Eskadra lotnicza - Anna Więcek - ebook
Opis

Anna Anielewicz, podporucznik Polskich Sił Powietrznych, wraz z dzięwiątką innych najlepszych w całym NATO pilotów myśliwców odpowiada na zaproszenie amerykańskiego pułkownika, Jeff’a „Skyhawk” Cartera, i udaje się do bazy wojskowej Fort Worth w stanie Teksas. W czasie, gdy piloci biorą udział w ściśle tajnym szkoleniu, na drugim końcu Stanów Zjednoczonych, w Waszyngtonie, agent specjalny Kryminalnego Biura Śledczego Marynarki Wojennej (NCIS) Matthew Carter rozpoczyna swoje śledztwo w sprawie zagadkowego zaginięcia żołnierza Marines. Przeznaczenie sprawi, że na drodze bohaterów stanie przeraźliwie groźny zabójca, a ich losy już na zawsze zostaną ze sobą splecione nierozerwalną nicią lojalności, braterstwa i żądzy zemsty.

 

Eskadra lotnicza Skyhawk – Początek” jest historią o narodzinach niezniszczalnej przyjaźni, wielkiej miłości oraz genezie wojny z najbardziej tajemniczą i niebezpieczną na świecie organizacją morderców, których można zabić, ale czy pokonać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Anna Więcek

Eskadra lotnicza Skyhawk

Początek

Strona redakcyjna

Redakcja: Monika Pasek

Korekta: Katarzyna Czapiewska

Okładka: Paulina Radomska-Skierkowska

Skład: Monika Burakiewicz

© Anna Więcek i Novae Res s.c. 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

ISBN 978-83-7722-524-0

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com

Podziękowania

Serdecznie dziękuję moim pierwszym recenzentom: Anecie Dwórskiej, Tomaszowi Leżańskiemu, Robertowi Piekarskiemu oraz Filipowi Faleckiemu.

Dziękuję również Jackowi Simińskiemu oraz wszystkim internautom, którzy na forach lotniczych dzielą się swoją pasją, a dla mnie są źródłem wiedzy i inspiracji.

Serdecznie dziękuję wydawnictwu Novae Res, a w szczególności Pani Katarzynie Dambiec, Jakubowi Krzyśków, Wojciechowi Gustowskiemu oraz Krzysztofowi Szymańskiemu.

Szczególne podziękowania dla instruktorów z Fighters & Fitness: Grzegorza Dziemidoka, Istvana Nagya oraz Łukasza Osieckiego, którzy na zajęciach Krav Magi hartują ducha i ciało.

„Żyjemy po to, aby walczyć, walczymy po to, aby żyć” – Oni nauczyli mnie walczyć.

Prolog

„Jako żołnierz zawsze na rozkaz, jako przyjaciel zawsze do usług”.

Nie mogłam ze sobą wiele zabrać. Rozkaz wyraźnie określał, co powinno składać się na bagaż podręczny: paszport, legitymacja służbowa, bilet lotniczy i mała karta magnetyczna na łańcuszku z wbudowanym chipem. Dodatkowo do niedużej walizki spakowałam mundur wyjściowy i kilka drobiazgów. Ubrana w ciemne dżinsy i brązowy T-shirt zamknęłam za sobą drzwi. Wyjeżdżałam na rok, pozostawiłam wszystko tak, jakbym wychodziła na dziesięć minut, wrócić nie miałam już nigdy. Czekała mnie trudna i niebezpieczna misja, jej stawka była niewyobrażalnie wysoka.

Niczego cennego ze sobą nie zabrałam, z wyjątkiem doczepionego do blaszek platynowego medaliku w kształcie anioła, podarowanego mi przez tatę tuż przed osiemnastymi urodzinami. Na medaliku wygrawerowane było motto: „Nie poddawaj się nigdy! Póki walczysz, jesteś zwycięzcą!”. Słowa te stanowiły jego dewizę życiową, którą zawsze mi wpajał.

Nazywam się Anna Anielewicz, podporucznik Polskich Sił Powietrznych, pilot myśliwca MiG-29. Mój pierwszy przystanek na nowej drodze to baza wojskowa Fort Worth w stanie Teksas w USA.

*

Miałem wszystko poukładane i zaplanowane, ale z pozoru zwykła decyzja całkowicie zniszczyła moje życie. Wydawało mi się, że podniosłem się, a przeszłość pokrył kurz obojętności. Rany się zagoiły, zacząłem na nowo. Jeden telefon kompletnie wszystko odmienił.

Kiedy na lotnisku w Waszyngtonie wsiadałem do samolotu do Dallas, nawet przez sekundę nie myślałem, że spotkam kobietę, która wywróci do góry nogami mój świat. Nie byłem na to przygotowany... Nagle wszystko, co wiedziałem o życiu, stało się historią i czekała mnie niewiadoma przyszłość.

Nazywam się Matthew Carter, agent specjalny Biura Śledczego Marynarki Wojennej, sekcja kryminalna. Mój pierwszy przystanek na nowej drodze to baza wojskowa Fort Worth w stanie Teksas w USA.

I

„Całkiem nieźle” – pomyślałam, widząc swoje odbicie w szklanych drzwiach przy punkcie celnym. – „Dwadzieścia godzin na nogach i trzymam fason”.

Tak naprawdę oszukiwałam samą siebie. Widać było jak na dłoni, że podróż porządnie dała mi w kość. Zaczerwienione oczy, przygaszona cera, nieuczesane włosy, wyglądałam jak kiepska karykatura kobiety. Pożegnałam Warszawę o 6:45, po dwóch przesiadkach w Amsterdamie i Minneapolis na lotnisku Dallas FW International wylądowałam według amerykańskiego zegara o 16:50. Uwzględniając osiem godzin różnicy, dla mojego organizmu, który wciąż funkcjonował według polskiego czasu, była już północ. W samolocie nawet nie zmrużyłam oka. Odkąd pamiętam, nienawidziłam latać jako pasażer, kłóciło się to z moją naturą i instynktem pilota, który musi mieć pełną kontrolę nad sytuacją. Na szczęście służba dobrze mnie zahartowała, całkowicie panowałam nad emocjami i zmęczeniem.

W myśl zasady „Płyń za rekinem, a trafisz do ludzi” pozwoliłam, aby tłum wyprowadził mnie z samolotu, zaprowadził po bagaż i odprowadził do hali przylotów, gdzie powinien już czekać kierowca przysłany przez pułkownika Cartera. Wolno maszerowałam w stronę wyjścia, bacznie rozglądając się za jakimś wojskowym posłańcem. Po niespełna pięciu minutach na końcu hali dostrzegłam mierzącego chyba ze dwa metry, potężnego mężczyznę ubranego w mundur polowy Battle Dress Uniform, potocznie zwany BDU, w kamuflażu Woodland. Nie miałam pewności, czy to on jest moim komitetem powitalnym, ale zaciekawił mnie jeden szczegół. Za żołnierzem stał mężczyzna równie wysoki, jak on. Obydwaj byli zwróceni do siebie plecami, ale nieco przechylone głowy oraz minimalne ruchy warg świadczyły o skrycie prowadzonej rozmowie. Wszystko wyglądało tak niewinnie, że gdybym wypatrywała kogoś innego w tej lotniskowej dżungli, w ogóle nie zwróciłabym na coś podobnego uwagi. Mój wzrok z wojskowego automatycznie powędrował w kierunku jego towarzysza. Było w nim coś złowrogiego. Cały ubrany na czarno: spodnie, T-shirt w serek z długimi rękawami podciągniętymi do łokci, kruczoczarne włosy związane w kucyk, trupio blady odcień skóry.

„Widocznie przyleciał w tym samym czasie, co ja” – zaczęłam się zastanawiać, widząc przy nim dużą walizkę, oczywiście czarną. – „Ciekawe, czy tym samym samolotem? Nie, takiego gościa od razu bym wyhaczyła” – pamięć do szczegółów zawsze miałam niezawodną, a nie przypominałam sobie, abym kogoś podobnego widziała wcześniej. Zresztą na tym ogromnym lotnisku jednocześnie mogło lądować kilkadziesiąt maszyn.

Czułam się bardzo nieswojo, wręcz jakbym była czymś przestraszona, a mimo to nie mogłam oderwać oczu i jak zaczarowana zbliżałam się do tajemniczych mężczyzn. Kiedy żołnierz mnie zobaczył, byłam już na tyle blisko, aby odczytać swoje nazwisko na opuszczonej tabliczce i rozpoznać jego stopień wojskowy. Zaskoczyłam ich obu. Kapral automatycznie wyprostował się i udał, że coś strzepuje z marynarki. Mężczyzna w czerni natomiast podniósł lewą rękę i dyskretnie zrobił gest sugerujący, że zadzwoni. Wówczas na wewnętrznej stronie jego przedramienia dostrzegłam niewielki tatuaż, który na krótką chwilę przykuł moją uwagę. Nie miał wyraźnego wzoru, ale przez sekundę miałam wrażenie, że ukrywał w sobie stworzenie podobne do psa albo wilka, otoczone literą D.

Nagle, kompletnie niespodziewanie „książę mroku” odwrócił się do mnie przodem. Moje serce zamarło. Miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Nie słyszałam, nie widziałam, nie czułam... Kompletna pustka. Moje zmysły w tajemniczy sposób zostały wyłączone. Nie potrafiłam tego nazwać ani w jakikolwiek sposób wytłumaczyć. Po prostu na kilka sekund przywiązał mnie do siebie spojrzeniem, a kiedy w końcu uwolnił, moją twarz od jego dzieliło zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. Zaskoczona, straciłam równowagę. By nie upaść, gwałtownie złapałam za jego T-shirt, mocno ściągając w dół tak, że częściowo odsłoniłam tors. Pod lewym obojczykiem zauważyłam kolejny tatuaż, tym razem nieduży napis „Via Virtutis” w kolorze czerwonym niczym krew. W tym momencie nieznajomy wykazał się dużym refleksem i zręcznością. Brutalnie odepchnął mnie w kierunku kaprala tak, że boleśnie zderzyłam się z nim ramieniem, po czym szybko odszedł.

– Dzień dobry, Anna Anielewicz – powiedziałam do wojskowego, niemalże się jąkając, czym zadziwiłam nawet samą siebie. Nie rozumiałam takiej reakcji swojego organizmu.

– Dzień dobry – nie przedstawił się, jednak naszywka na lewej piersi zdradziła nazwisko Crame. – Proszę za mną – dodał nieco spięty i wystraszony, dyskretnie odprowadzając wzrokiem swojego rozmówcę.

