Druga Szansa - Agnieszka Czerniejewska - ebook

Druga Szansa ebook

Agnieszka Czerniejewska

2,0

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Czasem jedna decyzja może zmienić całe życie.

Dominika próbuje zostawić przeszłość za sobą, ale ta nie daje o sobie zapomnieć. Tajemnicze czarne róże, sekrety i niebezpieczeństwo sprawiają, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Gdy na jej drodze staje Alex, musi odpowiedzieć sobie na jedno pytanie...

Czy każdy zasługuje na drugą szansę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 300

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sasanka19

Nie oderwiesz się od lektury

świetna gorąco polecam
00
Olazd

Z braku laku…

Niestety, nie każda książka powinna być wydana.
00


Kolekcje



Co­kol­wiek za­mie­rzasz zro­bić, o czym­kol­wiek ma­rzysz, za­cznij dzia­łać.Śmia­łość za­wie­ra w so­bie ge­niusz, siłę i ma­gię.

Jo­hann Wol­fgang Go­ethe

ROZDZIAŁ 1

Bu­dzik dzwo­nił już od dłuż­szej chwi­li. Pró­bo­wa­łam otwo­rzyć za­spa­ne oczy. Nie­na­wi­dzi­łam wsta­wać tak wcze­śnie rano. Z du­żym ocią­ga­niem zwle­kłam się z łóż­ka i po­czła­pa­łam do ła­zien­ki, żeby wziąć szyb­ki prysz­nic, na­ło­żyć lek­ki ma­ki­jaż i za­kryć wor­ki pod ocza­mi.

Od paru ty­go­dni źle sy­pia­łam. Mia­łam kosz­ma­ry, któ­re drę­czy­ły mnie rów­nież w cią­gu dnia, nie da­jąc chwi­li spo­ko­ju. Od wie­lu lat miesz­ka­łam w An­glii, w ma­łym, uro­kli­wym mia­stecz­ku Ca­stle­ford. Przy­je­cha­łam tu za mi­ło­ścią mo­je­go ży­cia, a przy­naj­mniej tak mi się wte­dy wy­da­wa­ło.

Kie­dy po­zna­łam mo­je­go eks­mę­ża, by­li­śmy jesz­cze na­sto­lat­ka­mi. Szyb­ko się za­ko­cha­li­śmy, a ja wie­rzy­łam w każ­de jego sło­wo. Póź­niej bo­le­śnie się prze­ko­na­łam o swo­jej na­iw­no­ści.

Nie wiem, kie­dy się tak bar­dzo zmie­nił. By­łam zbyt po­chło­nię­ta bu­do­wa­niem na­szej wspól­nej co­dzien­no­ści za gra­ni­cą, żeby to za­uwa­żyć.

Na po­cząt­ku ży­cie w An­glii było fa­scy­nu­ją­ce: nowi lu­dzie, nowe moż­li­wo­ści, inne kul­tu­ry. Szu­ka­li­śmy swo­jej dro­gi, ale w pew­nym mo­men­cie na­sze ścież­ki za­czę­ły się roz­cho­dzić. Wal­czy­łam o nas dłu­go, jed­nak ko­lej­ne kłam­stwa i zdra­dy przy­pie­czę­to­wa­ły ko­niec związ­ku. My­śla­łam, że na­sze mał­żeń­stwo opie­ra się na so­lid­nych fun­da­men­tach. Czas po­ka­zał, jak bar­dzo się my­li­łam. Mar­cel uwiel­biał ko­bie­ty i za­dzi­wia­ją­co czę­sto my­lił łóż­ka.

Pierw­szy raz przy­ła­pa­łam go na zdra­dzie, kie­dy by­łam w cią­ży z Ada­siem. Za­po­mniał wy­jąć te­le­fon z ma­ry­nar­ki, co zwy­kle mu się nie zda­rza­ło. Wró­cił z im­pre­zy z kum­pla­mi moc­no wsta­wio­ny i padł na sofę w sa­lo­nie w peł­nym ubra­niu, na­wet nie zdjął bu­tów.

Ma­ry­nar­ka była prze­wie­szo­na przez opar­cie krze­sła. Po chwi­li za­czę­ła drgać od gło­śnych wi­bra­cji. Się­gnę­łam po nią i spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz: dzie­sięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń z nie­zna­ne­go nu­me­ru. Uzna­łam, że to musi być coś waż­ne­go, sko­ro ktoś tak de­spe­rac­ko pró­bu­je się do­dzwo­nić. Ode­bra­łam.

Nie zdą­ży­łam się ode­zwać, gdy w słu­chaw­ce roz­legł się gło­śny ko­bie­cy szloch. Za­mar­łam. Uzna­łam, że to pew­nie po­mył­ka albo głu­pi żart pi­ja­nych ko­le­gów. Roz­łą­czy­łam się.

Chwi­lę póź­niej te­le­fon znów się ode­zwał. Tym ra­zem ode­bra­łam i za­py­ta­łam, kto dzwo­ni.

– A kim ty je­steś? – spy­ta­ła za­sko­czo­na ko­bie­ta po dru­giej stro­nie.

– Je­stem żoną Mar­ce­la – od­po­wie­dzia­łam, czu­jąc, jak lo­do­wa­ty dreszcz prze­bie­ga mi po ple­cach.

Ko­bie­ta zim­nym, nie­mal lo­do­wa­tym gło­sem po­wie­dzia­ła mi, że Mar­cel od mie­się­cy jest jej męż­czy­zną. Że jest z nim w cią­ży. I że za­mie­rza o nie­go wal­czyć.

Moje ser­ce na mo­ment prze­sta­ło bić. W gło­wie mia­łam tyl­ko jed­no sło­wo: cią­ża. By­łam w to­tal­nym szo­ku. W roz­syp­ce. Sama też spo­dzie­wa­łam się dziec­ka. Usia­dłam cięż­ko na krze­śle. Nogi od­mó­wi­ły mi po­słu­szeń­stwa. W jed­nej se­kun­dzie cały mój po­ukła­da­ny świat, któ­ry bu­do­wa­łam przez lata, roz­padł się jak do­mek z kart.

Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, się­gnę­łam po te­le­fon Mar­ce­la. Wpi­sa­łam PIN. Mąż nie zmie­niał go od lat, a te­raz wy­dał mi się ja­kimś nie­istot­nym sym­bo­lem daw­ne­go za­ufa­nia. Więk­szość wia­do­mo­ści była wy­ka­so­wa­na. Ty­po­we. Ale kil­ka zo­sta­ło, z wczo­raj­sze­go wie­czo­ra. Za­pew­ne za­po­mniał je usu­nąć. Treść? Sek­su­al­ne alu­zje, nie­dwu­znacz­ne zda­nia i sło­wa, któ­re zo­sta­ną ze mną na za­wsze: „Ko­cham cię”, „W koń­cu ją zo­sta­wię i już za­wsze bę­dzie­my ra­zem”. Zdję­cie ko­bie­ty w ku­sej, czer­wo­nej bie­liź­nie. Wresz­cie do­pi­sek: „Nie mogę się do­cze­kać, kie­dy zno­wu bę­dziesz mój, na­grza­ny do czer­wo­no­ści, w moim łóż­ku”.

Sie­dzia­łam. Ga­pi­łam się w ekran. A po­tem po pro­stu… pa­trzy­łam w ścia­nę. By­łam pew­na, że mnie to nie spo­tka. Że to, co nas po­łą­czy­ło, było praw­dzi­we. Tyle razy usta­la­li­śmy, że je­że­li któ­reś z nas po­czu­je coś do ko­goś in­ne­go, po­roz­ma­wia­my i się roz­sta­nie­my. Nie bę­dzie­my się zdra­dzać, bo to naj­gor­sze, co moż­na zro­bić dru­giej oso­bie. A tu pro­szę: mój mał­żo­nek za­ba­wia się z ja­kąś zdzi­rą, któ­ra na do­da­tek wie, że on ma żonę.

Po­cze­ka­łam, aż mój mąż się obu­dzi. Oczy­wi­ście przy­go­to­wa­łam się: wcze­śniej wy­dru­ko­wa­łam zdję­cie, któ­re do­stał od swo­jej ko­chan­ki. Było ide­al­ne – czer­wo­ne ko­ron­ki, zmy­sło­wa poza, wszyst­ko jak na dło­ni.

Kie­dy ksią­żę wstał, po­szedł pod prysz­nic, a ja cze­ka­łam, aż usią­dzie do obia­du. Na jego ta­le­rzu po­ło­ży­łam wy­druk. Spoj­rzał na zdję­cie, a ja zo­ba­czy­łam jego bez­cen­ną minę: mie­sza­ni­nę szo­ku, nie­do­wie­rza­nia i prze­ra­że­nia. Na po­cząt­ku szlo­chał, bła­gał, obie­cy­wał, że ni­g­dy wię­cej mnie nie zra­ni, już ni­g­dy nie spra­wi, że będę pła­kać. Sło­wa peł­ne żalu i wy­rzu­tów su­mie­nia spły­wa­ły z jego ust, ale z cza­sem oka­za­ło się, że to tyl­ko pu­ste obiet­ni­ce.

