Dynastia krwi - Marcin Łoziński - ebook
NOWOŚĆ

Dynastia krwi ebook

Marcin Łoziński

4,5

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Trzech braci, trzy krwawe tajemnice i idealna fasada, pod którą każdy z nich skrywa naturę seryjnego mordercy - nie wiedząc o sobie nawzajem.

O czym jest „Dynastia Krwi”?

Bracia King to ikony sukcesu, bogowie popkultury i ulubieńcy mediów. Przystojni, wpływowi, nietykalni. Jednak pod garniturami od projektantów pulsuje mrok. Każdy z nich po godzinach realizuje makabryczne hobby, o którym nie wspomina się przy rodzinnym stole. W świecie Kingów perfekcja jest religią, a zbrodnia - najbardziej strzeżonym sekretem.

Wszystko zaczyna się sypać, gdy na ich drodze staje Jasmine Turner. Napędzana bólem po stracie bliskich, rozpoczyna prywatne polowanie, które szybko zmienia się w krwawy chaos. Gdy FBI depcze im po piętach, a medialny wizerunek pęka jak domek z kart, bracia muszą zmierzyć się z prawdą, której nie przewidzieli w swoich morderczych planach.

Czy braterska krew okaże się silniejsza niż instynkt przetrwania? W tej grze nie ma miejsca na lojalność, gdy stawką jest życie, a maski opadają jedna po drugiej w rytm absurdalnego humoru i brutalnej prawdy o współczesnym świecie.

W tej książce znajdziesz:

- Seryjnych morderców w wersji glamour - brutalność ubrana w luksus i najwyższe słupki oglądalności.
- Czarny humor i groteskę - śmiech przeplatający się z ciarkami na plecach.
- Moralnie niejednoznacznych bohaterów - tutaj nie ma „tych dobrych”, są tylko drapieżnicy i ich ofiary.
- Zabójcze tempo - konstrukcja bez zbędnych wypełniaczy, stworzona do pochłonięcia w jeden wieczór.
- Obraz mediów bez filtra - bezlitosna satyra na świat, w którym wizerunek jest wart więcej niż ludzkie życie.

Dla kogo jest ta lektura?

„Dynastia Krwi” to pozycja obowiązkowa dla czytelników, którzy mają dość schematycznych thrillerów. Jeśli uwielbiasz mroczny klimat „American Psycho”, cynizm „Dextera” i dynamiczne śledztwa, w których każda strona przynosi nowy zwrot akcji - Marcin Łoziński napisał książkę właśnie dla Ciebie. To jazda bez trzymanki dla fanów historii z przymrużeniem oka, ale o bardzo ostrych krawędziach.

Chcesz sprawdzić, jak bardzo można nienawidzić własnej krwi? Dodaj „Dynastię Krwi” na półkę i zacznij czytać już teraz.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 638

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (11 ocen)
7
3
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
miroslawa_miroslawa38

Nie oderwiesz się od lektury

Koszmarny klan, sprawiedliwości nie stało się zadość. Wygląda na to, że będzie ciąg dalszy, bo to nie może się tak skończyć.☹
00
AgnieszkaPikula1

Nie oderwiesz się od lektury

calkiem udany debiut. Dobra, ciekawa, pelna czarnego humoru. polecam
00
zmmazurek

Nie oderwiesz się od lektury

Na początku jest dużo opisów, ale potem akcja przyspiesza. Natomiast zakończenie zaskakujące
00
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

ale to było dobre
00
Czyt-NIK

Nie oderwiesz się od lektury

Debiutancka powieść Marcina Łozińskiego „Dynastia krwi” to propozycja, która zaskakuje już na poziomie samego pomysłu. Sensacyjny thriller kryminalny spleciony z czarną komedią, w którym głównymi bohaterami są… seryjni mordercy, a do tego bracia, funkcjonujący w przestrzeni publicznej jako celebryci bez najmniejszej rysy. Łoziński odważnie sięga po groteskę, ironię i brutalność, tworząc historię o świecie, w którym medialny blask skutecznie maskuje najciemniejsze instynkty. Bracia King to ucieleśnienie współczesnego mitu sukcesu. Są bogaci, wpływowi, doskonale rozpoznawalni i uwielbiani przez opinię publiczną. Każdy z nich pełni inną rolę w tej medialnej układance, ale wszyscy funkcjonują w przekonaniu, że ich reputacja jest nienaruszalna. To właśnie ta fasada – perfekcyjnie wykreowana, gładka i pozbawiona pęknięć – staje się jednym z najważniejszych tematów powieści. Autor z wyczuciem pokazuje, jak łatwo społeczeństwo daje się uwieść obrazom sukcesu, nie zadając pytań o to, co kryje...
00



© 2025 Marcin Łoziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.

Autor: Marcin Łoziński

Redakcja: Dominika Kamyszek

Projekt okładki: Maciej Pieda- Pieda Art Design

Skład i łamanie: Tomasz Dąbrowski

Wydawca: Brave New Ads Marcin Łoziński

ISBN 978-83-978881-1-1

Wydanie pierwsze

Rzeszów 2025

Strona autora: marcinlozinski.pl

Drogi Czytelniku...

Nim rozpoczniesz swoją lekturę, chciałbym Ci podziękować za to, że poświęcisz swój czas na stworzoną przeze mnie historię braci King.

To właśnie dzięki Tobie mam szansę na zrealizowanie mojego dziecięcego marzenia, jakim jest tworzenie i opowiadanie historii.

Mam nadzieję, że to, co przeczytasz dostarczy Ci rozrywki, pozwoli Ci uciec od codziennych zmartwień i – kto wie – może nawet zostanie z Tobą na dłużej.

Z wyrazami wdzięczności,

Marcin Łoziński

Prolog

Nadzorujący agent specjalny FBI Adam Carter opierał się o swojego służbowego czarnego SUV-a. Była wyjątkowo ciepła jesień – nawet teraz, mimo że ledwo świtało, czuł, że zaraz będzie musiał zdjąć kurtkę. Chociaż w tym przypadku powód mógł być inny.

Obok niego stał Gary Smith, szeryf lokalnej policji, starszy mężczyzna o siwej, zadziwiająco gęstej czuprynie i imponujących wąsach. Znajdowali się przed rezydencją rodziny Kingów, która do wczoraj była przykładem tego, co z dziewiętnastowiecznym dworem może zrobić narcyzm, brak gustu i kilkaset milionów dolarów. Tego ciepłego poranka w Nowej Anglii nikt jeszcze nie przypuszczał, że puszczona dosłownie z dymem fortuna nie będzie największą sensacją dnia.

Obaj funkcjonariusze już od dobrych kilku minut obserwowali w ciszy i niedowierzaniu, co się wokół nich działo. Po trwającej już kilka godzin akcji strażacy dogaszali to, co zostało z tego wielkiego domu. Łuna z pożaru w nocy widoczna była na wiele kilometrów. Od pogorzeliska ciągle biło gorąco, jedynie strażacy w swoich kombinezonach mogli się do niego zbliżać. W powietrzu unosił się swąd spalonego plastiku. Gdzieniegdzie jeszcze spadały pojedyncze płatki popiołu. Kilku strażaków starało się przy pomocy dźwigu, łańcuchów i pasów ściągnąć białego Bentleya z korony starego dębu, kolosa posadzonego w tym samym roku, w którym zbudowano ten dom. Na podjeździe stały wozy strażackie, a za nimi karetki oraz biała Toyota Corolla. Sanitariusze z noszami zmierzali po trzy zapakowane w worki ciała leżące przy aucie Cartera. Tymczasem dwaj technicy policyjni ubrani w białe kombinezony i z maskami na twarzy wyjmowali z fontanny – obowiązkowo postawionej w centralnej części podjazdu – martwego bernardyna ze światełkami świątecznymi zaciśniętymi na szyi.

– Wiem, co powiesz, ale i tak muszę zapytać – zaczął Carter. – Widziałeś kiedyś coś takiego?

Smith przez chwilę nie odpowiadał, tylko wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

– A co, w twojej pracy luksusowe limuzyny na drzewach to jakiś rzadki widok? – odparł w końcu z nutą ironii.

Carter parsknął pod nosem i już miał coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili łańcuchy podtrzymujące Bentleya się rozluźniły. Samochód z impetem dwóch i pół tony zarył przodem o ziemię, po czym przewrócił się na dach, o mało nie zabijając jednego ze strażaków. Ten zaczął wyzywać od skurwysynów wszystko i wszystkich dookoła.

– Jasne, ale z reguły spadają na ziemię w październiku. – powiedział Carter.

Smith westchnął ciężko, patrząc na wrak, wziął do ust ostatniego papierosa z paczki.

– Taaak… Liście, samochody, ludzie… – zaczął szeryf, wskazując na ciała leżące przy aucie agenta, i odpalił papierosa zapałką. – Wszystko prędzej czy później kończy na ziemi…

Czterysta metrów od głównego budynku, przy żelaznej bramie wjazdowej, panował chaos. Policjanci ustawieni w zwartym szeregu próbowali powstrzymać armię dziennikarzy – zarówno profesjonalnych, jak i samozwańczych – którzy szturmowali ich jak zbuntowany tłum barykady. Słowa rzucane w kierunku funkcjonariuszy były tak dalekie od uprzejmości, jak tylko mogły być, choć z pewnością miały swoje korzenie w głębokim uznaniu dla matek obu stron. Kamery migotały, mikrofony kierowały się w stronę policjantów, a tłum napierał, licząc, że ktoś w końcu pęknie i przepuści ich do środka. Ale mimo to nikt nie miał prawa dostać się na teren posiadłości, a ta brama była jedyną drogą do środka. Całość otaczał wysoki mur, z kamerami i czujnikami ruchu. Sęk w tym, że te nowoczesne systemy bezpieczeństwa były nieaktywne – w końcu spłonął dom, do których je podłączono.

Na skraju lasu, po przeciwległej stronie rezydencji, czterech niezbyt rozgarniętych licealistów tworzyło mistrzowski plan na nagranie, które miało stać się trzecim najczęściej oglądanym filmikiem tego tygodnia na TikToku. Zaraz po nowym reżimie treningowym Dwayne’a Johnsona i viralu, na którym dwie nastolatki porywają obcym ludziom roczne dziecko z wózka, biegną z nim na dach centrum handlowego i odtwarzają scenę z Króla lwa z Simbą i Rafikim, fałszując przy tym Circle of Life. W porównaniu z reporterami walczącymi z policją taktyka nastolatków była… prostsza. Dostrzegli, że systemy kamer i czujników ruchu poszły z dymem wraz z rezydencją, więc bez zbędnego namysłu wdrapali się na mur. Teraz, siedząc na krawędzi lasu, przyglądali się policyjnemu zamieszaniu i szepcząc, szykowali się do wejścia na „wielką scenę”.

– Słuchajcie mam plan, kurwa, sprytny – mruknął jeden z nich, a reszta skinęła głowami, ledwo powstrzymując chichot.

W tym czasie Carter oglądał wrak samochodu i zastanawiał się, ile musiałby pracować, żeby było go stać na coś takiego. W myślach stwierdził, że za same felgi mógłby posłać syna na studia. W tym momencie jego rozmyślania przerwał znajomy dźwięk. Z kieszeni szeryfa dobiegły mocne nuty Smoke on the Water. Smith ze smutkiem dopalił ostatniego papierosa, sięgnął po telefon i odebrał połączenie.

Koniec z głupotami, zrugał się w myślach agent FBI. Masz na trawie trzy ciała. Cholera wie, ile dokładnie mamy ofiar w tej całej sprawie. A nawet nie wiesz, gdzie zacząć. I jeżeli potwierdzi się co najmniej połowa tego, co przypuszczasz, to o tej sprawie będą uczyć w szkołach. Musisz znaleźć materiały Rodriguez i Spencera, może tam będą jakieś poszlaki… Dociągniesz to do końca za wszelką cenę, rozumiesz, Adam?