Kiedy się odwróciłam, człowiek w czerni rozpłynął się w morzu ludzi. Westchnęłam tylko i bez słowa ruszyłam za żołnierzem, wpadając dla odmiany na eleganckiego mężczyznę w drogim szarym garniturze, który zmaterializował się przede mną nie wiadomo skąd. Natychmiast przeprosiłam za swoją niezdarność. Wtedy ten spojrzał na mnie jak stary, dobry znajomy i uśmiechnął się przyjaźnie.

– Nie ma za co, pani podporucznik...

*

W wolne popołudnia chodziłem na spacery z moim najwierniejszym, a zarazem najbardziej nieznośnym przyjacielem w całym układzie słonecznym, Rekrutem, mieszańcem syberyjskiego husky i alaskana malamute’a o niebieskich oczach i czarno-białym umaszczeniu. Pomimo że mieszkaliśmy w nowoczesnym apartamentowcu niedaleko centrum Waszyngtonu, duży park Meridian Hill w sąsiedztwie pozwalał nam swobodnie się wyszaleć i porządnie zmęczyć. On potrzebował tego jak powietrza, a ja dzięki niemu miałem kondycję dorównywającą mistrzom olimpijskim.

Tym razem podczas naszych wygłupów dręczyła mnie myśl, że o czymś zapomniałem. Zwykle rzeczy, na których mi zależało, nie wylatywały z głowy ot tak sobie, więc starałem się bawić w najlepsze, przekonany, że i tym razem nie było to nic ważnego. Pamięć wróciła, kiedy po powrocie do mieszkania zastałem siedzącą na schodach przed wejściem Izy.

„Ups!” – pomyślałem. – „Faktycznie, byliśmy umówieni, miała zabrać swoje rzeczy”.

– Gdzie się podziewałeś, do cholery! Wiedziałeś przecież, że miałam przyjechać o trzeciej! – przywitała się ze mną ciepło.

– Cześć, przepraszam, ale...

– Siedzę pod tymi pieprzonymi drzwiami ponad trzy godziny! – chyba pojawiła się jej piana na ustach.

– Nie wydzieraj się, okay? Wiesz, że Rekrut nie lubi krzyków.

– Wrr – zawarczała na mnie przez zaciśnięte zęby. – Skoro tylko to bydlę się dla ciebie liczy, niech od tej pory robi ci dobrze!

– Udam, że nie słyszałem – powiedziałem w gniewie, niemalże dając jej się sprowokować. – Zapraszam – z ironicznym uśmiechem otworzyłem szeroko drzwi.

*

Na zewnątrz kapral czekał na mnie we wspaniałym wojskowym hummerze koloru pustynnego piasku. HMMWV H1 Alpha, rocznik 2006, wersja Combat, właśnie pojawiły się na amerykańskim rynku i przeznaczone były wyłącznie dla rodzimej armii. Na jego widok moje oczy zapłonęły z pożądania. Uwielbiałam myśliwce i terenowe samochody z pazurem, a to auto miało charakter. W końcu sama kiedyś miałam okazję przejechać się jedną z wcześniejszych wersji. Głośno westchnęłam, widząc stojący przede mną model niedostępny w Polsce, a nawet w całej Europie.

– Królestwo za to, aby móc poprowadzić! – niemalże wykrzyknęłam, uśmiechając się przy tym jak idiotka.

Z powodu polszczyzny albo kompletnej nieuprzejmości Amerykanina moje nieśmiałe marzenie zostało całkowicie zignorowane. Z bólem serca wrzuciłam na tył swoją walizkę i usiadłam obok kierowcy przekonana, że ta podróż nie będzie należała do najmilszych. Nie pomyliłam się. Wewnątrz auta panowała dziwna, nieprzyjemna mechaniczna woń. Miałam wrażenie, że z każdym oddechem wciągam jakiś smar. Efekt potęgował metaliczny smak w ustach, który pojawił się, zanim kierowca zdążył włączyć silnik. Na domiar złego, żołnierz wciąż sprawiał wrażenie zdenerwowanego i absolutnie nieskorego do pogadania. Postanowiłam więc nie nawiązywać z nim rozmowy i jechaliśmy w ciszy. Marzyłam już tylko o łóżku i ucieczce od tego przyprawiającego o ból głowy zapachu.

By utrzymać przytomność umysłu, zaczęłam podziwiać krajobraz. Czytałam przed wyjazdem, że Dallas-Fort Worth to największa aglomeracja miejska w Teksasie, licząca ponad pięć milionów mieszkańców, i jedno z największych centrów logistycznych w Stanach. Przez lata ludzie tu mieszkający zbijali fortuny na bawełnie i ropie naftowej, a obecnie na telekomunikacji, transporcie, technologiach komputerowych i bankowości. Co prawda nie zauważyłam tak wielu drapaczy chmur, jak w oglądanym w telewizji Nowym Jorku, ale te, które zaglądały mi przez szybę samochodu, zapierały dech w piersiach. Najwyższy zauważony przeze mnie budynek, koloru zielonego, miał ponad siedemdziesiąt pięter, przy nim nasz polski Pałac Kultury ze swoimi trzydziestoma piętrami wydawał się śmiesznie malutki. Jak dotąd nie podróżowałam i nie widziałam zbyt wiele, dlatego trzydzieści trzy razy większe od Polski Stany potrafiły zaskoczyć.

„Jakie to wszystko duże” – byłam pod wrażeniem.

Doszłam do wniosku, że od tej chwili „amerykański” będzie dla mnie synonimem słowa „duży”.

Z powodu panującej w samochodzie ciszy moje rozmyślania podświadomie przeniosły się z krajobrazu na cel przyjazdu. Uświadomiłam sobie, że wytypowanie mnie do udziału w tym tajemniczym projekcie było takim szokiem, że tak naprawdę nie zastanawiałam się nad tym, gdzie jechałam i co mnie czekało. Na własnym podwórku miałam problemy, aby zaistnieć jako żołnierz. Na każdym kroku musiałam udowadniać, ile jestem warta, i walczyć o szacunek. Marzyłam o lataniu i zostałam pilotem wbrew woli rodziców, mimo utrudnień ze strony kadry szkolącej i dowództwa. A teraz musiałam się zmierzyć z Amerykanami.

„Niby jakim cudem?” – huczało mi w głowie.

Po niespełna czterdziestu minutach jazdy dotarliśmy do bazy. Naval Air Station Joint Reserve Base Fort Worth została założona na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku z lokalizacją w zachodniej części Fort Worth oraz w Westworth Village i White Settlement.

Nieco mnie zdziwiło, iż akurat Fort Worth była adresem mojej podróży, spodziewałam się jednej z głównych baz Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. O samym projekcie nic nie wiedziałam, mogłam tylko zgadywać, a wtedy na myśl przychodziły mi wyłącznie F-16. Niecałe cztery lata temu, w grudniu 2002 roku Polska podjęła decyzję o wprowadzeniu tych myśliwców do polskiej armii. Doskonale pamiętałam, kiedy w kwietniu 2003 roku podpisywano umowę w Szkole Orląt. Już wtedy zapowiadano, że pod koniec 2006 roku pierwsze samoloty pojawią się w bazie w Poznaniu.

Do 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach trafiłam raptem trzy miesiące temu wprost z jednostki w Malborku, gdzie latałam na poniemieckim MiG-29, który notabene przeniósł się razem ze mną. Poszczęściło mi się z przydziałem, ale nawet przez sekundę nie wierzyłam, że szybko pozwolą mi dotknąć sterów szesnastek. Dowództwo wyraźnie zaznaczyło, że do nowych maszyn dostęp będą mieli tylko doświadczeni piloci. Ja natomiast w zawodowej służbie byłam od roku i zdałam egzamin trzeciej klasy pilota wojskowego sił powietrznych, dający uprawnienia do lotów z widzialnością ziemi w dzień. Jednak pułkownik Rogowski, dowódca mojej eskadry, przekazał mi całą dostępną dokumentację o F-16 i nakazał dobrze się przygotować, abym nie przyniosła mu wstydu. Miałam wrażenie, że on też do końca nie wie, po co tu leciałam. Niepokoiło mnie to. Piloci wyznaczeni do odbycia szkoleń na Sokołach na długo przed wyjazdem znali dokładny plan działań. Na początku kurs językowy w Defense Language Institute w bazie sił powietrznych Lackland w San Antonio, a potem zajęcia w bazie USAF Randolph, również w San Antonio w Teksasie. Wylecieli w pełnej, dwunastoosobowej grupie, bez takiej konspiracji, jak ja teraz. Pocieszał mnie jedynie fakt, że gdzieś po sąsiedzku byli ci, z którymi pełniłam służbę. Dzięki temu w obcym kraju nie czułam się taka zupełnie sama.

Kiedy hummer stanął w miejscu, aż podskoczyłam wyrwana z zamyślenia. Okazało się, że podjechaliśmy pod główny budynek administracyjny. Rozejrzałam się dookoła i faktycznie miejsce robiło wrażenie. Baza była bardzo „amerykańska”.

Przed wejściem przywitał nas starszy szeregowy i wreszcie towarzyszący mi kapral się odezwał.

– Gość do pułkownika Cartera.

Strażnik skinął głową. Zabrałam ze sobą walizkę i udałam się w kierunku wejścia.

– A pan? – zapytałam kaprala, widząc, że został w aucie.

– Miałem rozkaz przywieźć panią – odpowiedział szorstko ze spuszczonym wzrokiem. – Do widzenia – powiedział szybko i odjechał w głąb bazy.

– Do widzenia – wydukałam.

„Co za facet? Zamordował pan kogoś na tym lotnisku czy co, panie Crame?”.

Kiedy weszłam do środka, moją uwagę przykuło wysokie, długie, zabudowane biurko, stojące po lewej od wejścia, za którym siedziało trzech żołnierzy. Od razu do nich podeszłam.

– Witam, podporucznik Anna Anielewicz do pułkownika Jeffa Cartera – automatycznie podałam otrzymaną przed wyjazdem kartę magnetyczną z miniaturowym chipem.

– Witam. Posiada pani MIC – westchnęła z ulgą pyzata pani sierżant, tak jakby specjalnie na mnie czekała.

Dziewczyna od razu wsunęła plastik w czytnik przy monitorze komputera. O ile mnie wzrok nie mylił, na ekranie wyświetliło się: „Ściśle tajne. Brak dostępu. Wprowadź hasło”. Pani sierżant natychmiast złapała za słuchawkę i wystukała jakiś numer:

– Komandorze, przyjechała podporucznik Anelewic...

„Anielewicz” – poprawiłam ją w myślach.

– Tak jest! – odłożyła słuchawkę i zwróciła się w moim kierunku: – Proszę chwilę zaczekać.

– Oczywiście – oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy.

„Jeśli ten gość nie pojawi się zaraz, to padnę tu jak kłoda” – zaśmiałam się w duchu.

