz kilka życiowych upadków (w tym również z dachu), pamiętaj, że życie mimo wszystko może cię pozytywnie zaskoczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (56 ocen)
23
14
12
7
0
Sortuj według:
MILAGREEN

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemnie się czyta, świetnie napisane dialogi, mega humor, tylko niedosyt w zakończeniu...
00
Pasjonatka9

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna,nie banalna komedia zimowa. Polecam 😊
00
Stefan87

Nie oderwiesz się od lektury

uśmiałem się do łez 🙂 ale liczyłam na inne zakończenie
00
Daga2305

Całkiem niezła

Historia intrygująca, dość mocno oparta na ciętym humorze. Specyficzny styl pisarski, który nie kazdemu będzie odpowiadał. Zakończenie rzeczywiście nijakie, ale chyba nie o jakiś suspens w tej książce chodziło :) Na wieczory jako lekki odprężacz idealna :)
00
Angelikagrosicka1990

Z braku laku…

Przeczytałam z nudów. Szczerze, dla mnie żadna to komedia. Ciężko się czyta, a dialogi (przedrzeźnianje) nie są w cale zabawne. Przykro mi ale nie polecam.
00

Popularność




Dla Z.

Dziękuję za wszystko

Sobota, 3 listopada

To dziwne, że w chwilach, w których nasze życie obraca się w pył i tonę kurzu, koncentrujemy się na jednym elemencie obrazu i zapamiętujemy każdy szczegół.

Tamtego feralnego dnia takim elementem nie był dla mnie wcale mój przyszły narzeczony, wystawna kolacja czy srebrny pierścionek w zamszowym pudełku, tylko okropna lawendowa świeczka tonąca w morzu innych.

Nie wiedziałam, dlaczego akurat ona. Może ponieważ była najwyższa? Albo dlatego, że od lat nikt jej nie zapalał, bo zapach lawendy przyprawiał o ból głowy? A może ze względu na to, że idealnie oświetlała twarz osoby, której mój przyszły narzeczony właśnie się oświadczał?

Chwila bezdennej ciszy, która zapadła, kiedy tylko weszłam do mieszkania, uciekając przed deszczem, trwała prawdopodobnie tyle, co wszystkie lockdowny razem wzięte – i dopiero ta myśl skutecznie przywróciła mnie do rzeczywistości.

Bolesnej i wyjątkowo niezrozumiałej rzeczywistości.

Bo czym wytłumaczyć setkę świeczek (czy on obrabował Ikeę?), smakowicie wyglądającą kolację, pierścionek i Erica Carmena śpiewającego Hungry Eyes, jeśli nie tym, że chłopak po czterech latach bycia razem postanawia się oświadczyć? Tyle że nie własnej dziewczynie, lecz… współlokatorce?!

Nie byłam pewna, kto był tym obrotem spraw bardziej zaskoczony:

a) Mój chłop… (szlag!) ARTUR, który prawdopodobnie był święcie przekonany, że cały dzień będę z Adą w SPA.

b) Jego nowa narzeczona.

c) Ja.

d) Sąsiadka Leokadia z bloku naprzeciwko, do której hobby należało podglądanie nas przez wysokie okna w salonie.

Ostatecznie jednak porzuciłam ten dylemat i jako doros­ła, a także w pełni dojrzała emocjonalnie kobieta postanowiłam na spokojnie przeanalizować sytuację.

– Co tu się odwala, do wszystkich pieprzonych piekieł?!

Ups…

W końcu mój… (szlag, znowu!)ARTUR ocknął się z amoku. Czym prędzej stanął na równe nogi, prawie uderzając głową o lampę, po czym schował za plecami zamszowe pudełko, jakbym go wcześniej nie zauważyła, i odparł:

– Miałaś być w SPA!

No odkrycie roku!

– I to jest najważniejsze, co chcesz mi teraz powiedzieć?! – spytałam, biorąc się pod boki.

Szok, który na początku uderzył mnie w twarz niczym wyjątkowo twarda patelnia, pomału ustępował, a odgrywająca się przed momentem w salonie scena zaczęła nabierać przerażającego sensu.

Daria, która mieszkała z nami od przeszło roku – inflacja ewidentnie zmusiła nas do powrotu do życia w stadach – prawdopodobnie postanowiła odebrać mi faceta. A ten, oślepiony rozświetlaczem na jej twarzy, poleciał na nią z prędkością godną bolidu Formuły 1 przy mecie.

Artur zmieszał się jeszcze bardziej, jakby w magiczny sposób usłyszał moje myśli, a na jego policzkach wykwitły czerwone rumieńce.

– Ja… – zaczął, nerwowo przygładzając sztywne od żelu włosy.

Mój zaćmiony umysł zarejestrował ten szczegół z lekkim opóźnieniem. Przecież on od lat nie układał włosów! Twierdził, że jego blond czupryna żyje własnym życiem i nie może za bardzo w nią ingerować, bo w ramach protestu wszystkie loki mu wypadną.

Zszokowana przyłożyłam rękę do ust. Nie dość, że go omotała, to jeszcze wiodła go prostą drogą do łysiny!

– Mogę ci to wszystko wytłumaczyć! – wypalił w końcu.

Próbując zebrać w sobie resztki silnej woli, które tylko cudem powstrzymywały mnie przed złamaniem co najmniej kilku paragrafów kodeksu karnego i dożywociem, stłumiłam krzyk i uniosłam brwi w niemym pytaniu.

– Bo… To nie tak, jak myślisz… Znaczy w sumie tak, ale… No… chyba w sumie… – jąkał się, jakbym odpytywała go ze składni zdania prostego.

Wagarował jednak zbyt często.

– To może ja wyjaśnię – odezwała się Daria, niespodziewanie awansowana na Panią Przyszłą Narzeczoną.

Dopiero wtedy dostrzegłam, że pod względem stroju nie różni się za bardzo od manekina na witrynie Intimissimi. Krew się we mnie zagotowała. Wycelowałam w nią palec i wycedziłam:

– Nie wtrącaj się. – A potem, zanim zdążyła otworzyć w proteście umalowane na czerwono usta, odwróciłam się z powrotem w stronę Artura i tym samym tonem spytałam: – Myślisz, że byłabym tak ślepa, żeby nie zauważyć, że masz NARZECZONĄ?!

Niespodziewanie mój niedoszły mąż odzyskał zdolność mowy.

– Przez rok nie zauważyłaś, że z nią kręcę, więc…

Zastygłam w bezruchu.

– Właśnie chciałem z tobą o tym porozmawiać – dodał szybko, jakby przeczuwając, że zaraz wybuchnie kolejna wojna światowa. – Przez twój kryzys twórczy czułem, że się od siebie oddalamy, a jedyne, na czym ci zależy, to wydanie ostatniego tomu sagi!

Cichy głosik w mojej głowie kazał mi trzymać ręce jak najdalej od leżących na stole sztućców.

– Gdy tylko zaczynałem ten temat, zawsze tłumaczyłaś, że wszystko gra i że to tylko blokada – ciągnął coraz bardziej zdenerwowany. – Ale minęło pół roku i nadal nic się nie zmieniło!

