Fałszerka obrazów - Barbara A. Shapiro - ebook

Fałszerka obrazów ebook

Barbara A. Shapiro

0,0
38,60 zł

lub
Opis

Prawie dwadzieścia pięć lat po słynnej, do dziś nierozwiązanej, kradzieży w Isabella Stewart Gardner Museum do bostońskiego studia młodej artystki trafia skradzione płótno Edgara Degasa. Związana wieloznaczną umową z potężnym właścicielem jednej z wiodących galerii dziewczyna - w zamian za prestiżową wystawę solową - zgadza się sfałszować obraz słynnego artysty. Przystępując jednak do pracy nad arcydziełem zaczyna podejrzewać, że sam otoczony czcią obraz Degasa został sfałszowany… Trzymający w napięciu kryminał o tym, czego nie widać na pierwszy rzut oka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 453

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału: The Art Forger
First published in the United States under the title: The Art Forger: A Novel Copyright © 2012 by Barbara Shapiro Published by arrangement with Algonquin Books of Chapel Hill, a division of Workman Publishing Com., Inc., New York and Graal Literary Agency Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa 2021
Copyright for this edition © 2021 Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o., Warszawa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie ani powielana graficznie, elektronicznie czy mechanicznie, w tym za pomocą kopiowania, nagrywania, ani przechowywana w informatycznej bazie danych bez pisemnej zgody wydawcy. Prosimy o przestrzeganie praw twórców do ich własności intelektualnej i nieudostępnianie treści książki w sieci.
Tłumaczenie: Dagmara Budzbon-Szymańska
Redakcja: Agata Żabowska
Korekta: Aleksander Kmak
Projekt okładki: 3oko Krzysztof Kiełbasiński
Skład i łamanie: GJ-studio Grażyna Janecka
ISBN 978-83-213-5162-9
CIP  Biblioteka Narodowa
Shapiro, Barbara A.
Fałszerka obrazów / B. A. Shapiro ; przekład
Dagmara Budzbon-Szymańska. Wydanie I. -
Warszawa : Letra, 2021
Wydanie I, 2021. Symbol 5290/R
Wydawnictwo ARKADY Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 50/[email protected], www.arkady.euwww.facebook.com/Wydawnictwo.Arkadywww.facebook.com/Wydawnictwo.LeTra księgarnia firmowa tel. 22 444 86 61, e-mail: [email protected]
Wyłączny dystrybutor: DOBRA 28 Sp. z o.o. ul. Dobra 28, 00-344 Warszawa tel. 22 444 86 94 e-mail: [email protected], www.dobra28.pl księgarnia wysyłkowa: www.arkady.info tel. 22 444 86 97
Konwersja: eLitera s.c.
.

Ta powieść jest fikcją. Jak w każdej fikcji, pewne zawarte w niej spostrzeżenia i przemyślenia oparte są na doświadczeniach. Jednak wszelkie imiona, postaci, wydarzenia i większość miejsc to tylko i wyłącznie wytwory wyobraźni autorki. Żadne odniesienie do jakiejkolwiek rzeczywistej osoby nie jest zamierzone i nikt nie powinien się go doszukiwać.

Dla Dana, który nigdy się nie poddał

Każdy obraz to przede wszystkim produkt wyobraźni artysty. Nigdy nie powinien być kopią.

– Edgar Degas

21. ROCZNICA KRADZIEŻY W GARDNER MUSEUM

Tajemnica największej kradzieży dzieł sztuki w historiinadal pozostaje nierozwiązana.

Boston, MA – 18 marca 1990 we wczesnych godzinach porannych dwóch mężczyzn przebranych za policjantów związało i zakneblowało dwóch strażników w Isabella Stewart Gardner Museum i ukradło trzynaście dzieł sztuki, wartych dziś ponad 500 milionów dolarów. Wśród skradzionych obrazów znalazły się bezcenne arcydzieła, takie jak Burza na Jeziorze Galilejskim Rembrandta, Koncert Vermeera i Po kąpieli Degasa. Policja poświęciła na śledztwo tysiące godzin. Sprawa dawno się już przedawniła, a prace nigdy nie zostały odzyskane. Na znalazcę czeka nagroda w wysokości pięciu milionów dolarów.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat FBI prześwietliło znanych złodziei dzieł sztuki i innych podejrzanych, związanych tak z organizacjami przestępczymi, jak i z kościołem katolickim. Agenci podążali za poszlakami przez całe Stany Zjednoczone, Europę i Azję. Wśród podejrzanych znaleźli się syn pewnego policjanta, Irlandzka Armia Republikańska, Whitey Bulger i bostońska mafia, handlarz antykami, informator Scotland Yardu i pracownik domu aukcyjnego w Nowym Jorku. Nikt nie został aresztowany.

Gardner Museum prosi o kontakt z biurem FBI w Bostonie każdego, kto posiada jakiekolwiek informacje o miejscu pobytu zaginionych dzieł sztuki.

„Boston Globe”

17 marca 2011

1

Robię krok w tył i przyglądam się obrazom. Jest ich jedenaście, choć mam ich w sumie setki, może nawet tysiące. Ale chcę mu pokazać tylko płótna z cyklu okien. Albo nie. Wyciągam komórkę z kieszeni, sprawdzam, która godzina. Mogę jeszcze zmienić zdanie. Usuwam Wieżę, bardzo realistyczny obraz odbić na szkle budynku Hancock. W jego miejsce ustawiam Chodnik, abstrakcyjną kompozycję ukazującą Commonwealth Avenue przez okno wykuszowe z salonu. Potem zamieniam je z powrotem.