Nim się zorientowałam, ile czasu upłynęło, usłyszałam ciche chrząknięcie, a kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam przed sobą przystojnego oficera. Gdybym nie była obojętna na urodę mężczyzn, na jego widok śmiało mogłabym paść z wrażenia. Był wysoki, miał krótko przystrzyżone ciemnoblond włosy, piękne, przenikliwe oczy koloru niebieskiego, mocną, zgrabną sylwetkę. Stał z rękoma opartymi na biodrach i uważnie mi się przyglądał. Natychmiast oderwałam się od ściany.

„Nawet całkiem sexy” – pomyślałam, gapiąc się na jego twarz pokrytą kilkudniowym zarostem. – Przepraszam, jestem już niemal dobę na nogach. Podporucznik Anna Anielewicz, Polskie Siły Powietrzne.

– Wiem, kim jesteś – wyciągnął rękę, by się przywitać. – Chodź za mną – mocno uścisnął mi dłoń.

Ruszyliśmy do wyjścia.

– Jestem Kasta, a do ciebie jak mam się zwracać? – rzucił przez ramię. – Chyba nie tą całą formułką...

– Wszyscy mówią do mnie po imieniu, dokąd idziemy?

– Nie masz żadnego przydomku? – uśmiechnął się podejrzliwie.

– Nie, nie mam – odpowiedziałam, wywracając oczami. – A powinnam mieć? – nie rozumiałam tego całego szału na punkcie ksyw.

– Już niedługo możesz dostać – dodał z powagą.

– Słucham?

– Idziemy na spotkanie – wrócił do mojego poprzedniego pytania. – Czekaliśmy już tylko na ciebie. Skyhawk prosił, abym bez żadnych formalności przyprowadził cię od razu do hangaru.

– Skyhawk?

– Tak wołamy na pułkownika Cartera.

– Aha... – „Ciekawe...”.

Wyszliśmy na zewnątrz i wsiedliśmy do jeepa, który stał w pobliżu wejścia. Niestety ten nawet do felg nie dorastał piaskowemu cacku, jakim jeszcze kilkanaście minut temu podróżowałam. Jak wcześniej wrzuciłam walizkę na tył i ruszyliśmy Military Parkway w głąb bazy. Kiedy przecięliśmy Carswell Ave, zjechaliśmy w wąską betonową uliczkę bez nazwy. Niemalże nabrałam przekonania, że wjeżdżamy w pustynną nicość, kiedy nagle podjechaliśmy do dużej żelaznej bramy umieszczonej w solidnym, wysokim murze. Duże pancerne pręty piaskowego koloru idealnie wkomponowały ją, jak zresztą i całość ogrodzenia, w kolorystykę krajobrazu. Musiałam się mocno przyjrzeć, by dostrzec sieć cieniutkich połączeń jasnego laserowego światła, ukrytego pomiędzy poszczególnymi elementami konstrukcji. Po prawej, na tablicy widniał beżowy napis „Strefa X”. Kasta przyłożył swoją kartę magnetyczną, niemalże identyczną jak moja, do czytnika przy słupku. Po sekundzie zapaliła się zielona lampka i brama się otworzyła. Wjechaliśmy na teren, który sprawiał wrażenie upiornie opustoszałego. Dookoła żywej duszy, zero jakiejkolwiek roślinności, tylko unoszący się kurz oraz budynki hangarowe, ogromne, stalowe, wszystkie do siebie podobne.

„Zaraz wytnie mi nerkę i zostawi na pastwę sępów” – przemknęło mi przez myśl.

– Widzę, że też masz kartę – postanowiłam w końcu przerwać ciszę. – Zgaduję, że ona umożliwia poruszanie się po bazie? – zapytałam, obracając swoją w dłoniach.

– Tak – odpowiedział Amerykanin.

– A te nitki światła pomiędzy prętami bramy i wokół muru? – zapytałam na wypadek, gdybym jednak musiała uciekać. – To pewnie zabezpieczenie laserowe, prawda? Domyślam się, że mogą nie tylko włączyć alarm, ale i porządnie poharatać intruza...

– Tak. Bystra jesteś – stwierdził Kasta z nieodgadnioną nutą w głosie.

– Czy to źle? – jak zawsze w takich sytuacjach, zamiast podziękować za komplet, włączał się mój system obronny wyszukujący podstępu.

– To ty mi powiedz – odpowiedział komandor w tym samym tonie.

– Przepraszam, myślę, że nie... – punkt dla niego.

– Też tak uważam – głośno westchnął. – Wszyscy tu mają MIC, bez nich nie dałoby się w ogóle funkcjonować. Ten mały niepozorny kawałek plastiku zawiera zakodowane dane określonego żołnierza i pracownika cywilnego bazy. Dzięki niej dostaniesz się wszędzie tam, gdzie masz prawo dostępu na podstawie przyznanego stopnia wtajemniczenia. Jeżeli gdzieś nie powinnaś wejść, po prostu nie zaświeci się zielona lampka.

– Rozumiem – odpowiedziałam. – Ciekawe, jaki ja mam stopień wtajemniczenia? – było to raczej pytanie retoryczne, ale nieświadomie wypowiedziałam je na głos.

– Spokojnie – odpowiedział. – Skyhawk wszystko wam wyjaśni.

– Oki doki – westchnęłam. – „Wam? Robi się coraz ciekawiej” – dodałam w myślach. – A laser?

– Cóż – uśmiechnął się tajemniczo. – Lepiej od ciebie bym tego nie określił.

– Aha – czyli koniec, niczego więcej i tak nie miałam szans się dowiedzieć.

Rozejrzałam się dokoła, tak kluczył pomiędzy hangarami, że już z pięć razy zabłądziłam. Dlatego wolałam latać, z góry wszystko było takie wyraźnie.

– Czy te asfaltowe uliczki są jakoś oznaczone?

– Hangary są ponumerowane, za kilka dni będziesz się tu swobodnie poruszać – odpowiedział z powagą.

„A więc tak jak przeczuwałam, miałam tu dłużej zostać... Ciekawe, ile czasu potrzebują sępy, by się ze mną rozprawić?”.

– Jesteśmy już na miejscu – zaparkował pod hangarem z numerem NAS JRB X7.

Budynek był ogromny i miał kształt prostokątnej bryły. Z zewnątrz wyglądał na zbudowany z grubych, stalowych płyt. Wysoki na cztery, może pięć pięter, długi na co najmniej sześćdziesiąt metrów, szeroki na dwanaście do piętnastu metrów.

Pierwszy z auta wysiadł Kasta. Kiedy zabierałam swoją walizkę, stał nieruchomo z zaciśniętymi ustami i wpatrywał się we mnie, tak jakby chciał coś powiedzieć, jednak z jego twarzy nie potrafiłam nic wyczytać. Po chwili się rozluźnił i westchnął:

– Gotowa?

– Tak – odpowiedziałam speszona.

„Najpierw ten w czarnym, później Crame, teraz on... Rany, co za kraj!?”.

– Okay. Wyłącz komórkę i wrzuć tutaj razem ze swoimi blaszkami. Nie noś ich do odwołania – podał mi przezroczysty woreczek wykonany z tworzywa podobnego do sylikonu.

– Mam ci je oddać? – zapytałam podejrzliwie.

– Nie ma takiej potrzeby, po prostu trzymaj w swoich rzeczach, telefonu używaj po otrzymaniu pozwolenia, jasne?

– Jasne – przytaknęłam, nic z tego nie rozumiejąc. – Ten anioł – wskazałam na wisiorek – czy będę go mogła nosić?

– Żadnego metalu.

– Jest platynowy... Proszę, to dla mnie ważne.

– Nie, przykro mi.

– Trudno – ściągnęłam z głowy łańcuszek i zrobiłam zgodnie z zaleceniami Kasty, szczelnie zamykając opakowanie. – Możemy iść.

– To idziemy – klasnął w dłonie i pierwszy ruszył do środka.

II

Wejścia do hangaru NAS JRB X7, przed którym stałam, strzegły wielkie rozsuwane wrota, podzielone na kilka zakładanych na siebie skrzydeł, umożliwiających otwarcie ich na różne szerokości. W górnej części był wbudowany pas dużych, podłużnych okien.

Kiedy przekroczyłam próg, moim oczom ukazało się niesamowicie „amerykańskie” (duże) wnętrze. Zajmowało ono połowę budynku. Ściany do wysokości trzeciego piętra zaciągnięte były seledynową powłoką, na podłodze leżała wykładzina w kolorze khaki. Na prawo, przy przeciwległej ścianie umieszczono ogromne żelazne schody prowadzące na górę, na promenadę, która na wysokości drugiego piętra szerokim kołnierzem otaczała przestrzeń pośrodku. Schody kończyły się korytarzem na wprost. Taras, cofając się w moim kierunku, z jednej strony ograniczony był wielką stalową barierką, a z drugiej ścianą, na której wisiała amerykańska flaga, godło bazy Fort Worth oraz insygnia korpusu Marines. Na dole przy schodach mieściły się drzwi z matowego szkła, oddzielające halę od kolejnych pomieszczeń. Cała środkowa część parteru była pusta. Natomiast w jego lewym krańcu zorganizowano coś w stylu siłowni. Ustawiono wiele najróżniejszych sprzętów do ćwiczeń, materaców, był nawet ring.

„Boże, abym tylko nie musiała boksować, nienawidzę tego!” – pomyślałam.

Siła fizyczna nie była moją mocną stroną, a sparing kwalifikował się na całkiem niezłą definicję śmierci.

W czasie gdy podziwiałam całość aranżacji, Kasta poszedł na prawo i zniknął za szklanymi drzwiami. Głośno westchnęłam i ruszyłam za nim. Wówczas niespodziewanie zostałam oślepiona przez jakiś blask. Iskra równie szybko zgasła, jak się zapaliła. Efekt bardzo przypominał flesz podczas robienia zdjęcia. Odruchowo przetarłam dłonią oczy i szybko podniosłam głowę do góry. Przy suficie spostrzegłam okrytą ciemnością drugą, węższą promenadę.

„Czyżby powłoka bądź metal, od którego odbija się światło?” – jeszcze raz nerwowo rozejrzałam się dookoła.

Jedyne okna, jakie znajdowały się w środku, były w drzwiach, w dodatku stanowczo za nisko, by mogły tam dotrzeć promienie słoneczne.

„Hm... Interesujące i dziwne” – pomyślałam zaciekawiona.

Drobiazg, ale nauczona doświadczeniem, żeby nigdy niczego nie lekceważyć, postanowiłam później to sprawdzić.

*

– Nienawidzę cię! I tego okropnego psa! – wrzeszczała Izy, pakując swoje nowiutkie, supermodne, bo kupione gdzieś na Piątej Alei szpilki, tylko że teraz masakrycznie pogryzione.

