Dobra Samarytanka - John Marrs - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dobra Samarytanka ebook i audiobook

John Marrs

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Ludzie dzwoniący pod numer Ostatniego Przystanku potrzebują nadziei. Potrzebują zapewnienia, że mają po co żyć. Ale niektórzy z nich trafiają do Laury. Laura nie chce, żeby mieli nadzieję. Chce, żeby umarli.
 
Laura Morris nie miała łatwego życia. Teraz znajduje się u progu czterdziestki, niespokojna i rozgniewana, a ukojenie przynoszą jej jedynie rozmowy z ludźmi, którzy mają gorzej niż ona. I dobrze wie, jak utrzymać ten stan…
Ale teraz ktoś ją przejrzał – Ryan, którego świat rozpadł się, gdy jego ciężarna żona odebrała sobie życie, trzymając się za ręce z nieznajomym mężczyzną. Kim był ten człowiek i dlaczego zdecydowali się umrzeć razem?
Ryan jest bliski odkrycia mrocznej prawdy, ale nie ma pojęcia, do jakich desperackich czynów gotowa jest posunąć się Laura...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 495

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 59 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin Władyniak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Good Samaritan

Copyright © 2017 by John Marrs

This edition is made possible under a license agreement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa

Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska

Marketing i promocja: Wiktoria Jadziewicz

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik

Zdjęcie na okładce: © LightFieldStudios |iStock

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-30-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

PROLOG

– Gdzie jesteś? – Mój głos był spokojny, a ton wyważony, gdy mówiłam łagodnie do słuchawki.

– Taksówka właśnie zatrzymała się na parkingu i próbuję się pozbyć wszystkich drobniaków.

– Po co? – spytałam.

– Bo ich nie potrzebuję.

– Rozumiem. – Przewróciłam oczami. Miałam wrażenie, że to strata czasu, i martwiło mnie, że to może być celowa taktyka, by opóźnić sprawę. Ale nie mogłam na niego naciskać. – Rób to, co uważasz, że jest dla ciebie najlepsze. I pamiętaj – ciągnęłam – jestem przy tobie na każdym etapie twojej podróży.

Słyszałam, jak mamrocze coś do kierowcy, po czym opuszcza taksówkę i zatrzaskuje za sobą drzwi. Założyłam, że pada lekki deszcz, ponieważ zanim taksówka odjechała, co kilka sekund rozlegał się szum gumowych wycieraczek skrzypiących po przedniej szybie samochodu.

– Jak sobie radzimy? – spytałam, celowo używając liczby mnogiej, by podkreślić, że jesteśmy w tym razem, nawet jeśli nie ramię w ramię, to z całą pewnością duchem. Nie ja wybrałam tę lokalizację i zastanawiałam się, czy w chwili, gdy dostrzeże tę ogromną przestrzeń, nie będzie chciał się wycofać. W takim przypadku będę musiała się z tym pogodzić. Odpowiednie przygotowanie go zajęło mi trochę czasu, a teraz, gdy już to osiągnęłam, chciałam, by doprowadził sprawę do końca. Zamierzałam przypomnieć mu, dlaczego tu był i jak daleko razem zaszliśmy.

– Nie martw się – powiedział, jakby czytał mi w myślach – nie zmienię zdania.

Odetchnęłam z ulgą.

– Mówię serio – kontynuował. – Mam dobre nastawienie i jestem gotowy. Teraz, gdy już tu dotarłem, gdy widzę, co mnie czeka, mam sto dziesięć procent pewności, że to właściwa decyzja.

Uwierzyłam mu. Nie sądzę, by kiedykolwiek mnie okłamał, ponieważ nigdy nie miał powodu. Wielokrotnie zapewniał mnie, że był ze mną bardziej szczery niż z kimkolwiek, i byłam dumna, gdy tego słuchałam.

– Widzisz ją już? – spytałam. – Jeździ czerwonym Vauxhallem Astrą. Numer rejestracyjny V987…

– …THG. Tak, właśnie mrugnęła do mnie światłami. Mam wrażenie, jakbyśmy grali w filmie szpiegowskim, a ty zaaranżowałaś tę scenę, bym przekazał jej tajne dokumenty. – Roześmiał się nerwowo, a ja udałam, że także się śmieję.

– Okej, pozwól, że do niej zadzwonię – powiedziałam. – Zostań tam, gdzie jesteś. Nie chcemy jej wystraszyć.

Kiedy do niej zadzwoniłam, mój numer automatycznie się ukrył. Odebrała po siedmiu sygnałach, stanowczo zbyt wielu jak na mój gust.

– Cześć – zaczęłam łagodnie. – Jak się mamy?

– Nie jestem pewna – odpowiedziała. W jej głosie nie było słychać takiej pewności jak w jego. Towarzyszyłam już wystarczająco wielu osobom w takiej sytuacji, by rozpoznać stan podwyższonego zdenerwowania. Musiałam działać ostrożnie.

– Dobrze cię słyszeć – zapewniłam ją kojącym głosem. – Jak ci minęła podróż? Znalazłaś bez problemu miejsce?

– Dotarłam tu godzinę temu, po drodze zatrzymałam się na filiżankę herbaty w przydrożnej kawiarni.

Kolejna lampka alarmowa. Miała czas na rozmyślania.

– Chciałabyś ze mną o czymś porozmawiać, zanim zaczniemy? – spytałam.

Zawahała się.

– Bardzo mi przykro, ale teraz, gdy już tu jestem, zaczynam myśleć, że może to nie jest najlepsza decyzja – odparła.

Zacisnęłam zęby. Nie zamierzałam pozwolić, by to się tak skończyło. Musiałam na nowo upewnić ją w tym, że to ma sens.

– Chodzi o dziecko, prawda? – spytałam łagodnie.

– Tak.

– Martwisz się, że twoja decyzja jest samolubna.

– Tak – potwierdziła ponownie, tym razem ledwie słyszalnym szeptem.

Odchyliłam się na oparcie fotela.

– Zupełnie mnie to nie dziwi, ale musisz zrozumieć, że to nie ty przemawiasz, tylko twoje hormony. Dają ci fałszywe poczucie tego, jak potoczy się twoje życie. Przez nie wydaje ci się, że z czasem wszystko się ułoży. Posłuchaj kogoś, kto doświadczył tego na własnej skórze. Kiedy to dziecko się urodzi, sprawy skomplikują się jeszcze bardziej. Zwiększą ci dawki leków, przez co twoje postrzeganie życia będzie jeszcze bardziej zniekształcone niż teraz. Nie będziesz w stanie odgrywać roli matki, a cała ta chemia, którą już teraz karmisz swoje ciało, będzie miała wpływ na twoje dziecko. Gdy dorośnie, stanie się takie samo jak ty, będzie doświadczać dokładnie tego samego bólu i problemów, z jakimi ty się borykasz. Historia się powtórzy. Chcesz być za to odpowiedzialna? Ja, w przeciwieństwie do ciebie, widzę wszystko wyraźnie i wiem, że właśnie tak się stanie. Twoje dziecko od samego początku nie będzie miało szans w tym świecie. I w głębi serca doskonale o tym wiesz, prawda?

– Masz rację – wyrwało jej się. Nie była w stanie powstrzymywać dłużej szlochu.

Odegrałam już rolę złego policjanta, teraz musiałam powrócić do roli dobrego.

– Wiesz, myślałam o tobie dzień i noc – ciągnęłam. – Wiem, jak daleko dotarłaś, odkąd znalazłaś mnie kilka tygodni temu. Twoja odwaga i siła napawają mnie dumą. Wiesz o tym, prawda?

– Tak – odpowiedziała.

Nie brzmiała na przekonaną, na co liczyłam. Najwyższy czas wytoczyć większe działa.

– Myślałam też o twojej rodzinie. Mają szczęście, że w ich życiu pojawił się ktoś taki jak ty, bezinteresowny i odważny. To rzadkie zalety i od razu wiedziałam, że trudno będzie im to zrozumieć, ale z czasem zdadzą sobie sprawę, że kochałaś ich tak bardzo, że postawiłaś ich potrzeby ponad swoimi. Przy wielu okazjach wspominałaś, że nigdy nie będziesz taką żoną, jakiej potrzebuje twój mąż. Ale to nie jest twoja wina, tylko jego, ponieważ postawił cię na piedestale. To on ci to zrobił. Przypomnij sobie, dlaczego w ogóle zaczęłaś mnie szukać. Wspólnie przeanalizowałyśmy każdą opcję, zanim podjęłaś decyzję, że to jedyna droga, jaka ma sens. Idziesz dalej i pozwalasz tym, których kochasz, zrobić to samo. Bardzo cię za to podziwiam.