Nad cyklem okien pracuję od ponad dwóch lat, biegając po mieście ze szkicownikiem i Nikonem. Okna kościelne, okna odblaskowe – wszechobecne zatoki Bostonu. Duże, małe, stare, połamane, drewniane i w metalowych ramach. Okna od zewnątrz i od wewnątrz. Szczególnie lubię je popołudniami w późną zimę, zanim ktokolwiek w środku zauważy ciemniejące niebo i zatrzaśnie rolety.

Wieszam Chodnik obok Wieży. Teraz jest ich dwanaście, okrągła liczba. Ale czy to wystarczy? Za dużo i może się poczuć przytłoczony. Za mało, a będzie tęsknił za polotem, zarówno pod względem ilości, jak i treści. Tak trudno się zdecydować. To jeden z wielu powodów, dla których wizyty studyjne zawsze mnie stresują.

A tak w ogóle, to o co chodzi z tą wizytą? Jestem pariasem w świecie sztuki, nazywają mnie Wielką Symulantką. I to od ponad trzech lat. A tu nagle Aiden Markel, właściciel światowej sławy Markel G, przybywa, by spotkać się ze mną na moim poddaszu. Aiden Markel, który zaledwie kilka miesięcy temu ledwo dostrzegł moją obecność, kiedy poszłam do jego galerii obejrzeć najnowszą wystawę. A teraz nagle taki przyjazny, pochlebczy, chce zobaczyć moje najnowsze prace. Opuszcza swoją elegancką galerię na Newbury Street, aby odwiedzić mnie w slumsowej SoWa. By przyjrzeć się moim obrazom, jak powiedział, „in situ”.

Spoglądam na dwa obrazy stojące na sztalugach w głębi pokoju. Kobieta kończąca kąpiel, akt kobiety wychodzącej z wanny, której pomaga ubrana pokojówka, został namalowany przez Edgara Degasa pod koniec XIX wieku. Wersja z mojego studia została namalowana przez Claire Roth na początku XXI wieku. Drugi obraz jest stworzony tylko do połowy: to Camille Pissaro, Ogród warzywny z kwitnącymi drzewami, Wiosna, Pontoise à la Roth. Reproductions.com płaci mi, żebym je malowała, a następnie sprzedaje je online jako „doskonałe repliki”, których „pochodzenie może rozpoznać tylko historyk”. Za dziesięciokrotność mojej ceny. Oto moje najnowsze prace.

Odwracam się znów do moich okien, robię krok do przodu, mrużę oczy, robię jeszcze jeden krok. Tak musi zostać. Zarzucam znoszony meksykański koc na pognieciony materac w rogu, następnie zbieram brudne naczynia rozrzucone po studiu i wrzucam je do zlewu. Zastanawiam się, czy je pozmywać. Decyduję, że jednak nie. Jeśli Aiden Markel chce „in situ”, będzie miał „in situ”. Ale napełniam miseczkę orzechami nerkowca i wyciągam butelkę białego wina – nigdy nie podaję czerwonego w czasie wizyt studyjnych – i dwie szklanki po soku.

Pochodzę do przodu studia i wyglądam przez okna na Harrison Avenue. To widok uwieczniony na moim Poddaszu. Spędziłam tu dużo czasu udając, że pracuję nad najnowszym projektem, a tak naprawdę głównie marząc, szpiegując i zwlekając. Moje studio znajduje się na czwartym piętrze, a każde z sześciu okien przede mną rozciąga się od pół metra nad podłogą do pół metra poniżej wysokiego na cztery i pół metra sufitu.

Kiedyś była tu fabryka. Chusteczek do nosa, jak powiedział mi jakiś staruszek. Ale staruszkowie nie są znani ze swojej wiarygodności, więc mogły to być kapelusze, szelki, a może nawet w ogóle nie była to fabryka. Teraz jest tu labirynt pracowni artystów. Niektóre, jak w moim przypadku, to studia mieszkalne. Oczywiście nielegalne, ale tanie.

Według doniesień mediów, SoWa – South of Washington, na południe od Washington Street – jest nową modną dzielnicą na południowym krańcu bostońskiego South End. Północ była modna jakieś dziesięć lat temu. Ale tak dla mnie, jak i dla każdego, kto spędza tu trochę czasu, SOWA to przede wszystkim skrajności. Magazyny, studia, słynne schronisko dla bezdomnych i opuszczone boiska do koszykówki tworzą podstawę sąsiedztwa, chaotycznie poprzecinaną drogimi restauracjami, galeriami sztuki i nieskazitelnymi, budynkami mieszkalnymi z ochroną. Ryk I-93 jest tak wszechobecny, że brzmi jak cisza. Nie chciałabym żyć nigdzie indziej.

Widzę, jak Aiden Markel skręca zza rogu East Berkeley, idąc swoim zgrabnym krokiem. Nawet z odległości pół przecznicy dostrzegam, że ma na sobie idealnie skrojone spodnie – najprawdopodobniej lniane – i koszulę wartą jakieś pięćset dolarów. Jest prawie trzydzieści stopni, późnoletnie popołudnie, a on wygląda, jakby wyszedł z mieszkania w Back Bay w chłodny wrześniowy poranek. Wyciąga komórkę, spogląda na mój budynek i dotyka ekranu. Mój telefon dzwoni.