Ja na­to­miast co­raz bar­dziej prze­ko­ny­wa­łam się, że mu­szę pod­nieść gar­dę. Że mu­szę prze­stać żyć złu­dze­nia­mi i ocze­ki­wa­nia­mi, któ­re tyl­ko mnie ra­ni­ły. Mia­łam na gło­wie pra­cę, dom, obo­wiąz­ki, a mój mąż był świę­cie prze­ko­na­ny, że bez nie­go nie po­tra­fię żyć.

W su­mie miał tro­chę ra­cji. Ale nie ba­łam się, że nie po­do­łam. Bar­dziej oba­wia­łam się sa­mot­no­ści. Choć czy już w związ­ku z nar­cy­zem nie by­łam sama na­praw­dę? On po pro­stu so­bie ist­niał. Miał przy mnie wy­god­ne ży­cie, cie­pły kąt i po­słusz­ną żonę. Nie pla­no­wał odej­ścia – był na to zbyt le­ni­wy.

Chcia­łam, by mój syn miał spo­koj­ny dom, by do­ra­stał z dwoj­giem ro­dzi­ców. Przez lata wal­czy­łam o to, trzy­ma­jąc się na­dziei i ma­rzeń. Ale po la­tach wal­ki się pod­da­łam. Za­czę­łam żyć na wła­snych wa­run­kach.

Mój mąż ni­g­dy nie krył się przed świa­tem z tym, że nie jest mi wier­ny. Wręcz prze­ciw­nie: zda­wa­ło się, że trak­tu­je to swo­je dru­gie ży­cie jak oka­zję do zdo­by­wa­nia tro­fe­ów. Mar­cel był przy­stoj­nym męż­czy­zną – to trze­ba mu przy­znać. Spę­dzał dużo cza­su na si­łow­ni i dzię­ki temu był do­brze zbu­do­wa­ny, zresz­tą umiał cza­ro­wać sło­wa­mi i tym przy­cią­gał ko­bie­ty.

Pew­ne­go wie­czo­ru przy­szedł do mnie nasz bli­ski są­siad. Z jego ro­dzi­ną od cza­su do cza­su uma­wia­li­śmy się na drin­ka, więc czu­łam się dość kom­for­to­wo, gdy sta­nął w drzwiach z wy­raź­nym obu­rze­niem na twa­rzy.

– Co się sta­ło?

Za­pro­si­łam go do środ­ka, chcąc wie­dzieć, co go tak drę­czy. Na po­cząt­ku nie po­tra­fił zna­leźć słów. Jak­by wa­żył każ­de zda­nie, za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien mi o tym po­wie­dzieć. Ale po dwóch kie­lisz­kach wód­ki, któ­re mu po­da­łam, za­czął mó­wić.

– Wra­ca­łem wie­czo­rem z psem z na­sze­go par­ku – za­czął nie­pew­nie. – Wi­dzia­łem two­je­go męża. Był z ja­kąś ko­bie­tą. Upra­wia­li seks w au­cie.

Za­mu­ro­wa­ło mnie.

– W miej­scu, gdzie każ­dy z na­szych są­sia­dów mógł ich zo­ba­czyć? – do­py­ta­łam, a są­siad ski­nął gło­wą.

– Mu­sie­li być na­praw­dę na­pa­le­ni, sko­ro nie przej­mo­wa­li się tym, że ktoś ich przy­ła­pie.

Sło­wa te ude­rzy­ły we mnie ni­czym zim­ny wiatr. Bo­le­sna oka­za­ła się nie tyl­ko zdra­da. Było w tym coś, co zła­ma­ło mi ser­ce: lek­ce­wa­że­nie, upo­ko­rze­nie i bez­czel­ność.

Sie­dzia­łam tam, pró­bu­jąc ze­brać my­śli, ale łzy same na­pły­nę­ły mi do oczu. Naj­pierw po­czu­łam prze­szy­wa­ją­cy ból w ser­cu, jak­by ktoś roz­ry­wał je na ka­wał­ki. Ale za­raz po­tem men­tal­nie się spo­licz­ko­wa­łam. Prze­cież nie by­łam na tyle głu­pia, by wie­rzyć, że on kie­dy­kol­wiek się zmie­ni, że w koń­cu doj­rze­je.

Cała ta sy­tu­acja tyl­ko uświa­do­mi­ła mi jed­ną rzecz: Mar­cel nie miał za grosz sza­cun­ku ani do mnie, ani do tych wszyst­kich wspól­nie spę­dzo­nych lat.

Po­dob­no ko­bie­ty wy­czu­wa­ją zdra­dę, za­nim po­ja­wią się do­wo­dy. U mnie dłu­go nie było żad­nych sy­gna­łów ostrze­gaw­czych. On wciąż był ła­god­ny i tro­skli­wy, a ja czu­łam się przy nim bez­piecz­nie. Do­pie­ro tam­te­go wie­czo­ru, po spo­tka­niu z ko­le­ga­mi, zo­ba­czy­łam jego dru­gie ob­li­cze – chłod­ne, wy­ra­cho­wa­ne, go­to­we do ma­ni­pu­la­cji. Wte­dy zro­zu­mia­łam, że to, co bra­łam za spo­kój, było tyl­ko per­fek­cyj­nie ode­gra­ną rolą. I szcze­rze mó­wiąc, sama nie wiem, kie­dy miał czas na swo­je dru­gie ży­cie. Naj­wi­docz­niej kie­dy wy­cho­dził do pra­cy, cza­sem do niej po pro­stu nie do­cie­rał.

Po­trze­bo­wa­łam roz­mo­wy z kimś, kto mnie wy­słu­cha, zro­zu­mie. Za­dzwo­ni­łam po moją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę, Oli­vię. Gdy przy­je­cha­ła, usia­dły­śmy w kuch­ni przy kub­kach z go­rą­cą her­ba­tą. Cie­pło pary uno­si­ło się wo­kół nas, ale ja czu­łam, jak wszyst­ko we mnie sty­gnie. Przy­ja­ciół­ka spoj­rza­ła na mnie z tro­ską, wy­czu­wa­jąc, że coś się sta­ło.

– Po­wiedz mi, co się dzie­je… – za­czę­ła ci­cho. Mu­sia­ła za­uwa­żyć moje czer­wo­ne i opuch­nię­te od pła­czu oczy.

Wzię­łam głę­bo­ki od­dech, jak­bym zbie­ra­ła siły, by po­wie­dzieć to na głos.

– Mar­cel mnie zdra­dza – wy­zna­łam w koń­cu. Głos mi się ła­mał. – Wiem o wszyst­kim od daw­na, ale do­pie­ro nie­daw­no za­czę­łam ro­zu­mieć, jak bar­dzo mnie to boli.

Oli­via spoj­rza­ła na mnie z czu­ło­ścią.

– To strasz­ne, skar­bie – po­wie­dzia­ła, ści­ska­jąc moją dłoń. – Już wiesz, co za­mie­rzasz zro­bić?

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dzia­łam szcze­rze. – Na po­cząt­ku wie­rzy­łam, że może się zmie­ni. Ale im dłu­żej to trwa, tym bar­dziej czu­ję się sa­mot­na w tym mał­żeń­stwie. On jest obok, tyle że tak, jak­by go nie było.

– Masz pra­wo być zła i roz­cza­ro­wa­na, ale mu­sisz pod­jąć de­cy­zję, czy znów mu wy­ba­czysz, czy tym ra­zem po­wiesz „dość”. Tyl­ko nie mo­żesz po­zwo­lić, żeby to cię zła­ma­ło.

Spoj­rza­łam na nią i po­czu­łam, że jej sło­wa jak cie­pły bal­sam po­wo­li wy­peł­nia­ją moje ser­ce.

– Boję się sa­mot­no­ści – przy­zna­łam szep­tem. – Ale czu­ję, że od daw­na je­stem w tym związ­ku sama. Chy­ba mu­szę przej­rzeć na oczy i prze­stać żyć wspo­mnie­nia­mi.

– Wła­śnie – od­po­wie­dzia­ła Oli­via, wi­docz­nie po­ru­szo­na mo­imi sło­wa­mi. – Sa­mot­ność jest cza­sem lep­sza niż ży­cie z kimś, kto cię nie sza­nu­je.

– Chcę dla syna spo­koj­ne­go domu, aby czuł, że to jego azyl, miej­sce, gdzie za­wsze bę­dzie bez­piecz­ny. – Pró­bo­wa­łam zna­leźć w tym choć odro­bi­nę sen­su.

– I tak wła­śnie bę­dzie. Ale na two­ich wa­run­kach. Je­steś sil­niej­sza, niż my­ślisz.

Roz­mo­wa z przy­ja­ciół­ką dała mi na­dzie­ję, że od­naj­dę w so­bie siłę, by w koń­cu prze­stać się bać i za­wal­czyć o sie­bie. Po raz pierw­szy od daw­na po­czu­łam, że nie je­stem sama, a to, co prze­ży­wam, nie de­fi­niu­je mnie jako sła­bej. To była tyl­ko chwi­la, ale wy­star­czy­ła, że­bym znów zła­pa­ła od­dech.

