Boży mściciel - Walther Rebernik - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Boży mściciel ebook i audiobook

Walther Rebernik

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

42 osoby interesują się tą książką

Opis

Adwokat Jan Rose zostaje oczyszczony z zarzutów, wychodzi z więzienia stanowego i wznawia swoją dawną praktykę prawniczą.

Jednak wolność okazuje się kruchą iluzją, gdy jego przyjaciel i stary glina, Flemming Jørgensen, otrzymuje serię makabrycznych nagrań. Nieznany zabójca w demonicznej masce filmuje rytualne mordy, które wydają się mieć związek z przeszłością policjanta. Gdy Flemming znika bez śladu, Jan ponownie zostaje wciągnięty w mrok. W wyścigu z czasem musi poruszać się po niebezpiecznej sieci kłamstw, zdrad i śmiertelnych sekretów. Ale im bardziej zagłębia się w sprawę, tym więcej pojawia się pytań. Komu może zaufać? Czy padł ofiarą zdrady, która sięga dalej, niż podejrzewał?

Pełny zwrotów akcji thriller „Boży Mściciel” to drugi tom trylogii o adwokacie Janie Rosem. Autor, Walther Rebernik, od dwudziestu lat jest adwokatem. Zadebiutował jako pisarz w 2020 roku. Dwa lata później otrzymał nominację do nagrody publiczności duńskiego festiwalu kryminału Krimimessen. Narracja pisarza jest nie tylko dynamiczna, ale także elegancka – łączy humor, powagę i inteligencję.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 445

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 33 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej Motylski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: Guds bød­del

Prze­kład z ję­zyka duń­skiego: Edyta Stęp­kow­ska

Co­py­ri­ght © Wal­ther Re­ber­nik, 2026

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Si­mon Lil­holt

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Anna No­wak

ISBN 978-91-8076-840-5

Opra­co­wa­nie e-bo­oka:Mar­cin Sło­ciń­ski / www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/SKla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Gdy Bóg sta­wia ko­ściół, obok dia­beł sta­wia ka­plicę.

– Mar­tin Lu­ther

Dla Anny, Ni­cho­lasa i Chri­stof­fera

PRO­LOG

Kli­ka­jąc „wy­ślij” i wy­pusz­cza­jąc ma­ila z fil­mem, prze­kro­czył gra­nicę. Ni­niej­szym po­sta­wił pierw­szy krok na dro­dze bez po­wrotu. Jak tamte dzieci, które we­szły do szafy i wy­szły w ba­śnio­wej Na­rni. Z tym że w tej ba­śni wyj­ścia nie było. No i on nie­spe­cjal­nie przy­po­mi­nał tamte dzieci.

Zdjął ma­skę ho­ke­jową, wy­tarł ręce z krwi w szorstką ba­weł­nianą szmatę i po­pa­trzył na swoje od­bi­cie w lu­strze nad lap­to­pem. Róż­nicę za­uwa­żył na­tych­miast. Po­czuł ją już wcze­śniej. Z jego wzroku znik­nęło wszel­kie wa­ha­nie. Oraz resztki jego uciąż­li­wego bliź­niaka. Lęku.

Wcią­gnął głę­boko po­wie­trze.

W po­miesz­cze­niu uno­sił się za­pach stę­chli­zny, co jed­nak nie było nie­przy­jemne. To grzej­niki elek­tryczne, któ­rymi ocie­plał mały drew­niany do­mek, nada­wały mu cha­rak­te­ry­styczną woń przy­wo­dzącą na myśl bun­ga­low po se­zo­nie. Prze­strzeń, która wy­cze­ki­wała. Zi­mo­wała. Ale wła­śnie ożyła na nowo. Ostrze­gano go, że może zwa­rio­wać, miesz­ka­jąc tu na dłuż­szą metę, ale to nie była prawda. Prze­ciw­nie, miej­sce było ide­alne. Tak bli­sko, a jed­no­cze­śnie tak da­leko od wszyst­kiego. Poza nim nikt tu nie przy­cho­dził. Tu­taj mógł być sam.

Ze swoim pro­jek­tem.

Znów spoj­rzał na lap­top. Kur­sor na ekra­nie mru­gał do niego ryt­micz­nie z pu­stej skrzynki od­bior­czej. Była pu­sta, bo nowa i nie­ska­lana. Po­dob­nie jak jego pro­jekt. Samo uru­cho­mie­nie go oka­zało się za­ska­ku­jąco pro­ste. Kom­pu­ter był na tyle tani, że ku­pił go bez ko­niecz­no­ści oka­zy­wa­nia do­wodu toż­sa­mo­ści, a z te­le­fo­nem na kartę mógł za­cząć wła­ści­wie od razu. Skrzynkę ma­ilową za­ło­żył pod fał­szy­wym imie­niem i na­zwi­skiem, ma­ila, który wła­śnie wy­słał, nie da się z nim w ża­den spo­sób po­wią­zać. Ten brak kom­pli­ka­cji po­dzia­łał nie­mal jak za­pro­sze­nie. Ale czy na­prawdę to zro­bił? Po­czuł, jak zwąt­pie­nie po­now­nie pró­buje się do niego prze­drzeć. Było ni­czym wiecz­nie głodny pa­so­żyt po­zba­wiony ży­wi­ciela i przez krótką chwilę na­wet po­my­ślał o tej funk­cji w Outlo­oku, która po­noć po­zwa­lała na cof­nię­cie wy­sła­nego ma­ila.

Może jesz­cze zdąży?

Wtedy jed­nak usły­szał głosy. Krzyki. Po chwili za­głu­szone czymś in­nym. Od­gło­sem drewna i me­talu. Tar­cia. Wa­gony szar­pały kon­struk­cją bez­po­śred­nio nad jego głową. Ro­biły to dwa razy na mi­nutę, przez dwa­na­ście go­dzin bez prze­rwy i obec­nie sie­dem dni w ty­go­dniu. Ktoś inny na jego miej­scu rze­czy­wi­ście mógłby osza­leć. Ale on ko­chał ten dźwięk. Byli tak bli­sko, ci lu­dzie tam, na gó­rze, nie wi­dzieli go jed­nak. Bo on znaj­do­wał się w in­nym świe­cie.

Jak w tam­tej ba­śni.

Od­wró­cił się i trą­cił łok­ciem męż­czy­znę, który był tu ra­zem z nim.

– Też tak masz? Że chciał­byś móc zo­stać tu na za­wsze?

Tam­ten nie od­po­wie­dział.

Ale jego roz­pła­tane ciało wi­szące głową do dołu i na­dal ocie­ka­jące krwią za­ko­ły­sało się lekko.

CZĘŚĆ 1

1

The Ho­ney Club w dziel­nicy Ve­ster­bro, noc z so­boty na nie­dzielę

W fil­mie Roc­king Si­lver z 1983 roku wo­ka­li­sta Benny usi­łuje re­ak­ty­wo­wać swoją ka­pelę, pod­daje więc pró­bie gi­ta­rzy­stę Franka, który jest lum­pem, ta­kim to­tal­nym, mieszka na ulicy i sprze­daje hot dogi. Ale przede wszyst­kim Frank jest al­ko­ho­li­kiem. Próba po­lega więc na tym, że musi przez mi­nutę sie­dzieć przy otwar­tej bu­telce piwa i jej nie tknąć. W prze­ciw­nym ra­zie nie przyjmą go do składu. Frank zdaje test.

Jan wła­śnie so­bie przy­po­mniał tamtą scenę. Czy jemu uda­łoby się zdać?

Nie miał al­ko­holu w ustach, od­kąd w ze­szłym roku wy­pu­ścili go z za­kładu kar­nego w Ny­borgu. Sztuczka po­le­gała na tym, aby uni­kać oka­zji – oraz wszyst­kiego, co nie­uchron­nie na­stę­po­wało po tej pierw­szej bu­telce. A bar­dziej kon­kret­nie, uni­kać miejsc, któ­rych od­wie­dza­nie za­wsze koń­czyło się źle.

Co było o tyle pro­ble­ma­tyczne, że wła­śnie znaj­do­wał się w ba­rze ze strip­ti­zem, do ręki do­stał kie­li­szek Bol­lin­gera a jedna z re­zy­den­tek przed chwilą po­ło­żyła mu dłoń na udzie.

– Szuka pan może to­wa­rzy­stwa? – za­py­tała po an­giel­skusie­dząca na stołku ba­ro­wym ko­bieta. Miała pół­dłu­gie kasz­ta­nowe włosy opa­da­jące na na­gie ra­miona, duże ciemne oczy jak u sarny i chude ciało z nie­na­tu­ral­nie du­żym biu­stem. Jej pseu­do­nim ar­ty­styczny – Bambi – brzmiał bar­dzo ade­kwat­nie, co w po­łą­cze­niu ze wschod­nio­eu­ro­pej­skim ak­cen­tem utwier­dziło go w prze­ko­na­niu, że zna­lazł tę wła­ściwą.

Jesz­cze raz zmie­rzył ją wzro­kiem. Bambi była piękna i może na­wet po­zo­sta­nie taka do dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzin, w za­leż­no­ści od tego, kiedy z ko­ka­iny prze­rzuci się na he­ro­inę. Cho­ciaż mocno po­więk­szone źre­nice na jej mło­dej twa­rzy su­ge­ro­wały, że na­stąpi to ra­czej prę­dzej niż póź­niej.

– Tak, szu­kam – od­parł wresz­cie.

Dziew­czyna od­po­wie­działa mu wy­uz­da­nym uśmie­chem.

Jan miał na so­bie gra­fi­towy gar­ni­tur, białą ko­szulę i czarne buty. Ele­gancko, ale bez osten­ta­cji. Strój sy­gna­li­zu­jący pew­ność sie­bie i tym sa­mym sto­jący w sprzecz­no­ści z na­ra­sta­ją­cym w jego ciele nie­po­ko­jem. Znów po­my­ślał o Franku z Roc­king Si­lver. O tym, jaką tor­turą dla tam­tego udrę­czo­nego czło­wieka była ta mi­nuta. Pot z niego spły­wał, a on ob­li­zy­wał usta ję­zy­kiem su­chym jak wiór. Jan na­wet nie za­mo­czył warg w szam­pa­nie, ale był w sta­nie wy­czuć każdą ku­szącą nutę za­pa­chową eks­klu­zyw­nego trunku, zu­peł­nie jakby pra­gnie­nie wy­ostrzyło mu zmy­sły.

Po­ki­wał głową.

– Jest tu może ja­kieś miej­sce, gdzie, mo­gli­by­śmy zo­stać… sami? – cią­gnął da­lej po an­giel­sku. Głową wska­zał na scenę. A dla wta­jem­ni­czo­nych na małe dys­kretne drzwi, które znaj­do­wały się za sceną, o czym Jan wie­dział.

Bambi zro­biła wiel­kie oczy i te­atral­nie uśmiech­nęła się, uda­jąc za­sko­cze­nie, ale jak na sy­gnał do startu zsu­nęła się z krze­sła i wzięła go za rękę. Jego py­ta­nie było ha­słem w grze, w którą ta dziew­czyna grała każ­dej nocy po zej­ściu ze sceny.

Po­pro­wa­dziła go przez na wpół za­peł­niony klub. Ko­ły­sała bio­drami i po dro­dze zmie­niała tempo, więc mu­siał co chwila drep­tać albo się za­trzy­my­wać. Jak nie­sforny dzie­ciak cią­gnięty przez swoją matkę. To rów­nież był ele­ment gry. Gry wstęp­nej.

Jan roz­glą­dał się, ale się nie ga­pił. Klub był nie­wielki i duszny, z ni­skim su­fi­tem. Przy Isted­gade, wśród knajp i sex-sho­pów, było ta­kich przy­byt­ków kilka i wszyst­kie wy­glą­dały tak samo. Bar bie­gnący wzdłuż jed­nej ściany ku­sił set­kami po­ły­sku­ją­cych bu­te­lek i kie­lisz­ków na pod­świe­tla­nych pół­kach, a okna na prze­ciw­le­głej ścia­nie wy­cho­dzące na ulicę były za­ciem­nione jak w Las Ve­gas, żeby nie de­kon­cen­tro­wać klien­teli sta­no­wią­cej mało atrak­cyjną mie­szankę kor­pu­lent­nych za­gra­nicz­nych biz­nes­me­nów, oj­ców ro­dzin i pro­win­cjo­nal­nych po­szu­ki­wa­czy przy­gód, i po­móc jej za­po­mnieć o cza­sie i miej­scu. W wy­stroju do­mi­no­wał kla­syczny kicz po­wstały z po­łą­cze­nia czer­wo­nego ak­sa­mitu, przy­ciem­nio­nego żół­tego świa­tła i me­bli, które za­sy­sały czło­wieka, gdy na nich sia­dał, i nie po­zwa­lały mu wstać.

Bambi cią­gnęła Jana da­lej, roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem mi­ja­jąc małe grupki sto­li­ków i krze­seł.

Z ma­łej sceny na końcu lo­kalu pły­nęły dźwięki Wic­ked Game Chrisa Isa­aka, a naga czarna dziew­czyna o wy­dat­nych po­ślad­kach i na­mięt­nym wzroku wiła się wo­kół me­ta­lo­wej rury. Lu­dzie przy sto­li­kach wzno­sili to­a­sty i roz­ma­wiali, ale nikt się nie prze­krzy­ki­wał. Męż­czyźni, któ­rzy aku­rat nie oglą­dali przed­sta­wie­nia, byli ob­słu­gi­wani in­tym­nie przez garstkę pięk­nych mło­dych ko­biet, ta­kich jak Bambi, które szep­tały im do spo­co­nych uszu spro­śne pro­po­zy­cje, a bar­mani za­pew­niali nie­prze­rwane do­stawy bu­te­lek i kok­tajli po ko­smicz­nych ce­nach. At­mos­fera była gę­sta, bu­du­arowa i de­ka­dencka, a lo­kal o na­zwie The Ho­ney Club sły­nął z tego, że można tu z dziew­czy­nami zro­bić coś wię­cej niż tylko się na nie ga­pić. Wy­star­czyło znać za­sady gry i za­pła­cić.