Rekrut rozumiał, iż potrzebowałem kobiecego towarzystwa, jednak nie lubił się mną dzielić. Co, swoją drogą, było szaleńczo dziwne. Sprawiał mi tyle problemów, czasami byłem przekonany, że mnie wręcz nienawidzi. I nagle, w kryzysowych sytuacjach takich właśnie jak ta, potrafił zaszokować iście braterską przysługą. Kiedy wyczuwał, że mój romans już dobiega lub powinien dobiegać końca, skutecznie pomagał mi w uwolnieniu się od uciążliwego związku. Ten i tak okazał się całkiem długi. Wytrzymałem z jedną kobietą bite sześć miesięcy.

– Izy, uspokój się, wiesz dobrze, że nie zrobił tego specjalnie. To jest jednak zwierzak i inaczej pojmuje świat. Myślał, że sprawi ci tym przyjemność. Eh! – nie dała mi dokończyć zdania, dostałem w twarz z liścia. – Okay, okay, odkupię ci je!

– Mam nadzieję – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Kosztowały pięćset dolców!

– Czy naprawdę musimy się rozstawać w takiej wrogości? – próbowałem ją jeszcze trochę podrażnić na pożegnanie.

– Tak! – wrzasnęła.

Izy Brown była ładną dziewczyną o cudnych długich nogach i ciut przymałych piersiach. Dobrze pamiętałem starą życiową mądrość, że w życiu nie miewa się wszystkiego, więc dałem się skusić zielonym oczom i rudym włosom. Jej uroda wywoływała cień zazdrości u innych facetów, co akurat bardzo mi się podobało. W łóżku również była całkiem niezła. Jednak poza byciem fajną maskotką nie znalazłem w niej więcej zalet. Nie powiem, na początku wydawała mi się całkiem interesująca, ale fascynacja erotyczna szybko minęła, a ona okazała się płytka i pospolita. Izy, zamiast dobrze się bawić, wyobrażała sobie nie wiadomo co.

Kłóciła się ze mną przez całą sobotę. W niedzielę po południu wpadła maksymalnie wkurzona z wielką torbą i zaczęła zbierać swoje rzeczy, które podrzucała mi przez ostatnie tygodnie. Nie rozumiałem, czego ode mnie oczekiwała i o co jej w ogóle chodziło. Być może miało to coś wspólnego z tak zwanymi kobiecymi sprawami lub tymi ich dniami.

Kiedy wychodząc, głośno trzasnęła drzwiami, poczułem ulgę. Rekrut też się ucieszył. W tej całej absurdalnej scenie, jaka rozegrała się przed chwilą ze mną w roli głównej, było coś niezmiernie dziwnego. Kiedy Izy wyszła, poczułem się jakiś taki wolny, ale z drugiej strony miałem przeczucie, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczną. Nabrałem przekonania, że teraz czeka mnie coś nowego. Już raz przerabiałem gwałtowne zmiany w swoim życiu, kolejnych nie chciałem. Szybko się otrząsnąłem.

– Oby tylko Rekrut odgryzł komuś jaja na akcji – westchnąłem. – No co, przyjacielu, idziemy znów na spacer? – zawołałem do psa.

Musiałem pozbyć się negatywnych emocji, którymi przez ostatnią godzinę faszerowała mnie eksdziewczyna. Wesołe szczekanie mogło oznaczać tylko „tak”.

– On chyba rozumie, co się do niego mówi – zaśmiałem się sam do siebie.

*

Kasta podszedł do sali na wprost, mijając po drodze różne pomieszczenia, takie jak szatnie, toalety, schowki na sprzęt. Na końcu, przy wielkiej ścianie z przyciemnianego szkła przystanął na chwilę, obejrzał się, czy idę za nim, po czym wszedł do środka, machając na mnie ręką. Przy wejściu zostawiłam swój bagaż i cichutko przekroczyłam próg. Sala o powierzchni siedemdziesięciu metrów kwadratowych przypominała mi pokój odpraw w Domu Polita w Poznaniu, jednak o wiele lepiej wyposażony w zaawansowany sprzęt multimedialny.

Przy biurku zauważyłam Skyhawka. Pułkownika rozpoznałam od razu. Jeff Carter, pięćdziesięcioparoletni wysoki mężczyzna o silnej budowie ciała, szaroniebieskich oczach i obciętych na krótko siwych włosach, stał dumnie z rękoma opartymi na biodrach. Biły od niego charyzma i pewność siebie. Spotkałam się z nim dwukrotnie. Pierwszy raz ponad dwa miesiące temu. Przyjechał wówczas do Polski wraz z delegacją z USA, która miała skontrolować adaptację lotniska wojskowego w Poznaniu na przyjęcie pierwszych F-16. W tym dniu wszystko było postawione na głowie. Mnie osobiście najbardziej smuciły odwołane ćwiczenia powietrzne. Byłam ciekawa gości. ale nie chciałam włóczyć się za Amerykanami. Poza tym minął dopiero mój pierwszy tydzień w Poznaniu i dano mi jasno do zrozumienia, że mam nie plątać się pod nogami. Postanowiłam więc pojechać do hangaru i sprawdzić gotowość swojego MiG-a-29 na następny dzień. Kiedy na płycie lotniska zobaczyłam F-16, nie mogłam się oprzeć i musiałam przyjrzeć się maszynie. Wówczas niespodziewanie nakrył mnie pułkownik Carter. Nie miał ochoty na zwiedzanie, dlatego zaproponował wspólny lot, taką małą rywalizację pomiędzy naszymi myśliwcami. Kilka telefonów i wszystko udało się zorganizować. W sumie dwadzieścia minut ganialiśmy się w powietrzu. Kto z jednostki nie był świadkiem, nie wierzył, że to właśnie ja latałam u boku najlepszego pilota w Stanach, a zdaniem wielu również na świecie. Amerykanin zrobił na mnie ogromne wrażenie swoim profesjonalizmem i klasą. Później dowiedziałam się, że Carter już nie pilotuje w czynnej służbie. Zobaczyć go za sterami było praktycznie niemożliwe.

Ponownie spotkałam go trzy tygodnie temu, kiedy poinformował mnie o wytypowaniu do projektu, który miał prowadzić w ramach wspólnych sił NATO. Gdy mój dowódca, pułkownik Rogowski, wyraził zgodę, wszystko potoczyło się błyskawicznie. W ciągu piętnastu dni udało się załatwić mnóstwo formalności, w tym wizę. Najwyraźniej dla pułkownika Cartera nie było rzeczy niemożliwych. Na kilka dni przed wylotem otrzymałam urlop, by pożegnać się z rodziną. Miałam ich nie zobaczyć przez najbliższy rok.

Teraz z pułkownikiem i Kastą rozmawiał jeszcze jeden żołnierz, pilot w randze kapitana. Sprawiał wrażenie poważnego i zdyscyplinowanego, jednak kręcone ciemne włosy i duże brązowe oczy łagodziły ogólny wizerunek, dodając mu chłopięcego uroku. Poza mną i trzema oficerami w sali było jeszcze dziewięć osób, ubranych jak ja, po cywilnemu. Sami mężczyźni. Sądząc po wyglądzie, wszyscy w granicach trzydziestki. Gołym okiem było widać, że od dłuższego czasu czekają na coś i są już mocno znudzeni. Dwóch z nich stało w pobliżu wejścia. Mieli około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. Pierwszy – szatyn o mocnej, ale zgrabnej budowie ciała, drugi o kruczoczarnych włosach, z ładnymi bicepsami oraz skórą koloru płynnego miodu. Ten był już wyraźnie zniecierpliwiony:

– Wrócił Kasta, na co więc jeszcze czekamy?

– Nie na co, ale na kogo – poprawił go szatyn.

– Tak? Czego się dowiedziałeś? – zapytał zaciekawiony.

– Jak poszedłeś do kibla, to zagadałem z pułkownikiem, powiedział, że będzie jeszcze jeden żołnierz. Czekamy na jeszcze jednego pilota.

– Kocur, no mów wreszcie – dał mu sójkę w bok i obydwaj się roześmieli.

– Czekamy jeszcze na pilota z Polski.

– Skąd? – brunet zmarszczył czoło.

– Z Polski...

– Z Polski? A gdzie to w ogóle jest?

– Nie mam bladego pojęcia, ale z tego, co mówił pułkownik, to na końcu świata i o jeden kilometr dalej – obydwaj wybuchnęli śmiechem. – Pewnie jakaś wioska na Alasce – machnął ręką niejaki Kocur, jednocześnie zerkając za siebie. Wyprostował się, spoważniał i otworzył usta, ale nie mógł wypowiedzieć ani słowa, poklepał tylko po ramieniu sąsiada. Wówczas ten drugi zareagował.

– Kocur, co ci jest? – spojrzał na mnie i aż zachłystnął się powietrzem, uniósł brwi. – Ale numer! – wykrzyknął w końcu. – Kobieta!

Na dźwięk tego słowa pozostali odwrócili się w moim kierunku. Miny mieli podobne jak dwaj pierwsi mężczyźni. Zdziwienie, zakłopotanie, może nawet szok. Skinęłam głową na powitanie i bez słowa usiadłam w jednym z ostatnich rzędów, blisko drzwi.

– Dobrze. Zatem jesteśmy już w komplecie. Proszę, aby wszyscy zajęli miejsca – powiedział Carter, opierając się o biurko przodem do zebranych. – Bliżej proszę. Nie gryzę.

Wiedziałam, że mówił do mnie. Nie pozostało mi nic innego, tylko zmienić miejsce. Pomimo że wybrałam to za siedzącymi już panami, pospieszyłam się nieco i szatyn oraz czarnowłosy usiedli tuż za mną. Czułam ich wzrok na swoich plecach. Kasta i nieznajomy kapitan stanęli tuż za pułkownikiem.

– Witam wszystkich, domyślam się, że macie wiele pytań – zaczął swobodnie Skyhawk. – Zanim jednak wyjaśnię, dlaczego i po co tu jesteśmy, proponuję rozpocząć spotkanie od przedstawienia się nawzajem – zlustrował wzrokiem twarze zebranych, po czym odchrząknął i rozpoczął prezentację. – Nazywam się Jeff „Skyhawk” Carter, służę w lotnictwie Stanów Zjednoczonych już od trzydziestu lat jako pilot i szkoleniowiec F-16 Fighting Falcon, F-22 Raptor oraz F-35 Lightning, aktualnie w stopniu pułkownika. Jestem także zastępcą dowódcy rezerwy sił powietrznych. Nie od razu swój los związałem z USAF, na początku mojej kariery przez kilkanaście lat latałem w Korpusie Piechoty Morskiej, z którym po dziś dzień jestem mocno związany. Proszę, abyście zwracali się do mnie po prostu Skyhawk. Kastę już poznaliście, ale dla formalności: komandor podporucznik John „Kasta” Quiet, komandos Marines, wyborowy strzelec, mistrz sztuk walki, dowódca elitarnej jednostki specjalnej. Będzie odpowiedzialny za wasze szkolenie na ziemi. Obok kapitan Robert „Robson” Shouten, pilot USAF, specjalność F-16 oraz F-35. Odpowiada za was w powietrzu. Ja niestety nie będę siadać za sterami, czego bardzo żałuję – posłał nam blady uśmiech. – Okay, teraz wasza kolej. Proszę każdego po kolei o parę słów o sobie, by pozostali wiedzieli, jak się nazywacie, skąd pochodzicie, na czym latacie – wskazał brodą na mężczyznę znajdującego się najbliżej. – No dalej.