Wte­dy po­my­śla­łam, że może jesz­cze jest na­dzie­ja. Że ta hi­sto­ria nie musi koń­czyć się roz­pa­czą. By­łam z mę­żem po­nad pięt­na­ście lat. A te­raz, jako trzy­dzie­sto­trzy­let­nia ko­bie­ta, mia­łam za za­da­nie od­na­leźć się w zu­peł­nie no­wej rze­czy­wi­sto­ści.

Po­sta­no­wi­łam, że Mar­cel musi odejść. Nie było w tym gnie­wu ani hi­ste­rii – tyl­ko spo­kój i de­cy­zja, któ­ra doj­rze­wa­ła we mnie od daw­na. Wie­dzia­łam, że to je­dy­na dro­ga, by od­zy­skać sie­bie i prze­stać żyć w cie­niu jego kłamstw. Dla roz­ła­do­wa­nia ne­ga­tyw­nych emo­cji wy­rzu­ci­łam nie­wier­ne­go męża nie tyl­ko ze swo­je­go ser­ca, ale i z ży­cia. Jego ubra­nia wy­lą­do­wa­ły za oknem, a resz­tę do­byt­ku spa­ko­wa­łam w kar­to­ny i wy­sta­wi­łam za drzwi. Nie mia­łam dla nie­go już żad­nej li­to­ści.

Mar­cel ni­g­dy nie był ty­pem, któ­ry się za­ha­ro­wu­je. Pra­cę zmie­niał rów­nie czę­sto, co ko­chan­ki, a ja dźwi­ga­łam cię­żar do­mo­we­go bu­dże­tu. Moi ro­dzi­ce mie­li pie­nią­dze, ale ja nie chcia­łam brać po­ży­czek ani da­ro­wizn, wo­la­łam sama na wszyst­ko za­pra­co­wać.

Skąd wła­ści­wie wie­dzia­łam, że Mar­cel zdra­dzał mnie z wie­lo­ma ko­bie­ta­mi? Dzię­ki zna­jo­mym. W za­sa­dzie uświa­do­mi­li mi to do­pie­ro po roz­sta­niu. Na­gle wszy­scy za­czę­li mó­wić, jak­by ktoś roz­wią­zał im ję­zy­ki. Ko­le­żan­ki, są­sie­dzi, na­wet da­le­ka zna­jo­ma. Jed­na hi­sto­ria go­ni­ła dru­gą, a każ­da ko­lej­na wbi­ja­ła mi nóż pro­sto w ser­ce. Opo­wia­da­li mi o ko­bie­tach, z któ­ry­mi się spo­ty­kał w re­stau­ra­cjach, ho­te­lach, a na­wet w na­szym mie­ście, jak­by w ogó­le się nie krył.

I na­gle cała ukła­dan­ka na­bra­ła sen­su.

Naj­bar­dziej bo­le­sna nie była jed­nak sama zdra­da. Naj­gor­sze było to, że wszy­scy wo­kół wie­dzie­li, a ja jed­na ży­łam w bło­giej nie­świa­do­mo­ści. Jak­by cała resz­ta świa­ta pa­trzy­ła na mnie i mil­cza­ła, a ja gra­łam rolę głu­piej żony, któ­ra nie do­strze­ga oczy­wi­stych rze­czy. Czu­łam się wte­dy nie tyl­ko oszu­ka­na, ale i upo­ko­rzo­na. Bo to, co mię­dzy nami było, a ra­czej to, w co wie­rzy­łam, oka­za­ło się tyl­ko brud­nym kłam­stwem. Cały czas plu­łam so­bie w bro­dę, że tak dłu­go to wszyst­ko zno­si­łam. Je­dy­ny­mi po­zy­ty­wa­mi, ja­kie po­zo­sta­ły po tym mał­żeń­stwie, były na­sze dziec­ko i parę cie­płych wspo­mnień, któ­re – choć nie­licz­ne – wciąż po­tra­fi­ły roz­grzać moje ser­ce.

Naj­gor­sza sy­tu­acja, jaka mnie spo­tka­ła w związ­ku z ko­chan­ką Mar­ce­la, wy­da­rzy­ła się pew­ne­go po­ran­ka. W po­śpie­chu wy­bie­głam z domu, już spóź­nio­na do pra­cy. Na szczę­ście tata wcze­śniej za­brał Ada­ma do szko­ły, więc nie mu­sia­łam się mar­twić o jego od­pro­wa­dze­nie.

Za­mknę­łam drzwi i od razu sta­nę­łam jak wry­ta. Przy bra­mie cze­ka­ła ko­bie­ta. Brud­ne, nie­ucze­sa­ne wło­sy opa­da­ły jej na ra­mio­na, ma­ki­jaż był roz­ma­za­ny, a oczy czer­wo­ne od pła­czu. Wy­glą­da­ła jak cień sa­mej sie­bie.

Kie­dy mnie zo­ba­czy­ła, ru­szy­ła w moją stro­nę, a za­nim zdą­ży­łam za­re­ago­wać, rzu­ci­ła mi się na szy­ję. By­łam w kom­plet­nym szo­ku.

– Prze­pra­szam… tak bar­dzo prze­pra­szam – wy­szlo­cha­ła. – Nie wie­dzia­łam, jaki on jest. By­łam tak za­ko­cha­na, że zro­bi­ła­bym dla nie­go wszyst­ko. Nie pa­trzy­łam na to, czy cier­pisz ty, czy twój syn… A te­raz kar­ma wró­ci­ła do mnie jak bu­me­rang.

Sta­łam osłu­pia­ła, czu­jąc mie­szan­kę za­że­no­wa­nia i współ­czu­cia. De­li­kat­nie od­su­nę­łam ją od sie­bie i spoj­rza­łam pro­sto w jej za­la­ne łza­mi oczy.

– Cóż, Mar­cel po­tra­fi roz­ko­chać w so­bie ko­bie­tę – po­wie­dzia­łam spo­koj­nie. – Współ­czu­ję ci, ale je­śli my­ślisz, że bę­dzie­my naj­lep­szy­mi ko­le­żan­ka­mi, to wy­bacz… nie je­stem w sta­nie. Ży­czę ci jed­nak szczę­ścia. I mi­ło­ści. Ta­kiej praw­dzi­wej. – Od­wró­ci­łam się i po­szłam w stro­nę auta, a ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe.

Kil­ka ty­go­dni póź­niej zo­ba­czy­łam ją po­now­nie. By­łam w mie­ście na za­ku­pach, kie­dy na­gle, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, mi­nę­ły­śmy się na chod­ni­ku.

Wy­glą­da­ła ina­czej niż wte­dy: za­dba­na, spo­koj­niej­sza, jak­by od­na­la­zła w so­bie siłę. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Nie za­mie­ni­ły­śmy ani jed­ne­go sło­wa, ale na jej ustach po­ja­wił się de­li­kat­ny, le­d­wo za­uwa­żal­ny uśmiech. Od­po­wie­dzia­łam tym sa­mym. To wy­star­czy­ło. Nie po­trze­bo­wa­ły­śmy wię­cej.

Na sa­mym po­cząt­ku po roz­sta­niu było dziw­nie ci­cho. Nie było jego kro­ków, trza­ska­nia drzwia­mi, nie było dźwię­ku klu­czy rzu­co­nych na blat ani jego wiecz­nych pre­ten­sji o co­kol­wiek i wszyst­ko jed­no­cze­śnie. Ta ci­sza po­cząt­ko­wo mnie przy­tła­cza­ła. A po­tem za­czę­ła le­czyć.

Z każ­dym dniem uczy­łam się żyć ina­czej. Dla sie­bie. Bez na­pię­cia, bez cią­głe­go kon­tro­lo­wa­nia na­stro­ju dru­gie­go czło­wie­ka. Za­czę­łam od drob­nych rze­czy. Po­szłam sama na kawę z przy­ja­ciół­ka­mi i dal­szy­mi zna­jo­my­mi. Wró­ci­łam do słu­cha­nia mu­zy­ki. I – co naj­waż­niej­sze – do pi­sa­nia, choć kie­dyś Mar­cel drwił, że to nuda dla sfru­stro­wa­nych ko­biet po trzy­dzie­st­ce.

Zmie­ni­łam fry­zu­rę. Niby ba­nał, ale dla mnie to był sym­bol, że coś się skoń­czy­ło, ale coś no­we­go wła­śnie się za­czy­na.

Wie­czo­ra­mi sia­da­łam z kub­kiem her­ba­ty i pa­trzy­łam na mo­je­go syna, któ­ry po­wo­li za­czy­nał znów się uśmie­chać. Od­ży­wał bez na­pię­tej at­mos­fe­ry w domu, bez krzy­ków, bez ner­wo­wych spoj­rzeń. Cza­sem przy­cho­dzi­ły mo­men­ty zwąt­pie­nia. Pła­ka­łam w po­dusz­kę, za­sta­na­wia­łam się, czy dam radę. Ale za każ­dym ra­zem przy­po­mi­na­łam so­bie tam­tą ko­bie­tę ze zdję­cia, wszyst­kie ko­lej­ne ko­bie­ty i to, jak moje ser­ce pę­kło, kie­dy usły­sza­łam praw­dę.

Już nie chcia­łam się ła­mać. Chcia­łam się bu­do­wać. Dla sie­bie. I dla mo­je­go dziec­ka. Mój były mał­żo­nek dłu­go po na­szym roz­sta­niu pró­bo­wał jesz­cze wma­wiać mi, że te wszyst­kie ro­man­se nic dla nie­go nie zna­czy­ły. Kla­sy­ka.