Bambi wcią­gnęła Jana za scenę, gdzie w isto­cie uka­zały się dys­kretne wą­skie drzwi.

– Tylko mu­sisz być dla mnie do­bry. Obie­cu­jesz? – Za­wa­hała się. Ko­lejny etap gry.

Jan po­ło­żył dłoń na gru­bej mo­sięż­nej klamce w kształ­cie tłu­stej ryby, ale jej nie na­ci­snął.

– Słowo har­ce­rza – od­parł. Po­ka­zał skrzy­żo­wane palce i uśmiech­nął się flir­ciar­sko. Cho­ciaż by­naj­mniej nie o flirt mu cho­dziło. Chciał cze­goś cał­kiem in­nego.

Ja­kieś 15 mi­nut temu w drzwiach do klubu na prze­ciw­le­głym końcu lo­kalu ski­nął głową po­staw­nemu męż­czyź­nie o spo­koj­nym, nie­mal ospa­łym spoj­rze­niu. Jan szcze­rze wie­rzył, że ten czło­wiek ma oko na to, co tu się dzieje. Był tu bo­wiem ktoś jesz­cze, kto bez wąt­pie­nia wszystko ob­ser­wo­wał.

Kiedy szli przez klub, Bambi ski­nęła sztywno po­nu­remu ty­powi sie­dzą­cemu sa­mot­nie na ka­na­pie w za­ciem­nio­nej czę­ści klubu od strony ulicy. Jan tylko na uła­mek se­kundy na­wią­zał z nim kon­takt wzro­kowy, ale ten uła­mek wy­star­czył, żeby po­twier­dzić nie­wy­godną prawdę:

Ofi­cjal­nie zna­lazł się na ce­low­niku.

Bo męż­czy­zną na ka­na­pie był Bu­jar Va­si­lis.

Al­bań­czyk.

2

The Ho­ney Club, chwilę póź­niej

Nie­wiele jest rze­czy, któ­rych grupy prze­stęp­cze ko­pen­ha­skiego pół­światka nie­na­wi­dzą bar­dziej niż sie­bie na­wza­jem. Jedną z nich są nowi kon­ku­renci. A wśród nich szcze­gólne miej­sce zaj­mują gangi bał­kań­skie. Grozę bu­dził ich pro­fe­sjo­na­lizm i wy­jąt­kowy cy­nizm. Udział w woj­nie po­zwala wy­kształ­cić zu­peł­nie wy­jąt­kowe po­łą­cze­nie kom­pe­ten­cji i men­tal­no­ści. W praw­dzi­wej woj­nie. Nie w na­pa­dach na szi­sza-bary, wy­mu­sza­niu oku­pów od kio­ska­rzy albo ostrze­la­niu piz­ze­rii. Nie w ta­nich pod­rób­kach, ale au­ten­tycz­nej wo­jen­nej roz­wałce. I wśród tych żoł­nie­rzy z by­łej Ju­go­sła­wii je­den czło­wiek wy­róż­niał się w szcze­gól­no­ści.

Bambi za­mknęła za sobą drzwi nie­wiel­kiej kan­ciapy i pchnęła Jana na po­dwójne łóżko.

Drzwi za sceną pro­wa­dziły do dłu­giego ko­ry­ta­rza z sze­ścioma pa­rami drzwi z każ­dej strony. Na końcu ko­ry­ta­rza, nad drzwiami nu­mer trzy­na­ście Jan za­uwa­żył za­rdze­wiały zie­lony szyld wska­zu­jący wyj­ście. Droga ewa­ku­acji. Już wie­dział, że z niej sko­rzy­sta. Ale do­piero za chwilę. Bo wszystko po­winno się od­by­wać we wła­ści­wym cza­sie, a on już za­czął od­li­cza­nie. Jed­no­cze­śnie jego mózg po­woli ogar­niała pa­nika i wy­świe­tlał bar­dzo nie­po­ko­jące in­for­ma­cje o męż­czyź­nie z ka­napy.

Plotka gło­siła, że Al­bań­czyk Bu­jar Va­si­lis i jego brat Do­mi­nik byli sy­nami sa­dy­stycz­nego rzeź­nika z Ti­rany, dla któ­rego chłod­nia i dłu­gie noże sta­no­wiły peł­no­prawne środki wy­cho­waw­cze. Bu­jar, ni­ski ale sze­roki jak ka­far, miał cha­rak­te­ry­styczną nie­sy­me­tryczną twarz. Bra­ko­wało w niej frag­mentu po­liczka i mó­wiono, że to oj­ciec od­ciął mu ka­wa­łek ciała, usma­żył i po pro­stu zjadł. To mo­gła być prawda. Albo jedna z wielu miej­skich le­gend, które szybko się roz­prze­strze­niały. Wia­domo było na­to­miast, że wła­śnie na­rzę­dzia rzeź­nic­kie – ta­sak, no­życe do dro­biu i nóż, do któ­rego z ra­cji roz­miaru bar­dziej pa­so­wa­łoby okre­śle­nie sza­bla – stały się zna­kiem roz­po­znaw­czym obu braci. Od­ci­na­nie pal­ców u rąk i stóp czy od­rą­by­wa­nie koń­czyn, gdy coś szło nie po ich my­śli, sta­no­wiło dla nich nor­malną pro­ce­durę, pod­czas gdy dla ich duń­skich ko­le­gów ze sto­łecz­nego pół­światka, na­wet tych naj­tward­szych, było jed­nak da­niem dość cięż­ko­straw­nym. I pa­ra­dok­sal­nie ro­dziło pro­blemy. Bo cho­ler­nie trudno jest eska­lo­wać kon­flikt, gdy eks­tre­malne środki stały się normą. Ale bra­cia Va­si­lis byli nie­wy­godni przede wszyst­kim dla­tego, że nie prze­strze­gali nie­pi­sa­nych re­guł ulicy. W ciągu za­le­d­wie trzech lat ich dzia­łal­no­ści w Ve­ster­bro do­pu­ścili się za­równo sprze­daży tref­nej broni, jak Glocki, Za­stawy i AK-47, które dało się bez­po­śred­nio po­wią­zać z nie­dawno po­peł­nio­nymi zbrod­niami albo na­pa­dami w Eu­ro­pie Wschod­niej i które miały przy­krą ten­den­cję przy­spa­rza­nia no­wym wła­ści­cie­lom nie­mi­łych nie­spo­dzia­nek, oraz di­lo­wa­nia „za­nie­czysz­czo­nym” to­wa­rem na skalę ma­sową. Całe worki ko­ka­iny skła­da­ją­cej się wy­łącz­nie z proszku do pie­cze­nia albo cię­tej z taką ilo­ścią kre­atyny, po­kru­szo­nego szkła i środ­ków na od­ro­ba­cza­nie, że klienci wy­mio­to­wali i za­czy­nali trzy­mać się od tego z da­leka. Co po­ten­cjal­nie mo­gło do­pro­wa­dzić do naj­gor­szego: roz­wa­żań nad od­wy­kiem. Tak czy ina­czej, jedno i dru­gie sta­no­wiło po­ważne zła­ma­nie za­sad. Na­wet w pół­światku obo­wią­zy­wał pe­wien ko­deks.

Ale to nie dla­tego Jan znaj­do­wał się tu, gdzie się znaj­do­wał.

Bambi pod­cią­gnęła czarną skó­rzaną mini, usia­dła na nim okra­kiem, oparła dło­nie na jego ra­mio­nach i za­lot­nie za­mru­gała wiel­kimi oczami:

– Na co masz ochotę, ko­lego? – Ocie­rała się o niego w przód i w tył. – Fran­cu­ski kosz­tuje pięć­set a pełny dwa razy tyle. Dwa ty­siące, je­śli ma być bez gumy.

Bambi i oferta, którą wła­śnie przed­sta­wiła Ja­nowi, sta­no­wiły wy­raz zła­ma­nia przez braci Va­si­lis trze­ciej bez­względ­nej za­sady. Han­del ko­bie­tami z kra­jów Unii Eu­ro­pej­skiej był za­ka­zany. Azjat­kami czy Afry­kan­kami można było kup­czyć do woli, ale nie oby­wa­tel­kami UE. Ich za­wsze w któ­rymś mo­men­cie ktoś za­czy­nał szu­kać. A to nie­do­brze. Dla ca­łej branży.

– Daj mi po­my­śleć – od­parł, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu. I gra­jąc na zwłokę.

Bo jesz­cze było za wcze­śnie. Po­winni spę­dzić ra­zem trzy mi­nuty, tak po­wie­dzieli.

W po­koju bra­ko­wało okien i pa­no­wał pół­mrok. Z gło­śnika ukry­tego w su­fi­cie ja­kiś nie­okre­ślony boys­band la­men­to­wał nad zła­ma­nym ser­cem i tą je­dyną. Su­fit, po­dob­nie jak ściany i li­no­leum na pod­ło­dze, utrzy­mano w spo­koj­nych ciem­nych bar­wach. Za to woń wy­peł­nia­jąca cia­sną kan­ciapę była ostra, jak za­pach środ­ków czysz­czą­cych. Oraz cze­goś ludz­kiego. Z me­bli stało tu tylko łóżko, ale na wie­szaku ścien­nym nad ko­szem na śmieci wi­siała duża rolka pa­pie­ro­wych ręcz­ni­ków,, które za­schnięte i po­mięte nie­mal wy­sy­py­wały się z sa­mego ko­sza. Ten wi­dok przy­pra­wił Jana o mdło­ści. Jego dawna wer­sja by­wała w ta­kich miej­scach, ale były to je­dy­nie wspo­mnie­nia, szczę­śli­wie roz­cień­czone al­ko­ho­lem i dra­gami. Pa­ra­dok­sal­nie mu­siał upaść jesz­cze ni­żej, za­nim na­brał od­po­wied­niej per­spek­tywy i od­zy­skał pa­no­wa­nie nad swoim ży­ciem.

– No, to jak bę­dzie? – Bambi od­su­nęła Ja­nowi ko­smyk wło­sów z czoła. – Czu­jesz się skrę­po­wany? – Po­chy­liła się i wy­szep­tała mu do ucha: – Je­śli bę­dziesz grzeczny, to bę­dziesz mógł wy­ru­chać Bambi w dupę. – Po­ło­żyła pa­lec na jego no­sie. – Ale tylko to­bie na to po­zwolę. Chciał­byś?

Pa­trzyli so­bie w oczy z bar­dzo bli­ska. Swoją rolę opa­no­wała do per­fek­cji. Jan nie mógł znieść my­śli o tym, ilu fa­ce­tom po­wie­działa to samo. Na­wet tego jed­nego wie­czora. Zrzu­cił ją z sie­bie i pchnął na łóżko.

Bo już było wolno. Po­li­czył do 180. Czyli umó­wione trzy mi­nuty.

– Nie, nie chciał­bym. A ty nie je­steś Bambi. Masz na imię Anna i przy­sze­dłem za­brać cię do domu. Twoi ro­dzice cze­kają przy pro­mie w Nor­dha­vnen a tu, na ulicy czeka sa­mo­chód. Tylko te­raz mu­sisz po­słu­chać uważ­nie, bo trzeba dzia­łać szybko, ro­zu­miesz?

Ko­bieta pa­trzyła na niego osłu­piała i na oczach Jana prze­cho­dziła me­ta­mor­fozę.

W jed­nej chwili po­rzu­ciła wy­uczoną rolę.

Już nie była dziwką i strip­ti­zerką.

Na łóżku na­gle wy­glą­dała jak dziew­czynka.

Po­ki­wała głową.

3

The Ho­ney Club, za­ple­cze

Dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Anna Ka­miń­ska rok temu przy­pły­nęła do Ko­pen­hagi pro­mem ze Świ­no­uj­ścia. Ra­czej nie za­mie­rzała szu­kać pracy jako eks­pe­dientka w dziale odzie­żo­wym duń­skiej sieci do­mów to­wa­ro­wych Ma­ga­sin albo kel­nerka w któ­rejś z ka­wiarni na Strøget. Do tej po­dróży i zro­bie­nia pierw­szego kroku w świat nie­znany i mroczny prze­ko­nała ją wi­zja za­rob­ków zgoła in­nego rzędu wiel­ko­ści. O tym jed­nak, że tra­fiła przy tym w łapy Bu­jara Va­si­lisa, zde­cy­do­wał po pro­stu naj­czar­niej­szy pech.

