Do kości - Filip Laskowski - ebook

Do kości ebook

Filip Laskowski

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Justyna, dwudziestopięciolatka z bagażem doświadczeń, z pasjami takimi jak siłownia i podróże, wykonuje marną pracę i – jak się zdaje – nie ma zupełnie perspektyw. Kobieta jest jednak twarda, bardzo mocno stąpa po ziemi. Wie, czego chce, potrafi być bezwzględna, uważa, że absolutnie nic nie może jej złamać. W pewnym momencie na swojej drodze spotyka Borysa, mężczyznę, który reprezentuje przeciwieństwo wszystkiego, w co zawsze wierzyła. Życie z Borysem będzie dla Justyny prawdziwą próbą wiary w siebie i własne możliwości.  W tle opowieści toczy się historia mieszkańców bloku, który zostanie zdmuchnięty w wybuchu gazu, co będzie stanowiło punkt zwrotny w życiu Justyny.

„Do kości” to powieść kryminalno-obyczajowa, świetnie ukazująca relacje między ludźmi, którzy do siebie nie pasują.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 564

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Text copyright © 2026 by Filip Laskowski

All rights reserved.

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Ewa Salwin

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Karolina Kaiser

Opracowanie wersji elektronicznej:

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora.

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:

Wydawnictwo Czarna Dama

www.czarnadama.com

[email protected]

ISBN EPUB 978-83-68593-48-8

ISBN MOBI 978-83-68593-49-5

Rozdział I

– Jeszcze pogadamy.

Siłownia1 (skrócić)

, scenicznym szeptem

Noc z piątku na sobotę była do całkowitego zapomnienia. We wrześniu skończyły się letnie powroty do domu – o czwartej nad ranem, boso, ze szpilkami w dłoni i kebabem, z którego uporczywie cieknący sos trzeba było zlizywać z nadgarstka. Nadeszły zimne wilgotne noce, zniknęła radość z przebywania wśród ludzi.

Piątkowe wypady z dziewczynami zaczęły nużyć Justynę.

Z początku nic nie zapowiadało, że wieczór skończy się tak marnie. Przed piętnastą, gdy wszyscy w biurze już odliczali minuty do końca pracy, Justyna dostała SMS z banku i aż pokręciła głową z niedowierzania – Patryk wysłał jej dwadzieścia złotych, a w tytule przelewu wpisał: Plz wróć do mnie. Miesiąc wcześniej, tuż po zerwaniu, zablokowała go wszędzie. Całkowicie zerwała kontakt, a jego rzeczy spakowała do reklamówki i wyrzuciła do osiedlowego śmietnika. Zostawiła sobie tylko szarą bluzę z kapturem, bo sama lubiła w niej chodzić. Żeby bluza przestała nim pachnieć, Justyna przezornie wrzuciła ją do pralki z podwójną dawką proszku i ustawiła pranie w czterdziestu stopniach. Na wyświetlaczu telefonu wciąż miała ich wspólne zdjęcie – taką wyznaczyła sobie karę. Każdego dnia patrzyła na twarz Patryka, żeby udowodnić sobie, że już nic do niego nie czuje.

Pokazała wiadomość Magdzie.

– Zrobiłaś mi dzień! Weź mi to prześlij! Pokażę staremu.

– Nie. Ale masz u mnie piwo. Patryk stawia.

Marzena chodziła po sali sprzedaży i każdemu przypominała, że wieczorem mają spotkanie integracyjne. Zatrzymała się przy biurku Justyny.

– Wieczorem mamy spotkanie.

– Już słyszałam. Dziś o osiemnastej.

– Dokładnie.

Justyna nie odrywała wzroku od ekranu komputera. Równo o piętnastej strzeliła palcami po klawiaturze, ekran pociemniał, komputer wydał siebie jęk zawodu i ucichł. Justyna złapała swoją torbę, rzuciła: „Cześć wszystkim” i ruszyła do wejścia.

– Gdzie tak się spieszysz?

Zatrzymała się w pozycji jak do fitnesowej fotki: z lekko skręconym tułowiem, wypiętą piersią i napiętymi pośladkami.

– Siłka!

– Masz ty zdrowie! – wtrąciła Marzena. – Pamiętasz, że wieczorem…

– Już mi to mówiłaś ze sto razy!

Parę minut po piętnastej Justyna zaparkowała samochód przed budynkiem, gdzie na parterze, na dwustu metrach kwadratowych mieściła się siłownia o swojskiej nazwie Iron Gym.

W recepcji podała kartę do zeskanowania – miała miesięczny karnet – i poszła do damskiej szatni. Na sali było niewiele osób, w większości faceci przerzucający żelastwo w części siłowej, kilka nieznajomych dziewczyn w strefie fitness i dwie na bieżniach. Justyna, przechodząc przez salę, rzuciła cicho „cześć”, ale nikt jej nie odpowiedział.

Szatnie – męska i damska – były po drugiej stronie, obok siebie, z wiecznie uchylonymi drzwiami, na wprost atlasów i ławeczek do wyciskania.

W szatni damskiej były wysokie szafki na ubrania i kilka ustawionych na środku ławek, dalej były kolejne drzwi prowadzące do części prysznicowej. Spod natrysku wyszła Paulina, zupełnie naga, przywitały się chłodno, a gdy odchodziła, Justyna z zazdrością popatrzyła na jej tyłek. Do takich pośladków potrzeba lat ćwiczeń i dobrej genetyki, pomyślała. Znały się od szkoły średniej, nie lubiły od zawsze – miały zbyt podobne charaktery, kilka razy się ścięły i odtąd chodziły różnymi ścieżkami. Paulina miała swój krąg znajomych, Justyna tworzyła własne, od lat coraz mniejsze.

Dla Justyny nagość nigdy nie stanowiła problemu, co więcej, była zadowolona ze swojego ciała i lubiła je pokazywać. Przy Paulinie miała jednak opory, z nią nie mog­ła się równać, więc odczekała, aż tamta się przebierze i wyjdzie.

Spojrzała w lustro i pomyślała, że sama nie ma się czego wstydzić: ładna, smukła, z ciemnymi włosami i przecinkiem na prawej brwi, z kłującymi w oczy jasnymi śladami żyletki na przedramionach i udach. Skrzywiła się, odruchowo potarła lewą rękę, od łokcia po nadgarstek ze zgrubiałymi sznytami – zrobiła je solidnie, raz przy razie, cienkie białe linie jak osobliwe kody kreskowe na resztę życia. Bielały na słońcu, ciemniały na mrozie, zawsze przykuwały wzrok i wzbudzały pytania, na które Justyna nigdy nie chciała odpowiadać. Najtrudniej było latem – kiedyś ratowała się długimi rękawami, potem przyzwyczaiła się już do zaciekawionych spojrzeń, na natrętne pytania potrafiła odpowiedzieć: „Chuj cię to obchodzi!”. Miała też blizny na udach, ale tych nie było widać nawet w krótkich sukienkach. Patryk nienawidził jej sznytów, zanim kopnęła go w dupę, zamęczał Justynę pytaniami: „Jak można tak zepsuć własne ciało?”. Odpowiadała w myślach: ludzie robią gorsze rzeczy.

Miała jeszcze tatuaże: kilka słów zapisanych odręcznym pismem na przedramionach, różę wiatrów między piersiami, niedokończony armband na lewej ręce, linię życia na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka, kilka przecinających się linii na udach i plecach – te widoczne dla wszystkich. Miała też takie, które widzieli tylko niektórzy: maleńki napis między palcem środkowym i serdecznym prawej dłoni, kilka mrówek skrytych we włoskach łona i stolik ogrodowy wytatuowany na biodrze (na szczęście latem ledwie widoczny spod bikini).

Na szatnię weszły dwie dziewczyny, obie speszone, owinięte szczelnie w ręczniki. Justyna pomyślała, że nie będzie świecić cyckami, bo mogłoby to jeszcze bardziej je zawstydzić – dlatego wyjątkowo przebrała się pod prysznicem. Anita napisała, że zwolnił się termin na depilację bikini – Justyna odchyliła brzeg majtek i pomyślała, że pomysł jest do rozważenia.

Z butelką wody w dłoni, dwoma ręcznikami (do ćwiczeń i do wycierania ciała) pod pachą i słuchawkami na uszach wyszła na salę. Miała na sobie legginsy i krótki top – kilku facetów od razu zawiesiło na niej wzrok, czuła ich palące spojrzenia na tyłku, ale na razie nie zamierzała nic z tym robić. Musiała przerwać rozgrzewkę, żeby odczytać wiadomość od Blanki: Typ nie istnieje. Odpisała: Wierzę w ciebie. Blanka była jak pies gończy, perfekcyjnie szła za tropem, potrafiła wystalkować każdego faceta, wyniuchać każdą tajemnicę. Tylko z Borysem od dwóch dni nie mogła sobie poradzić.

Na początek Justyna lekko dogrzała mięśnie szczeniaczkami, przeszła na stanowisko do podciągania i popatrzyła z dołu na znienawidzony drążek.

– Ja pierdolę – westchnęła, zrobiła kilka wdechów, luźnymi dłońmi uderzyła o uda, złapała podchwytem za drążek, lekko odbiła się z palców i spróbowała podciąg­nąć. Bardzo się pilnowała, żeby utrzymać dobrą sylwetkę z napiętym brzuchem i pośladkami, mimo tego ciało opornie szło w górę, miała już drążek na wysokości oczu, kiedy piekielny ból w łokciach i ramionach ją zatrzymał – odpuściła. Ze złością przeszła na inne stanowisko.

Godzinę później ostatni raz wypchnęła biodrami sztangę – robiła hip thrusty – i ciężko usiadła na macie treningowej. Przez chwilę światło pstrzyło jej się w oczach, miała powidoki cięte pulsującą czerwienią, krew tętniła w skroniach. Drżały jej łydki, na brzuchu czerwieniał ślad od grotu sztangi, trzęsły jej się dłonie, a w ustach rozlewał się dobrze znany metaliczny smak. Niemal czuła, jak wymęczone mięśnie strzykają kwasem mlekowym. Z trudem przełknęła ślinę, pchnęła dłonią sztangę, która przeturlała się ponad jej udami i zatrzymała kilka centymetrów za stopami. Wytrząsnęła z butelki ostatnie krople wody na język, zamlaskała i spróbowała wstać – wstała, zatoczyła się i ponownie musiała usiąść. Z głębi sali odezwał się Irek:

– Dobra robota, dziewczyno!