Ile ko­biet jest w po­dob­nej sy­tu­acji?! I ile z nas wciąż to zno­si dla do­bra dzie­ci, kie­dy czas nie­ubła­ga­nie pę­dzi, a po­tem ha­mu­je i na­stę­pu­je po­bud­ka – bo­le­sna jak skok z da­chu naj­wyż­sze­go wie­żow­ca?

Mar­cel miał swo­je tłu­ma­cze­nie.

„Je­stem męż­czy­zną, a męż­czyź­ni przy jed­nej ko­bie­cie się nu­dzą. My je­ste­śmy ze sobą tyle lat, więc prze­cież mam pra­wo mieć coś od ży­cia. Ty i tak nie masz już dla mnie cza­su, po­win­naś to za­ak­cep­to­wać i być wdzięcz­na, że mimo wszyst­ko wciąż je­stem z tobą”.

No ja­sne. Mia­łam być wdzięcz­na. Wdzięcz­na, że trak­to­wał mnie jak po­wie­trze, że spro­wa­dzał mnie do roli ogra­ni­czo­nej idiot­ki, a swo­je zdra­dy na­zy­wał pra­wem męż­czy­zny.

By­łam wdzięcz­na, ow­szem. Ale tyl­ko lo­so­wi, że w koń­cu otwo­rzy­łam oczy. Mar­cel – mimo że był kil­ku­krot­nie przy­ła­pa­ny na go­rą­cym uczyn­ku przez róż­ne oso­by – wciąż pró­bo­wał się wy­bie­lać, jak­by po­wta­rza­nie kłam­stwa mia­ło uczy­nić z nie­go świę­te­go. Ale ja już zna­łam praw­dę. Fak­ty mó­wi­ły same za sie­bie. Zdra­dzał mnie z każ­dą, któ­ra choć­by przez chwi­lę oka­za­ła mu za­in­te­re­so­wa­nie.

Dziś, z per­spek­ty­wy cza­su, naj­bar­dziej cie­szę się z tego, że nie zła­pa­łam od nie­go żad­ne­go syfu. Bo pa­trząc na jego roz­wią­złość, wcze­śniej czy póź­niej coś mu się przy­klei, albo – jak to so­bie żar­to­wa­łam w my­ślach – może na­wet coś od­pad­nie.

Nie, nie mia­łam już w so­bie ani krzty siły, by przy­my­kać oczy na jego cią­głe wy­sko­ki i upo­ko­rze­nia. Po­skła­da­łam reszt­ki sza­cun­ku do sa­mej sie­bie jak roz­bi­te szkło: ostroż­nie, z bó­lem, i ru­szy­łam da­lej. Bez nie­go. I to była jed­na z naj­lep­szych de­cy­zji, ja­kie w ży­ciu pod­ję­łam.

Nie­dłu­go po na­szym roz­sta­niu za­dzwo­ni­ła do mnie mat­ka mo­je­go by­łe­go. Ton mia­ła zim­ny i wy­nio­sły, jak­by wła­śnie wy­gra­ła ja­kąś oso­bi­stą woj­nę.

– Mój syn wresz­cie przej­rzał na oczy i cię zo­sta­wił – oznaj­mi­ła z sa­tys­fak­cją. – Jego nowa part­ner­ka to cu­dow­na dziew­czy­na. Wresz­cie stwo­rzy z kimś nor­mal­nym ko­cha­ją­cy, szczę­śli­wy dom.

Nie od­po­wie­dzia­łam nic. Uśmiech­nę­łam się tyl­ko pod no­sem. Bo za­po­mnia­ła wspo­mnieć, że jej cu­dow­ny sy­nek już wte­dy rów­nież i tę nową dziew­czy­nę ro­bił w bam­bu­ko – do­kład­nie tak jak mnie.

A o swo­im wnu­ku nie po­wie­dzia­ła ani sło­wa. I chwa­ła jej za to. Ni­g­dy nie była dla nie­go bab­cią. Nie umia­ła z nim na­wią­zać choć­by po­praw­nych re­la­cji. Gdy do nas przy­jeż­dża­ła, trzy­ma­ła się z da­le­ka, jak­by obec­ność dziec­ka ją mę­czy­ła. A gdy mój syn biegł do niej z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi, by się przy­tu­lić, po­tra­fi­ła go po pro­stu od­su­nąć.

W ta­kich chwi­lach moje ser­ce krwa­wi­ło. Nie w związ­ku ze mną – ja już wie­dzia­łam, jak bar­dzo ro­dzi­ce Mar­ce­la po­tra­fią ra­nić – ale z jego po­wo­du. Z po­wo­du dziec­ka, któ­re nie ro­zu­mia­ło, dla­cze­go mi­łość nie przy­cho­dzi z dru­giej stro­ny.

Gdy by­li­śmy jesz­cze ra­zem, rzad­ko jeź­dzi­li­śmy do te­ściów, bo za­wsze mie­li waż­niej­sze spra­wy: a to wy­jazd, a to ko­la­cja u zna­jo­mych. Kie­dy już zda­rzy­ło się, że nas za­pro­si­li, ni­g­dy nie czu­łam się tam swo­bod­nie. Ich dom był pięk­ny, ele­ganc­ki, ale lo­do­wa­ty, zu­peł­nie jak jego wła­ści­ciel­ka. Te­ścio­wa pa­trzy­ła na mnie chłod­nym wzro­kiem, jak­by chcia­ła dać mi do zro­zu­mie­nia, że ni­g­dy nie będę wy­star­cza­ją­co do­bra dla jej syna.

W ta­kich chwi­lach za­wsze my­śla­łam o swo­jej ma­mie – cie­płej, tro­skli­wej, go­to­wej zro­bić dla mnie i mo­je­go bra­ta wszyst­ko. Dla niej ro­dzi­na za­wsze była na pierw­szym miej­scu. A tu… tu­taj li­czył się tyl­ko Mar­cel. Ja by­łam je­dy­nie do­dat­kiem, kimś, kogo to­le­ro­wa­li, ale nie przyj­mo­wa­li do ser­ca. I choć for­mal­nie by­li­śmy ro­dzi­ną, w głę­bi du­szy wie­dzia­łam, że ni­g­dy nią nie bę­dzie­my.

Mar­cel był je­dy­na­kiem, a jego mat­ka pa­trzy­ła na nie­go jak na cud ze­sła­ny z nie­ba. W jej oczach ni­g­dy nie po­peł­niał błę­dów, był ide­al­ny, bez ska­zy, za­wsze bied­ny i nie­zro­zu­mia­ny. Lu­bi­ła się wtrą­cać w na­sze ży­cie, roz­da­jąc zło­te rady, któ­re w prak­ty­ce nie nada­wa­ły się do ni­cze­go. Mia­ła opi­nię ko­bie­ty z za­sa­da­mi, ale jej za­sa­dy koń­czy­ły się tam, gdzie za­czy­na­ły się po­trze­by syn­ka.

Wie­rzy­ła we wszyst­ko, co mó­wił. Kar­mi­ła się jego kłam­stwa­mi, jak­by były sen­sem ist­nie­nia. Mój punkt wi­dze­nia ni­g­dy jej nie in­te­re­so­wał, zresz­tą prze­sta­łam się tym przej­mo­wać już daw­no.

Była tak samo fał­szy­wa i pod­ła jak on. I choć nie­na­wi­dzi­łam tego, co mi ro­bi­ła, mo­men­ta­mi na­wet jej współ­czu­łam. W koń­cu to ona wy­cho­wa­ła męż­czy­znę, któ­ry nie po­tra­fił ko­chać ni­ko­go poza sobą. Któ­ry za­wsze mar­twił się tyl­ko o sie­bie. I tyle z nie­go mia­ła – ego­istę z wiecz­nie czy­sty­mi rącz­ka­mi, bo ktoś inny za­wsze sprzą­tał za nie­go ba­ła­gan.

Jed­na z ostat­nich ko­cha­nek Mar­ce­la była na tyle bez­czel­na, że mimo wie­dzy o moim i dziec­ka ist­nie­niu wy­dzwa­nia­ła do nie­go bez prze­rwy. Jak­by chcia­ła mi po­ka­zać, że nie mam już nic do ga­da­nia, że mój czas u boku Mar­ce­la do­biegł koń­ca, a ona bę­dzie jego ko­lej­ną ko­bie­tą.

Wi­dzia­łam po nim, że kłam­stwa za­czy­na­ją go przy­tła­czać. Gu­bił się w nich, za­po­mi­nał, co komu obie­cał. Był jak wła­sny cień: nie­spo­koj­ny, ner­wo­wy, spo­co­ny od cią­głe­go la­wi­ro­wa­nia.

Gdy i ten ro­mans wy­pły­nął na wierzch, owa ko­cha­ni­ca… przy­szła do mnie. Tak po pro­stu. Sta­nę­ła w drzwiach i z po­gar­dą w gło­sie oznaj­mi­ła:

– Wy­gra­łam.