Bra­cia Va­si­lis, któ­rzy han­dlem bro­nią i nar­ko­ty­kami za­pra­co­wali już na swoją jak naj­gor­szą re­pu­ta­cję, po­sta­no­wili wejść w trze­cią, bar­dzo do­cho­dową branżę – han­del ko­bie­tami. I może na­wet uda­łoby im się cał­kiem do­brze funk­cjo­no­wać na tym polu, gdyby nie zła­mali trze­ciej re­guły. Tej o Eu­ro­pej­kach. Oraz gdyby Bu­jar na swoje ko­ryto wy­brał miej­sce inne niż The Ho­ney Club. Bo choć klub rze­czy­wi­ście pół­ofi­cjal­nie funk­cjo­no­wał za­równo jako bar ze strip­ti­zem, jak i bur­del, to był przede wszyst­kim miej­scem pracy. Ko­biety przy­cho­dziły tu do­bro­wol­nie, a klub o nie dbał, choć Bu­ja­rowi nikt nie śmiał się po­sta­wić. Po­dobno już „za­trud­nił” więk­szość pra­cu­ją­cych tu dziew­czyn. W prak­tyce ozna­czało to, że za­brał im pasz­porty, pie­nią­dze i zmu­szał do za­ży­wa­nia twar­dych nar­ko­ty­ków. Spo­ra­dyczne akty sprze­ciwu, czy to ze strony sa­mych dziew­czyn, czy ich part­ne­rów, bez mru­gnię­cia okiem pa­cy­fi­ko­wano ta­sa­kiem, no­ży­cami do dro­biu albo no­żem. Wszystko to było tak bar­dzo wbrew za­sa­dom, że zwy­czaj­nie miarka się prze­brała. Na­wet w pół­światku. I to z ko­lei do­pro­wa­dziło do tej prze­dziw­nej współ­pracy, w ra­mach któ­rej Jan znaj­do­wał się o go­dzi­nie dru­giej w nocy pod drzwiami sek­ska­biny nu­mer je­den na za­ple­czu baru ze strip­ti­zem, trzy­ma­jąc za rękę pół­nagą, drżącą ko­bietę.

– Ru­szamy, Anno!

Skra­dali się ko­ry­ta­rzem, Jan cią­gnął ją za sobą. W stronę tych drzwi na końcu ko­ry­ta­rza. Głu­pie 12, góra 15 me­trów, ale wy­da­wało się, że znacz­nie wię­cej. Jakby szli po­lem mi­no­wym. Lampki nad wszyst­kimi drzwiami pa­liły się na czer­wono, a długi wą­ski ko­ry­tarz wy­peł­niała ka­ko­fo­nia sma­gnięć, ję­ków i wil­got­nych mla­sków ude­rza­ją­cych o sie­bie ciał.

Do­tarli do celu.

Jan pod­jął na­iwną próbę otwar­cia drzwi prze­ciw­po­ża­ro­wych bar­kiem, ale oka­zała się nie­sku­teczna, więc si­ło­wał się te­raz z zam­kiem. Byli już tak bli­sko. Je­śli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, za uła­mek se­kundy mieli zna­leźć się na tyl­nym dzie­dzińcu, gdzie cze­kała tak­sówka a za kie­row­nicą czło­wiek ol­brzym. Mu­ham­med. Przy­ja­ciel Jana i jego nie­ofi­cjalny szo­fer. Za­kum­plo­wali się parę lat temu, kiedy Jan wy­ja­śnił kilka wąt­ków w spra­wie są­do­wej, która mo­gła ze­pchnąć by­łego gang­stera i za­wod­nika MMA w cień na 10 lat. Po tam­tej hi­sto­rii Mu­ham­mad osta­tecz­nie ze­rwał z pół­świat­kiem. Zo­stał tak­sów­ka­rzem, a w jego kom­pul­syw­nie sprzą­ta­nej Te­sli pach­niało jak w kli­nice den­ty­stycz­nej, oraz oj­cem cze­redki dzieci, które wska­ki­wały na niego, gdy po noc­nej zmia­nie wra­cał do ma­łego miesz­kanka na Ama­ger. Mu­ham­med był jed­nak, po­dob­nie jak Jan, czło­wie­kiem hy­brydą. Sto­ją­cym okra­kiem w obu obo­zach. I dla­tego to jego po­pro­szono o zwer­bo­wa­nie Jana Rose do mi­sji ode­bra­nia Bu­ja­rowi jed­nej z dziew­czyn. Do wy­na­ję­cia „Me­ce­nasa Ke­baba”. Mó­wiono, że Jan róż­nił się od po­zo­sta­łych. Że wie­dział, co się dzieje na ulicy, i znał tam wszyst­kich. Ale rów­nież, że był dziwny. Że brał na sie­bie sprawy, któ­rych inni ad­wo­kaci wo­leli nie ty­kać. Na­wet ta­kie z nie­pew­nym ho­no­ra­rium i ry­zy­kiem nie­ob­ję­tym po­lisą ad­wo­kacką. Albo w ogóle ja­ką­kol­wiek. Jan wie­dział o tych po­gło­skach, które, po­mi­ja­jąc nie­które może ciut pod­ko­lo­ry­zo­wane wątki po­boczne, za­sad­ni­czo były praw­dziwe. W przy­padku Bambi także nie wa­hał się ani chwili, choć ar­gu­mentu o szcze­gól­nym sta­tu­sie ko­biet z Unii Eu­ro­pej­skiej aku­rat nie uwzględ­niał przy po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji.

Kiedy za­mek w końcu pu­ścił i Jan po­now­nie na­parł bar­kiem na cięż­kie drzwi, zdą­żył jesz­cze wcią­gnąć w płuca haust świe­żego po­wie­trza z dru­giej strony. Na krótką chwilę w szpa­rze mię­dzy drzwiami a fu­tryną z eu­fo­ryczną ulgą zo­ba­czył na­wet bia­łego elek­tryka.

Po­tem jed­nak wszystko za­lało tsu­nami gówna.

Usły­szał krzyk Anny i dwa szyb­kie kroki, za­nim zo­stał wcią­gnięty z po­wro­tem do środka i rzu­cony na pod­łogę. A kiedy drzwi prze­ciw­po­ża­rowe się za­my­kały, na jego szyi za­ci­snęła się dłoń wiel­ko­ści pa­telni, a pierś przy­gniótł cię­żar, jakby zwa­lił się na niego koń.

Jan pa­trzył nie­ru­chomo na męż­czy­znę z wy­drą­żo­nym po­licz­kiem, który ko­la­nem i całą masą ciała przy­gwoź­dził go do pod­łogi. Za jego ple­cami wi­dział nie­ru­chomą Annę. Była w sta­nie ka­ta­to­nii. Na­wet się nie trzę­sła.

– Cze­kaj… znam cię. – W ga­dzich oczach Al­bań­czyka bły­snęło za­sko­cze­nie. – Ty je­steś tym ad­wo­ka­tem, który sie­dział w wię­zie­niu. – Wy­plu­wał słowa po an­giel­sku z dziw­nym pła­skim ak­cen­tem i nie po­ru­sza­jąc żad­nym mię­śniem w swo­jej to­por­nej nie­fo­rem­nej twa­rzy.

Jan do­strzegł ką­tem oka, że drzwi ostat­niej ka­biny były otwarte, i już wie­dział, co po­szło nie tak. Bu­jar wy­czuł, że coś się świę­ciło i się na nich za­czaił. Może na­brał po­dej­rzeń, bo kiedy Anna cią­gnęła go za sobą, Jan nie przy­po­mi­nał na­pa­lo­nego dupka. A może dla­tego, że nic nie wy­pił. A może psy­chol wci­ska­jący mu ko­lano w pierś roz­po­znał nową twarz, kiedy tylko Jan wszedł do środka. Albo kom­bi­na­cja po­wyż­szych. Męż­czyźni po­kroju Bu­jara z cza­sem wy­kształ­cają szó­sty zmysł wy­kra­cza­jący poza lo­gikę. Tak czy ina­czej, nie to było naj­gor­sze. Ta próba ucieczki miała być bo­wiem je­dy­nie wstę­pem. Do praw­dzi­wego celu Jana.

Po­waż­nie za­szko­dzić Al­bań­czy­kowi.

W pełni więc za­słu­żył na karę, która te­raz zo­sta­nie mu wy­mie­rzona.

Ciało Jana we­szło w stan po­go­to­wia, kiedy Bu­jar się­gnął pod o wiele za dużą ma­ry­narkę i z czar­nej płó­cien­nej po­chwy wy­jął nóż przy­mo­co­wany do ciała spe­cjalną uprzężą przy­po­mi­na­jącą ka­burę pi­sto­letu.

To był bar­dzo długi nóż. Sza­bla.

Jan chciał coś po­wie­dzieć, wy­tłu­ma­czyć, po­tar­go­wać się, za­pro­te­sto­wać. Nie zdą­żył.

Bu­jar od­wró­cił ostrze i wbił je. Głę­boko.

4

The Ho­ney Club, ko­ry­tarz mię­dzy ka­bi­nami

Fala mdło­ści kon­wul­syj­nie wstrzą­sała cia­łem Jana. Ból po­czuł do­piero po kilku se­kun­dach. Bu­jar na­dal trzy­mał ko­lano na jego piersi, ale za­brał ręce z szyi, żeby móc po­chy­lić głowę. I obej­rzeć swoje dzieło.

– Gdzie mój brat?

Jan dy­szał. Nóż ster­czał pio­nowo. Wbity w drew­nianą pod­łogę pod nim. Spora część ostrza była jed­nak nie­wi­doczna, po­nie­waż znaj­do­wała się w le­wym boku jego ciała. Mimo to z pewną ulgą od­no­to­wał, że Bu­jar nie dźgnął go z za­mia­rem po­zba­wie­nia go ży­cia.

I wtedy po­czuł ból. Z opóź­nie­niem. Ale rów­nież dla­tego, że Bu­jar za­czął po­ru­szać no­żem na boki. Jan pa­trzył Al­bań­czy­kowi w oczy, dziw­nie błę­kitne, jak u dziecka. A Anna cały czas stała za nim, nie­ru­choma jak po­sąg.

– Gdzie Do­mi­nik? Gdzie mój brat? – po­wtó­rzył Bu­jar. – Je­śli mi po­mo­żesz, sprawę z tą dziwką pusz­czę w nie­pa­mięć. Masz moje słowo. – Coś się zmie­niło w jego twa­rzy. Stała się jakby mniej szorstka. I na­wet zo­sta­wił nóż w spo­koju. Co pew­nie było ja­kimś ge­stem w stronę Jana. Któ­rego z ko­lei bez uprze­dze­nia i w ab­so­lut­nie naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie za­lała fala gniewu. Zresztą nie po raz pierw­szy. Kiedy stał przy­party do muru po­łą­cze­nie stra­chu i pa­niki cza­sem ro­dziło w nim cał­kiem idio­tyczną bra­wurę.

– O czym ty mó­wisz, ża­ło­sny idioto? Nie wiem, gdzie się szlaja twój za­srany bra­ci­szek i na pewno, kurwa, nie będę ci po­ma­gał.

Ci­sza.

Al­bań­czyk pa­trzył na niego onie­miały. Jan na jego miej­scu pew­nie zro­biłby to samo. Ale nie był na jego miej­scu, więc mó­wił da­lej:

– Je­steś gno­jem ja­kich mało i mam na­dzieję, że twój brat gnije w ja­kiejś dziu­rze bez dna, ja­sne? – Ostat­nie słowa Jan wy­krzy­czał. I tym ra­zem wy­zwi­ska były ce­lowe. Chciał zdez­o­rien­to­wać na­past­nika. Bo tak na­prawdę tylko to mu zo­stało. Men­tal­nie po­go­dził się już, że skona na brud­nej drew­nia­nej pod­ło­dze mię­dzy 12 kan­cia­pami do ru­cha­nia. Ale na­gle zbli­żył się do nich ja­kiś duży kształt. Zza ple­ców Anny. I de­li­kat­nie od­su­nął na bok spa­ra­li­żo­waną ko­bietę.

Bu­jar rap­tow­nie się od­wró­cił, ko­la­nem cały czas do­ci­ska­jąc klatkę pier­siową Jana. Lecz re­ak­cja Al­bań­czyka i tak była spóź­niona. Ostatni wy­buch gniewu Jana za­głu­szył od­głos kro­ków i te­raz Jan mógł się tylko uśmiech­nąć z sa­tys­fak­cją, kiedy jego wy­bawca z wprawą chwy­cił głowę Bu­jara i roz­trza­skał ją so­bie na ko­la­nie. Coś chrup­nęło i Al­bań­czyk stra­cił przy­tom­ność.

5

Po­dwórko na ty­łach The Ho­ney Club, dzie­sięć mi­nut póź­niej

Pod­wo­zie Te­sli znacz­nie się ob­ni­żyło, kiedy do ba­gaż­nika wrzu­cono coś du­żego i cięż­kiego. Sie­dzący na tyl­nym sie­dze­niu Jan na­wet się nie od­wró­cił. Dło­nią do­ci­skał rany w swoim boku, ta­mu­jąc krwa­wie­nie. Mu­ham­med zna­lazł w schowku paczkę pie­luch Pam­pers Baby Dry, które cał­kiem nie­źle spraw­dzały się jako opa­tru­nek, cho­ciaż Jan nie miał ochoty te­sto­wać ich sku­tecz­no­ści, skrę­ca­jąc się w ta­lii. Nie miał zresztą naj­mniej­szej ochoty oglą­dać tego, co się działo z tyłu. W lu­sterku wstecz­nym zo­ba­czył tylko, jak Mu­ham­med, za­nim wci­snął się za kie­row­nicę Te­sli, przy­bił piątkę z czło­wie­kiem, który przy­szedł Ja­nowi z od­sie­czą. Był to Frank. Bram­karz w The Ho­ney Club. Trzeci uczest­nik ca­łej ak­cji. Twardy gość. Dwie mi­sje w Afga­ni­sta­nie, a wcze­śniej wie­lo­let­nia ka­riera za­wo­do­wego ochro­nia­rza. Lecz na­wet on nie od­wa­żył się po­sta­wić bra­ciom w po­je­dynkę.