– Dlatego stwierdziłeś, że najlepszym wyjściem z sytuacji będzie sprawienie sobie nowej narzeczonej?!

– Komuś musiałem się wygadać, skoro ty słuchałaś tylko podcastu o potędze podświadomości!

– Więc to ja jestem wszystkiemu winna?!

– Nie będziemy na siebie krzyczeć, Kornelio. To bardzo poważna sprawa i trzeba ją omówić na spokojnie.

Zamrugałam. Raz. Drugi. Trzeci. Przy czwartym byłam już pewna, że zapach lawendy wypalił mu wszystkie szare komórki, a mnie pozostaje życie z ludzką amebą. Potem jednak zorientowałam się, że to nawet zgrabna wymówka, i krew, która do tej pory bulgotała, teraz zaczęła niebezpiecznie kipieć.

– Poważna sprawa, mówisz? – odparowałam i dla własnego bezpieczeństwa założyłam ręce na piersiach. Mimo wszystko wolałam uniknąć potrójnego dożywocia. – Więc słucham.

Po jego minie dostrzegłam, że nie takiej reakcji się spodziewał. Znowu wylosował w Scrabble nie te litery, co trzeba.

– Ja… w sensie… to nie… to nie takie proste – dukał, podczas gdy moje brwi biegły na spotkanie linii włosów. – Bo ciebie naprawdę nigdy nie było! – oświadczył w końcu. – W sensie fizycznie byłaś, ale miałem wrażenie, że mentalnie latasz pod sufitem, i nie potrafiłem sprowadzić cię z powrotem. Kocham cię, Korni, ale potrzebowałem kogoś, kto faktycznie mnie zauważy i nie będzie ciągle plótł tylko o rozdziałach, półspacjach i powodziach stulecia.

– To dlaczego nie zasugerowałeś jakiegoś rodzaju separacji, skoro było ci tak źle? – Wszechświat jeden wiedział, ile siły woli musiałam włożyć w to, żeby moje struny głosowe mnie nie zawiodły.

– Bo cię kocham – powtórzył. – I nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

Gdyby nie siedząca obok Daria, w tej chwili uwierzyłabym, że to mój wieczór zaręczynowy.

– I dlatego właśnie chciałem z tobą porozmawiać, proponując coś na kształt otwartego związku.

Jeśli wcześniej myślałam, że szok ma ciężar patelni, teraz uderzyło we mnie rozpędzone pendolino.

– Słucham?!

– Wiem, że to może być dla ciebie wstrząs, ale rozmawialiśmy z Arturem na ten temat już wiele razy i to może być dobre wyjście – włączyła się niespodziewanie Daria. – Nie planuję zostać jego żoną, w przeciwieństwie do ciebie, więc po waszym ślubie mogłabym być waszą dobrą przyjaciółką.

Ze wszystkimi profitami, dodałam w myślach.

– I ustaliliście wspaniałomyślnie za moimi plecami, że takie rozwiązanie na pewno mnie zadowoli? – wycedziłam przez zęby.

– A nie chciałaś zostać moją żoną? – odezwał się Artur i zaraz dodał: – Ty będziesz miała męża, a ja kogoś, kto zawsze mnie wysłucha i pocieszy.

Podejrzewam, że leczenie kanałowe bez znieczulenia bolałoby mniej.

Coś pękło. Nie wiedziałam tylko, czy to moje serce, godność, czy głowa Artura, którą w wyobraźni rozbijałam o kant stolika.

Wzięłam głęboki oddech, ale zapach lawendy, zamiast mnie uspokoić, tylko pogorszył sprawę.

Pójdę siedzieć.

Byłam jak młot pneumatyczny przy starciu z wyjątkowo upartą płytą. W mojej rodzinie nie było morderców, ale sądząc po tym, jak świerzbiły mnie ręce, miałam właśnie przetrzeć szlaki.

– Kochasz ją?

Spodziewałam się, że spłonie rumieńcem wstydu. Naiwnie sądziłam, że zaprzeczy. Ale ostatecznie to on zadał morderczy cios.

– Tak. A ona mnie.

Prawdopodobnie w tym momencie moje rozszarpane serce przestało bić.

– Muszę… – wykrztusiłam, robiąc bliżej nieokreślony ruch ręką w stronę drzwi.

W powietrzu zabrakło tlenu – pewnie przez tę tonę świeczek – i nie mogłam dłużej tam zostać. Nie widziałam jego miny, bo czym prędzej ruszyłam do wyjścia, próbując zachować resztki dumy.

Miałam dość. Tych jego uników, wymówek. Całego tego przedstawienia pod tytułem „Jak skłamać dziewczynie, gdy przyłapie cię na oświadczaniu się innej?”. Myślę, że Broadway jeszcze się upomni o pełny scenariusz.

Mogłam rzucić w niego świeczką. Jedną, drugą. Dziesięcioma. Jednak zostałam wychowana przez babcię, która w tajemnicy przed wszystkimi przewodziła sabatem na Łysej Górze. Dlatego zamiast płakać w głos, otworzyłam drzwi na oścież, a gdy się upewniłam, że usłyszy mnie cały blok i pół osiedla, zawołałam:

– ŻEBY CI ZWIĘDNĄŁ I ŻEBYŚ JUŻ NIKOGO W ŻYCIU NIE ZADOWOLIŁ!

Niedziela, 4 listopada

Z biegiem lat coraz bardziej cieszyłam się z tego, że tylko niewielka część ludzi rozpoznaje na ulicy pisarzy.

Pasowało mi to zwłaszcza o drugiej nad ranem, kiedy wisząc na ramieniu przyjaciółki, powłóczyłam nogami po wyjątkowo nierównym chodniku. Na całe szczęście nikt nie krzyczał: „Patrz, to Bielińska!”. W innym wypadku prawdopodobnie wylądowałabym na pierwszych stronach magazynów plotkarskich, moje social media zalałaby fala hejtu, a matka dowiedziałaby się, że w wieku dwudziestu ośmiu lat jej kochana córeńka jednak sięga po alkohol.

A to byłoby już przesadą.

Choć może nie tak makabryczną w skutkach, jak poranna pobudka.

Nikłe promienie listopadowego słońca co prawda nie były zabójcze, ale skutecznie, wręcz ze skwierczeniem paliły mi oczy, z rozpędu zahaczając również o gardło. Gdyby w tym momencie wezwany do chorującej Bóg zstąpił na ziemię i zapytał, jaką łaską uzdrawiającą chciałabym zostać obdarzona, odpowiedziałabym bez wahania, że całkowitą odpornością na alkohol. A znając życie – i moje szczęście – obraziłabym go tym do żywego i do końca swoich nędznych dni za karę budziłabym się na kacu.

– Adkuś! – zawołałam niczym małe dziecko w potrzebie. A przynajmniej chciałam zawołać, bo z moich ust wydobył się skrzek podobny do odgłosu zaciągania hamulca ręcznego w wyjątkowo starym samochodzie.

Dziesięć lat przyjaźni działało jednak lepiej niż megafon, dlatego już po chwili zza winkla, za którym znajdowała się kuchnia, wyłoniła się ruda głowa.