W korytarzu i na klatce schodowej nie ma windy ani klimatyzacji. Kiedy docieramy na czwarte piętro, Markel oddycha spokojnie, a jego ubranie nadal wygląda świeżo. To musi być efekt siłowni. Nie wspominając o tym, że nie przestał mówić, odkąd wpuściłam go do środka. Nikt by się nie domyślił, że nie rozmawialiśmy ze sobą od prawie trzech lat.

– Niedawno byłem tu niedaleko, tuż za rogiem – mówi Markel, kontynuując swój monolog. – Dedham i Harrison. Przyjrzałem się najnowszemu projektowi Pata Hirsi. Znasz go, prawda?

Potrząsam przecząco głową.

– Pracuje w kostce brukowej. Bardzo pomysłowe.

Obiema rękoma otwieram szerokie stalowe drzwi.

Markel przekracza próg, bierze głęboki oddech i zamyka oczy.

– Nie ma to jak zapach artysty przy pracy.

Oczy ma cały czas zamknięte. Nie do końca o to mi chodzi. Przyszedł tu, żeby obejrzeć moje obrazy, zakochać się w nich i zaproponować mi wystawę indywidualną w Markel G. Jasne. Jakby to w ogóle było możliwe. Chociaż tego, co się ma wydarzyć i dlaczego tak naprawdę się tu pojawił, nie potrafię nawet pojąć.

– Co powiesz na kieliszek wina? – pytam.

Nareszcie otwiera oczy i uśmiecha się do mnie ciepło.

– A dotrzymasz mi towarzystwa?

Nie mogę się powstrzymać i odwzajemniam uśmiech. Markel nie jest klasycznie przystojny, jego rysy twarzy są zbyt ostre, ale jest w nim coś, co mnie pociąga: szerokie, głęboko osadzone oczy, dołek w brodzie. Można to nazwać charyzmą. No i nasza wspólna historia.

– Pewnie.

Chwytam stos płócien, o których zapomniałam, że leżały na mojej poobijanej kanapie i opieram je o jeszcze bardziej poobijany stolik. Czasami wydaje mi się, że jestem żywą parodią samej siebie: głodująca artystka, która śpi na materacu w swoim studio, żeby zaoszczędzić na czynszu. A jednak tak właśnie jest.

Markel się nie porusza. Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę, po czym przenosi wzrok ponad moje ramię. Wygląda na zamyślonego. Wiem, że myśli o Isaacu. Powinnam chyba coś powiedzieć, ale nie wiem, co. Że mi przykro? Że nadal jest mi źle? Że też straciłam przyjaciela?

Nalewam wino do dwóch szklanek, a on siada na kanapie. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ jest zbyt nierówna i głęboka, aby zapewnić jakikolwiek komfort. Powinnam kupić nową lub przynajmniej jakąś używaną w lepszym stanie, ale właściciel lokalu właśnie podniósł czynsz i jestem praktycznie spłukana.

Siadam w bujanym fotelu naprzeciw niego i pochylam się do przodu.

– Słyszałam, że wystawa Jocelyn Gamp wypadła bajecznie.

Bierze łyk wina.

– To były jej wytapiane rzeźby. Sprzedała wszystko, co miała. I dostała trzy zamówienia. Niesamowita kobieta. Niesamowita artystka. Met poprosił ją o wizytę studyjną.

Podoba mi się, że nie przypisuje sobie żadnej zasługi. „Sprzedała” zamiast „sprzedałem” albo chociaż „sprzedaliśmy”. To niezwykle rzadkie na tle większości handlarzy sztuką i właścicieli galerii o rozbudowanym ego.

– Nieczęsto wystawa z Bostonu zostaje opisana na łamach „New York Timesa” – podlizuję się.

– Tak, to było naprawdę niezłe – przyznaje. – Cieszę się, że nadal śledzisz to, co dzieje się w świecie sztuki. Mimo tego, że my nie śledziliśmy dokładnie twojego świata.

Spoglądam na niego przenikliwie. Co to ma do cholery znaczyć? Ale widzę, że w jego oczach widać współczucie, może nawet odrobinę poczucia winy.

– Pomarańczowy akt Isaaca sprzedał się w zeszłym tygodniu – mówi.

Ach. Wszyscy wiedzą, że pozowałam do Pomarańczowego aktu. Mimo że to abstrakcja, zdradzają mnie moje długie, rozwichrzone, rude włosy, bladość skóry i brązowe oczy. Gdybym nie wyrzuciła tego obrazu za drzwi, kiedy z sobą zerwaliśmy, prawdopodobnie mieszkałabym teraz w mieszkaniu w Back Bay, zamiast wynajmować studio w poprzemysłowym budynku w SOWA. Chociaż z drugiej strony, nie jestem typem z Back Bay.

– Nawet mi nie mów, ile za niego dostałeś.

– Oszczędzę ci tego. Ale ta transakcja sprawiła, że zacząłem myśleć o tobie i o ciężkiej sytuacji, w jakiej się znalazłaś.

Z trudem staram się ukryć zaskoczenie. W ciągu ostatnich trzech lat nikt poza kilkoma kumplami artystami i moją matką, która nigdy tak naprawdę nie rozumiała, o co w tym wszystkim chodzi, nie spojrzał na sytuację z mojego punktu widzenia.

– Więc postanowiłem wpaść i zobaczyć, co robisz – ciągnie. – Może mogę jakoś pomóc.

Serce zaczyna mi bić mocniej i aż podskakuję.