Jan we fla­sh­backu wró­cił na ko­ry­tarz klubu. Frank, za­nim pod­niósł go z pod­łogi i otwo­rzył drzwi prze­ciw­po­ża­rowe ma­syw­nymi bu­tami mo­to­cy­klo­wymi, miaż­dżył twarz nie­przy­tom­nego Al­bań­czyka, wie­lo­krot­nie na niego wska­ki­wał i sta­wał na nim ca­łym cię­ża­rem swo­jego ogrom­nego ciała. Twarz Bu­jara wy­glą­dała jak sos mię­sny. Wi­dać było wy­raź­nie, że zo­stała tam wy­ła­do­wana cała masa na­gro­ma­dzo­nej zło­ści. Dla bram­ka­rza był to wstyd i hańba, że przez tak długi czas nie po­tra­fił do­peł­niać swo­jego obo­wiązku. Chro­nić pra­cu­ją­cych w klu­bie dziew­czyn.

– Nor­dha­vnen? – spy­tał Mu­ham­med, pa­trząc na Jana w lu­sterku wstecz­nym.

– Mhm. – Jan w od­po­wie­dzi jęk­nął po­twier­dza­jąco i do­ci­snął do ran świeżą pie­lu­chę.

Mu­ham­med zmarsz­czył brwi, a na jego twa­rzy ma­lo­wało się po­czu­cie winy. Jak za­wsze miał na so­bie ciemne dżinsy z ly­crą i czarną ko­szulkę w roz­mia­rze XXXL albo więk­szym, która i tak opi­nała cia­sno jego ogromne ciało.

– Strasz­nie cię prze­pra­szam. Stary, gdy­bym wie­dział, co tam się dzieje, roz­wa­lił­bym au­tem tę cho­lerną ścianę!

– Do­bra, po pro­stu jedźmy!

Ol­brzym przy­tak­nął po­nuro.

Bez­gło­śnym sa­mo­cho­dem po­woli wy­je­chał na Isted­gade i włą­czył się do oży­wio­nego noc­nego ru­chu na ulicy, która ni­gdy nie za­sy­piała. Ża­den kot nie za­uwa­żył tak­sówki kor­po­ra­cji Viggo wy­my­ka­ją­cej się z wą­skiego po­dwó­rza, do któ­rego wjazdu za­bra­niał ra­żący w oczy znak. Ani faktu, że tył sa­mo­chodu był nie­na­tu­ral­nie ob­ni­żony.

Kiedy je­chali z Isted­gade w stronę dworca głów­nego, Jan prze­stał od­czu­wać pul­su­jący ból. Mu­ham­med, który od­niósł nie­mało kon­tu­zji w cza­sie swo­jej ka­riery w MMA, po­czę­sto­wał go kil­koma szyb­ko­dzia­ła­ją­cymi ta­blet­kami prze­ciw­bó­lo­wymi, więc kiedy pięt­na­ście mi­nut póź­niej zmie­rzali wzdłuż je­zior w stronę Øster­bro i Nor­dha­vnen, Ja­nowi udało się na­wet przy­snąć.

W głębi du­szy wie­dział, że po­wi­nien się wku­rzyć. Wku­rzyć jak cho­lera.

Mu­ham­med z Fran­kiem wy­ja­śnili mu, że bę­dzie mu­siał od­cze­kać w ka­bi­nie trzy mi­nuty, za­nim wy­pro­wa­dzi Annę na ko­ry­tarz. Frank miał wy­słać Mu­ham­me­dowi ese­mesa, kiedy Jan znik­nie w ko­ry­ta­rzu za sceną. Po­tem obaj mieli chwilę za­cze­kać. Spraw­dzić, czy te­ren jest czy­sty. Albo czy Al­bań­czyk nie po­sta­wił ja­kichś lu­dzi przy tyl­nym wyj­ściu. Na przy­kład swo­jego brata Do­mi­nika. To dla­tego Jan miał od­li­czać te trzy mi­nuty. Za­miast od razu rzu­cać się do drzwi. Obaj, i Mu­ham­med i Frank byli za­ska­ku­jąco zgodni co do tego planu.

Jan wes­tchnął.

Bo w rze­czy­wi­sto­ści cho­dziło o coś in­nego. O to, co w tej chwili znaj­do­wało się w schowku. I czego Mu­ham­med na­wet nie pró­bo­wał przed nim ukryć.

Jan miał za­cze­kać, aż Bu­jar po­łknie przy­nętę. Moż­liwe na­wet, że Frank ode­grał rolę po­dwój­nego agenta. Przy­śpie­szył całą ak­cję. Może wręcz pod­szedł do Al­bań­czyka i po­wie­dział mu wprost, że Jan za­mie­rza wy­kraść tę dziew­czynę.

Bez względu na wszystko, Jan był, kurwa, przy­nętą!

Mimo to nie po­tra­fił wzbu­dzić w so­bie zło­ści o tę po­dwójną grę. W ja­kimś sen­sie wie­dział prze­cież, że to za­da­nie nie po­le­gało wy­łącz­nie na ura­to­wa­niu dziew­czyny. Może po pro­stu wy­parł to dru­gie dno.

Bo tak było wy­god­niej?

A po­tem te wszyst­kie roz­wa­ża­nia zwy­czaj­nie znik­nęły. Wszyst­kie wy­rzuty su­mie­nia czy co to tam było. Roz­pu­ściły się jak para wodna. Bo po­czuł cie­pło Anny. Pół­na­gie ciało otu­liła jego kurtką i nie była już sztywna ze stra­chu. Przy­tu­liła się do niego.

I ci­cho pła­kała.

Ale były to łzy szczę­ścia.

6

Dziel­nica Ve­ster­bro, Oeh­len­schla­gers­gade, dwie go­dziny póź­niej

Mu­ham­med za­par­ko­wał przed klatką scho­dową i wy­łą­czył sil­nik. Do­cho­dziło wpół do pią­tej i w wą­skiej uliczce mię­dzy Ve­ster­bro­gade a Halm­to­rvet nie było ni­kogo. Trwał wła­śnie ten krótki mo­ment w ciągu doby, kiedy mia­sto brało głę­boki wdech.

Jan wy­chy­lił się do przodu i zer­k­nął na trzy po­dwójne okna na dru­gim pię­trze. Ciemne. Jak po­zo­stałe w tym bu­dynku.

– Jan, se­rio, masz nie po ko­lei w gło­wie. Na pewno nie chcesz, że­bym cię za­wiózł do domu do Van­løse?

Nie cze­ka­jąc na jego od­po­wiedź, ten po­tężny czło­wiek wziął szmatkę i puszkę sprayu i za­czął czy­ścić de­skę roz­dziel­czą Te­sli, i tak nie­ska­zi­tel­nie czy­stą. Ru­chy Pa­ki­stań­czyka były ner­wowe, a twarz wy­ra­żała lekką de­spe­ra­cję. Jan po­czuł chwi­lową sa­tys­fak­cję. Mu­ham­mad cier­piał na ma­nię czy­sto­ści, a sa­mo­chód, w któ­rym się znaj­do­wali, był jego oczkiem w gło­wie.

Tylko po­chy­la­jąc głowę, Jan zdo­łał stłu­mić zło­śliwy uśmie­szek.

Pie­kiel­nie droga skó­rzana ta­pi­cerka w ko­lo­rze Ba­iley’sa była uwa­lona krwią.

Ostat­nie dwie go­dziny były emo­cjo­nal­nie wy­czer­pu­jące na wielu po­zio­mach. Anna Ka­miń­ska zo­stała przy­wi­tana przez swoją ro­dzinę w bramce przed du­żym bia­łym pro­mem. W po­cze­kalni, du­żej szkla­nej klatce, pa­no­wało prze­ni­kliwe zimno, ale mi­łość, która otu­liła dziew­czynę, gdy cała ro­dzina sca­liła się na oczach Jana i Mu­ham­meda, pło­nęła ży­wym ogniem. Jan nie ro­zu­miał ani słowa po pol­sku, naj­wy­raź­niej jed­nak za­pła­kany oj­ciec za coś córkę prze­pra­szał.

To Jan skon­tak­to­wał się z ro­dziną i wpro­wa­dził ją w sy­tu­ację, a oj­ciec za­ła­mał się już pod­czas roz­mowy te­le­fo­nicz­nej. Był rol­ni­kiem pro­wa­dzą­cym wraz z ro­dziną mi­kro­sko­pijną ho­dowlę świń, która nie przy­no­siła ko­ko­sów, wno­sząc z po­ce­ro­wa­nych, wy­świech­ta­nych ubrań, w ja­kich przy­je­chali bli­scy Anny. I któ­rej ra­czej nie bę­dzie miał komu zo­sta­wić w spadku. Młod­sza córka, ob­da­rzona taką samą bo­gatą mi­miką, aż pisz­czała z ra­do­ści, kiedy zo­ba­czyła sio­strę, a Jan nie wy­obra­żał so­bie, żeby któ­ra­kol­wiek z tych dziew­cząt zna­la­zła szczę­ście wśród chmar much i mia­zma­tów świń­skich od­cho­dów w obo­rze gdzieś pod Gdań­skiem. Może na­wet to stało się za­rze­wiem wszyst­kich pro­ble­mów. Te­raz jed­nak byli tu wszy­scy i sta­no­wili jed­ność. Cza­sem musi się wy­da­rzyć coś na­prawdę złego, żeby czło­wiek zro­zu­miał, co jest w ży­ciu ważne. Za­nim cała ro­dzina we­szła na po­kład promu Unity Line, aby po krót­kim przy­stanku w Ystad bez­piecz­nie po­pły­nąć do Pol­ski, Jan od­mó­wił przy­ję­cia ko­perty z bank­no­tami euro, którą wy­cią­gnął w jego stronę oj­ciec Anny. Na to jej matka, wi­dząc krew na ubra­niu Jana, bez na­my­słu od­pięła na­szyj­nik i za­wie­siła mu go na szyi.

Na Oeh­len­schla­gers­gade, sie­dząc na tyl­nym sie­dze­niu sa­mo­chodu, od­na­lazł pal­cami po­zła­cany krzy­żyk na cien­kim łań­cuszku. Ob­ra­ca­jąc go mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, nie­mal się roz­pła­kał, kiedy so­bie przy­po­mniał twarz tam­tej ko­biety.

Po­tem po­chy­lił się w przód i raz jesz­cze spoj­rzał na ciemne okna na dru­gim pię­trze. Może to rze­czy­wi­ście nie był do­bry po­mysł?

Mu­ham­med skoń­czył wła­śnie czy­ścić lu­sterko wsteczne i prze­kie­ro­wał uwagę na kie­row­nicę obitą ręcz­nie szytą skórą. W sa­mo­cho­dzie mię­dzy męż­czy­znami za­pa­no­wała na­tu­ralna i wy­cze­ki­wana pauza.

Jan zmie­nił po­zy­cję i wy­szcze­rzył zęby. Ta­bletki, któ­rych w tym mo­men­cie po­łknął już sporą garść, prze­stały dzia­łać i z ran czuł silne szar­pa­nie.

To, co na­stą­piło po wzru­sza­ją­cym po­łą­cze­niu się ro­dziny Ka­miń­skich, to już była cał­kiem inna hi­sto­ria. Jan wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie tam­tej sceny i uczu­cia me­talu, który po raz drugi tej nocy wbił się w jego ciało.

Kiedy wy­szli z ter­mi­nalu pro­mo­wego, my­ślał na­iw­nie, że Mu­ham­med za­wie­zie go na SOR. Trzeba go było zszyć, na­wet je­śli już nie krwa­wił, a rany na­le­żało oczy­ścić. Tego Mu­ham­mad nie kwe­stio­no­wał, lecz kiedy Jan go przy­wo­łał, na du­żej twa­rzy męż­czy­zny po­ja­wiło się coś zde­cy­do­wa­nego i su­ro­wego. Coś, z czym Jan ab­so­lut­nie nie po­wi­nien dys­ku­to­wać. Mu­ham­med na­le­żał kie­dyś do gangu i tej nocy od­wie­dził swoje dawne ży­cie. A Jan mu w tym to­wa­rzy­szył. Ła­ta­nie w szpi­talu ozna­cza­łoby py­ta­nia, które do­pro­wa­dzi­łyby do pro­ble­mów. Dla­tego szpi­tal za­wsze był osta­tecz­no­ścią. Za­re­zer­wo­waną dla sy­tu­acji, z któ­rych wy­cho­dzi się z wła­snym ra­mie­niem w re­kla­mówce albo tym po­dob­nych. W prze­ciw­nym ra­zie trzeba było ra­dzić so­bie sa­memu.

Co też Mu­ham­med uczy­nił.

Jan zo­stał zszyty pod la­tar­nią mor­ską na końcu Lan­ge­li­nie­ka­jen na dy­wa­niku mo­dli­tew­nym, który Pa­ki­stań­czyk wo­ził w sa­mo­cho­dzie. Le­że­nie wprost na as­fal­cie było nie­wska­zane, a tylna ka­napa z ta­pi­cerką Ba­iley w ogóle nie wcho­dziła w grę. Za po­mocą spi­ry­tusu, igły i nitki ten po­tężny fa­cet ła­tał rany dłońmi jak bochny z za­ska­ku­ją­cym spo­ko­jem i wprawą. Jan za to, czu­jąc, jak igła raz po raz prze­bija na wy­lot jego skórę, miał ochotę wy­pić resztę tego al­ko­holu. Wi­dok przy­pra­wiał o mdło­ści, a ból o obłęd. Mimo to pod­czas ca­łej ope­ra­cji coś in­nego za­częło mu cho­dzić po gło­wie.

I wciąż nie da­wało mu spo­koju. Na­wet te­raz.

Prze­rwał pa­nu­jącą w sa­mo­cho­dzie ci­szę.

– Mu­ham­med, mu­szę cię o coś za­py­tać.