– Co tam, bejb? – spytała z promiennym uśmiechem Ada. – Pokój przestał wirować?

Gdybym miała więcej siły – i gdyby faktycznie pokój przestał wirować – spiorunowałabym ją spojrzeniem.

– Dlaczego… – zaczęłam, próbując dojść do porozumienia ze swoimi strunami głosowymi. O dziwo, słońce postanowiło je oszczędzić. – Dlaczego pozwoliłaś mi chlać to szatańskie wino?

Jaki sens ma przyjaźń, gdy druga osoba pozwala ci pić porto, choć dobrze wie, że po trzech lampkach zaczynają ci się plątać imiona i przedstawiasz się barmanowi jako królowa Jadwiga II?

– Próbowałam ci je wyrwać, ale powiedziałaś, że jesteś elitą intelektualną i kultura osobista nie pozwala ci sięgać po szoty z wódką – oświeciła mnie Ada. – Podobno to zbyt mało wyrafinowane. A jak zaproponowałam drinki, odparłaś, że zarzygasz mi mieszkanie.

Skrzywiłam się mimowolnie. No tak. To było już bardziej w moim stylu.

– Ale z tego, co widzę, chyba nie jest lepiej – dodała Ada.

Poczekałam chwilę, aż pokój przestanie przypominać łódź sterowaną przez pijanego podczas sztormu, po czym odważyłam się usiąść.

Kolejny błąd.

Nie dość, że moja głowa ważyła zbyt dużo jak na podręcznikowe cztery kilogramy, postanowiła przypomnieć mi, że też ma uczucia, i w ramach focha zatętniła tępym bólem. Nie miałam pojęcia, jakim cudem po tylu latach w akcie desperacji jeszcze nie odpadła od szyi i nie uciekła.

Weź się w garść.

Nie, ta myśl za bardzo przypominała głos mojej rodzicielki. Dlatego wzięłam dwa wdechy i spojrzałam na Adę, która wyglądała, jakby nie wiedziała, czy ma dzwonić po pogotowie, czy wybuchnąć kpiącym śmiechem.

– Powiedz mi, że to był tylko kiepski sen – jęknęłam.

Rozbawienie momentalnie zniknęło z jej twarzy, a przez moje serce przetoczyła się nowa fala bólu, tym razem kłującego.

– Wątpię, czy we śnie tyle byś wypiła.

Chociaż cholernie nie chciałam, musiałam przyznać jej rację.

Mimo to nadal trudno było mi w to uwierzyć. Przecież to Artur. Kujon, którego poznałam na studiach, ten sam, z którym chodziłam od czterech lat i mieszkałam od dwóch. Ten sam, który rozkochał w sobie moich rodziców i zawsze potrafił mnie rozśmieszyć. Ten sam, który rok temu przedstawił mi Darię, swoją nową praktykantkę, a po dwóch miesiącach dyplomatycznie przedyskutował ze mną scenariusz uratowania jej od studenckiej biedy. Przez inflację (teraz nawet rząd był przeciwko mnie) i podwyżki cen mieszkań (mafia deweloperska też musiała zarobić) biedaczki nie stać było na wynajęcie choćby pokoju. Początek nowego roku dodatkowo temu nie sprzyjał.

Zgodziłam się.

I jak widać, sama sobie wbiłam nóż w plecy.

– Ktoś mądry kiedyś napisał, że takie porządnisie jak ona noszą w sobie najczarniejszy mrok – zawyrokowała Ada tonem natchnionego Szekspira.

– Ja to napisałam!

– To lepiej nie patrz teraz w lustro.

Spojrzałam na nią spode łba, ale nie powstrzymałam ciekawości i sięgnęłam po telefon. Ekran co prawda nie oddawał w pełni walorów mojego odbicia, ale zdecydowanie wystarczył mi widok blond włosów, które przypominały kurę trafioną przez piorun, resztek makijażu – beauty influencerki już szykowały na mnie widły za to, że w nocy go nie zmyłam – spierzchniętych ust i spojrzenia godnego zaprawionego w bojach ćpuna.

– Ostrzegałam – mruknęła Ada.

Niech sobie kpi, proszę bardzo. Wystarczyło mi, że znowu miała rację. Bo rzeczywiście aż do wczorajszego dnia – kiedy to odbiła mi Artura, a z rozpędu pewnie też mieszkanie – Daria była dla mnie wzorem porządnej dziewczyny. Dokładała się do rachunków, sprzątała, nie przejmowała się moimi literackimi schizami i nigdy nie sprowadzała do pokoju facetów. Teraz już wiedziałam dlaczego.

I jakby na potwierdzenie moich domysłów Bóg – chyba naprawdę zły za moją odpowiedź dotyczącą odporności na alkohol – stwierdził, że mnie dobije.

Rozdzwonił się mój telefon.

– To on? – spytała Ada.

– Nie.

W życiu byłam pewna tylko dwóch rzeczy: podatków oraz tego, że babcia mojej babci musiała przespać się z jakimś czarodziejem i teraz dziwne moce czarownicy z Salem objawiały się w co drugim pokoleniu.

– Cześć, babciu – powiedziałam, próbując nie zabrzmieć, jakbym właśnie wyczołgała się z rowu, gdzie spędziłam ostatnią mroźną noc.

Na próżno.

– Widzę, kochanie, że postanowiłaś stawić czoła problemowi po męsku – odezwała się na powitanie.

– Skąd pomysł, że mam jakiś problem? – Uznałam, że nie dam się tak łatwo podejść.

Również na próżno.

– Wczoraj spadła mi ramka, w której mam twoje zdjęcie ze studniówki – oznajmiła. – I się potłukła.

– I siła grawitacji kazała ci sądzić, że coś się stało?

Na próżno do potęgi trzeciej.

– Tak. Inaczej nie rozmawiałabyś teraz ze mną skacowana.

Zazgrzytałam zębami, przypominając sobie chyba po raz milionowy w życiu, dlaczego bali się jej nie tylko wszyscy sąsiedzi, ale i pół rodziny. Zdałam sobie sprawę, że nie ma sensu dłużej się kryć.

– Dobrze, wygrałaś – westchnęłam. – Mam problem. Ale najpierw muszę porozmawiać z Arturem.

– O tym, które z mebli masz zabrać, a które zostawić u niego w mieszkaniu, jak mniemam?

– Babciu!

Czy ja na starość będę taka sama? – pomyślałam, ale nagle uderzyła mnie prawdziwość jej słów. A zaraz za nią realna wizja najbliższych dni. Naprawdę będę musiała się wynieść z mieszkania. I definitywnie zakończyć ten związek.

Czekało mnie samotne życie. Z laptopem jako jedynym towarzyszem mojej nędznej niedoli oraz agentem literackim panem Michałem vel Pavarottim, który będzie dzwonił co pół godziny i pytał z fałszywym włoskim akcentem, jak mi idzie. Samotne wyjazdy do rodziny i narażanie się na kpiące komentarze…

Boże, niech ktoś to zatrzyma!