Ten wstał i ustawił się bokiem do nas tak, aby do nikogo nie stać plecami. Miał ciemne włosy, bladą cerę i był średniego wzrostu, w głosie wyraźnie było słychać brytyjski akcent:

– Dzień dobry, nazywam się Paul Knight. Jestem pilotem Dywizjonu 617 w Royal Air Force w stopniu porucznika. Od czterech lat latam na myśliwcach szturmowych Tornado. Mam przydomek Magik.

– O ile się nie mylę, Panavia Tornado to samoloty dwuosobowe, prawda? – zapytał bardzo miłym głosem jeden z siedzących przede mną mężczyzn.

– Tak, latałem z kolegą odpowiedzialnym za uzbrojenie. Niestety ostatnie badania lekarskie wykluczyły go z dalszej służby. Gdy otrzymałem niniejszą propozycję, jeszcze nie było wiadomo, z kim będę dalej pilotować. Zatem przyjąłem zaproszenie – wzruszył delikatnie ramionami.

– Dziękuję, proszę dalej – powiedział Skyhawk z lekkim uśmiechem.

Kolejny był zielonooki rudzielec, również z pierwszego rzędu, identycznie jak poprzednik zaczął prezentację bokiem.

– Jestem porucznik Peter Gotter, przydomek Hi-Fi. Reprezentuje 33. Pułk Bombowy Fighter niemieckiego Luftwaffe, latałem wcześniej na F4-F Phantom, a obecnie na Eurofighter Typhoon. W trakcie pięcioletniej służby w pułku, jako jeden z najlepszych, często brałem udział w szkoleniach NATO z żołnierzami z amerykańskiej bazy sił powietrznych, stacjonującej w Ramstein oraz Spangdahlem.

„Cóż za skromność” – pomyślałam z ironią.

Skyhawk skinął głową i spojrzał na następnego mężczyznę. Ten okazał się tak wysoki, że aż trudno było uwierzyć, iż jest pilotem.

– Goede Middag, porucznik Roy van der Gool z Holenderskich Sił Powietrznych, służę w 306. Eskadrze wyspecjalizowanej w walce elektronicznej, mój przydomek to Kikker i proszę, aby tak się do mnie zwracano. Cztery lata pilotuję F-16. Podobnie jak poprzednik brałem udział w szkoleniach NATO.

Odwrócił się do wszystkich tak, że mogłam odpowiedzieć mu skinieniem głowy. Jak magnes metal, uwagę przyciągał nie tylko wzrost Holendra, ale również jego wielkie, brązowe, wyłupiaste oczy. Wyglądały tak, jakby miały zaraz wypaść.

Kolejny bez zachęty migiem się wyprostował, obrócił energicznie dookoła, machając ręką na powitanie. Niezbyt wysoki facet o latynoskim typie urody.

– Cześć wszystkim, jestem Mojito, od trzech lat pilot Beoinga Growler, z eskadry Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych „Shadowhawks”. Uwielbiam piękne kobiety, dobrą zabawę i pyszne jedzenie – uśmiechnął się na zakończenie tak szeroko, że było mu widać ósemki.

Każdy się roześmiał do siebie, przy tym facecie całą powagę sytuacji szlag trafił.

– Hm... Mojito, a jakimś stopniem wojskowym i nazwiskiem dysponujesz? – zapytał z powagą Skyhawk.

– Porucznik Rico Mendez – dodał ten wesoło.

Przy Latynosie siedziało dwóch mężczyzn. Pierwszy z nich wyglądał zwyczajnie, miał kasztanowe włosy, piwne oczy i całkiem miłą aparycję.

– Cześć, porucznik Marines Ben Night, pilot Harrier II, dla wszystkich po prostu Alabama. Latam trzeci rok w Flying Nightmares.

„Kurde, ale mają nazwę eskadry” – uśmiechnęłam się w duchu – „określenie „koszmar” w ogóle do niego nie pasuje”.

– Pionowy start – stwierdził pułkownik.

– Tak jest!

Drugi był potężny, łysy, ciemnoskóry, z bardzo „amerykańskimi” bicepsami. O ile Kikker był stanowczo za wysoki na pilota, tak ten był za szeroki.

– Kudłaty – mocny głos dorównywał mięśniom w przeciwieństwie do ksywy, która kompletnie nie pasowała. – Sean Cornell, porucznik Marynarki Wojennej, już trzeci rok latam na F-18 Super Hornet w eskadrze Black Knights – natychmiast usiadł.

Prezentację rozpoczął kolejny żołnierz, wyglądający jak brat bliźniak Ikera Casillasa.

– Hola! Jestem Komar – Skyhawk uniósł brwi, więc ten szybko uzupełnił. – Porucznik Marcelo Octavio Sancho Quito del Torres, 15. Skrzydło Lotnictwa Hiszpańskich Sił Powietrznych z Saragossy. Latam na F-18 już od pięciu lat.

„Rany, ale ma wpadające w ucho nazwisko” – chciało mi się śmiać, ale się opanowałam, w przeciwieństwie do Mojito, który głośno parsknął śmiechem.

– Stary, ile ty masz imion? – wyszczerzył zęby.

– Matka nie mogła się zdecydować, które wybrać – odpowiedział żartem Hiszpan i każdy się roześmiał.

Po hiszpańskim temperamencie przyszła moja kolej. Oczywiście wstałam z odpowiednią oprawą, strasznie szurając krzesłem, które o mało się nie przewróciło. Zanim upadło, złapałam je dzięki adrenalinie i refleksowi dorównywającemu mistrzom klasztoru Szaolin. Ta mała niezdarność zagwarantowała mi, że wszyscy się na mnie gapili jak na kosmitę, z wyjątkiem Moijto, ten wciąż uśmiechał się szeroko.

– Witam...

– Głośniej, proszę – odezwał się Skyhawk.

– Podporucznik Anna Anielewicz, przez dziesięć miesięcy służyłam w 41. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Malborku, niecałe trzy miesiące temu zostałam przydzielona do 6. Eskadry Lotnictwa Taktycznego Polskich Siły Powietrznych w Poznaniu, pilotuję MiG-29 – wydukałam mechanicznie, niemalże na jednym wydechu. Policzki o mało mi nie eksplodowały.

Wszyscy, z wyjątkiem Kasty i pułkownika, ciężko westchnęli. Najwyraźniej do końca nie wierzyli, że jestem pilotem. Choć już nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją, gotowało się we mnie ze złości.

– Okay – Skyhawk zignorował zachowanie panów. – Czas na ostatnich pilotów – uśmiechnął się szeroko.

Siedzący z przodu byli zwróceni w naszym kierunku. Miałam wrażenie, że nikt nie patrzy na kolegów za mną, tylko na mnie. Starałam się ich ignorować, niestety z marnym skutkiem.

Przystojny szatyn wyprostował się i zezując w moją stronę, przywitał się ze wszystkimi:

– Cześć, jestem Kocur, porucznik Tom Cathrow, Dywizjon 27 Fighting Eagles Amerykańskich Sił Powietrznych. Mój konik to F-15 nowej generacji, choć w tym roku przesiadłem się na F-22. W powietrzu od pięciu lat – puścił mi oko.

– Porucznik Michael „Dzikus” Cole – podniósł się z miejsca czarnowłosy, dołączając do przyjaciela. – Fighting Eagles z Dywizjonu 27 Amerykańskich Sił Powietrznych, podobnie jak Kocur niegdyś pilot F-15E, aktualnie F-22, pięć lat stażu. Miło znów będzie latać pod dowództwem pana pułkownika – obydwaj szeroko się uśmiechnęli.

– Cieszę się, że przyjęliście moje zaproszenie – Skyhawk pokiwał głową z zadowolenia, a mężczyźni ponownie zajęli swoje miejsca.

Dzikus, siadając, przeszył mnie takim spojrzeniem, że dreszcz przeszedł mnie od placów u stóp po czubek głowy. Na mężczyzn praktycznie nigdy nie zwracałam uwagi, liczyło się tylko latanie i odrzutowce. Chyba pierwszy raz uroda mężczyzny zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie. Jak zobaczyłam Kastę, przemknęło mi przez myśl „boski”, ale dla tego czarnowłosego nie potrafiłam znaleźć określenia. Na szczęście pułkownik ponownie zabrał głos i moje myśli szybko wróciły na właściwe tory.

– Dziękuję – powiedział Skyhawk, głośno przy tym wzdychając. – Widzę, że niektórzy to prawdziwi indywidualiści – mówiąc to, zerknął na Mojito, potem na mnie. – Ale między innymi z tego powodu tu jesteście. Zapewniam... – dobitnie zaakcentował słowo – wasza obecność tu to nie przypadek. Potrzebuję dokładnie was, z imienia, z nazwiska, z przydomku, stopnia wojskowego. Pochodzicie z różnych krajów, reprezentujecie różne siły powietrzne, latacie na różnym sprzęcie.

– Ekipa wyczesana, szykuje się trzecia wojna światowa czy jak? – zapytał bez skrępowania Mojito.

Nie tylko pytanie zrobiło na mnie wrażenie, ale również bezpośredniość i luz Amerykanina. W życiu nie ośmieliłabym się tak palnąć prosto z mostu do wyższego stopniem. Tym bardziej w sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Jednak nie dało się uciec od toru myślenia Mojito. Od razu wywnioskowałam, że nikt z naszej dziesiątki nie wiedział, co jest grane, a dobór teamu mógł oznaczać dosłownie wszystko.

– „Przeszkadzałam w jednostce, więc wysłali mnie na misję samobójczą i po kłopocie” – pomyślałam. – „Ciekawe, co oni nabroili?”.

Skyhawk nie dał po sobie poznać zaskoczenia, ale zanim ponownie zabrał głos, upłynęła długa minuta milczenia.