Przez długi czas powtarzałam w kółko ten sam przekaz, tydzień po tygodniu, rozmowa po rozmowie, powoli wtłaczając w nią przekonanie, że to jedyny sposób. On natomiast wymagał mniejszego nakładu pracy. Dla niego wszystko było albo białe, albo czarne, nie istniały odcienie szarości. Kiedyś powiedział mi, że jestem dla niego jak lina, dzięki której zdołał się wydostać z ruchomych piasków, i tym samym postawiłam go na właściwej ścieżce.

– Masz rację. – Pociągnęła nosem. – Dziękuję.

– Dobrze. To teraz wydmuchaj nos, weź głęboki wdech i zrobimy to razem. Zacznijmy od tego, że otworzysz drzwi i ruszysz w jego kierunku. – Próbowałam sobie wyobrazić, że jestem tam z nimi. – A teraz opisz mi dokładnie, co widzisz przed sobą.

– Wydaje mi się, że on na mnie czeka – powiedziała. – Uśmiecha się. A za jego plecami słońce próbuje przebić się przez chmury. Jest zimno, ale nie mroźno.

Słyszałam chrzęst żwiru pod jej stopami, kropelki styczniowego deszczu uderzające o materiał jej płaszcza przeciwdeszczowego oraz skrzek mew. Niemal czułam słony zapach morza unoszący się wokół nich. Przełączyłam rozmowę na niego.

– Cześć – zaczęłam. – Idzie w twoim kierunku, ale jest trochę bardziej niespokojna niż ty. Zaopiekujesz się nią, prawda?

– Oczywiście – odparł z taką pewnością, jakiej jeszcze u niego nie słyszałam.

Gdy po raz pierwszy stanęli ze sobą twarzą w twarz, wyobraziłam sobie, że się do siebie uśmiechają. Przełączyłam rozmowę na tryb konferencyjny, żeby rozmawiać z nimi obojgiem jednocześnie, i usłyszałam stłumiony szelest materiału ocierającego się o materiał, jakby się przytulali. Powiedziałam jej, żeby ubrała się w obszerny płaszcz, który zakryje jej ciążowy brzuch. Ostatnie, czego było mi trzeba, to żeby stchórzył teraz, gdy byliśmy tak blisko.

Czułam, że skóra pali mnie pod bluzką, a adrenalina krąży po stu tysiącach kilometrów żył w moim ciele, wprowadzając mnie w stan bliski euforii.

Poczekaj na właściwy moment. Nie śpiesz się, bo jeszcze wiele rzeczy może pójść nie tak.

Wyobraziłam ich sobie stojących tam, dwoje nieznajomych, którzy nie potrzebowali słów, by się porozumieć. Łączył ich wspólny cel, a ja ich sparowałam. Dzięki mnie ich życia już na zawsze będą ze sobą połączone. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.

– Czy każde z was mnie słyszy? – zwróciłam się do nich.

– Tak – odpowiedzieli jednocześnie.

– Jeśli nie macie nic przeciwko, chciałabym zostać na linii z wami tak długo, jak to możliwe. Więc gdy będziecie gotowi, weźcie głęboki wdech, a potem złapcie się za ręce i zacznijcie iść. Nieważne, jak trudno się stanie, ani jak ciężkie wydadzą wam się nogi, podtrzymujcie się wzajemnie. Nie odwracajcie się i nie róbcie kroku wstecz. Przejdziemy przez to razem.

– Dziękuję – powiedział on. – Dziękuję, że mnie rozumiesz. Byłaś niesamowita.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparłam. W przeszłości, gdy osiągałam ten punkt, byłam dużo silniejsza. Ale on odgrywał zbyt dużą rolę w moim życiu, bym nie czuła się zraniona. Zacisnęłam dłonie w pięści, gdy nasza podróż zbliżyła się do końca. Teraz ich kolej na kontynuowanie tej historii.

Zacisnęłam mocno powieki. Wdychałam i wydychałam powietrze wspólnym rytmem z nimi, gdy coraz bardziej oddalali się od parkingu. Żwir zamienił się w trawę, a deszcz padał coraz mocniej. Ona zaczęła płakać, ale byłam przekonana, że to łzy szczęścia. Byłam pewna, że on ściska jej dłoń w swojej nieco mocniej, dodając jej siły, którą tak w nim podziwiałam.

A potem…

Nic.

Nic poza dźwiękiem ich ostatnich oddechów i wizgu nabrzeżnego wiatru w ich telefonach, gdy spadali sto pięćdziesiąt metrów w dół prosto do lodowatej wody. Gdy ich ciała zatonęły, a dusze poszybowały ku górze, zagryzłam dolną wargę tak mocno, że poczułam smak krwi. Skończyło się.

Dałam sobie kilka chwil, po czym niechętnie odłożyłam słuchawkę na widełki. Sięgnęłam do szuflady po chusteczkę, wydmuchałam nos, rozprostowałam palce u stóp i myślałam o mojej kotwicy, aż spokój znów przejął kontrolę nad moim ciałem.

Podniosłam głowę i rozejrzałam się po sali, by się upewnić, że nikt poza moim boksem mnie nie słyszał.

– Wszystko w porządku? – rozległ się z boku przesłodzony głos Mary, na dźwięk którego aż podskoczyłam. Wyszła z kuchni i podeszła do mojego biurka, wyczuwszy, że coś jest nie tak. Upływ lat nie był łaskawy dla jej twarzy.

– Tak – odparłam.

– Czy to był jeden z TYCH telefonów?

– Tak.

– Ale chyba nie zrobił tego w czasie rozmowy z tobą?

Skinęłam głową, a ona poklepała mnie po ramieniu. Poczułam mrowienie, jak zawsze, gdy ktoś dotykał mnie bez pytania. Takie gesty nigdy nie dodawały mi otuchy.

– Tak mi przykro – ciągnęła Mary. – Liczysz na to, że kiedy do nas dzwonią, wystarczy przyjazny głos i ktoś, kto ich wysłucha, by jeszcze na jakiś czas zawrócić ich ze ścieżki prowadzącej do zakończenia życia, prawda?

– Tak – skłamałam.

– I mimo że wiem, że nie powinniśmy ich od tego odwodzić, ani nawet wygłaszać swojej opinii, to trudne, kiedy po prostu chcesz, żeby ludzie dostrzegli, że warto żyć.

– Jeszcze jak – przyznałam. – Chciałabym, że wszyscy widzieli piękno świata naszymi oczami.

Było pracowite popołudnie i nie mieliśmy wystarczająco dużo wolontariuszy do obsługi telefonu zaufania, więc Mary wróciła do swojego biurka w rogu sali. Kiedy czerwone światełko na moim telefonie znów zaczęło migać, wskazując kolejne połączenie, odchrząknęłam i odebrałam po regulaminowych pięciu sygnałach.

– Dzień dobry – zaczęłam – dodzwoniłeś się do Ostatniego Przystanku, mówi Laura. Jak masz na imię?

CZĘŚĆ PIERWSZA

LAURA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cztery miesiące po Davidzie

Słyszałam ich stłumione głosy, gdy wchodziłam po schodach i kierowałam się do drzwi.

W sali telefonicznej Ostatniego Przystanku naliczyłam pięć osób, każda siedziała w osobnym boksie. Niektórzy wspierali się na łokciach, gdy słuchali swoich rozmówców przez zestawy słuchawkowe, inni zwyczajnie opierali się na fotelach, przyciskając słuchawkę telefoniczną do ucha. Ktoś bezmyślnie rysował trójkąty w kratkach krzyżówki w gazecie.

Przyszłam na swoją zmianę wcześniej i pomachałam radośnie do Kevina i Zoe, którzy byli pogrążeni w rozmowach telefonicznych. Wskazałam na pojemnik z ciastem, który trzymałam pod pachą, a potem w stronę kuchni. Mary, najstarsza z wolontariuszek, siedziała w narożnym boksie z przodu, a jej druty poruszały się z prędkością światła i niemal bezszelestnie, gdy rozmawiała przez zestaw słuchawkowy. Dziś kolor wełny był szary jak włosy na jej głowie.

Weszłam do mikroskopijnego pomieszczenia, które jakiś żartowniś określił mianem kuchenki, i włożyłam pojemnik z pozostałościami wczorajszej zapiekanki makaronowej do lodówki. Wywaliłam do kosza niezliczone plastikowe butelki z przeterminowanym mlekiem i zdjęłam pokrywkę z pojemnika na ciasto, by każdy mógł się poczęstować moimi świeżo polukrowanymi babeczkami. Było ich aż za dużo jak na popołudniową zmianę. Jeśli coś zostanie, posilą się nimi ci z wieczornego i nocnego dyżuru.