Chwilę później Smith zakończył połączenie.

– Agencie Carter, mam dla pana dwie wiadomości. Złą i gorszą. Która najpierw?

Rozdział I

Diamond Razor

Austin, Teksas kilkanaście dni wcześniej

Jak na drugą połowę sierpnia, było bardzo chłodno. Temperatura spadła prawie do dziesięciu stopni Celsjusza. Mieszkańcy Teksasu nie byli przyzwyczajeni do czegoś takiego, ale Anthony King jak najbardziej. On uwielbiał chłód. I szczerze nienawidził przyjeżdżać tutaj, do siedziby swojej firmy. Z chęcią umieściłby ją gdzieś w Nowej Anglii, z której pochodził. Musiał jednak znaleźć miejsce, w którym będzie mógł swobodnie prowadzić interesy bez obawy o to, że federalny rząd tego kraju całkiem zwariuje i pogrąży prawdziwe amerykańskie firmy. Takie jak jego Diamond Razor. Oczywiście każdy w jego otoczeniu doradzał mu pozostanie w Dolinie Krzemowej, zwłaszcza jego najmłodszy brat – Michael. Mając do wyboru wariatów z Kalifornii i wariatów z Teksasu, zdecydowanie wolał tych z Południa. Przynajmniej nikt nie wtrącał mu się do tego, co robi na swoim ranczu. Poza tym Mike był ostatnią osobą, której by posłuchał.

Z tego powodu główna siedziba od kilku lat znajdowała się w stolicy Teksasu, a wkrótce planował przenieść też swoje fabryki. Z patriotycznego punktu widzenia powinien wybrać Pas Rdzy, ale przy granicy z Meksykiem miał lepsze… możliwości.

W tej chwili stał przy oknie swojego biura na dwudziestym piętrze, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, patrząc na krzątających się w dole ludzi. Z tej wysokości wszystko wydawało się tak proste, tak kontrolowane – linie ulic, rytm sygnalizacji świetlnej, ruch przechodniów. Jak dobrze znał ten obraz: ludzie niczym mrówki biegli, jakby sterowała nimi jakaś niewidzialna siła. Nadzieja? Ambicja? Strach? A może po prostu stary, dobry kapitalizm? Niezależnie od odpowiedzi to on był na szczycie i w każdej chwili mógł te mrówki rozdeptać…

Nagle dźwięk telefonu przerwał ciszę. Zwykły sygnał, a jednak tak gwałtowny w przestrzeni, którą stworzył sobie w swojej głowie. Przez moment Anthony się wahał, czy w ogóle powinien podejść – jakby się bał, że odbierając, przerwie swoje władcze zamyślenie i wróci do rzeczywistości. W końcu wolnym krokiem ruszył w stronę przesadnie dużego biurka, spojrzał na urządzenie, jakby oceniając jego prawo do istnienia.

Odebrał. Była to jego sekretarka.

– Panie King, pana szofer już czeka. Wpuścić go?

Molly może nie wpisywała się w kanon piękna filmowych sekretarek, zwłaszcza że powoli zbliżała się do pięćdziesiątki, ale miała szósty zmysł, którego nie powstydziłby się profesjonalny agent wywiadu. To on pozwolił Anthony’emu uniknąć więcej kłopotów, niż sam by przyznał. Kilka lat temu nawet uratowała mu tym życie, kiedy pewien facet przyszedł ze świetnie wyglądającą ofertą współpracy. Całość wyglądała przekonująco – od starannie przygotowanej dokumentacji aż po entuzjazm w głosie mężczyzny. Ale ona czuła coś niepokojącego. Poprosiła gościa o chwilę cierpliwości i zasugerowała Kingowi, by grał na czas. Po paru minutach czekania mężczyzna zaczął się wyraźnie irytować. Wtedy Molly zauważyła w jego skarpecie dziwny kształt, którego wcześniej nie dostrzegła ochrona. Ze stoickim spokojem odprowadziła go do wyjścia, a w drodze dyskretnie wezwała ochronę, aby natychmiast przeszukali gościa. Odkryli, że mężczyzna faktycznie miał nóż do kopert ukryty w skarpecie. Jak się okazało, firma tego narwańca była na skraju bankructwa, a on winił o to Kinga. Po tym incydencie Anthony kazał zamontować przy wejściu do budynku bramkowe wykrywacze metalu, a następnie wykupił tamtą firmę za grosze.

Tony jeszcze nie zdążył odłożyć słuchawki na miejsce, gdy do biura wmaszerował młody, przesadnie pewny siebie niski brunet. W jednej dłoni trzymał charakterystyczną czapkę szofera, a w drugiej pobrudzony kubek kawy, który chyba musiał ukraść bezdomnemu. Pewnie razem ze starymi, jasnymi jeansami, które miał na sobie. Kontrastowała z tym elegancka, niewątpliwie droga marynarka.

– Cześć, szefie. Auto czeka, samolot czeka. Jesteśmy spóźnieni o dwie godziny. Lepiej się zbierajmy. Aha. i mam pytanie.

Roy Kowalsky, osobisty szofer Tony’ego, to wyjątkowy przypadek. Irlandczyk z polskimi korzeniami, w którym buzowała dość wybuchowa mieszanka kulturowa. King cenił jego bezpośredniość, bo Roy był jedynym pracownikiem, który nie przejmował się tym, że mógłby niechcący nadepnąć mu na odcisk – czasami wręcz robił to specjalnie. Molly go nie znosiła, a Roy szczerze tę antypatię odwzajemniał, co dla Tony’ego było dodatkową zaletą. Obecność ludzi o tak różnych charakterach i odmiennych poglądach nadawała jego otoczeniu unikalny balans – a przy okazji dostarczała mu nieoczekiwanej rozrywki.

– Strzelaj.

– Dlaczego nie zwolnisz Polly i nie zatrudnisz jakiejś gorącej latynoski z dużymi cyckami i fajną dupą? – spytał poważnie, jak zwykle celowo przekręcając imię kobiety.

– Wtedy za każdym razem, gdy otwierałbym te drzwi, przez które przed chwilą wszedłeś, widziałbym twoją napaloną mordę. Uwierz mi, nie chcę tego.

– Szefie, jeszcze zmienisz zdanie.

– A ty pracę – odparował Tony, szczerząc swoje idealne, białe zęby. – Widzisz tę walizkę? Sama się nie weźmie.

– Już się robi!

Nawet nie rozważał zwolnienia Roya. Ani Molly. Ani nikogo z tej wąskiej grupy, której ufał bez zastrzeżeń. W świecie, gdzie prawie wszystko miało swoją cenę, on wiedział, że Roy i Molly stanowią wyjątek. Byli nie do kupienia. Co więcej, w przypadku Roya dochodziła kwestia jego wujka, z którym Tony nie chciał mieć większych problemów niż teraz… Ale to nie był dzień, w którym zamierzał zaprzątać sobie tym głowę.

Wyszli z biura, a Roy od razu ruszył przed siebie, wyraźnie zdeterminowany, by przejść obok Molly bez zbędnych interakcji. Tony jednak zwolnił kroku i nie kryjąc rozbawienia, podszedł do swojej sekretarki. Obserwowanie ich wymiany spojrzeń i ledwie skrywanych animozji zawsze dostarczało mu cichej satysfakcji.

– Hej, na pewno nie chcesz lecieć z mężem na nasze przyjęcie? – zapytał Molly, choć doskonale wiedział, że się nie zgodzi. – To wasza ostatnia szansa. Jak coś, to mogę wstrzymać start mojego samolotu o kilka godzin.

– Nie, dziękuję, proszę pana. Źle znoszę latanie, zmiany ciśnień i te sprawy. Miałabym migrenę przez trzy dni…

– Nawet morze darmowego alkoholu nie pomoże?

Molly szczerze się uśmiechnęła, pokazując niezbyt równe, ale zadbane zęby.

– Jest pan bardzo przekonujący, ale naprawdę muszę odmówić – odpowiedziała grzecznie.

Ta praca była dla niej finansowym zbawieniem, zwłaszcza że jej najstarsza córka załapała się na firmowe stypendium, dzięki któremu mogła studiować na porządnej uczelni. Mimo wdzięczności Molly traktowała to tylko jako pracę. Wykonywała ją tak dobrze, jak tylko mogła, nie bała się nadgodzin ani podobnych wyzwań. Z jej perspektywy świat Anthony’ego Kinga był jednak miejscem, do którego wolała się nie zbliżać. Pomimo tego, że szef darzył ją wielkim zaufaniem, Molly miała przeczucie, że jest on osobą, z którą nie powinna się spoufalać. Poza tym zdawała sobie sprawę, że gra, którą toczyła z tym napalonym dzieciakiem, stanowi dla niego dziwną rozrywkę.

– Szefie, ja wiem, prywatny odrzutowiec i te sprawy… – wtrącił się Roy. Molly popatrzyła na niego, jakby ten właśnie przejechał jej psa. – Ale nawet jak już dolecimy do Nowej Anglii, to będziesz miał jeszcze tonę rzeczy do załatwienia. A twoi bracia są już w pałacu.

Pałacem była rezydencja Kingów. Tak Tony i jego bracia mówili na ich dom, kiedy byli mali i bawili się w rycerzy. Roy pewnego razu usłyszał, jak Anthony rozmawiał o tym z Michaelem, i to podchwycił.

– Tak, tak, wiem. Do zobaczenia, Molly.

– Do widzenia, proszę pana. Życzę udanej imprezy urodzinowej!

***

Nie minęło pięć minut, a Tony i Roy wyjeżdżali z podziemnego parkingu nowiutkim czarnym Mercedesem klasy S. Tony, zawsze wierny niemieckiej precyzji, miał słabość do europejskich samochodów i cenił ich elegancję. Tym razem jednak, zamiast skupić się na podróży na własne urodziny, myślami krążył wokół firmy, bo sytuacja finansowa zaczynała się napinać jak cięciwa łuku. Koszty produkcji rosły, a konkurencja była bezlitosna – mimo niezłych przychodów w niszy, jaką sobie znalazł, przyszłość Diamond Razor wymagała zabezpieczenia w postaci solidnych oszczędności.

Tony założył słuchawki i podpiął się do tabletu, co oznaczało jedno – cichą podróż na lotnisko. Najlepiej pracowało mu się właśnie w trakcie jazdy. Bycie w ruchu sprawiało, że potrafił się maksymalnie skupić, a słuchawki nie służyły do tego, by delektować się muzyką. Tym razem wybrzmiewał z nich nagrany raport o cięciu kosztów w firmie, który włączył w tle, analizując chłodno każdą cyfrę i szukając luk w budżecie. To, co odwaliło się kilka miesięcy temu w Miami, sprawiło, że znowu zaczęły pojawiać się problemy z dostawami procesorów. Do tego musiał spłacić tego cholernego Irlandczyka… Nawet na urodziny nie mógł sobie pozwolić na chwilę słabości; świadomość narastających problemów wisiała nad nim jak chmura gradowa, a on sam czuł, że jedynie jego opanowanie trzyma wszystko w ryzach. Na razie.

Diamond Razor zaczynało bardzo skromnie, od idei, która przyszła Tony’emu do głowy w momencie, gdy nie miał praktycznie nic – poza niespodziewaną odpowiedzialnością za rodzinę. W 2004 roku, zaledwie dwa lata po tragicznym pożarze, który odebrał życie jego rodzicom, dwudziestoletni Tony miał na barkach nie tylko zarządzanie ich skromnym majątkiem, ale także opiekę nad młodszymi braćmi. Był pełen ambicji, zdawał sobie jednak sprawę, że odziedziczone pieniądze nie wystarczą na długo. Wiedział, że aby zabezpieczyć siebie i rodzeństwo, musi myśleć nie tylko o sukcesie, lecz także o stworzeniu trwałej, stabilnej przyszłości. Rozpoczął studia biznesowe na Uniwersytecie Columbia, snując początkowo plany założenia firmy zajmującej się usługami finansowymi – miał wizję poważnego biznesu, w którym wykorzysta swoje zdolności analityczne i strategiczne.