– …ale pamiętaj, kochanie, walcz o kuchenkę – ciągnęła babcia. – Bo inaczej kiepsko widzę twoje obiady. A ty musisz jeść! Wyglądasz tak kru…

– Mam już kuchenkę – wtrąciłam, zanim zdążyła wypomnieć mi po raz trzeci w tym tygodniu, że jestem zbyt szczupła jak na swój wiek. – Niepotrzebna mi druga.

– To łóżko! Nigdy nie wiadomo, kogo do niego zaprosisz.

Na przykład wilki z lasu.

Spojrzałam wymownie w sufit. Miałam świadomość, że mnie nie widzi (chociaż kto wie), ale to było silniejsze ode mnie.

– Babciu, to łóżko ma dwa dwadzieścia na… – urwałam, przypominając sobie, jak bardzo było wygodne. – Dobra, masz rację.

Ada, która zdążyła już wrócić do kuchni, pokazała mi zza winkla uniesiony kciuk.

– I nie zapomnij o fotelu! – zawołała niespodziewanie babcia. – Do tej twojej kanapy rodem z Dynastii przydałoby się coś niezależnego.

Czyli ja.

Nie powiedziałam jednak tego na głos, tylko przetarłam oczy, po raz ostatni łudząc się, że to sen.

– I grill! – krzyknęła babcia Wanda, rozwiewając tym samym wszystkie moje wątpliwości.

Kochałam ją – i ten przerażający gen wiedźmy – ale w takich chwilach miałam wrażenie, że zapominała o najprostszych zasadach rządzących tym światem.

– Babciu, mamy mieszkanie na czwartym piętrze z balkonem szerokości chodnika – przypomniałam. – Myślę, że sąsiedzi z góry byliby cholernie szczęśliwi, gdybyśmy palili grilla co tydzień.

Ale oczywiście moja kochana babcia nie dała się zwieść i oddała cios:

– Mieliście, kochanie. Mieliście. I nie przeklinaj, jak ze mną rozmawiasz!

– Przecież nie prze…

– Bo sprowadzisz na siebie nieszczęście! A nie, chwileczkę! To już się stało!

Żeby jakoś zatrzymać albo chociaż spowolnić Koło Zagłady Mojego Życia, postanowiłam jeszcze tego samego dnia zabrać z mieszkania wszystko, co mogłam. Nie miałam zamiaru czekać. To tak jak ze zrywaniem plastra. Trzeba to zrobić szybko, a nie guzdrać się jak matka niemowlaka w dziale ze słoiczkami Gerber.

Nikt jednak nie gwarantował, że obejdzie się bez bólu.

Zaczęło się już w mieszkaniu Ady, która w zamian za to, że mogłam u niej zostać jeszcze przez dwa dni, postanowiła zagonić mnie do sprzątania, tłumacząc, że ruch jest najlepszy na kaca.

Jeszcze tego brakowało, żebym sprzątała bałagan zostawiony przez jej dziewczynę. Niedoczekanie.

– Jest niedziela! – zaprotestowałam.

– To zgłoś mnie do księdza – odpowiedziała niezrażona.

Ateizm, jak widać, trzymał się jej lepiej niż ruda farba na włosach.

– Życie mi się wali.

Wiedziałam, że to niezbyt czyste zagranie, ale ono również nie zrobiło na niej większego wrażenia.

– Najbliższy most jest dwie ulice stąd.

W końcu po przemyciu wszystkich podłóg i wstawieniu zmywarki naszło mnie olśnienie. Z początku przyjaciółka patrzyła na mnie jak na pomyloną, ale ostatecznie westchnęła nade mną niczym moja matka, kiedy przynosiłam kolejną w semestrze uwagę od wychowawcy.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł, bejb.

W odpowiedzi posłałam jej jeden ze swoich najbardziej przekonujących uśmiechów à la upalony diler samochodów próbujący sprzedać poobijanego grata z Niemiec i już pół godziny później parkowałyśmy w podziemiach mojego… wróć, mojego byłegobloku.

– Postaram się szybko uwinąć – obiecałam Adzie, która zaczęła stukać paznokciami o kierownicę.

– Spiesz się, bejb. Trzeba wyfroterować podłogi.

No na pewno.

Odwróciłam się w jej stronę i wspinając się na wyżyny swoich umiejętności aktorskich – czyli mniej więcej na wysokość kostek trzylatka – spojrzałam na nią zatroskana.

– Wiesz co? Jedź lepiej do domu. Po co masz tu tyle czekać.

– Bo jak go zamordujesz, będziesz musiała szybko się ewakuować – odpowiedziała z błyskiem w oku.

Gdyby to było takie łatwe.

W końcu udało mi się ją przekonać – obiecałam wymyć całą lodówkę, łazienkę i drzwi balkonowe (listopad chyba nie był do tego idealnym czasem, ale co ja mogę wiedzieć). Wchodząc na czwarte piętro, słyszałam, jak z piskiem opon wyjeżdża z parkingu. Ada była wspaniałą przyjaciółką, ale prędzej ja zacznę odczuwać satysfakcję z froterowania, niż ona zostanie główną bohaterką damskiej wersji filmu Baby Driver.

Już po chwili, jakby na potwierdzenie swoich myśli, usłyszałam koncert klaksonów i mieszankę różnorakich epitetów na temat rudej baby za kierownicą.

Tak, zdecydowanie uciekłybyśmy niezauważone z miejsca zbrodni.

– No nareszcie! – rozgrzmiało, kiedy tylko weszłam do mieszkania. – Gdzie ty byłaś?! Dzwoniłem przez całą noc!

– I co? Dodzwoniłeś się?

Stojący przede mną Artur nie wyglądał, jakby ten żart go rozbawił. Z rozczochranymi włosami i pomiętą koszulą przypominał moje skacowane odbicie, chociaż ja miałam na tyle godności, żeby chociaż założyć czyste ciuchy. I nie zdradzać go ze współlokatorką.

– Daria nie przyjdzie się przywitać? – Instynktownie omiotłam wzrokiem mieszkanie w poszukiwaniu żywego manekina w koronkach, ale poza nami nie było tu nikogo.

Z salonu zniknęły też wszystkie świeczki i zastawa, jakby wczorajszy wieczór był tylko moim literackim wymysłem. I byłabym skłonna w to uwierzyć, gdyby nie wyraźnie podenerwowany Artur i moje przekonanie, że jeszcze nie pora, aby wsadzili mnie w kaftan.

– Nie chcę cię stracić, Korni – oznajmił niespodziewanie.

Głos rozsądku kazał mi wysłuchać choćby największych bzdur, żebym w razie czego mogła się bronić przed sądem, dlatego niechętnie przestąpiłam z nogi na nogę i wbiłam w niego spojrzenie.

– Masz minutę.

– Nie oświadczyłem się Darii – powiedział, a jego policzki nabrały rumieńców, gdy zaczął wymachiwać rękami, jakby kierował ruchem na największym skrzyżowaniu w mieście. – Wiem, jak to wygląda, i masz prawo być wściek­ła, ale to naprawdę korzystny układ.

– Dla ciebie i Darii.

Stropił się, jednak dzisiaj mina zbitego szczeniaczka nie robiła na mnie wrażenia. Uniosłam rękę i postukałam w tarczę zegarka. Dobrze, w tarczę smartwatcha.