Uchyliłam przesuwne okno, by wpuścić do środka nieco świeżego, majowego powietrza, a tym samym pozbyć się zatęchłego smrodu drugiego piętra. Po powrocie do sali telefonicznej wyciągnęłam z torebki notatnik i ruszyłam w stronę mojego ulubionego boksu na samym tyle. Biurka nie były przypisane do osoby, więc mogliśmy wybierać. Panowała jednak niepisana zasada, że ci, którzy pracowali najdłużej, mogli siadać w boksie, w którym czuli się najwygodniej. Ja zdecydowałam się na najbardziej odosobnione miejsce obok zabitego deskami wiktoriańskiego kominka. Tam, za przepierzeniem, mój łagodny, kojący telefoniczny głos nie był słyszany w innych częściach sali. Nie żebyśmy kiedykolwiek przysłuchiwali się czyimś rozmowom, ale to normalne, że czasami zżera nas ciekawość.

Od czterech i pół roku wyglądałam przez to samo okno na dachy Northampton i zastanawiałam się, kim będzie pierwsza osoba, która dziś do mnie zadzwoni. Późniejsza, wieczorna zmiana, była zwykle bardziej interesująca. Po zapadnięciu zmroku co bardziej wrażliwi tracili swoje bariery. Noc jest ich wrogiem, ponieważ im mniej widocznych rozpraszaczy, tym więcej możliwości rozwodzenia się nad tym, jak beznadziejne stało się ich życie. To wtedy najczęściej sięgają po pomocną dłoń.

Powinniśmy traktować każdego dzwoniącego tak samo – z uprzejmością, szacunkiem i profesjonalizmem. Bycie wysłuchanym sprawia, że czują się dowartościowani, ale nierealne jest sądzić, że możesz każdemu pomóc albo nawet polubić ich wszystkich. Kiedy zaczynają opowiadać o swojej niedoli, do niektórych od razu można poczuć antypatię, a w innych dostrzec samego siebie. Niektórych masz ochotę chwycić za nadgarstki i z całych sił wbić paznokcie w ich skórę, aż poleci krew, by nimi wstrząsnąć i przywrócić rozsądek. Innym zaś oferujesz po prostu nieoceniające ramię do wypłakania się.

Natomiast fakt jest taki, że niemal każdy wolontariusz na tej sali ma ten sam cel: być kimś, na kogo dzwoniący może zrzucić swoje problemy.

No i jestem jeszcze ja. Ja mam własny ukryty cel.

– Przyniosłaś babeczki! – wykrzyknął entuzjastycznie Kevin. Odwijał papierową foremkę z wypieku, zbliżając się do mojego biurka.

– Przypomnij mi, żebym przyniosła ci koszulę z samochodu, zanim wyjdę – zwróciłam się do niego.

– Ciszej, bo zaczną o nas plotkować – powiedział i mrugnął do mnie.

Udałam, że śmieję się wraz z nim.

– Przyszyłam guziki do mankietów i wykrochmaliłam kołnierzyk.

– Co byśmy bez ciebie zrobili, Lauro?

– I nie zapomnij, że w weekend masz rocznicę ślubu, więc kup jakąś kartkę i kwiaty. Nie te tanie ze stacji benzynowej. Najlepiej zamów bukiet przez internet.

– Zrobi się. – Cmoknął mnie w policzek, a ja przewróciłam oczami z udawaną skromnością. – Jesteś jak nasza biurowa mama – dodał.

Lubiłam być uważana za matczyny typ. Oni widzieli we mnie pomocną, niekonfliktową i niezastąpioną osobę, co bardzo mi odpowiadało. Ponieważ kiedy nie jesteś traktowana jako zagrożenie, o wiele więcej uchodzi ci na sucho.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pierwsze pół godziny mojej czterogodzinnej zmiany było stosunkowo spokojne, przeglądałam więc na telefonie folder ze zdjęciami… tymi, których mój mąż Tony nie pozwolił mi rozstawić w domu.

Wyciągnęłam z torebki posrebrzane wieczne pióro i otworzyłam notatnik. Używałam go do notowania podstawowych informacji o każdym dzwoniącym, takich jak imię, podsumowanie jego problemów oraz kilka pytań, które mogę zadać w razie przerwy w rozmowie. Zawsze to dzwoniący prowadzi rozmowę, a przynajmniej ja tak kieruję moimi rozmówcami, by w to wierzyli.

Misja Ostatniego Przystanku jest prosta i klarowna i jest to jedna z wielu przyczyn, dla których zdecydowałam się poświęcić jej czas. Wierzymy w to, że każdy ma prawo do życia lub śmierci na własnych warunkach. Przy założeniu, że nie ma przymusu i że nie cierpi na tym ktoś jeszcze, uważamy, że każdy sam decyduje, czy chce zakończyć swoje życie, i nie próbujemy nikogo od tego odwodzić. Właściwie podczas szkolenia przekazano nam emocjonalne narzędzia, dzięki którym możemy być z nimi aż do ostatniego tchnienia, jeśli tego właśnie zażyczy sobie rozmówca.

Słuchamy, nie działamy.

Czerwone światełko na moim aparacie telefonicznym zamrugało niecierpliwie. Za każdym razem, gdy odbieram telefon, pamiętam słowa mojej mentorki Mary, które powiedziała mi w czasie wprowadzania mnie w rolę. „Możesz być ostatnim głosem, jaki ta osoba usłyszy w życiu. Spraw, by uwierzyła, że ci zależy”.

– Dzień dobry, dodzwoniłeś się do Ostatniego Przystanku, mówi Laura – zaczęłam tym samym przyjaznym głosem, którym wypowiadałam te słowa niezliczoną liczbę razy. – Jak masz na imię?

Powitała mnie cisza, ale to nic niezwykłego. Dzwoniący często zdobywają się na to, by wykonać połączenie, ale większość z nich nie planuje, co powie, kiedy telefon zostanie odebrany. To moja rola, by ich uspokoić i dodać im otuchy. Czasami już dźwięk mojego spokojnego głosu wystarczy, by załagodzić ich obawy. – Nie musisz się śpieszyć – zapewniłam osobę po drugiej stronie linii. – Mamy tyle czasu, ile potrzebujesz.

– Wszystko się porąbało – odezwała się w końcu. Jej głos był głęboki i zachrypnięty, wyczułam w nim lata palenia papierosów o wysokiej zawartości substancji smolistych.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zaproponowałam. – Jak mam się do ciebie zwracać?

Milczała na tyle długo, że mogłaby wymyślić sobie pseudonim.

– Carole – odpowiedziała. Przez zniszczone dymem struny głosowe nie byłam w stanie odgadnąć jej wieku.

– W porządku, Carole – ciągnęłam, zapisując jej imię w notatniku. – Powiedziałaś, że wszystko się porąbało. Który aspekt twojego życia sprawia ci trudność?

– Pieniądze i moje małżeństwo – wyjaśniła. – W marcu zostałam zwolniona z pracy i niczego nie mogę znaleźć. Zasiłek dla bezrobotnych ledwo starcza na jedzenie, mam czteromiesięczne zaległości w opłacie czynszu, a mój mąż cierpi na przewlekłą chorobę płuc, która powoli go zabija.

Miałam ochotę zapytać, w jakim stopniu jej nawyk palenia dwóch paczek dziennie pomaga jej mężowi na płuca, ale trzymałam się scenariusza. Nie chodzi o to, że jestem przeciwniczką palenia – jedną z wielu rzeczy, których nie wiedzą o mnie moi współpracownicy oraz członkowie rodziny, jest moje zamiłowanie do dymka w drodze z pracy do domu. Ale zawsze mam nad tym kontrolę.

Wypisałam w punktach wszystko, co mi powiedziała. Jednak najbardziej interesuje mnie to, jak blisko krawędzi popchnęły ją okoliczności. Dlaczego zadzwoniła dziś do nas i jak daleko jest w stanie się posunąć, by znaleźć rozwiązanie. Nie mogłam wejść z butami do jej głowy, potrzebowała zachęty.

– Mierzysz się w chwili obecnej z wieloma problemami, Carole – stwierdziłam. – To właśnie takie chwile są dla nas największym sprawdzianem, prawda?

– Tak, ale mam już dość tego testowania. Potrzebuję jakiegoś wyjścia.

Moje zainteresowanie wzrosło.

– W jakim sensie?

Usłyszałam trzask zębatki i skwierczenie płomienia, gdy odpalała papierosa.

– Czuję się jak ostatnia suka, że mówię to na głos… – Przerwała, by zaciągnąć się dymem.

– Jestem tu, żeby cię wysłuchać, nie oceniać.

– Chyba dotarłam do ściany. Nie dam rady tego dłużej dźwigać. – Głos Carole się załamał, po czym zaniosła się długim, suchym kaszlem.

