Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
42 osoby interesują się tą książką
Adwokat Jan Rose zostaje oczyszczony z zarzutów, wychodzi z więzienia stanowego i wznawia swoją dawną praktykę prawniczą.
Jednak wolność okazuje się kruchą iluzją, gdy jego przyjaciel i stary glina, Flemming Jørgensen, otrzymuje serię makabrycznych nagrań. Nieznany zabójca w demonicznej masce filmuje rytualne mordy, które wydają się mieć związek z przeszłością policjanta. Gdy Flemming znika bez śladu, Jan ponownie zostaje wciągnięty w mrok. W wyścigu z czasem musi poruszać się po niebezpiecznej sieci kłamstw, zdrad i śmiertelnych sekretów. Ale im bardziej zagłębia się w sprawę, tym więcej pojawia się pytań. Komu może zaufać? Czy padł ofiarą zdrady, która sięga dalej, niż podejrzewał?
Pełny zwrotów akcji thriller „Boży Mściciel” to drugi tom trylogii o adwokacie Janie Rosem. Autor, Walther Rebernik, od dwudziestu lat jest adwokatem. Zadebiutował jako pisarz w 2020 roku. Dwa lata później otrzymał nominację do nagrody publiczności duńskiego festiwalu kryminału Krimimessen. Narracja pisarza jest nie tylko dynamiczna, ale także elegancka – łączy humor, powagę i inteligencję.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 445
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: Guds bøddel
Przekład z języka duńskiego: Edyta Stępkowska
Copyright © Walther Rebernik, 2026
This edition: © Word Audio Publishing International/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Simon Lilholt
Redakcja: Justyna Kukian
Korekta: Anna Nowak
ISBN 978-91-8076-840-5
Opracowanie e-booka:Marcin Słociński / www.monikaimarcin.com
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Word Audio Publishing International/Gyldendal A/SKlareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.wordaudio.se
Gdy Bóg stawia kościół, obok diabeł stawia kaplicę.
– Martin Luther
Dla Anny, Nicholasa i Christoffera
PROLOG
Klikając „wyślij” i wypuszczając maila z filmem, przekroczył granicę. Niniejszym postawił pierwszy krok na drodze bez powrotu. Jak tamte dzieci, które weszły do szafy i wyszły w baśniowej Narni. Z tym że w tej baśni wyjścia nie było. No i on niespecjalnie przypominał tamte dzieci.
Zdjął maskę hokejową, wytarł ręce z krwi w szorstką bawełnianą szmatę i popatrzył na swoje odbicie w lustrze nad laptopem. Różnicę zauważył natychmiast. Poczuł ją już wcześniej. Z jego wzroku zniknęło wszelkie wahanie. Oraz resztki jego uciążliwego bliźniaka. Lęku.
Wciągnął głęboko powietrze.
W pomieszczeniu unosił się zapach stęchlizny, co jednak nie było nieprzyjemne. To grzejniki elektryczne, którymi ocieplał mały drewniany domek, nadawały mu charakterystyczną woń przywodzącą na myśl bungalow po sezonie. Przestrzeń, która wyczekiwała. Zimowała. Ale właśnie ożyła na nowo. Ostrzegano go, że może zwariować, mieszkając tu na dłuższą metę, ale to nie była prawda. Przeciwnie, miejsce było idealne. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko od wszystkiego. Poza nim nikt tu nie przychodził. Tutaj mógł być sam.
Ze swoim projektem.
Znów spojrzał na laptop. Kursor na ekranie mrugał do niego rytmicznie z pustej skrzynki odbiorczej. Była pusta, bo nowa i nieskalana. Podobnie jak jego projekt. Samo uruchomienie go okazało się zaskakująco proste. Komputer był na tyle tani, że kupił go bez konieczności okazywania dowodu tożsamości, a z telefonem na kartę mógł zacząć właściwie od razu. Skrzynkę mailową założył pod fałszywym imieniem i nazwiskiem, maila, który właśnie wysłał, nie da się z nim w żaden sposób powiązać. Ten brak komplikacji podziałał niemal jak zaproszenie. Ale czy naprawdę to zrobił? Poczuł, jak zwątpienie ponownie próbuje się do niego przedrzeć. Było niczym wiecznie głodny pasożyt pozbawiony żywiciela i przez krótką chwilę nawet pomyślał o tej funkcji w Outlooku, która ponoć pozwalała na cofnięcie wysłanego maila.
Może jeszcze zdąży?
Wtedy jednak usłyszał głosy. Krzyki. Po chwili zagłuszone czymś innym. Odgłosem drewna i metalu. Tarcia. Wagony szarpały konstrukcją bezpośrednio nad jego głową. Robiły to dwa razy na minutę, przez dwanaście godzin bez przerwy i obecnie siedem dni w tygodniu. Ktoś inny na jego miejscu rzeczywiście mógłby oszaleć. Ale on kochał ten dźwięk. Byli tak blisko, ci ludzie tam, na górze, nie widzieli go jednak. Bo on znajdował się w innym świecie.
Jak w tamtej baśni.
Odwrócił się i trącił łokciem mężczyznę, który był tu razem z nim.
– Też tak masz? Że chciałbyś móc zostać tu na zawsze?
Tamten nie odpowiedział.
Ale jego rozpłatane ciało wiszące głową do dołu i nadal ociekające krwią zakołysało się lekko.
CZĘŚĆ 1
1
The Honey Club w dzielnicy Vesterbro, noc z soboty na niedzielę
W filmie Rocking Silver z 1983 roku wokalista Benny usiłuje reaktywować swoją kapelę, poddaje więc próbie gitarzystę Franka, który jest lumpem, takim totalnym, mieszka na ulicy i sprzedaje hot dogi. Ale przede wszystkim Frank jest alkoholikiem. Próba polega więc na tym, że musi przez minutę siedzieć przy otwartej butelce piwa i jej nie tknąć. W przeciwnym razie nie przyjmą go do składu. Frank zdaje test.
Jan właśnie sobie przypomniał tamtą scenę. Czy jemu udałoby się zdać?
Nie miał alkoholu w ustach, odkąd w zeszłym roku wypuścili go z zakładu karnego w Nyborgu. Sztuczka polegała na tym, aby unikać okazji – oraz wszystkiego, co nieuchronnie następowało po tej pierwszej butelce. A bardziej konkretnie, unikać miejsc, których odwiedzanie zawsze kończyło się źle.
Co było o tyle problematyczne, że właśnie znajdował się w barze ze striptizem, do ręki dostał kieliszek Bollingera a jedna z rezydentek przed chwilą położyła mu dłoń na udzie.
– Szuka pan może towarzystwa? – zapytała po angielskusiedząca na stołku barowym kobieta. Miała półdługie kasztanowe włosy opadające na nagie ramiona, duże ciemne oczy jak u sarny i chude ciało z nienaturalnie dużym biustem. Jej pseudonim artystyczny – Bambi – brzmiał bardzo adekwatnie, co w połączeniu ze wschodnioeuropejskim akcentem utwierdziło go w przekonaniu, że znalazł tę właściwą.
Jeszcze raz zmierzył ją wzrokiem. Bambi była piękna i może nawet pozostanie taka do dwudziestych piątych urodzin, w zależności od tego, kiedy z kokainy przerzuci się na heroinę. Chociaż mocno powiększone źrenice na jej młodej twarzy sugerowały, że nastąpi to raczej prędzej niż później.
– Tak, szukam – odparł wreszcie.
Dziewczyna odpowiedziała mu wyuzdanym uśmiechem.
Jan miał na sobie grafitowy garnitur, białą koszulę i czarne buty. Elegancko, ale bez ostentacji. Strój sygnalizujący pewność siebie i tym samym stojący w sprzeczności z narastającym w jego ciele niepokojem. Znów pomyślał o Franku z Rocking Silver. O tym, jaką torturą dla tamtego udręczonego człowieka była ta minuta. Pot z niego spływał, a on oblizywał usta językiem suchym jak wiór. Jan nawet nie zamoczył warg w szampanie, ale był w stanie wyczuć każdą kuszącą nutę zapachową ekskluzywnego trunku, zupełnie jakby pragnienie wyostrzyło mu zmysły.
Pokiwał głową.
– Jest tu może jakieś miejsce, gdzie, moglibyśmy zostać… sami? – ciągnął dalej po angielsku. Głową wskazał na scenę. A dla wtajemniczonych na małe dyskretne drzwi, które znajdowały się za sceną, o czym Jan wiedział.
Bambi zrobiła wielkie oczy i teatralnie uśmiechnęła się, udając zaskoczenie, ale jak na sygnał do startu zsunęła się z krzesła i wzięła go za rękę. Jego pytanie było hasłem w grze, w którą ta dziewczyna grała każdej nocy po zejściu ze sceny.
Poprowadziła go przez na wpół zapełniony klub. Kołysała biodrami i po drodze zmieniała tempo, więc musiał co chwila dreptać albo się zatrzymywać. Jak niesforny dzieciak ciągnięty przez swoją matkę. To również był element gry. Gry wstępnej.
Jan rozglądał się, ale się nie gapił. Klub był niewielki i duszny, z niskim sufitem. Przy Istedgade, wśród knajp i sex-shopów, było takich przybytków kilka i wszystkie wyglądały tak samo. Bar biegnący wzdłuż jednej ściany kusił setkami połyskujących butelek i kieliszków na podświetlanych półkach, a okna na przeciwległej ścianie wychodzące na ulicę były zaciemnione jak w Las Vegas, żeby nie dekoncentrować klienteli stanowiącej mało atrakcyjną mieszankę korpulentnych zagranicznych biznesmenów, ojców rodzin i prowincjonalnych poszukiwaczy przygód, i pomóc jej zapomnieć o czasie i miejscu. W wystroju dominował klasyczny kicz powstały z połączenia czerwonego aksamitu, przyciemnionego żółtego światła i mebli, które zasysały człowieka, gdy na nich siadał, i nie pozwalały mu wstać.
Bambi ciągnęła Jana dalej, rozkołysanym krokiem mijając małe grupki stolików i krzeseł.