– Przygotowałam parę płócien z mojego ostatniego cyklu – wskazuję w kierunku obrazów. – To oczywiście okna.

Markel zbliża się do płócien.

– Okna – powtarza i patrzy na wszystkie dwanaście prac z daleka, po czym podchodzi do każdego z osobna.

– To miejskie okna, bostońskie. W tematyce Hoppera, ale bardziej wielowymiarowe. Pokazują nie tylko publiczną twarz samotności, ale też to, kim jesteśmy w wielu wymiarach. Niewidoczne od wewnątrz. Lub widziane nieświadomie. Zawsze na świeczniku: z zewnątrz, pozujące lub zapominające. Separacje, odbicia, załamania.

– Światło – mruczy. – Świetne światło.

– To też. Bez światła nie widać nic. A z nim i tak wiele rzeczy pozostaje niezauważonych. – W czasie wizyt w studiu mówię zupełnie jak pompatyczny krytyk sztuki.

– Twoje światło jest niesamowite. Subtelne. Prawie jak u Vermeera. – Wskazuje na Poddasze – uderza mnie różnica w wartości światła w lewym i prawym oknie. – Podchodzi parę kroków bliżej. – Każde jest nieco inne, a jednak każde jest świetlistą częścią całości.

Też jestem zadowolona z tej konkretnej gry światła, ale żeby porównać to do Vermeera, mistrza światła...

– Ile warstw nakładasz?

Nie mam ochoty dzielić się tą informacją. Bardzo niewielu artystów używa obecnie klasycznych technik olejnych, a ci, którzy to robią, nie są aż tak nonszalanccy, jeśli chodzi o laserunek. Wzruszam ramionami.

– Osiem? Dziewięć? – To i tak mało jak na mnie.

– Przypomina mi to światło padające na czarno-białą podłogę z płytek w Koncercie. – Podchodzi bliżej do Poddasza. – Tutaj światło odbija się od budynku. To prawie tak, jakby diamentami muskać ogniwa łańcucha.

Cofa się, przygląda się obrazom dokładnie, zupełnie jak ja wcześniej.

– Uwielbiam, jak bawisz się klasycznym stylem i współczesnymi tematami, abstrakcją. Ale tym, co mnie najbardziej porywa, są twoje realistyczne prace.

Lekceważąco wskazuje ręką na Chodnik.

– Abstrakcje nie są aż tak mocne.

– Nie za kanapowe? – pytam. Kanapowe to w mowie artystów obraźliwe określenie dla obrazów kupowanych przez ludzi, którzy szukają prac pasujących do ich wystroju wnętrz.

Markel śmieje się.

– Daleko im do tego. Przez lata próbowałem powiedzieć ludziom, że sztuka realistyczna nadal żyje. Że nic nie może równać się wielkiemu talentowi w klasycznym oleju.

Ciepło wypełnia całe moje ciało i biegnie aż do twarzy. Już od dawna nikt niczego takiego o mnie nie powiedział.

– Mam ich dużo więcej – mówię kierując się do trójpoziomowego regału, który zbudowałam, by pomieścić moje książki o sztuce i płótna.

Chociaż teraz wszystkie moje płótna i książki piętrzą się w na wpół poukładanych stosach na podłodze. Na półkach oczywiście panuje bałagan. Ale to bałagan, który znam doskonale. Zaczynam wyjmować obrazy, zanim powie, że chce je zobaczyć. Biorę drabinę. Potrzebuję jej, by dosięgnąć najwyższej półki, gdzie przechowuję większość moich bardziej realistycznych płócien. Tych, o których myślałam, że nie zainteresują nikogo.

– A to twoje kopie? – krzyczy Markel z drugiej części pomieszczenia.

Spoglądam przez ramię.

– Tak. Zwykle nie trzymam tu tych ukończonych. Ale ciężarówka jest zajęta cały tydzień, więc Degas nie zostanie odebrany przed piątkiem.

– Reproductions.com. Uwielbiam tę nazwę. Widziałem artykuł w „Globe” w zeszłym miesiącu. Niezła reklama dla ciebie... – waha się. – A może niekoniecznie?

– Nie do końca taka, jakiej bym chciała. – Właśnie tego potrzebuję: rozgłosu, że maluję arcydzieła kogoś innego. – Chciałam się wycofać się z wywiadu, ale Repro by mi tego nie darowało.

– Biznes idzie im tak dobrze, jak się chwalą?

– Prawdopodobnie nawet lepiej – mówię, chociaż tak naprawdę nie słucham i wcale nie jestem zainteresowana Repro. Jestem zbyt skupiona na wyciąganiu moich najlepszych obrazów. Tylko paru. Światło. Podoba mu się interesujące, głębokie i przezroczyste. Łapię za jeden. Niewystarczająco mocny. Biorę następny.

– O, to jest kanapowe – mówi, wskazując na Pissarro, który chociaż niekompletny, jest oczywiście wypełniony drzewami pokrytymi masą białych kwiatków.

Śmieję się.

– Dla pretensjonalnych.

– Ale biednych – dodaje.

Schodzę w dół z trzema płótnami pod pachą.

– Nie aż tak biednych. Te rzeczy kosztują po parę tysięcy dolarów. Te większe nawet dziesiątki tysięcy. Niestety, mnie przypada tylko skromna część.

Szybko usuwam ze ściany moje bardziej abstrakcyjne obrazy. Zastępuję je tymi, które właśnie wybrałam. Odwracam się do niego, ale on się gapi na kopię obrazu Degasa.