– Zacznij od tego, żeby wyjaśnić mi, co miałaś na myśli, mówiąc, że potrzebujesz wyjścia.

– Spotykam się z innym facetem i chcę zostawić męża, ale nie wiem, jak to zrobić.

Przewróciłam oczami. Tylko tyle mogłam zrobić, żeby powstrzymać się od rozłączenia się z nią. Wolno nam kończyć rozmowy, podczas których dzwoniący jest obelżywy, dopuszcza się nadużyć seksualnych lub zachowuje się agresywnie. Niestety, fakt, że jest zdzirą, nie jest wystarczającą wymówką.

Carole nie chciała zakończyć swojego życia w dosłownym sensie. Chciała zacząć zupełnie nowe, bez bagażu poprzedniego. Przez moment wydawało mi się, że natknęłam się na garniec złota, ale odebranie przypadkowego telefonu od kogoś, kto poważnie rozważa zakończenie swojego życia, jest niczym znalezienie perły w ostrydze. Trafiają mi się takie cztery, może pięć rocznie – jeśli mam szczęście – jednak ten rok okazał się wyjątkowo obfity. Natomiast Carole nie jest tą osobą.

Zrobiłam to, czego mnie nauczono, pozwoliłam się jej wypłakać i wymarudzić, aż nie zostało już nic do zrzucenia z piersi. W końcu się rozłączyła – nie mówiąc nawet dziękuję, mogłabym dodać.

A potem czekałam cierpliwie na kolejny telefon, bo zawsze jest kolejny. W kraju zawsze znajdzie się ktoś, kto ma gorszy czas niż ty. Oczekiwanie, dreszcz podniecenia, gdy podnosisz słuchawkę, niepewność, w którą stronę potoczy się rozmowa – kolejny telefon jest tym wszystkim.

Żyję dla kolejnego telefonu.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Jestem! – krzyknęłam, gdy otworzyłam drzwi frontowe i wyciągnęłam klucz z zamka. – Czy ktoś mógłby mi pomóc z zakupami?

Nikt nie odpowiedział, ale to nie znaczyło, że dom był pusty. Wzmianka o zakupach nie była najlepszym sposobem na wyciągnięcie dwójki dzieci i męża z kryjówki, by mi pomogli, chyba że byłyby to torby z H&M, Zary lub sklepu sportowego.

Obróciłam trzy razy, zanim wszystkie torby zostały starannie ułożone wzdłuż lady kuchennej. Każda stała pod szafką lub szufladą, w której miała się znaleźć jej zawartość.

Bieber, paskudny szaro-biały sierściuch z grubym, miękkim futrem i sykiem godnym kobry, należał do mojej młodszej córki Alice. Leżał rozciągnięty pod drzwiami tarasowymi i wygrzewał się w promieniach słońca wpadających przez szybę. Podniósł głowę, by sprawdzić, kto mu przeszkadza w drzemce, i mruknął gardłowo, gdy mnie rozpoznał. Odwarknęłam mu. To ja go karmiłam i sprzątałam jego kuwetę, ale to było za mało, by zasłużyć na jego szacunek, i nadal mnie nienawidził.

Gdy upewniłam się, że jestem sama, włączyłam radio. DJ zapowiedział nieznaną mi piosenkę, przełączyłam więc na stację, która nadawała wyłącznie muzykę z lat osiemdziesiątych – z ery mojego dzieciństwa. Kilkoro dzwoniących do Ostatniego Przystanku powiedziało mi, że mój głos przypomina im nocnych prezenterów stacji komercyjnych, które grają wyłącznie ballady. Podobno był „kojący”.

George Michael przyznał się do całowania głupca, a potem Madonna zaczęła namawiać mnie do tańca. Przez większość czasu nie wsłuchuję się w treść piosenek. Odgłosy w tle są wystarczające, by powstrzymać mnie od wycieczek w mroczne zakamarki mojej głowy, do których zaglądanie nie przynosi nic dobrego.

Gdy puszki i paczki zostały już pochowane w szafkach – etykietami do przodu i ułożone kolorami od jasnego do ciemnego – wyciągnęłam opakowanie mrożonych piersi z kurczaka i przełożyłam je do wypchanej lodówki, by się rozmroziły na jutro. Rozpakowałam pudełko z ciastem biszkoptowym, zanurzyłam nóż w słoiku z dżemem i rozsmarowałam go po bokach, po czym oprószyłam górę cukrem pudrem, nieco więcej po lewej stronie niż po prawej, by wyglądało mniej perfekcyjnie. Wzięłam do ręki i obejrzałam parę dżinsów należącą do Zoe, jednej z moich młodszych koleżanek, która poprosiła mnie o wymianę zepsutego zamka.

– Żaden problem – powiedziałam jej. – Daj mi kilka dni.

W Ostatnim Przystanku byłam superbohaterką, oddaną mamą trójki dzieci, która świetnie radziła sobie z każdym zadaniem, od naprawy kieszeni w marynarce po wymianę tapicerki na krześle. Prawda jest taka, że nie miałam wielkiego pojęcia na temat pieczenia i szycia – ale od czego są supermarkety i zakłady krawieckie? Nikt, z kim pracowałam, nie musiał wiedzieć, że wypieki i drobne naprawy zlecam na zewnątrz.

Niespodziewanie ziewnęłam – zbliżała się dopiero szesnasta, ale miałam wrażenie, że było dużo później. Dzieci pewnie wyszły już ze szkoły, a Tony’emu zostało jeszcze kilka godzin pracy. Nalałam więc sobie duży kieliszek czerwonego wina, skoro nadarzyła mi się taka okazja, i zapadłam się w fotelu stojącym przy podwójnych drzwiach wychodzących na patio i ogród. Objęłam wzrokiem trawnik, rabaty z kolorowymi łubinami i piwoniami, drewniany płot i trawiaste boisko.

Kiedy dwa lata po ślubie na świecie pojawiło się nasze pierwsze dziecko, Tony często przypominał mi, że powinnam jak najczęściej znajdować czas dla siebie. Teraz, gdy były starsze, miałam zbyt dużo tego czasu, zwłaszcza po przeprowadzce, do której nas zmusił. Nasz poprzedni dom odpowiadał mi dużo bardziej, ale Tony uparł się, że skoro już wkroczyliśmy na rynek nieruchomości, musimy piąć się wyżej.

Zaciągnęłam się kwiatowym zapachem pochodzącym z jaśminowego odświeżacza powietrza i rozejrzałam po otwartej przestrzeni parteru. Wyburzyliśmy ściany działowe i z kuchni, salonu i jadalni zrobiliśmy dużą wspólną przestrzeń. Nadzorowałam prace związane z zagospodarowaniem ogrodu, przebudową wnętrz, tynkowaniem i urządzaniem, więc znałam każdy centymetr tego miejsca jak własną kieszeń. Wszystko było zgodne z tym, co wymyślił Tony. A mimo to czułam się tu obco.

– Pomieszkamy tu tylko przez kilka lat – wyjaśnił. – Po zakończeniu prac, gdy będziemy w stanie osiągnąć spory zysk ze sprzedaży, przeprowadzimy się.

Ale się nie przeprowadziliśmy. Minęły trzy lata, a ja wciąż siedzę w tym samym salonie.

Dokończyłam wino i uśmiechnęłam się złowieszczo, gdy nastąpiłam kotu na ogon, przez co prychnął i zwiał. Na górze drzwi do łazienki i do pokoi dzieci były zamknięte, więc je uchyliłam. Wiedziały, że w moim domu panuje zasada, że żadne drzwi nie mogą być zamknięte.

Najpierw zajrzałam do pokoju Alice. Na ścianach nadal królowała błyszcząca, różowa tapeta, a tu i ówdzie wisiały plakaty z popowymi gwiazdami i osobowościami telewizyjnymi, jak w każdym pokoju typowej dziewięciolatki. Ale szybko dorastała i zaczynałam już wyczuwać, że nasza nić porozumienia coraz bardziej się napręża, gdy córka się ode mnie oddala. Już niedługo jej myśli zostaną zanieczyszczone chłopcami, makijażami i ubraniami, które przylegają do ciała w niewłaściwych miejscach.

Pokój Effie wyraźnie wskazywał na różnicę wieku pomiędzy moimi córkami. Wokół lustra oraz na drzwiach znajdowały się kolaże zdjęć youtube’owych i instagramowych influencerów, o których nigdy nie słyszałam. Wydrukowała też fotografie swoich przyjaciółek, na których stoją razem zbite w grupkę, noszą mocny makijaż i tak mocno wciągają policzki, wydymając wargi, że bez dwóch zdań muszą się one stykać w jamie ustnej. Brzuchy też mają wciągnięte, żeby wyglądały na jeszcze szczuplejsze czternastolatki niż normalnie.