Z małej sceny na końcu lokalu płynęły dźwięki Wicked Game Chrisa Isaaka, a naga czarna dziewczyna o wydatnych pośladkach i namiętnym wzroku wiła się wokół metalowej rury. Ludzie przy stolikach wznosili toasty i rozmawiali, ale nikt się nie przekrzykiwał. Mężczyźni, którzy akurat nie oglądali przedstawienia, byli obsługiwani intymnie przez garstkę pięknych młodych kobiet, takich jak Bambi, które szeptały im do spoconych uszu sprośne propozycje, a barmani zapewniali nieprzerwane dostawy butelek i koktajli po kosmicznych cenach. Atmosfera była gęsta, buduarowa i dekadencka, a lokal o nazwie The Honey Club słynął z tego, że można tu z dziewczynami zrobić coś więcej niż tylko się na nie gapić. Wystarczyło znać zasady gry i zapłacić.
Bambi wciągnęła Jana za scenę, gdzie w istocie ukazały się dyskretne wąskie drzwi.
– Tylko musisz być dla mnie dobry. Obiecujesz? – Zawahała się. Kolejny etap gry.
Jan położył dłoń na grubej mosiężnej klamce w kształcie tłustej ryby, ale jej nie nacisnął.
– Słowo harcerza – odparł. Pokazał skrzyżowane palce i uśmiechnął się flirciarsko. Chociaż bynajmniej nie o flirt mu chodziło. Chciał czegoś całkiem innego.
Jakieś 15 minut temu w drzwiach do klubu na przeciwległym końcu lokalu skinął głową postawnemu mężczyźnie o spokojnym, niemal ospałym spojrzeniu. Jan szczerze wierzył, że ten człowiek ma oko na to, co tu się dzieje. Był tu bowiem ktoś jeszcze, kto bez wątpienia wszystko obserwował.
Kiedy szli przez klub, Bambi skinęła sztywno ponuremu typowi siedzącemu samotnie na kanapie w zaciemnionej części klubu od strony ulicy. Jan tylko na ułamek sekundy nawiązał z nim kontakt wzrokowy, ale ten ułamek wystarczył, żeby potwierdzić niewygodną prawdę:
Oficjalnie znalazł się na celowniku.
Bo mężczyzną na kanapie był Bujar Vasilis.
Albańczyk.
2
The Honey Club, chwilę później
Niewiele jest rzeczy, których grupy przestępcze kopenhaskiego półświatka nienawidzą bardziej niż siebie nawzajem. Jedną z nich są nowi konkurenci. A wśród nich szczególne miejsce zajmują gangi bałkańskie. Grozę budził ich profesjonalizm i wyjątkowy cynizm. Udział w wojnie pozwala wykształcić zupełnie wyjątkowe połączenie kompetencji i mentalności. W prawdziwej wojnie. Nie w napadach na szisza-bary, wymuszaniu okupów od kioskarzy albo ostrzelaniu pizzerii. Nie w tanich podróbkach, ale autentycznej wojennej rozwałce. I wśród tych żołnierzy z byłej Jugosławii jeden człowiek wyróżniał się w szczególności.
Bambi zamknęła za sobą drzwi niewielkiej kanciapy i pchnęła Jana na podwójne łóżko.
Drzwi za sceną prowadziły do długiego korytarza z sześcioma parami drzwi z każdej strony. Na końcu korytarza, nad drzwiami numer trzynaście Jan zauważył zardzewiały zielony szyld wskazujący wyjście. Droga ewakuacji. Już wiedział, że z niej skorzysta. Ale dopiero za chwilę. Bo wszystko powinno się odbywać we właściwym czasie, a on już zaczął odliczanie. Jednocześnie jego mózg powoli ogarniała panika i wyświetlał bardzo niepokojące informacje o mężczyźnie z kanapy.
Plotka głosiła, że Albańczyk Bujar Vasilis i jego brat Dominik byli synami sadystycznego rzeźnika z Tirany, dla którego chłodnia i długie noże stanowiły pełnoprawne środki wychowawcze. Bujar, niski ale szeroki jak kafar, miał charakterystyczną niesymetryczną twarz. Brakowało w niej fragmentu policzka i mówiono, że to ojciec odciął mu kawałek ciała, usmażył i po prostu zjadł. To mogła być prawda. Albo jedna z wielu miejskich legend, które szybko się rozprzestrzeniały. Wiadomo było natomiast, że właśnie narzędzia rzeźnickie – tasak, nożyce do drobiu i nóż, do którego z racji rozmiaru bardziej pasowałoby określenie szabla – stały się znakiem rozpoznawczym obu braci. Odcinanie palców u rąk i stóp czy odrąbywanie kończyn, gdy coś szło nie po ich myśli, stanowiło dla nich normalną procedurę, podczas gdy dla ich duńskich kolegów ze stołecznego półświatka, nawet tych najtwardszych, było jednak daniem dość ciężkostrawnym. I paradoksalnie rodziło problemy. Bo cholernie trudno jest eskalować konflikt, gdy ekstremalne środki stały się normą. Ale bracia Vasilis byli niewygodni przede wszystkim dlatego, że nie przestrzegali niepisanych reguł ulicy. W ciągu zaledwie trzech lat ich działalności w Vesterbro dopuścili się zarówno sprzedaży trefnej broni, jak Glocki, Zastawy i AK-47, które dało się bezpośrednio powiązać z niedawno popełnionymi zbrodniami albo napadami w Europie Wschodniej i które miały przykrą tendencję przysparzania nowym właścicielom niemiłych niespodzianek, oraz dilowania „zanieczyszczonym” towarem na skalę masową. Całe worki kokainy składającej się wyłącznie z proszku do pieczenia albo ciętej z taką ilością kreatyny, pokruszonego szkła i środków na odrobaczanie, że klienci wymiotowali i zaczynali trzymać się od tego z daleka. Co potencjalnie mogło doprowadzić do najgorszego: rozważań nad odwykiem. Tak czy inaczej, jedno i drugie stanowiło poważne złamanie zasad. Nawet w półświatku obowiązywał pewien kodeks.
Ale to nie dlatego Jan znajdował się tu, gdzie się znajdował.
Bambi podciągnęła czarną skórzaną mini, usiadła na nim okrakiem, oparła dłonie na jego ramionach i zalotnie zamrugała wielkimi oczami:
– Na co masz ochotę, kolego? – Ocierała się o niego w przód i w tył. – Francuski kosztuje pięćset a pełny dwa razy tyle. Dwa tysiące, jeśli ma być bez gumy.
Bambi i oferta, którą właśnie przedstawiła Janowi, stanowiły wyraz złamania przez braci Vasilis trzeciej bezwzględnej zasady. Handel kobietami z krajów Unii Europejskiej był zakazany. Azjatkami czy Afrykankami można było kupczyć do woli, ale nie obywatelkami UE. Ich zawsze w którymś momencie ktoś zaczynał szukać. A to niedobrze. Dla całej branży.
– Daj mi pomyśleć – odparł, rozglądając się po pomieszczeniu. I grając na zwłokę.
Bo jeszcze było za wcześnie. Powinni spędzić razem trzy minuty, tak powiedzieli.
W pokoju brakowało okien i panował półmrok. Z głośnika ukrytego w suficie jakiś nieokreślony boysband lamentował nad złamanym sercem i tą jedyną. Sufit, podobnie jak ściany i linoleum na podłodze, utrzymano w spokojnych ciemnych barwach. Za to woń wypełniająca ciasną kanciapę była ostra, jak zapach środków czyszczących. Oraz czegoś ludzkiego. Z mebli stało tu tylko łóżko, ale na wieszaku ściennym nad koszem na śmieci wisiała duża rolka papierowych ręczników,, które zaschnięte i pomięte niemal wysypywały się z samego kosza. Ten widok przyprawił Jana o mdłości. Jego dawna wersja bywała w takich miejscach, ale były to jedynie wspomnienia, szczęśliwie rozcieńczone alkoholem i dragami. Paradoksalnie musiał upaść jeszcze niżej, zanim nabrał odpowiedniej perspektywy i odzyskał panowanie nad swoim życiem.
– No, to jak będzie? – Bambi odsunęła Janowi kosmyk włosów z czoła. – Czujesz się skrępowany? – Pochyliła się i wyszeptała mu do ucha: – Jeśli będziesz grzeczny, to będziesz mógł wyruchać Bambi w dupę. – Położyła palec na jego nosie. – Ale tylko tobie na to pozwolę. Chciałbyś?
Patrzyli sobie w oczy z bardzo bliska. Swoją rolę opanowała do perfekcji. Jan nie mógł znieść myśli o tym, ilu facetom powiedziała to samo. Nawet tego jednego wieczora. Zrzucił ją z siebie i pchnął na łóżko.
Bo już było wolno. Policzył do 180. Czyli umówione trzy minuty.
– Nie, nie chciałbym. A ty nie jesteś Bambi. Masz na imię Anna i przyszedłem zabrać cię do domu. Twoi rodzice czekają przy promie w Nordhavnen a tu, na ulicy czeka samochód. Tylko teraz musisz posłuchać uważnie, bo trzeba działać szybko, rozumiesz?
Kobieta patrzyła na niego osłupiała i na oczach Jana przechodziła metamorfozę.
W jednej chwili porzuciła wyuczoną rolę.
Już nie była dziwką i striptizerką.
Na łóżku nagle wyglądała jak dziewczynka.
Pokiwała głową.
3
The Honey Club, zaplecze
Dwudziestodwuletnia Anna Kamińska rok temu przypłynęła do Kopenhagi promem ze Świnoujścia. Raczej nie zamierzała szukać pracy jako ekspedientka w dziale odzieżowym duńskiej sieci domów towarowych Magasin albo kelnerka w którejś z kawiarni na Strøget. Do tej podróży i zrobienia pierwszego kroku w świat nieznany i mroczny przekonała ją wizja zarobków zgoła innego rzędu wielkości. O tym jednak, że trafiła przy tym w łapy Bujara Vasilisa, zdecydował po prostu najczarniejszy pech.