– Nie wszystko mogę wam od razu wyjaśnić. Projekt jest ściśle tajny. Oficjalna wersja brzmi, iż macie w bazie testować nowy sprzęt przeznaczony dla kontyngentów w Iraku. Prawda jednak wygląda nieco inaczej... Szkolenie, jakie was czeka, składa się z kilku głównych etapów, po zaliczeniu których będziecie dowiadywać się więcej o całym zadaniu. Na początek przejdziecie tu gruntowny trening ogólny, polegający na pozyskaniu wiedzy z zakresu terminologii NATO, o najnowocześniejszych systemach uzbrojenia i nawigacji, dostępnych rodzajach broni stosowanych w lotnictwie wojskowym, na lądzie i na morzu. Udoskonalicie umiejętności walki wręcz i sztuki przetrwania w skrajnie ciężkich warunkach. Przejdziecie również dokładne badania lekarskie i testy wytrzymałościowe. Wybraliśmy, tak sądzę, najlepszych pilotów pod względem umiejętności i predyspozycji. Czy to się potwierdzi... – tu urwał na chwilę, spoglądając na mnie – zależy już tylko od was. Zanim jednak dowiemy się, co naprawdę potraficie, jaki faktycznie macie potencjał i, co najważniejsze, czy będziecie potrafili się ze sobą dogadać i stworzyć zespół, musicie bezwzględnie zaakceptować podstawową zasadę – ponownie mocno zaakcentował słowo – od tej chwili nie ma znaczenia wasz stopień wojskowy, kolor skóry, narodowość, wyznanie, dotychczasowe zasługi, płeć. Wszyscy jesteście sobie równi. Nie ma lepszych, nie ma gorszych, nie ma szpanerstwa. Tu nie ma czasu na głupoty, macie być jedną zgraną ekipą, jasne? – Nagle złagodniał: – Zdaję sobie sprawę, że wymagam bardzo wiele, oczekując ogromnego kredytu zaufania, a nie daję niczego w zamian. Jesteście w tej sali dla sprawy najwyższej rangi, tyle mogę powiedzieć. Macie moje słowo honoru, pomimo że dziś ono dla was absolutnie nic nie znaczy.

– Nam wystarczy! – pierwszy raz odezwał się Robson. – Choć i my szczegółów nie znamy – wskazał na siebie i Kastę. – Wiemy, co mamy robić, ale nie po co.

– Dziękuję. Wam jest łatwiej, znamy się już wiele lat – zwrócił się do towarzyszących mu oficerów Skyhawk, po czym ponownie popatrzył na każdego z nas. – Wiem, że przyjeżdżając tu, zostaliście związani rozkazem. Zwalniam was z tego obowiązku. Macie wybór. Sami decydujecie, czy podejmiecie ryzyko. Jeżeli komuś to nie odpowiada, zrozumiem. Daję właśnie jedyną okazję, aby wyjść i wrócić do domu, do swojej jednostki, bez żadnych konsekwencji. Ponownie tego nie zaproponuję i nie będzie już odwrotu – zapanowała grobowa cisza.

O dziwo, mówiąc te słowa, nie patrzył na mnie. Z racji mojego małego doświadczenia można było wywnioskować, iż jestem pierwszym kandydatem do odesłania.

– No dalej, jeżeli ktoś nie czuje, że to miejsce dla niego, śmiało... Będę wręcz wdzięczny. Dołączę nawet list pochwalny. Za powodzenie lub klęskę tego projektu wziąłem na siebie odpowiedzialność. Każde wasze potknięcie to mój błąd i stanowi rysę na moim honorze.

Mocne słowa, bardzo. Zamurowało nas wszystkich. Przez dobrą minutę patrzyłam tępo w podłogę, nadal nie wiedząc, co o tym wszystkim powinnam myśleć.

– W życiu mszczą się niewykorzystane okazje! Zostaję – niespodziewanie powiedział Mojito.

Oczy Skyhawka odpowiedziały uśmiechem. Ten błysk zobaczyłam wtedy, w Poznaniu. Przeczucie mi podpowiadało, że będzie to koszmarnie trudna przeprawa, ale co tam, wiedziałam, że po powrocie nic dobrego na mnie nie czeka. Moijto miał rację, warto spróbować. Pozostali chyba czuli podobnie, nikt nie wyszedł.

Wówczas zza moich pleców Dzikus wypowiedział się pewnie w imieniu pozostałych:

– Wygląda na to, pułkowniku, że wszyscy zostajemy – uśmiechnął się. – Nie wyobrażamy sobie z Kocurem, że mogłoby nas tu zabraknąć.

– Tak jest! – potwierdził kolega.

Każdy z pozostałych również przytaknął. Ja też.

– Dobrze – w głosie dało się wyczuć cień ulgi. – Zatem witam w Fort Worth! – wróciła charyzma. – Aktualnie znajdujemy się w strefie X, wydzielonej części bazy do zadań specjalnych i, by było jasne, nie znajdziecie jej na żadnej z oficjalnych map. Poza wami tylko kilku żołnierzy ma tu dostęp. W strefie jest dwadzieścia hangarów, wyglądających z zewnątrz tak jak ten, z czego aktualnie tylko sześć jest zagospodarowanych. W jednym z nich znajduje się specjalistyczny symulator, w czterech są samoloty przeznaczone do lotów i ten właśnie zaadaptowany specjalnie na wasz przyjazd. Przez najbliższe sześć miesięcy to miejsce będzie waszą bazą, miejscem treningu, domem. Każdy z was posiada wojskową kartę identyfikacyjną MIC, spełniającą rolę przepustki. Zawiera wasze zakodowane i odpowiednio zaszyfrowane dane. Umożliwia swobodne poruszanie się po bazie oraz strefie. By gdzieś wejść lub wyjść, wystarczy przyłożyć ją do czytników rozmieszczonych przy drzwiach, bramach i windach. By logować się w systemie, dodatkowo trzeba podać kod cyfrowy, ten sam, który otrzymaliście razem z kartą przed przyjazdem do Fort Worth. Strzeżcie jej jak oka w głowie. Zgubienie jej jest niedopuszczalne. Niesie zbyt duże ryzyko dla was i całego projektu. Zrozumiano?!

– Tak jest – każdy odpowiedział mechanicznie.

– Nie usłyszałem! – powiedział dobitniej.

– Tak jest! – odpowiedzieliśmy chórem.

– To na tyle, zaczynamy od jutra – dodał Skyhawk. – Kasta i Robson zaprowadzą was na górę, gdzie są przygotowane pokoje. Jeśli macie jakieś pytania, w miarę możliwości udzielą odpowiedzi. Na zakończenie jeszcze raz przypomnę: wymagam i oczekuję bezwzględnego profesjonalizmu. Sprawa jest rangi międzynarodowej – zamilkł na chwilę. – Muszę przyznać, iż mi dzisiaj zaimponowaliście. Nikt nie wyszedł. Pierwsze spotkanie i już dowiedziałem się o was bardzo ważnej rzeczy.

– A jakiej to? – oczywiście pierwszy wyrwał się Moijto.

– Jesteście cholernie odważni – odpowiedział z uśmiechem, co rozładowało wcześniejsze napięcie i wywołało ogólną wesołość. – Możecie się rozejść! – dodał na koniec.

Każdy zaczął podnosić się z miejsca.

– Anielewicz, proszę zaczekać! – pułkownik zawołał mnie głośno.

Pozwoliłam wyminąć się kolegom, którzy znacząco zerkali to na nas, to na siebie.

– Tak? – zapytałam, gdy zostaliśmy sami.

– Więcej śmiałości, okay? Rok służby zawodowej, MiG-29 – to już nie ma znaczenia. Mam wobec ciebie plany i nie wyobrażam sobie rozczarowania. Gdyby był jakiś problem, śmiało możesz do mnie przyjść. Dla swoich żołnierzy zawsze mam czas i mogą na mnie liczyć w każdej sytuacji. Rozumiesz? Nie jesteś tu zupełnie sama.

– Dziękuję, pułkowniku – poczułam ogromną ulgę. Bałam się, że poprosi, abym jednak wróciła do domu, a tego nie chciałam.

– Skyhawk – poprawił mnie. – Zwracaj się do mnie Skyhawk. A jaki ty masz przydomek?

– Nie mam.

– A tak, prawda! Hm, myślę, że do końca miesiąca będziesz miała...

– Zabawne, Kasta, prowadząc mnie tu, powiedział to samo – roześmiałam się.

Również się zaśmiał, po czym szybko spoważniał.

– Pamiętaj, możesz ze mną porozmawiać o wszystkim. Liczę na ciebie.

Poczułam presję w głosie, ale nie wystraszyłam się jego oczekiwań. Sama sobie zawsze bardzo wysoko stawiałam poprzeczkę, więc nie bałam się ani zadania, ani kolegów, choć nie miałam bladego pojęcia, z czym mi tu przyjdzie się zmierzyć.

„Tylko kwestia czasu, kiedy wam wszystkim porządnie zajdę za skórę” – pomyślałam.

Na początku zawsze mnie ignorowano i śmiano się ze mnie. Szacunek i uznanie musiałam wypracować zdrową rywalizacją i cholernie ciężką pracą, ale za każdym razem było warto. Na końcu osiągałam cel. Im więcej bólu, potu i łez, tym lepiej smakowało zwycięstwo. Już w tej chwili wiedziałam, że panowie łatwo pola nie oddadzą, ale to było za mało, by się poddać tak od razu. Miałam zamiar w pełni wykorzystać czas, jaki mi dano, by nie wracać do Polski jako przegrana.

Pewnie popatrzyłam pułkownikowi w oczy i tylko potrząsnęłam głową, wtedy wskazał gestem dłoni, że mam uciekać.

– Panie pułkowniku, czy mogę zadzwonić do domu? – prawie zapomniałam zapytać. – Mama jest dość przewrażliwiona na punkcie mojej pracy i po prostu chciałabym ją uspokoić...

– Dobrze, zadzwoń, ale mam prośbę. Tak na przyszłość... Nie częściej niż raz w miesiącu i unikaj tematu związanego ze szkoleniem, dobrze?

– Oczywiście, dziękuję.

Wychodząc, poczułam, że właśnie zaczyna się dla mnie coś nowego. O dziwo, nie miałam takiego wrażenia, kiedy dowiedziałam się o samym wyjeździe, ba, nawet przekraczając próg bazy. Tylko teraz, tak niespodziewanie... Wiedziałam na pewno, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej.

W drzwiach jeszcze raz spojrzałam w stronę Skyhawka. W duchu cieszyłam się, że właśnie z nim dane mi będzie współpracować. Nie znałam go jako człowieka, a mimo to podziwiałam. Miał w sobie coś tak heroicznego. Teraz wyglądał na przejętego, najwyraźniej bardzo mu zależało, aby się udało. Cokolwiek planował.

III

Po dotarciu do bazy miałam zamiar zadzwonić do domu, aby dać znać, że dojechałam cała i zdrowa. Uświadomiłam sobie jednak, że dochodzi dwudziesta czasu lokalnego, zatem w Polsce był środek nocy. Postanowiłam przełożyć to na następny dzień.