Effie była pewna siebie i zaczęła już zauważać, że przyciąga spojrzenia chłopców w swoim wieku, jak również starszych mężczyzn, którzy w ogóle nie powinni patrzeć na młode dziewczęta. Kiedyś to na mnie tak patrzyli. A teraz jakbym przestała istnieć. Nic nie mogłam poradzić na to, że trochę ją za to znienawidziłam. Była jak mała wampirzyca, która wyssała ze mnie piękno i energię i przywłaszczyła je sobie.

Miała też przede mną sekrety, więc musiałam dowiadywać się o prywatnym życiu mojej córki z innych źródeł. Usiadłam na jej łóżku, uruchomiłam swój telefon i włączyłam Facebooka. Nadal nie zmieniła loginu i hasła, więc sprawdziłam jej skrzynkę. Większość wiadomości pochodziła od jej przyjaciółek. Od czasu do czasu pojawiało się imię jakiegoś chłopca, ale treść konwersacji była nieszkodliwa, poza jedną.

Wyglądało na to, że podoba jej się chłopak o imieniu Matt, który został sfotografowany za kierownicą małego niebieskiego samochodu, któremu wyraźnie poświęcił dużo czasu i pieniędzy, by nadać mu bardziej sportowy wygląd. Na innym zdjęciu, które wysłał Effie, chłopak unosił T-shirt i pokazywał goły brzuch. Pamiętałam, kiedy brzuch Tony’ego był taki płaski i gładki jak jego. Patrzyłam na niego w kąpielówkach na płyciźnie szkolnego basenu i wyobrażałam sobie, jak by to było, móc musnąć palcami jego skórę. Jak aksamit. Kiedy przyłapał mnie na wgapianiu się w niego, uśmiechnął się, a ja spuściłam głowę, żeby ukryć rumieniec. Ale sposób, w jaki na mnie spojrzał… jak przechylił głowę, jak otworzył szerzej oczy, jak kąciki jego ust się uniosły, gdy się uśmiechnął… Wiedziałam, że jeśli wykażę się cierpliwością, podejdzie do mnie i w końcu będzie mój. Zawsze dostaję to, czego chcę.

Effie odwzajemniła się Mattowi zdjęciem, wysłała mu swoje w staniku wystającym spod podciągniętej bluzki. Zjeżyłam się.

Drzwi do trzeciego pokoju były jedynymi, które pozostawiłam zamknięte. Któregoś dnia być może tam wejdę, ale jeszcze nie teraz. Wciąż nie byłam gotowa.

Zmieniłam spódnicę i bluzkę na T-shirt i dżinsy. Kupiłam je niedawno i miałam kłopot z zapięciem guzika. Kiedy w końcu mi się to udało, popatrzyłam z niesmakiem na mój brzuch wylewający się ponad paskiem. Wyglądał jak gruby gołąb, pod którym ugina się gałąź drzewa. Joga trzy razy w tygodniu i dwa razy basen nie przysłużyły się mojej figurze tak, jak obiecywały to plakaty na ścianach klubu sportowego. Zastanawiałam się, czy jakakolwiek część mojego ciała jeszcze pociąga Tony’ego. Jeśli taka była, nigdy nie pomyślał, by o tym wspomnieć.

Z odbicia w lustrze spojrzała na mnie przedwcześnie postarzała kobieta. Ciemne odrosty przebijały się przez pasemka, a kiedyś wydatne kości policzkowe jakby się zapadły, przez co utworzyły się koleiny zmarszczek. Jasnobrązowe oczy z młodzieńczym blaskiem w ogóle nie pasowały do tej twarzy.

Miałam nadzieję, że stres spowodowany rakiem jajnika i chemioterapią poczynił szkody tylko w miejscach niedostępnych ludzkim oczom, ale sama się oszukiwałam. W środku już byłam martwa, a z zewnątrz się rozpadałam. Nawet teraz, ponad rok później, skutki tego były widoczne na mojej twarzy. Nie minie dużo czasu, zanim będę musiała poprosić jedną z tych plastikowych mam, które spotykam pod szkołą, o numer do ich zaprzyjaźnionej kliniki, gdzie serwują koktajl z botoksu i innych wypełniaczy. Wstrzyknięcia plus licówki na zęby oraz soczewki kontaktowe na moją krótkowzroczność sprawią, że niewiele zostanie z oryginalnej mnie. Może Tony będzie mnie taką wolał.

Wytrząsnęłam na dłoń trzecią i czwartą tabletkę z buteleczki po aspirynie, którą trzymam w łazienkowej szafce, i połknęłam je bez popijania. Tony nie ma pojęcia, co tak naprawdę znajduje się w tej buteleczce – tabletki na odchudzanie niedopuszczone do sprzedaży w Wielkiej Brytanii przez Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych. Zamówiłam je przez internet z apteki w Europie Wschodniej. Uporały się z moim tłuszczem i pomogły mi szybko schudnąć, ale skutkiem ubocznym były obezwładniające skurcze żołądka i oleista biegunka. Niewielka cena za to, że Tony być może spojrzy na mnie jeszcze tak, jak wtedy na basenie.

W chwili, gdy zeszłam na dół, roznosiciel gazet dostarczył właśnie dzisiejszy dziennik przez wrzutnię na listy. Przejrzałam go pobieżnie, ominęłam wiadomości i sekcję ogłoszeń, aż dotarłam do stron, które mnie interesowały.

Włoski na moim przedramieniu stanęły na baczność, kiedy po raz pierwszy spojrzałam na twarz Chantelle. Wyglądała prawie tak, jak ją sobie wyobrażałam: zwyczajna, wychudzona, z ostrymi rysami i włosami związanymi z tyłu głowy frotką. Wydarłam stronę z gazety, zapamiętałam datę i adres, po czym schowałam kartkę w torebce. A potem czekałam cierpliwie z kolejnym kieliszkiem wina, aż minie czas potrzebny do tego, by rozmowa z trójką osób, których praktycznie nie znałam, będzie mogła powrócić.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Cztery miesiące i dwa tygodnie po Davidzie

Wyjęłam z torebki czytnik Kindle i położyłam go przed sobą na biurku w moim boksie.

Przejrzałam półkę, by wybrać jeden z dziesiątek e-booków, które ściągnęłam, ale jeszcze nie zdążyłam przeczytać. Co do zasady powieści mnie nudziły. Skupienie, potrzebne do tego, by spamiętać, co się już przeczytało i kto jest kim, gdy czyta się stronę za stroną, jest męczące. Zdecydowanie wolę ściągać sobie programy telewizyjne i oglądać je na komórce. Ale Janine, szefowej naszego działu, nie podoba się, gdy to robimy, co jest jedną z wielu jej bolączek, o których nie omieszkała nas poinformować, odkąd siedem miesięcy temu objęła to stanowisko.

Ledwie zdążyłam przebrnąć przez prolog thrillera psychologicznego, gdy nadeszło moje pierwsze połączenie tego wieczoru. Odchrząknęłam i weszłam w rolę niczym aktor przygotowujący się do wejścia na scenę.

Pierwsze słowa, które usłyszy nasz rozmówca, mają ogromne znaczenie. Można wiele wygrać, ale też wiele stracić. Gdy wydasz się im zbyt entuzjastyczny, pomyślą, że jesteś zbytnim optymistą, by ich zrozumieć. Jeśli zabrzmisz zbyt rzeczowo, uznają cię za despotę, który będzie próbował narzucać im swoją wolę. Ja staram się zachowywać równowagę.

W słuchawce odezwała się jakaś nastolatka. Dowiedziała się, że jest w ciąży, i nie miała pojęcia, jak powiedzieć o tym rodzicom. Słuchałam wyrozumiale, zadawałam otwarte pytania w odpowiednich momentach, a w myślach zastanawiałam się, jak ja bym zareagowała, gdyby Effie wpadła w podobne tarapaty. Naciskałabym na aborcję, ale ona pewnie urodziłaby dziecko, na przekór. Dziewczyna w słuchawce trochę się popłakała. Udawałam troskę i na koniec moja rozmówczyni postanowiła, że zacznie od tego, że o swojej sytuacji poinformuje ciocię, z którą ma bliski kontakt.

Następnie musiałam się uporać z onanistą. Raz w tygodniu, zazwyczaj w czwartki, zwykł dzwonić do nas i głośno się zaspokajać. Nie obchodziło go, czy po drugiej stronie znajdzie się mężczyzna, czy kobieta, ponieważ w chwili, gdy do nas dzwonił, był już bliski spełnienia. Mieliśmy wytyczne, by się rozłączać, gdy tylko zorientujemy się, co się dzieje, ale dziś postanowiłam zachować się wspaniałomyślnie, więc powiedziałam mu, jak bardzo mnie to podnieca, i pozwoliłam mu dokończyć, po czym życzyłam mu udanego wieczoru.