– Co ta­kiego? – Męż­czy­zna pa­ko­wał wła­śnie swój ze­staw czysz­czący i Te­sla pach­niała jak sala ope­ra­cyjna. Z nutką igli­wia. Na lu­sterku wstecz­nym za­wi­sła nowa cho­inka Wun­der­baum, a w lu­sterku spo­tkały się ich spoj­rze­nia. – Bra­cie, na­prawdę chciał­bym już wra­cać do domu. Su­per by­łoby kim­nąć się choć na go­dzinę, za­nim dzie­ciaki za­czną po mnie ska­kać, ro­zu­miesz?

Jan się uśmiech­nął.

Mu­ham­med opo­wia­dał mu, że ich miesz­ka­nie na Ama­ger było wiel­ko­ści pu­dełka po bu­tach, ma­rzyli więc z żoną, by zna­leźć coś więk­szego. I bli­żej cen­trum. Dla­tego oszczę­dzali na wkład wła­sny. Cel, który był jed­nak bar­dzo od­le­gły przy jed­nej pen­sji i szó­stce dzieci.

– Mu­ham­med, prze­cież ty wcale nie za­mie­rzasz je­chać do domu, żeby spać, prawda? Obaj to wiemy. Kiedy tylko się mnie po­zbę­dziesz, po­je­dziesz pro­sto na sta­cję Circle K, ku­pisz wszyst­kie środki czy­sto­ści, ja­kie tam mają, i do po­łu­dnia bę­dziesz się mę­czył z tą ta­pi­cerką. – Po­ka­zał na za­krwa­wione sie­dze­nie i pod­nie­sio­nym gło­sem do­dał: – I do­brze ci tak, kurwa! Po tym nu­me­rze, jaki mi wy­cię­li­ście z Fran­kiem. Ja pier­dolę!

Po­nury wzrok w lu­sterku zła­god­niał.

Mu­ham­mad prze­łknął ślinę.

– Jan. Co chcia­łeś wie­dzieć?

– Bu­jar Va­si­lis za­py­tał, czy mu po­mogę – od­parł Jan. – On chciał, że­bym po­mógł mu zna­leźć jego młod­szego brata Do­mi­nika.

– Że co? – Mu­ham­med się od­wró­cił.

– Czy ten brat rów­nież… znik­nął? – Jan ru­chem głowy po­ka­zał na tył sa­mo­chodu. Na ba­gaż­nik. – Tak jak ten?

– Nie! – Mu­ham­med ener­gicz­nie za­prze­czył. W jego ciem­nych oczach wi­dać było za­sko­cze­nie. Może rów­nież tym, że Jan wie­dział, jaki wiozą ła­du­nek. Cho­ciaż… se­rio?

– Wie­dział­byś, gdyby ktoś się go po­zbył?

– Na pewno. Ta­kie wie­ści szybko się roz­cho­dzą po mie­ście.

Znów za­pa­no­wała ci­sza. Jan od­twa­rzał w gło­wie pewną se­kwen­cję wy­da­rzeń. I pe­wien bar­dzo okre­ślony wy­raz twa­rzy.

Mu­ham­med znów od­wró­cił się ple­cami do niego i po­pa­trzył na niego w lu­sterku.

– Co? – W ułamku se­kundy od zmę­cze­nia prze­szedł w stan czuj­no­ści.

– Bu­jar wy­glą­dał nie­mal, jakby… się bał?

– Al­bań­czyk? Jan, to psy­chol ja­kich mało.

– Pełna zgoda. – Typ miał em­pa­tię na po­zio­mie re­kina młota. Choć może ta­kie po­rów­na­nie było nie­spra­wie­dliwe wo­bec re­kina. – Ale po­myśl, co by to mu­siało być. Żeby na­pę­dzić stra­cha ko­muś ta­kiemu?

Jan wi­dział, że to ro­zu­mo­wa­nie zro­biło ma Mu­ham­me­dzie wra­że­nie. Przez chwilę wy­da­wało się na­wet, że tam­ten nad czymś się za­sta­na­wia. Po­tem jed­nak po­krę­cił głową.

– Na dziś wy­star­czy, do­bra? Je­stem kom­plet­nie zje­bany i mu­szę je­chać. – Włą­czył sil­nik i od­wró­cił się do niego z pół­u­śmie­chem. – Zmy­kaj. – Głową wska­zał na wej­ście do bu­dynku. – I po­wo­dze­nia. Przyda ci się, bra­cie!

Jan przy­tak­nął i otwo­rzył drzwi sa­mo­chodu, ale za­raz po­now­nie je za­mknął. Za­rzu­cił głową do tyłu. W stronę ba­gaż­nika.

– Mogę spy­tać, co się sta­nie z… tym tam?

Od ja­kiejś mi­nuty to czuł. Ru­chy. I sły­szał ci­che jęki.

– Nie, nie mo­żesz. – Mu­ham­med mil­cząco zgro­mił Jana spoj­rze­niem. Lo­do­wa­tym. – Pier­dol się! – do­dał. W ułamku se­kundy prze­isto­czył się w ko­goś in­nego i świ­dro­wał Jana wzro­kiem gang­stera.

7

Dziel­nica Ve­ster­bro, Oeh­len­schla­gers­gade

Te­sla z elek­trycz­nym szme­rem znik­nęła na końcu ulicy. Jan pod­niósł dłoń na po­że­gna­nie, ale Mu­ham­med go zi­gno­ro­wał, więc zo­stał jak idiota z ręką w gó­rze. Jesz­cze chwilę stał przy kra­węż­niku.

Ogar­nął go dziwny smu­tek.

Uwa­żał tego ol­brzyma za swo­jego przy­ja­ciela. Jako pierw­szy do­wie­dział się o jego mrocz­nej prze­szło­ści. I do­kład­nie tak ją trak­to­wał. Jak prze­szłość. Mu­ham­med wy­szedł z tego szamba. Te­raz był głową ro­dziny ze stałą pracą i ra­chun­kami do za­pła­ce­nia. Prze­sie­dzieli w jego tak­sówce wiele go­dzin, roz­ma­wia­jąc o wszyst­kim, po­cząw­szy od Boga i Al­laha, a skoń­czyw­szy na pie­nią­dzach i pro­ble­mach z ko­bie­tami.

Naj­bar­dziej jed­nak czuł się jak głu­pek. Bo na chwilę za­po­mniał, że ten fa­cet za kie­row­nicą Te­sli miał dwie twa­rze. Nocne zaj­ścia same w so­bie pod­kre­śliły tylko gru­bymi li­niami te jego nie­mal schi­zo­fre­niczne ce­chy.

W ostat­nich la­tach Jan re­pre­zen­to­wał mnó­stwo męż­czyzn i chłop­ców ma­ją­cych po­wią­za­nia z gan­gami. W jed­nej chwili byli pełni ży­cia i sko­rzy do wy­głu­pów a se­kundę póź­niej mieli oczy zimne i mar­twe. To oczy­wi­ście był ka­mu­flaż. Me­cha­nizm obronny. Ko­nieczny re­kwi­zyt w nie­rzadko su­ro­wym śro­do­wi­sku. Wi­dy­wał jed­nak rów­nież mar­twe i nie­na­wistne spoj­rze­nia, które wcale ma­skami nie były.

W końcu ru­szył w stronę klatki scho­do­wej. Po­czła­pał do do­mo­fonu i od­na­lazł wła­ściwy nu­mer. Wziął głę­boki wdech i już miał wci­snąć gu­zik, kiedy znowu usły­szał cha­rak­te­ry­styczny szmer sa­mo­chodu elek­trycz­nego.

Obej­rzał się za sie­bie. Mu­ham­med.

– Hej, kurde, za­po­mnia­łem o tym! – Je­chał ulicą na wstecz­nym z tą samą sza­loną pręd­ko­ścią, z jaką z niej od­je­chał. Do jego brą­zo­wych oczu wró­cił cie­pły blask, a jego ło­kieć non­sza­lancko wy­sta­wał na ze­wnątrz, jakby był śro­dek lata.

– Co to jest?

Jan wziął od niego brą­zową pa­pie­rową torbę.

– Pięć­dzie­siąt ka­fli. Pro­sto do kie­szeni.

– Co?

– No, twoja dola za ro­botę. Ca­łość wy­nio­sła sto pięć­dzie­siąt, więc dzie­limy się oczy­wi­ście po równo. Frank już swoją do­stał. – Kciu­kiem po­ka­zał do tyłu.

Jan zwró­cił mu torbę bez otwie­ra­nia. Onie­miały i wście­kły.

– Mu­ham­med, nie chcę, kurwa, żad­nych pie­nię­dzy. Po­je­bało cię?! – Cała sprawa od po­czątku była śli­ska. Al­bań­czyk był bru­tal­nym zwy­ro­lem, który za­słu­żył na naj­gor­sze męki pie­kielne. Ale gdyby przy­jął te pie­nią­dze, sy­tu­acja sta­łaby się dla niego cał­kiem nie do znie­sie­nia. – Wzią­łem w tym udział po to, żeby po­móc dziew­czy­nie. Nie je­stem, kurwa, płat­nym mor­dercą. – Pal­cem wska­zał na ba­gaż­nik. – To, co tam wie­ziesz, nie ma ze mną nic wspól­nego. Mam na­dzieję, że o tym pa­mię­tasz?

Pa­ki­stań­czyk nie przy­jął od niego torby, więc Jan przez okno rzu­cił mu ją na ko­lana.

– Mu­ham­med, za­trzy­maj je. Na wa­sze miesz­ka­nie. Ja ich nie chcę, ja­sne?

Męż­czy­zna wziął torbę do ręki. Przez chwilę nic nie mó­wił. Wy­glą­dał, jakby się na­my­ślał. Po czym jego po­tężna klatka pier­siowa unio­sła się i opa­dła w głę­bo­kim wes­tchnie­niu.

Po­now­nie wy­su­nął torbę przez okno. Z miną nie­zno­szącą sprze­ciwu.

– Tak się nie robi. Mu­sisz je wziąć. Nie mo­żesz mi ich po­da­ro­wać i do­brze o tym wiesz.

Noc była zimna, a oni to­czyli mil­czący po­je­dy­nek na spoj­rze­nia. W końcu Jan nie­chęt­nie wziął od niego ko­pertę. Po­nie­waż Mu­ham­med miał ra­cję.

Ist­niały dwa sce­na­riu­sze tego, co by się stało, gdyby się roz­nio­sło, że Jan nie do­stał swo­jej działki. W wer­sji ła­god­nej, choć wciąż nie­moż­li­wej do prze­łknię­cia, Mu­ham­med za­cząłby być trak­to­wany jak dziwka Jana. Uznano by, że znaj­duje się na li­ście płac ad­wo­kata. A prze­cież każdy pie­niądz ma swoją cenę. W wer­sji na ostro Mu­ham­med stałby się czło­wie­kiem nie­ho­no­ro­wym, który po pro­stu przy­własz­czył so­bie pie­nią­dze Jana. Wer­sja trze­cia, w któ­rej Jan z po­bu­dek etycz­nych od­mó­wił przy­ję­cia swo­jej działki, nie ist­niała.

– Kurwa. – Jan, krę­cąc głową, scho­wał ko­pertę do we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki. – W ja­kie gówno mnie wplą­ta­łeś, co?

Mu­ham­med tylko ski­nął po­ta­ku­jąco i za­nim pod­niósł szybę, rzu­cił:

– Jan, zro­bi­li­śmy dziś do­bry uczy­nek. Tego się trzy­maj, ja­sne? I prze­stań joj­czyć. Wi­dzimy się ju­tro, bra­cie. Ha­sta la vi­sta!

Te­sla po­now­nie znik­nęła na końcu ulicy.

Jan po­krę­cił głową i wró­cił do drzwi. Tym ra­zem się nie wa­hał. Nie miał siły dłu­żej tego roz­trzą­sać. Roz­my­śla­nia zo­stawi so­bie na ju­tro. Wtedy bę­dzie też mu­siał wy­kom­bi­no­wać, co zro­bić z tymi pie­niędzmi.

Wci­snął gu­zik do­mo­fonu.

To był sza­lony wie­czór i sza­lona noc.

Jed­nak to, w co wła­śnie się pa­ko­wał, było już czy­stym obłę­dem,

Jed­no­cze­śnie w tych ostat­nich chwi­lach, za­nim w gło­śniku ode­zwał się za­chryp­nięty głos i drzwi zo­stały otwarte, do jego świa­do­mo­ści prze­biło się coś jesz­cze.

Znów po­my­ślał o Al­bań­czyku.

O jego su­ro­wej twa­rzy.

I za­lęk­nio­nych oczach.

8

Wy­spa Ama­ger, go­dzina szó­sta tego sa­mego dnia

Flem­ming nie prze­pa­dał za al­ko­ho­lem. Wina ja­koś nie na­uczył się lu­bić, a kiedy ktoś sta­wiał przed nim duże piwo, zwy­kle uda­wało mu się wy­pić naj­wy­żej po­łowę. Nie lu­bił też prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie pi­ja­nych lu­dzi. Jako po­li­cjant z Ve­ster­bro z czter­dzie­sto­let­nim sta­żem sporo się na­oglą­dał nie­szczęść, do któ­rych do­pro­wa­dziło pi­jań­stwo. Więc po pro­stu nie lu­bił tego syfu i już. Z tego też po­wodu nad wy­raz rzadko zda­rzało mu się sa­memu być pi­ja­nym.

Tak, jak w tej chwili.

Wy­chy­lił się na bok i po­woli od­sta­wił pu­stą bu­telkę po akwa­wi­cie na dy­wan obok fo­tela. Po czym rów­nie wolno się wy­pro­sto­wał. Flem­ming sta­rał się ogra­ni­czyć ruch, ale stary fo­tel i tak za­skrzy­piał. Tem­pe­ra­mentna i prze­wraż­li­wiona są­siadka z dołu, wdowa Else przy każ­dej naj­mniej­szej oka­zji pę­dziła na górę i wa­liła w jego drzwi.