– Czterdzieści sekund.

– Bo ja ją naprawdę kocham.

Pociemniało mi przed oczami.

A nie, chwila. To była tylko gra świateł rzucanych przez teleskop pani Leokadii, która właśnie ustawiała ostrość.

– I?!

– Znaczy… ciebie też kocham, i to bardzo! – zreflektował się. Jego policzki niemal pulsowały od uderzeń krwi. – I pomyślałem, że może ty też ją lubisz w ten sposób, jako przyjaciółkę oczywiście, i moglibyśmy tak jakby… żyć razem, no.

Przez pierwszą sekundę miałam wrażenie, że ogłuch­łam, i to tak na amen, a mój umysł wybiera losowe słowa i próbuje ułożyć je w jakiś sensowny przekaz. Szło mu jednak kiepsko, zwłaszcza gdy usłyszałam:

– A ten pierścionek nie był zaręczynowy.

– To niby jaki?! – wypaliłam.

On oznajmia, że chce żyć w wolnym związku, a ty pytasz o pierścionek? Gdy gdzieś z tyłu usłyszałam głos bliźniaczo podobny do trajkotu Ady, wiedziałam już, że mój umysł wszedł na wyższy level.

– Promise ring.

Jeśli wczoraj wieczorem krew we mnie kipiała, teraz się dziwiłam, że nie zaczyna wylewać mi się przez oczy. Mimowolnie zacisnęłam pięści.

– Tobie chciałem się oświadczyć naprawdę – paplał dalej. – Znam cię dłużej i masz wszelkie prawo zostać moją żoną.

Cudownie. Pierwszą rzeczą, jaką wygrałam w życiu, był tytuł przyszłej żony Artura Kowalewicza. Gdzie ten szampan?

Czułam, że ból głowy zaczyna się wzmagać, jakby chciał mnie uchronić przed kolejną złą decyzją, dlatego wypuściłam z płuc powietrze, czekając na jakąś puentę. Bo przecież to musiał być jeden wielki kawał, prawda?

Ale mój niedoszły narzeczony wcale nie wyglądał, jakby żartował.

– Ty tak na serio? – spytałam, a strach momentalnie ścisnął mnie za gardło.

Przecież… przecież… przecież…

– Miałem ci się oświadczyć na Wigilii u twojej babci, a cały układ chciałem z wami omówić po Nowym Roku – oznajmił tonem tak poważnym, że żadna mowa pogrzebowa nie mogła się z nim równać.

Oddychaj, Korni. Niedotlenienie mózgu będzie tragiczne w skutkach.

Tyle że chyba było już za późno.

– Jak ty to sobie wyobrażałeś? – spytałam, ostatkiem silnej woli hamując się przed krzykiem. – Że zgodzę się za ciebie wyjść, a wtedy ty tak po prostu oznajmisz mi, że Daria jest z nami w związku?! A potem ochoczo zostanę twoją żo… Moment – urwałam, gdy dwie szare komórki, które uchroniły się przed kacem, wpadły sobie w czułe objęcia. – SPAŁEŚ Z NIĄ?!

Gdybym spojrzała w lewo, prawdopodobnie zobaczyłabym panią Leokadię przyciśniętą do szyby w swojej sypialni. Ale nie mogłam tego sprawdzić, bo Artur postanowił w samobójczym odruchu chwycić mnie za ręce. Zrobiło mi się niedobrze.

– Wiem, że to dla ciebie szok, ale wiem też, że mnie kochasz – ciągnął z tym swoim rozmarzonym wzrokiem.

Super. Widoku tego spojrzenia jeszcze w swojej kolekcji koszmarów nie miałam.

– Daria zostanie po prostu twoją bliższą koleżanką, może nawet przyjaciółką. Komu to będzie przeszkadzało?

Migrena zaczęła pulsować mi w skroniach w rytm refrenu Odkryjemy miłość nieznaną.

Potrząsnęłam głową.

„Szabadabada, szabadabada…”

– Nie.

Ale oczywiście nie docierało to do Artura, bo moja odpowiedź utknęła w trójkącie bermudzkim jego umysłu.

– Na początku będzie dziwnie, ale proszę, spróbujmy. Jeśli mnie kochasz, to…

– To co?! – przerwałam mu, czując, że jeszcze chwila i wyłamię mu wszystkie palce. – Artur, mnie nie interesują wolne związki. I naprawdę nie zamierzam wyrzekać się własnych poglądów i tego, co znaczy dla mnie poważna relacja, bo ty zbijasz to argumentem „jeśli mnie kochasz, Korni”! Otóż nie! – Wyrwałam mu się z myślą, że cała ta sytuacja przypomina scenę z brazylijskiej telenoweli, a ja jestem tą naiwną bohaterką.

Artur zastygł, wpatrując się we mnie, jakbym co najmniej zadeklarowała chęć przejścia nago przez osiedle emerytów.

– Korni, zapytam wprost. Czy chcesz zostać moją żoną?

Przerabiałam tę scenę w głowie tysiące razy – i tysiące razy odpowiadałam „tak”. Żaden scenariusz jednak nie przewidywał, że razem z obrączką dostanę nową psiapsiółkę, którą mój mąż będzie posuwał na boku, bo ja nie spełniam się w roli jego spowiednika.

– Nie.

– Kochanie, to zrozumiałe, że potrzebujesz czasu do namy…

– Nie potrzebuję, bo moja odpowiedź brzmi „nie” – znowu mu przerwałam. – Jeśli nie rozumiesz, słowniki są na dolnej półce w sypialni. A teraz się przesuń, muszę się spakować.

– Chyba się nie wyprowadzisz!

Jak z dzieckiem, naprawdę.

– To patrz! – odparowałam.

– Ale jeśli mnie kochasz…

– Zamknij się w końcu, bo zaraz zadzwonię do twojej mamy i powiem jej, że co roku oddajesz wszystkie prezenty, które ci kupuje.

Nie był to szantaż godny Dona Corleone, ale grunt, że podziałał. Artur momentalnie zbladł, a ja, korzystając z chwili jego zawieszenia, wyminęłam go i ruszyłam prosto do sypialni.

Trzy godziny, dwa tysiące kroków, dwadzieścia pudeł i dwa litry potu później zamknęłam wieko ostatniego kartonu.

– No proszę! – odezwał się Artur. – Twoja niezależność jednak na coś się przydała.

Zignorowałam go, choć z większym trudem niż wcześniej.

Co prawda na początku mojej szalonej bieganiny skamlał, że „przecież możemy to jeszcze obgadać”, „po co podejmuję tak drastyczne kroki”, „co na to wszystko moja rodzina”, ale po pewnym czasie po prostu przestałam go słuchać. Zresztą ciężko się skupić, gdy dziesięciokilogramowy karton z książkami chce wyrwać ci ramiona z barków.

Teraz stałam na środku salonu z drżącymi rękami – Ada kłamała, uprawianie tak ekstremalnego sportu wcale nie jest najlepszym sposobem na kaca – mając przed sobą torbę z resztkami mojego dobytku. Oczywiście zostało jeszcze do zabrania łóżko i fotel, ale tym planowałam zająć się jutro. I już przy pomocy taty oraz jego ludzi z ekipy budowlanej.