Bracia przekonali go jednak, by pomyślał o nowej, dynamicznie rozwijającej się branży gier komputerowych, która pasowała do ich zainteresowań i miała świeży, młodzieńczy charakter. Właśnie w ten sposób narodziła się firma Diamond Razor, która początkowo działała jako studio zatrudniające młodych i utalentowanych informatyków i tworzące innowacyjne gry komputerowe. Gry te w ciągu kilku lat zdobyły popularność wśród młodszych użytkowników, a firma zarobiła swoje pierwsze miliony, co dało Tony’emu finansową swobodę.

On jednak traktował tę branżę z niemałą pogardą. Gdy tylko zauważył, że rynek telefonów komórkowych gwałtownie rośnie, zaczął każdego zarobionego na grach dolara inwestować w rozwój nowego działu, który miał zająć się tworzeniem telefonów. Był przekonany, że przyszłość leży w urządzeniach mobilnych, a jego celem stało się produkowanie całkowicie amerykańskich smartfonów. Mimo że Apple go ubiegło, wypuszczając pierwszego iPhone’a, Diamond Razor wypracowało sobie niszę: Tony podkreślał, że jego firma nie tylko produkuje telefony, ale też robi to w stu procentach na terenie USA, co przyciągało klientów kierujących się patriotyzmem.

Z biegiem lat Tony dostrzegł, że mimo licznych inwestycji jego udział w rynku się kurczy. Choć Diamond Razor zdobyło reputację jako amerykańska firma technologiczna z zasadami, konkurencja była bezwzględna. To, co kiedyś zapewniało stabilność i przychody, powoli stawało się tylko ciekawostką. On jednak był w stanie znaleźć alternatywny sposób na poprawę sytuacji firmy.

– Nie podoba mi się to – powiedział Roy, patrząc na motocyklistę, który zatrzymał się obok Mercedesa na czerwonym świetle.

Tony nie usłyszał tego przez słuchawki, ale o mało nie uderzył się w sufit auta, gdy niespodziewanie człowiek na motocyklu oblał szybę, przy której siedział, czerwoną cieczą. Zanim Roy zdążył zareagować, tamten ruszył z piskiem opon, nie bacząc na czerwone światło.

– Co to, kurwa, było?! – krzyknął Tony, zrywając słuchawki z uszu.

Światła zmieniły się na zielone, Roy podjechał kawałek i zatrzymał się na poboczu.

– Kamera samochodu na pewno nagrała jego numery rejestracyjne. Nie ma to jak merol za milion baksów.

– Dobra, ale co to było?

– W skrócie? Kolejna grupka społecznych krzykaczy. Ci od czerwonego protestują przeciw firmom, które tną etaty w kraju i za grosze zatrudniają ludzi za granicą. Chyba. Szefie, proszę nadążać. Teraz każdy kolor ma swoją krucjatę. Czy tam na odwrót.

– Myślałem, że zielony. Przecież o zielonym słyszałem.

– Zielony, czarny, różowy… Owszem, zielony przejęli antyatomowcy po tym, jak ekolodzy rok temu przerzucili się na starą dobrą ropę naftową, czyli czarny. Polityka? Zarówno demokraci, jaki republikanie ładują różowy, nawet nie pytaj dlaczego. No, a jeszcze są na przykład ci aktywiści, co protestują przeciwko rozwojowi sztucznej inteligencji, że ludziom pracę zabierze, i oni oblewają niebieską. Bo inne kolory są już zajęte. – Obaj przez chwilę się nie odzywali – Tak czy inaczej, my dostaliśmy od grupy, co chce uprzykrzać życie ludziom, którzy tną etaty w kraju i zatrudniają tanią siłę roboczą w trzecim świecie.

Tony oparł się o fotel i parsknął pod nosem.

– No pięknie. Szkoda, że tym razem nie trafili – skwitował ironicznie, mając nadzieję, że Roy nie zada zbyt wielu pytań. Milczał przez chwilę, próbując ocenić, jak wiele szofer może wiedzieć.

– Wiem, szefie – powiedział mężczyzna, wyczuwając jego niepewność. – Ci kolesie, zamiast się do czegoś zabrać, zrzucają swoje problemy na innych… Chociaż w tym przypadku nie koleś, tylko babka.

– A to niby skąd wiesz? – Tony się ucieszył, że dostał okazję do ucieczki od tematu znudzonych dzieciaków z farbkami.

– Jak to skąd? Po tyłku poznaję.

– Wow, nie wiedziałem, że z ciebie taki dupoznawca. Może jeszcze jesteś w stanie ocenić, czy była biała, czy czarna? Albo czy jest dziewicą?

– Tak, szefie, jestem dupoznawcą i jestem z tego dumny. Ale żeby wiedzieć te rzeczy, o które pytasz, trzeba wejść na wyższy stopień wtajemniczenia. Ja jestem tylko czeladnikiem dupoznawstwa, nie mistrzem.

Roy powiedział to wszystko z całkowitą powagą i namaszczeniem w głosie. Tony nic już nie mówił, uśmiechnął się tylko i pokręcił znacząco głową. Już chciał z powrotem założyć słuchawki i wrócić do przeglądania miesięcznych raportów na tablecie, ale jego szofer miał ochotę na dalszą rozmowę:

– Szefie, jutro skończysz czterdzieści dwa lata. To o siedemnaście więcej, niż ja mam.

– No i? Jeżeli myślisz, że przez to poczuję się staro, to nic z tego, Roy.

– Nieee… Zastanawia mnie, dlaczego nie masz dzieci, rodziny… szefie.

– No cóż, mam ciebie – odparł mu Tony, jednocześnie patrząc na ekran tabletu i starając się nie zwracać uwagi na krwiście czerwoną szybę po swojej prawej stronie. – No i nie muszę się martwić, że jak wrócę za późno do domu, to mi żona każe spać na kanapie.

– Ahaaa… czyli jak umrzesz, to dostanę twoje udziały w firmie?

– Śnij dalej, księżniczko.

– Czterdzieści lat… To już ostatni dzwonek, żeby spłodzić dzieci…

– Skąd ten wniosek?

– Poważnie?

– Przyprowadź swoją siostrę, to się przekonamy.

– Ale ja nie mam siostry.

– No to matkę.

– Matki też nie mam.

– Może mi jeszcze powiesz, że wychowałeś się w sierocińcu i w ogóle nie masz rodziny?

– Nie, po prostu moja mama przeszła operację zmiany płci i teraz mam dwóch tatów. – Mówiąc to, Roy starał się jak najbardziej dramatyzować.

– Czas na lotnisko – stwierdził w końcu Tony, zerkając na zegarek, czym przerwał ich przepychanki. – Chyba że zamierzasz spóźnić mnie na moje własne urodziny – mruknął.

Szofer z nutą przekory zasugerował wezwanie policji, ale King od razu zrezygnował z pomysłu. Zamiast tego po szybkiej wizycie na myjni bez problemów dotarli na lotnisko.

W trakcie lotu Tony wrócił myślami do pytania Roya: dlaczego nigdy nie założył rodziny? Chociaż odpowiedź wydawała się oczywista, analizował ją w głowie. Diamond Razor pochłonęło całe jego życie. Początkowo, po tragicznej śmierci rodziców, firma stała się nie tylko jego celem, ale także sposobem na zapewnienie stabilnej przyszłości dla Micheala i Jacka. Pierwsze lata były pełne trudów, jednak po ukończeniu studiów Tony wykorzystał kreatywność braci i zaczął inwestować w produkcję gier komputerowych. To pozwoliło im zdobyć popularność i zarobić na kolejne etapy rozwoju.

Przełom nastąpił, gdy zwrócił się ku produkcji telefonów. Było to przedsięwzięcie pełne ryzyka, ale Tony był gotów poświęcić wszystko – zaciągał pożyczki, w tym także od Jacka, który zaczynał już wtedy zarabiać poważne pieniądze w Hollywood. Zainwestował wszystkie dostępne środki, by stworzyć coś wyjątkowego. Wkrótce jego nazwisko zaczęło się pojawiać w rozmowach obok Gatesa i Jobsa, a Diamond Razor stało się symbolem amerykańskiej technologii. Podczas tych burzliwych lat Tony pozwalał sobie jeszcze na randki, próbując życia towarzyskiego, ale czuł, że relacje bardziej go krępują, niż inspirują. Chociaż nie chodziło o wierność, to jego prawdziwe zaangażowanie – jego „hobby” – było czymś, czego żaden związek nie mógł przebić. Z czasem poświęcił się pracy w całości, a perspektywa rodziny stała się czymś obcym i nieosiągalnym. No i jeszcze była kwestia jego braci…

Z czasem przestał już zawracać sobie głowę takimi głupotami i w pełni poświęcił się firmie. Oraz jednonocnym przygodom z pięknymi nieznajomymi. Mniej zachodu, więcej swobody – jak zwykł mawiać. Im prężniej działała jego firma, tym bardziej rosła jego popularność. Pisano o nim dużo, głównie dobrze. Tony był na okładkach magazynów nie tylko jako właściciel świetnie prosperującej firmy technologicznej, ale także jako człowiek, który uosabiał amerykański sen – osiągnął sukces na swoich warunkach, spełniając jednocześnie filantropijne marzenia. Każdy nowy romans z celebrytką, każda ekstrawagancka impreza, każda hojna darowizna na cele charytatywne przyciągały uwagę, umacniając jego wizerunek.

Niektórzy widzieli w nim wręcz kogoś, kto zasłużył na miejsce w panteonie amerykańskich legend, człowieka, który wytrwale produkował swoje telefony wyłącznie w Stanach Zjednoczonych. Choć ten patriotyzm wzbudzał zachwyt opinii publicznej, współudziałowcy jego firmy – oraz giełda – widzieli to inaczej. Diamond Razor miało nieproporcjonalnie wyższe koszty produkcji niż konkurencja, co przez lata prowadziło do spięć i cichych konfliktów na najwyższych szczeblach. Tony nie przejmował się tym jednak – przynajmniej do 2019 roku, gdy pandemia COVID-19 wstrząsnęła całym rynkiem. Firma była pod ogromną presją, a on sam zaczął odczuwać skutki stresu. Każdy dzień wymagał podwójnych wysiłków, a problemy nieustannie narastały, wpływając również na jego zdrowie.

Teraz zaś Tony miał urodziny i zamierzał ten dzień uczcić. Razem z braćmi, którzy również obchodzili urodziny w tym samym miesiącu, zaplanował kolejną z ich tradycyjnych wspólnych imprez. W tym roku cieszył się na nią wyjątkowo. Nie tylko dlatego, że potrzebował odpoczynku, ale też ponieważ przygotował dla siebie specjalny prezent – coś, o czym marzył od wielu miesięcy, a co w końcu miał okazję zrealizować.

***

Boston przywitał go niespodziewanie parnym, wilgotnym powietrzem, zupełnym przeciwieństwem tegorocznych teksańskich wieczorów, które były zadziwiająco chłodne. Mimo późnej godziny ciepło niemalże otulało miasto ciężką, duszną atmosferą, co wywołało lekkie niezadowolenie na twarzy Tony’ego. Nie przepadał za upałem, zwłaszcza nocą, ale na szczęście jego Ferrari Daytona czekało już w lotniskowym hangarze, gotowe do drogi.