„Jak tylko wstanę!” – obiecałam sobie.

Będąc w hali głównej, odruchowo zerknęłam w stronę, gdzie wcześniej widziałam tajemniczy błysk. Tym razem nie dostrzegłam nic, co mogłoby zwracać na siebie uwagę. Czerń otulała cały sufit, spokojna, magnetyzująca i przerażająca, jakby skrywała jakiś sekret.

– Będę musiała się tam jutro wdrapać – powiedziałam do siebie i udałam się na pierwsze piętro.

Już na schodach słyszałam odgłosy śmiechu i dość głośnego przekomarzania się. Nie rozumiałam, czego dotyczyła rozmowa, miałam jedynie nadzieję, że moje wejście nie popsuje atmosfery.

Kiedy pojawiłam się na górze, zastałam wszystkich w kuchni. W powietrzu rozchodził się zapach świeżo zaparzonej kawy. Jako pierwszy dostrzegł mnie kapitan:

– Anielewicz, zapraszam! – zawołał. – Okropne nazwisko – skomentował ciszej.

Miałam ochotę się odgryźć, ale wolałam nie zaczynać swojego pobytu od pyskowania. Postanowiłam nie popełniać drugi raz tego samego błędu, co podczas rozmowy z Kastą, choć pewnie wyraz twarzy od razu mnie zdradził. Pozostali patrzyli w moim kierunku i na moment zapanowała cisza. Weszłam do kuchni, a Robson podał mi kubek.

– Dziękuję – odpowiedziałam tak słodko, że aż mnie zemdliło.

– Nie spieszyło ci się do nas – powiedział niby żartem.

Po raz kolejny ugryzłam się w język. Uśmiechnęłam się lekko i upiłam łyk kawy.

– Przepraszam.

– Okay. Drugie drzwi naprzeciwko to twój pokój, pierwszy jest mój i Kasty. Twoimi sąsiadami z drugiej strony są Dzikus i Kocur, kolejny pokój należy do Hi-Fi i Kikkera. Naprzeciwko ciebie kwaterę zajmują Mojito i Alabama, obok nich Kudłaty. Na końcu mieszkają Magik i Komar.

– Zatem przydział pokoi załatwiony – westchnęłam z udawaną ulgą.

– Chyba nie masz nam tego za złe? – wtrącił Kasta, który przez cały czas bacznie mi się przyglądał.

– Jasne, że nie... – wzruszyłam ramionami, choć szczerze liczyłam na lokum na końcu korytarza.

– Każdy pokój jest w pełni wyposażony – kontynuował kapitan. – W szafach znajdują się mundury szkoleniowe i inne niezbędne rzeczy. Zapewniamy wszystko, co jest potrzebne, dlatego też sugerowaliśmy minimalny bagaż – zerknął na moją wielką, w porównaniu z plecakami innych, walizkę. Przemilczałam kolejną prowokację. – Telewizji i innych bzdetów nie ma i zaufajcie mi, nie będziecie mieć ani czasu, ani siły na głupoty.

– A Internet? – zapytał Magik.

– Internet w hangarze jest wykorzystywany jedynie na potrzeby szkolenia, szerszy dostęp w głównym budynku administracyjnym. Dobrze radzę, o surfowaniu w sieci zapomnij, okay?

– Tragedia – ciężko westchnął Brytyjczyk. Robson w odpowiedzi posłał mu srogie spojrzenie. – Przepraszam – szybko się poprawił.

– Dzisiejszy wieczór macie dla siebie, rozpakujcie się, wypocznijcie, niektórzy z was przyjechali z daleka i już od ponad doby są na nogach. Z programem startujemy od jutra. Pozostałe dni i noce należą do nas – Robson wymownie wskazał na siebie i Kastę. – Uzgodniliśmy, że w kontaktach między sobą posługujemy się przydomkami, a ty? W aktach nie... – zwrócił się w moim kierunku.

– Po prostu Anna – weszłam mu w słowo.

– Nie masz przydomku? – sądząc po minach, zaskoczyłam wszystkich, pomijając, rzecz jasna, Kastę.

– Nie, a Skyhawk?

– Skyhawk to właśnie przydomek – odpowiedział złośliwe.

– Nie nocuje w bazie? – kolejny raz zignorowałam zaczepkę.

– Nie – odpowiedział Robson. – Nie masz ksywy. Dobre. To my ci wymyślimy – puścił oko do pozostałych, którzy zaczęli się śmiać.

– Już się boję – powiedziałam, niemalże gryząc kubek.

Byłam gotowa na wojnę, ale nagle Kasta wstał i energicznie klasnął w dłonie.

– Macie jakieś pytania?

– Czy kiedy będziecie nas tak tresować dzień i noc, uda się znaleźć chwilę wolnego na jakąś odstresowującą imprezkę? – zapytał z szerokim uśmiechem Mojito.

– Raz na dwa tygodnie, w niedzielę, jest szansa na przepustkę, ale to zależy... – odpowiedział tajemniczo komandor.

– Od czego? – zapytał automatycznie Latynos.

– Tylko i wyłącznie od was – powiedział z chytrym uśmiechem Robson.

– Skyhawk zgodził się, bym zadzwoniła do domu – wtrąciłam. – Chciałabym zrobić to jutro rano, okay? – popatrzyłam pytająco na komandora.

– Okay – odpowiedział krótko. – Uzupełniając – wrócił do tematu – za czystość pokoi i ich porządek oraz powierzone rzeczy osobiste odpowiadacie zgodnie z przydziałem. Za sprzątanie powierzchni ogólnych, czyli kuchni i dołu, każdego dnia będzie odpowiedzialna inna para. Podział zgodny z zakwaterowaniem. Anielewicz i Kudłaty z racji, że zajmują jedynki, tworzą duet. W woreczku znajdują się kartki z numerami od jednego do pięciu, wylosowany numer oznacza kolejność dyżuru. Z uwagi na fakt, iż przydział pokoi ominął Annę – tu odwrócił się do mnie przodem – jako pierwsza losuje zmianę.

Nie miałam odwagi spojrzeć na Kudłatego, czy jest zadowolony z partnerstwa, po prostu włożyłam rękę do woreczka i po sekundzie wyciągnęłam numer... jeden.

– Moje gratulacje, zaczynacie od jutra. Zbiórka jest o 5:00 rano – podsumował wynik Kasta.

– Bardzo, kurwa, fajnie – odezwał się Kudłaty, stawiając kubek w zlewie. Po czym naprężył bicepsy przede mną, aż dało się słyszeć świst nici pękających na szwach.

„I tak oto zyskałam sympatię kolegi z pary... Brawo, Anno!”.

Moijto wyciągnął numer trzy, Hi-Fi pięć, Komar cztery, a Dzikus dwa. Po dopiciu kawy ekipa ruszyła do przydzielonych kwater.

Mój pokój, podobnie jak pozostałe, nie był duży. Miał najwyżej piętnaście metrów kwadratowych i własną maleńką łazienkę. Na środku, obok siebie stały dwa jednoosobowe łóżka rozdzielone szafkami nocnymi. Na jednym z nich twardy materac, poduszka, cienka kołdra oraz koc, wszystko pościelone z wojskową precyzją. W pokoju były również dwie szafy, ale tylko w jednej wisiało kilka nieoznakowanych mundurów bdu, czarne kombinezony, w szufladach natrafiłam na T-shirty, dresy, ręczniki, niemalże wszystko, wliczając bieliznę usuwającą wilgoć z ciała i buty taktyczne. Najbardziej zaskakiwała trafność doboru rozmiaru przydzielonej odzieży.

„Najwyraźniej przydział pokoi ustalony został dużo, dużo wcześniej” – pomyślałam.

Na ścianie za łóżkami, pod sufitem znajdowało się pasmo podłużnych okien z zaciągniętą roletą. W całym wnętrzu i wyposażeniu dominował kolor khaki i zieleń w najróżniejszych odcieniach. Idealnie komponowało się to z meblami w kolorze ciemnego orzecha. Wojskowy charakter nie pozwalał uznać pokoju za przytulny, ale naprawdę dobrze się w nim poczułam.

Otworzyłam walizkę i zaczęłam rozpakowywanie. Kosmetyki, flaga Polski, chusta honorowa jednym susem wylądowały na pustym łóżku. Swój mundur wyjściowy powiesiłam w szafie, obok przydzielonych. Skarpety i pozostałe rzeczy zaczęłam upychać w szufladach.

– A co to? – ktoś zapytał.

Zerwałam się na równe nogi, tym samym uświadamiając sobie, że zapomniałam zamknąć drzwi. Odwróciłam się błyskawicznie i zobaczyłam Mojito trzymającego w rękach moją chustę honorową. W pokoju przed łóżkiem stał Alabama, w wejściu oparci o futryny stali Dzikus i Kocur.

– To jest moja chusta wojskowa.

– Co takiego? – zapytał ze śmiesznie zmarszczonym czołem.

– Chusta wojskowa... Honorowa. W Polsce jest taki zwyczaj, że żołnierze po odbyciu zasadniczej służby wojskowej, jak przechodzą do rezerwy, kupują lub robią chusty rezerwistów. W dniu wyjścia paradują w nich podczas powrotu do domu... – zaczęłam paplać bez sensu.

– Jesteś rezerwistą!? – tym razem zdziwienie było wyraźne na twarzach wszystkich.

– Nie, nie, po prostu pomysł bardzo mi się spodobał. Bardzo chciałam mieć własną i nieco zmodyfikowałam tradycję.

– To się chyba bardzo nie napracowałaś... – stwierdził kwaśno Mojito.

– No chyba że sama tkałaś materiał, i te frędzle... Ach! – wtrącił Kocur. – Jest taka... – tu urwał, widocznie zabrakło mu odpowiedniego słowa, ale z pomocą przyszedł Dzikus.

– Skąpa w treści – posłał mi łobuzerski uśmiech.

– Nieskończona – podsumował Alabama. – Co to za naszywki?

– Po lewej flaga, godło Polski i insygnia sił powietrznych, a po prawej szkoły lotniczej i mojej jednostki. Faktycznie, nie za wiele tego... Bo i w sumie nic takiego się jeszcze nie wydarzyło. Tak, jeszcze nieskończona.

– Jasne – oglądał ją bacznie Mojito, z udawanym zaciekawieniem przekręcając głowę, chyba zaczął się wygłupiać. – Nie no, wiesz, jak się dobrze przyjrzeć, jest bardzo ładna i w ogóle...

– Dzięki...