Następnie telefon zadzwonił jeszcze dwa razy, ale rozmówcy – bądź rozmówca – od razu się rozłączyli. Zbliżał się koniec mojej zmiany, a przede mną były wyczerpujące zajęcia z gorącej jogi. Kiedy telefon zadzwonił ponownie, rozważałam zignorowanie go, ponieważ nie chciałam się spóźnić, ale w końcu odebrałam.

– Jeszcze nigdy nie dzwoniłem w takie miejsce. Nie wiem, od czego zacząć – odezwał się męski głos.

– Może zacznijmy od imienia. Jak mam się do ciebie zwracać?

– Steven – powiedział, zbyt szybko, by miał to być pseudonim. Zanotowałam to sobie.

Określiłam go jako mężczyznę około dwudziestoletniego, mówił cicho i miał lokalny akcent. Nie starał się ukryć swojego zdenerwowania.

– Miło mi cię słyszeć, Steven. Czy mogę zapytać, co skłoniło cię do skontaktowania się z nami?

– Nie jestem pewien. Ja… czuję się, jakbym nie miał… nikogo. Nie sądzę, bym chciał być… tutaj… dłużej.

Samodzielnie odhaczył pierwszy punkt, co ułatwiło mi zadanie.

– Cóż, w takim razie świetnie, że zadzwoniłeś – powiedziałam. Dałam swojemu instynktowi zwyczajowe pięć minut, by stwierdzić, czy jest szczery, czy tylko szuka uwagi. – Opowiedz mi o ludziach, których kochasz i na których ci zależy. Kto z twojego otoczenia zalicza się do tej kategorii?

Zastanawiał się przez chwilę.

– Tak naprawdę to nikt – odpowiedział i wypuścił długi oddech. Wypowiedzenie tych słów na głos okazało się dla niego punktem zwrotnym. – Nie mam absolutnie nikogo.

– A czy jest ktoś, kogo mógłbyś nazwać swoim przyjacielem?

– Nie.

To był punkt numer dwa.

– Rozumiem, że musi być ci trudno całkiem samemu na świecie.

– Jest chujowo.

– Masz pracę? Czy masz jakieś możliwości zbudowania relacji z którymś z współpracowników?

– Nie za bardzo. Czasami mijają dni, a do mnie dociera, że praktycznie przez cały tydzień nie przeprowadziłem z nikim normalnej rozmowy.

Punkt numer trzy odhaczony – im mniej ludzi w jego zawodowym i prywatnym życiu, tym lepiej. Ucieszyłam się, że jednak odebrałam ten telefon.

– Tydzień to długo, by nie porozmawiać z drugim człowiekiem – odparłam, by podkreślić beznadzieję jego sytuacji i zatrzymać go w tym miejscu. – Byłeś u lekarza, żeby powiedzieć, jak się czujesz?

– Tak, przepisał mi antydepresanty.

– I jak na ciebie działają?

– Biorę je od czterech miesięcy i w dalszym ciągu nie widzę sensu we wstawaniu rano z łóżka. Czasami mi się wydaje, że lepiej byłoby pieprznąć tym wszystkim i… no wiesz…

– Czasami czy często?

– Często – wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam. Zupełnie jakby wstydził się swoich samobójczych myśli.

Odhaczenie punktu czwartego zwykle zajmowało dużo więcej czasu, ale on mi bardzo ułatwiał. Chyba widzę tu miejsce dla siebie, pomyślałam.

Rozejrzałam się po sali. Zoe grała w grę na telefonie, jednocześnie rozmawiając przez zestaw słuchawkowy. Sanjay podrygiwał nogą, słuchając swojego rozmówcy. A Mary popijała ze swojego termosu coś, co śmierdziało jak toksyczna zupa. Nikt nie poświęcał mi ani grama uwagi.

Wyłowiłam z torebki drugi notes, ten, którego używałam wyłącznie przy rozmówcach, którym mogłam pomóc w mój unikalny sposób. Zapisywałam w nim wszystko, co mi mówili. Później przywoływałam to w kolejnych rozmowach, by wiedzieli, że ich uważnie słuchałam i rozumiałam. Zapisałam imię Stevena na nowej stronie i podkreśliłam je.

– Nie ma się czego wstydzić, Steven – zapewniłam go. – Każdy z nas choć raz w życiu miał myśli o zakończeniu swojego życia. Czy próbowałeś kiedyś to zrobić?

– Nie. Ale raz zaplanowałem.

– Zaplanowałeś? – Uważnie odwzorowywałam jego język, by dać mu poczucie, że słucham i traktuję jego wyznanie z powagą. – Mogę zapytać, co masz na myśli?

– Wydrukowałem dane bankowe i zostawiłem je w kopertach na moim biurku razem z hasłami do kont i aktem prawnym mieszkania, żeby policja mogła je łatwo znaleźć. Rozrysowałem sobie trasę do mostu na odludziu, przerzuconego nad torami, blisko wioski Kelney. Wiesz, gdzie to jest?

– Tak, znam to miejsce.

– Jest tam taka szczelina w miejscu, gdzie bariery zardzewiały, przez którą można się przecisnąć, by dostać się nad tory. Zszedłem do połowy nasypu i czekałem w nieskończoność na pociąg. Zamierzałem wskoczyć pod lokomotywę i byłoby po wszystkim. Ale tak długo nic nie nadjeżdżało, że w końcu się rozmyśliłem.

– Rozumiem. Czy kiedy czekałeś na pociąg, zastanawiałeś się, jakie to uczucie umierać?

– Nic bym nie czuł, bo po śmierci niczego nie ma.

– Czy to przyniosłoby ci ukojenie?

– Życie mi tego nie dało, więc to moja jedyna nadzieja.

Wszystkie pytania, które mu zadałam, on zadał już sobie wcześniej. Nie podjął decyzji pochopnie.

Coraz bardziej irytowali mnie niezdecydowani ludzie. Było wielu rozmówców, którzy beztrosko rzucali groźbami odebrania sobie życia na prawo i lewo, a kiedy przychodziło co do czego, nie mieli jaj, by coś z tym zrobić.

Musiałam więc przycisnąć Stevena, a potem mu odpuścić, żeby sprawdzić, jak poważnie podchodzi do tej sprawy. Psychologowie nazywają tę technikę huśtawką emocjonalną lub metodą strach-ulga. Zniżyłam głos, przyłożyłam usta do słuchawki i zaczęłam wielokrotnie przećwiczony monolog z precyzyjnie dobranymi słowami.

– Być może, w głębi serca, wcale nie myślisz poważnie o zakończeniu swojego życia – powiedziałam. – Może to tylko wołanie o pomoc? Odbieram wiele telefonów od ludzi, którzy mówią mi, że chcą umrzeć, ale kiedy przychodzi co do czego, okazuje się, że tak naprawdę tylko się nad sobą użalają. Czy ty jesteś jedną z tych osób, Steven? Utknąłeś w cyklu samoużalania? Czy tak się w nim pogrążyłeś, że nie dociera do ciebie, że nic się nie zmieni, dopóki nie znajdziesz w sobie odwagi, żeby coś z tym zrobić? Bo jeśli się za to nie weźmiesz, to przez resztę życia, czterdzieści, może pięćdziesiąt lat, ten ból, który czujesz teraz, ból tak silny, że skłonił cię, by do mnie zadzwonić, będzie tylko narastał. To, co czujesz w tej chwili… tak właśnie będzie wyglądała twoja przyszłość. Jesteś w stanie tak żyć, Steven? Bo ja bym nie potrafiła.

Używam tych słów tylko wtedy, gdy mam kontakt z potencjalnym kandydatem, i często moja bezpośredniość zaskakuje ich całkowicie. Dzwonią, spodziewając się, że będę dla nich pełna współczucia i być może uspokoję ich, że wszystko będzie dobrze. Ale ja nie jestem taką osobą. Z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze wszystko kończy się dobrze. Często sytuacja staje się znacznie gorsza, niż jest teraz. A czasem robi się po prostu nie do zniesienia. Ale ja mogę to zatrzymać. Wystarczy, że mi zaufają.

– J-ja… ja… naprawdę nie chcę marnować twojego czasu – wyjąkał Steven, zbity z tropu. – Długo nad tym myślałem i tego właśnie chcę, ale jeśli nie dam rady, uznasz mnie za tchórza, co?

– Nie, Steven, nie jesteś tchórzem. Zadzwoniłeś do mnie dzisiaj i to czyni cię odważnym. Może wybrałeś zły dzień, gdy czekałeś na pociąg. To się zdarza wielu ludziom. Pamiętaj tylko, że jesteśmy tu dla ciebie, niezależnie czego od nas potrzebujesz.

– W sensie… że mnie wysłuchacie?

Badał grunt. Pozwoliłam mu powąchać przynętę, po czym zabrałam mu ją sprzed nosa.

– Jeśli tylko tego ode mnie oczekujesz, to tak.

– Co jeśli… A co, gdybym potrzebował… Gdybym zdecydował… – Jego głos stawał się coraz cichszy, aż w końcu zamilkł.

Steven potrzebował kogoś, kto mu powie, że śmierć była właściwym wyborem. Ale ja najpierw musiałam się upewnić, czego naprawdę ode mnie chce. Nie powinnam kończyć zdania, nawet jeśli wiem, co rozmówca chce powiedzieć, ale dla potencjalnych kandydatów robię wyjątki.

– Czy zadzwoniłeś do mnie, żeby mi powiedzieć, że postanowiłeś zakończyć swoje życie i chcesz mojego wparcia w tym procesie?

– T-tak… chyba tak.

Kiedy kandydat zaczyna myśleć, że mnie rozgryzł, zaskakuję go, przybierając ponownie ton, którym odebrałam jego telefon. Nikomu nie ufam, dopóki nie przekonam się, jak naprawdę zdesperowany jest człowiek po drugiej stronie.

– Ostatni Przystanek to bezstronne, nieoceniające miejsce – zaczynam. – Jesteśmy tu, by cię wysłuchać. Nie będziemy cię odwodzić od zrobienia czegoś, co postanowiłeś, możemy jedynie poprosić, byś najpierw z nami porozmawiał i przeanalizował swoje opcje, zanim zdecydujesz się zrobić taki ogromny krok. Rozumiesz to?

– Tak – odpowiedział Steven. Zapadła pomiędzy nami niezręczna cisza. – Ale…

– Ale? – powtórzyłam za nim.

– Ale gdybym chciał, no wiesz, to pociągnąć, czy byłabyś…?

– Czy byłabym co, Steven? Czego byś ode mnie oczekiwał?

Znów zamilkł i wyczułam, że jego niepokój wzrasta.

– Przepraszam, muszę kończyć – rzucił, po czym na linii zapadła cisza.

Postukałam palcami w biurko i obejrzałam swoje paznokcie. Na palcu wskazującym miałam niewielki odprysk burgundowego lakieru. Będę musiała się umówić na poprawkę.

Nie martwiłam się o to, czy Steven oddzwoni. Oczywiście, że to zrobi, a kiedy znów zacznie szukać mojej pomocy, będzie musiał się postarać. Nie da się tak po prostu zadzwonić do Ostatniego Przystanku i poprosić o rozmowę ze mną, ponieważ nie mamy bezpośrednich numerów. Jest nas dziewięćdziesięcioro czworo, każdy wolontariusz pracuje na innej zmianie i to, do kogo się trafi, jest zupełnym przypadkiem.

Pamiętam, jak David dzwonił, dopóki się do mnie nie dopchał. Kiedy nawiązaliśmy więź, podałam mu swój grafik, żebyśmy mogli rozmawiać bardziej regularnie. Kontaktowaliśmy się trzy lub cztery razy w tygodniu i rozmawialiśmy nie tylko na temat naszych ustaleń. Czasami omawialiśmy wydarzenia na świecie, mijający dzień albo dyskutowaliśmy, jakie kraje chcielibyśmy zwiedzić.

Gdy mówił, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że siedzimy naprzeciwko siebie przy stoliku w jakiejś zagranicznej kawiarni. Że spędziliśmy dzień na zwiedzaniu, a wieczór upływa nam na korzystaniu z łagodnej, śródziemnomorskiej pogody i posilaniu się w lokalnym bistrze. Na kolację jemy rybę, popijamy ją chianti i gawędzimy jak starzy przyjaciele. A potem wracałam do rzeczywistości i zdawałam sobie sprawę, że nic takiego nie miało szansy się zdarzyć.

Po tych wszystkich miesiącach nadal tęskniłam za jego głosem. Zastanawiałam się, czy to uczucie kiedykolwiek przeminie. David rozumiał mnie tak samo dobrze jak ja jego, ale moja obecność w jego życiu nie wystarczyła, by zachęcić go do pozostania. Nie byłam dość dobra, by wybrał życie.

Zaczyna mnie ściskać w żołądku.

Pamiętaj o swojej kotwicy, Lauro. Pamiętaj o swojej kotwicy.

Rozważałam, co możemy osiągnąć ze Stevenem. Porobił plany, uporządkował sprawy i wybrał miejsce, a nawet w nim był. Potrzebna byłam tylko ja. Miałam co do niego dobre przeczucie.

Chciałam usłyszeć, jak umiera.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Sprawdziłam ponownie godzinę na ogłoszeniu, które wydarłam z lokalnej gazety, a następnie zerknęłam na zegarek. Było już dziesięć minut po czasie. Nienawidziłam opóźnień.

Mój niespokojny wzrok zmierzył grupkę młodych kobiet, które także czekały na otwarcie drzwi. Wygładziłam zagniecenia na marynarce, by lepiej się prezentować. Niepotrzebnie się starałam – było jasne, że z nas wszystkich tylko ja włożyłam w swój wygląd jakikolwiek wysiłek. A ponieważ nie byłam w bluzie i butach do biegania, pasowałam tam jak wół do karety.

Obejrzałam się na swoje Mini i w oddali dostrzegłam znajomą postać. Siedział na plastikowej ławce pod wiatą przystankową, a obok niego stała butelka wody.

– Nate… – odezwałam się, gdy do niego podeszłam. Stary plecak Tony’ego, który mu dałam, był już tak brudny, że trudno było się domyślić, że kiedyś był w jasnoniebieskim kolorze. Tytoń, alkohol, mocz i brud z miejsc, które wybierał na nocleg, wymieszały się razem w odpychający odór. Ale nie skomentowałam tego, tylko mocno go uścisnęłam. Czułam się, jakbym obejmowała worek kości.

– Cześć, Lauro… – wymamrotał i uśmiechnął się blado. – Co tu robisz?

Zwykle potrzebował kilku minut, żeby rozpoznać mnie poprzez alkoholowe zamroczenie, ale tego ranka był przytomny i stosunkowo trzeźwy. Pomiędzy mną i Nate’em był tylko rok różnicy, ale z każdym kolejnym spotkaniem nasza różnica wieku zdawała się powiększać. Jego cienkie, przetłuszczone włosy sięgały kołnierzyka, a na czubkach butów miał dziury, przez które widać było skarpety. Jego niespełna trzycentymetrowa broda posiwiała, a oczy pociemniały i zamiast ciepłego brązu miały teraz kolor węgla. Pozostało w nim niewiele życia.

– Jak się masz? – spytałam.

– Nieźle – odpowiedział, po czym zaniósł się ciężkim, suchym kaszlem.

– Nie wygląda to „nieźle”. Dalej masz tę infekcję w płucach?

– Tak.

– Proponowałam ci, że zawiozę cię do przychodni, żeby zbadał cię lekarz. Nadal możemy jechać, nawet dziś po południu.

– Nie, nie, jest dobrze – sprzeciwił się.

– Potrzebujesz pieniędzy?

– Ha! Zawsze potrzebuję pieniędzy, Lauro, ale ty już dość dla mnie zrobiłaś.

Sięgnęłam do torebki i wyjęłam wszystko, co miałam, dziesięciofuntowy banknot. Wstyd mi było, że tak niewiele mogę mu dać.

– Weź to, proszę. Kup sobie jakiś lunch.

– Wiesz, na co to wydam. – Patrzył mi w oczy, a ja przeniosłam wzrok na butelkę cydru, stojącą na ławce. Jego uzależnienie było jedyną rzeczą, na którą mogłam przymknąć oko. Ponieważ pojawiło się nie bez powodu. Pojawiło się, ponieważ mnie ocalił.

– Obiecaj, że przynajmniej kupisz sobie kanapkę.

– Okej.

– Obiecaj – powtórzyłam.

– Obiecuję.

Kiedy się uśmiechnął, zauważyłam, że stracił kolejny ząb na dole. Wypadały jak kręgle uderzone bilą. Widok Nate’a żywego i w takim stanie łamał mi serce, ale ponieważ w przeszłości odrzucił moje propozycje pomocy, niewiele mogłam zrobić, poza przyglądaniem się, jak powoli się rozpada. Miałam nadzieję, że dałam mu przynajmniej poczucie, że ktoś na tym świecie o niego dba.

Za naszymi plecami w niebo wzbił się tuman białoszarego dymu papierosowego. Wróciłam do zgromadzonego tłumku, gdy uczestnicy poprzedniej imprezy wylewali się przez podwójne drzwi.

Trzymałam się z tyłu. Nie chciałam być za blisko, by nikt nie zainteresował się, kim jestem, ale też niezbyt daleko, żeby nie ominęło mnie to, co będzie o niej mówione. Miejsce pośrodku krematorium było w sam raz.

W chwili, gdy czterech pracowników zakładu pogrzebowego w czarnych garniturach wnosiło surową sosnową trumnę ze zwłokami Chantelle i stawiało ją na katafalk, lecąca w głośnikach piosenka Adele dotarła właśnie do drugiego refrenu. Trumna była udekorowana kwiatami, głównie sztucznymi, oraz jednym z tych paskudnych wieńców z napisem „MAMUSIA” ułożonym z żółtych goździków, który leżał na wieku.

Na pogrzeb przyszło około trzydziestu żałobników, a większość z nich była w wieku Chantelle: samotne matki tuż po dwudziestce, noszące tanią, udającą złotą, biżuterię oraz z tatuażami na dłoniach. Gdyby ktokolwiek potrzebował dowodu, że dobrze zrobiłam, pomagając jej, znajdował się właśnie tutaj, w zmęczonych oczach ludzi przeoranych codziennością.

Rzuciłam okiem na czarno-białą kserokopię programu uroczystości pogrzebowej z fotografią Chantelle na okładce. Była na niej w ogródku piwnym i trzymała w ręce kufel, będąc już w wyraźnej ciąży. Pokręciłam głową. Już nawet będąc w macicy, jej dzieci nie miały szans.

Bez wątpienia to były one. Siedziały na samym przodzie z zapłakaną starszą kobietą. Odwróciła głowę i otarła policzki z łez wymieszanych z tuszem do rzęs, którego nałożyła zdecydowanie za dużo i teraz rozmazywał się po jej twarzy niczym plamy oleju. Dzieci były za młode, żeby tu być – oboje nie mieli jeszcze czterech lat, pamiętałam, jak Chantelle mi o tym mówiła. Patrząc na ich babkę, uznałam, że lepiej będzie, jeśli trafią pod opiekę lokalnych władz. Postanowiłam zasugerować opiece społecznej, że w jej mieszkaniu odbywa się handel narkotykami. Nie miałam pojęcia, czy to prawda, ale istniała szansa, że podczas przeszukania policja natknie się na coś, co będzie można wykorzystać przeciwko niej. Wyświadczę tym dzieciom przysługę. Nadzór sądowy nie jest niczym przyjemnym, ale mnie jakoś nie wykończył.

Pastor rozpoczął obrządek, a mnie się przypomniało, że kiedy Chantelle zaczęła dzwonić do Ostatniego Przystanku, rozmawiałyśmy o tym, że zamierza rzucić kokę dla dobra swojego nieszczęsnego potomstwa. Dopiero z moją pomocą zaczęło do niej stopniowo docierać, że życie w trzeźwości nie jest gwarantem „żyli długo i szczęśliwie” dla rodzin takich jak jej. W ciągu kilku tygodni pomogłam jej wrócić do prochów.

– Jak się czujesz, wiedząc, że twoje dzieci nie są w stanie dać ci takiego kopa jak narkotyki? – spytałam ją kiedyś, gdy nasze regularne pogawędki trwały już od kilku tygodni. Wyczułam w jej tonie, że tamtego dnia znajdowała się w wyjątkowo mrocznym miejscu.

– Jak gówniana matka – odparła bez emocji w głosie.

– Jestem pewna, że twoje dzieci tak tego nie widzą… Kochają cię taką, jaka jesteś. Nie są świadome tego, jakie życie im zafundowałaś. Nie znają innego niż ten bajzel, w którym tkwią na co dzień.

– Co masz na myśli, mówiąc „bajzel”?

– Że ich matka jest uzależniona od narkotyków lub ich pochodnych. Że nie ma dość pieniędzy, by zapewnić im pożywne jedzenie. Że kiedy pójdą do szkoły, zorientują się, że wszyscy ich koledzy z klasy mają rzeczy, na które ty nigdy nie będziesz mogła sobie pozwolić. I wiem, że jesteś typem osoby, która będzie się z tego powodu czuła okropnie, prawda?

– Oczywiście.

– Myślisz, że kiedy dorosną, to cię znienawidzą?

– Tak, ciągle o tym myślę.

– Martwisz się, że pójdą w twoje ślady i skończą uzależnione jak ty i ich ojciec? To może być dziedziczne, nie?

– Nie pozwolę im utonąć w prochach.

– Założę się, że twoja mama mówiła to samo o tobie, ale nie da się mówić ludziom, co mają robić, nie sądzisz? Nic dziwnego, że czujesz, że je zawiodłaś jako mama. Czym jeszcze się martwisz?

– Że będą mną rozczarowane.

– Bardzo łatwo wpaść w złe nawyki, gdy jest się uzależnionym, szczególnie jeśli nie znajduje się powodu do wytrwania w trzeźwości.

– Myślałam, że mam powód… moje dzieci… ale nie jestem dość silna.

– I jak już mi kiedyś powiedziałaś, masz świadomość, że one prawdopodobnie już są rozczarowane życiem, jakie im zapewniłaś. A trzymanie się z dala od heroiny nie jest łatwe, prawda? Zwłaszcza gdy nie masz niczego poza tym. Musisz mieć poczucie, że życie nigdy nie będzie lepsze niż teraz.

– Co mam zrobić, żeby było im lepiej? – wyszlochała.

To było pytanie, na które czekałam. I wiedziałam, że kiedy namówię ją do powrotu do narkotyków, podejmie taką samą decyzję, jaką ja podjęłam dla niej. Wszystkim będzie lepiej bez Chantelle.

Kiedy nadszedł dzień zero, kupiła taką ilość heroiny od swojego przemocowego byłego chłopaka, dilera, by wystarczyła do zrobienia tego, co konieczne. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w dźwięk jej bosych stóp kroczących po gołej podłodze, ponieważ nie stać jej było na wykładzinę; słyszałam, jak zaciąga zasłony, jak cicho zamyka drzwi do sypialni i rozciąga ciało na łóżku. Dobiegł mnie dźwięk zapalanej zapalniczki i wyobraziłam sobie, jak podgrzewa metalową łyżeczkę. Widziałam oczyma wyobraźni tłok strzykawki, unoszący się w górę i nabierający brunatny płyn, oraz Chantelle, oklepującą ręce i nogi, by znaleźć odpowiednią żyłę, która nie poddała się jeszcze pod ciężarem jej słabej woli.

– Kiedy moje dzieci będą starsze, odnajdź je i powiedz im, że zrobiłam to dlatego, że je kochałam, dobrze? – poprosiła.

– Oczywiście, zrobię to – skłamałam. – A ty ciągle sobie przypominaj, że przeanalizowałaś wszystkie opcje, ale tylko ta ma sens. Idziesz naprzód i pozwalasz wszystkim, którzy cię kochają, zrobić to samo. Bardzo cię za to podziwiam.

Po chwili igła wniknęła pod jej skórę, a ja wsłuchiwałam się w pełną rozkoszy satysfakcję, aż do jej ostatniego oddechu. Ten jeden dźwięk znaczył dla mnie więcej niż jakikolwiek inny… ten jeden bezcenny moment, kiedy ktoś wydaje ostatnie tchnienie, a potem odpływa. Cierpiący ludzie, tacy jak Chantelle, oddają się w moje ręce, ponieważ rozumiem ich lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Wiem więcej na temat tego, co potrzebują, niż ich bracia, siostry, rodzice, współmałżonkowie, najlepsi przyjaciele czy dzieci. Rozumiem ich, ponieważ wiem, co jest dla nich najlepsze. Jeśli obdarzą mnie zaufaniem, odwdzięczę im się, idąc za nimi choćby na koniec świata. Uśmierzę ich ból. Zakończę wszystko, co złe w ich życiu. Ocalę ich przed nimi samymi. Tym właśnie jestem: wyzwolicielką straconych dusz.

Dwadzieścia dwa dni po uratowaniu Chantelle wreszcie znalazłyśmy się obie w tym samym pomieszczeniu. Purpurowe zasłony połknęły jej trumnę i zniknęła nam z oczu. Gdy jej przyjaciele wychodzili na zewnątrz, wzięłam program uroczystości Chantelle i schowałam go do czarnej torebki, którą noszę ze sobą na wszystkie pogrzeby.

Trzymam w niej wszystkie pozostałe programy. Chantelle jest piętnasty z kolei. Robi się z tego całkiem pokaźna kolekcja.