Uśmiech­nę­łam się tyl­ko de­li­kat­nie. Nie wie­dzia­ła, że wła­śnie „wy­gra­ła” ma­min­syn­ka i na­ło­go­we­go ba­wi­dam­ka, któ­ry wpraw­dzie pięk­nie mówi, ale z któ­rym ży­cie to już inna baj­ka. Baj­ka ni­czym lek­ki sen – a z ta­kie­go bar­dzo ła­two się obu­dzić.

Mar­cel obie­cy­wał jej wszyst­ko. Że odej­dzie ode mnie, że się z nią oże­ni, że będą szczę­śli­wi. Trze­ba mu przy­znać jed­no: po­tra­fił pięk­nie mó­wić. Zresz­tą za­wsze był lep­szy w sło­wach niż w czy­nach.

Ona była mło­da, le­d­wie po dwu­dzie­st­ce. Na­iw­na. My­śla­ła, że wy­gra­ła los na lo­te­rii. Że bę­dzie żyła w do­stat­ku z męż­czy­zną, któ­ry nosi ją na rę­kach. No cóż… nie wy­szło.

Parę mie­się­cy po na­szym roz­sta­niu Mar­cel po­wi­tał na świe­cie cór­kę. Jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, był to – pier­wot­nie sku­tecz­ny – plan jego no­wej part­ner­ki, by zła­pać go na dziec­ko. Na sa­mym po­cząt­ku za­miesz­ka­li ra­zem, a mój były mąż obie­cy­wał wszyst­ko, co tyl­ko chcia­ła usły­szeć. Ale bar­dzo szyb­ko po­ka­zał, na co go na­praw­dę stać. Mi­łość, któ­ra za­czę­ła się in­ten­syw­nie i obie­cu­ją­co, skoń­czy­ła się z hu­kiem.

Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a Mar­cel… wró­cił do punk­tu wyj­ścia. Znów za­miesz­kał z ro­dzi­ca­mi w miej­scu, z któ­re­go ni­g­dy men­tal­nie nie wy­szedł do świa­ta. W miej­scu, gdzie wszyst­ko mu się na­le­ża­ło, a od­po­wie­dzial­ność za­wsze po­no­sił ktoś inny.

Cza­sem za­sta­na­wia­łam się, skąd on brał siłę i ener­gię na te wszyst­kie ko­bie­ty. Ja po jed­nym roz­cza­ro­wa­niu po­trze­bo­wa­łam mie­się­cy, żeby się po­zbie­rać. A on? Jak­by to było jego hob­by. Sport eks­tre­mal­ny. Tyl­ko że każ­da ko­lej­na run­da koń­czy­ła się dla nie­go co­raz go­rzej.

ROZDZIAŁ 2

Uro­dzi­łam się w To­ru­niu. To mia­sto za­wsze bę­dzie mia­ło szcze­gól­ne miej­sce w moim ser­cu. Pach­ną­ce pier­ni­ka­mi ulicz­ki, tęt­nią­ce ży­ciem Sta­re Mia­sto i nie­po­wta­rzal­ny kli­mat spra­wi­ły, że do­ra­sta­łam w oto­cze­niu, któ­re wręcz pro­wo­ko­wa­ło do ma­rzeń. To wła­śnie tam na­ro­dzi­ła się moja mi­łość do ksią­żek. Go­dzi­na­mi po­tra­fi­łam prze­sia­dy­wać w bi­blio­te­ce albo księ­gar­niach, prze­no­sząc się w świa­ty bo­ha­te­rów i ucząc się, że li­te­ra­tu­ra może być naj­lep­szą uciecz­ką i in­spi­ra­cją. Choć od wie­lu lat miesz­kam w An­glii, To­ruń na za­wsze po­zo­sta­nie moim do­mem i miej­scem, któ­re roz­bu­dza we mnie naj­wię­cej no­stal­gii.

Co­raz czę­ściej ża­ło­wa­łam, że nie za­bie­ram Ada­sia do Pol­ski przy­naj­mniej raz w roku, sko­ro to tyl­ko dwie go­dzi­ny lotu sa­mo­lo­tem. Przy­ła­py­wa­łam się na tę­sk­no­cie za ro­dzin­nym To­ru­niem, za zna­jo­my­mi, przy­ja­ciół­mi i ro­dzi­ną, któ­ra tam zo­sta­ła. Za wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciń­stwa, kie­dy z ku­zy­no­stwem spę­dza­li­śmy całe dnie w par­ku albo na pla­cu za­baw, nie my­śląc o ni­czym in­nym niż to, żeby dzień trwał jak naj­dłu­żej. Chcia­łam, by mój syn le­piej po­znał ten świat, by mógł po­czuć więź z miej­scem, z któ­re­go po­cho­dzi jego mama. Mia­łam wy­rzu­ty su­mie­nia, że syn zna Pol­skę głów­nie z mo­ich opo­wie­ści i zdjęć, a nie z wła­snych do­świad­czeń. Obie­cy­wa­łam so­bie jed­nak, że gdy tyl­ko ży­cie tro­chę się uspo­koi, za­bio­rę go do To­ru­nia i po­ka­żę wszyst­ko, co jest dla mnie waż­ne, aby kie­dyś mógł na­zwać to mia­sto rów­nież swo­im do­mem.

Tu miesz­kam w pięk­nym, uro­kli­wym miej­scu. Za moim nie­wiel­kim do­mem znaj­du­je się stad­ni­na koni. Z sy­pial­ni wi­du­ję te wy­jąt­ko­we, dum­ne stwo­rze­nia, a po­ran­ne par­ska­nie sta­ło się czę­ścią mo­jej co­dzien­no­ści. To ide­al­na prze­strzeń na dłu­gie spa­ce­ry, ci­sza, świe­że po­wie­trze i zie­leń, ko­ją­ca bar­dziej niż nie­jed­na roz­mo­wa.

Wy­daw­nic­two, w któ­rym pra­co­wa­łam od pię­ciu lat, mo­gła­bym na­zwać moim dru­gim do­mem. Choć czę­sto wra­ca­łam zmę­czo­na i z gło­wą wy­peł­nio­ną te­ma­ta­mi, uwiel­bia­łam tę pra­cę. To było moje miej­sce, peł­ne lu­dzi z pa­sją, po­łą­czo­nych nie tyl­ko chę­cią two­rze­nia, ale też zwy­czaj­ną życz­li­wo­ścią.

Mój prze­ło­żo­ny za­wsze po­wta­rzał, że w pierw­szej ko­lej­no­ści mam dbać o sie­bie i ro­dzi­nę, a do­pie­ro po­tem o de­adli­ne’y. To da­wa­ło mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, któ­re­go dłu­go w ży­ciu nie zna­łam. Sta­ra­łam się jed­nak ni­g­dy nie nad­uży­wać tej sze­fow­skiej wy­ro­zu­mia­ło­ści: obo­wiąz­ki trak­to­wa­łam po­waż­nie i od­da­wa­łam im całe ser­ce.

W ze­spo­le mie­li­śmy świet­ną at­mos­fe­rę. Każ­dy wie­dział, że może li­czyć na dru­gie­go. By­wa­ło, że piąt­ko­we po­po­łu­dnia koń­czy­li­śmy w pu­bie. Roz­ma­wia­li­śmy o bie­żą­cych pro­jek­tach wy­daw­ni­czych i o pla­nach na week­end.

Jed­no­cze­śnie przy­zna­ję, że tego ro­dza­ju pra­ca mia­ła swo­je bla­ski i cie­nie. Spo­ty­ka­ły się tam tak róż­ne oso­bo­wo­ści, że mu­sia­ło do­cho­dzić do kłót­ni czy nie­po­ro­zu­mień. By­wa­ło, że na­pię­cie wi­sia­ło w po­wie­trzu, bo każ­dy z nas chciał do­stać naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce­go au­to­ra albo książ­kę, któ­ra mia­ła szan­sę stać się hi­tem. Am­bi­cje ście­ra­ły się ze sobą, a cza­sem małe spo­ry za­mie­nia­ły się w praw­dzi­we bu­rze.

Ale mimo wszyst­ko sta­ra­li­śmy się roz­wią­zy­wać te nie­sna­ski sami, bez zbęd­nych dra­ma­tów. W koń­cu wie­dzie­li­śmy, że mamy wspól­ny cel: ko­cha­li­śmy li­te­ra­tu­rę. To nas łą­czy­ło naj­moc­niej. Pa­sja do ksią­żek, do sło­wa, do hi­sto­rii, któ­re zmie­nia­ją ży­cie. Wła­śnie to było w tym wszyst­kim naj­pięk­niej­sze: nie­za­leż­nie od cha­rak­te­rów czy tem­pe­ra­men­tu każ­dy z nas od­dy­chał li­te­ra­tu­rą. Dzię­ki temu wy­daw­nic­two, mimo trud­no­ści, było miej­scem, w któ­rym na­praw­dę czu­łam się do­brze.

Czę­sto po pra­cy wy­ska­ki­wa­li­śmy z ko­le­ga­mi na szyb­kie­go drin­ka. To był taki nasz mały ry­tu­ał: roz­mo­wy o głu­po­tach, śmiech, od­re­ago­wa­nie ca­łe­go dnia przy kom­pu­te­rze. Lu­bi­łam te mo­men­ty, choć praw­dą było też, że zbyt czę­sto bra­łam pra­cę do domu. Zda­rza­ło mi się sie­dzieć po no­cach i do­piesz­czać tek­sty, po­pra­wiać de­ta­le, któ­re i tak pew­nie umknę­ły­by czy­tel­ni­ko­wi. Ale dla mnie to mia­ło zna­cze­nie.