– Jesteś w tym naprawdę dobra.

– To lepsze niż bycie kelnerką.

Jego oczy są cały czas na płótnie.

– No myślę.

– Późne prace Degasa nie są wcale tak trudne do skopiowania. Nie to, co jego wczesne oleje. To dopiero prawdziwe cholery – mówię, starając się być uprzejma, chociaż każda moja cząstka chce złapać Markela i przeciągnąć go na drugą stronę studia. – Te wszystkie warstwy. Malujesz i czekasz. Malujesz i czekasz. To może trwać miesiącami, nawet latami.

– I tak robisz dla reproductions.com?

– Nie. Nigdy. Tak malowane obrazy musiałabym sprzedawać za setki tysięcy dolarów. – Podchodzę do niego. – Degas to moja specjalność, szczególnie jego oleje. Mam nawet certyfikat ukończenia kursu od Repro, cokolwiek to oznacza. – Wskazuję na stosy książek leżących w rogu. – Pracuję nad propozycją książki o Degasie. O jego relacjach z innymi artystami, handlarzami, kolekcjonerami z jego czasów. Kiełkowanie sztuki na różnych płaszczyznach. Tego rodzaju rzeczy. Ale nie poświęcam temu tyle uwagi, ile powinnam.

Oczy Markela są nadal wlepione w moją kopię.

– To zdecydowanie lepszy użytek z twojego czasu. Doceniają cię?

– Czasem dostanę premię, jak ktoś zamówi kopię Degasa z zastrzeżeniem, że ma być zrobiona przez artystę – wzruszam ramionami. – Chociaż trudno nazwać artystą osobę, które kopiuje dzieła sztuki.

Nie zaprzecza, więc wskazuję na moje prawdziwe prace. Po raz ostatni patrzy na Kobietę kończącą kąpiel, potem idzie za mną.

Stoimy w ciszy, wpatrując się w moje okna. Zmuszam się do tego milczenia, żeby prace przemówiły same za siebie.

Po dwóch minutach, które wydają się być dwudziestoma, Markel dotyka mojego ramienia.

– Usiądźmy.

Podchodzimy do kanapy i siadamy na jej przeciwległych końcach. On kończy wino i nalewa sobie kolejną szklankę. Ja nie chcę, by mi dolewał. Mam ochotę na wino, ale obawiam się, że jestem zbyt roztrzęsiona, by wypić więcej.

Markel odchrząkuje, bierze kolejny łyk.

– Claire, właśnie dostałem życiową szansę. Szansę zrobienia czegoś dobrego, naprawdę dobrego dla wielu ludzi. Mam nadzieję, że pomyślisz tak samo o propozycji, którą mam dla ciebie. – Przerywa. – Chociaż przypuszczam, że dla ciebie będzie to bardziej pakt zawarty z diabłem.

Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówi, ale wyłapuję słowo „szansa”.

– I ty jesteś tym diabłem?

Energicznie potrząsa głową.

– Diabłem jest ten, kto dał szansę mnie. Chociaż nie wiem, kim jest. Jestem od niego zupełnie odcięty.

– Jak Dante?

To był żart, ale on zastanawia się nad tym pytaniem, jak profesor próbujący odpowiedzieć swemu przedwcześnie dojrzałemu uczniowi.

– Nie. Pionki to lepsza analogia. Ale takie sprytne pionki, które mogą zbić królową. Tak czy inaczej, mieszam moje metafory.

– Nie mam problemu z diabłem. Jestem jedną z tych osób, które myślą, że raj byłby zbyt nudny. Ale bycie pionkiem nigdy do mnie nie pasowało.

Tym razem się śmieje, ale widzę, że jest to śmiech wymuszony.

– Więc zostańmy przy diable.

Dość tego.

– Dobrze – mówię. – O czym my w ogóle mówimy?

Patrzy mi prosto w oczy.

– O czymś nie do końca zgodnym z prawem.

Nie spuszczam wzroku.

– Myślałam, że mówiłeś, że to okazja zrobienia czegoś dobrego?

– Zakończenie jest dobre, ale sposób, by do niego dojść, jest trochę podejrzany.

– Nielegalny?

– Są rzeczy nielegalne i nielegalne.

– A ta to która z nich?

Markel patrzy na wprost na mojego Degasa i Pissarro.

I nagle wszystko staje się jasne.

– Ach – to wszystko, na co mnie stać.

Bierze łyk wina i wygodnie rozkłada się na nierównej kanapie. Najbardziej niewygodna część tej rozmowy najwyraźniej dobiegła końca. Krzyżuję ręce na piersi.

– Nie mogę uwierzyć, że po tym wszystkim, co się stało, ty, ze wszystkich ludzi na świecie, w ogóle rozważasz, żeby mnie prosić o sfałszowanie obrazu.

– Ile ci płaci reproductions.com?

– Płacą mi za kopiowanie, nie za fałszowanie.

– Mówiłaś, że płacą ci skromną część. Parę tysięcy za obraz? Więcej?

Często mniej, ale potakuję.

– Zapłacę ci pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Do tego zwrot kosztów, oczywiście. Jedna trzecia zaliczką z góry, druga część po ukończeniu i mojej akceptacji, trzecia po autentyfikacji.

– Czy to przez to, co się stało z Isaakiem?

– To pomimo tego, co się stało z Isaakiem.

Jestem zszokowana tą odpowiedzią i musi to być widoczne w moim wyrazie twarzy, bo mówi:

– Jesteś najlepsza do tego projektu.