Stałam speszona, nerwowo bawiąc się obszyciem bluzki. Zaskoczyli mnie niespodziewanymi odwiedzinami. Z zakłopotania mój agresor się wyłączył i pozostała jedynie znienawidzona przeze mnie postawa słodkiej idiotki. Panowie natomiast w przeciwieństwie do mnie zachowywali się dość swobodnie. Alabama położył się między kosmetykami w pół łóżka tak, że stopami opierał się o szafę za sobą. Dzikus wszedł do środka i usiadł obok niego, biorąc pod pachę poduszkę. Kocur natomiast stanął obok mnie i oparł się o szafę. Milczenie ciążyło wszystkim, identycznie, jak wymieniane spojrzenia. Kompletnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, oni natomiast, od czego by zacząć rozmowę. Czułam, jak oblewam się rumieńcem, policzki piekły mnie niesamowicie.

„Błagam, zapanuj nad tym!” – ganiłam w myślach samą siebie.

W tym czasie Mojito odłożył już chustę, którą przejął Alabama, natomiast zainteresował się czymś w moich kosmetykach. Jedna z kosmetyczek była otwarta i wyciągnął z niej.

„O mój Boże! Plastry depilacyjne! Masakra” – teraz to już byłam cała bordowa z zakłopotania. Ratowała mnie jedynie myśl, że to nie tampony, wówczas na ich oczach podgryzłabym sobie żyły w akcie samobójczym.

– Yyyy – chciałam coś powiedzieć, ale ubiegł mnie Dzikus:

– Co to? – zapytał, zabierając opakowanie od Rico. – Tu jest chyba po polsku i nie...

– Pokaż – odebrał znalezisko Mojito. – Fajowe. O, jest też po angielsku! – zaczął czytać. – Plastry depilacyjne, po co to?

– Ja chyba wiem – powiedział z rozbawieniem Alabama, wciąż bawiąc się chustą.

– Coś ty, a skąd wiesz? – zapytał.

– Moja kobieta kiedyś miała coś podobnego.

– I co to robi?

– Wiesz, przyklejasz, odrywasz i jest gładka skóra – wyjaśnił Alabama łopatologicznie.

– Kurde, czad, mogę spróbować? – Rico zapytał mnie z szerokim uśmiechem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, wzruszyłam tylko ramionami. Mojito natychmiast wyjął jeden plasterek i rzucił opakowanie do Kocura, który z kolei przeczytał sposób użycia:

– Bierzesz plaster, rozgrzewasz w dłoniach, pocierając energicznie, zrywasz folię i przyklejasz. Czekasz kilka minut.

– Luzik – Mojito ściągnął koszulę.

Moim oczom ukazała się śniada skóra i klata pokryta ciemnymi kręconymi włoskami. Należało przyznać, że Mojito całkiem sexy prezentował się topless.

Zgodnie z przedstawioną przez Kocura procedurą plaster depilacyjny wylądował na środku mostka Latynosa.

– I co teraz? – zapytał.

– Czekasz kilka minut – powtórzył Kocur, pochodząc do kolegi. – Poprawimy trochę, by ładne leżał i zabieg się udał – zaczął mu przyklepywać i wygładzać naklejony wosk kosmetyczny.

– A potem?

– Zrywasz jednym energicznym ruchem – odpowiedział złowrogo Alabama.

– Nooooo – chłopaki zaczęli się śmiać, nawet mnie uśmiech pojawił się na twarzy.

– O! A to boli? – automatycznie spojrzenia powędrowały w moją stronę.

– Cholernie – dodałam z powagą.

– Ups – palnął Mojito i wszyscy znów zaczęliśmy się śmiać.

W tym momencie do pokoju wszedł Kasta:

– Co tu się dzieje? Co to za zbiórka? Wszystko okay? – potrząsnęłam twierdząco głową kompletnie zakłopotana. – Czemu nie... – spojrzał na Mojito i wszystko stało się jasne. Przyłożył palce do czoła i głośno westchnął, wyraźnie był rozbawiony.

Do pokoju wkroczył Robson.

– Sprawiają problemy? – zapytał od razu.

– Nie, jest okay. Serio, nie ma powodu...

– Z czego się śmiejesz, Kasta? – zignorował mnie Robson.

– Spójrz na niego – wskazał na Rico. – Ale agent!

Plaster śmiesznie błyszczał na klacie Mojito. Zanim ktokolwiek zdążył coś więcej powiedzieć, komandor jednym energicznym ruchem go zerwał.

– O kuuuurwa! – wydarł się Rico, wijąc się przy tym z bólu. – Boże Święty! Ja pierdolę!

Kasta jedynie chrząknął i Latynos wyprostował się automatycznie. Wzrok przykuwała na środku mostka duża czerwona plama świeżo wydepilowanej skóry. W powietrzu świsnęła ręka komandora, aż dało się słyszeć głuche pacnięcie. Mojito oberwał otwartą dłonią w tył głowy.

– Auć, a to co? – zapytał zaskoczony.

– Reprymenda – odpowiedział z powagą Kasta. – Do swoich pokoi, natychmiast! – krzyknął.

– Tak jest! – odpowiedzieli pozostali, trzęsąc się z rozbawienia.

– Cholerny plasterek... – mamrotał Mojito, wychodząc z mojego pokoju.

W ciągu kilku sekund po sześciu żołnierzach nie było śladu. Wtedy dopiero zaczęłam się śmiać w głos i padłam na swoje łóżko. Nie miałam już siły na nic, ani na prysznic, ani na uporządkowanie swoich rzeczy, powieszenie flagi czy złożenie chusty. Po prostu zgasiłam światło. Zanim głowa dotknęła poduszki, spałam mocno.

*

Było już późno, a nam wcale nie spieszyło się wracać. Z Rekrutem przeszliśmy całą dzielnicę wzdłuż i wszerz. Rozegraliśmy nawet jeden mecz w koszykówkę z dzieciakami z sąsiedztwa, które wieczorami przesiadywały na boisku przy parku. Nie miałem pojęcia, jak ten pies to robi, ale jak tylko przejmował piłkę w odległości półtora metra od kosza, potrafił tak podbić ją łbem, że zawsze trafiał do celu.

– Jakim cudem Snajper go tego nauczył? – śmiałem się sam do siebie, wspominając najlepszego kumpla.

Bym dostał porządny łomot i przegrał z kretesem, wystarczyły dwie partie po dwadzieścia minut, bo oczywiście złośliwiec musiał grać w przeciwnej drużynie. Później w ramach odpoczynku położyliśmy się na trawie wśród drzew, ciesząc się nocną ciszą i chłodem. Gruba sierść w okresie letnim bardzo dokuczała mojemu zwierzakowi.

Podczas leżakowania zauważyłem biegnącego człowieka. W świetle latarni oceniłem, iż była to młoda, drobna kobieta, której ciemny dres seksownie opinał ciało. Zgrabna figura była dość nęcącym zaproszeniem, ale po dzisiejszym dniu miałem dosyć płci pięknej na jakiś czas. Przynajmniej do jutra. Spojrzałem na zegarek, było już grubo po północy.

– Rekrut... – zagadałem do psa. – Wracamy.

Psisko bardzo niechętnie, lecz bez jęków posłuchało mnie. Ominąwszy główne chodniki, poszliśmy na skos przez park, kierując się prosto do naszego apartamentowca. Mniej więcej w połowie drogi usłyszeliśmy kobiecy krzyk z pobliskiej ścieżki. Najwyraźniej naszą biegaczkę ktoś zaatakował. W takich sytuacjach nie musiałem nic mówić. Rekrut natychmiast zareagował, ruszając biegiem na pomoc. Błyskawicznie obezwładnił napastnika, powalając go na ziemię, a swoim ciężarem i ostrymi zębami zawieszonymi tuż nad twarzą skutecznie go unieruchomił. Kiedy dotarłem, natychmiast chciałem podejść i pomóc wstać dziewczynie, ale nie zdążyłem. Zleciało się mnóstwo facetów z bronią w ręku, wykrzykujących dobrze mi znane teksty: „Nie ruszaj się! Ręce w górę! Gębą do ziemi”. Zrobiło się megazamieszanie.

– Chłopaki, wszystko w porządku! – odezwała się całkiem ładna brunetka. – On chciał mi tylko pomóc, nasz tam leży...

– Rekrut, puść pana – zawołałem do psa, upewniając się, że mu jeszcze nic nie odgryzł i uśmiechnąłem się zalotnie do brązowookiej policjantki. – Cześć – wyciągnąłem dłoń, by się przywitać. – Matthew Carter, czyżbym popsuł akcję?

– Detektyw Sara Gibbs – odpowiedziała, witając się ze mną. – Wręcz przeciwnie.

– Kto to? – zapytałem automatycznie, spoglądając w stronę zakuwanego, całego wytatuowanego bandziora. – Spokojnie, jestem z branży.

– Tak? – zapytała zainteresowana.

– Z NCIS – pokazałem legitymację.

– My z siedemnastki... – ze ślicznym uśmiechem pomachała mi przed nosem swoją odznaką. – Mieliśmy kilka nocnych napadów na kobiety w tym parku, zrobiliśmy prowokację.

– Coś kiepsko cię pilnowali.

– Już mieliśmy odpuścić, właśnie wracałam i wtedy mnie zaatakował.

– Czyli macie go?

– Będziemy wiedzieć, jak zrobimy badania DNA.

– Jestem pewien, że to on. Nawet mogę postawić kolację, by udowodnić swoje przekonanie – wolałem kuć żelazo, póki gorące, spodobała mi się. – Jeżeli się mylę, ty zapraszasz.

Roześmiała się.

– A tak w ogóle dziękuję za pomoc. Facet jest okropnie silny, nieźle by mnie poobijał, gdyby nie twój pies.

– Wabi się Rekrut. Przyjacielu, chodź, przywitasz się z Sarą.

Psisko bacznie obserwowało aresztowanie i moje zawołanie kompletnie zignorowało.

– Przepraszam, ale jest bardzo przejęty swoją robotą, nie pozwala się rozpraszać przez piękne kobiety.

– Dziękuję za pomoc – powiedziała ze śmiechem w kierunku psa. – Byłeś super! – Rekrut nawet na nas nie spojrzał, tylko cicho szczeknął w podziękowaniu za komplement.

„On faktycznie rozumie, co się do niego mówi” – pomyślałem.

– To co z tą kolacją? – nie dawałem za wygraną.

– Jak tylko będę miała wyniki badań, zadzwonię na...

– Najlepiej na moją komórkę – zamruczałem cicho, wchodząc jej w słowo.

– Zanotuj... – powiedziała zalotnie, wyjmując pomadkę z plecaka i podciągnęła rękaw bluzy.

„Co za kobieta i do tego policjantka, idąc pobiegać, zabiera ze sobą pomadkę?” – pomyślałem zaintrygowany.

Pomimo że Sara miała krótkie włosy i biust nie większy niż rozmiar C, musiałem się przekonać.