Moja mi­łość do li­te­ra­tu­ry od za­wsze była ogrom­na. Książ­ki są dla mnie uciecz­ką, in­spi­ra­cją i naj­wier­niej­szym to­wa­rzy­szem. Ko­cham czy­tać. Po­tra­fię za­to­pić się w hi­sto­rii tak bar­dzo, że świat do­oko­ła prze­sta­je ist­nieć. I może wła­śnie dla­te­go tak bar­dzo za­le­ża­ło mi na mo­jej pra­cy. Wie­dzia­łam, że je­stem we wła­ści­wym miej­scu. W wy­daw­nic­twie nie tyl­ko speł­nia­łam się za­wo­do­wo, ale też re­ali­zo­wa­łam swo­ją pa­sję.

Mój dom zaś był dla mnie azy­lem. Nie­wiel­ki, ale przy­tul­ny, wy­peł­nio­ny cie­płem i mięk­kim świa­tłem, któ­re wpa­da­ło przez duże okna, za­sło­nię­te lek­ki­mi lnia­ny­mi fi­ran­ka­mi. Każ­dy kąt no­sił zna­mio­na mo­jej oso­bo­wo­ści: wi­dać było tro­chę ro­man­ty­zmu, tro­chę ar­ty­stycz­ne­go cha­osu, a wszyst­ko ra­zem two­rzy­ło nie­zwy­kłą har­mo­nię.

W sa­lo­nie do­mi­no­wa­ła wy­god­na, mięk­ka ka­na­pa przy­kry­ta ko­lo­ro­wy­mi ko­ca­mi i po­dusz­ka­mi w et­nicz­ne wzo­ry. Na ścia­nach wi­sia­ły ple­cio­ne ma­kra­my i drew­nia­ne ram­ki ze zdję­cia­mi: ro­dzi­na, przy­ja­cie­le, po­dró­że. Tu i ów­dzie umie­ści­łam do­nicz­ki z buj­ny­mi ro­śli­na­mi, któ­re w tę prze­strzeń wpro­wa­dza­ły odro­bi­nę ży­cia.

Stół w ja­dal­ni był drew­nia­ny, ma­syw­ny, tro­chę po­dra­pa­ny, ale wła­śnie to do­da­wa­ło mu uro­ku. Na środ­ku za­wsze sta­ła świe­ca za­pa­cho­wa lub wa­zon ze świe­ży­mi kwia­ta­mi – drob­ny zwy­czaj, któ­ry uwiel­bia­łam.

Wnę­trze po­ko­ju Ada­sia, mimo że tęt­ni­ło ko­lo­ra­mi i dzie­cię­cą ra­do­ścią – wy­peł­nia­ły je pół­ki z ksią­żecz­ka­mi, kloc­ka­mi i plu­sza­ka­mi – rów­nież było prze­ja­wem swo­istej har­mo­nii i dzię­ki temu nie sta­no­wi­ło kon­tra­stu dla po­zo­sta­łych po­miesz­czeń.

Tak, wszyst­ko tu współ­gra­ło i da­wa­ło wra­że­nie przy­tul­nej mięk­ko­ści.

Naj­bar­dziej ko­cham let­nie wie­czo­ry. Sia­dam wte­dy w ogro­dzie z lamp­ką czer­wo­ne­go wina i książ­ką, a świat na chwi­lę zwal­nia. W ta­kich mo­men­tach na­praw­dę czu­ję, że żyję nie dla ko­goś, nie przez ko­goś. Po pro­stu dla sie­bie.

Nie­ste­ty, to An­glia. Ka­pry­śna po­go­da po­tra­fi w jed­nej chwi­li za­mie­nić słoń­ce w deszcz i sku­tecz­nie znie­chę­cić do spa­ce­rów. Ale przy­wy­kłam. Tu też na­uczy­łam się do­ce­niać każ­dy prze­błysk świa­tła.

Z sy­nem, któ­ry ma już pięć lat, za­czę­li­śmy ukła­dać so­bie ży­cie od nowa. Adaś jest mą­dry, wraż­li­wy i zbyt do­brze jak na swój wiek wy­czu­wa emo­cje. Sta­ram się dać mu spo­kój, któ­re­go sama tak dłu­go nie mia­łam.

Wciąż da­wa­ło się za­uwa­żyć, że roz­łą­ka z oj­cem bywa dla nie­go nie­ła­twa. Choć Mar­cel ni­g­dy nie speł­niał się w tej funk­cji ide­al­nie ani na­wet po­praw­nie, dla dziec­ka to za­wsze tata. I tego nie da się prze­sko­czyć ani zra­cjo­na­li­zo­wać.

Ale wie­dzia­łam i wiem jed­no: dam radę. Dla syn­ka i dla sie­bie.

Był po­chmur­ny, chłod­ny wie­czór. Sie­dzie­li­śmy ra­zem na ka­na­pie, za­wi­nię­ci w cie­pły koc, z kub­ka­mi ka­kao w rę­kach. W tle le­cia­ła baj­ka, ale mały wy­da­wał się za­my­ślo­ny. Jego wzrok błą­dził gdzieś poza ekra­nem, jak­by Adaś coś dłu­go no­sił w so­bie i w koń­cu mu­siał to po­wie­dzieć.

Od­sta­wił ku­bek na sto­lik, spoj­rzał na mnie du­ży­mi, po­waż­ny­mi ocza­mi i za­py­tał:

– Ma­mu­siu… dla­cze­go tata już z nami nie miesz­ka?

Ser­ce mi się ści­snę­ło. Wie­dzia­łam, że ten mo­ment w koń­cu na­dej­dzie. I cho­ciaż przy­go­to­wy­wa­łam się do tej roz­mo­wy mi­lion razy, ża­den z prze­wi­dy­wa­nych sce­na­riu­szy nie uwzględ­niał tego, co czu­łam w tam­tej chwi­li.

– Bo… do­ro­śli cza­sem prze­sta­ją się do­brze ze sobą do­ga­dy­wać i le­piej, gdy się roz­sta­ną, aby się już nie ra­nić – od­po­wie­dzia­łam spo­koj­nie. – My z two­im tatą już nie mo­gli­śmy być ra­zem, bo nie by­li­śmy szczę­śli­wi, ale ty nie masz z tym nic wspól­ne­go, ko­cha­nie. To była spra­wa mię­dzy mną a tatą.

Adaś się za­my­ślił. Przez chwi­lę mil­czał, po­tem do­py­tał:

– Czy tata mnie nie lubi?

Po­czu­łam, jak łzy sta­ją mi w oczach. Wzię­łam go na ko­la­na i przy­tu­li­łam moc­no.

– Oczy­wi­ście, że cię ko­cha, skar­bie. Ale tata cza­sem nie umie do­brze po­ka­zać, że mu za­le­ży. I to nie two­ja wina. Ty je­steś cu­dow­ny i bar­dzo, bar­dzo ko­cha­ny. Przede wszyst­kim przez ma­mu­się.

Spoj­rzał na mnie uważ­nie. Jego dzie­cię­ca twarz była spo­koj­na, ale coś w jego oczach mó­wi­ło mi, że ro­zu­mie wię­cej, niż po­wi­nien w tym wie­ku. Po chwi­li wtu­lił się we mnie i szep­nął:

– To do­brze, bo ja chcę zo­stać z tobą na za­wsze.

Trzy­ma­łam go w ra­mio­nach jesz­cze dłu­go. A po­tem, gdy już za­snął, po­zwo­li­łam so­bie na łzy.

Czu­łam, że za­wio­dłam syna. Mimo że sta­ra­łam się z ca­łych sił, i tak bra­ko­wa­ło mu bli­sko­ści ojca. Ale co ja mo­głam?! Prze­cież nie zmu­szę Mar­ce­la do kon­tak­tu. Trze­ba było prze­łknąć go­rycz po­raż­ki i wziąć się w garść.

Choć na­sze dni wy­glą­da­ły po­dob­nie, były ci­che i prze­wi­dy­wal­ne, cie­szy­łam się, że w koń­cu uda­ło mi się po­skła­dać ży­cie. Nie czu­łam się sa­mot­na. Czu­łam się spo­koj­na. Mia­łam obok sie­bie naj­waż­niej­szą oso­bę: mo­je­go syna. I mo­głam li­czyć na ogrom­ne wspar­cie ze stro­ny ro­dzi­ny, zwłasz­cza ro­dzi­ców. W naj­gor­szych mo­men­tach mo­je­go ży­cia to oni trzy­ma­li mnie za rękę – do­słow­nie i w prze­no­śni.

Mój tata za­wsze był moim bo­ha­te­rem. Od naj­młod­szych lat mia­łam w nim ko­goś wię­cej niż tyl­ko ojca – był moim przy­ja­cie­lem, do­rad­cą, osto­ją. Kie­dy coś się dzia­ło, naj­pierw dzwo­ni­łam do nie­go. Przez więk­szość ży­cia dużo pra­co­wał. Jako ce­nio­ny ad­wo­kat rzad­ko by­wał w domu, ale ni­g­dy nie czu­łam, że go bra­ku­je. Gdy już był, sta­wał się w stu pro­cen­tach obec­ny. Na szczę­ście od paru lat mógł wresz­cie ode­tchnąć i cie­szyć się eme­ry­tu­rą.

Moja mama na­to­miast za­wsze była siłą na­pę­do­wą ro­dzi­ny. Pro­wa­dzi­ła wła­sny biz­nes, któ­ry odzie­dzi­czy­ła po moim dziad­ku. Twar­do stą­pa­ła po zie­mi, a jed­no­cze­śnie mia­ła w so­bie to coś, co spra­wia­ło, że na­wet w naj­więk­szym ba­ła­ga­nie po­tra­fi­ła za­pa­rzyć her­ba­tę, usiąść i po­wie­dzieć: „Wszyst­ko się uło­ży”.

I za­wsze mia­ła ra­cję.

Moi dziad­ko­wie zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym kil­ka lat temu. Wra­ca­li wła­śnie z ko­la­cji u zna­jo­mych. Byli już nie­mal pod do­mem, kie­dy wje­chał w nich pi­ja­ny kie­row­ca. Nie mie­li żad­nych szans. To był cios, po któ­rym dłu­go nie mo­głam się po­zbie­rać.

Bab­cia była cu­dow­ną ko­bie­tą. Cie­płą, spo­koj­ną, za­wsze uśmiech­nię­tą. Przy niej czło­wiek od razu czuł się bez­piecz­ny. Za­dba­na i ele­ganc­ka, ni­g­dy nie far­bo­wa­ła wło­sów i no­si­ła swo­je siwe ko­smy­ki z dumą, co tyl­ko do­da­wa­ło jej uro­ku. Uwiel­bia­łam się do niej przy­tu­lać, bo za­wsze pach­nia­ła cia­stem. Jako mała dziew­czyn­ka z ra­do­ścią bie­głam po­pa­trzeć, jak go­tu­je. Była wte­dy w swo­im ży­wio­le.

Dzia­dek był jej zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem. Za­pa­mię­ta­łam go jako chłod­ne­go, sta­now­cze­go, nie­do­stęp­ne­go. Na­sza re­la­cja wła­ści­wie ni­g­dy nie ist­nia­ła. Jako dziec­ko ba­łam się go: jego gło­su, jego spoj­rze­nia, jego obec­no­ści. Za­wsze miał u boku po­staw­ne­go męż­czy­znę, któ­re­go na­zy­wał kie­row­cą, ale wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że to bar­dziej ochro­niarz niż szo­fer. Dzia­dek był kimś waż­nym, miał wpły­wy i zna­jo­mo­ści, ale o tym mó­wi­ło się tyl­ko szep­tem.

Bab­cia ła­go­dzi­ła jego chłód. Gdy jej za­bra­kło, na­gle wszyst­ko sta­ło się jesz­cze zim­niej­sze. Jak­by jej cie­pło chro­ni­ło całą ro­dzi­nę przed czymś, cze­go na­wet nie po­tra­fi­li­śmy na­zwać.

A ja za­wsze czu­łam, że nie je­ste­śmy zwy­czaj­ną ro­dzi­ną.

Dzia­dek ni­g­dy nie mó­wił wprost o tym, czym się zaj­mu­je, ale spo­sób, w jaki lu­dzie go trak­to­wa­li, po­zwa­lał wie­le zro­zu­mieć. Był kimś waż­nym. Wpły­wo­wym. I za­pew­ne nie­bez­piecz­nym dla tych, któ­rzy ośmie­li­li­by się pod­wa­żyć jego zda­nie lub de­cy­zję. Jako dziec­ko nie za­sta­na­wia­łam się nad tym głę­biej. Po pro­stu przyj­mo­wa­łam to jako część na­szej ro­dzin­nej co­dzien­no­ści. Dzia­dek wię­cej by­wał w pra­cy niż w domu, a gdy już się po­ja­wiał, dom na­tych­miast cichł.

Wi­dy­wa­łam go głów­nie na nie­dziel­nych obia­dach. Spo­tka­nia te były obo­wiąz­ko­we. Bez wzglę­du na po­go­dę, na­stro­je czy pla­ny każ­dy mu­siał się sta­wić przy sto­le punk­tu­al­nie. To mnie wte­dy dzi­wi­ło. A cza­sem wprost wku­rza­ło. Nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go moi ro­dzi­ce, do­ro­śli, nie­za­leż­ni lu­dzie, po­tra­fi­li pod­po­rząd­ko­wać całe ży­cie hu­mo­ro­wi i gra­fi­ko­wi mo­je­go dziad­ka. Dla­cze­go nikt nie był w sta­nie mu od­mó­wić. Dla­cze­go to za­wsze on miał de­cy­du­ją­cy głos w każ­dej roz­mo­wie, w każ­dej sy­tu­acji, w każ­dej spra­wie.

Wte­dy jesz­cze nie wie­dzia­łam, że nie­któ­re sło­wa po­tra­fią być nie­bez­piecz­niej­sze niż czy­ny, a mil­cze­nie może mieć swo­ją cenę.

Gdy po­zna­łam Mar­ce­la, dzia­dek nie był za­do­wo­lo­ny. Nie ukry­wał swo­jej nie­chę­ci i pró­bo­wał mnie od­wieść od tego związ­ku. Mó­wił krót­ko, kon­kret­nie, bez zbęd­nych emo­cji, jak to on, ale wy­raź­nie.

Nie chcia­łam słu­chać. By­łam mło­da, za­ko­cha­na po uszy, za­pa­trzo­na w Mar­ce­la jak w ob­ra­zek. Wy­da­wa­ło mi się wte­dy, że nikt mnie nie ro­zu­mie, a już na pew­no nie on – su­ro­wy, wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ny dzia­dek, któ­ry za­wsze wszyst­ko wie­dział naj­le­piej.

Dziś wiem, że się nie my­lił.

Dzia­dek, choć nie na­le­żał do naj­bar­dziej przy­ja­znych oso­bo­wo­ści, znał się na lu­dziach. Wi­dział rze­czy, któ­rych ja wte­dy nie chcia­łam albo nie umia­łam do­strzec. I chy­ba pró­bo­wał mnie chro­nić… na swój spo­sób.

Dom dziad­ków był ogrom­ny, bia­ły, z oka­za­ły­mi okna­mi, któ­re wpusz­cza­ły do środ­ka mo­rze świa­tła. W ogro­dzie ro­sły set­ki kwia­tów. Bab­cia je ko­cha­ła i zna­ła na­zwę każ­de­go z nich. La­tem ogród wy­glą­dał jak z baj­ki, pach­niał ró­ża­mi, la­wen­dą i czymś, co ko­ja­rzy­ło się z do­mem.

Dziad­ko­wie miesz­ka­li sami, tyl­ko z dwo­ma du­ży­mi psa­mi rasy hu­sky. Uwiel­bia­łam je. Gdy by­łam mała, ba­wi­łam się z nimi go­dzi­na­mi. Ich obec­ność ja­koś ła­go­dzi­ła chłód dziad­ka i po­tę­go­wa­ła cie­pło bab­ci.

Tam­to miej­sce za­wsze mia­ło w so­bie ma­gię, na­wet je­śli by­wa­ło trud­no.

Była póź­na je­sień, li­ście wi­ro­wa­ły po ścież­ce pro­wa­dzą­cej do bia­łe­go domu dziad­ków. Mia­łam wte­dy nie­ca­łe dzie­więt­na­ście lat i by­łam prze­ko­na­na, że wiem wszyst­ko o ży­ciu i mi­ło­ści. We­szłam do sa­lo­nu z lek­kim uśmie­chem, trzy­ma­jąc Mar­ce­la za rękę. To był pierw­szy chło­pak, któ­re­go mie­li po­znać. Bab­cia uśmiech­nę­ła się cie­pło, za­pra­sza­jąc nas do sto­łu. Dzia­dek sie­dział w swo­im fo­te­lu, z ga­ze­tą w dło­ni, ale wi­dzia­łam ką­tem oka, że nas ob­ser­wu­je. Nie mu­siał nic mó­wić, na­pię­cie czu­ło się w po­wie­trzu.

Gdy tyl­ko Mar­cel wy­szedł na pa­pie­ro­sa, dzia­dek odło­żył ga­ze­tę. Spoj­rzał na mnie tym swo­im chłod­nym, prze­ni­kli­wym wzro­kiem.

– Ten chło­pak nie jest dla cie­bie – po­wie­dział spo­koj­nie, ale ton jego gło­su był twar­dy jak stal.

Prych­nę­łam, z po­zo­ru pew­na sie­bie.

– A ty skąd mo­żesz to wie­dzieć? Na­wet go nie znasz.

– Wy­star­czy, że raz na nie­go po­pa­trzy­łem. Ma roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie, któ­re nie po­tra­fi dłu­go za­trzy­mać się na jed­nym punk­cie. Jego oczy mó­wią o wy­go­dzie, nie od­po­wie­dzial­no­ści. Bę­dzie cię tyl­ko cią­gnął w dół.

– Prze­sa­dzasz! – rzu­ci­łam ostro. – Może nie zo­stał praw­ni­kiem ani po­li­ty­kiem, ale jest do­brym czło­wie­kiem. Tyl­ko że ty oce­niasz lu­dzi po po­zo­rach.

Dzia­dek wstał po­wo­li z fo­te­la. Był wy­so­ki i po­staw­ny, i choć wiek zdą­żył już przy­pró­szyć mu wło­sy si­wi­zną, na­dal ema­no­wał siłą.

– Po­słu­chaj mnie do­brze – po­wie­dział, pod­cho­dząc bli­żej. – Ko­cha­nie nie wy­star­czy, żeby prze­trwać. Mi­łość nie za­ła­ta ci pu­ste­go port­fe­la. Nie na­uczy cię sza­cun­ku do sie­bie. Nie oca­li cię, gdy on za­cznie kła­mać.

– On mnie nie okła­mu­je! – krzyk­nę­łam.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dział. – Ale za­cznie. I wte­dy, kie­dy bę­dziesz sie­dzia­ła i za­sta­na­wia­ła się, co się sta­ło z two­im ży­ciem, przy­po­mnisz so­bie tę roz­mo­wę. I moje sło­wa.

Od­wró­ci­łam się na pię­cie i wy­szłam. Zła. Zra­nio­na. Upar­ta. Nie spoj­rza­łam za sie­bie. A szko­da. Dzia­dek stał przy oknie jesz­cze dłu­go po tym, jak znik­nę­li­śmy z pod­jaz­du.

Z per­spek­ty­wy cza­su mam świa­do­mość, że mu­siał go spraw­dzić i wie­dział o nim dużo wię­cej niż ja. Nie­ste­ty mi­łość po­tra­fi za­śle­pić czło­wie­ka.

Dziad­ko­wie czę­sto wy­jeż­dża­li. Kie­dyś my­śla­łam, że taki po pro­stu mają styl ży­cia – tro­chę luk­su­su, tro­chę od­po­czyn­ku. Z cza­sem zro­zu­mia­łam, że to coś wię­cej.

Gdy mama prze­ję­ła fir­mę dziad­ka, jej ży­cie za­czę­ło wy­glą­dać po­dob­nie. Cią­gle jeź­dzi­ła na róż­ne spo­tka­nia, kon­trak­ty i prze­tar­gi na ca­łym świe­cie. Tata to­wa­rzy­szył jej w nie­mal każ­dej po­dró­ży. Cza­sem wy­glą­da­ło to jak ro­man­tycz­ne wa­ka­cje, ale wie­dzia­łam, że to tyl­ko po­zo­ry. Obo­je byli zbyt sku­pie­ni na in­te­re­sach, by mieć czas na ro­man­tyzm.

Dłu­go nie wie­dzia­łam, na czym tak na­praw­dę po­le­ga­ła pra­ca mamy. Ofi­cjal­nie była pre­ze­ską du­żej fir­my, któ­ra spe­cja­li­zo­wa­ła się w mię­dzy­na­ro­do­wych prze­tar­gach. Ale od dziec­ka czu­łam, że za tą ele­ganc­ką fa­sa­dą kry­je się coś wię­cej. Mie­li lu­dzi od spraw spe­cjal­nych. Ciem­nych in­te­re­sów, o któ­rych się nie mó­wi­ło, ale o któ­rych wie­dzie­li ci, któ­rzy mie­li wie­dzieć.

I mam jesz­cze bra­ta, Da­nie­la. Jest pięć lat młod­szy ode mnie. Za­wsze o krok da­lej, za­wsze gdzieś obok, ale ni­g­dy bli­sko. Zim­ny, za­mknię­ty, trud­ny. Przy­po­mi­na dziad­ka nie tyl­ko z wy­glą­du, ale i z cha­rak­te­ru. Nie jest ty­pem, któ­ry dzwo­ni za­py­tać, jak się czu­ję. Ale gdy na­praw­dę go po­trze­bo­wa­łam, po pro­stu był. I to się li­czy­ło.

Moje przy­ja­ciół­ki ni­g­dy nie ukry­wa­ły, że Da­niel robi na nich ogrom­ne wra­że­nie. Jest przy­stoj­ny, za­wsze do­brze ubra­ny, z dy­stan­sem i ta­jem­ni­cą w oczach. Kla­ra wręcz się nad nim roz­pły­wa­ła. Ro­bi­ła ma­śla­ne oczy, kie­dy tyl­ko się po­ja­wiał, a on, choć uda­wał obo­jęt­ność, cza­sem rzu­cał jej to swo­je spe­cy­ficz­ne, mięk­kie spoj­rze­nie z iskrą w oku. Mię­dzy nimi był ten ro­dzaj ci­szy, któ­ry mówi wię­cej niż ty­siąc słów. Nie wiem, co ich po­wstrzy­my­wa­ło przed jej prze­ła­ma­niem. Duma? Strach? A może zwy­czaj­na nie­pew­ność?

Ro­dzi­ce po­sta­no­wi­li ku­pić dom w An­glii, żeby być bli­żej nas. Mie­li już dość ży­cia na wa­liz­kach i roz­łą­ki. Chcie­li spo­ko­ju, chcie­li czę­ściej wi­dy­wać wnu­ka, chcie­li po pro­stu być bli­sko. W prak­ty­ce jed­nak nie­ustan­nie po­dró­żo­wa­li mię­dzy na­szą oj­czy­zną a Wy­spa­mi.

Da­niel zo­stał w Pol­sce, ale co­raz czę­ściej przy­la­ty­wał cza­sem na week­end, cza­sem na kil­ka dni. Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem to nie Kla­ra była głów­nym po­wo­dem tych wzmo­żo­nych od­wie­dzin. Bar­dzo im ki­bi­co­wa­łam. Po tym wszyst­kim, co prze­szli­śmy jako ro­dzi­na, każ­dy za­słu­gi­wał na odro­bi­nę szczę­ścia.

Wie­le razy my­śla­łam nad po­wro­tem do Pol­ski. Tam były moje dzie­ciń­stwo, wspo­mnie­nia, miej­sca, do któ­rych tę­sk­ni­łam. Ale nie chcia­łam jesz­cze bar­dziej mie­szać w ży­ciu mo­je­go dziec­ka. Tu miał przy­ja­ciół, zna­jo­me miej­sca, swo­je ry­tu­ały. Czuł się szczę­śli­wy, a to było dla mnie naj­waż­niej­sze.

Ja też nie by­łam tu sama. Mia­łam dwie naj­lep­sze przy­ja­ciół­ki, Oli­vię i Kla­rę. Dwie zu­peł­nie róż­ne oso­bo­wo­ści, dwa ży­wio­ły, któ­re cza­sem się ście­ra­ły, ale za­wsze po­tra­fi­ły się do­ga­dać. Mieć ta­kie ko­bie­ty po swo­jej stro­nie to był skarb. Mo­głam na nie li­czyć o każ­dej po­rze dnia i nocy. Gdy­by trze­ba było, wsko­czy­ły­by za mną w ogień. Cza­sem my­śla­łam, że to one bar­dziej po­mo­gły mi prze­trwać roz­sta­nie z Mar­ce­lem niż cała moja ro­dzi­na ra­zem wzię­ta.

Po­zna­łam je nie­dłu­go po prze­pro­wadz­ce do An­glii. Przy­pa­dek? Może. A może to los po­sta­wił je na mo­jej dro­dze wła­śnie wte­dy, gdy naj­bar­dziej ich po­trze­bo­wa­łam?

Zo­sta­li­śmy z Mar­ce­lem za­pro­sze­ni na do­mów­kę do jego ko­le­gi z pra­cy. Nie mia­łam ocho­ty tam iść, ale da­łam się na­mó­wić. Na­wet nie przy­pusz­cza­łam, że ten wie­czór tak bar­dzo zmie­ni moje ży­cie. W grup­ce go­ści zna­la­zły się wła­śnie te dwie dziew­czy­ny – Kla­ra i Oli­via. Od razu zła­pa­ły­śmy kon­takt. Jak­by­śmy zna­ły się od za­wsze. Nikt nie mu­siał ni­cze­go tłu­ma­czyć, żad­nych sztucz­nych uśmie­chów, żad­nych ma­sek. Po pro­stu klik­nę­ło.

Od tam­te­go wie­czo­ru by­ły­śmy nie­roz­łącz­ne. Przy­jaź­ni­ły­śmy się la­ta­mi i zna­ły­śmy się jak łyse ko­nie. Prze­ży­ły­śmy ze sobą wszyst­ko: łzy, upad­ki, nie­prze­spa­ne noce, sza­lo­ne wy­jaz­dy, mę­skie dra­ma­ty i ko­bie­ce kry­zy­sy.

Każ­da z nas jest inna.

Oli­via to nasz głos roz­sąd­ku. Ma w so­bie ja­kąś ci­chą mą­drość i spo­kój, któ­rym po­tra­fi okieł­znać na­wet naj­więk­szą bu­rzę. Jej zło­te ser­ce i nie­sa­mo­wi­ta cier­pli­wość po­ma­ga­ją prze­trwać wszyst­ko, na­wet moje czar­ne dni.