– Spośród tysięcy artystów, jakich znasz?

Znów patrzy przez pokój na reprodukcję Degasa.

– Jesteś jedyną osobą, której mogę zaufać.

– Skąd wiesz, że nikomu nie powiem?

– To nie w twoim stylu – mówi. I ma rację. Ci, którzy sami byli ofiarą plotek wiedzą, kiedy trzymać usta na kłódkę.

– A co, jeśli cię wydam? Zawsze mogę pójść na policję.

– Nie wtedy, kiedy zrozumiesz, co jest stawką – mówi.

– Więc powiedz mi.

– Nie żartowałem, gdy mówiłem o twoich obrazach, Claire. Masz wyjątkowy talent. Zawsze go miałaś. To, że zostałaś wykluczona, nie znaczy, że nie umiesz malować – przerywa. – Chciałbym zorganizować indywidualną wystawę twoich prac w mojej galerii.

Ledwo ukrywam westchnienie.

– Za sześć, dziewięć miesięcy – mówi. – Kiedy już skończysz ten projekt. Czy myślisz, że mogłabyś przygotować do tego czasu dwadzieścia obrazów? Z tych z najbardziej realistycznym wykończeniem?

Odwracam się, by ukryć moje myśli. Moja własna wystawa w Markel G. Marzenie nie do zrealizowania.

– Jestem pewien, że mogę zapewnić ci tego samego dziennikarza z „Timesa”, który pisał o Jocelyn Gamp. Napisze też o tobie – mówi.

„New York Times”. Sprzedaż. Zamówienia. Metropolitan Museum of Art odwiedzające studio. Czuję, że boli mnie serce.

– Claire, proszę, spójrz na mnie.

Kiedy to robię, mówi:

– Ochronię cię. Mówiłem, że jestem odcięty od kogokolwiek, kto cokolwiek o tym wie. A ty będziesz odcięta ode mnie.

– A gdzie następuje ta część, kiedy robimy coś dobrego?

– Powiem ci wszystko, jeśli potwierdzisz, że w to wchodzisz.

– Na pewno nie zgodzę się na zrobienie czegoś tak tajemniczego.

Markel wstaje.

– Pomyśl o tym. – Dotyka mojego ramienia. – Odezwę się do ciebie w przyszłym tygodniu.

– Jesteś diabłem.

– Jeśli wierzysz w diabły.

W które, oczywiście, zupełnie nie wierzę.

2

Po wyjściu Markela zapadam się w kanapę i gapię na rury i otwory wentylacyjne ścigające się po suficie. Próbuję przetrawić najdziwniejszą wizytę studyjną, jaką kiedykolwiek miałam. Markel G. Moja własna wystawa. Cudowna opcja odzyskania wszystkiego, co zostało utracone, wszystkiego, co zawsze chciałam. Ale być fałszerzem? Udawać? To absolutnie ostatnie, co chcę robić.

„Jesteś w tym naprawdę dobra”.

Wstaję z kanapy, podchodzę do okien frontowych i patrzę na Harrison Avenue. Spoglądam na ogrodzony parking i na podwyższoną autostradę w oddali, potem na moje płótna z oknami, ustawione wzdłuż ścian.

„Masz wyjątkowy talent. Zawsze go miałaś”.

Niech go szlag. Niech szlag trafi jego, jego komplementy, jego oferty i sznureczki, za które pociąga.

Biorę mój plecak i idę do Jake’a, baru, w którym wszyscy znają moje imię. Niestety, znają nie tylko imię. Wiedzą także o wizycie Markela.

„Są rzeczy nielegalne i nielegalne”.

Kiedy docieram do baru, zaciskam zęby i otwieram drzwi. Jake to miejsce stare i dumne, zupełnie inne niż ekskluzywne lokale na południe od Back Bay. Brak tu niebieskich martini, zaś stoły pokryte są bliznami od lat użytkowania, a nie celowo przetarte, by wyglądać szykownie. Nie ma kamerdynera, bo klienci przychodzą tu ze swoich malutkich apartamentów lub kawalerek. Neon Budweisera wisi w wąskim oknie, by odstraszyć tych zbyt trendy.

Większość mojego towarzystwa już tu jest; w końcu to szósta, godzina drinków. Po niej przychodzi godzina jedzenia – menu to hot dogi, hamburgery i club sandwich – po czym znów następuje godzina drinków. Jedna lub parę.

Widzą mnie i ręce idą w górę. To znak rozpoznawczy naszej paczki.

Mike wskazuje na pusty stołek barowy stojący obok niego.

– Tutaj – mówi i wraca do rozmowy z Małą. Ksywka Małej to Mała, bo jest bardzo malutka – najwyżej metr pięćdziesiąt, pewnie nawet mniej. Mówi, że nazwała się Mała, żeby stawić czoła temu problemowi, a także dlatego, że jej prawdziwe imię jest tak etniczne, że od razu by ją zaszufladkowano. Mike jest wyższy od niej tylko o jakieś 15 centymetrów, ale jest zbyt niepewny siebie, by zdobyć się na tak przenikliwą samocenę. Do tego jest mężczyzną.

Siadam na stołku. Maureen, właścicielka i barmanka, otwiera butelkę sama adamsa i stawia ją przede mną. Wie, że nie potrzebuję szklanki. Rik, dobrze zbudowany, przystojny i z kangurzymi rzęsami, których pragnie każda kobieta, jaką znam, nachyla się od tyłu, żeby mnie pocałować.