– Te świeczki naprawdę są ci potrzebne do życia? – spytał Artur, wskazując palcem wystający knot.

Z fazy skamlenia oficjalnie przeszedł do etapu „Jestem urażony i nie zamierzam się z tym kryć”. Raz po raz zadawał mi to samo pytanie, zmieniając rzeczownik. „Te firanki naprawdę są ci potrzebne do życia?”, „Ta pościel…”, „Te ręczniki…”, „Te książki…”

Rozejrzałam się po salonie, próbując zignorować ukłucie żalu gdzieś na wysokości mostka. Spędziłam w tym mieszkaniu ostatnie dwa lata i wydawało mi się to nierealne, że jestem w nim prawdopodobnie po raz ostatni. Miałam ochotę pomachać pani Leokadii, pewna, że jej nos nieodwracalnie przywarł do szyby, ale ostatecznie się powstrzymałam. Tyle wspomnień, tyle wspólnych chwil i co? Tak nagle koniec?

Odpowiedział mi (jakżeby inaczej) Artur:

– Czy szanownej niezależnej damie pomóc w czymś jeszcze?

Nie, nie warto iść za niego siedzieć. Nie warto, nie warto, nie warto… – powtarzałam sobie jak mantrę, dźwigając karton. Nie odpowiedziałam, nawet na niego nie spojrzałam.

Zanim wyszłam, dodał:

– Przemyśl to jeszcze, Korni, bo naprawdę nie chcę cię stracić. Te lata z tobą były wspaniałe.

Bla, bla, bla…

– Myślę, że ostatni rok z Darią był dla ciebie znacznie lepszy – odparowałam z ciężkim sercem, a pod nosem dodałam: – Żebyście oboje połapali rzeżączki i inne świństwa.

– Co tam mamroczesz?

– Że żurawina jest dobra na infekcje układu moczowego!

Zanim zdążył odpowiedzieć, z impetem otworzyłam drzwi. Dumna z siebie, uniosłam wysoko podbródek i… potknęłam się o próg. Jak długa wylądowałam na wycieraczce.

Prawdopodobnie cały blok usłyszał huk, ale zanim któryś z sąsiadów zdążył wyjrzeć na korytarz, podniosłam się i czmychnęłam po schodach.

Byłam pewna, że Artur pokłada się właśnie ze śmiechu.

Zobaczymy, czy jutro też będzie się śmiał. Jeszcze zobaczymy.

Poniedziałek, 5 listopada

Musiałam przyznać Arturowi rację.

Byłam szanowną niezależną damą, bo taki program wychowawczy wybrała moja matka na spółkę z babcią czarownicą, i to oczywiście bez możliwości przywrócenia ustawień fabrycznych. Hasłami takimi jak „poszanowanie godności osobistej”, „stawianie granic”, „udawaj dobrą katoliczkę, bo spalą nas na stosie” czy choćby „intercyza” miałam wytapetowane ściany w pokoju, mimo że wolałabym się budzić, widząc Orlando Blooma. I dopiero teraz zdałam sobie sprawę, do czego tak naprawdę miało mnie to doprowadzić.

A mianowicie do pobudki bladym świtem, upchania tony kartonów do samochodu i jazdy w strugach deszczu ku nowemu życiu. W domku moich dziadków. W samym środku gór.

Dwa lata temu, niedługo po tym, jak wynajęliśmy z Arturem mieszkanie, moja druga babcia niestety (choć teraz już stety – przepraszam, babciu) odeszła z tego świata, zostawiając mi w spadku posiadłość letniskową. (Mój starszy brat – urodzony szczęściarz – dostał mieszkanie w centrum miasta z widokiem na główny deptak. Definitywnie nie ma sprawiedliwości na tym świecie).

Na początku nie wiedziałam, co mam z tym fantem zrobić, bo w końcu wprowadzałam się z ukochanym chłopakiem (ach, słodka naiwności) do naszego wymarzonego mieszkania. Planowaliśmy nawet sprzedać komuś domek, ale wtedyznowu, niczym Mojżesz z kamiennymi tablicami, pojawiła się moja matka.

– NIE MOŻESZ BYĆ UZALEŻNIONA OD MIESZKANIA Z FACETEM! TEN DOMEK MOŻE CI KIEDYŚ URATOWAĆ ŻYCIE!

Nie żartuję. Moja mama naprawdę krzyczy tak głośno. Kiedyś, gdy w podstawówce wdałam się w bójkę (dużo czasu spędzałam z chłopakami na placach zabaw) i wychowawczyni obniżyła mi zachowanie na poprawne, mama skrzyczała mnie tak bardzo, że sąsiedzi mieszkający trzy piętra wyżej przybiegli przerażeni, by spytać, co się stało.

Nie muszę chyba mówić, że domek został z nami, prawda? Jak wprowadziła się do nas Daria, nawet myśleliśmy, żeby się do niego przenieść na te (jak wtedy zakładaliśmy) kilka miesięcy, ale Artur ostatecznie wystosował argument, że „przecież pandemia w każdej chwili może się skończyć, a on będzie musiał wtedy wrócić do biura”. Teraz myślę, że było to cwane zagranie, podobnie jak tłumaczenia Darii, że zostaje w mieście, bo jest pokłócona ze swoją matką, a musi zaliczyć praktyki.

Szkoda, że akurat w ten sposób.

Pieprzeni kolaboranci.

Teraz jednak nie miałam innego wyjścia. Kanapa u Ady, z pedantyczną naturą mojej przyjaciółki, zaostrzającą się z każdym rokiem, odpadała, i to w przedbiegach. Miałam dom. Prawilny dom, tylko dla mnie. To ja będę pielęgnować ogród, kosić trawę, gotować obiady, palić w kominku, płacić rachunki, myć okna… bez niczyjej pomocy.

Przerażona zastygłam na sekundę.

Matko Boska. Kiedy to dorosłe życie zdążyło do mnie przypełznąć?! HALO! NIE JESTEM GOTOWA!

Cudownie. Zaczynałam krzyczeć jak własna matka. Dobrze, że na razie w myślach.

Wzięłam głęboki oddech, żeby nie wjechać do najbliższego rowu, i praktykowaną od lat skuteczną metodą anty­stresową spróbowałam skupić się na tym, za co jestem wdzięczna.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej metodzie od mojej nauczycielki w szkole tańca, popukałam się w czoło. Podejrzewałam, że za bardzo wczytała się w powieść Elizabeth Gilbert i teraz wszystkich nastolatków będzie namawiać do rocznej podróży w głąb siebie w rytmie samby. Dość szybko jednak okazało się, że ta metoda coś w sobie ma. I o ile na początku byłam sceptyczna – nauczycielka niedługo potem wyskoczyła z dziesiątego piętra, a w jej organizmie wykryto kokainę (Panie, świeć nad jej duszą) – o tyle z czasem weszło mi to w nawyk, nawet bardziej niż papierosy.

Dlatego teraz rozluźniłam ramiona i zaczęłam wyliczać.

Podziękowałam wszystkim kierowcom, których dzisiaj spotkałam na drodze, że nie zażywali niedozwolonych substancji i we mnie nie wjechali. Podziękowałam moim dziadkom, że zdecydowali się wybudować ten domek. Podziękowałam mojemu tacie i jego ekipie budowlanej, że bez problemów zgodzili się przewieźć łóżko i fotel. Podziękowałam swojej klątwie artysty, że kazała mi stworzyć historię, którą przeczytało kilkaset tysięcy osób, i miałam za co przeżyć. Podziękowałam też mojemu uporowi i dumie, bo gdyby nie one, siedziałabym teraz w mieszkaniu Ady i płakała drugi dzień z rzędu.

Definitywnie jednak nie dziękowałam osobie, która wynalazła WhatsAppa.

– Kooooochaaaanieee!

W pierwszej chwili byłam pewna, że zamyślona przejechałam jelenia. Instynktownie chciałam wcisnąć hamulec, ale w porę oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że gdybym faktycznie go potrąciła, nie dość, że usłyszałabym huk, to jeszcze poczułabym uderzenie.

Dlatego już spokojniejsza spojrzałam na ekran przy desce rozdzielczej, gdzie wyświetlało mi się połączenie z WhatsAppa.

Zamyślona nie zauważyłabym zwierzęcia na drodze, ale telefon jakoś odebrałam. Brawo, Korni – ochrzaniłam się w myślach. Wtedy jednak zobaczyłam, kto się do mnie dobija, wyjąc przy tym niczym ranny wilk.

– Mama?!

W odpowiedzi usłyszałam tylko przeciągły jęk, a zaraz po nim kolejny spazm płaczu.

– Jezus Maria, mamo, co się stało?!

Dla własnego bezpieczeństwa zwolniłam, podczas gdy moja rodzicielka zaszlochała i wyjąkała piskliwie:

– Jak to cooo?! Właśnie rozmawiałam z babciąąąą! Dlaczego o niczym mi nie powiedziałaaaaaaś?!

„Dlatego”, miałam ochotę mruknąć, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam.

– Chciałam ci powiedzieć, ale już na spokojnie – odparłam w zamian.

Wiedziałam, że nie przyjmie tego dobrze, co właśnie demonstrowała, znowu zanosząc się szlochem. Chciałam ją na to przygotować, ale chyba poległam.

Podobnie jak ona.

– Dlaczego ja niczegooo nie zauważyłaaam? – wyjąkała ledwo wyraźnie.

Ja też zadawałam sobie to pytanie.

Jednak w jej przypadku gra toczyła się o większą stawkę. Chodziło o jej dorobek zawodowy.

Seksuologa.

– Powinnam była pieeeerwsza zauważyć!

Przynajmniej teraz wiedziałam, że płacze nie nad moim losem, ale w gruncie rzeczy nad swoim.

– To nie twoja wina, mamo – próbowałam ją przekonać.

Na próżno.

– Kupiłam już sukienkę na wasze weseeeele…

Och, czyli jednak nie myślała tylko o swojej karierze.

– Taka piękna, granatowa. Podkreślała kolor moich oczuuu.

– Przecież my nie byliśmy nawet zaręczeni!

Starałam się przywrócić tej rozmowie jakąś stabilność, ale histeria była mocną stroną mojej mamy.

– Och, kochanieee, a co to za problem w tych czasach? – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Jednego dnia zaręczyny, a drugiego wzięłoby się na szybko jakiegoś księdza i już!

O nie. Nie, nie, nie!

Jednak zanim zdążyłam choćby otworzyć usta, żeby zaprotestować, mama znowu wybuchnęła płaczem.

– A miało być tak pięknieeeee!

– Mamo, prze… – zaczęłam, ale właśnie wtedy uderzyła we mnie cała karma nagromadzona przez ostatnią noc, kiedy to przeklinałam Artura we wszystkich znanych mi językach.

Zadzwoniła moja niedoszła teściowa.

– Kochanieee mojeee! – zawyła.

Wspominałam, że nie jestem wdzięczna WhatsAppowi? Zwłaszcza za opcję prowadzenia rozmowy z kilkoma osobami naraz?

– Halinkaaa? – spytała moja mama.

– Krysia? Matko, ty słyszałaś, co się stałoooo?

Nie, błagam, nie…

– Właśnie się dowiedziałaaaam.

– On nam dopiero wczoooraj o wszystkim powieeedział!

Czy gdzieś tu nie gubi się zasięg? – pomyślałam z nadzieją.

– W pełni się z tobą zgadzaaam – wyszlochała moja mama.

– Wszystko, co zaplanowałyśmy, poszło w chooolerę…

– A ja zarezerwowałam już tę słynną orkieeeestręę. Wiesz, tę z…

– Wieeeem! Znalazłam krawcową. Miałby taki piękny garnituuur…

– Nie widziałaś sukniii…

Nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Wiedziałam, że mama szykowała się na mój ślub, bo od blisko dwóch lat przemycała swoje nadzieje we wszystkich życzeniach (najgorliwiej przy świętach, licząc chyba na wigilijny cud), ale nie spodziewałam się, że praktycznie pół wesela jest już zaplanowane! Artur nawet nie podpytywał mnie o rozmiary pierścionka czy o wakacje, na których mógł­by mi się oświadczyć!

Może byłaby to Hiszpania? Albo jakaś grecka wyspa? Na przykład Rod…

Cholera. Przegapiłam zjazd.

Spojrzałam na ekran nawigacji, przekonana, że po kilku zakrętach wyjadę na polną drogę prowadzącą do lasu, gdzie już na pewno nie będzie zasięgu. Znajdzie mnie jakiś pijany seryjny morderca i zginę, zaciukana krzywą siekierką! Śledztwo będzie się ciągnąć latami, rodziny pogrążą się w żałobie, a ja nie zaznam spokoju.

NIE CHCĘ UMIERAĆ TAK MŁODO!

„Za trzy kilometry skręć w prawo na E54”, usłyszałam niespodziewanie kolejny kobiecy głos.

Tym razem nie była to moja mama, niedoszła teściowa ani mama Ady (tak, byłam już przygotowana nawet na taką ewentualność), ale głos nawigacji. Spojrzałam na ekran usadowiony na desce rozdzielczej i aż się wzruszyłam, widząc znajomą trasę, poprzedzoną jedynie rondem.

Nie zginę! Hura…

– Kochanie, co to było?! – zawołała nagle moja mama.

Nie hura. Bardzo nie hura.

– Moja nawigacja – oznajmiłam z grobową powagą.

– Prowadzisz i rozmawiasz w TYM SAMYM MOMENCIE?!

Aż się skuliłam.

– Chcesz, żebyśmy jeszcze ciebie straciły?! – włączyła się niedoszła teściowa.

Po czym obie znowu wybuchnęły płaczem.

– Stop! – zawołałam, próbując je przekrzyczeć. – Jedna płacząca mama naraz!

Oczywiście mogłam sobie krzyczeć sama do siebie, dlatego postanowiłam zrobić to, co każda córka i niedoszła synowa w niezręcznej sytuacji.

– Tracę zasięg! – zawołałam. A potem się rozłączyłam.

„Za kilometr skręć w prawo na E54”.

Spojrzałam na nawigację i westchnęłam zrezygnowana.

– Przynajmniej ty nie będziesz płakać. Przynajmniej ty.

Zawsze uważałam, że jesienna mgła ma w sobie coś tajemniczego.

Gdy snuła się między jednym szczytem a drugim, wyglądała niczym żywcem wyjęta z dobrego thrillera, a opadając wzdłuż zbocza, przypominała leniwy nurt wodospadu. Mlecznoszara kłębiła się w dolinach, kontrastując z pozbawionymi liści drzewami.

Dzisiaj jednak stała się moim wrogiem publicznym numer jeden.

Jadąc w dół wzgórza po serpentynach, z widocznością do dwóch metrów, miałam nieodpartą chęć się zatrzymać, wysiąść i na kolanach błagać Wszechświat, aby magicznie pojawiła się tu jakaś kolejka, która zwiozłaby mnie bez uszczerbku na zdrowiu.

Nie byłam złym kierowcą, ale co innego nauczyć się prowadzić samochód w korkach i na tysiącu skrzyżowań, a co innego jechać dziurawą, śliską drogą w sercu gór.

– Poradzę sobie – powtarzałam w kółko, starając się nie wypaść z zakrętu i jechać nie więcej niż dziesięć kilometrów na godzinę. Po chwili namysłu jednak dodałam: – Jeśli to jest jakaś część twojego wielkiego planu, żeby mnie do tego wszystkiego przekonać, Arturze, to muszę przyznać, że cię nie doceniałam.

Co jednak nie znaczy, że tak łatwo się poddam.

Gdy wreszcie udało mi się zjechać na drogę, która była wręcz wzruszająco prosta, i mgła nie czyhała już nad nią na ludzkie życie, byłam mokra od potu. Kosmyki włosów wymsknęły mi się z koka i przykleiły do czoła, a bluzka nieodwracalnie przywarła mi do placów, ale starałam się nie zwracać na to uwagi.

W przeciwieństwie do mojego taty, który – gdy tylko zajechałam na miejsce – zmierzył mnie uważnym spojrzeniem i spytał całkowicie poważnie:

– Tankowałaś auto na deszczu?

– Można tak powiedzieć.

Chciałam się rozejrzeć po moich nowych „włościach” (jakbym nie była tu już kilkadziesiąt razy), ale mgła postawiła na dogrywkę i spowiła wszystko dookoła, łącznie z połową ogrodu. Jedynie sam domek wydawał się jej przeciwstawiać. Mogłam śmiało podziwiać jego drewniane obicie, skośny dach i niewielki ganek, na którym stał wiekowy bujany fotel.

– Słuchaj, mamy pewien problem – odezwał się niespodziewanie tata, trzymając w rękach jedno z moich pudeł.

Spojrzałam na ich półciężarówkę, pewna, że chodzi o łóżko albo fotel, ale naczepa była pusta.

– Co się stało? – spytałam coraz bardziej spanikowana.

Pewnie nie było internetu – albo w ogóle prądu. Wiatr zerwał wszystkie linie i teraz będę żyła jak pustelnik na zadup…

– Chodź, to sama zobaczysz. – Tata ruszył do drzwi.

Jeśli miałabym być szczera, tylko on zniósł dobrze moje rozstanie z Arturem i był jedyną osobą w tej rodzinie, której mogłam wszystko powiedzieć bez narażania się na histerię. Z tego samego powodu pewnie nie powiedział nic matce (lata małżeństwa jednak wyrabiają w człowieku instynkt samo­zachowawczy), a babcia trzymała język za zębami po to, żebym radziła sobie sama.

Teraz jednak porzuciłam te rozważania i pobiegłam za nim.

Domek nie był duży. Drzwi wejściowe prowadziły do przyciasnego przedsionka, z którego przechodziło się do kuchni z piecem kaflowym połączonej z jadalnią. Dalej po lewej mieścił się niewielki salonik, a naprzeciwko niego łazienka.

Prawdziwą perłą była jednak sypialnia. Drewniane schody zaczynające się tuż obok wejścia do łazienki prowadziły na coś na kształt antresoli z ogromnym oknem wychodzącym na oczko wodne i szafką nocną zawaloną znajomymi książkami.

To tutaj je zostawiłam!

– Możesz mu coś powiedzieć? – odezwał się tata, przywracając mnie do rzeczywistości.

Podążyłam szybko za jego wzrokiem.

Najpierw zauważyłam długie nogi, opięte modnymi dżinsami i zgięte w kolanach. Zaraz potem zgrabny tyłek, próbujący ustabilizować pozycję, a następnie połowę bordowej koszuli i wsparte na drzwiczkach ugięte łokcie. Podejrzewałam, że gdyby się dało, graficy pracujący nad kamasutrą odrysowaliby tę scenę jeden do jednego w rozdziale poświęconym pozycji „na pieska”.

Szkoda tylko, że z głową w piekarniku.

– Nie chcę cię martwić, ale ten piecyk jest w pełni elektryczny – oznajmiłam, biorąc się pod boki. – Jedyne, co zrobisz, to upieczesz sobie twarz.

– Wszystko mi jedno! – rozległ się głos z wnętrza kuchenki.

Spojrzałam porozumiewawczo na tatę, który – sądząc po minie – najchętniej wyciągnąłby stamtąd nieproszonego gościa siłą. Uniosłam rękę, żeby jeszcze chwilę się wstrzymał, i odparłam:

– W sumie racja. I tak nie masz czym szastać, a poparzenia przynajmniej zwróciłyby uwagę.

Nie sądziłam, że się uda, ale po jakiejś sekundzie z piekarnika wyłoniła się reszta bordowej koszuli razem z ramionami, szyją i głową.

A także pragnącym zasztyletować mnie na miejscu wzrokiem.

– Ja nie mam czym szastać?! – zawołał oburzony.

Sądzę, że znaczna część kobiet oznajmiłaby zgodnie: „Dobra, jednak masz”, widząc tę wysoką sylwetkę, niesforne ciemne włosy i szmaragdowe czy.

– Ta twarz została stworzona rękami samego Boga, a anioły za jego plecami wyśpiewywały wtedy Ave Maria!

Moje uszy śpiewałyby Ave Maria, gdybym zakleiła mu usta podwójną taśmą.

– Czy on się nawąchał jakichś wyziewów z tej kuchenki? – spytał szeptem mój tata.

– Niestety nie – odpowiedziałam z pełną odpowiedzialnością.

Kamil Lutowski był najlepszą wersją samego siebie – i w tej kwestii od lat nic się nie zmieniło.

Dlatego teraz chował się w mojej kuchni prawdopodobnie przed swoją drugą byłą żoną.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Podziękowania

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni, opieka redakcyjna: Justyna Żebrowska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Ewa Popielarz

Projekt i grafika na okładce: Anna Jamróz

Copyright © 2022, Anita Chrząszcz

Copyright © 2022, Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-8321-207-4

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Aneta Vidal-Pudzisz