Spoj­rzał na ze­gar na ba­te­rię wi­szący na ścia­nie nad te­le­wi­zo­rem. Brą­zo­wawa tar­cza w mię­to­wo­zie­lo­nej ramce. Ku­piony w domu to­wa­ro­wym Da­els Va­re­hus przy Nør­re­gade pół ży­cia temu. Dziś pew­nie wpa­dał w ka­te­go­rię re­tro. Po­dob­nie jak wszystko w tym miesz­ka­niu.

Była szó­sta rano.

Od kilku go­dzin tkwił w le­targu, ale to nie przy­pa­dek, że jego ciało za­czy­nało się bu­dzić aku­rat te­raz. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach wła­śnie obu­dziłby się sam z sie­bie, prze­rzu­cił stare nogi przez ramę łóżka, wsu­nął stopy w kap­cie i po­czła­pał do kuchni, żeby na­sta­wić grzanki i za­go­to­wać wodę na kawę. Może pu­ściłby so­bie mu­zykę kla­syczną na P2 i prze­glą­da­jąc lo­kalną ga­zetę, obu­dziłby się do końca. I nor­mal­nie czułby się cał­kiem wy­po­częty. Bo Flem­ming do­brze sy­piał.

Tej nocy jed­nak nie zmru­żył oka. Po tym, jak obej­rzał film przy­słany na jego skrzynkę ma­ilową wczo­raj o go­dzi­nie 21.00, wie­dział, że nie za­śnie. Za­raz po­tem po­my­ślał o bu­telce akwa­wity w głębi szafki nad lo­dówką.

Ro­zej­rzał się po prze­stron­nym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu. Za­trzy­mał wzrok na otwar­tych drzwiach do kuchni. Na­stęp­nie prze­su­nął nim po so­bie i wy­świech­ta­nym fo­telu, w któ­rym tak lu­bił się za­nu­rzyć, czy­ta­jąc kry­mi­nały albo oglą­da­jąc stare filmy walki. Wę­dro­wał spoj­rze­niem da­lej, po dy­wa­nie, mi­ja­jąc sto­lik ka­wowy, wy­pchany po brzegi re­gał z książ­kami, ramki ze zdję­ciami jego i Agnes z wy­cieczki w góry Harz i nad je­zioro Garda oraz zdję­cie ślubne zro­bione przed ko­ścio­łem Sundby i da­lej, do sy­pialni. Z fo­tela w sa­lo­nie wi­dział tylko ma­leńki skra­wek po­dwój­nego łóżka, w któ­rym na­dal zaj­mo­wał wy­łącz­nie prawą stronę. Szafy i ko­mody nie było stąd wi­dać. Ale biurko znaj­du­jące się w prze­ciw­le­głym końcu miesz­ka­nia już tak. I sto­jący na nim kom­pu­ter.

Flem­ming prze­łknął ślinę.

Uwiel­biał swoje miesz­ka­nie. Wszystko tu jakby w któ­rymś mo­men­cie za­trzy­mało się w roz­woju. Można wręcz po­wie­dzieć, że stało się ro­dza­jem mau­zo­leum ku pa­mięci Agnes. Te wszyst­kie zdję­cia ko­biety nie­ży­ją­cej już od nie­mal trzy­dzie­stu lat świad­czyły pew­nie o tym, że to on ni­gdy nie ru­szył z miej­sca.

Znów prze­łknął ślinę.

Po­my­ślał o bu­telce.

Ża­ło­wał, że była pu­sta.

Bo w miarę, jak z ekranu kom­pu­tera są­czyły się dźwięki i ob­razy, miesz­ka­nie się prze­isto­czyło. W coś, co przy­po­mi­nało o miej­scu zbrodni.

Wziął głę­boki wdech. Po­tem ener­gicz­nie po­trzą­snął głową, w któ­rej wła­śnie za­ko­twi­czał się po­tężny ból wy­wo­łany akwa­witą.

Mu­siał wziąć się w garść. Pod­jąć ja­kieś kroki. To, co zo­ba­czył, było nie tylko prze­ra­ża­jące. Było rów­nież od­ra­ża­jącą zbrod­nią. Więc nie może, do cho­lery, po­zwo­lić so­bie dłu­żej na bez­czynne sie­dze­nie!

Po­ki­wał głową. I jesz­cze raz.

Do ro­boty. Trzeba wstać, wziąć długi prysz­nic. Ko­niecz­nie prze­płu­kać usta pły­nem i po­rząd­nie wy­szo­ro­wać zęby. Bę­dzie źle, je­śli ktoś wy­czuje od niego al­ko­hol. I musi się na­pić kawy. Bar­dzo dużo kawy.

Za­ci­snął dło­nie na pod­ło­kiet­ni­kach i już miał się ode­pchnąć, kiedy po­now­nie za­padł się w sie­dzi­sko. Dwa py­ta­nia, nad któ­rymi roz­my­ślał całą noc, nie po­zwa­lały mu się ru­szyć.

Po pierw­sze: ma­ila z fil­mem nie wy­słano na ad­res któ­re­goś z okrę­gów po­li­cyj­nych, któ­rych dane kon­tak­towe były do­stępne w sieci. Ani do wszyst­kich na raz, jak to się nie­rzadko zda­rzało, gdy ja­kiś błą­dzący nie­szczę­śnik uwa­żał, że zo­ba­czył UFO w Valby albo inny do­ma­gał się sta­now­czej re­ak­cji, bo ktoś nie po­sprzą­tał po swoim psie. Nie wy­słano go rów­nież na ad­res ma­ilowy jego ma­cie­rzy­stego po­ste­runku, ko­mendy City, także pu­blicz­nie do­stęp­nego.

Wy­słano go bez­po­śred­nio do Flem­minga.

Dla­czego?

To jed­nak samo w so­bie nie wy­wo­łało w nim szoku. Woda do­trze wszę­dzie i naj­róż­niej­sze świry rów­nież. Nie można było wy­klu­czyć, że gdzieś tam w sieci za­wie­ru­szył się jego ad­res na hot­ma­ilu. Nie­dawno zo­stał pre­ze­sem klubu darta w Ama­ger, na któ­rego stro­nie znaj­do­wały się różne dane kon­tak­towe. Może jego e-mail też tam był?

Nie, tym, co po­wa­liło go na ło­patki, było to dru­gie.

Coś, czego nie dało się wy­ja­śnić przy­pad­kową zbież­no­ścią czy in­nym neu­tral­nym ar­gu­men­tem.

Słowa.

Te, które pa­dły pod sam ko­niec.

Tego od­ra­ża­ją­cego na­gra­nia.

9

Dziel­nica Ve­ster­bro, Oeh­len­schla­gers­gade, w tym sa­mym cza­sie

San­dra wy­łą­czyła te­le­fon. Bu­dzik z prze­szy­wa­ją­cym mózg pi­ka­niem uru­cho­mił się jak za­wsze o szó­stej, ale nie zdą­żył się w pełni roz­krę­cić. Bo już nie spała. Nie spała, od­kąd pół­to­rej go­dziny wcze­śniej ktoś za­dzwo­nił do jej drzwi.

Usia­dła na łóżku.

Niebo nad da­chami po dru­giej stro­nie ulicy wciąż było ciemne, a świa­tło la­tarni ulicz­nych ja­skra­wo­żółte. Gdzieś na Ve­ster­bro­gade wyła sy­rena, na­kła­da­jąc się na od­głos sil­ni­ków sa­mo­cho­do­wych i in­nych dźwię­ków ulicy. Ta kom­bi­na­cja sta­no­wiła sce­no­gra­fię dla no­wego dnia. San­dra zwy­kle bu­dziła się z pew­nym nie­po­ko­jem w żo­łądku. Nie­ko­niecz­nie cho­dziło o ja­kieś nie­przy­jemne ro­ze­dr­ga­nie. Bar­dziej po­czu­cie, że musi na­tych­miast wstać i dzia­łać. Że czeka na nią coś, co ab­so­lut­nie nie może jej umknąć. I rze­czy­wi­ście zwy­kle kilka se­kund po prze­bu­dze­niu krzą­tała się po miesz­ka­niu, pa­rząc kawę, szy­ku­jąc śnia­da­nie, na­kła­da­jąc ma­ki­jaż i ogól­nie spra­wia­jąc wra­że­nie ogrom­nie za­ję­tej.

Ale nie dziś.

Duży trzy­po­ko­jowy lo­kal z ja­sną dę­bową pod­łogą, fran­cu­skim bal­ko­nem od ulicy i wanną San­dra prze­jęła po swo­jej matce, kiedy ją, po­ko­naną przez al­ko­hol prze­nie­siono do miesz­ka­nia wspie­ra­nego. Umowa najmu była bez­ter­mi­nowa, a czynsz za­mro­żony. Każdy, kto się spro­wa­dzał do sto­licy, dałby się po­kroić za ta­kie wa­runki.

Te­raz wzrok San­dry po­wę­dro­wał z sy­pialni do dwóch prze­chod­nich po­koi, w któ­rych rów­nież kró­lo­wał mi­ni­ma­lizm gra­ni­czący z pustką. Cał­kiem ina­czej niż w cza­sach jej dzie­ciń­stwa, kiedy wszystko tu się le­piło, brzę­czało i cuch­nęło, gdy jej matka, roz­cza­ro­wana i oszu­kana przez ży­cie, zda­wała się świa­do­mie dą­żyć do uni­ce­stwie­nia. Obec­nie w miesz­ka­niu pa­no­wał nie­mal do­tkliwy po­rzą­dek, a wy­strój sta­no­wiły nie­liczne, ale su­per eks­klu­zywne przed­mioty, na które San­dra po ko­lei od­kła­dała pie­nią­dze. W sa­lo­nie stół w kształ­cie elipsy z krze­słami typu „mrówka”. W pra­cowni stół kre­ślar­ski z krze­słem Vi­tra, w ca­łym miesz­ka­niu lampy Geo­rga Jen­sena i wresz­cie klej­not ko­ronny: nie­do­rzecz­nie drogi fo­tel Eames Lo­un­ge­chair z orze­cha i czar­nej skóry z pod­nóż­kiem w rogu sy­pialni, na któ­rym w tej chwili za­trzy­mała za­my­ślony wzrok.

San­dra miała 35 lat i była bez­dzietną sin­gielką. Oraz nie była idiotką. Do­sko­nale ro­zu­miała, że kli­nicz­nie czy­ste miesz­ka­nie wy­peł­nione dro­gimi przed­mio­tami miało jej coś zre­kom­pen­so­wać. Ta prze­strzeń była pod jej cał­ko­witą kon­trolą, czymś pew­nym i sta­łym w świe­cie i ży­ciu, jej azy­lem. Ale rów­nież oszu­stwem. Bo niby każ­dego ranka ro­biła ty­siąc rze­czy na raz? Jako osoba nie­uko­rze­niona, a przy tym chro­nicz­nie sa­motna stale za czymś go­niła. Bez względu na to, jak bar­dzo sta­rała się to ukryć. To dla­tego co rano w po­śpie­chu ucie­kała z tego miesz­ka­nia. Bo ci­sza i bez­duszna ste­ryl­ność pu­stej prze­strzeni były dla niej nie do znie­sie­nia.

Z wy­jąt­kiem dzi­siej­szego po­ranka.

Ze­gar w iPho­nie wska­zy­wał go­dzinę 6.15. Nor­mal­nie by­łaby już po prysz­nicu, po pierw­szej ka­wie i wie­dzia­łaby, którą z 14 nie­mal iden­tycz­nych par nie­bie­skich dżin­sów dziś za­łoży. Może na­wet zdą­ży­łaby wy­jąć służ­bo­wego Hec­klera & Ko­cha z szafki na broń ukry­tej w sza­fie za spodniami i scho­wać do ka­bury przy pa­sku.

Ale nie dziś. Nie tego ranka.

Uśmiech­nęła się w pół­mroku i spoj­rzała na śpią­cego obok męż­czy­znę. Me­te­oryt w jej ży­ciu.

Jana Rose.

10

Dziel­nica Ve­ster­bro, Oeh­len­schla­gers­gade

San­dra ani razu nie od­wie­dziła Jana, kiedy od­sia­dy­wał wy­rok w za­kła­dzie kar­nym w Ny­borgu. Ode­grał jedną z głów­nych ról w groź­nym cha­osie, jaki się roz­pę­tał pod­czas pa­rady rów­no­ści w Ko­pen­ha­dze na prze­strzeni dwóch upal­nych i bar­dzo in­ten­syw­nych dni w czerwcu ze­szłego roku. W tam­tym cza­sie Jan, ob­da­rzony nie­mal ho­li­styczną zdol­no­ścią za­sy­sa­nia pro­ble­mów z oto­cze­nia, zdo­łał uwi­kłać się w hi­sto­rię zmar­łego han­dla­rza ludźmi i ter­ro­ry­sty po­szu­ki­wa­nego mię­dzy­na­ro­do­wym li­stem goń­czym. Oraz wznie­cić roz­le­gły po­żar w wię­zie­niu Ve­stre. Ab­so­lut­nie nic nie wska­zy­wało na to, że kie­dy­kol­wiek wyj­dzie na wol­ność.

Do­póki się nie oka­zało, że był nie­winny. Cał­ko­wi­cie.