Tuż po wylądowaniu dał Royowi kilka godzin wolnego – szofer miał przenocować w pobliskim hotelu, by o świcie rozpocząć transport gości na imprezę urodzinową. Anthony mógł natomiast wsiąść do swojego czerwonego Ferrari i ruszyć w stronę domu. W miarę jak silnik zaczął mruczeć włoską poezją namiętności i nieokiełznania, a nocne miasto zostawało za nim, podróż stawała się dla Tony’ego czystą przyjemnością. Zegar wskazywał już dobrze po północy, więc drogi były dość puste, co tylko dodawało jeździe swobody i lekkości. Bez zastanowienia docisnął pedał gazu, pozwalając sobie na chwilę szaleństwa – Ferrari płynęło po drodze jak jacht po spokojnym morzu, dając mu radość, jaką potrafiła zapewnić tylko pełna prędkość.

Kiedy jednak zerknął na wskaźnik poziomu paliwa, przyjemność z jazdy musiała chwilowo ustąpić praktyczności – prawie pusty bak zmusił go do krótkiego postoju. Na szczęście znał idealne miejsce: stacja benzynowa, do której zawsze wpadał przed ostatnim odcinkiem drogi do domu, znajdowała się raptem pół godziny jazdy od rezydencji.

– Pan jest Anthony King? – zapytał pracujący na stacji chłopak, kiedy Tony płacił za benzynę.

– Jeżeli masz na myśli szefa Diamond Razor, który mieszka w tym hrabstwie i jeździ czerwonym Ferrari za dwa miliony dolarów, to jest to bardzo prawdopodobne.

Ta odpowiedź nieco zdeprymowała rudego chłopaka w koszulce Red Soxów, ale mimo to nie miał on zamiaru przepuścić okazji do nabicia sobie lajków i komentarzy na Instagramie.

– Mogę sobie zrobić z panem zdjęcie?

– A jesteś republikaninem czy demokratą? – Nim pracownik stacji zareagował, Tony dodał: – Żartuję. Chodź, walniemy sobie selfie.

Po krótkiej sesji zdjęciowej z zaplecza wyszedł starszy mężczyzna, właściciel i prawdopodobnie ojciec chłopaka za kasą.

– Ach, panie King! Dobrze pana widzieć. – Mężczyzna spojrzał za okno, przejechał dłonią po łysiejącej głowie i cmoknął z zachwytu. – Czy jeździ tak dobrze, jak wygląda?

– Nawet lepiej – odpowiedział Tony, zerkając na swój telefon. Sięgnął jeszcze po dwa napoje energetyczne i rzucił obok kilka studolarowych banknotów. Dzisiaj wolał nie płacić kartą. – To też dolicz, młody, reszty nie trzeba.

– A, panie King, przy okazji! – odezwał się właściciel, podchodząc bliżej, wyraźnie uradowany opcją małej pogawędki. – Pamięta pan, jak ostatnio narzekałem na mój telewizor? No, mówił pan wtedy, że to chińskie dziadostwo, no i miał pan rację! Zepsuł się na dobre tydzień później.

– Mówiłem, że to kwestia czasu – odparł Tony z lekkim uśmiechem.

– No właśnie! Tym razem kupiłem porządny sprzęt. Już wszystko u mnie to Diamond Razor: nowy telewizor, telefon, nawet całe nagłośnienie. Aż będziesz pan dumny. Nie będę oszczędzał na byle czym, zwłaszcza po ostatniej awarii.

– I dobrze pan zrobił – pochwalił go Tony, ponownie zerkając na telefon. Diamond Razor produkowało nie tylko smartfony, ale i w symbolicznej ilości różnego rodzaju elektronikę, bo zawsze znajdowali się ludzie gotowi przepłacić za coś z napisem Made in USA. – Aż miło słyszeć. Jakby każdy miał takie podejście, to Ameryka miałaby się lepiej.

– A, mało tego, jeszcze dyski twarde wymieniłem też na wasze, te stare to wie pan… szkoda gadać. Nagrywanie co chwilę padało! A te nowe to już inna liga, działa, jak należy!

Tony skinął z uznaniem, nie mając pojęcia, o czym i dlaczego ten człowiek ciągle do niego mówi. Teraz już zaczęło mu się śpieszyć, bo bał się, że jego prezent urodzinowy ucieknie z nudy.

Zamieniwszy jeszcze kilka zdań z właścicielem stacji, wyszedł w końcu z budynku i ruszył w kierunku swojego auta, kątem oka obserwując, jak na stację zajeżdża inny samochód. Nim jeszcze wszedł do Ferrari, sprawdził w nawigacji w telefonie, czy dobrze jedzie.

Przez to, że zawsze, kiedy siedział za kierownicą, głos z telefonu prowadził go za rękę, to nie do końca wiedział, jak jechać, chociaż był tu nieraz.

Cholerne uzależnienie od technologii.

A specjalnie wybrał dla swojego „prezentu” motel na uboczu.

Kątem oka dostrzegł, jak z drugiego auta wysiada wysoka, na oko trzydziestoletnia czarnoskóra kobieta z pomarańczową torbą na siłownię przewieszoną przez ramię. Kiedy odwróciła się tyłem, nie mógł się powstrzymać – jego wzrok powędrował za jej smukłą sylwetką i zatrzymał się na haftowanej róży z kolcami, która zdobiła jej skórzaną kurtkę. Gdzieś już widział ten symbol, ale nim zdążył przypomnieć sobie gdzie, kobieta odwróciła się i spojrzała na niego bez śladu uśmiechu. Szła prosto w jego stronę, sięgając do torby, a jej wzrok był tak przenikliwy, że Tony poczuł, jak adrenalina napędza krew w jego żyłach.

W jej dłoni dostrzegł błyszczący kształt, który mógł być nożem albo pistoletem. Bez zastanowienia wskoczył do auta i ruszył z piskiem opon. Odwrócił się dopiero, gdy poczuł nagły ciężar stresu opadający z ramion. W lusterku dostrzegł, jak kupione przed chwilą puszki z napojami spadają z dachu Ferrari i odbijają się od asfaltu. Kobieta trzymała coś, co wyglądało teraz jak plik zdjęć lub dokumentów. Jej wzrok wciąż podążał za znikającym w oddali czerwonym samochodem.

O ja pieprzę, babka chciała pewnie pogadać i dostać autograf, a ja uciekłem jak ciota, pomyślał. Wracać? Nie, nie mam czasu… Jezu, ale to musiało wyglądać rasistowsko. Jeszcze tego by mi brakowało… „Bogaty, biały mężczyzna w panice ucieka przed bezbronną czarnoskórą kobietą. Po raz drugi w tym miesiącu! Zobacz nagranie!” Dobrze, że tym razem nikt tego nie nagrywał. Zresztą skąd miałem wiedzieć, co ona kombinuje, takie czasy mamy, tłumaczył się sam przed sobą.

Tony częściowo miał rację. Kobieta na stacji wiedziała, kim jest. Wiedziała o nim więcej, niż Tony mógł podejrzewać. Ale mylił się co do tego, że nie jest nagrywany.

***

Minął kwadrans i Tony dojechał do motelu. Zatrzymał się przed wjazdem na parking. Nie chciał, aby kamery ochrony zarejestrowały jego auto. Wolał być ostrożny – to nie czas ani miejsce, by charakterystyczne czerwone Ferrari wzbudzało ciekawość. Przed wyjściem spojrzał na swoje odbicie w przedniej kamerze telefonu. Mógłbym być aktorem, pomyślał z satysfakcją. Nie tylko Jack miał talent do przyciągania uwagi. Jego gęste, czarne włosy z kilkoma siwymi nitkami nadawały mu charakteru, a ciemne brwi podkreślały wyraziste, brązowe oczy. Prosty nos i pełne, równo zarysowane usta miały w sobie coś pociągającego – urok, któremu wiele kobiet nie potrafiło się oprzeć. Był w świetnej formie, choć nie przesadnie umięśniony; jego kondycja maratończyka łączyła siłę z wytrzymałością. Jedynie wzrost, sto siedemdziesiąt cztery centymetry, sprawiał, że czuł pewien dyskomfort, zwłaszcza w towarzystwie wyższych braci, dlatego zawsze wybierał buty na lekkim obcasie.

Wysiadając z samochodu, uśmiechnął się na myśl, że pewnie niejeden bogaty koleś w drogim aucie już tutaj parkował, poza zasięgiem monitoringu. Idealne miejsce dla kogoś, kto chce oddać się wspaniałej ludzkiej tradycji, jaką jest zdrada. Szybkim krokiem doszedł do drzwi z numerem dziewięć, po drodze dziwiąc się, że neonowy napis „MOTEL” ze skierowaną w dół strzałką działa bez zarzutu. Nie zamierzał pukać. Otworzył aplikację Signal i wysłał wiadomość:

Tony: Jestem.

Po kilku sekundach w pokoju zapaliło się światło. Drzwi się otworzyły i stanęła w nich młoda kobieta.

– Cześć, Victorio – powiedział Tony i przytulił dziewczynę. Była przesadnie wypachniona, a odcień jej szminki przywodził mu na myśl lata dziewięćdziesiąte.

– Cześć, masz napoje? – zapytała, zerkając na jego dłonie.

– Nie, nie mieli ich w sklepie – skłamał, nie mając ochoty wdawać się w szczegóły przygody ze stacji. Sam nigdy nie wypiłby czegoś, co ona uważała za „fajne”, ale skoro to miało sprawić jej przyjemność…

– Kurwa, szkoda. Wejdź. Zbiorę rzeczy i jedziemy, okej? – Victoria rzuciła mu zapraszające spojrzenie.

Tony wszedł za nią do pokoju i zamknął drzwi, dyskretnie omiatając wzrokiem jej bałagan.

– Jasne. Nie musimy się śpieszyć, mieszkam niedaleko. – Zerknął na bagaże rozrzucone na całym łóżku. – Ile czekałaś?

W tym czasie Victoria zaczęła zaskakująco energicznie zgarniać ubrania i kosmetyki do trzech ogromnych walizek, które w całości zdominowały przestrzeń pokoju.

– Przyleciałam rano. Masakra, wiesz, że nie mają tutaj nawet Netflixa? Myślałam, że się zapierdolę z nudów – mruknęła, przewracając oczami.

– Hej, ale czeka nas dziś zajebista impra, co nie? – Tony chciał zabrzmieć młodzieżowo, ale gdy tylko to powiedział, poczuł się, jakby był jednym z tych facetów w średnim wieku, którzy w ramach rekompensaty za łysinę na głowie kupują sobie Porsche oraz myślą, że są fajni i nadal mogą podrywać dziewczyny na dyskotekach. Albo po prostu cringe, jak powiedziałby Michael.

Victoria wrzuciła ostatnią parę majtek do walizki i popatrzyła na Anthony’ego dość wymownym wzrokiem.

Dopiero teraz się jej przyjrzał. Miała na sobie więcej tapety niż ściany w tym pokoju, ale teraz chociaż wyglądała dość znośnie, przynajmniej jak na powszechne standardy. Była wzrostu Tony’ego i nawet ślepy by zauważył, że przeszła już kilka operacji plastycznych. Z całą pewnością dotyczyło to jej wydętych ust, biustu i pośladków. Ale nad tym wszystkim będzie można popracować, pomyślał.

– Trzymaj – rzucił jej kluczyki do auta, po czym chwycił walizki. A Gdy już jakimś cudem upchał bagaże do małego Ferrari, ruszyli w drogę do rezydencji Kingów, mieszczącej się w hrabstwie Franklin, w stanie Massachusetts niecałe pięć mil od niewielkiego miasteczka Little Joytown.

Victoria ani na chwilę nie odrywała wzroku od ekranu, jak w transie pisząc coś na telefonie. Tony zerknął na nią kątem oka – siedziała obok jak manekin, wyłączona z rzeczywistości, co w sumie mu odpowiadało. Nie miał najmniejszej ochoty słuchać opowieści o jej wspaniałym życiu w świecie mediów społecznościowych ani wspomnień o jej matce, Aubrey Jay. Aubrey była znana z tego, że była znana. Miała własne reality show, które przedstawiało „codzienność” jej i jej rodziny – program tak rażąco pozbawiony treści, że Tony, choć był doświadczony w znoszeniu ludzkiej głupoty, ledwo przetrwał kilka odcinków. To, co zobaczył, było dla niego nie do ogarnięcia. Ludzie obserwowali życie tej rodziny z fascynacją, jakby były to perypetie antycznych bohaterów, a nie pozbawione znaczenia dialogi i pusty blichtr. Społeczeństwo dosłownie kupowało tę absurdalną iluzję, jakby to miało jakąkolwiek wartość.

Patrzył teraz na Victorię, stukającą w telefon z wyraźnym zadowoleniem – prawdopodobnie jej życie i wartość mierzyły się liczbami lajków i obserwujących. Czuł, jakby był tu tylko przypadkiem, jak człowiek z zupełnie innej epoki, który przez pomyłkę znalazł się na imprezie w świecie absurdalnych celebrytów.

Tony uśmiechnął się pod nosem i dodał gazu, gdy jego Ferrari mknęło ciemną, pustą drogą w stronę rezydencji. Cieszył go ten wieczór – wszystko to było przemyślane w najdrobniejszych szczegółach. W końcu udało mu się załatwić to spotkanie dokładnie tak, jak planował: bez żadnych świadków, bez rozpraszających oczu i fleszy, bez żadnych przypadkowych postronnych. Była tu tylko ona, jego „prezent”, siedząca obok w luksusowym fotelu, tak pochłonięta swoim wirtualnym światem, że równie dobrze mógłby wywieźć ją na drugi koniec kraju, a ona nie zwróciłaby uwagi.

Patrzył na jej bezmyślną koncentrację na ekranie i ogarnęła go dziwna satysfakcja. Victoria była dokładnie taka, jak się spodziewał – ucieleśnienie wszystkiego, co go odrzucało w nowoczesnej kulturze, która nie pamiętała już o prostych, prawdziwych wartościach. Młoda, próżna i pozbawiona samodzielnych myśli, zatracona w świecie, który jedynie pozorował głębię. Była jak nieskończenie przereklamowany produkt – pięknie opakowany, lecz pusty w środku.

Minęli Little Joytown, a wokół rozpościerały się już tylko zalesione wzgórza. Ferrari zwolniło na wyboistej drodze prowadzącej w głąb posiadłości.

Anthony planował to spotkanie od miesięcy. Już w styczniu skontaktował się z Victorią Jay, choć dla wszystkich była Victorią Secret. Sama wybrała to nazwisko, wierząc, że otworzy jej drzwi do sławy. Kiedy miała osiemnaście lat, ktoś na Twitterze zażartował, że powinna nazywać się Victoria Secret, bo jeszcze nigdy nie wstawiła do sieci zdjęcia, gdzie byłaby całkiem ubrana. W zasadzie każdy jej post mógłby być reklamą bielizny lub bikini. Ona, z właściwym sobie brakiem wyrafinowania, uznała to za doskonały pomysł. Wierzyła, że w ten sposób jej nazwisko zyska rozpoznawalność, a ona sama zostanie celebrytką z prawdziwego zdarzenia.

Kiedy zadzwonił do niej Tony, nie miała najmniejszych wątpliwości, że to znak od losu. Był przecież starszym bratem Jacka Kinga, a ten w jej oczach stanowił klucz do Hollywood. Wierzyła, że przez kontakt z Tonym uda jej się dostać bliżej Jacka, co według niej było biletem w jedną stronę do czerwonych dywanów i oscarowych gal. Obiecywała sobie, że zrobi wszystko, byle tylko ugruntować swoją pozycję w tym nowym, wyśnionym świecie.

W rzeczywistości jednak to Tony w pełni kontrolował każdy element ich „relacji”. Planował wszystko, poczynając od tego, jak się poznają, a kończąc na momencie, w którym Victoria miała pojawić się publicznie w jego towarzystwie na urodzinach Kingów. Przez kolejne tygodnie budował jej zaufanie, utwierdzając ją w przekonaniu, że szykuje się dla niej coś wielkiego. Victoria, która nie ukończyła nawet szkoły średniej, pochłonięta własnymi fantazjami, zgadzała się na wszystko, ufając, że Tony pomoże jej zrealizować marzenia.

Co więcej, bez trudu wmówił jej, że ich relacja musi na razie pozostać tajemnicą. Uwierzyła bez wahania. W końcu, jak sam jej sugerował, taka niespodzianka mogła dodać smaczku do medialnego obrazu jej życia. Na jego prośbę uprzedziła matkę, że przez kilka dni nie będzie dostępna, bo wyjeżdża na „totalny detoks od Internetu” do jakiegoś klasztoru w górach Sierra Nevada, gdzie telefony i Wi-Fi są zakazane. Specjalnie zaznaczyła, żeby nikt się nie martwił ani nie szukał jej na siłę, bo po powrocie przyniesie im materiał, którym spokojnie będą mogli podbić oglądalność przez kilka odcinków. Takie numery przerabiały przecież nie raz: Victoria dobrze wiedziała, że w ich świecie każda spontaniczność jest od dawna zaplanowana, a każdy kryzys jest szansą na podkręcenie oglądalności. Tak przygotowana, dziewczyna sama dała się uwikłać w każdą linijkę scenariusza, który napisał Tony, a jej oddanie sprawiło, że nacisk na zachowanie wszystkiego w ścisłej tajemnicy nie wzbudził w niej żadnych podejrzeń.

– Jesteśmy na miejscu… Victoria? – Tony musiał delikatnie szturchnąć dziewczynę, która wpatrywała się w ekran telefonu, nie dostrzegając wspaniałego widoku przed nimi.

Victoria spojrzała przez szybę i aż otworzyła usta, patrząc na kilkupiętrową rezydencję, która wyłoniła się z mroku. Fasada budynku, jasna i elegancka, przypominała Biały Dom – miniaturowy, lecz z pewnością równie majestatyczny. Tony obserwował, jak chłonie widok, oszołomiona szerokim frontem i symetrią kolumn w stylu neoklasycznym, które flankowały główne wejście.

– Wypasiony… – wydusiła z siebie w końcu, wyraźnie zaskoczona potęgą tego miejsca.

Ferrari przejechało powoli podjazdowymi alejkami, oświetlonymi dyskretnymi mosiężnymi latarniami. W ich świetle widać było idealnie przycięte trawniki i elegancko utrzymane ogrody. Od południa otulał je gęsty park, pełen starych drzew, które łagodnie przeszły w ciemność, a od północy wyrastał na wysokość budynku potężny, dwustuletni dąb, jakby chroniący posiadłość swoimi rozłożystymi konarami.

– Jak ci się podoba nasz skromny domek? – zapytał Tony, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu.

– Wypasiony… – powtórzyła, wpatrzona w dąb, w mury, w latarnie i szerokie okna, z których część wciąż była oświetlona delikatnym, ciepłym światłem.

Tony skręcił z podjazdu i skierował samochód w stronę bocznego garażu, mogącego pomieścić kilkanaście aut, a ukrytego zaledwie trzydzieści metrów od głównego budynku. Victoria wodziła wzrokiem po kolejnych detalach, od starannie zdobionych balustrad po smukłe, wysokie okna na północnej ścianie rezydencji.

– Zaraz wniosę bagaże do środka – odezwał się Tony, gdy wysiedli. – Ale najpierw chciałem ci coś pokazać.

– Spoko. – Victoria nie mogła oderwać wzroku od pozostałych pojazdów w garażu. Większość z nich była marek, o których wcześniej nawet nie słyszała. – Wiesz, Tony, naprawdę się cieszę, że cię poznałam.

– Ja też się cieszę. – W jego głosie brzmiała nuta ciepła, choć miał świadomość, że to nie ta fascynacja, o której myślała Victoria.

– No dobra, to co mi chcesz pokazać? – zapytała z wyrazem ciekawości na twarzy, wodząc palcami po masce Ferrari, którym przyjechali.

– Nie tutaj, w środku.

Ruszyli w stronę domu, cicho przemierzając ogrody skąpane w słabym świetle mosiężnych latarni. Jak na dżentelmena przystało, Tony zdjął marynarkę i zarzucił ją na ramiona Victorii, która niemalże westchnęła, chłonąc elegancki zapach jego perfum.

Gdy zbliżyli się do bocznego wejścia, natychmiast rozległ się łagodny, idealnie modulowany głos Concierge’a:

– Dobry wieczór, panie King. Witam z powrotem. Systemy zabezpieczeń zostały wyłączone, a kamery tymczasowo przełączono na tryb konserwacji, jak pan sobie życzył. – Przerwał na krótką chwilę. – Czy mam również aktywować tryb całkowitej dyskrecji?

– Tak, Concierge, całkowita dyskrecja, żadnych kamer, żadnych alarmów – odpowiedział Tony spokojnie.

Victoria spojrzała na niego z zaciekawieniem, wyraźnie nieświadoma, o czym mowa, ale on nie miał zamiaru jej niczego tłumaczyć.

Kiedy weszli do środka, oświetlali sobie korytarz telefonami. Concierge automatycznie wprowadził dom w tryb nocny, przyciemniając światła w dalszych częściach rezydencji, ale czuwał nad całą ich drogą, monitorując każdy ruch i otwierając drzwi, nim Tony zdążył wyciągnąć rękę do klamki.

– Panie King – rozległ się znów niezmiennie uprzejmy głos. – Proszę wybaczyć śmiałość, ale zauważyłem, że temperatura w korytarzu jest o dwie dziesiąte stopnia niższa od preferowanej wartości. Czy mam wprowadzić korektę?

– Concierge, wszystko jest w porządku – odparł z nutą rozbawienia. Przeciągły, poważny ton AI zawsze miał w sobie coś komicznego.

Victoria spojrzała na niego, unosząc brew, ale Tony tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „To tylko moja skromna zabawka, na którą przepaliłem ćwierć miliarda”.

– Witam również panią Secret – zwrócił się Concierge bezpośrednio do Victorii.

Dziewczyna wystraszyła się lekko, słysząc swoje nazwisko, i rozejrzała wokół, jakby spodziewała się zobaczyć osobę, która do niej mówi.

– Jezu, Tony, kto to jest? – wyszeptała, ale nie zdążyła dodać nic więcej, bo Concierge uprzejmie wyjaśnił:

– Jestem Concierge, system zarządzający rezydencją. Moim zadaniem jest zapewnienie najwyższego komfortu i pełnego bezpieczeństwa. Czy życzy sobie pani może trochę świeżego powietrza?

Tony się uśmiechnął, bo spodziewał się już efektu dosłownego zrozumienia tej propozycji, ale Victoria, która nie miała pojęcia o bezkompromisowości Concierge’a, odrzekła bez namysłu:

– W sumie czemu nie.

Po krótkiej chwili rozległo się ciche szuranie, a w oknach biblioteki, do której właśnie weszli, uchyliły się automatyczne zasłony, po czym dwa szerokie okna natychmiast rozwarły się na całą szerokość, wpuszczając nagły podmuch zimnego, nocnego powietrza.

– Concierge! Zamknij okna! – rzucił Tony, zauważywszy, że Victoria aż się wzdrygnęła od chłodnego powiewu.

– Zgodnie z życzeniem, panie King. – Okna powoli się zamknęły, a zasłony wróciły na swoje miejsce z niemal ceremonialną precyzją.

– To… to było dziwne – powiedziała dziewczyna, rozglądając się po pokoju, gdzie w półmroku widoczne były tylko zarysy masywnych, starych regałów pełnych książek oraz drogich, ciemnych mebli.

Tony, rozbawiony całą sytuacją, rzucił jeszcze krótki rozkaz:

– Concierge, nie przeszkadzaj nam.