Bracia Vasilis, którzy handlem bronią i narkotykami zapracowali już na swoją jak najgorszą reputację, postanowili wejść w trzecią, bardzo dochodową branżę – handel kobietami. I może nawet udałoby im się całkiem dobrze funkcjonować na tym polu, gdyby nie złamali trzeciej reguły. Tej o Europejkach. Oraz gdyby Bujar na swoje koryto wybrał miejsce inne niż The Honey Club. Bo choć klub rzeczywiście półoficjalnie funkcjonował zarówno jako bar ze striptizem, jak i burdel, to był przede wszystkim miejscem pracy. Kobiety przychodziły tu dobrowolnie, a klub o nie dbał, choć Bujarowi nikt nie śmiał się postawić. Podobno już „zatrudnił” większość pracujących tu dziewczyn. W praktyce oznaczało to, że zabrał im paszporty, pieniądze i zmuszał do zażywania twardych narkotyków. Sporadyczne akty sprzeciwu, czy to ze strony samych dziewczyn, czy ich partnerów, bez mrugnięcia okiem pacyfikowano tasakiem, nożycami do drobiu albo nożem. Wszystko to było tak bardzo wbrew zasadom, że zwyczajnie miarka się przebrała. Nawet w półświatku. I to z kolei doprowadziło do tej przedziwnej współpracy, w ramach której Jan znajdował się o godzinie drugiej w nocy pod drzwiami sekskabiny numer jeden na zapleczu baru ze striptizem, trzymając za rękę półnagą, drżącą kobietę.
– Ruszamy, Anno!
Skradali się korytarzem, Jan ciągnął ją za sobą. W stronę tych drzwi na końcu korytarza. Głupie 12, góra 15 metrów, ale wydawało się, że znacznie więcej. Jakby szli polem minowym. Lampki nad wszystkimi drzwiami paliły się na czerwono, a długi wąski korytarz wypełniała kakofonia smagnięć, jęków i wilgotnych mlasków uderzających o siebie ciał.
Dotarli do celu.
Jan podjął naiwną próbę otwarcia drzwi przeciwpożarowych barkiem, ale okazała się nieskuteczna, więc siłował się teraz z zamkiem. Byli już tak blisko. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, za ułamek sekundy mieli znaleźć się na tylnym dziedzińcu, gdzie czekała taksówka a za kierownicą człowiek olbrzym. Muhammed. Przyjaciel Jana i jego nieoficjalny szofer. Zakumplowali się parę lat temu, kiedy Jan wyjaśnił kilka wątków w sprawie sądowej, która mogła zepchnąć byłego gangstera i zawodnika MMA w cień na 10 lat. Po tamtej historii Muhammad ostatecznie zerwał z półświatkiem. Został taksówkarzem, a w jego kompulsywnie sprzątanej Tesli pachniało jak w klinice dentystycznej, oraz ojcem czeredki dzieci, które wskakiwały na niego, gdy po nocnej zmianie wracał do małego mieszkanka na Amager. Muhammed był jednak, podobnie jak Jan, człowiekiem hybrydą. Stojącym okrakiem w obu obozach. I dlatego to jego poproszono o zwerbowanie Jana Rose do misji odebrania Bujarowi jednej z dziewczyn. Do wynajęcia „Mecenasa Kebaba”. Mówiono, że Jan różnił się od pozostałych. Że wiedział, co się dzieje na ulicy, i znał tam wszystkich. Ale również, że był dziwny. Że brał na siebie sprawy, których inni adwokaci woleli nie tykać. Nawet takie z niepewnym honorarium i ryzykiem nieobjętym polisą adwokacką. Albo w ogóle jakąkolwiek. Jan wiedział o tych pogłoskach, które, pomijając niektóre może ciut podkoloryzowane wątki poboczne, zasadniczo były prawdziwe. W przypadku Bambi także nie wahał się ani chwili, choć argumentu o szczególnym statusie kobiet z Unii Europejskiej akurat nie uwzględniał przy podejmowaniu decyzji.
Kiedy zamek w końcu puścił i Jan ponownie naparł barkiem na ciężkie drzwi, zdążył jeszcze wciągnąć w płuca haust świeżego powietrza z drugiej strony. Na krótką chwilę w szparze między drzwiami a futryną z euforyczną ulgą zobaczył nawet białego elektryka.
Potem jednak wszystko zalało tsunami gówna.
Usłyszał krzyk Anny i dwa szybkie kroki, zanim został wciągnięty z powrotem do środka i rzucony na podłogę. A kiedy drzwi przeciwpożarowe się zamykały, na jego szyi zacisnęła się dłoń wielkości patelni, a pierś przygniótł ciężar, jakby zwalił się na niego koń.
Jan patrzył nieruchomo na mężczyznę z wydrążonym policzkiem, który kolanem i całą masą ciała przygwoździł go do podłogi. Za jego plecami widział nieruchomą Annę. Była w stanie katatonii. Nawet się nie trzęsła.
– Czekaj… znam cię. – W gadzich oczach Albańczyka błysnęło zaskoczenie. – Ty jesteś tym adwokatem, który siedział w więzieniu. – Wypluwał słowa po angielsku z dziwnym płaskim akcentem i nie poruszając żadnym mięśniem w swojej topornej nieforemnej twarzy.
Jan dostrzegł kątem oka, że drzwi ostatniej kabiny były otwarte, i już wiedział, co poszło nie tak. Bujar wyczuł, że coś się święciło i się na nich zaczaił. Może nabrał podejrzeń, bo kiedy Anna ciągnęła go za sobą, Jan nie przypominał napalonego dupka. A może dlatego, że nic nie wypił. A może psychol wciskający mu kolano w pierś rozpoznał nową twarz, kiedy tylko Jan wszedł do środka. Albo kombinacja powyższych. Mężczyźni pokroju Bujara z czasem wykształcają szósty zmysł wykraczający poza logikę. Tak czy inaczej, nie to było najgorsze. Ta próba ucieczki miała być bowiem jedynie wstępem. Do prawdziwego celu Jana.
Poważnie zaszkodzić Albańczykowi.
W pełni więc zasłużył na karę, która teraz zostanie mu wymierzona.
Ciało Jana weszło w stan pogotowia, kiedy Bujar sięgnął pod o wiele za dużą marynarkę i z czarnej płóciennej pochwy wyjął nóż przymocowany do ciała specjalną uprzężą przypominającą kaburę pistoletu.
To był bardzo długi nóż. Szabla.
Jan chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć, potargować się, zaprotestować. Nie zdążył.
Bujar odwrócił ostrze i wbił je. Głęboko.
4
The Honey Club, korytarz między kabinami
Fala mdłości konwulsyjnie wstrząsała ciałem Jana. Ból poczuł dopiero po kilku sekundach. Bujar nadal trzymał kolano na jego piersi, ale zabrał ręce z szyi, żeby móc pochylić głowę. I obejrzeć swoje dzieło.
– Gdzie mój brat?
Jan dyszał. Nóż sterczał pionowo. Wbity w drewnianą podłogę pod nim. Spora część ostrza była jednak niewidoczna, ponieważ znajdowała się w lewym boku jego ciała. Mimo to z pewną ulgą odnotował, że Bujar nie dźgnął go z zamiarem pozbawienia go życia.
I wtedy poczuł ból. Z opóźnieniem. Ale również dlatego, że Bujar zaczął poruszać nożem na boki. Jan patrzył Albańczykowi w oczy, dziwnie błękitne, jak u dziecka. A Anna cały czas stała za nim, nieruchoma jak posąg.
– Gdzie Dominik? Gdzie mój brat? – powtórzył Bujar. – Jeśli mi pomożesz, sprawę z tą dziwką puszczę w niepamięć. Masz moje słowo. – Coś się zmieniło w jego twarzy. Stała się jakby mniej szorstka. I nawet zostawił nóż w spokoju. Co pewnie było jakimś gestem w stronę Jana. Którego z kolei bez uprzedzenia i w absolutnie najmniej odpowiednim momencie zalała fala gniewu. Zresztą nie po raz pierwszy. Kiedy stał przyparty do muru połączenie strachu i paniki czasem rodziło w nim całkiem idiotyczną brawurę.
– O czym ty mówisz, żałosny idioto? Nie wiem, gdzie się szlaja twój zasrany braciszek i na pewno, kurwa, nie będę ci pomagał.
Cisza.
Albańczyk patrzył na niego oniemiały. Jan na jego miejscu pewnie zrobiłby to samo. Ale nie był na jego miejscu, więc mówił dalej:
– Jesteś gnojem jakich mało i mam nadzieję, że twój brat gnije w jakiejś dziurze bez dna, jasne? – Ostatnie słowa Jan wykrzyczał. I tym razem wyzwiska były celowe. Chciał zdezorientować napastnika. Bo tak naprawdę tylko to mu zostało. Mentalnie pogodził się już, że skona na brudnej drewnianej podłodze między 12 kanciapami do ruchania. Ale nagle zbliżył się do nich jakiś duży kształt. Zza pleców Anny. I delikatnie odsunął na bok sparaliżowaną kobietę.
Bujar raptownie się odwrócił, kolanem cały czas dociskając klatkę piersiową Jana. Lecz reakcja Albańczyka i tak była spóźniona. Ostatni wybuch gniewu Jana zagłuszył odgłos kroków i teraz Jan mógł się tylko uśmiechnąć z satysfakcją, kiedy jego wybawca z wprawą chwycił głowę Bujara i roztrzaskał ją sobie na kolanie. Coś chrupnęło i Albańczyk stracił przytomność.
5
Podwórko na tyłach The Honey Club, dziesięć minut później
Podwozie Tesli znacznie się obniżyło, kiedy do bagażnika wrzucono coś dużego i ciężkiego. Siedzący na tylnym siedzeniu Jan nawet się nie odwrócił. Dłonią dociskał rany w swoim boku, tamując krwawienie. Muhammed znalazł w schowku paczkę pieluch Pampers Baby Dry, które całkiem nieźle sprawdzały się jako opatrunek, chociaż Jan nie miał ochoty testować ich skuteczności, skręcając się w talii. Nie miał zresztą najmniejszej ochoty oglądać tego, co się działo z tyłu. W lusterku wstecznym zobaczył tylko, jak Muhammed, zanim wcisnął się za kierownicę Tesli, przybił piątkę z człowiekiem, który przyszedł Janowi z odsieczą. Był to Frank. Bramkarz w The Honey Club. Trzeci uczestnik całej akcji. Twardy gość. Dwie misje w Afganistanie, a wcześniej wieloletnia kariera zawodowego ochroniarza. Lecz nawet on nie odważył się postawić braciom w pojedynkę.
Jan we flashbacku wrócił na korytarz klubu. Frank, zanim podniósł go z podłogi i otworzył drzwi przeciwpożarowe masywnymi butami motocyklowymi, miażdżył twarz nieprzytomnego Albańczyka, wielokrotnie na niego wskakiwał i stawał na nim całym ciężarem swojego ogromnego ciała. Twarz Bujara wyglądała jak sos mięsny. Widać było wyraźnie, że została tam wyładowana cała masa nagromadzonej złości. Dla bramkarza był to wstyd i hańba, że przez tak długi czas nie potrafił dopełniać swojego obowiązku. Chronić pracujących w klubie dziewczyn.
– Nordhavnen? – spytał Muhammed, patrząc na Jana w lusterku wstecznym.
– Mhm. – Jan w odpowiedzi jęknął potwierdzająco i docisnął do ran świeżą pieluchę.
Muhammed zmarszczył brwi, a na jego twarzy malowało się poczucie winy. Jak zawsze miał na sobie ciemne dżinsy z lycrą i czarną koszulkę w rozmiarze XXXL albo większym, która i tak opinała ciasno jego ogromne ciało.
– Strasznie cię przepraszam. Stary, gdybym wiedział, co tam się dzieje, rozwaliłbym autem tę cholerną ścianę!
– Dobra, po prostu jedźmy!
Olbrzym przytaknął ponuro.
Bezgłośnym samochodem powoli wyjechał na Istedgade i włączył się do ożywionego nocnego ruchu na ulicy, która nigdy nie zasypiała. Żaden kot nie zauważył taksówki korporacji Viggo wymykającej się z wąskiego podwórza, do którego wjazdu zabraniał rażący w oczy znak. Ani faktu, że tył samochodu był nienaturalnie obniżony.
Kiedy jechali z Istedgade w stronę dworca głównego, Jan przestał odczuwać pulsujący ból. Muhammed, który odniósł niemało kontuzji w czasie swojej kariery w MMA, poczęstował go kilkoma szybkodziałającymi tabletkami przeciwbólowymi, więc kiedy piętnaście minut później zmierzali wzdłuż jezior w stronę Østerbro i Nordhavnen, Janowi udało się nawet przysnąć.
W głębi duszy wiedział, że powinien się wkurzyć. Wkurzyć jak cholera.
Muhammed z Frankiem wyjaśnili mu, że będzie musiał odczekać w kabinie trzy minuty, zanim wyprowadzi Annę na korytarz. Frank miał wysłać Muhammedowi esemesa, kiedy Jan zniknie w korytarzu za sceną. Potem obaj mieli chwilę zaczekać. Sprawdzić, czy teren jest czysty. Albo czy Albańczyk nie postawił jakichś ludzi przy tylnym wyjściu. Na przykład swojego brata Dominika. To dlatego Jan miał odliczać te trzy minuty. Zamiast od razu rzucać się do drzwi. Obaj, i Muhammed i Frank byli zaskakująco zgodni co do tego planu.
Jan westchnął.
Bo w rzeczywistości chodziło o coś innego. O to, co w tej chwili znajdowało się w schowku. I czego Muhammed nawet nie próbował przed nim ukryć.
Jan miał zaczekać, aż Bujar połknie przynętę. Możliwe nawet, że Frank odegrał rolę podwójnego agenta. Przyśpieszył całą akcję. Może wręcz podszedł do Albańczyka i powiedział mu wprost, że Jan zamierza wykraść tę dziewczynę.
Bez względu na wszystko, Jan był, kurwa, przynętą!
Mimo to nie potrafił wzbudzić w sobie złości o tę podwójną grę. W jakimś sensie wiedział przecież, że to zadanie nie polegało wyłącznie na uratowaniu dziewczyny. Może po prostu wyparł to drugie dno.
Bo tak było wygodniej?
A potem te wszystkie rozważania zwyczajnie zniknęły. Wszystkie wyrzuty sumienia czy co to tam było. Rozpuściły się jak para wodna. Bo poczuł ciepło Anny. Półnagie ciało otuliła jego kurtką i nie była już sztywna ze strachu. Przytuliła się do niego.
I cicho płakała.
Ale były to łzy szczęścia.
6
Dzielnica Vesterbro, Oehlenschlagersgade, dwie godziny później
Muhammed zaparkował przed klatką schodową i wyłączył silnik. Dochodziło wpół do piątej i w wąskiej uliczce między Vesterbrogade a Halmtorvet nie było nikogo. Trwał właśnie ten krótki moment w ciągu doby, kiedy miasto brało głęboki wdech.
Jan wychylił się do przodu i zerknął na trzy podwójne okna na drugim piętrze. Ciemne. Jak pozostałe w tym budynku.
– Jan, serio, masz nie po kolei w głowie. Na pewno nie chcesz, żebym cię zawiózł do domu do Vanløse?
Nie czekając na jego odpowiedź, ten potężny człowiek wziął szmatkę i puszkę sprayu i zaczął czyścić deskę rozdzielczą Tesli, i tak nieskazitelnie czystą. Ruchy Pakistańczyka były nerwowe, a twarz wyrażała lekką desperację. Jan poczuł chwilową satysfakcję. Muhammad cierpiał na manię czystości, a samochód, w którym się znajdowali, był jego oczkiem w głowie.
Tylko pochylając głowę, Jan zdołał stłumić złośliwy uśmieszek.
Piekielnie droga skórzana tapicerka w kolorze Bailey’sa była uwalona krwią.
Ostatnie dwie godziny były emocjonalnie wyczerpujące na wielu poziomach. Anna Kamińska została przywitana przez swoją rodzinę w bramce przed dużym białym promem. W poczekalni, dużej szklanej klatce, panowało przenikliwe zimno, ale miłość, która otuliła dziewczynę, gdy cała rodzina scaliła się na oczach Jana i Muhammeda, płonęła żywym ogniem. Jan nie rozumiał ani słowa po polsku, najwyraźniej jednak zapłakany ojciec za coś córkę przepraszał.
To Jan skontaktował się z rodziną i wprowadził ją w sytuację, a ojciec załamał się już podczas rozmowy telefonicznej. Był rolnikiem prowadzącym wraz z rodziną mikroskopijną hodowlę świń, która nie przynosiła kokosów, wnosząc z pocerowanych, wyświechtanych ubrań, w jakich przyjechali bliscy Anny. I której raczej nie będzie miał komu zostawić w spadku. Młodsza córka, obdarzona taką samą bogatą mimiką, aż piszczała z radości, kiedy zobaczyła siostrę, a Jan nie wyobrażał sobie, żeby którakolwiek z tych dziewcząt znalazła szczęście wśród chmar much i miazmatów świńskich odchodów w oborze gdzieś pod Gdańskiem. Może nawet to stało się zarzewiem wszystkich problemów. Teraz jednak byli tu wszyscy i stanowili jedność. Czasem musi się wydarzyć coś naprawdę złego, żeby człowiek zrozumiał, co jest w życiu ważne. Zanim cała rodzina weszła na pokład promu Unity Line, aby po krótkim przystanku w Ystad bezpiecznie popłynąć do Polski, Jan odmówił przyjęcia koperty z banknotami euro, którą wyciągnął w jego stronę ojciec Anny. Na to jej matka, widząc krew na ubraniu Jana, bez namysłu odpięła naszyjnik i zawiesiła mu go na szyi.
Na Oehlenschlagersgade, siedząc na tylnym siedzeniu samochodu, odnalazł palcami pozłacany krzyżyk na cienkim łańcuszku. Obracając go między kciukiem a palcem wskazującym, niemal się rozpłakał, kiedy sobie przypomniał twarz tamtej kobiety.
Potem pochylił się w przód i raz jeszcze spojrzał na ciemne okna na drugim piętrze. Może to rzeczywiście nie był dobry pomysł?
Muhammed skończył właśnie czyścić lusterko wsteczne i przekierował uwagę na kierownicę obitą ręcznie szytą skórą. W samochodzie między mężczyznami zapanowała naturalna i wyczekiwana pauza.
Jan zmienił pozycję i wyszczerzył zęby. Tabletki, których w tym momencie połknął już sporą garść, przestały działać i z ran czuł silne szarpanie.
To, co nastąpiło po wzruszającym połączeniu się rodziny Kamińskich, to już była całkiem inna historia. Jan wzdrygnął się na wspomnienie tamtej sceny i uczucia metalu, który po raz drugi tej nocy wbił się w jego ciało.
Kiedy wyszli z terminalu promowego, myślał naiwnie, że Muhammed zawiezie go na SOR. Trzeba go było zszyć, nawet jeśli już nie krwawił, a rany należało oczyścić. Tego Muhammad nie kwestionował, lecz kiedy Jan go przywołał, na dużej twarzy mężczyzny pojawiło się coś zdecydowanego i surowego. Coś, z czym Jan absolutnie nie powinien dyskutować. Muhammed należał kiedyś do gangu i tej nocy odwiedził swoje dawne życie. A Jan mu w tym towarzyszył. Łatanie w szpitalu oznaczałoby pytania, które doprowadziłyby do problemów. Dlatego szpital zawsze był ostatecznością. Zarezerwowaną dla sytuacji, z których wychodzi się z własnym ramieniem w reklamówce albo tym podobnych. W przeciwnym razie trzeba było radzić sobie samemu.
Co też Muhammed uczynił.
Jan został zszyty pod latarnią morską na końcu Langeliniekajen na dywaniku modlitewnym, który Pakistańczyk woził w samochodzie. Leżenie wprost na asfalcie było niewskazane, a tylna kanapa z tapicerką Bailey w ogóle nie wchodziła w grę. Za pomocą spirytusu, igły i nitki ten potężny facet łatał rany dłońmi jak bochny z zaskakującym spokojem i wprawą. Jan za to, czując, jak igła raz po raz przebija na wylot jego skórę, miał ochotę wypić resztę tego alkoholu. Widok przyprawiał o mdłości, a ból o obłęd. Mimo to podczas całej operacji coś innego zaczęło mu chodzić po głowie.
I wciąż nie dawało mu spokoju. Nawet teraz.
Przerwał panującą w samochodzie ciszę.
– Muhammed, muszę cię o coś zapytać.
– Co takiego? – Mężczyzna pakował właśnie swój zestaw czyszczący i Tesla pachniała jak sala operacyjna. Z nutką igliwia. Na lusterku wstecznym zawisła nowa choinka Wunderbaum, a w lusterku spotkały się ich spojrzenia. – Bracie, naprawdę chciałbym już wracać do domu. Super byłoby kimnąć się choć na godzinę, zanim dzieciaki zaczną po mnie skakać, rozumiesz?
Jan się uśmiechnął.
Muhammed opowiadał mu, że ich mieszkanie na Amager było wielkości pudełka po butach, marzyli więc z żoną, by znaleźć coś większego. I bliżej centrum. Dlatego oszczędzali na wkład własny. Cel, który był jednak bardzo odległy przy jednej pensji i szóstce dzieci.
– Muhammed, przecież ty wcale nie zamierzasz jechać do domu, żeby spać, prawda? Obaj to wiemy. Kiedy tylko się mnie pozbędziesz, pojedziesz prosto na stację Circle K, kupisz wszystkie środki czystości, jakie tam mają, i do południa będziesz się męczył z tą tapicerką. – Pokazał na zakrwawione siedzenie i podniesionym głosem dodał: – I dobrze ci tak, kurwa! Po tym numerze, jaki mi wycięliście z Frankiem. Ja pierdolę!
Ponury wzrok w lusterku złagodniał.
Muhammad przełknął ślinę.
– Jan. Co chciałeś wiedzieć?
– Bujar Vasilis zapytał, czy mu pomogę – odparł Jan. – On chciał, żebym pomógł mu znaleźć jego młodszego brata Dominika.
– Że co? – Muhammed się odwrócił.
– Czy ten brat również… zniknął? – Jan ruchem głowy pokazał na tył samochodu. Na bagażnik. – Tak jak ten?
– Nie! – Muhammed energicznie zaprzeczył. W jego ciemnych oczach widać było zaskoczenie. Może również tym, że Jan wiedział, jaki wiozą ładunek. Chociaż… serio?
– Wiedziałbyś, gdyby ktoś się go pozbył?
– Na pewno. Takie wieści szybko się rozchodzą po mieście.
Znów zapanowała cisza. Jan odtwarzał w głowie pewną sekwencję wydarzeń. I pewien bardzo określony wyraz twarzy.
Muhammed znów odwrócił się plecami do niego i popatrzył na niego w lusterku.
– Co? – W ułamku sekundy od zmęczenia przeszedł w stan czujności.
– Bujar wyglądał niemal, jakby… się bał?
– Albańczyk? Jan, to psychol jakich mało.
– Pełna zgoda. – Typ miał empatię na poziomie rekina młota. Choć może takie porównanie było niesprawiedliwe wobec rekina. – Ale pomyśl, co by to musiało być. Żeby napędzić stracha komuś takiemu?
Jan widział, że to rozumowanie zrobiło ma Muhammedzie wrażenie. Przez chwilę wydawało się nawet, że tamten nad czymś się zastanawia. Potem jednak pokręcił głową.
– Na dziś wystarczy, dobra? Jestem kompletnie zjebany i muszę jechać. – Włączył silnik i odwrócił się do niego z półuśmiechem. – Zmykaj. – Głową wskazał na wejście do budynku. – I powodzenia. Przyda ci się, bracie!
Jan przytaknął i otworzył drzwi samochodu, ale zaraz ponownie je zamknął. Zarzucił głową do tyłu. W stronę bagażnika.
– Mogę spytać, co się stanie z… tym tam?
Od jakiejś minuty to czuł. Ruchy. I słyszał ciche jęki.
– Nie, nie możesz. – Muhammed milcząco zgromił Jana spojrzeniem. Lodowatym. – Pierdol się! – dodał. W ułamku sekundy przeistoczył się w kogoś innego i świdrował Jana wzrokiem gangstera.
7
Dzielnica Vesterbro, Oehlenschlagersgade
Tesla z elektrycznym szmerem zniknęła na końcu ulicy. Jan podniósł dłoń na pożegnanie, ale Muhammed go zignorował, więc został jak idiota z ręką w górze. Jeszcze chwilę stał przy krawężniku.
Ogarnął go dziwny smutek.
Uważał tego olbrzyma za swojego przyjaciela. Jako pierwszy dowiedział się o jego mrocznej przeszłości. I dokładnie tak ją traktował. Jak przeszłość. Muhammed wyszedł z tego szamba. Teraz był głową rodziny ze stałą pracą i rachunkami do zapłacenia. Przesiedzieli w jego taksówce wiele godzin, rozmawiając o wszystkim, począwszy od Boga i Allaha, a skończywszy na pieniądzach i problemach z kobietami.
Najbardziej jednak czuł się jak głupek. Bo na chwilę zapomniał, że ten facet za kierownicą Tesli miał dwie twarze. Nocne zajścia same w sobie podkreśliły tylko grubymi liniami te jego niemal schizofreniczne cechy.
W ostatnich latach Jan reprezentował mnóstwo mężczyzn i chłopców mających powiązania z gangami. W jednej chwili byli pełni życia i skorzy do wygłupów a sekundę później mieli oczy zimne i martwe. To oczywiście był kamuflaż. Mechanizm obronny. Konieczny rekwizyt w nierzadko surowym środowisku. Widywał jednak również martwe i nienawistne spojrzenia, które wcale maskami nie były.
W końcu ruszył w stronę klatki schodowej. Poczłapał do domofonu i odnalazł właściwy numer. Wziął głęboki wdech i już miał wcisnąć guzik, kiedy znowu usłyszał charakterystyczny szmer samochodu elektrycznego.
Obejrzał się za siebie. Muhammed.
– Hej, kurde, zapomniałem o tym! – Jechał ulicą na wstecznym z tą samą szaloną prędkością, z jaką z niej odjechał. Do jego brązowych oczu wrócił ciepły blask, a jego łokieć nonszalancko wystawał na zewnątrz, jakby był środek lata.
– Co to jest?
Jan wziął od niego brązową papierową torbę.
– Pięćdziesiąt kafli. Prosto do kieszeni.
– Co?
– No, twoja dola za robotę. Całość wyniosła sto pięćdziesiąt, więc dzielimy się oczywiście po równo. Frank już swoją dostał. – Kciukiem pokazał do tyłu.
Jan zwrócił mu torbę bez otwierania. Oniemiały i wściekły.
– Muhammed, nie chcę, kurwa, żadnych pieniędzy. Pojebało cię?! – Cała sprawa od początku była śliska. Albańczyk był brutalnym zwyrolem, który zasłużył na najgorsze męki piekielne. Ale gdyby przyjął te pieniądze, sytuacja stałaby się dla niego całkiem nie do zniesienia. – Wziąłem w tym udział po to, żeby pomóc dziewczynie. Nie jestem, kurwa, płatnym mordercą. – Palcem wskazał na bagażnik. – To, co tam wieziesz, nie ma ze mną nic wspólnego. Mam nadzieję, że o tym pamiętasz?
Pakistańczyk nie przyjął od niego torby, więc Jan przez okno rzucił mu ją na kolana.
– Muhammed, zatrzymaj je. Na wasze mieszkanie. Ja ich nie chcę, jasne?
Mężczyzna wziął torbę do ręki. Przez chwilę nic nie mówił. Wyglądał, jakby się namyślał. Po czym jego potężna klatka piersiowa uniosła się i opadła w głębokim westchnieniu.
Ponownie wysunął torbę przez okno. Z miną nieznoszącą sprzeciwu.
– Tak się nie robi. Musisz je wziąć. Nie możesz mi ich podarować i dobrze o tym wiesz.
Noc była zimna, a oni toczyli milczący pojedynek na spojrzenia. W końcu Jan niechętnie wziął od niego kopertę. Ponieważ Muhammed miał rację.
Istniały dwa scenariusze tego, co by się stało, gdyby się rozniosło, że Jan nie dostał swojej działki. W wersji łagodnej, choć wciąż niemożliwej do przełknięcia, Muhammed zacząłby być traktowany jak dziwka Jana. Uznano by, że znajduje się na liście płac adwokata. A przecież każdy pieniądz ma swoją cenę. W wersji na ostro Muhammed stałby się człowiekiem niehonorowym, który po prostu przywłaszczył sobie pieniądze Jana. Wersja trzecia, w której Jan z pobudek etycznych odmówił przyjęcia swojej działki, nie istniała.
– Kurwa. – Jan, kręcąc głową, schował kopertę do wewnętrznej kieszeni kurtki. – W jakie gówno mnie wplątałeś, co?
Muhammed tylko skinął potakująco i zanim podniósł szybę, rzucił:
– Jan, zrobiliśmy dziś dobry uczynek. Tego się trzymaj, jasne? I przestań jojczyć. Widzimy się jutro, bracie. Hasta la vista!
Tesla ponownie zniknęła na końcu ulicy.
Jan pokręcił głową i wrócił do drzwi. Tym razem się nie wahał. Nie miał siły dłużej tego roztrząsać. Rozmyślania zostawi sobie na jutro. Wtedy będzie też musiał wykombinować, co zrobić z tymi pieniędzmi.
Wcisnął guzik domofonu.
To był szalony wieczór i szalona noc.
Jednak to, w co właśnie się pakował, było już czystym obłędem,
Jednocześnie w tych ostatnich chwilach, zanim w głośniku odezwał się zachrypnięty głos i drzwi zostały otwarte, do jego świadomości przebiło się coś jeszcze.
Znów pomyślał o Albańczyku.
O jego surowej twarzy.
I zalęknionych oczach.