Me­dia ty­go­dniami grzały te­mat, a wy­jąt­kowo bo­le­sne dla duń­skiego wy­miaru spra­wie­dli­wo­ści okre­śle­nie „po­myłka są­dowa” krzy­czało z pierw­szych stron ga­zet i na­głów­ków. Bliż­sze szcze­góły let­niego cha­osu, w któ­rym rów­nież brała udział, nie były San­drze znane, ale sama przed sobą już wcze­śniej uznała Jana za nie­win­nego. Wie­działa, że miał mocno nie­tra­dy­cyjne po­dej­ście do mo­ral­no­ści, a na do­da­tek za­da­wał się z ty­pami, któ­rych naj­chęt­niej przy­mknę­łaby pre­wen­cyj­nie. Ale to, o co go oskar­żono, zwy­czaj­nie do niego nie pa­so­wało. Mimo to nie od­wie­dziła go ani razu. Te­raz miała z tego po­wodu szczere wy­rzuty su­mie­nia. Bo to nie tak, że Jan, ni­czym sto­icki bo­ha­ter fil­mowy, wspa­nia­ło­myśl­nie ma­jąc na uwa­dze wy­łącz­nie jej do­bro, po­pro­sił, aby trzy­mała się od niego z da­leka. Prze­ciw­nie, ucie­szyłby się na jej wi­dok, a na­wet byłby za­chwy­cony. Miał dość in­ten­sywną oso­bo­wość i już w ósmej kla­sie wy­znał jej mi­łość. Mimo to nie zde­cy­do­wała się na wi­dze­nie. Może dla­tego, że uznała go za nie­ro­ku­ją­cego? A może po­wstrzy­my­wała ją de­spe­ra­cja, wiek i ego­izm?

Dla­tego też po­czu­cie winy jesz­cze się zwie­lo­krot­niło, kiedy Jan przed trzema mie­sią­cami zo­stał unie­win­niony. Oczysz­czony z wszyst­kich za­rzu­tów. I jesz­cze ofi­cjal­nie prze­pro­szony przez mi­ni­stra spra­wie­dli­wo­ści. W tam­tym mo­men­cie nie miała śmia­ło­ści się z nim kon­tak­to­wać. Jan był nie­winny, a ona nie zro­biła nic, żeby mu po­móc. Za­miast niej wspie­rało go to jego szem­rane to­wa­rzy­stwo i ci sami wy­jęci spod prawa lu­dzie po­mo­gli mu wyjść.

Spał w bok­ser­kach. San­dra de­li­kat­nie starła krew z jego ciała mo­krą szmatką, a on po­mru­ki­wał ci­cho, le­żąc twa­rzą do niej na zdro­wym boku. Na tu­ło­wiu nie miał grama tłusz­czu, a za­ry­so­wane mię­śnie kur­czyły się przy każ­dym do­tknię­ciu ran. Ale nie obu­dził się. Jego piękna twarz po­zo­stała spo­kojna. Ciało i mózg pil­nie po­trze­bo­wały wy­tchnie­nia. Cho­ciaż nie tylko tego. Ktoś po­wi­nien się nim za­opie­ko­wać. Dla­tego już po­sta­no­wiła. Po­wie w pracy, że jest chora, mimo że ni­gdy wcze­śniej jej się to nie zda­rzyło. Bo tym „kto­siem” była ona, do dia­bła! Była mu to winna. Na­wet je­śli wciąż nie wy­szła z szoku.

Wes­tchnęła ciężko, gdy o tym po­my­ślała, i w ciem­no­ści po­krę­ciła głową.

Za­dzwo­nił do­mo­fo­nem o wpół do pią­tej, a jego wi­dok chwilę póź­niej wy­wo­łał w niej mie­szane uczu­cia. Odro­binę iry­ta­cji z po­wodu nie­ludz­kiej pory szybko za­stą­piła ra­dość z po­now­nego spo­tka­nia. Ulga po na­gro­ma­dzo­nych wy­rzu­tach su­mie­nia. A na ko­niec szok, gdy roz­su­nął poły kurtki i po­ka­zał jej rany i świeże szwy. Zdą­żył jej jesz­cze po­krótce wy­ja­śnić, że ura­to­wał ja­kąś Po­lkę z łap psy­cho­paty Bu­jara Va­si­lisa i za­raz od­pły­nął. Po­zwo­liła mu na to, cho­ciaż miała mnó­stwo py­tań.

Te­raz jęk­nął ci­cho i prze­wró­cił się na plecy. Ko­smyk gę­stych brą­zo­wych wło­sów opadł mu na oko. Od­su­nęła go i po­gła­skała Jana po po­liczku.

Do­piero te­raz zwró­ciła uwagę na wła­sny wy­gląd. Była w sa­mych majt­kach, a za­nim otwo­rzyła mu drzwi, zdą­żyła tylko na­rzu­cić na sie­bie starą ko­szulkę. Czuła cie­pło jego ciała, które jakby się w niej… umo­ściło. Kiedy tak le­żeli obok sie­bie, byli jak każda inna para. Mu­cha na ścia­nie nie po­my­śla­łaby, że było ina­czej. Po­mi­ja­jąc oczy­wi­ście rany kłute i za­krwa­wioną po­ściel.

Wes­tchnęła i z uśmie­chem spoj­rzała na swój fo­tel Eamesa, gdzie le­żały brudne ciu­chy Jana, a jej zu­peł­nie to nie prze­szka­dzało. Po­sta­no­wiła na­wet, że mu je wy­pie­rze. Skoro i tak nie idzie dziś do pracy. „Pani domu” San­dra Wa­gner. Se­rio? Za­śmia­łaby się na głos, gdyby mo­gła.

Po ci­chu wstała, ze­brała ubra­nie i po­szła do kuchni, gdzie stała pralko-su­szarka. Ta prze­dziwna sy­tu­acja na­wet ją ba­wiła, ale kiedy chwilę póź­niej se­gre­go­wała ciu­chy, z kie­szeni jego kurtki wy­pa­dła pa­pie­rowa torba, ude­rzyła w kant stołu i wy­lą­do­wała na ku­chen­nej pod­ło­dze w sza­chow­nicę.

San­dra pa­trzyła osłu­piała.

Na brą­zową pa­pie­rową torbę.

Któ­rej za­war­tość roz­sy­pała się u jej stóp.

Bank­noty. W du­żej ilo­ści.

Naj­pierw po­czuła roz­cza­ro­wa­nie.

A po­tem przy­szła złość.

Kwa­drans póź­niej wy­szła z miesz­ka­nia.

11

Dziel­nica Øster­bro, tego sa­mego ranka

Dla ko­men­danta sto­łecz­nego po­li­cji Mar­tina Holma ten dzień nie mógł za­cząć się le­piej. Znaj­do­wał się w miesz­ka­niu na pią­tym pię­trze w dziel­nicy Øster­bro, a dziew­czyna w jego ra­mio­nach spała jak ka­mień. Była młod­sza, niż Holm by so­bie tego ży­czył, ale piękna jak sen tor­re­adora. Miała na imię Car­men i od­kąd ulo­ko­wał ją tu­taj na pod­da­szu, obie­cała, że nie bę­dzie przyj­mo­wać in­nych klien­tów poza nim. Holm zde­cy­do­wa­nie nie pla­no­wał za­ko­chać się w eskor­cie, tak po pro­stu wy­szło. Na­gle po­czuł w so­bie wi­tal­ność osiem­na­sto­latka i był szczę­śliwy.

Po 35 la­tach mał­żeń­stwa po­sta­no­wili z Jytte się roz­wieść. Była to ich wspólna, doj­rzała de­cy­zja pod­jęta przy lampce wina w kuchni ich willi w Hel­le­rup. Bez dra­ma­tów. Ich drogi zwy­czaj­nie się ro­ze­szły. De­li­kat­nie mó­wiąc. Jytte w je­sieni ży­cia czer­pała co­raz więk­szą ra­dość z pod­le­wa­nia ja­kichś sied­miu­set ro­ślin roz­sta­wio­nych po ca­łym domu. Cho­dziła na jogę, ma­lar­stwo olejne i uwiel­biała dłu­gie spa­cery po plaży z ich zi­dio­cia­łym char­tem Her­ber­tem, z któ­rym za­częła rów­nież od­by­wać dłu­gie roz­mowy. Jej zda­wało się to nie prze­szka­dzać, ale mo­gło za­po­wia­dać ja­kieś psy­chiczne nie­do­ma­ga­nia, któ­rych fi­nału on sam nie miał ochoty oglą­dać. Poza tym po wy­pro­wadzce dzieci Jytte co­raz bar­dziej się od niego od­da­lała i z cza­sem zu­peł­nie stra­ciła nim za­in­te­re­so­wa­nie. I je­śli nie było to główną przy­czyną, to w każ­dym ra­zie przy­czy­niło się do tego, że Holm z ko­lei w swo­jej je­sieni ży­cia za­jął się czymś zgoła in­nym, i je­śli nie pra­co­wał jak koń, to ru­chał jak kró­lik.

W ja­kimś sen­sie było to okropne. Być cały czas tak cho­ler­nie na­pa­lo­nym. Zu­peł­nie, jakby całe jego do­tych­cza­sowe po­rządne ży­cie za­wo­dowe i oso­bi­ste trzy­mała w ry­zach ja­kaś tama, która w końcu pę­kła. Na pod­ło­dze wo­kół łóżka le­żało co naj­mniej pięć zu­ży­tych kon­do­mów. Car­men spała nago z nogą prze­rzu­coną przez jego ciało. Czuł za­pach jej cipki i uśmiech­nął się do sie­bie, kiedy jego ku­tas za­czął do­słow­nie wra­stać w jej otwór. Ja ta fa­solka z bajki.

– Ba­stardo!

Car­men się obu­dziła, czule klep­nęła go w po­li­czek i zsu­nęła się w dół, na­dzie­wa­jąc się na niego. W tym mo­men­cie z jego le­żą­cego na noc­nej szafce te­le­fonu roz­legł się spe­cjalny sy­gnał.

I roz­pę­tało się pie­kło.

Dwie mi­nuty i prze­rwany sto­su­nek póź­niej Holm znaj­do­wał się w mi­kro­sko­pij­nej ła­zience Car­men. W swoim te­le­fo­nie przy­pi­sał klu­czo­wym oso­bom z kor­pusu spe­cjalne dzwonki, które sy­gna­li­zo­wały, kto dzwoni albo pi­sze. Na­to­miast wia­do­mo­ści od lu­dzi, któ­rych uznał za nie­istot­nych, przy­cho­dziły bez­gło­śnie. Flem­ming Jør­gen­sen na­le­żał do tej pierw­szej grupy. A mail od szefa ko­mendy City o go­dzi­nie wpół do siód­mej w nie­dzielę mógł ozna­czać tylko pro­blemy. I to po­ważne. Oraz pilne. Gdy zaś obej­rzał film, który Flem­ming przy­słał w za­łącz­niku, mógł się tylko cie­szyć, że aku­rat sie­dział na klo­ze­cie. Bo kiedy z dużą gwał­tow­no­ścią opróż­niał kiszkę z wczo­raj­szej pa­elli i szam­pana, na swoim te­le­fo­nie oglą­dał naj­bar­dziej od­ra­ża­jącą scenę, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dział.

Holm wy­cho­wał się na wsi w Ze­lan­dii Po­łu­dnio­wej i pro­ce­dura była mu do­brze znana. Kiedy się za­bija krowę, naj­pierw się ją ogłu­sza. Zwy­kle spe­cjal­nym pi­sto­le­tem. Po­tem wie­sza się ją na łań­cu­chu. Głową w dół. Na­stęp­nie przy­stę­puje się do za­rzy­na­nia. Pio­no­wym cię­ciem dłu­giego cien­kiego noża otwiera się brzuch, z któ­rego wy­pa­dają wnętrz­no­ści. Na­stęp­nie trzeba prze­pi­ło­wać mo­stek, żeby cał­kiem otwo­rzyć ciało, a na ko­niec tu­szę prze­cina się na ple­cach wzdłuż krę­go­słupa, uzy­sku­jąc dwie po­łówki do dal­szej ob­róbki.

Holm za­sło­nił usta dło­nią, żeby nie krzyk­nąć. Bo do­kład­nie to oglą­dał przez ostat­nie pół­to­rej mi­nuty. Ubój prze­my­słowy. Spraw­nie i pro­fe­sjo­nal­nie prze­pro­wa­dzony.

Z dwoma istot­nymi róż­ni­cami:

Po­mi­nięto etap ogłu­sze­nia. Wrza­ski, od­głosy ha­ków wbi­ja­nych w ciało i pi­ło­wa­nia, wil­gotne mla­śnię­cia krwi i wnętrz­no­ści wpa­da­ją­cych do du­żej wanny wy­ło­żo­nej plan­deką roz­brzmiały w ła­zience Car­men tak re­ali­stycz­nie, jakby Holm sam znaj­do­wał się w środku tej rzezi.

I wy­ją­tek nu­mer dwa:

Czę­ści ciała, które na ko­niec dyn­dały z su­fitu na dwóch osob­nych ha­kach, nie na­le­żały do krowy.

12

Mia­sto Klam­pen­borg, go­dzina siódma tego sa­mego ranka

Ko­lar­stwo na­le­żało do tych nie­licz­nych rze­czy w ży­ciu Flem­minga, które zde­cy­do­wa­nie nie były re­tro. To za­ję­cie w krót­kim cza­sie zna­cząco po­pra­wiło mu ja­kość ży­cia. Ni­gdy tak na­prawdę nie uległ ro­we­ro­wej hi­ste­rii ka­żą­cej z dnia na dzień ca­łym rze­szom do­ro­słych męż­czyzn przy­oble­kać się w ja­skrawą ly­crę i ae­ro­dy­na­miczne ka­ski, i ru­szać na ulice ni­czym ar­mia bo­jowo na­sta­wio­nych przy­by­szów z ko­smosu. Prawdę mó­wiąc, sam czę­sto miał ochotę wsu­nąć po­li­cyjną pałkę w szpry­chy któ­re­goś z tych ma­nia­ków gna­ją­cych za­równo po mie­ście jak i poza mia­stem szyb­ciej niż sa­mo­chody. Aro­gan­cja nie­któ­rych do­rów­ny­wała ich głu­po­cie.