Podszedł i z dłońmi opartymi na udach pochylił się nad Justyną.

– To co? – zapytał. – Jeszcze piętnaście minut na bieżni i mamy wolne?

– Spierdalaj…

Zaśmiali się jednocześnie. Justyna lubiła Irka, był dob­rym instruktorem, pomocnym i nigdy nie próbował jej podrywać – za co była mu wdzięczna. Wyciągnął rękę i pomógł jej wstać, potem kolejno przyłożył dłoń do jej brzucha, uda i pośladka.

– Naprawdę, to było dobre – mruknął z uznaniem. – Styrałaś się na amen. Dziś piątek, trzeci raz w tym tygodniu robisz trening siłowy. Co ci odbiło?

– Nieważne.

Irek uśmiechał się tak beztrosko, że zapragnęła z nim się pokłócić. Daj mi powód, poprosiła w myślach. Była zawiedziona, gdy tylko skinął głową i odszedł. Na bieżni ustawiła sobie łagodny skos i prędkość osiem kilometrów na godzinę – biegła wystarczająco szybko, żeby utrwalić progres i nie zniszczyć mięśni, ale nie na tyle wolno, żeby znów myśleć o Borysie. W wysiłku potrafiła wyrzucić go ze swojej głowy, nie pamiętać, nie sprawdzać tych nieszczęsnych SMS-ów w poszukiwaniu nowej wiadomości.

Na tysięcznym metrze dostała głosówkę od Blanki: Laska, typa nie ma, wymyśliłaś go sobie. Żadnych zdjęć, profili, jakby wcale nie miał śladu węglowego. Nothing. Okrągłe zero. Znalazłam kolesia o takim nazwisku, ze stolicy, bez zdjęcia, dyrektoruje w mazowieckim, jakieś betony sprzedaje, masakra. The guy doesn’t exist. Blanka pracowała jako nauczycielka w prywatnym konwersatorium i miała dziwną manierę wtrącania obcych zwrotów. A gdy była zdenerwowana, zupełnie przechodziła na angielski, w dodatku mocno slangowy – wtedy prawie nikt nie potrafił jej zrozumieć. Justyna zwiększyła prędkość, dobiła jeszcze pięć kilometrów i zeszła z bieżni. Odpisała: Szukaj, Blanka, szukaj! Dobra Blanka! Uśmiechnęła się, gdy dostała odpowiedź: Szmata! I kolejną: Na stronie firmy jest kontakt do niego.

W następnej wiadomości Blanka podała numer telefonu, Justyna odpowiedziała: To on. Po kilku minutach Blanka napisała: Koniec na dziś. Widzimy się wieczorem? Justyna mimowolnie się skrzywiła. Nie mogę. Mam integrację w biurze – odpisała. W odpowiedzi dostała wiadomość: Przejebane. Blanka dobrze wiedziała, jak Justyna lubi biurowe spędy, organizowane raz na kwartał i nic niewnoszące do relacji w biurze.

W zaparowanej łazience było sześć kabin prysznicowych z półprzezroczystymi zasłonami. Było duszno od pary – dziewczyny lubiły gorącą wodę. Justynę denerwowały torby ustawione w przejściu między kabinami. Wstydliwe kobiety wysuwały tylko dłonie za zasłonę i wyjmowały z nich ubrania.

Wychłostała się gorącą wodą. Na szatnię wróciła w ręczniku – znów zapomniała majtek na zmianę. Minęła się z Kingą i inną Justyną – obie już w legginsach, z butelkami wody niegazowanej i ręcznikami wychodziły na salę. Poczuła drżenie podłogi pod stopami, dreszcz przeszedł wzdłuż jej ciała, poczuła to nawet w piersiach – w sali obok zaczęły się zajęcia zumby.

Justyna zeskanowała kartę w recepcji i wyszła na parking. Czuła, że wraca do niej życie, krew pulsuje w żyłach, stopy same niosły ją do samochodu. Zawsze tak miała po treningu siłowym – potworne zmęczenie ustępowało radosnej euforii. Przegazowała silnik w aucie, ruszyła ze zrywem, niewielki parking był zupełnie pusty, więc zawróciła na ręcznym – szarpnęło, koła zapiszczały na betonie, a Justyna krzyknęła z radością:

– Kurwa mać!

W następnej chwili zgrzytnęła zębami – do jej głowy znów zakradł się Borys.

W mieszkaniu zrobiła sobie koktajl owocowy, do którego oprócz bananów, mandarynek i kiwi dodała łyżeczkę kreatyny – żeby nie zmarnować godzinnej katorgi na siłowni. Magda zapytała: Widzimy się? Justyna potwierdziła i zaczęła rozglądać się za sukienką na wieczorne wyjście. Uznała, że najlepsza będzie czarna mini sięgająca ledwie za tyłek, do tego ciemne rajstopy i szpilki – za oknem było już zimno, ale zbytnio się tym nie przejmowała.

Przyszła jako pierwsza, kwadrans przed osiemnastą, bo nie lubiła się spóźniać. Przy każdym kroku czuła ukłucia bólu w pośladkach, co mimo wszystko ją cieszyło – dzisiejszy trening zrobiła na sto procent. Przed wejściem do Loftu, obok popielniczki, stał wysoki promiennik ciep­ła, w jego szklanej kolumnie drżał miodowy płomień, oświet­lając stłoczonych przy nim młodych mężczyzn z papierosami. Byli bez kurtek, w koszulach z podwiniętymi rękawami i ponaglali się wzajemnie, żeby szybko kończyć palić i wracać do środka. Wyminęła ich i pchnęła szklane drzwi do Loftu. Pomyślała, że gdy wrócą z papierosa, to obejrzy ich sobie dokładnie, może nawet porówna z Borysem.

Raz na trzy miesiące zganiano całe biuro na spotkanie firmowe – Marzena uważała, że takie małe integracje dobrze wpływają na atmosferę. Osobiście rezerwowała stolik, zawsze w Lofcie, zawsze pod oknem, zawsze w piątek na godzinę osiemnastą. Potem wysyłała mail do wszystkich z datą i godziną spotkania oraz dopiskiem „obecność obowiązkowa”. Tylko dyrektor nigdy nie przychodził – miał ciekawsze rzeczy do zrobienia.

Loft był najmodniejszą knajpą w mieście, miał swój klimat i przyzwoite ceny. Urządzony w stylu industrialnym, z punktowym oświetleniem, nagimi ścianami z betonu i ciężkimi stołami, był ulubionym miejscem spotkań korporacyjnych. Justyna lubiła to miejsce, bo lubiła ostre wyraźne kształty – wszelkie miękkie linie i obłe powierzchnie nie pasowały do jej zadziornego charakteru. W biurze miała tylko jedną koleżankę, Magdę, była pewna, że pozostałe dziewczyny obgadują ją za plecami. Mogła jeszcze liczyć na Piotrusia, który był miły, delikatny i obły, ale tylko z charakteru, bo tak naprawdę był chudy i kościsty. Nawet nie było sensu porównywać go do Borysa.

W Lofcie przygotowano dla nich dwa zestawione stoły, z każdej strony otoczone skórzanymi sofami. Justyna zamówiła piwo przy barze i zajęła miejsce pod oknem, skąd miała widok na całą salę. Młoda kelnerka zabrała tabliczkę z napisem „rezerwacja”. Mężczyźni wrócili z papierosa, w jasnym świetle Loftu przyjrzała im się uważnie i pomyślała: nic ciekawego. Nawet nie ma sensu porównywać do mojego Borysa.

Justyna pochyliła się nad telefonem. Odruchowo sprawdziła wiadomości od Borysa – żadnych nowych. Wkurzało ją, że w każdej wolnej chwili jej myśli podążają ku temu mężczyźnie, z którym była na dwóch randkach i raz piła kolorową wódkę w parku. Było to sprzeczne z jej charakterem i zastanawiała się, co się zmieniło w jej podejściu do mężczyzn.

Tuż przed osiemnastą przyszła Magda i narobiła zamieszania: w drzwiach potrąciła wychodzącego mężczyz­nę, radośnie krzyknęła: „Przepraszam”, przy barze, gdy szukała karty, wysypała połowę zawartości torebki na podłogę. Justyna nie mogła się zdecydować, czy zachowanie Magdy ją rozśmiesza, czy jednak bardziej irytuje.

Magda uwielbiała zwiewne sukienki, wszelkie korale i muszelki, które wraz z polnymi kamyczkami nosiła w torebce. Miała słabość do kolorowych szali, płaszczy z naturalnej wełny i makramę powieszoną na ścianie obok biurka. Zawsze słodko pachniała lawendą i dymem z kadzidełek, które – opowiadała – zapalała w każdym pokoju mieszkania. Jej twarz, urocza, delikatna i przyprawiająca mężczyzn o szybsze bicie serca, była zawsze uśmiechnięta.

W biurze uważane były za przyjaciółki, więcej, Justyna sama tak myślała i dlatego złościła ją nieporadność Magdy. Były w podobnym wieku, z tym że Magda miała już męża i własne mieszkanie w bloku. W oczach Justyny większość dziewczyn z pracy była nijaka, miały obłe, miękkie kształty i charaktery podatne na manipulację kierowniczki, która celowo zatrudniała osoby nigdy głoś­no niezgłaszające sprzeciwu. Magda była odrobinę inna, potrafiła być uszczypliwa i lubiła małe złośliwości, chociaż nigdy otwarcie nie krytykowała Marzeny. Justyna odwrotnie: chociaż dusiła w sobie emocje, żeby dopasować się do pozostałych dziewczyn, to jednak potrafiła się odszczeknąć, a w rozmowach tylko czasem gryzła się w język – w efekcie wszystkie dziewczyny zastanawiały się, dlaczego Marzena jeszcze jej nie zwolniła.

Justyna była sztywna, trochę kanciasta, zwykle poważna. Na jej twarzy rzadko gościł uśmiech, co mocno zrażało innych ludzi. Patryk często prosił: „Weź się uśmiechnij”, a Justyna przekornie zaciskała usta i warczała: „Przecież się uśmiecham!”. Magda była radosna i wiecznie zadowolona z życia. Miała miękkie wnętrza dłoni, a od paznokci po wiecznie roześmiane oczy cała była obsypana piegami. Na jej nadgarstkach połyskiwały okręgi srebrnych bransoletek, dzwoniących przy każdym ruchu, zwracających uwagę na kobietę w sumie przeciętną, ale zadbaną. Magda miała pieniądze i umiała je dobrze wydawać. Jej miły uśmiech i roziskrzone oczy, skryte za szkłami okularów w drucianych oprawkach, topiły męskie serca. Justyna wygrzewała się w sympatii, którą Magda wzbudzała w innych.

Tego dnia koleżanka wyglądała rewelacyjnie, szczególną uwagę zwracały jej włosy: gęste, kruczoczarne, częś­ciowo upięte w kok, trochę rozpuszczone na ramiona. Przez Loft szła prowadzona zaciekawionym wzrokiem mężczyzn. Justyna mimowolnie się uśmiechnęła, chociaż z boku wyglądało to, jakby tylko zadrżały jej kąciki ust. Obecność Magdy wprawiała ją w dobry humor.

Magda podeszła do stolika, usiadła przy Justynie i natychmiast zaczęła narzekać na pracę. Przerwała tylko na chwilę, żeby powiedzieć: „Dziękuję” kelnerce, która przyniosła zamówione piwo. Justyna miała dość rozmów o biurze i wiedziała, że na spotkaniu ten temat będzie wracał jeszcze wielokrotnie.

– Poznałam faceta – powiedziała.

Magdzie zalśniły oczy.

– Opowiesz mi o nim?

– Taki mam plan.

– Gdzie się poznaliście?

Justyna nie zdążyła odpowiedzieć. Przy stoliku zjawiła się Ola, potem Piotruś i Tomek, za nimi przyszły Wiolka i Jagoda. Powoli schodziła się reszta biura, zamawiali po piwie i siadali na sofach. Ostatnia przyszła Marzena, tłumacząc, że musiała odebrać córkę z korepetycji. Justyna pochyliła się do ucha Magdy i szepnęła:

– Jeszcze pogadamy.

Po pierwszym piwie zamówili następne, część zrobiła się głodna, więc zaczęli przeglądać kartę dań. W Lofcie mieli najlepsze burgery w mieście, dobrze wypieczone, soczyste, z porządnie zgrillowanym mięsem, dodatkowo cudnie podane: przybite nożem do małej deseczki, na której stał metalowy kubek z belgijskimi frytkami i walały się krążki cebulowe. W karcie było jeszcze kilkanaście rodzajów pizzy, w tym ulubiona Justyny: prosta margherita z rukolą i pomidorkami koktajlowymi. Menu dopełniały fit-sałatki z pieczonym kurczakiem i zieleniną, cudne desery z ciasta czekoladowego oraz szeroki wybór win i piw craftowych. Dziewczyny utrzymywały pozory: w większości zamówiły delikatne sałatki. Justyna pokiwa­ła głową i wbiła zęby w podwójnego burgera z dodatkowym boczkiem. Nigdy nie miała problemów z wagą, zawsze jadła, co chciała.

Szybko zaczęli się dzielić na grupy, Piotruś i Tomek utknęli przy barze, gdzie dobijali się setkami wódki, dziewczyny psuły dobre piwo sokiem i zamawiały kolejne lampki wina. Justyna dusiła się w tym towarzystwie, dodatkowo wkurzała ją Magda – przesiadła się na koniec stołu i przez resztę wieczoru nie miały okazji, żeby spokojnie porozmawiać.

Po kilku piwach i drinkach rozmowy zeszły na tematy bardziej frywolne, rozgadała się Magda, która, choć mężatka, zawsze miała podejrzanie dużo do powiedzenia na temat związków z facetami. Zaczęła opowiadać, że musi w końcu zrobić porządek z bikini, zrobiło się wesoło, dziewczyny ze łzami w oczach przerzucały się wzorami depilacji i adresami salonów kosmetycznych. Przy stoliku na chwilę pojawił się Piotruś, ale został przegoniony słowami: „To są nie twoje sprawy!”. Justynie przed oczami mignęła Blanka, ale nie zdążyła jej zaczepić – Blanka była z facetem i właśnie wychodzili. Trudno, pomyślała Justyna, ale napisała do Blanki: Spoko typ, z myślą o jej mężczyźnie. Blanka była już przed Loftem, zerknęła na telefon i zaczęła się rozglądać – przez szybę dostrzegła Justynę i pomachała na pożegnanie. Poszła pod rękę z mężczyzną w stronę samochodu, ale wcześniej odpisała: Taki se. Ale przynajmniej nie wymyślony. Zabolało.

Borys nadal milczał. Nie odezwę się pierwsza, pomyś­lała Justyna. Z wściekłości zaczęła przyśpieszać z drinkami, śmiała się najgłośniej, aż Marzena spojrzała na nią krzywo. Tak, wiem, pomyślała, to spotkanie firmowe, trzeba się zachowywać. Jutro sobie to odbiję z Blanką.

Przed dwudziestą drugą część dziewczyn zaczęła się zbierać, Tomek odholował Piotrusia do taksówki i sam też zniknął, dla reszty Marzena wzięła po lampce wina i impreza przeszła w fazę schyłkową. Justyna, wracając z łazienki, spotkała Julkę, z którą chodziła do liceum, a potem straciły kontakt, więc nie bardzo miały o czym rozmawiać poza zdawkowym „co u ciebie?” – dlatego szybko ucięła rozmowę i wróciła do swoich dziewczyn z pracy.

Przy stoliku trwała właśnie ożywiona dyskusja: Marzena się pochwaliła, że w tym roku urlop spędzi z mężem i dziećmi w Hiszpanii – w ramach pobytu all inclusive zwiedzą Barcelonę, wiecie, mówiła podekscytowana, Sagrada Familia, Camp Nou, takie tam, długie wycieczki po mieście, wieczory w knajpkach przy winie, dużo słońca i odpoczywania na plaży. Dziewczyny zgodnie pisnęły: „Ale ci zazdrościmy! Wiesz, my raczej nad polskim morzem lub w Chorwacji”, tylko Magda cicho westchnęła, że od Barcelony dużo ciekawiej jest w Madrycie i Sewilli. Justyna w duchu przyznała jej rację, ale wolała się nie odzywać, bo zupełnie straciła ochotę na rozmowy. Niespodziewanie została zaczepiona przez Marzenę.

– Justyna, ty chyba mówiłaś, że w zeszłym roku byłaś w Katalonii?

– W Toskanii.

Dziewczyny spojrzały na nią z zaciekawieniem, a Justyna spokojnie dodała:

– W Hiszpanii byłam trzy lata temu.

Roztargniona kelnerka zapomniała zabrać puste kieliszki ze stołu i musiała po nie wrócić. Marzena spiorunowała ją wzrokiem. Była już wcięta i zaczęła wychodzić z niej suka.

– Prawdziwa z ciebie kierowniczka – mruknęła Justyna do siebie, ale na tyle głośno, żeby wszystkie ją usłyszały.

Przed północą na placu boju z Justyną zostały już tylko Magda, Iwona i Beata – wszystkie mocno wcięte i złe jak osy. Marzena wymknęła się do domu, tłumacząc, że jest za stara na takie imprezy. Magda mogła sobie pozwolić na wiele – miała pełne zaufanie męża. Pozostałe dziewczyny zaczęły się mocno rozglądać za mężczyznami. Wściekła Justyna przeglądała stare wiadomości od Borysa.

– Spadamy stąd – zaproponowała Iwona, gdy siedziały samotnie przy stoliku i żaden facet nie chciał do nich podejść.

Wyszły. W Not było tego wieczora pustawo, Avalon nadal był zamknięty po ostatniej rozróbie, dopiero w Fabryce zostały na dłużej. W środku Justyna spotkała Bartosza i Ewę, trochę porozmawiali przy barze, skąd wyrwała ją Amelka, żeby w damskiej łazience spalić na pół blanta. Justyna do koleżanek z pracy wróciła na miękkich nogach. Musiała się pilnować, żeby w poniedziałek jej nie obgadały.

Jakiś chłopak z tatuażem na przedramieniu próbował ją podrywać, ale go spławiła. Brakowało mu charyzmy Borysa, nie miał jego szorstkiej szczęki i silnych dłoni, których zdecydowany uścisk doceniła już na pierwszym spotkaniu. Jeszcze dwukrotnie zmieniły knajpę, trochę pobujały biodrami na dyskotece, nim Justyna zarządziła: „Kończymy to”. Miała spokojny głos, chociaż chciało jej się wyć. Bez przerwy zerkała na komórkę, aż Magda zapytała:

– To jaki jest ten twój nowy facet? Ma jakieś imię?

Justyna się uśmiechnęła.

– Jeszcze nie jest mój. Borys. Tak się nazywa.

– Ładnie. Jest materiał na coś więcej? Powiedzmy na jakiś związek?

– Nie wiem. Może?

– Opowiesz mi o nim?

– Już nie dziś. Jestem padnięta.

– Fajny?

– Tak. Ma dobre linie dialogowe.

Spojrzała na komórkę – minęła północ, bliżej już było do pierwszej w nocy. Dość, pomyślała Justyna i zarządziła odwrót.

Na postój taksówek szły dziwnie zgaszone, z dłońmi w kieszeniach kusych kurteczek, z torebeczkami na ramionach. Chłodny wiatr zacisnął im usta, nie rozmawiały, każda pogrążona we własnych myślach. Prowadziła Justyna: wysoka, smukła, z ogniem w oczach. Niewyobrażalnie zła za kolejny zmarnowany wieczór. Borys milczał. Wysoko nad ich głowami sygnalizatory uliczne pulsowały żółcią.

Justyna przypilnowała, żeby dziewczyny wsiadły do taksówki, która rozwiezie je kolejno do mieszkań. Pomachała na pożegnanie i z ulgą przeszła na drugą stronę ulicy, skąd już miała blisko – jej blok stał przy parkingu. Mieszkała na czwartym piętrze.

Na osiedlu stały stare bloki z pastelowymi elewacjami. Ten Justyny był zwrócony frontem do placu zabaw, miał sześć pięter, w ciemnych oknach odbijało się nocne niebo. Prosty betonowy chodnik biegł między wejściami do klatek a placem zabaw, gdzie skrzypiały poruszane wiatrem dziecięce huśtawki.

Na chodniku przed pierwszą klatką schodową stało dwóch chłopców, dużo młodszych od Justyny, też już wstawionych. Na ścianie ponad ich głowami lśniła tab­lica kółka różańcowego Dobra Nadzieja. Znała jednego z nich. Syn państwa Kamińskich z drugiego piętra. Wyglądał jak większość chłopaków w jego wieku: modnie obcięty, w kurtce z sieciówki i sportowych butach. Miał niesamowicie niebieskie oczy, z pewnością podobał się dziewczynom, Justyna mimowolnie się uśmiechnęła – dla niej był zdecydowanie za młody. W tym roku skończył szkołę średnią, ale nie poszedł na studia i nigdzie nie pracował.

Chłopcy nie odrywali od niej wzroku. Stanęła w wyzywającej pozie, z wysuniętą do przodu stopą, z przekrzywioną głową, i próbowała sobie przypomnieć imię młodego Kamińskiego. Uniosła palec wskazujący i pomyślała: Karol!

– No cześć – powiedziała.

Jednocześnie odpowiedzieli: „No hej!”. Minęła ich, stukając szpilkami na chodniku, niespodziewanie zawróciła i wsunęła Karolowi dłoń pod ramię.

– Ty już chyba powinieneś być u siebie.

Chłopiec zaniemówił z wrażenia.

– To żegnamy się z kolegą – zarządziła. – Odprowadzisz mnie do mieszkania.

Drugi młodzian szybko się pożegnał i zniknął w ciemności. Justyna poprowadziła Karola pod rękę do klatki schodowej. Czuła, jak cały się napiął, szedł mocnym sprężystym krokiem, wiedziała, że jej dotyk sprawiał mu przyjemność. Próbował ją zagadywać, ale mu nie szło, wreszcie dotknęła palcem jego ust i poprosiła, żeby był cicho. Przez chwilę biła się z myślami, czy nie przeciągnąć tej nocy o parę spoconych chwil na klatce schodowej, przy wygaszonych światłach, w jesiennym mroku, na złość Borysowi. Spojrzała na chłopca, jego roziskrzone oczy potwierdzały, że myślał o tym samym. Komórka w torebce Justyny zaczęła warczeć sygnałami powiadomień, spojrzała na nią przelotnie – dziewczyny meldowały, że bezpiecznie wróciły do domów. Tak były umówione: po powrocie z imprezy każda informowała, że jest już u siebie.

Zatrzymali się przed jego mieszkaniem, chłopiec wyraźnie miał ochotę iść na piętro Justyny.

– No już, uciekaj! – Zaśmiała się. – Koniec podróży.

Zostawiła go na wycieraczce, przed odejściem potargała dłonią włosy. Stał tam długo, przełykał ślinę, z twarzą wyrażającą dziecięcy zawód. Ten młody chłopiec nie zginie w pożarze, który za rok strawi prawie cały blok; nie ucieknie z Justyną z hostelu Pożegnanie; sam rozpocznie nowe, długie życie, które będzie trwało wiele lat; zdąży się ożenić z sympatyczną dziewczyną, wychować dzieci, zbudować dom i zapomnieć młodą kobietę z ciemnymi włosami, która kiedyś zostawiła go przed drzwiami z niewypowiedzianą obietnicą.

Justyna była już przed drzwiami swojego mieszkania, gdy zgasło światło na korytarzu. Przesunęła dłonią po chłodnej lamperii w poszukiwaniu przełącznika – nie działał. Wcisnęła jeszcze raz i uniosła głowę w oczekiwaniu na znajome trzeszczenie jarzeniówek i białe światło zalewające wąską klatkę schodową. Nic takiego nie nastąpiło. Wysłała wiadomość do dziewczyn: Już jestem u siebie i po omacku spróbowała wsunąć klucz w zamek.

Z wnętrza mieszkania napłynął chłód. Zajrzała do pokoi, trzasnęła oknami, które zapomniała zamknąć przed wyjściem. Lubiła swoje wynajęte mieszkanie. Wiecznie brudne okno kuchenne wychodzące na plac z garażami, ślepą łazienkę z prysznicem i umywalką wielkości głębokiego talerza, wąski korytarz z wejściami do trzech pokojów. Z wyjątkiem łazienki wszystkie drzwi były zdjęte i zniesione do piwnicy. Pół wypłaty Justyny szło na opłacenie mieszkania, a właścicielka już dwa razy straszyła, że musi podnieść czynsz. „Życie mnie do tego zmusza, pani Justyno” – tłumaczyła przez telefon.

Na jednej ze ścian salonu pięły się półki pełne książek – poprzedni najemca je zostawił, a Justyna nie miała serca wyrzucać. Żadnej nie przeczytała, ale uznała, że ładnie się komponują ze starym biurkiem i pufami. Z początku ich wygląd budził w Justynie odrazę: na półkach nie piętrzyły się tomy oprawione w skórę, tylko małe wydania kieszonkowe, głównie kryminały, ale było też sporo romansów. Jedną książkę trzymała pod łóżkiem, działała na Justynę jak usypiacz – wystarczyło, że przewróciła kilka stron i prawie natychmiast zapadała w sen. Powieść wydawała się banalna: mężczyzna poznaje kobietę, mają romans, on dodatkowo jeszcze żonę. Na szczęście autorka tak tego nie zostawiła, poszła ze swoją historią w zupełnie innym kierunku. Dlatego Justyna nie zmieniła książki na inną – mimo wszystko trochę ją interesowała. Miała tytuł „Kobieta bez właściwości”.

Justyna nie miała ochoty się rozbierać ani tym bardziej katować oczu powieścią – cicho wsunęła się pod kołdrę, odczekała, aż pokój przestanie wirować jej przed oczami, i leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Dopiero po drugiej wstała, rozebrała się do majtek i znów poszła spać.

Zawibrował telefon, spojrzała na wyświetlacz i poczuła się zawiedziona. Miała nową wiadomość od Magdy: Spałaś już z nim? Dochodziła godzina trzecia. Justyna szybko odpisała: Stara, idź już spać i mimo wszystko czekała na odpowiedź. Ale ja muszę wiedzieć! – napisała Magda. Justyna po odczytaniu wiadomości parsknęła śmiechem i napisała: Jeszcze nie. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: Dlaczego? Odpisała: Bo tak! Za krótko się znamy. Chwilę później zaczęła się złościć, zwłaszcza że Magda zapytała: Ile tych randek było? Napisała: Dwie. W sumie trzy, poprawiła się w myślach, ale ta pierwsza trochę przypadkowa. Żeby nie nakręcać Magdy, nie chciała dodawać, że Borys po drugiej randce był już w jej mieszkaniu, ale tylko na chwilę. Tym razem Magda długo nie odpisywała, Justynie znudziło się czekanie, poszła do łazienki i do kuchni, żeby napić się wody. Po powrocie spojrzała na wyświet­lacz. Magda napisała: To już czas iść z nim do łóżka.

Pierwszego wieczoru w jej mieszkaniu Borys stanął przed półką z książkami, jęknął i wtedy jedyny raz usłyszała, jak przeklinał po polsku.

– Kurwa, co ty czytasz?

Później zdarzyło mu się zakląć, ale robił to w jakimś dziwnym wschodnim języku, którego nie rozumiała, a on zbywał jej pytania o wyjaśnienia.

Przez uchylone okno wpadały do mieszkania urywane dźwięki starych standardów jazzowych – Igor z piątego piętra uwielbiał klasykę. Justyna mimowolnie się uśmiechnęła. Borys ze złością przestawiał książki i złorzeczył ich autorom. Był autentycznie wściekły. Zaczęło ją to bawić, dolała sobie wina i patrzyła, jak ustawiał gatunkami kryminały, romanse i powieści obyczajowe. Na podłodze układał jedną na drugiej powieści fantastyczne, a gdy miał już wszystkie, ze wstrętem odsunął je stopą.

– Trzeba się tego pozbyć.

– Ponieważ? – zapytała, tłumiąc śmiech.

– Tego się nie da czytać.

Cofnął się o krok i krytycznie popatrzył na półki.

– Musisz koniecznie pozbyć się powieści wydanych w tym wieku. Nie mają żadnej wartości. Szczególnie polskie. Zostaw tylko klasykę. Cała reszta jest warta mniej niż papier, na którym została wydrukowana.

Justyna odstawiła kieliszek, podeszła i zaczęła ponownie ustawiać powieści fantastyczne na półce. Chciała, żeby Borys zrozumiał, że nawet w tak błahych kwestiach nie będzie miał na nią żadnego wpływu. Książki zupełnie jej nie interesowały, chciała tylko, żeby wiedział, że nie będzie miał z nią lekko.

– Jak chcesz – zamruczał. – Ale musisz wiedzieć, że mi się to nie podoba.

Wzruszyła ramionami, dostawiła ostatnią książkę i powiedziała:

– Dolej sobie wina.

Tamtego wieczoru jeszcze nie poszli do łóżka, chociaż Justyna już chyba chciała – podobał jej się ten mężczyzna, lubiła jego towarzystwo i śmieszyły żarty. Było jej naprawdę przykro, gdy w pewnej chwili spojrzał na wyświetlacz telefonu i z ciężkim westchnieniem powiedział: „Muszę się zbierać”. Zamknęła za nim drzwi na klucz – żeby nie myślał, że może wrócić, a potem nasłuchiwała jego kroków na schodach.

Spotkali się dwukrotnie, raz w knajpce i raz zaprosiła go do mieszkania. Rozmawiali, pili wino, on nie próbował się do niej dobierać, a ona była mu za to trochę wdzięczna, a trochę złościła się jego pasywnym zachowaniem.

Po wyjściu Borysa wybrała się na długą nocną przechadzkę, po powrocie wciąż czuła jego obecność w mieszkaniu, wzmocnioną dymnym zapachem perfum, śladami dłoni na kieliszku z winem, widokiem otwartej książki, którą przeglądał i zapomniał odstawić na półkę.

Tamtego wieczora pierwszy raz pomyślała, że mogłaby być z tym mężczyzną. Teraz, w środku samotnej nocy, to pragnienie znów do niej wróciło. Z ciężkim westchnieniem przewróciła się na plecy i popatrzyła w sufit. Borys rozmiękczał ją swoim zachowaniem, gubiła się w jego obecności, nabierała łagodnych kształtów zakochanej kobiety. Bezwiednie dotknęła dłońmi piersi i pomyślała: faktycznie, chyba już czas.

Rozdział II

lśniły w światłach

zaciśnięta na kierownicy

w gęstej ciszy

W sobotę wstała przed szóstą, chociaż miała tego dnia wolne, wypiła kawę i posprzątała całe mieszkanie, chociaż wcale nie spodziewała się gości. Borys nadal milczał. Powoli traciła nadzieję, że się do niej odezwie. Złościły ją własne myśli, nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ciągle wraca pamięcią do tego mężczyzny. Znała wielu podobnych, z kilkoma była w krótkich związkach, z których większość skończyła się wielką awanturą. Dwóch po prostu wysłało do Justyny bardzo podobne wiadomości, sprowadzające się do wyznania: mam już ciebie dość! Inny napisał: Jesteś brzydka w chuj! Za każdym razem tylko wzruszyła ramionami i odpisała Ok, następnie ich blokowała, uznając, że to definitywnie załatwia sprawę. Był jeszcze Patryk, z którym sama zerwała, bo wkurzał ją swoją natarczywością.

Z Borysem było inaczej, Borys był kilka lat starszy od Justyny, wysyłał w wiadomościach żałosne emotikonki, wybierał eleganckie restauracje, często używał słowa „randka”, jakby zwykłe „wyskoczymy razem na miasto” mu nie wystarczało. Justyna była przekonana, że siedem lat różnicy pomiędzy nimi stanowi przepaść nie do pokonania.

Zszokował ją już pierwszą wiadomością – wysłał SMS-a. Popatrzyła z niedowierzaniem – SMS-y dostawała tylko od rodziców, z banku i jako alerty pogodowe. Jej znajomi nie korzystali z SMS-ów.

Dlatego gdy napisał do niej pierwszy raz (Dasz się porwać na randkę? Borys), była w lekkim szoku: poprawnie sformułowane zdanie w języku polskim, ze spacjami i bez skrótów. Żadnych błędów ortograficznych. SMS. Dlatego natychmiast zapytała: Ile ty właściwie masz lat? Odpowiedział: Trzydzieści trzy.

Jesteś stary, pomyślała, ale z przyzwoitości napisała: Mogło być gorzej. Przed wysłaniem sprawdziła, czy nie zrobiła błędów ortograficznych. To jak będzie? – zapytał w następnej wiadomości.

Bardzo powoli i starannie napisała: Wybacz, ale nie. Nie zamierzała się tłumaczyć. Wysłała wiadomość i czekała cierpliwie na odpowiedź. Spodziewała się wyzwisk – tak pożegnało ją kilku facetów, z którymi nie chciała wyskoczyć na burgerka. Patryk, zanim go zablokowała, zdążył wysłać do Justyny ścianę tekstu, zakończoną zalosna jestes nara.

Borys ponownie ją zaskoczył, grzecznie odpisał: Ok. Rozumiem i poprawił rozczulającym: Miło było cię poznać. Justyna w zamyśleniu postukała paznokciami w zęby. Niezły jest, pomyślała wtedy. Postanowiła jednak odpisać, ale tak, żeby wiedział, że Justyna ma własne zdanie w każdej sprawie. W czwartek o osiemnastej w Rewolucji – napisała. A potem przez długie dziesięć minut była zła, aż odpisał: Ok. Będę na Ciebie czekał.

Justyna wyjrzała za okno: zapowiadał się ciepły wrześniowy dzień, ze słońcem i mżawką. Zrobiła sobie lekkie śniadanie, wstawiła pranie, usiadła z telefonem na łóżku, żeby sprawdzić nieprzeczytane wiadomości. Borys milczał, co już jej nie dziwiło, a zaczęło drażnić. Nie bądź żałosna, powtarzała w myślach, to tylko facet, z którym byłaś na dwóch randkach i piłaś kolorową wódkę w parku.

Magda zapytała: Jak tam po imprezie? Justyna nie odpisała. Wybrała się na rower, objechała całe miasto, zaszła do rodziców, żeby zobaczyć, jak sobie radzą. Na spółkę z bratem spaliła jointa na klatce schodowej i pomogła mamie zmywać naczynia po obiedzie. Odezwała się Iza, że dorwała trochę kasy, którą chciała przepuścić w galerii – w związku z tym pytała, czy Justyna ma ochotę jej towarzyszyć. Justyna nie miała ochoty, nawet nie odpisała.

Po południu znów bez celu jeździła rowerem po mieście. Musiała się zmęczyć, nacisnęła mocniej na pedały, przemknęła mostem na drugą stronę rzeki, gdzie zaczęli ją denerwować spacerujący emeryci i musiała zawrócić. Kupiony za ostatnie pieniądze rower dobrze jej służył – nie psuł się, był lekki i zawsze dowoził ją tam, gdzie chciała. Napisała do Blanki, ale dostała odpowiedź: Nmg. Pazy.

Trudno, pomyślała i śmignęła pustymi chodnikami do ścieżki rowerowej przy obwodnicy miasta. Dalej już miała prostą drogę: chodnik dla pieszych zaprowadził ją pod blok. Miała czas, żeby myśleć o Borysie.

Z początku Justynę drażniło, że to, co było między nimi, rozwijało się tak powoli. Dopiero po pewnym czasie zaczęła doceniać, że Borys traktował ją normalnie – w jednej z późniejszych rozmów przyznał się, że bał się spieprzyć sprawę.

Na pierwszą randkę przyniósł malutki bukiecik pol­nych kwiatów, z początku oszukiwał, że sam je zbierał, a potem przyznał się, że po prostu kupił je w kwiaciarni. Skrzywiła się mimowolnie – nie lubiła ciętych kwiatów, uważała je za martwe, a ich wręczanie za niestosowne. Powiedziała o tym Borysowi i odtąd dostawała już tylko piękne, doniczkowe, które stopniowo zapełniały wszystkie wolne miejsca w jej mieszkaniu. Nie przetrwają pożaru – zostaną na pustych parapetach, poczerniale, wysuszone na wiór, ze stwardniałymi liśćmi kruszącymi się między palcami.

Umówili się na osiemnastą w Rewolucji – małej knajpce z lekko przyciemnianymi szybami i skórzanymi fotelami ustawionymi przy małych stolikach. Łagodne świat­ło i cicha muzyka sącząca się z głośników zachęcały do rozmów, picia kawy i zachwycania się ciastem czekoladowym.

Borys siedział przy stoliku w głębi sali, na widok Justyny odruchowo uniósł dłoń, poruszył palcami i uśmiechnął się. Skinęła głową, odwzajemniła uśmiech i ruszyła w jego stronę. Miała czas, żeby przyjrzeć się Borysowi. Dostrzegła przystojnego mężczyznę w modnej marynarce, kremowej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem, z uśmiechem, który zmiękczał kobietom kolana. Justyna miała pospolitą urodę i tylko czasem udawało jej się zabłysnąć. Dziś też postanowiła zawalczyć. Śladem uśmiechu na twarzy, uniesieniem brwi, dopasowaną sukienką, dłonią wtopioną we włosy – tym chciała go skusić.

Gdy podeszła, wstał od stolika, czym od razu zyskał w jej oczach.

– Więc jednak przyszłaś!

Justyna odpowiedziała, że również bardzo się cieszy z tego spotkania. Znów oszacowała go wzrokiem: mężczyzna w marynarce, dobrze pachnący, z gładką twarzą i starannie ułożonymi włosami. Z nieśmiałym uśmiechem podał jej bukiecik fiołków i musiała mocno się pilnować, żeby nie okazać niezadowolenia. Nigdy nie lubiła takich gestów, a zapach martwych kwiatów przyprawiał ją o mdłości. Odłożyła bukiecik na brzeg stolika i przez całe spotkanie mocno się pilnowała, żeby go nie dotknąć, a przy wyjściu celowo o nim zapomniała.

– Pięknie wyglądasz – pochwalił ją Borys.

– Wyjątkowo trafiony komplement.

Na stoliku pomiędzy nimi stały dwa pękate kieliszki z wodą. Odruchowo zapytała, czy może się napić.

– Oczywiście. – Uśmiechnął się. – To budżetowa randka.

Zamówili wino dla Justyny, wodę dla Borysa i jakieś jedzenie dla dzieci: krem szparagowy z płatkami migdałów i rodzynkami. Justyna miała oczywiście ochotę na coś solidnego, ale nie chciała się wygłupiać na pierwszej randce. Borys słuchał uważnie i zadawał dużo pytań, z początku zupełnie banalnych, przy czym mało mówił o sobie, skupiając się na wciągnięciu Justyny w rozmowę. Niespodziewanie wyraził radość, że w końcu poznał normalną kobietę. Justyna nie odpowiedziała, tylko powoli upiła łyk wina i bardzo mocno się zamyśliła.

– Pracujesz? – zapytał.

– Tak. Na słuchawce.

– To łatwa czy trudna praca?

– Zależy od dnia. Czasem wracam do mieszkania zupełnie skonana. Wiesz, praca w telemarketingu wymaga dużej odporności. Codziennie rozmawiam z innymi ludźmi, zwykle z zupełnie normalnymi, ale czasami trafiam też na wariatów.

Borys wyraźnie się zainteresował.

– Opowiedz o tym.

– Wybacz, ale nie lubię. To miała być praca na chwilę, a siedzę tam już ponad rok. A ty?

– Pytasz, czy lubię rozmawiać o mojej pracy?

– Nie. Pytam, czy lubisz swoją pracę?

– Średnio. Finansowo jest okej, ale męczą mnie ciągłe wyjazdy. Zajmuję się rynkami wschodnimi, stąd ciągłe podróże. Dziś wróciłem z Wilna, pojutrze muszę być w Kownie. Duszę się w tej pracy.

– Ja lubię podróże. W zasadzie moja praca służy tylko do tego, żeby finansować wyjazdy.

Zauważyła, że Borys wpatruje się w sznyty na jej przed­ramionach. Zaczęło ją to drażnić, poruszyła dłonią, żeby go speszyć. Natychmiast odwrócił wzrok. Postanowiła go dobić.

– Mam jeszcze tatuaże.

– Jesteś szalenie interesującą kobietą. Opowiedz o tatuażach.

– Nie mam ich dużo. Są prawie niewidoczne. Nie chciałam banalnych kwiatków i mewek. Długo wybierałam pierwszy. Padło na napis…

Justyna obróciła lewą rękę i rozchyliła palce, żeby pokazać zapisane ostrym kolczastym pismem pojedyncze słowo. Borys odruchowo zmrużył oczy.

– Z tej odległości nie mogę odczytać. Co to znaczy?

– Może kiedyś będziesz miał okazję zobaczyć je z bliska. Wiesz, pierwsze tatuaże wybiera się bardzo starannie. Ja mam kilka napisów, jakąś mądrą sentencję, parę ważnych dla mnie cyfr. Potem mi się to znudziło. Ostatni tatuaż zrobiłam sobie rok temu. Stolik ogrodowy na biodrze.

Borys szczerze się roześmiał, Justyna zapytała:

– Dlaczego pijesz wodę?

– Przyjechałem autem. Ale jeżeli chcesz, mogę zostawić samochód i wrócić do hotelu taksówką.

– Chcę.

– Przekonałaś mnie.

Borys odchylił się na krześle i uśmiechnął serdecznie do przechodzącej kelnerki, która natychmiast zatrzymała się przy ich stoliku, dygnęła i przyciskając okrągłą tacę do piersi, zapytała:

– Czym mogę służyć?

– Poprosimy jeszcze dwa kieliszki i czerwone wytrawne.

– Oczywiście.

Kelnerka ponownie dygnęła, uśmiechnęła się do Borysa i odeszła odprowadzana palącym wzrokiem Justyny. Wróciła do stolika z butelką czerwonego wina i kieliszkami, zapytała, czy potrzeba im czegoś jeszcze, a Justyna kwaśno odpowiedziała:

– Dziękuję. Mamy już wszystko.

Wyciszone telefony leżały na stoliku, Borysa niezmiennie spokojny, Justyny co chwilę dostający drgawek od przychodzących wiadomości – Blanka chciała koniecznie wiedzieć, czy Justynie nie dzieje się krzywda. Zaczęło ją to drażnić.

– Przepraszam – powiedziała do Borysa i sięgnęła po telefon. – Muszę odpisać do koleżanki, jaki jesteś zajebisty. Inaczej Blanka umrze z ciekawości.

– Jasne.

Szybko znalazła ostatnią wiadomość od Blanki (I jak? Nie zamula?) i odpisała: Jest super. Kapitalny facet. Pokazała wyświetlacz telefonu Borysowi, żeby mógł odczytać wiadomość.

– Tak mogę odpisać? – zapytała.

– Zdecydowanie.

W następnej sekundzie przyszła odpowiedź, której Justyna już nie pokazała Borysowi. Blanka napisała: Przeleć go!

Borys poruszył ręką, naszła ją myśl, że chciał dotknąć jej dłoni i w ostatniej chwili się rozmyślił – była o to trochę zła na niego. Strasznie dobrze bawiła się na tej randce, chciała z nim rozmawiać, cieszyła się jego obecnością. W towarzystwie Borysa miała wyjątkową ochotę na żarty, interesowały ją historie, które opowiadał, sama też bez skrępowania opowiadała o sobie. Borys już wiedział, że pracowała na słuchawce, wynajmowała mieszkanie, lubiła siłownię, wrotki i rower, miała brata Tomka i siostrę Ankę, która złapała męża na ciążę. Zmartwił ją lekki grymas na jego twarzy, gdy powiedziała, że nie przepada za książkami. Chciała koniecznie naprawić to wrażenie.

– Mam jedną, którą czytam, gdy nie mogę zasnąć.

Borys natychmiast się ożywił.

– Jaki tytuł?

– „Kobieta bez właściwości”.

– O czym?

– Nie pytaj mnie o takie rzeczy. Mam słabą pamięć. Po wyjściu z kina nie pamiętam treści filmu. Podobnie jest, gdy tylko odłożę książkę, kompletnie nie pamiętam o czym była.

Niespodziewanie Borys powiedział „przepraszam” i sięg­nął po telefon.

– Muszę zapisać tytuł – wyjaśnił, powtórzył na głos „Kobieta bez właściwości” i odłożył telefon. – Sprawdzę sobie tę twoją powieść. Tytuł wydaje się znajomy.

Po wyjściu z Rewolucji wybrali się na długi spacer, Borys próbował rozśmieszać Justynę żartami i nawet mu to wychodziło – nie musiała udawać rozbawienia.

– Będzie jakiś dalszy ciąg? – zapytał niespodziewanie.

– Nie wiem, Borys. Nie wiem.

– To pierwsza randka. Następne może nie będą takie sztywne.

– Było okej. Naprawdę, fajnie mi się z tobą rozmawia.

Żeby podkreślić, że mówi prawdę, Justyna wsunęła rękę pod jego ramię. W pierwszej chwili wydawał się zaskoczony, ale szybko się pozbierał: szedł wolniej, dostosowując się do jej kroków, co Justynie bardzo się spodobało. Z mijanych właśnie delikatesów wytoczył się podchmielony mężczyzna z reklamówką pełną butelek piwa. Jeszcze na schodach otworzył setkę wódki – wyglądał, jakby ukręcał łepek małemu ptaszkowi – wypił na raz i westchnął z zadowolenia. Pod kolorowym szyldem sklepu wyglądał na naprawdę szczęśliwego człowieka.

Borys mocno się zamyślił, a potem zapytał:

– Zgodzisz się wypić ze mną po setce wódki na ławeczce w parku?

Twarz Justyny rozjaśnił szczery uśmiech.

– Kurwa… Oczywiście, że tak!

Był ostatni dzień sierpnia, deszcze już zepsuły powiet­rze, w całym parku cuchnęło zgniłymi liśćmi, a oni siedzieli na ławeczce, małymi łykami smakowali kolorową wódkę i wyglądali na szczęśliwych. Justyna wyciągnęła przed siebie skrzyżowane nogi, odchyliła do tyłu głowę, popatrzyła na niebo i zapytała:

– Masz papierosy?

Borys przeniósł wzrok z odsłoniętych ud na rozpromienioną twarz Justyny.

– Wspomniałaś, że nie przepadasz za paleniem.

Wzruszyła ramionami.

– Bo tak jest. Ale czasem lubię mocno się zaciągnąć dymem. To jak: masz czy nie?

Borys zaczął się śmiać, mrucząc: „To ja przez tyle godzin się męczyłem…”, wyciągnął papierosy i poczęstował Justynę. Na znak porozumienia stuknęli się szyjkami buteleczek z wódką.

– Jak wrócisz do hotelu?

– Taksówką. Jutro rano muszę być w Warszawie.

Teraz Justyna się zamyśliła. Mogłaby przecież zabrać tego mężczyznę do siebie do mieszkania, wystarczyło powiedzieć: „Chodźmy do mnie”. Patrząc w jego pełne zainteresowania oczy, wyczuła, że po cichu też na to liczył. Upiła łyk wódki i zasłoniła dłonią usta, trochę ze względu na ostry smak, a trochę, żeby Borys nie zauważył jej dziwnego uśmiechu. Upiła jeszcze jeden szybki łyk, który smakował jak „chodźmy do mnie!”, i zakręciła buteleczkę. Wyprostowała się gwałtownie, poruszyła otwartymi dłońmi i powiedziała do siebie:

– Justyna, opanuj się!

– Coś się stało?

– Jeszcze nic. Ale jestem już trochę pijana, a ty zaczynasz mi się niebezpiecznie mocno podobać.

– I co z tym zrobisz?

– A ty? Pytanie brzmi: co ty z tym zrobisz?

Tamtego wieczoru dostała wiadomość od Borysa: Chcę się z tobą znów spotkać. Mimowolnie się uśmiechnęła i odpisała: Mało masz problemów? Chwilę później do niej zadzwonił i wciąż się śmiejąc, zaproponował, żeby w piątek zjedli razem kolację. Zgodziła się.

Po powrocie z przejażdżki Justyna schowała rower do komórki lokatorskiej w piwnicy i mocnym szarpnięciem sprawdziła, czy dobrze zamknęła kłódkę – Dulewiczowie z szóstego piętra byli znani ze swego zamiłowania do cudzej własności. Szczególnie upodobali sobie rzeczy pozostawione na schodach, w niedomkniętych piwnicach i garażach. Regularnie przyjeżdżała do nich policja, z czego jednak nic nie wynikało: skradzione dziecięce wózki, rowery, nawet żarówki z klatek schodowych nigdy nie wracały na swoje miejsce.

Na trzecim piętrze Justyna zastukała do Poli i uciek­ła na wyższą kondygnację, skąd słyszała szczęk otwieranych drzwi i narzekanie kociary na głupie żarty w środku nocy. Krzyknęła: „Kocham cię” i weszła do swojego mieszkania. Z uśmiechem odczytała wiadomość od Poli: Ja ciebie też.

Było późne sobotnie popołudnie, znajomi Justyny jeszcze milczeli, jeszcze nie zaczął się wieczorny maraton po knajpach. Wzięła szybki prysznic, a przepocone ubrania wrzuciła do pralki. Usiadła z mokrymi włosami w kuchni, podłączyła telefon do ładowarki i przeglądała wiadomości. Borys wciąż milczał.

Przeczytała kolejną wiadomość od Magdy: Odezwał się? Justyna zaklęła i odpisała: Jeszcze nie. W następnej wiadomości dostała radę od Magdy: Może cycki mu wyślij? Justyna pomyślała, że Magda jest walnięta, ale nie da się jej nie lubić.

Czuła, że krąg znajomych, z którymi chciała utrzymywać kontakt, powoli się zawężał. Większość zaczynała drażnić Justynę, męczyły ją bezsensowne rozmowy, analizy dramatów, wydumane problemy i sprawy bez znaczenia. Tysiąc siedmiuset znajomych rozsianych po Internecie, z których ledwie kilkoro wydawało się sensownych.

Pomyślała o Magdzie: ciebie chciałabym zatrzymać. Dobrze czuła się w jej towarzystwie, lubiła z nią rozmawiać, Magda bardzo rzadko bywała męcząca, dużo się działo wokół niej, co Justyna bardzo lubiła.

Powoli zaczęła dojrzewać w niej myśl, żeby zachować Magdę na dłużej w niewielkim kręgu znajomych. Nie spotykały się po pracy, tylko na imprezach integracyjnych Marzeny, może dlatego tak się lubiły? Justyna pomyślała, że musi koniecznie poznać Magdę z Polą i Blanką.

Odezwał się? – Magda nie odpuszczała. Spadaj. Nie. Ostatnią wiadomość Justyna napisała z wyrachowaniem, żeby Magda się obraziła i w końcu dała jej spokój. Po namyśle stwierdziła, że jednak trzeba będzie przeprosić. Zawsze tak było: ponosiła ją złość, a potem musiała odkręcać własne słowa. Odczekała chwilę i napisała: Przepraszam. Ale ten typ mnie wykańcza. Nie spodziewała się szybkiej odpowiedzi, wiedziała, że wkurzona Magda będzie chciała ją trochę potrzymać w niepewności. Po upływie pół godziny Magda napisała: Rozumiem. Mnie stary też wkurza. Pogadamy w pracy. Ostatnie zdanie miało uzmysłowić Justynie, że Magda jest nadal obrażona, ale łaskawie da się przeprosić. Justyna odetchnęła z ulgą. Przynajmniej z tą wariatką będę miała na razie spokój, pomyślała.

Przed osiemnastą telefon Justyny zaczął dostawać drgawek – nadchodziły powiadomienia od znajomych, gdzie są, z kim się bawią, jak im jest dobrze lub jak się nudzą. Gdzie będą pić drinki, z kim się ustawili, ot, sobotni zew wzywający do ruszenia dupy z mieszkania. Ola chciała zasygnalizować, że ma nowego chłopaka, napisała: Dziś mam randkę. Nie możemy się spotkać. Justyna z wyrachowaniem odpisała: Nawet nie byłyśmy ugadane.

Nawet Piotruś się odezwał, zapraszał na wódeczkę do Krokodyla – Justyna tylko pogardliwie wydęła wargi. Karol z Iwoną zgłaszali, że siedzą w Cafée. Nitka, Bartek i reszta ich paczki ciągnęła Justynę na kręgle, Patryk założył kolejne subkonto i wysłał wiadomość z przeprosinami, zakończoną żałosną prośbą: Uda nam się! Z pewnością, pomyślała Justyna i przyciskiem „zablokuj” zgilotynowała marzenia byłego chłopaka.

Blanka napisała: prdl te pazy. Potem szybko dodała: End night? I to była propozycja, z której Justyna zamierzała skorzystać. Odpowiedziała: Si. Na złość Borysowi.

Na wyjście zrobiła sobie lekki makijaż, założyła białą obcisłą koszulkę, kremowe szerokie spodnie, w których co prawda miała duży tyłek, ale były wygodne i pasowały do nich lekkie sportowe buty. Telefon z kartą do bankomatu schowaną w etui, błyszczyk i gaz pieprzowy spakowała do markowej nerki – była niezbyt wygodna, ale przewieszona przez ramię ładnie podkreślała piersi. Zgarnęła z wieszaka białą puchówkę, skontrolowała się w lustrze i lekkim krokiem zbiegła po schodach.

Na drugim piętrze natknęła się na starego Dulewicza, który siedział na schodach przy słoiku pełnym niedopałków, papieros w jego dłoni przygasł, a w zaszklonych oczach czaiła się pustka. Widać było, że pomimo wieczornej pory Dulewiczowi już noc pomyliła się z dniem, niebo z ziemią, żywi ze zmarłymi. Justyna nie musiała patrzeć mu w oczy, żeby zauważyć, że Dulewicz był już zrobiony. Wyminęła go ostrożnie i wyszła na chodnik przed blokiem.

W sobotni wieczór miasto dudniło pogłosem klubowej muzyki, gwarem rozmów toczonych na ulicach i w ogródkach piwnych, gdzie pomimo chłodu najwytrwalsi żeg­nali lato przy grzanym piwie i zimnej wódce. Justyna nie mogła się zdecydować, czy bardziej ją to drażni, czy może jednak czuje radosną ekscytację. Poprzedni wieczór był nudny i do zapomnienia, zresztą niewiele się po nim spodziewała, skoro znajomi z biura też byli nudni i przewidywalni. Z nikim nie utrzymywała kontaktów poza pracą, może z wyjątkiem Magdy, z którą jednak też tylko pisała i poza integracjami nie spotykały się na mieście.

Justyna z wyrachowaniem dzieliła znajomych na tych z biura i wszystkich innych, z którymi chodziła na siłownię, do galerii, do kina, latem wyjeżdżała na wakacje, zimą grzała dłonie herbatą w ich mieszkaniach. Tworzyła kręgi, które przecinały się wzajemnie. Było ich dużo, lecz tych najbliższych zaledwie kilka: Blanka, Monika, kociara Pola, która mieszkała w bloku Justyny i była strasznie sympatyczna. Muszę je wszystkie poznać z Magdą, myślała, i wtedy mój krąg znajomych będzie domknięty.

Dotąd Justyna w naturalny sposób wybierała sobie facetów, którzy byli w podobnym do niej wieku. Przystojni, zrobieni na siłowni, po mieszkaniu chodzili w szarych dresach, na imprezach wzbudzali zazdrość u przyjaciółek. Justyna dobrze bawiła się w ich towarzystwie, chociaż trochę ją drażniło, że mieli sieczkę w głowie i mentalność małych chłopców, co jednak – na szczęście – nadrabiali radością życia i niezłym łóżkiem. Nie mieli planów sięgających dalej niż do końca miesiąca, ale z zamkniętymi oczami potrafili ułożyć całkiem niezły plan treningowy i dać w mordę nachalnemu typowi, który właśnie nabrał ochoty, żeby przystawiać się do Justyny. Z takimi chłopakami można było zjeść kebaba na mieście, pozwolić się przewieźć na sterze miejskiego roweru, wyskoczyć do kina i dać się porwać życiu w tańszych knajpach, ale nie planować przyszłość. Można było podzielić się słuchawkami, żeby posłuchać muzyki w parku, spalić na pół blanta pod klatką, obejrzeć pierwsze dziesięć minut filmu, gdy wpadali do jej mieszkania z marketowym winkiem.

Ich największą wadą był ciągły brak pieniędzy, który próbowali zamaskować markowymi ciuchami, gadżetami, niektórzy używanymi autami, Patryk mieszkaniem kupionym za pieniądze rodziców. Justynie brakowało stabilności, którą mógł jej dać mężczyzna taki jak Borys. Był przystojny, dobrze ułożony, bogaty i nadawał się do tego, żeby właśnie w nim się zakochać.

Do Endu przyszła jako pierwsza, zamówiła piwo i zajęła miejsce przy stoliku w głębi sali. Blanka spóźniła się kilka minut. W bluzce na ramiączkach wyglądałaby bardzo apetycznie, gdyby nie zniekształcona prawa pierś (Blanka chowała w staniku kartę do bankomatu). Była lubiana przez wszystkich, faceci się za nią oglądali, robiła wrażenie kobiety miękkiej i uległej – takiej, która da się rozstawiać po kątach. Justyna nie lubiła zadziornych kobiet, natychmiast je rozpoznawała. Gdy napotykała opór, szybko dochodziło do spięcia.

– Jak tam po imprezie?

– Standard. Nuda.

– Ten twój Borys to jest moja największa porażka! Potrzebuję więcej danych.

Justyna ze złością rzuciła telefon na stolik, drażniła ją myśl, że oprócz Magdy kolejna przyjaciółka chciała ją zarzucić pytaniami o Borysa. Przy czym kilka dni temu sama ją poprosiła, żeby znalazła go w sieci. „Imię i numer telefonu poproszę. To wystarczy” – odpowiedziała Blanka, a teraz rozkładała ręce i powtarzała: „Typa nie ma”. Wbrew temu Justyna czuła jednak potrzebę wygadania się, jakby mówienie o Borysie podsycało w niej nadzieję, że jednak się odezwie. Było to niepodobne do Justyny, nigdy nie latała za facetami, Patryka pożegnała jedną wiadomością.

Justynie w zasadzie wszystko podobało się w Borysie: ciemne oczy, mocne rysy twarzy, ostra szczęka z kilkudniowym zarostem, silne dłonie, którymi w końcu mógłby zacząć bardziej śmiało ją dotykać. Był dobrze ubrany i pachniał dużymi pieniędzmi. Dostała wiadomość od Poli: Wpadniesz do mnie? Odpisała: Nie mogę. Spojrzała na Blankę i powiedziała:

– Ma na imię Borys.

– To już wiem.

– Jest po trzydziestce…

– Brzydko z jego strony.

– Wysyła SMS-y. I emotki.

– O kurwa… Chociaż z tego dyrektorowania ma jakąś kasę?

– Tak. Przynajmniej na takiego wygląda.

– Ustalmy fakty. Borys, z Warszawy, dyrektorek w dużej firmie, bez zdjęcia, bez śladu w necie. Justyna, taki typ nie istnieje! Gdzieś ty go wyrwała?

– Jakoś tak wyszło. Strasznie mnie wkurwia.

– Dlaczego?

– Nie odzywa się od tygodnia.

Na twarzy Blanki pojawił się nieprzyjemny grymas.

– Może jesteś dla niego tylko opcją – powiedziała, nie patrząc Justynie w oczy.

– Nie pozwolę na to.

Do stolika przysiadł się Jędrzej, ciągnąc uwieszoną na jego ramieniu nową dziewczynę, i Justyna musiała zakończyć opowieść o Borysie. Na horyzoncie pojawiły się też Edyta z Kasią, już obejmowały się na przywitanie z Blanką, zrobiło się zamieszanie i nie było szans, żeby kontynuować rozmowę. Iwona z Karolem zaczęli narzekać, że wykańcza ich urządzanie nowego mieszkania, już pomalowali ściany, w następnym tygodniu miała przyjść ekipa układająca panele. „Jak będzie zrobiona podłoga, to urządzimy parapetówkę” – zapewniała Iwona, ale została zakrzyczana, że od pół roku ciągle przekłada termin imprezy w nowym mieszkaniu. „Tym razem się uda!” – wtrącił Karol, ale bez przekonania. Blanka zdążyła szepnąć Justynie do ucha: „Ten Borys jest do zaorania”, chwilę później już stały przy barze, zamawiały drinki, dopiero przy zmianie lokalu Justyna mogła zapytać:

– Dlaczego do zaorania?

Blanka była już podcięta, cmoknęła Justynę w policzek i odpowiedziała:

– Nie pisze. Nie zależy mu. Puknęliście się?

– Nie.

– To może jednak jeszcze napisze.

Całą bandą trafili do Avalonu, który w sobotni wieczór pulsował muzyką, światłami, a większość ludzi na sali kompulsywnie poruszała szczękami. W drodze do baru Justyna wciąż spotykała znajomych, kilku chciała uniknąć, Blanka gdzieś zniknęła, przy Justynie pojawiła się Tamara, którą również bardzo lubiła, i było jej obojętne, z kim spędzi resztę wieczora.

Barman zagrzechotał lodem w szklance, dodał porcję wódki, dwie porcje soku z limonki i kolorową parasoleczkę, którą Justyna natychmiast wyrzuciła. Podziękowała i popłynęła z uśmiechem między tańczących ludzi. W zasięgu wzroku pojawił się Marek z siłowni, trochę podrywał Justynę, która śmiała się z jego nieśmiesznych żartów i kombinowała, jak go spławić.

Przy barze zaczął podrywać ją facet w białej koszulce, nawet przystojny, dobrze zrobiony na siłowni, z wytatuowanymi rękawkami i bezczelnym spojrzeniem. Miał na sobie tureckie podróbki markowych ciuchów. Był wysoki, ładnie docięty, na Justynie szczególne wrażenie zrobiły jego mocno zarysowane przedramiona i barki – ewidentnie od paru tygodni schodził z masy.

– Na co masz ochotę, dziewczyno?

– Wsadzić ci palec w dupę.

– Nie, no co ty? Ja nie robię takich rzeczy.

– To spadaj.

Justyna poprawiła nerkę, żeby lepiej wyeksponować piersi i poszła tańczyć. Opanuj się, myślała, chłopak był sympatyczny, niepotrzebnie tak się odezwałaś. Chciała do niego wrócić, przeprosić, powiedzieć ze śmiechem: „Głupie żarty”, może nawet wypić po szocie na zgodę, ale już nie mogła go znaleźć wzrokiem – zniknął jak kolejny wyrzut sumienia.

W tłumie ludzi podrygujących na sali Justyna szybko zgubiła Blankę, zakręciła się i wylądowała z Moniką w damskiej łazience, gdzie spaliły blanta na pół, a z sąsiedniej kabiny słychać było dziewczynę dzwoniącą do byłego.

– Ja za tobą tak strasznie tęsknię – mówiła. – Przyjedź po mnie! Tak, jestem już zgrzana i nie obchodzi mnie, co pomyśli twoja żona. Macie dzieciaczka? Fajnie. Też mog­liśmy mieć, ale ty wolałeś jechać do Anglii…

– Idziemy! – zarządziła Justyna. – Mdli mnie, jak tego słucham.

Przed wyjściem dwukrotnie uderzyła otwartą dłonią w ściankę kabiny, dziewczyna w środku zapiszczała: „Co jest?”, a Justyna warknęła:

– Szanuj się!

Wmieszała się w tłum, z listkiem mięty wyjętym z drinka jakiegoś faceta snuła się między ludźmi, dała się porwać Anicie na papierosa, spalonego przed wejściem do Avalonu, zakręciła się bez celu po sali, przy barze wypiła pół szklanki wody cytrynowej, dwa razy odmówiła drinka, nie wiadomo kiedy znów znalazła się między tańczącymi ludźmi, były przy niej Blanka, Ala, Magda i taka inna Justyna, podobna do niej, ale brzydsza, tańczyły, ocierając się biodrami, unosiły wiotkie ręce ku światłu lejącemu się z sufitu, cięły włosami blask i dym.

– Justyna! – krzyknęła nagle Blanka i zaczęła się śmiać. – Zobacz, jaka fajna milfetka!

Wskazała dłonią kobietę tańczącą na środku sali. Justynie wystarczył jeden rzut oka, żeby westchnęła i cichym głosem odpowiedziała:

– Ja pierdolę! Przecież to moja mama. Idę do niej!

Zostawiła duszącą się ze śmiechu Blankę i ruszyła w stronę mamy, przy której kręciło się dwóch oblechów po czterdziestce, już zrobionych, pijacko roześmianych, z głupimi uśmiechami na twarzach. Justyna zaczęła się rozglądać za tatą, szybko go dostrzegła – siedział ze swoimi znajomymi przy stoliku, przed nimi stały kolorowe drinki, kieliszki i otwarte butelki wódki. Nie mogła przestać się uśmiechać: tata, pomimo wypitego alkoholu, prezentował się bardzo dobrze w swojej sztywnej koszuli, ze starannie ułożonymi włosami i drogim zegarkiem na nadgarstku, natomiast mama wymiatała: burza ciemnych włosów, mocna opalenizna i dzianinowa spódniczka odsłaniająca długie zgrabne nogi. Justyna aż przystanęła z wrażenia. Mama – w roziskrzonej mini, cała w cekinach rozmytych w ruchu, z włosami iskrzącymi w stroboskopach, z mocnym wieczorowym makijażem – wyglądała zjawiskowo w wieku czterdziestu pięciu lat. Mam geny po tobie, pomyślała Justyna, zarzuciła jej ręce na szyję, przyciągnęła do siebie i dotknęła ustami policzka.

– Nie wiedziałam, że dziś się bawicie na mieście!

– Tak jakoś wyszło!

– Jest okej?

– Nawet bardzo! Chodź na szota!

Wylądowały przy barze, wypiły po dwa kieliszki czystej z tabasco i cytryną, trochę się poprzytulały i mama Justyny popłynęła między ludzi, żeby „poczuć, że jeszcze ma to coś!”. Wcześniej zdążyła wskazać Justynie chłopaka siedzącego przy barze – dobrze dociętego, całego w tatuażach – i powiedziała:

– Widziałabym was razem!

– Mamo… Proszę! On nawet nie ma startu do Borysa!

– Do kogo?

– Kiedyś ci opowiem.

Rozstały się, lekko ściskając za ręce. Justyna podeszła do stolika, gdzie siedział tata, niespodziewanie cmoknęła go w policzek, wzbudzając zaskoczenie kolegów.

– Moja córka! – krzyknął.

Siedzący przy nim mężczyźni, wszyscy mocno po czterdziestce, zaczęli wyznawać jej miłość i zachwycać się urodą, tata Justyny spojrzał na nich groźnie, po cichu wręczył Justynie sto złotych, dał się jeszcze raz pocałować w policzek i na pożegnanie szepnął: „Kocham cię, córcia”. Justyna wróciła do swoich dziewczyn i powiedziała:

– Zmieniamy lokal.

Wszystkie były już mocno wcięte, żadna o nic nie pytała, po krótkim spacerze wylądowały w Black, gdzie panowała senna atmosfera, grano pościelową muzykę, a niedobitki z innych imprez dorzynały się przed powrotem do domów. Sztuczny dym snuł się między łydkami zmęczonych kobiet.

W połowie nocy dopadło je to słodkie odrętwienie wywołane drinkami, wręcz bezsilność i zmęczenie, które próbowały odgonić na skórzanej kanapie, gdzie w zupełnej ciemności wtuliły się w siebie, wszystkie cztery, Justyna z twarzą w zagłębieniu między ramieniem i piersią Edyty, z głową Uli na kolanach, zamykająca w dłoniach nagie stopy Blanki, która zdjęła szpilki i szykowała się do snu, a przed nimi na stoliku lśniły szklanki ze śladami szminki, nadgryzione kawałki cytryn i kolorowe zapalniczki. Justynie było dobrze w tej plątaninie spoconych kobiecych ciał, wśród wiotkich dłoni, słodkich oddechów, pachnących włosów wchodzących do ust i cykania bransoletek na nadgarstkach.

Edyta gryzła słomkę wyjętą z drinka i łapała kontakt wzrokowy z młodym mężczyzną siedzącym na hokerze przy barze. Wyraźnie był nią zainteresowany. Cały się napiął, oparł łokcie o blat i kołysał leniwie szklanką, żeby poruszyć lód zatopiony w whisky. Edyta ospale przesunęła dłonią na sukience, odsłaniając wewnętrzną stronę uda. Justyna sennym głosem opowiadała o Borysie, one pytały o jego wiek, chciały oglądać zdjęcia, których jeszcze nie miała, i powtarzały: „Już czas zabrać go do łóżka”. Mama napisała: My już w domu. Justyna przywitała tę wiadomość leniwym ruchem powiek.

– Takiego typa ci potrzeba… – Edyta wskazała mężczyznę przy barze. – Nie starego oblecha w garniturze. Na to przyjdzie jeszcze czas.

Powoli wyswobodziła się z ich objęć, wstała bez poprawiania sukienki, rozkołysanym krokiem podeszła do mężczyzny, usłyszały jej głos: „Na co się, kurwa, gapisz?”, a Blanka wymruczała:

– I po Edzi…

Wtuliły się mocniej w siebie, Justyna zaczęła skubać brzeg bluzki Blanki, jakby wstydziła się swoich słów o Borysie.

– Wiesz, chyba mnie trafiło.

– Ten typ nie istnieje, nikt go nie zna, nie ma go w necie, nikt go nie widział oprócz ciebie. Jego nie ma. Wymyśliłaś go sobie.

Justyna z przekonaniem pokręciła głową.

– Nie – powiedziała. – Jest bardzo prawdziwy.

– Jasne. Ile tych spotkań było?

– Trzy. Potem przestał się odzywać.

– Przecież wiesz, że oni tak robią. Kilka spotkań dla fabuły, a potem cisza. Justyna, zagrałaś ledwie w trzech odcinkach i marzy ci się drugi sezon? Nie przeżywaj. Przecież ty suka jesteś.

– Wcale nie.

– Kto normalny trzyma zdjęcia byłych w telefonie?

Justyna była zbyt zmęczona, żeby reagować, więc tylko westchnęła:

– No, wiem. To nie wygląda dobrze.

– Co się zmieniło, że nagle zaczęłaś przejmować się jakimś typem? Justyna! Obrałaś kurs kolizyjny. Ja tylko migam ci światłami, żebyś zwolniła… Zablokuj go.

Justyna gwałtownie się wyprostowała, zepchnęła stopy Blanki z kolan i zaczęła się rozglądać, jakby zdziwiona swoją obecnością wśród tych roześmianych kobiet na kanapie. Zupełnie to do niej nie pasowało. Przewinęła listę kontaktów w telefonie i zatrzymała się z kciukiem na numerze telefonu do Borysa. Zmrużyła oczy.

– Jeszcze poczekam… – powiedziała z wahaniem, za co była potem na siebie zła.

– Co się z tobą porobiło?

Zaśmiały się, Blanka odrobinę speszona otarła dłonią usta. Parę minut później wpakowały się do taksówki, siedzący za kierownicą Ukrainiec głupio się uśmiechał, gdy kazały się rozwieźć do domów, „Tylko, kurwa, żadnej z nas nie zgwałć – krzyczały – wieź nas pod bloki, do dusznych mieszkań, gdzie czekają już pościelone łóżka i niespokojne sny”.