8
Wyspa Amager, godzina szósta tego samego dnia
Flemming nie przepadał za alkoholem. Wina jakoś nie nauczył się lubić, a kiedy ktoś stawiał przed nim duże piwo, zwykle udawało mu się wypić najwyżej połowę. Nie lubił też przebywać w towarzystwie pijanych ludzi. Jako policjant z Vesterbro z czterdziestoletnim stażem sporo się naoglądał nieszczęść, do których doprowadziło pijaństwo. Więc po prostu nie lubił tego syfu i już. Z tego też powodu nad wyraz rzadko zdarzało mu się samemu być pijanym.
Tak, jak w tej chwili.
Wychylił się na bok i powoli odstawił pustą butelkę po akwawicie na dywan obok fotela. Po czym równie wolno się wyprostował. Flemming starał się ograniczyć ruch, ale stary fotel i tak zaskrzypiał. Temperamentna i przewrażliwiona sąsiadka z dołu, wdowa Else przy każdej najmniejszej okazji pędziła na górę i waliła w jego drzwi.
Spojrzał na zegar na baterię wiszący na ścianie nad telewizorem. Brązowawa tarcza w miętowozielonej ramce. Kupiony w domu towarowym Daels Varehus przy Nørregade pół życia temu. Dziś pewnie wpadał w kategorię retro. Podobnie jak wszystko w tym mieszkaniu.
Była szósta rano.
Od kilku godzin tkwił w letargu, ale to nie przypadek, że jego ciało zaczynało się budzić akurat teraz. W normalnych okolicznościach właśnie obudziłby się sam z siebie, przerzucił stare nogi przez ramę łóżka, wsunął stopy w kapcie i poczłapał do kuchni, żeby nastawić grzanki i zagotować wodę na kawę. Może puściłby sobie muzykę klasyczną na P2 i przeglądając lokalną gazetę, obudziłby się do końca. I normalnie czułby się całkiem wypoczęty. Bo Flemming dobrze sypiał.
Tej nocy jednak nie zmrużył oka. Po tym, jak obejrzał film przysłany na jego skrzynkę mailową wczoraj o godzinie 21.00, wiedział, że nie zaśnie. Zaraz potem pomyślał o butelce akwawity w głębi szafki nad lodówką.
Rozejrzał się po przestronnym dwupokojowym mieszkaniu. Zatrzymał wzrok na otwartych drzwiach do kuchni. Następnie przesunął nim po sobie i wyświechtanym fotelu, w którym tak lubił się zanurzyć, czytając kryminały albo oglądając stare filmy walki. Wędrował spojrzeniem dalej, po dywanie, mijając stolik kawowy, wypchany po brzegi regał z książkami, ramki ze zdjęciami jego i Agnes z wycieczki w góry Harz i nad jezioro Garda oraz zdjęcie ślubne zrobione przed kościołem Sundby i dalej, do sypialni. Z fotela w salonie widział tylko maleńki skrawek podwójnego łóżka, w którym nadal zajmował wyłącznie prawą stronę. Szafy i komody nie było stąd widać. Ale biurko znajdujące się w przeciwległym końcu mieszkania już tak. I stojący na nim komputer.
Flemming przełknął ślinę.
Uwielbiał swoje mieszkanie. Wszystko tu jakby w którymś momencie zatrzymało się w rozwoju. Można wręcz powiedzieć, że stało się rodzajem mauzoleum ku pamięci Agnes. Te wszystkie zdjęcia kobiety nieżyjącej już od niemal trzydziestu lat świadczyły pewnie o tym, że to on nigdy nie ruszył z miejsca.
Znów przełknął ślinę.
Pomyślał o butelce.
Żałował, że była pusta.
Bo w miarę, jak z ekranu komputera sączyły się dźwięki i obrazy, mieszkanie się przeistoczyło. W coś, co przypominało o miejscu zbrodni.
Wziął głęboki wdech. Potem energicznie potrząsnął głową, w której właśnie zakotwiczał się potężny ból wywołany akwawitą.
Musiał wziąć się w garść. Podjąć jakieś kroki. To, co zobaczył, było nie tylko przerażające. Było również odrażającą zbrodnią. Więc nie może, do cholery, pozwolić sobie dłużej na bezczynne siedzenie!
Pokiwał głową. I jeszcze raz.
Do roboty. Trzeba wstać, wziąć długi prysznic. Koniecznie przepłukać usta płynem i porządnie wyszorować zęby. Będzie źle, jeśli ktoś wyczuje od niego alkohol. I musi się napić kawy. Bardzo dużo kawy.
Zacisnął dłonie na podłokietnikach i już miał się odepchnąć, kiedy ponownie zapadł się w siedzisko. Dwa pytania, nad którymi rozmyślał całą noc, nie pozwalały mu się ruszyć.
Po pierwsze: maila z filmem nie wysłano na adres któregoś z okręgów policyjnych, których dane kontaktowe były dostępne w sieci. Ani do wszystkich na raz, jak to się nierzadko zdarzało, gdy jakiś błądzący nieszczęśnik uważał, że zobaczył UFO w Valby albo inny domagał się stanowczej reakcji, bo ktoś nie posprzątał po swoim psie. Nie wysłano go również na adres mailowy jego macierzystego posterunku, komendy City, także publicznie dostępnego.
Wysłano go bezpośrednio do Flemminga.
Dlaczego?
To jednak samo w sobie nie wywołało w nim szoku. Woda dotrze wszędzie i najróżniejsze świry również. Nie można było wykluczyć, że gdzieś tam w sieci zawieruszył się jego adres na hotmailu. Niedawno został prezesem klubu darta w Amager, na którego stronie znajdowały się różne dane kontaktowe. Może jego e-mail też tam był?
Nie, tym, co powaliło go na łopatki, było to drugie.
Coś, czego nie dało się wyjaśnić przypadkową zbieżnością czy innym neutralnym argumentem.
Słowa.
Te, które padły pod sam koniec.
Tego odrażającego nagrania.
9
Dzielnica Vesterbro, Oehlenschlagersgade, w tym samym czasie
Sandra wyłączyła telefon. Budzik z przeszywającym mózg pikaniem uruchomił się jak zawsze o szóstej, ale nie zdążył się w pełni rozkręcić. Bo już nie spała. Nie spała, odkąd półtorej godziny wcześniej ktoś zadzwonił do jej drzwi.
Usiadła na łóżku.
Niebo nad dachami po drugiej stronie ulicy wciąż było ciemne, a światło latarni ulicznych jaskrawożółte. Gdzieś na Vesterbrogade wyła syrena, nakładając się na odgłos silników samochodowych i innych dźwięków ulicy. Ta kombinacja stanowiła scenografię dla nowego dnia. Sandra zwykle budziła się z pewnym niepokojem w żołądku. Niekoniecznie chodziło o jakieś nieprzyjemne rozedrganie. Bardziej poczucie, że musi natychmiast wstać i działać. Że czeka na nią coś, co absolutnie nie może jej umknąć. I rzeczywiście zwykle kilka sekund po przebudzeniu krzątała się po mieszkaniu, parząc kawę, szykując śniadanie, nakładając makijaż i ogólnie sprawiając wrażenie ogromnie zajętej.
Ale nie dziś.
Duży trzypokojowy lokal z jasną dębową podłogą, francuskim balkonem od ulicy i wanną Sandra przejęła po swojej matce, kiedy ją, pokonaną przez alkohol przeniesiono do mieszkania wspieranego. Umowa najmu była bezterminowa, a czynsz zamrożony. Każdy, kto się sprowadzał do stolicy, dałby się pokroić za takie warunki.
Teraz wzrok Sandry powędrował z sypialni do dwóch przechodnich pokoi, w których również królował minimalizm graniczący z pustką. Całkiem inaczej niż w czasach jej dzieciństwa, kiedy wszystko tu się lepiło, brzęczało i cuchnęło, gdy jej matka, rozczarowana i oszukana przez życie, zdawała się świadomie dążyć do unicestwienia. Obecnie w mieszkaniu panował niemal dotkliwy porządek, a wystrój stanowiły nieliczne, ale super ekskluzywne przedmioty, na które Sandra po kolei odkładała pieniądze. W salonie stół w kształcie elipsy z krzesłami typu „mrówka”. W pracowni stół kreślarski z krzesłem Vitra, w całym mieszkaniu lampy Georga Jensena i wreszcie klejnot koronny: niedorzecznie drogi fotel Eames Loungechair z orzecha i czarnej skóry z podnóżkiem w rogu sypialni, na którym w tej chwili zatrzymała zamyślony wzrok.
Sandra miała 35 lat i była bezdzietną singielką. Oraz nie była idiotką. Doskonale rozumiała, że klinicznie czyste mieszkanie wypełnione drogimi przedmiotami miało jej coś zrekompensować. Ta przestrzeń była pod jej całkowitą kontrolą, czymś pewnym i stałym w świecie i życiu, jej azylem. Ale również oszustwem. Bo niby każdego ranka robiła tysiąc rzeczy na raz? Jako osoba nieukorzeniona, a przy tym chronicznie samotna stale za czymś goniła. Bez względu na to, jak bardzo starała się to ukryć. To dlatego co rano w pośpiechu uciekała z tego mieszkania. Bo cisza i bezduszna sterylność pustej przestrzeni były dla niej nie do zniesienia.
Z wyjątkiem dzisiejszego poranka.
Zegar w iPhonie wskazywał godzinę 6.15. Normalnie byłaby już po prysznicu, po pierwszej kawie i wiedziałaby, którą z 14 niemal identycznych par niebieskich dżinsów dziś założy. Może nawet zdążyłaby wyjąć służbowego Hecklera & Kocha z szafki na broń ukrytej w szafie za spodniami i schować do kabury przy pasku.
Ale nie dziś. Nie tego ranka.
Uśmiechnęła się w półmroku i spojrzała na śpiącego obok mężczyznę. Meteoryt w jej życiu.
Jana Rose.
10
Dzielnica Vesterbro, Oehlenschlagersgade
Sandra ani razu nie odwiedziła Jana, kiedy odsiadywał wyrok w zakładzie karnym w Nyborgu. Odegrał jedną z głównych ról w groźnym chaosie, jaki się rozpętał podczas parady równości w Kopenhadze na przestrzeni dwóch upalnych i bardzo intensywnych dni w czerwcu zeszłego roku. W tamtym czasie Jan, obdarzony niemal holistyczną zdolnością zasysania problemów z otoczenia, zdołał uwikłać się w historię zmarłego handlarza ludźmi i terrorysty poszukiwanego międzynarodowym listem gończym. Oraz wzniecić rozległy pożar w więzieniu Vestre. Absolutnie nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wyjdzie na wolność.
Dopóki się nie okazało, że był niewinny. Całkowicie.
Media tygodniami grzały temat, a wyjątkowo bolesne dla duńskiego wymiaru sprawiedliwości określenie „pomyłka sądowa” krzyczało z pierwszych stron gazet i nagłówków. Bliższe szczegóły letniego chaosu, w którym również brała udział, nie były Sandrze znane, ale sama przed sobą już wcześniej uznała Jana za niewinnego. Wiedziała, że miał mocno nietradycyjne podejście do moralności, a na dodatek zadawał się z typami, których najchętniej przymknęłaby prewencyjnie. Ale to, o co go oskarżono, zwyczajnie do niego nie pasowało. Mimo to nie odwiedziła go ani razu. Teraz miała z tego powodu szczere wyrzuty sumienia. Bo to nie tak, że Jan, niczym stoicki bohater filmowy, wspaniałomyślnie mając na uwadze wyłącznie jej dobro, poprosił, aby trzymała się od niego z daleka. Przeciwnie, ucieszyłby się na jej widok, a nawet byłby zachwycony. Miał dość intensywną osobowość i już w ósmej klasie wyznał jej miłość. Mimo to nie zdecydowała się na widzenie. Może dlatego, że uznała go za nierokującego? A może powstrzymywała ją desperacja, wiek i egoizm?
Dlatego też poczucie winy jeszcze się zwielokrotniło, kiedy Jan przed trzema miesiącami został uniewinniony. Oczyszczony z wszystkich zarzutów. I jeszcze oficjalnie przeproszony przez ministra sprawiedliwości. W tamtym momencie nie miała śmiałości się z nim kontaktować. Jan był niewinny, a ona nie zrobiła nic, żeby mu pomóc. Zamiast niej wspierało go to jego szemrane towarzystwo i ci sami wyjęci spod prawa ludzie pomogli mu wyjść.
Spał w bokserkach. Sandra delikatnie starła krew z jego ciała mokrą szmatką, a on pomrukiwał cicho, leżąc twarzą do niej na zdrowym boku. Na tułowiu nie miał grama tłuszczu, a zarysowane mięśnie kurczyły się przy każdym dotknięciu ran. Ale nie obudził się. Jego piękna twarz pozostała spokojna. Ciało i mózg pilnie potrzebowały wytchnienia. Chociaż nie tylko tego. Ktoś powinien się nim zaopiekować. Dlatego już postanowiła. Powie w pracy, że jest chora, mimo że nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Bo tym „ktosiem” była ona, do diabła! Była mu to winna. Nawet jeśli wciąż nie wyszła z szoku.
Westchnęła ciężko, gdy o tym pomyślała, i w ciemności pokręciła głową.
Zadzwonił domofonem o wpół do piątej, a jego widok chwilę później wywołał w niej mieszane uczucia. Odrobinę irytacji z powodu nieludzkiej pory szybko zastąpiła radość z ponownego spotkania. Ulga po nagromadzonych wyrzutach sumienia. A na koniec szok, gdy rozsunął poły kurtki i pokazał jej rany i świeże szwy. Zdążył jej jeszcze pokrótce wyjaśnić, że uratował jakąś Polkę z łap psychopaty Bujara Vasilisa i zaraz odpłynął. Pozwoliła mu na to, chociaż miała mnóstwo pytań.
Teraz jęknął cicho i przewrócił się na plecy. Kosmyk gęstych brązowych włosów opadł mu na oko. Odsunęła go i pogłaskała Jana po policzku.
Dopiero teraz zwróciła uwagę na własny wygląd. Była w samych majtkach, a zanim otworzyła mu drzwi, zdążyła tylko narzucić na siebie starą koszulkę. Czuła ciepło jego ciała, które jakby się w niej… umościło. Kiedy tak leżeli obok siebie, byli jak każda inna para. Mucha na ścianie nie pomyślałaby, że było inaczej. Pomijając oczywiście rany kłute i zakrwawioną pościel.
Westchnęła i z uśmiechem spojrzała na swój fotel Eamesa, gdzie leżały brudne ciuchy Jana, a jej zupełnie to nie przeszkadzało. Postanowiła nawet, że mu je wypierze. Skoro i tak nie idzie dziś do pracy. „Pani domu” Sandra Wagner. Serio? Zaśmiałaby się na głos, gdyby mogła.
Po cichu wstała, zebrała ubranie i poszła do kuchni, gdzie stała pralko-suszarka. Ta przedziwna sytuacja nawet ją bawiła, ale kiedy chwilę później segregowała ciuchy, z kieszeni jego kurtki wypadła papierowa torba, uderzyła w kant stołu i wylądowała na kuchennej podłodze w szachownicę.
Sandra patrzyła osłupiała.
Na brązową papierową torbę.
Której zawartość rozsypała się u jej stóp.
Banknoty. W dużej ilości.
Najpierw poczuła rozczarowanie.
A potem przyszła złość.
Kwadrans później wyszła z mieszkania.
11
Dzielnica Østerbro, tego samego ranka
Dla komendanta stołecznego policji Martina Holma ten dzień nie mógł zacząć się lepiej. Znajdował się w mieszkaniu na piątym piętrze w dzielnicy Østerbro, a dziewczyna w jego ramionach spała jak kamień. Była młodsza, niż Holm by sobie tego życzył, ale piękna jak sen torreadora. Miała na imię Carmen i odkąd ulokował ją tutaj na poddaszu, obiecała, że nie będzie przyjmować innych klientów poza nim. Holm zdecydowanie nie planował zakochać się w eskorcie, tak po prostu wyszło. Nagle poczuł w sobie witalność osiemnastolatka i był szczęśliwy.
Po 35 latach małżeństwa postanowili z Jytte się rozwieść. Była to ich wspólna, dojrzała decyzja podjęta przy lampce wina w kuchni ich willi w Hellerup. Bez dramatów. Ich drogi zwyczajnie się rozeszły. Delikatnie mówiąc. Jytte w jesieni życia czerpała coraz większą radość z podlewania jakichś siedmiuset roślin rozstawionych po całym domu. Chodziła na jogę, malarstwo olejne i uwielbiała długie spacery po plaży z ich zidiociałym chartem Herbertem, z którym zaczęła również odbywać długie rozmowy. Jej zdawało się to nie przeszkadzać, ale mogło zapowiadać jakieś psychiczne niedomagania, których finału on sam nie miał ochoty oglądać. Poza tym po wyprowadzce dzieci Jytte coraz bardziej się od niego oddalała i z czasem zupełnie straciła nim zainteresowanie. I jeśli nie było to główną przyczyną, to w każdym razie przyczyniło się do tego, że Holm z kolei w swojej jesieni życia zajął się czymś zgoła innym, i jeśli nie pracował jak koń, to ruchał jak królik.
W jakimś sensie było to okropne. Być cały czas tak cholernie napalonym. Zupełnie, jakby całe jego dotychczasowe porządne życie zawodowe i osobiste trzymała w ryzach jakaś tama, która w końcu pękła. Na podłodze wokół łóżka leżało co najmniej pięć zużytych kondomów. Carmen spała nago z nogą przerzuconą przez jego ciało. Czuł zapach jej cipki i uśmiechnął się do siebie, kiedy jego kutas zaczął dosłownie wrastać w jej otwór. Ja ta fasolka z bajki.
– Bastardo!
Carmen się obudziła, czule klepnęła go w policzek i zsunęła się w dół, nadziewając się na niego. W tym momencie z jego leżącego na nocnej szafce telefonu rozległ się specjalny sygnał.
I rozpętało się piekło.
Dwie minuty i przerwany stosunek później Holm znajdował się w mikroskopijnej łazience Carmen. W swoim telefonie przypisał kluczowym osobom z korpusu specjalne dzwonki, które sygnalizowały, kto dzwoni albo pisze. Natomiast wiadomości od ludzi, których uznał za nieistotnych, przychodziły bezgłośnie. Flemming Jørgensen należał do tej pierwszej grupy. A mail od szefa komendy City o godzinie wpół do siódmej w niedzielę mógł oznaczać tylko problemy. I to poważne. Oraz pilne. Gdy zaś obejrzał film, który Flemming przysłał w załączniku, mógł się tylko cieszyć, że akurat siedział na klozecie. Bo kiedy z dużą gwałtownością opróżniał kiszkę z wczorajszej paelli i szampana, na swoim telefonie oglądał najbardziej odrażającą scenę, jaką kiedykolwiek widział.
Holm wychował się na wsi w Zelandii Południowej i procedura była mu dobrze znana. Kiedy się zabija krowę, najpierw się ją ogłusza. Zwykle specjalnym pistoletem. Potem wiesza się ją na łańcuchu. Głową w dół. Następnie przystępuje się do zarzynania. Pionowym cięciem długiego cienkiego noża otwiera się brzuch, z którego wypadają wnętrzności. Następnie trzeba przepiłować mostek, żeby całkiem otworzyć ciało, a na koniec tuszę przecina się na plecach wzdłuż kręgosłupa, uzyskując dwie połówki do dalszej obróbki.
Holm zasłonił usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Bo dokładnie to oglądał przez ostatnie półtorej minuty. Ubój przemysłowy. Sprawnie i profesjonalnie przeprowadzony.
Z dwoma istotnymi różnicami:
Pominięto etap ogłuszenia. Wrzaski, odgłosy haków wbijanych w ciało i piłowania, wilgotne mlaśnięcia krwi i wnętrzności wpadających do dużej wanny wyłożonej plandeką rozbrzmiały w łazience Carmen tak realistycznie, jakby Holm sam znajdował się w środku tej rzezi.
I wyjątek numer dwa:
Części ciała, które na koniec dyndały z sufitu na dwóch osobnych hakach, nie należały do krowy.
12
Miasto Klampenborg, godzina siódma tego samego ranka
Kolarstwo należało do tych nielicznych rzeczy w życiu Flemminga, które zdecydowanie nie były retro. To zajęcie w krótkim czasie znacząco poprawiło mu jakość życia. Nigdy tak naprawdę nie uległ rowerowej histerii każącej z dnia na dzień całym rzeszom dorosłych mężczyzn przyoblekać się w jaskrawą lycrę i aerodynamiczne kaski, i ruszać na ulice niczym armia bojowo nastawionych przybyszów z kosmosu. Prawdę mówiąc, sam często miał ochotę wsunąć policyjną pałkę w szprychy któregoś z tych maniaków gnających zarówno po mieście jak i poza miastem szybciej niż samochody. Arogancja niektórych dorównywała ich głupocie.
Teraz sam śmignął wzdłuż Strandvejen, minął teatr Bellevue i skręcił w lewo w Peter Lieps Vej. Przejechał czerwoną bramę i już był w lesie. Droga z domu do Klampenborga zajęła mu jakieś pół godziny i znacznie poprawiła nastrój. Rower, rasowy Trek Marlin 7, Blue Navysprezentował sobie dwa miesiące temu na 63. urodziny. Wydał na tę bestię niemal 7000 koron i nieco go zaskoczyła informacja, że to dobra maszyna „z tych tańszych”. Gość w sklepie rowerowym, protekcjonalny szczeniak bez grama tłuszczu i z puchem na brodzie, nie krył rozbawienia, widząc osłupiałą minę Flemminga na widok modeli, które sprzedają się najlepiej. To tylko utwierdziło policjanta w przekonaniu, że zrobił się stary.
Fakt, z którym po prostu będzie musiał się pogodzić. Choć nie miał pojęcia, jak do tego doszło i dlaczego tak szybko. Oraz był zmęczony. Stresująca i kompletnie nieprzewidywalna praca szefa komendy City, gdzie szaleństwo było stanem chronicznym, a nieprzewidziane sytuacje zdarzały się codziennie, wymagała ciągłej czujności i gotowości do natychmiastowego gaszenia pożarów. To mocno się na nim odbiło. To, i może również fakt, że nie miał w domu nikogo, kto by się o niego choć trochę zatroszczył. Mówi się przecież, że żonaci żyją dłużej. Tak czy inaczej, czy to praca, czy stan cywilny wyraźnie się na nim odbiły.
Ale on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa, do diabła!
Zredukował bieg i nadal jechał szybko asfaltową leśną alejką. Otaczające go zapachy i prędkość działały uzdrawiająco, zwinnie uchylił się przed dużą gałęzią dębu, która się zaczaiła na przechodniów. Liście omiotły jego czarny kask, jakby szeptały, że następnym razem go dorwą.
Letni chaos, kiedy Flemming z narażeniem życia przyczynił się do uratowania pewnej bardzo szczególnej grupy kobiet, które wpadły w łapska cynicznego handlarza ludźmi, jasno mu uświadomił, że gdy przychodzi co do czego, wciąż nie brakuje mu ani kompetencji, ani ochoty, żeby zmieniać świat. A lśniący niebieski rumak, którego właśnie dosiadał, był częścią planu, jaki powziął krótko po tamtym olśnieniu.
Zacząć się ruszać. Jeśli ciało przestanie działać, to pozamiatane a on ma jeszcze sporo do zaoferowania, zanim go zakopią na cmentarzu w Bispebjergu obok Agnes.
Ostatni odcinek pokonał bez pedałowania. Wokół wszystko zieleniło się i tryskało życiem. Już prawie słychać było okrzyki świętujących maturzystów. Wiosna wrzuciła najwyższy bieg, a on gnał lasem aż lśniącym witalnością i radością. I to mu się jakoś udzielało, mimo że w sercu miał mrok.
Ba, nawet lekko się uśmiechnął, kiedy przypiął rower do ławki przy wejściu i udał się w pewne szczególne miejsce w środku lasu, pełne całkiem wyjątkowych dźwięków i zapachów.
Park rozrywki Dyrehavsbakken.
13
Miasto Klampenborg, Dyrehavsbakken
Flemming minął teatr rewiowy Cirkusrevyen i szedł dalej alejką po lewej między torem wyścigowym a kolejką Safari. Było wpół do ósmej rano, do otwarcia atrakcji i straganów zostały ponad trzy godziny, ale to bynajmniej nie oznaczało, że miejsce jest martwe. Za opuszczonymi roletami trwała krzątanina, tam i z powrotem jeździły samochody dostawcze, stukano i pukano, a w powietrzu już unosił się zapach słodkich i słonych przekąsek, którymi w miejscu takim jak to można się było objeść w opór. Ten najstarszy park rozrywki na świecie, rówieśnik Stanów Zjednoczonych, otworzył się na kolejny sezon zaledwie dwa tygodnie temu, a już ustanowił rekord odwiedzin.
Kiedy Flemming mijał po lewej kolejkę górską, zatrzymał się i odwrócił. Z szerokim uśmiechem przyjrzał się olbrzymiej drewnianej konstrukcji wypełniającej większość jego horyzontu. Niewiele dziewięćdziesięciolatek mogło się poszczycić taką popularnością. Albo krzepą.
Flemming zmrużył oczy i cofnął się parę kroków. Widział to miejsce, najwyższy punkt kolejki na jej przeciwległym krańcu od zachodu. Dwadzieścia dwa metry nad ziemią. Nazwano ten zjazd Piekielną Czeluścią. Po jego pokonaniu, na wschodnim krańcu kolejki, gdzie stał w tej chwili, wagoniki osiągały prędkość do stu kilometrów na godzinę. Tak czytał. Może nawet kiedyś skusi się na przejażdżkę.
Tak, na pewno, pomyślał, i pokręcił głową, zanim ruszył dalej.
Kiedy chwilę później szedł w górę do placu z autodromem jego wzrok zatrzymał się na fasadzie Bakkens Hvile i namalowanych na niej portretach występujących w przybytku tancerek i pieśniarek. Kobiet wyzywających, frywolnych i ubranych tak, że przychodzący tu mężczyźni zapominali o własnych żonach. W lokalu zawsze panował półmrok, repertuar był sprośny, a panie bezpruderyjne. Przybytek stanowił więc esencję tego, co ojciec Flemminga nazwałby „jaskinią zepsucia” albo „gniazdem zgnilizny”, nawiązując przy okazji do jakiegoś wersetu z Biblii albo psalmu. Ojciec co prawda umarł wiele lat temu, a Flemming ani trochę za nim nie tęsknił, jednak miejsca takie jak to zawsze uchylały wieko skrzyni ze wspomnieniami.
Ojciec żył jak mnich, a był protestanckim kaznodzieją i sadystycznym bydlakiem. Swoich wiernych karcił tak, jak karcił żonę i dwójkę dzieci, Flemminga i jego starszą siostrę Katrine. Preben, bo nosił przy tym archetypicznie mieszczańskie imię człowieka urodzonego do celów wyższych, nie posiadał żadnego formalnie uznawanego wykształcenia i nikt by go nie wpuścił na ambonę zwykłego kościoła państwowego. Początkowo był mechanikiem i swego czasu zarobił mnóstwo pieniędzy. Kupił za nie niewielki prom i przez kilka lat kursował między Snekkersten Havn a Helsingborgiem, wożąc emerytów, czerwone parówki, papierosy i wódkę. Przerastały go jednak sprawy związane z podatkami i VAT-em, i ostatecznie zbankrutował. Ta porażka okazała się równią pochyłą, która przez uzależnienie od narkotyków i szukanie alternatywnych źródeł dochodu zaprowadziła go prosto do więzienia Vestre. Spędził tam dwa lata, ale wszystko to zdążył dawno zostawić za sobą, kiedy urodzili się Flemming i Katrine. Bo w więzieniu najwyraźniej doznał jakiegoś rodzaju przemiany. Albo przebudzenia. Preben został członkiem grupy czytającej Biblię, żeby uzyskać obniżenie wyroku, ale przy okazji dopadł go Jezus. Flemming znał na pamięć tę historię, którą ojciec z ogromnym powodzeniem podpierał się przez całe życie. W kręgach wolnego kościoła nie ma bowiem figury silniejszej niż świadectwo grzesznika, który niczym apostoł Paweł został zesłany na ziemię przez Boga żywego. Dlatego, kiedy dawny mechanik grzmiał z podestu niewielkiego domu misyjnego nad samym morzem w Zelandii Północnej o grzechu, Szatanie, wybaczeniu i miłości, zapatrzony w niego tłum reagował okrzykami i płaczem, a niektórzy nawet mówili językami. Sam Preben aż do śmierci żył wstrzemięźliwie i pobożnie, i chyba w jakimś sensie wierzył we własne brednie o tym, że swoją rodzinę dominuje i karci dla jej własnego dobra.
Flemming dorastał w atmosferze nieustannej kary i pokuty, która zawsze wynikała stąd, że on, Katrine albo matka zrobili coś grzesznego. Od ciągłego bicia po twarzy dostał szumów usznych, a raz trafił do szpitala w Helsingør ze wstrząśnieniem mózgu po tym, jak go przyłapano na wrzuceniu korony do automatu z kulkami stojącego w piekarni. Tamtego popołudnia Preben darł się na całe gardło o diabelskiej mocy, tłukąc Flemminga bez opamiętania. Było też o tym, że hazard to „sieć, w którą Szatan łapie dusze niewinnych”. Oczywiście w ich ascetycznym domu nie było żadnych planszówek i nawet dziś Flemmingowi zdarzało się poczuć lekki wyrzut sumienia, kiedy przy kuchennym stole w mieszkaniu na Amager stawiał pasjansa.
Westchnął ciężko, gdy podczas swojej przechadzki zbliżał się do salonu gier. W smolistej ciemności, która już na stałe, pomimo zakazu palenia, pachniała papierosami, stało co najmniej sto migających jednookich bandytów gotowych na przyjęcie dzisiejszych gości. Czyli posiwiałych mężczyzn i kobiet, którzy zasiądą na niewygodnych stołkach barowych i godzinami będą się wpatrywać w rolki z przelatującymi ikonkami, marząc o wielkiej wygranej. Która, oczywiście, nigdy nie nadejdzie.
14
Miasto Klampenborg, Dyrehavsbakken