– Jak pan sobie życzy. – Odpowiedź Concierge’a była jak zawsze uprzejma i formalna.

Gdy zapadła cisza, Victoria spojrzała na Tony’ego, wciąż lekko oszołomiona jego „lokajem” i wszystkim, co do tej pory widziała.

– To wszystko naprawdę… no, wypasione, Tony. Jak z filmu – mruknęła, a on tylko się uśmiechnął. – Jestem padnięta, długo jeszcze? – jęknęła, opierając się o ścianę i ziewając szeroko.

– Właściwie to już jesteśmy na miejscu. – Tony spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem, po czym podszedł do wysokiego regału z książkami w rogu biblioteki. Wspiął się na drabinkę, przesunął kilka opasłych tomów, aż w końcu sięgnął dłonią w głąb półki. Po drugiej stronie pomieszczenia coś zaskrzypiało i dwa regały przesunęły się z głuchym szelestem, ukazując ukrytą wnękę.

Victoria rozdziawiła usta w zachwycie.

– Ale zajebiście! Ukryty pokój! – powiedziała z błyskiem w oku, który Tony znał aż za dobrze.

Zeskoczył z drabinki i podszedł do ciemnego wejścia, po czym wymacał włącznik światła. Wnętrze rozświetliło się żółtawym, przytłumionym światłem, które spłynęło po betonowych ścianach prowadzących w dół.

– Prawie. Ukryta piwnica – sprostował, przyglądając się, jak Victoria się przechyla, by z dziecięcą fascynacją zajrzeć do środka.

Bez słowa zaczęła schodzić betonowymi schodami, w pełni przekonana, że Tony przygotował dla niej coś wyjątkowego. Mijając go, rzuciła mu pełen wyczekiwania i pewności siebie uśmiech. Tony obserwował ją w milczeniu z tą specyficzną satysfakcją, jaką się odczuwa, widząc u kogoś pewność tam, gdzie nie powinna się pojawić. Nie było w nim zdziwienia – wszystko przebiegało dokładnie tak, jak przewidział. A jednak, mimo znajomości scenariusza, coś w jej krokach, w tym, jak znikała w ciemności, sprawiało, że jego serce zabiło odrobinę szybciej. Przełknął ślinę, jakby potwierdzając sam przed sobą, że to właśnie ten moment.

Zamknął za nimi przejście, a mechanizm schował się bezszelestnie za regałem, jakby nigdy nie istniał. Mężczyzna zszedł po schodach, a zimne, wilgotne powietrze piwnicy powitało go przyjemnym chłodem. Była to jedna z rzeczy, które uwielbiał – izolacja, nie tylko od hałasów rezydencji, ale i od zgiełku otaczającego świata.

Pomieszczenie, w którym się znaleźli, było surowe i bez ozdób, ale każdy element zdradzał, że szczegóły zostały starannie dobrane. Ściany były betonowe, szorstkie i zimne, pozbawione jakichkolwiek obrazów czy półek, co nadawało wnętrzu niemalże celowego chłodu, a jedyne oświetlenie stanowiły dwie małe lampy, wiszące nisko nad przestronną kanapą. Był to jedyny wyraźnie wygodny element pomieszczenia – stara, ciemna, z grubymi podłokietnikami, sprawiała wrażenie mało używanej. Ustawiono ją w stronę dużego, płaskiego telewizora, podłączonego do nowoczesnej konsoli do gier. Obok telewizora znajdował się stos zakurzonych pudeł, które wyglądały, jakby nie ruszano ich od lat.

Przy jednej ze ścian stało ogromne biurko, a na nim stary komputer, również pokryty cienką warstwą kurzu. Obok niego oparto dwie gitary – jedną klasyczną, drugą elektryczną – które wyglądały, jakby były tu pozostawione przez przypadek. Pomiędzy nimi walały się jakieś kable i stare pudełka, porozrzucane bez ładu, choć każde z nich miało swoje wyznaczone miejsce w chaotycznie uporządkowanej przestrzeni. W kącie leżały jeszcze inne kartony, których zawartość pozostawała zagadką, ale ich oznaczenia wskazywały na przeszłość związaną z elektroniką i sprzętem technologicznym.

Victoria rozglądała się wokół, starając się objąć wzrokiem całe to zimne, oszczędnie umeblowane pomieszczenie. Jej wzrok zatrzymał się na jedynym niepasującym elemencie – czerwonej, jedwabnej poduszce, starannie ułożonej na zwykłym, drewnianym krześle stojącym obok masywnych drzwi po prawej stronie. Poduszka ze swoim luksusowym połyskiem wydawała się niemal absurdalna w tym otoczeniu.

– To jest… twoja jaskinia? – rzuciła, siląc się na luz, ale w jej głosie brzmiała lekka niepewność. – To miejsce, gdzie się odprężasz?

– Coś w tym rodzaju – odpowiedział Tony, stojąc w głębi pokoju i przyglądając się jej reakcji.

– Trochę tu biednie, nie? – rzuciła Victoria, idąc dalej w głąb piwnicy i rozglądając się po surowych ścianach.

– Może i skromnie, ale mnie to odpowiada. Łatwo utrzymać w porządku, a poza tym… nikt o tym miejscu nie wie – przyznał, podchodząc bliżej. – Trudno coś tutaj przytargać, zwłaszcza większe rzeczy, tak żeby nikt nie zauważył.

Victoria zignorowała jego wyjaśnienie i chwyciła jedną z gitar, przypadkowo uderzając kilka strun. Tony patrzył na nią z cichym rozbawieniem, gdy niezgrabnie próbowała złapać akord.

– Poważnie? Nikt o tym nie wie? Ale jak to możliwe? – zapytała, choć jej wzrok już przeskakiwał na kolejny interesujący detal w pomieszczeniu.

– Kiedy nasz dom spłonął…

– Ten dom się spalił? – przerwała, odstawiając niechlujnie gitarę.

– Tak, ponad dwadzieścia lat temu. Zginęli wtedy nasi rodzice. Po wszystkim… postanowiłem odbudować posiadłość cegła po cegle, w każdym szczególe taką, jaką zapamiętałem. Podczas renowacji budowlańcy odkryli to miejsce. Zachowałem je dla siebie. Kilku pracowników musiało dostać parę… dziesiąt… tysięcy za milczenie.

Słuchając go, Victoria odłożyła instrument i podeszła do starego krzesła, na którym leżała poduszka z czerwonego jedwabiu.

– A to co takiego? – spytała z zaciekawieniem, sięgając dłonią po przedmiot leżący na poduszce. Zanim zdążyła go dotknąć, Tony w jednej chwili znalazł się obok niej i delikatnie, lecz stanowczo chwycił ją za rękę.

– Wiesz, skąd pochodzi nazwa mojej firmy? – zapytał nieco ciszej niż przedtem.

– No jasne, oglądam reklamy! – odparła z dumą, choć zabrzmiała bardziej triumfalnie, niż sytuacja tego wymagała.

– Nie do końca. – Tony wskazał na przedmiot leżący na poduszce: misternie wykonaną brzytwę, której rękojeść ozdobiona była błękitnymi diamentami. – Nazwa Diamond Razor pochodzi właśnie od tego. To był mój prezent na urodziny od ojca. Dwa dni później nie było go już na świecie. Czułem, że jestem mu coś winien.

– To smutne – stwierdziła Victoria, choć nawet nie starała się udawać współczucia. Jej wzrok przesunął się na drzwi z boku pomieszczenia. – A co jest tam?

Tony ponownie stanął za dziewczyną. Diamentowa brzytwa zniknęła z poduszki.

– Zaraz się dowiesz, kochana.

Ostry ból rozszedł się w okolicach jej krtani, mieszając ze smakiem ciepłej krwi, która zaczęła płynąć po szyi. Victoria chciała krzyczeć, ale nie mogła – powietrze bezdźwięcznie uchodziło z jej płuc, z każdym kolejnym nieudanym oddechem niwecząc szanse, że wydobędzie choć szept. Zachwiała się i osunęła na lodowatą podłogę piwnicy.

Tony stanął nad nią, patrząc z chłodnym zainteresowaniem. Jego spojrzenie było zimne, niemal znudzone. Światło lampy odbijało się od posadzki, a dłoń dziewczyny uniosła się słabo, jakby szukała ratunku. Tony zareagował machinalnie, przydeptując jej palce, uniemożliwiając ich ruch. Działał bez pośpiechu, jakby wykonywał rutynowe zadanie.

– Nie martw się – powiedział cicho, niemal łagodnie. – Wykrwawisz się w mniej niż minutę.

Podszedł do jednych z drzwi i zniknął za nimi. Chciała krzyczeć, wzywać pomocy, ale kolejne uderzenia serca były coraz słabsze, a kontury pomieszczenia zaczynały się rozmazywać. Świat powoli znikał w ciszy. Tony wrócił po chwili, w dłoni trzymał piłę łańcuchową. Kiedy odblokował urządzenie, stalowe zęby zagrzechotały, a on ani na moment nie zatrzymał spojrzenia na jej twarzy.

– Normalnie… użyłbym czegoś mniej inwazyjnego – powiedział spokojnie, jakby mówił do siebie. – Ale muszę się jeszcze wyspać, a nas dwoje czeka mnóstwo pracy.

Wibracja piły łańcuchowej wypełniła przestrzeń. Mechaniczne dźwięki odbijały się od ścian. Tony przez krótką chwilę patrzył na jej bladą już twarz, wciąż pełną przerażenia, które zamierało w oczach.

– Nie miej mi tego za złe. Zresztą… i tak zaraz nie będziesz nic czuć.

Kiedy ostrza piły zetknęły się ze skórą dziewczyny, nerwy wysłały ostatni impuls bólu, który nawet nie został już zarejestrowany przez jej gasnący umysł. Victoria Secret umarła.

W ciągu kolejnych kilkunastu minut King oddzielił nogi, ręce i głowę od torsu. Następnie przeniósł to wszystko do pomieszczenia, z którego wziął piłę, i ułożył na długim na cztery metry, stalowym stole. Oprócz tego blatu znajdowały się tam przeróżne narzędzia, ostrza, piły, skalpele, igły, czyli wszystko, co mogłoby się przydać do modyfikowania ludzkiego ciała. Były tam też sterty różnych rzeczy, których mógłby potrzebować w nagłych wypadkach Tony: od zapasowych ubrań, poprzez broń, po środki farmaceutyczne, głównie środki znieczulające. Na końcu pokoju znajdowały się kolejne drzwi. Te, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, były ciężkie i rozsuwane – takie, jakie można znaleźć w chłodniach. Lub szpitalnych kostnicach. Stamtąd Anthony przyniósł coś, co wyglądało jak szkielet manekina, po czym założył szpitalny fartuch, gogle, oraz maseczkę.

– Dobrze, Victorio, zacznijmy od pośladków – powiedział do zwłok dziewczyny, odwracając tułów na brzuch. – Nie wiem, po co chciałaś zmieniać coś takiego, naprawdę są na tym świecie tacy, którzy potrafią docenić naturalne piękno kobiety.

Powiedziawszy to, chwycił w dłoń skalpel.

***

Zbliżała się siedemnasta, a Tony stał przed lustrem w swoim pokoju, przyglądając się własnemu odbiciu z uwagą rzemieślnika oceniającego dzieło. Każdy detal musiał być perfekcyjny. Smoking – szyty na miarę, z materiału o wspaniałym, satynowym połysku, który pięknie łapał każde światło – przylegał idealnie, podkreślając jego sylwetkę. Ale prawdziwą gwiazdą tego wieczoru był zegarek.

Patek Philippe, robiony na specjalne zamówienie, wart ponad cztery miliony dolarów, spoczywał na jego nadgarstku jak korona na królewskim czole. Był to zegarek jedyny w swoim rodzaju, z tarczą w głębokim, stalowym błękicie, ręcznie grawerowaną misternymi wzorami, które można było dostrzec tylko pod odpowiednim kątem. Tony poświęcił godzinę na nadzorowanie jego montażu. Każde ogniwo bransolety musiało być doskonale spasowane, a tarcza zamontowana tak, aby żaden detal nie różnił się od pierwotnego projektu. Siedział i obserwował przez lupę każdy etap składania, każdą śrubkę, dopóki nie poczuł absolutnej pewności, że ten zegarek jest perfekcyjny.

Stanowiło to dla niego ceremonię precyzji, niemal rytuał, który musiał być przeprowadzany z odpowiednim szacunkiem. Powstawało tak bowiem coś więcej niż zegarek – symbol jego nieomylnie precyzyjnego spojrzenia na świat. Teraz podciągnął delikatnie rękaw koszuli i sprawdził, czy Patek wystarczająco subtelnie wyłania się spod mankietu smokingu. Musiał być widoczny, ale się nie narzucać. Jeden z tych mistrzowskich szczegółów, które przyciągają wzrok tylko najbardziej spostrzegawczych.

Spojrzał na swoje odbicie i uśmiechnął się z satysfakcją. Wyglądał znakomicie – gęste, przyprószone siwizną włosy idealnie współgrały z chłodnym błyskiem zegarka, a linia brwi dodawała jego twarzy wyrazistości. To nie był jedynie wygląd; to przygotowanie mentalne. Wczorajsza noc, poświęcona na jego „hobby”, odświeżyła go jak nic innego. Czuł się lekko, pełen energii, gotów przetrwać ten wieczór z grupą pochlebców i obłudników, którzy wkrótce mieli wypełnić jego dom.

Przyjęcie, które Tony organizował wraz z braćmi, było koniecznością – to cena za utrzymanie pozycji i sieci kontaktów, nieodłączny element gry, którą postanowili prowadzić. Każdy z braci zaprosił po dwudziestu gości: osobistości ze świata biznesu, mediów, i rozrywki. Dla zebranego tłumu Tony zatrudnił zastępy ochroniarzy, kelnerów, kucharzy, barmanów oraz znanego DJ-a, który miał zapewnić odpowiedni poziom prestiżu.

Idąc z duchem czasów, zaproszono także popularnych youtuberów, tiktokerów i streamerów z Twitcha – ludzi, których obecność miała przyciągnąć nieco „luźniejszy” tłum oraz wygenerować zasięgi. Tony patrzył na nich jednak bez większego entuzjazmu; ich wpływ w świecie internetowej sławy miał dla niego niewielkie znaczenie. Ale czego się nie robi dla rozgłosu i większej liczby wzmianek w mediach społecznościowych… W końcu każdy ich post, historia, każde kliknięcie „like” miało zasilić jego obecność w sieci, choćby marginalnie. Sam troszczył się o swój wizerunek głównie na LinkedIn – tam według niego liczyli się wyłącznie gracze na wysokim poziomie. To tam czuł się niekwestionowanym numerem jeden.

Tymczasem przewidywał, co miało nastąpić tej nocy: tłum celebrytów w połączeniu z młodymi gwiazdami internetu stworzy mieszankę wybuchową. Przypuszczał, że nadużycie alkoholu, kilka przelotnych romansów i sprzeczki są praktycznie gwarantowane. Wiedział, że wystarczy jedno wideo lub kontrowersyjny wpis, by jego nazwisko krążyło po sieci przez najbliższe dni. A gdyby zdarzyło się coś bardziej pikantnego, skandal, zły dobór słów czy parę niechcianych flirtów, plotki o braciach King mogłyby zdominować sieć na znacznie dłużej.

Tony odwrócił wzrok od lustra, dostrzegłszy w odbiciu Michaela, który wszedł do pokoju bez pukania, w typowy dla siebie sposób, bez grama respektu. Beztroski i pewny siebie, jakby należał do innego świata – świata, w którym wystarczy urok osobisty i zuchwały uśmiech, by wyjść z każdej opresji. Dla Tony’ego ta postawa była trudna do zniesienia, jednak z braterskiego obowiązku starał się to tolerować, choć jego cierpliwość była czasem na skraju wyczerpania.

– Nie patrz tyle na siebie, młodszy się od tego nie zrobisz – zażartował z brata Michael. – Więc? Gdzie jest mój prezent?

Tony odwrócił się powoli z uniesioną brwią, wyczuwając, że młodszy brat zaraz zacznie przekomarzać się w swoim stylu. Często sprawiał wrażenie, jakby nic go w życiu nie obchodziło, jakby wszelkie zasady czy normy były stworzone wyłącznie dla innych, nie dla niego. To było coś, co Tony – precyzyjny, pedantyczny do bólu – znosił z rosnącym trudem, zwłaszcza w dniach tak ważnych jak ten.

– Nawet się nie przywitasz? Nie uściśniesz starszego brata? – Tony zachował formalny ton, czego Michael zawsze starał się unikać, a może nawet ostentacyjnie ignorować.

– Nie, wyglądasz zbyt bajecznie. Nie chcę tego zepsuć.

– Jeb się, młody.

– No, spoko. Ale jak chcesz popatrzeć, musisz zapłacić – odpowiedział Michael, uśmiechając się szeroko.

– Pozwól, że najpierw wydłubię sobie oczy… – powiedział, po czym dodał: – Dobrze cię w końcu widzieć bez gipsu. Jak tam plecy?

– Pewnie bolą – zaczął Michael i rzucił się na łóżko brata. – Ale lekarz przypisał mi tyle znieczulaczy, że nie nic nie czuję, nawet jak się masturbuję…

– To… smutne – stwierdził, a brat pokiwał głową. – Tak przy okazji, mógłbyś zjeżdżać z mojego łóżka?

– Hej, przecież żartowałem. Coś tam jednak czuję…

Tony popatrzył na Michaela wymownym wzrokiem kogoś, kto zaraz popełni morderstwo.

– Już schodzę. Zadowolony?

– Bardzo. Jack jest już gotowy?

– Kiedy do niego zajrzałem, siedział przy komputerze i mamrotał coś do siebie. Instynkt podpowiedział mi, że lepiej mu nie przeszkadzać. Niby przeszło mu już po tym, co stało się w lutym, ale wydaje mi się jakiś inny. To znaczy… jeszcze bardziej inny niż zawsze… To znaczy… wiesz.

– No, domyślam się. Ale jakby ktoś zabił moją narzeczoną… Musimy sprawić, aby te urodziny były dla niego wyjątkowe.

Michael podszedł od Anthony’ego i zaczął poprawiać mu muszkę.

– Teraz wygląda idealnie – powiedział zadowolony z siebie, gdy już leżała wystarczająco krzywo.

– Chodźmy po niego, lepiej nie spóźnić się aż tak bardzo na własne urodziny organizowane we własnym domu. – Tony specjalnie poklepał brata po plecach mocno, aby go to zabolało.

Mike wykrzywił usta w grymasie bólu, po czym uśmiechnął się tak, jakby chciał Tony’emu wbić nóż w plecy, po czym obaj wyszli z sypialni i skierowali się do pokoju Jacka.

Rozdział II

Być jak Jack King

Sypialnie braci King znajdowały się na trzecim piętrze ich wielkiej posiadłości. Każda była urządzona w zupełnie inny sposób, ale też były tak ogromne, że można by w nich pomieścić po kilka autobusów. Lub luksusowych limuzyn.

Kiedy Jack po raz pierwszy został nominowany do Oscara, czuł się jak bóg, lecz jego ambicja mocno oberwała, gdy okazało się, że nagrody tej nie wygrał. Wtedy w ramach rekompensaty postanowił wstawić do swojej sypialni w rezydencji Kingów białego Bentleya. Było to cholernie pracochłonne i idiotycznie drogie, ale Jack uważał siebie za artystę, a artyści przecież znani są z „nieszablonowych” pomysłów.

Sam Bentley, lśniący jak eksponat w muzeum, stał teraz na piedestale tuż obok wysokich na kilka metrów okien. Za szybą rozciągał się widok na Wielkiego Starego Joe, majestatyczny dąb, który był niemal członkiem rodziny Kingów. Jack uwielbiał opowiadać wszystkim, że każdy z trzech braci jako dziesięciolatek spadł z tego drzewa, łamiąc sobie lewą rękę w dokładnie tym samym miejscu. Oczywiście nie było to prawdą, ale Jack doskonale wiedział, jak sprzedawać takie historie, budując mit trzech wspaniałych i niepowtarzalnych braci King.

Pokój Jacka był swego rodzaju prywatnym muzeum dziwactw, przypominającym zarówno zaplecze filmowe, jak i skarbiec osobistych trofeów. Jedną ze ścian zajmował olbrzymi, stucalowy telewizor otoczony półkami pełnymi płyt Blu-ray – Jack zebrał tu setki, może tysiące filmów, które znał niemal na pamięć. Naprzeciw telewizora stały dwie obszerne, białe sofy, zapraszające do wylegiwania się na nich godzinami, oraz mlecznobiały stolik na kawę, którego nieco tandetny wygląd kontrastował z elegancją pokoju. Było to miejsce stworzone do tego, by przesiadywać w nim bez końca, chłonąc filmy i odpoczywając od świata zewnętrznego.

Jednak Jack, będący zbieraczem i miłośnikiem filmowych pamiątek, nie zadowalał się tylko standardowymi gadżetami. W rogu pokoju, na specjalnym postumencie, spoczywała trumna z jednego z filmów o wampirach, w którym grał drugoplanową rolę. Pomimo że film nie był specjalnym sukcesem, Jack z dumą zabrał do domu ten rekwizyt. Tuż obok stała lodówka – nie byle jaka, lecz ta z czwartej części przygód Indiany Jonesa. Choć King nie miał z tym filmem nic wspólnego, po prostu musiał ją zdobyć. Była to prawdziwa gratka dla kinomanów, a Jack uważał, że rekwizyt ten wprowadza odrobinę „klasy” i „wagi” do jego zbiorów.

Sam Jack siedział właśnie na jednej z sof z laptopem na kolanach, co chwilę parskając śmiechem. Wzrok przykuwały jego atrakcyjne rysy – silnie zarysowana szczęka, orli nos i intensywne, błękitne oczy, które zdawały się przeszywać rozmówców na wskroś swoim spojrzeniem. Jego twarz, choć bardzo klasycznie przystojna, miała lekko melancholijny wyraz, jakby Jack niezależnie od sytuacji zawsze nosił w sobie odrobinę smutku. Wysoki, szczupły i nieco wyższy niż metr osiemdziesiąt pięć, roztaczał urok i elegancję, którą wielbiły zarówno nastolatki, jak i dojrzałe kobiety.

Jednak to nie tylko wygląd czynił Jacka osobliwym. Miał dziwną, nieco ekscentryczną naturę, którą otoczenie często ignorowało. Obsesja na punkcie filmowych detali, przedmiotów i historii była dla niego niemal religią. Teraz śmiał się z komentarzy na Reddicie, gdzie pod pseudonimem „SSAyerCutFan11” zamieścił swoje opowiadanie. Zabawne, jak wielu ludzi uważało jego historię za zbyt absurdalną i przerysowaną – tym bardziej że pisał prawdę – opisał tam to, co wydarzyło się zaledwie kilka miesięcy temu, pewnej mroźnej nocy nad zamarzniętym jeziorem w Kanadzie.

***

– …Let it snow, let it snow, let it snow! – śpiewał wraz z Vaughnem Monroe’em, którego przebój Let It Snow rozbrzmiewał radośnie z głośników laptopa.

Jack dokładał właśnie drewna do kominka, a iskry skakały w górę, tworząc taniec światła i ciepła. Chciał, by w domku panował przytulny, kojący klimat, kiedy jego narzeczona wróci z porannej przebieżki. Był szczęśliwy jak nigdy – dwa miesiące wcześniej, podczas kolacji wigilijnej u rodziców Marthy, poprosił ją o rękę. Od tamtej pory myśl o niej, o wspólnej przyszłości, była dla niego niewyczerpanym źródłem radości. Dzięki niej czuł, że może być lepszym człowiekiem. Nie tylko przed kamerami, jak to zwykle bywało u jego kolegów i koleżanek po fachu.

Teraz byli tu na czymś w rodzaju ich prywatnego, cichego miesiąca miodowego. Jack przyrzekł sobie, że co roku będą powtarzać ten rytuał, uciekając gdzieś z dala od kamer i zgiełku, by zajmować się tylko sobą nawzajem.

Ich wakacyjny dom nad jeziorem, oddalony o kilka godzin jazdy od cywilizacji, był dokładnie takim miejscem, jakiego potrzebowali. Z zewnątrz wyglądał na starą, drewnianą chatę, niemal zapomnianą przez świat. Był zbudowany z grubych bali, które z każdym rokiem ciemniały, co dodawało budynkowi charakterystycznego, surowego uroku. „Chatka” miała zadaszony ganek, przed którym Jack dzień wcześniej ulepił bałwana, starając się, by ten przypominał chociaż trochę Donalda Trumpa. Niedaleko stała stara, pochyła szopa na narzędzia – maleńki budynek z nieproporcjonalnie dużymi drzwiami, za którymi Jack trzymał siekiery, piły oraz inne niezbędne sprzęty do przetrwania surowej zimy w głuszy.

Śnieg otulał wszystko grubą warstwą bieli, a tylko słabe ślady na błotnistej, ledwo przejezdnej drodze wskazywały, że ktoś tu przybył. Do domku prowadziła ścieżka od jeziora, które o tej porze roku było całkowicie zamarznięte i lśniło w promieniach zimowego słońca. Jack przyleciał tu niewielkim prywatnym samolotem, który stał teraz na zamarzniętej tafli jeziora jak egzotyczny ptak zastygły w lodzie. Było to jedyne niezawodne połączenie ze światem zewnętrznym, przynajmniej dopóki pokrywa lodowa była wystarczająco solidna, by unosić maszynę.

W tej chwili Jack czuł się zupełnie oderwany od rzeczywistości, jakby życie, które prowadził w Hollywood, należało do kogoś innego. Tutaj, w tej chatce, nie był już Jackiem Kingiem, aktorem i sojusznikiem pokrzywdzonych, którzy nie potrafią sobie poradzić w życiu bez takich bohaterów jak on, lecz po prostu zakochanym człowiekiem, gotowym zacząć nowe życie.

Kiedy uporał się już z kominkiem, zaczął się zastanawiać, czy jak Martha wróci, będzie miała ochotę na gorącą kawę, gorącą czekoladę, czy może przypadkiem gorący seks. Ostatecznie postanowił, że sobie zrobi to pierwsze, jej to drugie, a potem razem z nią to trzecie, po czym poszedł do kuchni.

Określenie „chatka” nijak się miało do stanu faktycznego – w rzeczywistości była to całkiem spora, choć niezbyt gustownie umeblowana willa, której wystrój łączył w sobie skandynawską prostotę z elementami tak różnorodnymi, że całość sprawiała wrażenie przypadkowego zestawienia. Niezliczone ozdoby, rustykalne meble i luksusowe dodatki dominowały w każdym kącie wnętrza, przypominając nieco teatralną scenografię.

Jack właśnie zamierzał zabrać się do robienia śniadania, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Zdjął z siebie gustowny fartuch z napisem „Nie umiem gotować, ale wyglądam seksownie, kiedy to robię” i obrazkiem płonącej patelni – prezent od Marthy, którą to znalezisko rozbawiło podczas zakupów przed ich wyprawą. Ruszył w stronę drzwi, ciekawy, kto mógłby go tu znaleźć.

Zanim jednak otworzył, zauważył przez okno dwoje ludzi. Mężczyzna stał bez ruchu, a przybyła z nim kobieta podejrzliwie zerkała na bałwana ustawionego przed domem – karykaturalną wersję Donalda Trumpa, której absurdalność wydawała się jednocześnie bawić i intrygować ich oboje.

W końcu Jack uchylił drzwi, a zimne, mroźne powietrze wtargnęło do wnętrza.

– Dzień dobry, przepraszam, że przeszkadzamy, ale na… O ja, czy ty jesteś Jack King? – zapytał mężczyzna, patrząc na niego z zaskoczeniem.

Byli młodą parą, zaledwie w okolicach trzydziestki, oboje ubrani w grube, zimowe kurtki. Na ich twarzach malowało się zdumienie, a także lekkie zmęczenie wędrówką. Stali przed nim, wyraźnie zmarznięci, zaskoczeni widokiem gwiazdy Hollywood na kanadyjskim pustkowiu.

– Przez większość czasu tak, to ja – odparł Jack, starając się zatuszować własne zaskoczenie ich wizytą. Poczuł, jak mroźny wiatr wdziera się szeroko otwartymi drzwiami do środka. – Chodźcie, wejdźcie, bo zmarzniecie na kość. W czym mogę pomóc? – zaprosił ich do środka z uprzejmością, jakby był rodowitym Kanadyjczykiem. Bo w końcu czemu miałby się ich obawiać?

Przybysze zawahali się przez moment, a potem, wymieniwszy szybkie spojrzenie, weszli do domku, stąpając ostrożnie po podłodze.

– Tak więc… – zaczął mężczyzna, choć wyraźnie brakowało mu pewności, jakby nie wiedział, co dokładnie powiedzieć.

– To jest Allan, ja jestem Anna – przerwała mu stanowczo kobieta z wybrzmiewającą w głosie pewnością, która wyraźnie wskazywała, kto w ich duecie przejmuje inicjatywę. – Wynajęliśmy domek po drugiej stronie jeziora. Dojechaliśmy tam dzisiaj rano i niestety nie ma tam prądu. Na dodatek nasze telefony w ogóle nie łapią tutaj zasięgu.

– Technologia tak ma – odparł Jack i uśmiechnął się ze zrozumieniem.

Anna odwzajemniła uśmiech i wciąż pewna siebie kontynuowała wyjaśnienia:

– W drodze zauważyliśmy jakieś światła w tej okolicy i pomyśleliśmy, że może warto sprawdzić. Tak więc wylądowaliśmy tutaj. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy tu coś, co pozwoliłoby nam skontaktować się ze światem i wezwać elektryka albo coś w tym stylu.

– Żaden problem. Internetu tutaj nie mamy, ale jest telefon satelitarny. Zaraz go przyniosę – odparł Jack spokojnym tonem, wciąż pełen życzliwości. – Chyba że… chcielibyście może zostać u nas na śniadanie?

Anna rozejrzała się po przytulnym wnętrzu, jej wzrok przyciągnęło grube futro niedźwiedzia leżące przed kominkiem. Spojrzała na Jacka z lekkim zainteresowaniem.

– Nie jesteś tu sam? – zapytała.

– Jestem tutaj z moją narzeczoną – odpowiedział z niezmienną uprzejmością mimo przeszywającego spojrzenia kobiety.

– Ach, no tak, zaręczyłeś się z Marthą Jackson, tą olimpijką – wtrącił Allan, przypomniawszy sobie wiadomości, które krążyły o narzeczonym Marthy.

– Tak. Myślę, że ucieszy się z gości – odpowiedział Jack. – Rzadko mamy tu odwiedziny, z jakiegoś powodu mało kto zapuszcza się w te strony.

– Ciekawe czemu… – rzuciła ironicznie Anna.

Goście zdjęli kurtki, a Jack, niezrażony ich swobodą, podszedł do kominka, by ogrzać dłonie nad trzaskającymi polanami. Po chwili usłyszał melodyjkę telefonu satelitarnego, który leżał na gzymsie. Spojrzał na ekran. Beverly – jego agentka. Niechętnie odebrał, zastanawiając się, co teraz wymyśliła.

– Beverly, mam teraz gości – powiedział, próbując wyrazić subtelną irytację, choć jednocześnie zignorował tychże gości i wyszedł do kuchni. Wyraźnie mówił jej przed wyjazdem, że ma się z nim nie kontaktować, chyba że zadzwonią z Disneya albo Warnera.

– To nie zajmie długo – odezwał się jej entuzjastyczny głos. – Słuchaj, słyszałeś o Ring the Bells? To ten reality show o przygotowaniach do ślubu celebrytów, oglądalność wystrzeliła jak szalona. Ale mamy teraz w branży w więcej rozwodów niż ślubów i brakuje im par do drugiego sezonu, więc są gotowi zrobić dla nas wszystko.

Jack zmarszczył brwi. Reality show? Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Beverly kontynuowała:

– Pomyślałam o tobie i Marcie. Wasz ślub to gotowa historia do tego formatu. Śledziliby was na każdym kroku, przygotowania, decyzje… Ludzie uwielbiają patrzeć, jak celebryci pokazują się z tej „ludzkiej strony”. Nie musisz dziękować.

Jacka kusiło, by po prostu się rozłączyć, ale wiedział, że nie ma wyjścia. Nawet jakby jej odmówił, to Bev była zbyt cwana, żeby coś takiego przepuścić. Na pewno „przypadkiem” spotkałaby się z Marthą i „przypadkiem” by jej wszystko wygadała. A Martha…

– Martha jest wielką fanką takich programów, więc… może się zgodzę – powiedział z ociąganiem. – Ale tylko dla niej.

– Wiedziałam! Zresztą sam wiesz, jaki jest teraz trend. Wszystko inne w telewizji zdycha. A skoro nie chcesz mieć do czynienia z twórcami z YouTube’a i Twitcha… Publiczność będzie za tobą szaleć, zobaczysz! – Beverly była wyraźnie w swoim żywiole. – I jeszcze jedno! – Zaśmiała się krótko. – Nie będę ukrywać, mam nową dziewczynę. Pomyśl sobie! Rhonda. Och, powiem ci, ma coś z tych dziewczyn z lat osiemdziesiątych, jest… zachwycająca.

Zachwycająca… czyli jest świetną zdobyczą do oprowadzania po salonach, pomyślał. Czuł, że rozmowa przestaje dotyczyć jego, co było dość nietypowe, ale odpowiedział uprzejmym, choć dość wymuszonym entuzjazmem:

– Cóż, gratulacje. Upewnij się, że Ring the Bells nie uderzy w mój… no wiesz, wizerunek – dodał, otwierając lodówkę.

– No jasne, Jack, jasne. Twój wizerunek jest bezpieczny w moich rękach – zapewniła Beverly ze śmiechem. – Zadbam o wszystko. Teraz wracaj do gości, pogadamy jutro. Całuję.

Rozłączył się i włożył telefon do lodówki, czując dziwną mieszankę lekkiej irytacji oraz ulgi, że rozmowa się skończyła.

– Przepraszam, to moja agentka. Czasem mam wrażenie, że to ona rządzi moim życiem – powiedział, wróciwszy do swoich gości.

– Och, to pewnie trudne, mieć kogoś, kto kontroluje każdy twój ruch – zauważyła Anna, uśmiechając się ciepło, choć jednocześnie nieco protekcjonalnie, jakby współczuła Jackowi roli „wielkiej gwiazdy”.

– Można przywyknąć – odparł ze spokojem, zerkając na trzaskający ogień.

Allan pokiwał głową z nieśmiałym entuzjazmem, a potem zagadnął:

– No, Jack, wyobrażam sobie, że życie gwiazdy filmowej jest pełne stresu, a czasem musisz mierzyć się z naprawdę dziwnymi ludźmi i sytuacjami. Nie mylę się?

Jack odwrócił się do niego z lekkim uśmiechem.

– Powiedzmy, że w Hollywood dziwność jest normą. Wszyscy mamy swoje metody na radzenie sobie z nią. Nawet takie chatki jak ta są częścią tego procesu.