Te­raz sam śmi­gnął wzdłuż Stran­dve­jen, mi­nął te­atr Bel­le­vue i skrę­cił w lewo w Pe­ter Lieps Vej. Prze­je­chał czer­woną bramę i już był w le­sie. Droga z domu do Klam­pen­borga za­jęła mu ja­kieś pół go­dziny i znacz­nie po­pra­wiła na­strój. Ro­wer, ra­sowy Trek Mar­lin 7, Blue Navyspre­zen­to­wał so­bie dwa mie­siące temu na 63. uro­dziny. Wy­dał na tę be­stię nie­mal 7000 ko­ron i nieco go za­sko­czyła in­for­ma­cja, że to do­bra ma­szyna „z tych tań­szych”. Gość w skle­pie ro­we­ro­wym, pro­tek­cjo­nalny szcze­niak bez grama tłusz­czu i z pu­chem na bro­dzie, nie krył roz­ba­wie­nia, wi­dząc osłu­piałą minę Flem­minga na wi­dok mo­deli, które sprze­dają się naj­le­piej. To tylko utwier­dziło po­li­cjanta w prze­ko­na­niu, że zro­bił się stary.

Fakt, z któ­rym po pro­stu bę­dzie mu­siał się po­go­dzić. Choć nie miał po­ję­cia, jak do tego do­szło i dla­czego tak szybko. Oraz był zmę­czony. Stre­su­jąca i kom­plet­nie nie­prze­wi­dy­walna praca szefa ko­mendy City, gdzie sza­leń­stwo było sta­nem chro­nicz­nym, a nie­prze­wi­dziane sy­tu­acje zda­rzały się co­dzien­nie, wy­ma­gała cią­głej czuj­no­ści i go­to­wo­ści do na­tych­mia­sto­wego ga­sze­nia po­ża­rów. To mocno się na nim od­biło. To, i może rów­nież fakt, że nie miał w domu ni­kogo, kto by się o niego choć tro­chę za­trosz­czył. Mówi się prze­cież, że żo­naci żyją dłu­żej. Tak czy ina­czej, czy to praca, czy stan cy­wilny wy­raź­nie się na nim od­biły.

Ale on jesz­cze nie po­wie­dział ostat­niego słowa, do dia­bła!

Zre­du­ko­wał bieg i na­dal je­chał szybko as­fal­tową le­śną alejką. Ota­cza­jące go za­pa­chy i pręd­kość dzia­łały uzdra­wia­jąco, zwin­nie uchy­lił się przed dużą ga­łę­zią dębu, która się za­cza­iła na prze­chod­niów. Li­ście omio­tły jego czarny kask, jakby szep­tały, że na­stęp­nym ra­zem go do­rwą.

Letni chaos, kiedy Flem­ming z na­ra­że­niem ży­cia przy­czy­nił się do ura­to­wa­nia pew­nej bar­dzo szcze­gól­nej grupy ko­biet, które wpa­dły w łap­ska cy­nicz­nego han­dla­rza ludźmi, ja­sno mu uświa­do­mił, że gdy przy­cho­dzi co do czego, wciąż nie bra­kuje mu ani kom­pe­ten­cji, ani ochoty, żeby zmie­niać świat. A lśniący nie­bie­ski ru­mak, któ­rego wła­śnie do­sia­dał, był czę­ścią planu, jaki po­wziął krótko po tam­tym olśnie­niu.

Za­cząć się ru­szać. Je­śli ciało prze­sta­nie dzia­łać, to po­za­mia­tane a on ma jesz­cze sporo do za­ofe­ro­wa­nia, za­nim go za­ko­pią na cmen­ta­rzu w Bi­spe­bjergu obok Agnes.

Ostatni od­ci­nek po­ko­nał bez pe­da­ło­wa­nia. Wo­kół wszystko zie­le­niło się i try­skało ży­ciem. Już pra­wie sły­chać było okrzyki świę­tu­ją­cych ma­tu­rzy­stów. Wio­sna wrzu­ciła naj­wyż­szy bieg, a on gnał la­sem aż lśnią­cym wi­tal­no­ścią i ra­do­ścią. I to mu się ja­koś udzie­lało, mimo że w sercu miał mrok.

Ba, na­wet lekko się uśmiech­nął, kiedy przy­piął ro­wer do ławki przy wej­ściu i udał się w pewne szcze­gólne miej­sce w środku lasu, pełne cał­kiem wy­jąt­ko­wych dźwię­ków i za­pa­chów.

Park roz­rywki Dy­re­ha­vs­bak­ken.

13

Mia­sto Klam­pen­borg, Dy­re­ha­vs­bak­ken

Flem­ming mi­nął te­atr re­wiowy Cir­ku­sre­vyen i szedł da­lej alejką po le­wej mię­dzy to­rem wy­ści­go­wym a ko­lejką Sa­fari. Było wpół do ósmej rano, do otwar­cia atrak­cji i stra­ga­nów zo­stały po­nad trzy go­dziny, ale to by­naj­mniej nie ozna­czało, że miej­sce jest mar­twe. Za opusz­czo­nymi ro­le­tami trwała krzą­ta­nina, tam i z po­wro­tem jeź­dziły sa­mo­chody do­staw­cze, stu­kano i pu­kano, a w po­wie­trzu już uno­sił się za­pach słod­kich i sło­nych prze­ką­sek, któ­rymi w miej­scu ta­kim jak to można się było ob­jeść w opór. Ten naj­star­szy park roz­rywki na świe­cie, ró­wie­śnik Sta­nów Zjed­no­czo­nych, otwo­rzył się na ko­lejny se­zon za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu, a już usta­no­wił re­kord od­wie­dzin.

Kiedy Flem­ming mi­jał po le­wej ko­lejkę gór­ską, za­trzy­mał się i od­wró­cił. Z sze­ro­kim uśmie­chem przyj­rzał się ol­brzy­miej drew­nia­nej kon­struk­cji wy­peł­nia­ją­cej więk­szość jego ho­ry­zontu. Nie­wiele dzie­więć­dzie­się­cio­la­tek mo­gło się po­szczy­cić taką po­pu­lar­no­ścią. Albo krzepą.

Flem­ming zmru­żył oczy i cof­nął się parę kro­ków. Wi­dział to miej­sce, naj­wyż­szy punkt ko­lejki na jej prze­ciw­le­głym krańcu od za­chodu. Dwa­dzie­ścia dwa me­try nad zie­mią. Na­zwano ten zjazd Pie­kielną Cze­lu­ścią. Po jego po­ko­na­niu, na wschod­nim krańcu ko­lejki, gdzie stał w tej chwili, wa­go­niki osią­gały pręd­kość do stu ki­lo­me­trów na go­dzinę. Tak czy­tał. Może na­wet kie­dyś skusi się na prze­jażdżkę.

Tak, na pewno, po­my­ślał, i po­krę­cił głową, za­nim ru­szył da­lej.

Kiedy chwilę póź­niej szedł w górę do placu z au­to­dro­mem jego wzrok za­trzy­mał się na fa­sa­dzie Bak­kens Hvile i na­ma­lo­wa­nych na niej por­tre­tach wy­stę­pu­ją­cych w przy­bytku tan­ce­rek i pie­śnia­rek. Ko­biet wy­zy­wa­ją­cych, fry­wol­nych i ubra­nych tak, że przy­cho­dzący tu męż­czyźni za­po­mi­nali o wła­snych żo­nach. W lo­kalu za­wsze pa­no­wał pół­mrok, re­per­tuar był spro­śny, a pa­nie bez­pru­de­ryjne. Przy­by­tek sta­no­wił więc esen­cję tego, co oj­ciec Flem­minga na­zwałby „ja­ski­nią ze­psu­cia” albo „gniaz­dem zgni­li­zny”, na­wią­zu­jąc przy oka­zji do ja­kie­goś wer­setu z Bi­blii albo psalmu. Oj­ciec co prawda umarł wiele lat temu, a Flem­ming ani tro­chę za nim nie tę­sk­nił, jed­nak miej­sca ta­kie jak to za­wsze uchy­lały wieko skrzyni ze wspo­mnie­niami.

Oj­ciec żył jak mnich, a był pro­te­stanc­kim ka­zno­dzieją i sa­dy­stycz­nym by­dla­kiem. Swo­ich wier­nych kar­cił tak, jak kar­cił żonę i dwójkę dzieci, Flem­minga i jego star­szą sio­strę Ka­trine. Pre­ben, bo no­sił przy tym ar­che­ty­picz­nie miesz­czań­skie imię czło­wieka uro­dzo­nego do ce­lów wyż­szych, nie po­sia­dał żad­nego for­mal­nie uzna­wa­nego wy­kształ­ce­nia i nikt by go nie wpu­ścił na am­bonę zwy­kłego ko­ścioła pań­stwo­wego. Po­cząt­kowo był me­cha­ni­kiem i swego czasu za­ro­bił mnó­stwo pie­nię­dzy. Ku­pił za nie nie­wielki prom i przez kilka lat kur­so­wał mię­dzy Snek­ker­sten Havn a Hel­sing­bor­giem, wo­żąc eme­ry­tów, czer­wone pa­rówki, pa­pie­rosy i wódkę. Prze­ra­stały go jed­nak sprawy zwią­zane z po­dat­kami i VAT-em, i osta­tecz­nie zban­kru­to­wał. Ta po­rażka oka­zała się rów­nią po­chyłą, która przez uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków i szu­ka­nie al­ter­na­tyw­nych źró­deł do­chodu za­pro­wa­dziła go pro­sto do wię­zie­nia Ve­stre. Spę­dził tam dwa lata, ale wszystko to zdą­żył dawno zo­sta­wić za sobą, kiedy uro­dzili się Flem­ming i Ka­trine. Bo w wię­zie­niu naj­wy­raź­niej do­znał ja­kie­goś ro­dzaju prze­miany. Albo prze­bu­dze­nia. Pre­ben zo­stał człon­kiem grupy czy­ta­ją­cej Bi­blię, żeby uzy­skać ob­ni­że­nie wy­roku, ale przy oka­zji do­padł go Je­zus. Flem­ming znał na pa­mięć tę hi­sto­rię, którą oj­ciec z ogrom­nym po­wo­dze­niem pod­pie­rał się przez całe ży­cie. W krę­gach wol­nego ko­ścioła nie ma bo­wiem fi­gury sil­niej­szej niż świa­dec­two grzesz­nika, który ni­czym apo­stoł Pa­weł zo­stał ze­słany na zie­mię przez Boga ży­wego. Dla­tego, kiedy dawny me­cha­nik grzmiał z po­de­stu nie­wiel­kiego domu mi­syj­nego nad sa­mym mo­rzem w Ze­lan­dii Pół­noc­nej o grze­chu, Sza­ta­nie, wy­ba­cze­niu i mi­ło­ści, za­pa­trzony w niego tłum re­ago­wał okrzy­kami i pła­czem, a nie­któ­rzy na­wet mó­wili ję­zy­kami. Sam Pre­ben aż do śmierci żył wstrze­mięź­li­wie i po­boż­nie, i chyba w ja­kimś sen­sie wie­rzył we wła­sne bred­nie o tym, że swoją ro­dzinę do­mi­nuje i karci dla jej wła­snego do­bra.

Flem­ming do­ra­stał w at­mos­fe­rze nie­ustan­nej kary i po­kuty, która za­wsze wy­ni­kała stąd, że on, Ka­trine albo matka zro­bili coś grzesz­nego. Od cią­głego bi­cia po twa­rzy do­stał szu­mów usznych, a raz tra­fił do szpi­tala w Hel­sin­gør ze wstrzą­śnie­niem mó­zgu po tym, jak go przy­ła­pano na wrzu­ce­niu ko­rony do au­to­matu z kul­kami sto­ją­cego w pie­karni. Tam­tego po­po­łu­dnia Pre­ben darł się na całe gar­dło o dia­bel­skiej mocy, tłu­kąc Flem­minga bez opa­mię­ta­nia. Było też o tym, że ha­zard to „sieć, w którą Sza­tan ła­pie du­sze nie­win­nych”. Oczy­wi­ście w ich asce­tycz­nym domu nie było żad­nych plan­szó­wek i na­wet dziś Flem­min­gowi zda­rzało się po­czuć lekki wy­rzut su­mie­nia, kiedy przy ku­chen­nym stole w miesz­ka­niu na Ama­ger sta­wiał pa­sjansa.

Wes­tchnął ciężko, gdy pod­czas swo­jej prze­chadzki zbli­żał się do sa­lonu gier. W smo­li­stej ciem­no­ści, która już na stałe, po­mimo za­kazu pa­le­nia, pach­niała pa­pie­ro­sami, stało co naj­mniej sto mi­ga­ją­cych jed­no­okich ban­dy­tów go­to­wych na przy­ję­cie dzi­siej­szych go­ści. Czyli po­si­wia­łych męż­czyzn i ko­biet, któ­rzy za­siądą na nie­wy­god­nych stoł­kach ba­ro­wych i go­dzi­nami będą się wpa­try­wać w rolki z prze­la­tu­ją­cymi ikon­kami, ma­rząc o wiel­kiej wy­gra­nej. Która, oczy­wi­ście, ni­gdy nie na­dej­dzie.

14

Mia­sto Klam­pen­borg, Dy­re­ha­vs­bak­ken