– Mów – żąda.

Rik to jedyny z moich przyjaciół ze studiów, który mnie wsparł po tym, jak „afera Culliona” przedostała się do Muzeum Sztuk Pięknych i do środowisk artystycznych Bostonu i Nowego Jorku. Za to go uwielbiam.

Odwzajemniam pocałunek.

– Dzień dobry.

– Chcę poznać każdy najsmaczniejszy szczegół. – Rik zawsze chce poznać każdy najsmaczniejszy szczegół.

– Cóż, mam wrażenie, że spodobały mu się niektóre z moich prac, zwłaszcza obrazy, w których użyłam – ściszam głos naśladując tenor Markela – „klasycznego realizmu w nowoczesnych tematach”. Powiedział, że zadzwoni, ale wydaje mi się, że chciał mnie spławić.

– A czy ten wspaniały człowiek powiedział ci, dlaczego nagle zdecydował się zaszczycić cię swoją jakże cudowną obecnością?

– Powiedział to samo, co wcześniej: że chciał zobaczyć, co porabiam.

– Nic o Sir Isaacu Cullionie? – Kiedy nie odpowiadam, Rik dodaje – ani jednego maluteńkiego, samotnego słówka?

Znam Rika wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że muszę mu coś powiedzieć. Nie odpuści, dopóki nie pozna prawdy. Wydaję z siebie dramatyczne westchnienie.

– Powiedział, że sprzedał Pomarańczowy akt Isaaca. I że to sprawiło, że pomyślał o mnie.

Mała odwraca się w naszą stronę, a Mike kładzie mi dłoń na ramieniu. Maureen opiera łokcie na barze. Danielle i Alice, które siedzą obok Rika, milkną. Wszyscy patrzą na mnie wyczekująco. Prawie nie mamy przed sobą tajemnic, szczególnie takich związanych z karierą, a do tego to chyba jedyni ludzie, którzy naprawdę wierzą, że Isaac kłamał.

– Nie poszło zbyt dobrze? – pyta Mike.

Czasem nazywamy Mike’a „kościelną babcią”, żeby żartobliwie oddać cześć jego głębokiemu poczuciu dobra i zła. Byłby wstrząśnięty ofertą Markela. A jeszcze bardziej wstrząśnięty tym, że nie odmówiłam mu od razu.

– Wydaje mi się, że nie, chociaż nie miałam zbyt dużych oczekiwań – to kłamstwo, które każdy rozpoznaje. Każdy z nich mówi mniej więcej to samo po dużym rozczarowaniu związanym z karierą. W ten sposób dajemy radę iść do przodu.

– Shot tequili dla tej pani – mówi Mike do Maureen.

Mike to jedyny z nas, artystów, który może pozwolić sobie na drinki. Jest prawnikiem w ciągu dnia, malarzem w nocy.

Wypijam shota, gdy tylko go dostaję. Ciepło rozlewa mi się po gardle i po moim pustym żołądku. Niebezpieczne, szczególnie jeśli Maureen zdecyduje się zaserwować mi drugiego, co, biorąc pod uwagę okoliczności, najpewniej zrobi.

– Masz pojęcie, ile Markel za niego dostał? – pyta Mała.

Wiem, że mówi o Pomarańczowym akcie.

– Poprosiłam, żeby mi nie mówił.

– A bardziej do rzeczy: czy ktoś wie, czy Cullion naprawdę go namalował? – głos Danielle jest pełen sarkazmu.

W barze zapada martwa cisza. Wpatruję się w mój pusty kieliszek. Chociaż wcale tego nie chce i nigdy celowo nie skrzywdziłaby nikogo, Danielle często przekracza linię, której nie dostrzega. Jakby brakowało jej czujnika taktu.

– Claire wie – włącza się Rik. – Była tam. I nie miała na sobie żadnych ubrań.

Rzucam mu wdzięczne spojrzenie i unoszę ręce.

– Obecna i naga. Winna. Mogę potwierdzić jego autentyczność.

– Nie powinnaś była oddawać go temu oszustowi – mówi do mnie Rik. – Nawet nie... – przerywa i marszczy brwi. Oczy wszystkich podążają za jego wzrokiem. – No, no, no – mówi kwaśno – czyż to nie wspaniała Crystal Mack, nasza lokalna artystka przy pracy? Zniżasz się do naszego poziomu dziś wieczorem?

– Och, kotku – mówi Crystal, siadając na stołku obok Rika. – Nie bądź głuptasem. – Całuje go w oba policzki. – Mówicie o sprzedaży Pomarańczowego aktu? – Patrzy na mnie i puszcza oko. – Słyszałam, że cena była sześciocyfrową liczbą.

Crystal jak zwykle jest zbyt wystrojona. Jest coś bluszczowatego i superdrogiego w tej modnej zieleni, co sprawia, że ja sama wyglądam w niej, jakbym zapadła na chorobę morską. Niestety, do niej pasuje świetnie. Blondynkom dobrze w każdym kolorze.

– To pewnie ze względu na piękno modelki, a na nie umiejętności artysty – Rik obejmuje mnie ramieniem.

– To albo potęga skandalu – Crystal uśmiecha się do mnie słodko.

Crystal też często przekracza linię, ale ona dobrze wie, co robi.

Maureen stawia przede mną drugiego shota. Odwracamy się od Crystal i zaczynamy rozmowy w mniejszych grupach. Crystal zamawia podwójną szkocką, czystą, i wdaje się w ożywioną dyskusję z Maureen, udając, że barmanka nie jest jedyną osobą, która chce z nią rozmawiać. Nie żeby Crystal to obchodziło. Celem jej obecności tu jest polepszenie własnego samopoczucia poprzez pogorszenie naszego. Za każdym razem jest tak samo. Dobra wiadomość jest taka, że nikt nie zada mi więcej pytań o Markela w jej obecności. Ostatnim, co każdy z nas chce, to dać jej więcej amunicji.

O dziewiątej jedynymi osobami, które zostały, jesteśmy Rik i ja. Wszyscy inni poszli już do domu i chociaż wiemy, że my też powinniśmy, ociągamy się, nadal stojąc przy barze. Dwa shoty tequili zrobiły swoją robotę: jestem rozluźniona, miło ożywiona.

– Nadal mam przecież jakieś opcje – mówię.

Chociaż nie wspomnieliśmy o Markelu od ponad godziny, Rik wie dokładnie, o czym mówię.

– Masz masę opcji, kochanie. Znacznie więcej, niż ci się wydaje.

– Markel powiedział mi, że to, że zostałam wykluczona, nie oznacza, że nie umiem malować.

Rik otwiera szeroko oczy.

– Naprawdę ci tak powiedział, skarbie? Co za dupek.

– Nie – odpowiadam szybko. – Nie to miał na myśli.

– Więc co do cholery miał na myśli?

– Myślę, że to był komplement.

– Co za komplement... – mruczy Rik.

– W każdym razie – mówię – dotarłam do ostatniej rundy konkursu ArtWorld Trans. I nie zostałam odrzucona z pokazu Cambridgeport. Przynajmniej na razie.

– A co to ten Trans? – Rik nie jest już artystą studyjnym, więc nie bierze udziału w najnowszych konkursach i wystawach ocenianych przez jurorów. Dostał pracę w departamencie kuratorskim w Isabella Stewart Gardner Museum zaraz po ukończeniu studiów, co było niesamowitym osiągnięciem i w przeciągu czterech lat dorobił się świetnego awansu na stanowisko asystenta kuratora. Twierdzi, że nie tęskni za „artystyczną harówką, dźganiem w plecy i biedą”. Czasem mu wierzę, czasem nie.

– Twoja praca musi pokazywać to, co myślisz, kiedy słyszysz „trans” – wyjaśniam. – Transpiracja, transplant, transcendencja, transfuzja, transmutacja, transseksualność.

– Nieźle – mówi Rik i widzę, że oczyma duszy przegląda swoje obrazy ułożone w szafie, jakby sprawdzał, czy któryś by pasował. Mruga oczami, żeby zatrzymać wizję. – Co zgłosiłaś?

Wzruszam ramionami, jakby mnie to nie obchodziło.

– Kilka płócien z cyklu okien. Transparencja, tranzyt, transponowanie, translucentne. Pomyślałam, że jeśli każdy z moich obrazów będzie trochę Trans, może dać mi to przewagę.

– Brzmi jak plan.

– Słyszałam, że w przyszłym roku tematem będzie Fałsz, więc pomyślałam, że zgłoszę któreś z moich reprodukcji jako fałszerstwa.

– Dobre – mówi Rik w sposób, który jasno wskazuje, że wcale tak nie myśli. – A jak ci to w ogóle idzie?

– Markelowi się podobały.

Rik podłapuje w mig.

– Co Aidenowi Markelowi do twoich reprodukcji?

– Nie wiem, Rik. Nie umiem czytać w jego myślach. Po prostu tam były.

Rik unosi ręce do góry.

– Przepraszam. Nie chciałem nadepnąć ci na odcisk.

– Nie, skąd – mówię. – To ja przepraszam. Przepraszam.

– W porządku – Rik uśmiecha się. – Wszyscy wiemy, że nie masz mocnej głowy.

Nalega, by odprowadzić mnie do domu. To tylko parę przecznic stąd, więc się zgadzam. Mężczyźni muszą robić to, co do nich należy. Chociaż sama dobrze wiem, co oznacza życie w mieście. Znam zasady. Idź środkiem ulicy lub przynajmniej na skraju chodnika, bądź uważna i nasłuchuj. Żadnych białych słuchawek („ukradnij mojego iPoda”), żadnych sms-ów („jestem rozkojarzona”), żadnych zabaw z aplikacjami („ukradnij mojego iPhone’a”). Ale przede wszystkim nigdy, przenigdy nie wyglądaj, jakbyś się zgubiła.

Wychodzimy z Jake’a wprost w gęsty, letni żar i idziemy chodnikiem, mijając wąskie przejście do ChiRoom, restauracji fusion z kuchnią azjatycko-dominikańską, która jest teraz na czasie. Obok siedzi paru mężczyzn w brudnych ubraniach. Właściwie opierają się o śmietnik, podając sobie butelkę whisky i głośno się śmiejąc. Dobrze ubrana para podchodzi bliżej, patrzy w przejście i przechodzi na drugą stronę.

– Myślisz, że wizyta Markela mogła mieć coś wspólnego z Isaakiem? – pyta Rik.

– Isaac nie żyje – sama jestem zaskoczona ostrością mojego tonu.

Rik zatrzymuje się i odwraca do mnie.

– Hej – mówi cicho. – Wszystko ok?

– Dlaczego wszyscy myślą, że chodziło mu o Isaaca? – warczę. – Czy to takie niewiarygodne, że może być po prostu zainteresowany moimi pracami?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki