Bellwood Quarry - Bartłomiej Ludwisiak - ebook + książka
NOWOŚĆ

Bellwood Quarry ebook

Bartłomiej Ludwisiak

0,0

Opis

Tajna operacja pogrzebana pod warstwami kłamstw.

Jeden człowiek gotowy dokopać się do prawdy.

 

Były policjant Carter Williams odsiedział ponad siedem lat w więzieniu Las Cruces w Acapulco za zbrodnię, której nie popełnił. Gdy podczas zamieszek wywołanych przez gangi udaje mu się uciec, natychmiast wraca w rodzinne strony.

Tam jednak nic nie jest już takie jak dawniej. Dom w pobliżu kamieniołomu Bellwood Quarry przeraża pustką, a najbliżsi Cartera nie żyją. Kierowany żądzą zemsty, Williams próbuje odtworzyć ciąg tragicznych wydarzeń, które odebrały mu wszystko.

Wskazówki pozostawione przez ojca prowadzą go na trop tajnej operacji, w którą zamieszani są wpływowi ludzie, potężne organizacje, a nawet płatni zabójcy. Z każdym kolejnym krokiem zbliża się do prawdy, a tym samym coraz głębiej zanurza się w świat pełen przemocy, zdrady i skorumpowanej władzy.

Ta misja może kosztować go życie, ale stawka jest znacznie wyższa.

Od decyzji jednego człowieka zależą losy całego kraju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 463

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bartłomiej Ludwisiak

Bellwood Quarry

Okręt jest bezpieczny,

gdy cumuje w porcie.

Ale nie po to

buduje się

okręty.

Paulo Coelho

Mojemu Tacie

za to,

jakim był człowiekiem…

Syn Bartek

Rozdział 1

Nazywam się Carter Williams, mam czterdzieści trzy lata i gdy większość moich znajomych wędkowała z pokładów swoich jachtów – korzystając w pełni z uroków, jakie daje im policyjna emerytura – ja siedziałem w meksykańskim więzieniu. To długa historia, którą przez siedem lat odsiadki zdążyłem przeanalizować już tysiąckrotnie, za każdym razem zadając sobie to samo pytanie: jak to się stało, że mając za sobą tyle lat ciężkiej harówy i wiele ambitnych planów na drugą połowę życia, mogłem upaść aż tak nisko?

Dla mojego ojca, uczestnika wojny w Wietnamie oraz byłego funkcjonariusza SWAT-u – rannego i odznaczonego za akcję z sześćdziesiątego dziewiątego roku, podczas której zlikwidowano arsenał nielegalnej broni ukrytej w kwaterze Czarnych Parter – była to sytuacja na tyle niepojęta, że po trzech telefonicznych rozmowach ze mną, kończących się za każdym razem awanturą, nie usłyszałem go już nigdy więcej.

Prawdę powiedziawszy, mój ojciec, kapitan Jack Williams, miał wyjątkowo trudny charakter i jeśli nawet w głębi duszy wierzył w moją niewinność, nigdy mi tego nie powiedział. Zawsze otaczała go aura tajemniczości i chociaż jestem całkowicie pewien, że jego umysłu nie byłby w stanie przeniknąć cały zespół najlepszych psychologów, śmiem przypuszczać, że gdyby znalazł się na moim miejscu, wolałby odstrzelić sobie łeb, niż pobytem w więzieniu zszargać dobre imię rodziny. Ja jednak nie brałem takiego rozwiązania pod uwagę.

Bogiem a prawdą, nigdy nie udało mi się dobrze go poznać. Przez całe moje dzieciństwo – gdy żyła jeszcze moja matka – widywaliśmy się tak rzadko, że od czasu kiedy osiągnąłem pełnoletność, zwracałem się do niego po prostu „Jack”, a on nie miał nic przeciwko temu. Ojciec był w domu jedynie gościem, ale nie ukrywam, że zawsze było mi bardzo miło, gdy się w nim pojawiał. Swoją nieobecność tłumaczył najczęściej pracą, ciągłymi szkoleniami i względami bezpieczeństwa, mówił, że nie chce nas narazić na atak osób pragnących pomścić tych, których osobiście wysłał na tamten świat. I chociaż matka podejrzewała, że ojciec ma gdzieś swój drugi dom, ja mu wierzyłem.

Pewnego dnia, gdy miałem niespełna jedenaście lat, wszedłem bez pukania do jego pokoju, znajdującego się na poddaszu naszego rodzinnego domu, i zastałem go siedzącego z drinkiem przed telewizorem. Za progiem tego pomieszczenia znalazłem się po raz pierwszy w swoim życiu, ponieważ nigdy, pod żadnym pozorem, nikomu nie wolno było tam zaglądać. Przyznaję, że wielokrotnie korciło mnie, by podczas nieobecności ojca naruszyć nieco ten zakaz, ale ostatecznie ani razu się na to nie odważyłem. Tamtego wieczoru Jack oglądał film nagrany przez jedną z policyjnych kamer umieszczoną na kewlarowym kasku któregoś z funkcjonariuszy. Po drobnych napisach, znajdujących się w górnym rogu ekranu, wywnioskowałem, że nagranie pochodziło z akcji przeprowadzonej w jednym z magazynów zlokalizowanych w West Point, w pobliżu nieczynnego kolejowego mostu biegnącego nad rzeką Chattahoochee. Kiedyś, zupełnym przypadkiem, usłyszałem, jak matka prosiła tatę, by ten zrezygnował ze swojej pracy i nie kusił dalej losu. Było to zaraz po tym, gdy w trakcie jednej z operacji, której celem było rozbicie pewnego narkotykowego gangu, śmierć poniosło kilku z jego towarzyszy. Ale on jak zwykle jej nie słuchał. Myślę, że ta praca była całym jego życiem i pomimo swoich wszechstronnych umiejętności nie odnalazłby się nigdzie indziej.

Przypuszczam, że tamtego wieczoru Jack analizował właśnie to tragiczne zdarzenie, starając się zapewne znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego mieli tyle ofiar wśród swoich. Instynktownie spojrzałem na ekran telewizora i nim ojciec podbiegł do magnetowidu, by go wyłączyć, dostrzegłem kilkusekundowy fragment. Widok tryskającej krwi, leżących ciał w ostatnich agonalnych drgawkach i odgłos przeraźliwych krzyków już na zawsze pozostały w mojej pamięci. Przypomniałem sobie wtedy wczorajsze wieczorne wiadomości i uroczą prezenterkę, która z uśmiechem informowała o kolejnej udanej operacji grupy SWAT, ale dopiero wówczas zobaczyłem, jak tak naprawdę wygląda to od kuchni. Była to bez wątpienia najniebezpieczniejsza robota, jaką mogłem sobie wyobrazić, a mój ojciec i jego towarzysze nie tylko musieli być najlepsi na świecie, lecz także musieli mieć zajebiście nierówno pod sufitem, by za marne kilka tysięcy dolców miesięcznie angażować się w naprawę świata. Świata, którego niezależnie od poniesionych strat w ludziach prawdopodobnie i tak nigdy nie uda się zmienić.

Nie miałem rodzeństwa ani dalszej rodziny. W więzieniu regularnie, raz na pół roku, odwiedzał mnie tylko Dylan White, stary, dobry znajomy taty pracujący kiedyś w DEA – agencji zajmującej się walką z narkobiznesem i posiadającej swoje biura (poza Stanami Zjednoczonymi) w prawie sześćdziesięciu krajach na całym świecie. Od pewnego już czasu Dylan był dla mnie jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym. Nie miałem mu za złe tego, że bywał u mnie tak rzadko. Po tym, jak na skutek wybuchu butli z gazem doszczętnie spłonął jego nieubezpieczony dom, a on doznał oparzeń prawie sześćdziesięciu procent powierzchni ciała, sam miał wystarczająco dużo swoich problemów. Ponadto z uwagi na zły stan jego zdrowia pięć godzin lotu z Atlanty – mojego rodzinnego miasta – było dla niego nie tyle szalenie wyczerpujące, co przy obecnych kłopotach finansowych zdecydowanie zbyt kosztowne. Jasna cholera… Tak bardzo tęsknię za twarzami dawnych przyjaciół, że byłbym gotów oddać ostatniego centa za to, by móc oglądać jego oszpeconą gębę częściej. Niestety zaraz po tym, jak tylko rozliczyłem się z moim adwokatem, który, notabene, okazał się zwykłym bezdusznym kretynem, sam nie śmierdziałem groszem i pomimo szczerych chęci nie mogłem mu pomóc.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że koszty leczenia White’a pochłaniają znaczną część jego emerytury. Z tego też powodu na trzy tygodnie przed kolejną planowaną wizytą poinformowałem go, że z uwagi na remont jednego ze skrzydeł zakładu karnego w Acapulco, w stanie Guerrero – a więc miejscu, w którym miałem spędzić jeszcze osiem lat swojego życia – na kilka miesięcy wstrzymano wszelkie odwiedziny i że dam mu znać, gdy wszystko wróci do normy. Prawdę powiedziawszy, choć była to dla mnie bardzo bolesna decyzja, zamierzałem się z nim spotkać dopiero po wyjściu na wolność.

Za każdym razem podczas naszej półgodzinnej rozmowy – zaraz po opowieściach Dylana na temat seksownej sześćdziesięcioletniej sąsiadki zza ulicy, Megan Parker, która miała ponoć w zwyczaju myć okna w samej tylko bieliźnie – pytałem go, co u mojego ojca, a on relacjonował mi wszystkie plotki, które na jego temat usłyszał. Odkąd trafiłem za kratki, widywano go w moich rodzinnych stronach niezwykle rzadko, a w naszym starym domu, kiedyś pełnym światła, kwiatów i gości, było pusto i ciemno. Tylko raz, ponad rok temu, gdy Dylan przejeżdżał w pobliżu, odniósł wrażenie, że w pokoju na poddaszu, dokładnie tam, gdzie mieścił się gabinet ojca, widział delikatne światło. Tamtej nocy była pełnia i po chwili doszedł do wniosku, że zapewne jedynie mu się zdawało, bo gdy pukał do drzwi, nikt mu nie otworzył.

Podobno od naszej największej kłótni, a więc zaraz po tym, jak ojciec rozmawiał ze mną po raz ostatni, już nigdy nie widziano go trzeźwego. Zginął kilka miesięcy temu, zastrzelony przez członków meksykańskiego gangu handlującego prochami, gdy mając ponad trzy promile alkoholu we krwi, wpadł do jednego z laboratoriów znajdujących się na obrzeżach miasta Los Angeles. Gdy zorientował się, co się tam wyrabia, zapewne sam próbował wymierzyć sprawiedliwość.

Cały on.

Zawsze powtarzał, że gdyby tylko pozwolono mu działać według jego własnych reguł, to wraz ze swoją drużyną pozbyłby się prochów – i całego związanego z nimi gówna – z ulic stanu Georgia w kilka miesięcy.

Tego pamiętnego dnia Jack zabił wszystkie osiem osób, które napotkał na swej drodze, począwszy od chemika, a na kierowcy zajmującym się przewozem towaru skończywszy. Każdej z nich posyłał precyzyjnie po jednej kulce. Tylko najstarsza z ofiar, ta znajdująca się na zewnątrz, w kabinie helikoptera – a był nią prawie siedemdziesięcioletni korpulentny mężczyzna z długimi ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu, złotym sygnetem i w hawajskiej koszuli – dostała bonus w postaci drugiej kulki. Ojciec zawsze powtarzał mi, by nie marnować amunicji na byle łapserdaków, jednak ten staruszek poza raną postrzałową głowy, która z pewnością była wystarczającą przepustką do drogi w zaświaty, otrzymał jeszcze strzał z bliskiej odległości prosto w serce. Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, co mogło skłonić mojego ojca do takiego zachowania, lecz poza tym, że nigdy nie lubił, jak to miał w zwyczaju mawiać, „pedalskich kolorowych koszul”, nic logicznego nie przychodziło mi do głowy.

Jack Williams zginął na skutek odniesionych ran na kilka minut przed tym, nim na miejscu zdarzenia pojawiła się policja wraz z karetką. Na jego ciele naliczono sześć ran postrzałowych i jedną ranę ciętą uda. Zanim na zawsze zamknął oczy, palcem umazanym we własnej krwi zdążył narysować coś, co przypominało wijącą się kreskę zakończoną kwiatem tulipana. Usiłowałem rozszyfrować ten zapis, ale po setkach nieudanych prób ostatecznie dałem sobie z tym spokój.

Było niemal pewne, że na tę ostatnią w swoim życiu akcję emerytowany funkcjonariusz SWAT-u nie dostał zgody swojego dowództwa, a że odkąd tylko pamiętam, zawsze postępował rozsądnie, zakładam, że to nieprzemyślane działanie było aktem rozpaczy i miało wiele wspólnego ze mną. Przypuszczam, że pomimo tego, iż na przestrzeni minionej dekady nasze drogi zupełnie się rozeszły, tę ostatnią w swoim życiu misją chciał mi pokazać, że był najodważniejszym skurczybykiem na tym świecie i że tak naprawdę zawsze mogłem na niego liczyć. Bardzo żałuję, że nigdy nie znalazłem czasu na to, by szczerze z nim porozmawiać, i gdyby tylko teraz dano mi taką szansę, chciałbym mu powiedzieć, że w głębi serca zawsze go lubiłem i nawet przez chwilę nie zwątpiłem w to, że jestem dla niego ważny.

Dokładnie dwanaście dni po tym, jak zatrzasnęły się za mną ciężkie metalowe kraty meksykańskiego więzienia, odwiedził mnie pewien niski, starszy mężczyzna. W pierwszej chwili pomyślałem, że przyszedł ktoś wysłany przez moich bliskich po to, by pomóc mi wydostać się w końcu z tego piekła, jednak szybko okazało się, że tego dnia czekała mnie niemiła niespodzianka. Ku mojemu zaskoczeniu ów tajemniczy człowiek – ubrany w jasny lniany garnitur i słomkowy kapelusz – okazał się adwokatem reprezentującym nie mnie, a moją uroczą żonę. Przypuszczam, że w trakcie swej wieloletniej pracy mecenas gościł w wielu miejscach podobnych do tego i z pewnością wiele też widział, jednak owego dnia nietrudno było zauważyć, że pomimo swojego doświadczenia z jakichś przyczyn czuł się u mnie nieswojo. Co więcej, jego ciągłe spoglądanie na zegarek wyraźnie sugerowało, że bardzo mu się dokądś spieszyło.

Po tym, jak w pierwszych trzech dniach pobytu za kratami zostałem dwukrotnie pobity, najpierw przez policjantów, a później współwięźniów, rozumiałem go aż za dobrze i doskonale wiedziałem, że sam nie pojawiłbym się tutaj dobrowolnie bez naprawdę bardzo ważnego powodu. A to nie zapowiadało niczego dobrego.

Już na wstępie swojej wizyty mój gość oznajmił mi z wyrzutem, że stracił prawie pół dnia na to, by go do mnie wpuszczono, i dlatego, jeśli pozwolę, od razu przejdzie do rzeczy. „To świetnie, panie mecenasie”, powiedziałem z uśmiechem i nim zdążyłem się poprawić na krześle, przed moimi oczami wylądowała mocno pomięta i poplamiona kartka. Pamiętam, że spojrzałem na nią niepewnym wzrokiem i chwilę później zamarłem.

Dokument, sporządzony, notabene, przez jedną ze znanych mi kancelarii mających swą siedzibę w Atlancie, był niczym innym jak pozwem rozwodowym. Z załączonego do niego listu wynikało, że moja żona zdecydowała się na ten ostateczny krok, ponieważ – pomimo ogromnego uczucia, jakim darzyła mnie wcześniej, to znaczy przed tym, nim trafiłem za kratki – nie mogła wyobrazić sobie dalszego życia z takim przestępcą jak ja.

„Z przestępcą”…

Do diaska! Nie ukrywam, że już od pierwszego dnia więzienia liczyłem się z tym, że czeka mnie tu wiele przykrości i upokorzeń. Muszę jednak przyznać, że na to nie byłem gotowy. Nic nie boli tak jak to, gdy odwracają się od ciebie najbliżsi i ci, którym kiedyś bezgranicznie ufałeś. Zwłaszcza kiedy znajdujesz się z dala od domu, wśród obcych sobie ludzi, zdany wyłącznie na siebie. Tylko tego brakowało mi do pełni szczęścia – pomyślałem, ale czegóż innego mogłem się spodziewać. Wycieczka do Meksyku, którą w popularnej loterii Joker wygrała moja żona, miała być dla nas okazją do tego, by poprawić nasze relacje i uratować przygasające już małżeństwo. Nie chciałem jej stracić, dlatego byłem gotów spróbować wszystkiego. Znałem znacznie ciekawsze, a co ważniejsze, o wiele bezpieczniejsze zakątki świata, gdzie moglibyśmy spróbować naprawić nasz związek, ale ostatecznie dałem się w końcu namówić na ten wyjazd. Nie miałem zresztą wyjścia. Widziałem, jak Eva cieszyła się z tej wygranej.

Zgodnie z regulaminem loterii biuro podróży „Czas w drogę” opłaciło nam koszty związane z dojazdem oraz dwutygodniowy pobyt w hotelu wraz z wyżywieniem. Pozostałe atrakcje należało zorganizować sobie we własnym zakresie, ale to zadanie nie stanowiło dla mnie problemu. Z przyjemnością poświęciłem kilka dni na to, by w najdrobniejszych szczegółach przygotować program naszej wspólnej wyprawy i byłem naprawdę dumny z efektów swojej pracy. Doskonale wiedziałem, jak Eva uwielbia wszelkiego rodzaju niespodzianki i że moja kreatywność z pewnością ją zaskoczy. Biorąc pod uwagę miejsce, w którym znajdowałem się obecnie, śmiem przypuszczać, że udało mi się to aż za dobrze.

Początkowo do krainy, do której prawie pięćset lat temu statkiem przybył Hermán Cortés, mieliśmy polecieć, jednak moja żona postanowiła, że praktyczniej będzie dojechać na miejsce własnym autem. Jej zdaniem przelot zniszczy ducha przygody, zwłaszcza że po drodze znajdowało się wiele ciekawych miejsc, które zawsze pragnęła zobaczyć. Nie protestowałem.

Po przyjeździe do hotelu Boca Chica Acapulco i błyskawicznym rozpakowaniu bagaży jeszcze nic nie zapowiadało najgorszego. Moja urocza towarzyszka życia, podekscytowana nowym miejscem i pięknym pokojem z widokiem na Ocean Spokojny, wręcz tryskała dobrym humorem. Ja również. Kilka dni wcześniej otrzymałem propozycję awansu i wiążącą się z nim znaczną podwyżkę. Liczyłem na nią już od wielu miesięcy. Wiedziałem, że dzięki niej stać nas będzie na zaciągnięcie kredytu wystarczającego, by pokryć w całości koszty związane z remontem domu moich rodziców, gdzie moglibyśmy zamieszkać, i na dokończenie naprawy jachtu należącego kiedyś do ojca. To miała być moja niespodzianka, zamierzałem ją ogłosić dopiero przy kolacji. Kolacji jednak nie doczekałem.

Zaraz po obiedzie pokłóciliśmy się o wysokość napiwku, który dałem kelnerce. Według mojej żony był on zbyt duży, a moja hojność wynikała jedynie z faktu, że dziewczyna mi się spodobała, bo ani potrawa, ani też obsługa nie były jej zdaniem warte złamanego centa.

Nie ukrywam, że tym razem przejrzała mnie na wylot.

Po półgodzinnej awanturze, która jak zawsze sprowadzała się do wyliczenia wszystkich atrakcyjnych mężczyzn, z którymi moja żona mogłaby być, gdyby nie popełniła swojego największego życiowego błędu, wiążąc się ze mną, wsiadłem do mojego pięknego Forda Mustanga GT i po zdjęciu dachu ruszyłem w ciasną miejską zabudowę. Nie chciałem marnować dnia na dochodzenie, kto komu zmarnował ostatni rok życia, dlatego pomyślałem, że najlepiej będzie, jeśli najbliższe dwie godziny spędzimy osobno, aż nieco ochłoniemy. Eva w tym czasie zabrała naszą kartę kredytową i udała się do hotelowych butików. Byłem pewien, że bogato zaopatrzone luksusowe sklepiki prowadzone przez przystojnych opalonych tubylców dość szybko poprawią jej humor. Ja natomiast po zaledwie pięciu minutach spokojnej jazdy zaparkowałem kilka przecznic dalej i zachęcony dźwiękami miejscowej muzyki wszedłem do popularnego w okolicy pubu El Kojote.

Początkowo planowałem wdepnąć do niego jedynie na chwilę i jeśli tylko potwierdzą się pochlebne opinie, które na jego temat znalazłem w necie, wrócić tu wieczorem wraz z żoną. Miła atmosfera tego miejsca sprawiła jednak, że już po paru sekundach postanowiłem, że zostanę w nim nieco dłużej.

Pierwszy podany mi drink wchłonąłem niczym gąbka, dochodząc przy tym do wniosku, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zamówić kolejny. Nie zamierzałem prowadzić po alkoholu. Od hotelu dzieliło mnie zaledwie pół mili drogi, a relaksujący spacer tuż przed ponownym spotkaniem z moją wybranką mógł mi jedynie wyjść na dobre. Kelner, niezwykle postawny mężczyzna z twarzą zawodowego zapaśnika WWE, jak na kogoś, kto zabijał samym tylko wzrokiem, był aż nadto uprzejmy i choć wyglądało to nieco komicznie, pomyślałem, że pewnie to normalna procedura w stosunku do zagranicznych turystów, których w tych okolicach było coraz mniej.

Bez wątpienia Acapulco można zaliczyć do wyjątkowych miejsc, a jego niepowtarzalne usytuowanie – w półkolistej uroczej zatoczce Oceanu Spokojnego otoczonej górami – sprawiło, że przez wiele lat rejon ten był głównym celem milionów amatorów podróżników. Był… Niestety tamte czasy należały już do przeszłości. Nagły wzrost przestępczości i pojawienie się dużej liczby ulicznych gangów doprowadziły do tego, że w wakacyjnych propozycjach coraz częściej zaczęto pomijać to miejsce. Liczne napady, rozboje i porwania sprawiły, że Acapulco poczęło przodować w internetowych rankingach miast szczególnie niebezpiecznych, a duże prawdopodobieństwo ataku na samotnego przechodnia, nawet za dnia, poskutkowało tym, że tylko nieliczni turyści zapuszczali się w miejskie zabudowania. Mając zatem na uwadze to, że pojedyncza osoba powracająca ciemnymi uliczkami miasta była jak młode jagnię wrzucone do klatki z lwami, postanowiłem, że niezależnie od tego, jak bardzo posmakuje mi ostatni łyk trunku, poprzestanę na drugiej szklance.

Prawdopodobnie zmęczenie podróżą sprawiło, że alkohol pity tamtego popołudnia poczułem wyjątkowo mocno. To uświadomiło mi, że musiałem się sprężyć na tyle, by zdążyć wrócić do hotelu jeszcze przed zachodem słońca. Nim skierowałem się do wyjścia, poprosiłem barmana o wskazanie mi drogi do ubikacji. Zrobił to błyskawicznie i już po chwili znalazłem się w długim, słabo oświetlonym korytarzu z mnóstwem bocznych pomieszczeń, w których przechowywano kosze z warzywami i artykułami spożywczymi. Pamiętam jedynie, że było tam gorąco i niezwykle duszno. Początkowo podejrzewałem, że poza wysoce upalnym dniem wpływ na to mogły mieć brak wentylacji i bliskość mijanej po drodze kuchni, niestety dopiero później dotarło do mnie, jak bardzo się myliłem.

Po kilkudziesięciu krokach doszedłem do końca kamiennego chodnika. Dalsza część trasy wyglądała już na znacznie starszą i przypominała bardziej podziemny tunel w nieczynnej kopalni złota niż zaplecze należące do restauracji. Ale liczne ślady butów, które dostrzegłem na podłodze, wyraźnie wskazywały na to, że ten odcinek dokądś jednak prowadził. Pokonałem kilka mocno wytartych stopni i po minięciu trzech ciasnych zakrętów ponownie ujrzałem długi korytarz oświetlony przez jedną migoczącą w oddali żarówkę. Przystanąłem na moment i oparłem się plecami o chropowatą ścianę pokrytą rzuconym naprędce cementem.

Czułem się dziwnie.

Z jakichś przyczyn przestrzeń wokół mnie wirowała coraz bardziej, a ja, nie mogąc w tym labiryncie znaleźć ubikacji, zapragnąłem już tylko wyjść na zewnątrz i czym prędzej zaczerpnąć świeżego powietrza. Chwyciłem za klamkę od drzwi znajdujących się najbliżej mnie i gdy je otworzyłem, w moje ramiona wpadła jakaś kobieta. Miała przerażoną twarz, zabandażowaną głowę, a do jej nosa przylegał gruby, przesiąknięty krwią gazowy opatrunek. W pierwszej chwili instynktownie się do niej uśmiechnąłem, ale ona tego nie odwzajemniła. Chwyciła mnie za rękę tuż nad nadgarstkiem i ścisnęła ją tak mocno, że poczułem, jak jej paznokcie wbijają mi się w skórę. Dopiero wtedy zorientowałem się, że jej pełne lęku oczy prosiły mnie o pomoc, i pomimo zamroczenia zrozumiałem, że najwyraźniej wdepnąłem w jakieś niezłe gówno. Pamiętam jedynie, że na kilka sekund przed tym, nim poczułem silne uderzenie w głowę, spojrzałem na jej lewe ramię. Moją uwagę zwrócił niewielki tatuaż okryty cienką folią. Rysunek wyglądał na świeży i przedstawiał wyłaniający się z wody półksiężyc.

Nie wiem, co się ze mną później działo i jak długo byłem nieprzytomny. Po otwarciu oczu zorientowałem się, że jestem w pomieszczeniu przypominającym szpitalną salę, lecz zamiast pochylającej się nade mną młodej, współczującej pielęgniarki zobaczyłem wielką, bordową i bez wątpienia znacznie mniej sympatyczną twarz miejscowego policjanta. Przez jakiś czas rozglądałem się nerwowo. Niewielka, słabo oświetlona sala, w której się znalazłem, miała zakratowane okna, a moje dłonie były przymocowane do metalowej ramy łóżka za pomocą skórzanych pasków. Przypomniałem sobie wizytę w pubie El Kojote i kilka wypitych niewinnie wyglądających drinków. Wykwintna KAH Tequila Blanco, którą zaproponował mi kelner, nalewana z butelki w kształcie czaszki, pomimo swojego groźnego opakowania zawierała alkohol o standardowej mocy czterdziestu procent, a ja zachowałem umiar i wypiłem zaledwie dwa niewielkie drinki. Ta sprawdzona już wielokrotnie przeze mnie ilość nie mogła doprowadzić do tego, bym poczuł jakikolwiek dyskomfort, a to mogło jedynie oznaczać, że zaserwowany mi z uśmiechem napój z agawy najprawdopodobniej został czymś wzmocniony.

Leżąc w bezruchu, zastanawiałem się nad tym, czy ten zagadkowy dodatek mógł sprawić, że stałem się na tyle agresywny, by podjęto decyzję o zapięciu mnie pasami bezpieczeństwa. Dochodziła północ, a ja z ostatnich kilku godzin nie pamiętałem zupełnie nic, a więc nie mogłem tego wykluczyć. Uniosłem nieco głowę i pomimo niewyobrażalnej suchości w gardle przezwyciężyłem ból i zapytałem, gdzie jestem oraz dlaczego mnie związano, jednak nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Mundurowy niespiesznie wyjął paczkę fajek, odpalił jedną z nich i po mocnym zaciągnięciu się papierosem uśmiechnął się do mnie. Ten sztuczny, psychopatyczny uśmiech nie wróżył niczego dobrego i pozostanie w mojej pamięci na bardzo długo.

Po niespełna kwadransie do obecnego przy mnie policjanta dołączył drugi funkcjonariusz. Przez kilka kolejnych minut szeptali coś do siebie po hiszpańsku, spoglądając co jakiś czas w moją stronę i potakując naprzemiennie głowami. Z całą pewnością rozmawiali o mnie, lecz robili to w taki sposób, bym nie usłyszał ani jednego słowa. Wtedy po raz kolejny zapaliła mi się czerwona lampka. Ale cóż mogłem zrobić. Sytuacja, w której się wówczas znajdowałem, pozwalała mi jedynie na bierne przyglądanie się wydarzeniom.

Już wkrótce przekonałem się, że moje przeczucie mnie nie myliło, i chociaż od dłuższego czasu miałem świadomość, że coś tu ewidentnie nie gra, w najgorszych nawet snach nie przewidywałem, że moja sytuacja mogła być aż tak zła.

Jeszcze tej samej nocy zamiast do hotelu, gdzie z pewnością czekała na mnie zaniepokojona moją nieobecnością żona, przewieziono mnie wprost do aresztu, a tam bez wyjaśnień, kto dokonał na mnie napadu, przedstawiono mi zarzuty.

I to nie byle jakie zarzuty…

Z początku pomyślałem, że pomylono mnie z jakimś innym bałwanem, bo któż przy zdrowych zmysłach bawiłby się w szeryfa na takim zadupiu, i do tego w pojedynkę, ale z każdą kolejną minutą prowadzonych czynności z przerażeniem uświadamiałem sobie, że chodzi jednak o mnie. „Porwanie i handel narkotykami” – wydukał niepewnie tłumacz, gdy uniósł kartkę, z której czytał, i przyjrzał się jej uważnie z obu stron, tak jakby sam nie wierzył do końca w to, co przed chwilą powiedział.

Pamiętam, że po usłyszeniu tych słów rozejrzałem się po pokoju z nadzieją, że to kolejny głupi żart i zaraz wszyscy razem wybuchniemy śmiechem, lecz ku mojemu ogromnemu zdziwieniu tak się jednak nie stało. Zaniepokojony tym faktem i zupełnie skołowany, zerwałem się z krzesła i w geście sprzeciwu kopnąłem w stojące przede mną puste biurko. Drewniany mebel przesunął się po podłodze, uderzył z impetem o ścianę i strącił zawieszone na niej zdjęcie. Oprawiona w pozłacaną ramę fotografia, przedstawiająca pana Felipe Calderóna – ówczesnego prezydenta kraju – oberwała się z haczyka i najwyższy dostojnik Meksyku upadł prosto na twarz. Prawdę mówiąc, nie to było moim zamiarem, ale byłem pewien, że i tak nikt nie uwierzy moim tłumaczeniom. Przez kilka kolejnych sekund w sali panowała niezręczna cisza i zaraz po tym, jak wszyscy wymownie spojrzeli po sobie, do pokoju wbiegło dwóch wąsatych i mocno otyłych mundurowych. Ich zapał oraz natychmiastowa gotowość do działania pozwoliły mi jedynie przypuszczać, że mężczyźni zapewne od dłuższego już czasu nie mogli się doczekać, by w końcu się do mnie dobrać, a ja swoim wysoce nietaktownym zachowaniem niewątpliwie dałem im ku temu okazję.

Po krótkiej wymianie zdań, w trakcie której kilkukrotnie poczułem, jak ciężka bywa ręka miejscowych stróżów prawa, przypomniano mi, że skoro jestem obcokrajowcem, w dodatku Amerykaninem, w podzięce za gościnę powinienem okazywać nieco więcej szacunku.

Gdy po upływie kilku niewyobrażalnie długich minut na moim czole wylądowała księga skarg i zażaleń, dano mi w końcu spokój. Spojrzałem dyskretnie na dwie głośno sapiące gęby oraz przekrwione oczy obserwujące uważnie każdy mój ruch, lecz ku ich wyraźnemu zdziwieniu odstąpiłem od sposobności umieszczenia w niej swojego obszernego wpisu. Nie chodziło bynajmniej o to, że nie było o czym pisać. Owszem, jakość relacji na linii aresztant-policjant bez wątpienia wymagała znacznej poprawy, ale myślę, że tym posunięciem oszczędziłem sobie kolejnych siniaków.

Jeszcze tej samej nocy odbyło się moje krótkie przesłuchanie. Powiedziałem niewiele, lecz protokół liczył tak naprawdę kilkanaście obszernie zapisanych stron, które miałem okazję podpisać. Nie pozwolono mi go nawet przeczytać, twierdząc stanowczo, że później będę miał na to wystarczająco sporo czasu. Przyznaję, że z powodu przeszywającego bólu głowy i stresu nie patrzyłem na ręce protokolanta, ale mógłbym przysiąc, że dokument był gotowy na długo przed moim przybyciem. Ktoś najwyraźniej zadbał o to, by uzupełnić moją lakoniczną wypowiedź o kilka pikantnych szczegółów. Szczegółów, których z racji mojego wcześniejszego stanu sam nie pamiętałem. Obecny na miejscu adwokat – zmęczony życiem starszy jegomość – wyglądał tak, jakby wyciągnięto go z trwającej właśnie mocno zakrapianej imprezy, a jedynym zajęciem całkowicie skupiającym jego uwagę podczas przesłuchania było skonsumowanie trzech ogromnych bułek. To zajęcie zaabsorbowało go do tego stopnia, że w trakcie przeprowadzanych ze mną czynności nie odezwał się ani razu. Dopiero gdy było już po wszystkim, poklepał mnie po ramieniu, wycierając prawdopodobnie rękę o moją koszulę, i na pocieszenie dodał, że tak naprawdę powinienem być wdzięczny Bogu za to, że jeszcze żyję, bo inni, znacznie mniej groźni przestępcy ode mnie, nie mieli tyle szczęścia.

„Znacznie mniej groźni przestępcy”… Tak… Moje plany wyjazdowe do Meksyku z pewnością nie uwzględniały opcji zrobienia komuś krzywdy, prawdę powiedziawszy, zawsze byłem daleki od przemocy, ale uwierzcie mi, gdyby tamtej nocy pozostawiono mnie sam na sam ze wspomnianym mecenasem, z największą przyjemnością wepchnąłbym mu swój protokół przesłuchania do gardła i udusił gołymi rękami.

Tak czy inaczej, tamtego pamiętnego dnia do licznego grona morderców, psychopatów oraz wszelkiego rodzaju wykolejeńców, jacy kiedykolwiek mieli okazję przebywać na terenie Meksyku, dołączyłem również ja – Carter Williams, były policjant i człowiek, który przez większą część swojego życia starał się unikać kłopotów jak diabeł święconej wody.

***

Dopiero w trakcie trzeciego dnia pobytu w areszcie dowiedziałem się o szczegółach dotyczących tego, co rzekomo zmajstrowałem i dlaczego od samego początku pałano do mnie aż tak wielką nienawiścią. Nie powiem, rzecz jasna, że z innymi moimi współtowarzyszami niedoli jakoś szczególnie się cackano, bo tak nie było. Każdy z zatrzymanych od czasu do czasu dostawał prewencyjnie gumową pałką między łopatki, ale skoro w kolejce po posiłek, by uspokoić stuosobową grupę dyskusyjną, dostawało się zazwyczaj mnie – stojącemu w milczeniu dokładnie na wyznaczonej linii prowadzącej do okienka wydawczego – nietrudno było zauważyć, że ewidentnie byłem na celowniku.

Znałem siebie na tyle dobrze, by z całą pewnością wykluczyć, że popełniłem przypisywane mi czyny. Byłem pewien, że ktoś zadał sobie naprawdę sporo trudu, by mnie w to wszystko wrobić. Dlatego gdy tylko wezwano mnie do dyrektora aresztu, który miał w zwyczaju każdemu swojemu podopiecznemu osobiście i z nieukrywanym entuzjazmem tłumaczyć, co grozi za złamanie obowiązującego regulaminu, skorzystałem z okazji i zapytałem, jaki jest prawdziwy powód mojego zatrzymania. Na odpowiedź nie musiałem długo czekać. Zacietrzewiony Juan De Oro Pulido, co ponoć w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Jan z wypolerowanego złota”, był łaskaw wykrzyczeć mi go prosto w twarz. To, co od niego wtedy usłyszałem, zmroziło mi krew w żyłach i sprawiło, że pomimo uczucia głodu przez kilka kolejnych dni nie byłem w stanie przełknąć nawet kęsa. Ale sam się przecież o to prosiłem…

Okazało się, że poza ukrytą pod fotelem kierowcy niewielką paczką zawierającą dokładnie ćwierć kilograma czystej kokainy w bagażniku pojazdu, który rzekomo prowadziłem, znaleziono prawie spalone zwłoki pięćdziesięciodwuletniej kobiety, dziennikarki jednej z lokalnych gazet w stanie Guerrero. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, która wtedy wzbudziła moją ciekawość, było to, na jakiej podstawie tak szybko ustalono jej tożsamość. Ciało ofiary było związane drutem, a działanie wysokiej temperatury sprawiło, że jej identyfikacja wydawała się wręcz niemożliwa. Z całej tej tragedii pocieszający był fakt, że kobieta zginęła od uderzenia samochodu w drzewo, a więc na kilka minut przed tym, nim pojazd objęły płomienie.

Rozjuszony naczelnik aresztu jeszcze przez ponad kwadrans mówił do mnie mocno podniesionym głosem i prawdopodobnie, chcąc jeszcze bardziej uświadomić mi, jaki ze mnie bydlak, machał mi przed oczami zdjęciami pochodzącymi z miejsca zdarzenia. Fotografie, które tamtego dnia zmuszony byłem oglądać, nie należały do przyjemnych. Mimo że obraz martwej kobiety w doszczętnie spalonym bagażniku z pewnością wywarł na mnie ogromne wrażenie, tamtego deszczowego popołudnia nie to przykuło moją największą uwagę.

Na mocno okaleczonym i niezwykle drobnym ciele ofiary dostrzegłem niewielki fragment nienaruszonej skóry, a na niej mały, ledwie widoczny rysunek. Pamiętałem go doskonale i mimo panującego wokół mnie chaosu z całą pewnością nie byłem w stanie pomylić go z żadnym innym. Znajomy obrazek był dokładnie tym samym tatuażem, który widziałem na ramieniu kobiety napotkanej w piwnicach pubu El Kojote, i przedstawiał wynurzający się z wody półksiężyc.

Rozdział 2

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazały się również:

Bellwood Quarry

ISBN: 978-83-8423-417-4

© Bartłomiej Ludwisiak i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Weronika May

KOREKTA: Anna Miotke

OKŁADKA: Krystian Żelazo

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek