Aplikacja Ctrl+Life - Adam Bugaj - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Aplikacja Ctrl+Life ebook i audiobook

Adam Bugaj

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Klikasz? Scrollujesz? Lajkujesz? Świetnie, bo Aplikacja CTRL+Life serwuje sprawiedliwość jak fast food: szybko, brutalnie i uzależniająco.


Tymon Moś, młody dziennikarz charakteryzujący się ciętym językiem, wpada na trop aplikacji, w której skrzywdzeni publicznie oskarżają swoich oprawców, a anonimowy mściciel, ku uciesze tysięcy widzów, wymierza kary. Na żywo. Gdy Tymon zaczyna rozplątywać tę sieć, na jego drodze staje charyzmatyczny i niebezpieczny problem: komisarz Jakub Kowal. Między nimi iskrzy, ale nie tak, jak w komedii romantycznej.


„CTRL+Life” to nie kolejny thriller. To viralowa pętla: ofiary, oprawcy, widzowie – wszyscy zamieniają się rolami. Każdy może zostać bohaterem livestreamu, z którego nie wychodzi się żywym. Tu lajki zamieniają się w wyroki.
W tym świecie nie ma bohaterów. Są tylko potwory w różnych maskach. To jazda bez trzymanki przez bagno ludzkich instynktów, gdzie nawet twoje sumienie będzie się czuło brudne.

 

A Ty, Czytelniku, jesteś kolejnym followerem – przynajmniej dopóki ktoś nie kliknie na Ciebie.
Chcesz oglądać? Pamiętaj: każdy lajkuje do czasu, aż sam nie trafi na ekran.




Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 211

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 14 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Adam Peszek

Oceny
4,5 (66 ocen)
51
3
7
1
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Alexanderrfredro

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczny, wciągający thriller z wyraźnym queerowym vibe’em, pełen napięcia, emocji, pokręconych bohaterów i... czarnego humoru ;)
90
Marvellek

Nie oderwiesz się od lektury

Czyta się to jednym tchem, choć momentami jest naprawdę mocne...chce więcej!
80
Xaw123very

Nie oderwiesz się od lektury

to thriller, który naprawdę „ciągnie” (czasem baaardzo dosłownie ;) i ma wyrazisty pomysł, ale momentami jedzie po bandzie w sposób, który nie każdemu podejdzie. Jak dla mnie świetna rozrywka na wieczór :)
80
Franekatryda

Dobrze spędzony czas

Wciąga od pierwszych stron mocnym otwarciem, świetnie buduje napięcie, poprzez krótkie rozdziały ciągle podkręca tempo i trafnie gra aktualnym tematem społecznej zemsty napędzanej przez internet.
80
Boguszawtra

Nie oderwiesz się od lektury

Warto sprawdzić na własnej skórze...Ja polecam!
70

Popularność




Co­py­ri­ght © by Adam Bu­gaj 2025

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro 2025

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2025

ISBN: 978-83-68498-24-0

e-ISBN: 978-83-68498-26-4

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Re­dak­cja: Ewa Hof­f­mann-Ski­biń­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska, Na­ta­lia Szop­pa

Skład i ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Pro­jekt okład­ki: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Adam Bu­gaj

apli­ka­cja

ctrl+li­fe

Szcze­cin 2025

Pro­log

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus – wy­szep­ta­łem, gdy uklęk­ną­łem w kon­fe­sjo­na­le. – Ostat­ni raz u spo­wie­dzi by­łem bar­dzo daw­no te­mu i w za­sa­dzie nie ża­łu­ję żad­ne­go grze­chu, któ­ry po­peł­ni­łem. A je­śli już mam być szcze­ry, wła­ści­wie na­wet nie cho­dzi o to, co zro­bi­łem, ale o to, co chcę zro­bić. Co bar­dzo, tak cho­ler­nie bar­dzo chcę zro­bić. Nie bę­dę owi­jał w ba­weł­nę. Chcę księ­dza za­bić. Ale nie tak po pro­stu. Chcę, że­byś naj­pierw cier­piał. Czuł strach, bez­sil­ność, bez­na­dzie­ję. Chcę, że­by twój do­tych­cza­so­wy, bez­piecz­ny świat ru­nął i że­byś po­czuł się jak śmieć, któ­rym, nie oszu­kuj­my się, nie­wąt­pli­wie je­steś. A gdy już doj­dzie­my do mo­men­tu, do te­go punk­tu kul­mi­na­cyj­ne­go, kie­dy je­dy­ne, o czym bę­dziesz ma­rzył, to śmierć, zli­tu­ję się nad to­bą i po­zwo­lę ci żyć da­lej. A wiesz dla­cze­go? Bo kie­dy już z to­bą skoń­czę, w środ­ku i tak bę­dziesz mar­twy. Bę­dziesz peł­za­ją­cym, po­dziu­ra­wio­nym wor­kiem gni­ją­ce­go mię­sa i po­gru­cho­ta­nych ko­ści. Po­za tym obiek­tyw­nie rzecz uj­mu­jąc, w prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie je­stem po­two­rem. Czy też ra­czej: jesz­cze nie je­stem po­two­rem. I pew­nie te­raz za­sta­na­wiasz się, kim, na Bo­ga, jest ten świr? No cóż, te­go do­wiesz się wkrót­ce. Na­wet szyb­ciej niż my­ślisz. Z rę­ką na ser­cu obie­cu­ję nie trzy­mać cię zbyt dłu­go w nie­pew­no­ści. Tak że te­go… Sko­ro chy­ba już wie­my na czym sto­imy, po­wo­li bę­dę się zbie­rał. Mi­ło się ga­wę­dzi­ło, ale… – wes­tchną­łem. – Jak sam wiesz, świat jest po­pie­przo­ny, a ty nie je­steś je­dy­nym zwy­rod­nial­cem na mo­jej li­ście.

Część I

1

Po raz ko­lej­ny w cią­gu ostat­nich kil­ku mi­nut się­gną­łem po te­le­fon w za­sa­dzie tyl­ko po to, by klik­nąć w iko­nę CTRL+Li­fe, okrą­głą, wście­kle żół­tą uśmiech­nię­tą ta­blet­kę le­żą­cą na wy­cią­gnię­tym ję­zy­ku. Nie­ste­ty, już od kil­ku dni nie po­ja­wił się tu ża­den no­wy post, co za­czy­na­ło mnie iry­to­wać, bo w tej zy­sku­ją­cej w sza­lo­nym tem­pie po­pu­lar­ność apli­ka­cji wi­dzia­łem po­ten­cjał na cał­kiem nie­zły ar­ty­kuł. Z nu­dów za­czą­łem scrol­lo­wać wcze­śniej­sze wpi­sy. Pierw­szym zo­stał fil­mik na­gra­ny ko­mór­ką przez mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry ła­mią­cym się gło­sem, ze wszyst­ki­mi in­tym­ny­mi szcze­gó­ła­mi, opo­wia­dał, jak przez ostat­nich kil­ka mie­się­cy wy­ko­rzy­sty­wał go pro­boszcz miej­sco­wej pa­ra­fii. Chło­pak ze łza­mi w oczach mó­wił o bru­tal­nych, nie­mal zwie­rzę­cych gwał­tach, ja­kich do­pusz­czał się kle­cha, o upo­ko­rze­niu, sa­mot­no­ści, wsty­dzie, wy­klu­cze­niu i bra­ku ja­kie­go­kol­wiek wspar­cia, na­wet gdy po­sta­no­wił po­wie­dzieć ca­łą praw­dę naj­bliż­szym. Ko­lej­nym był post: czar­no-bia­ły ne­kro­log trzy­na­sto­lat­ka, któ­ry, jak się oka­za­ło, po­wie­sił się na pod­da­szu ro­dzin­ne­go do­mu te­go sa­me­go dnia, w któ­rym wresz­cie zde­cy­do­wał się wy­słać swo­je wi­deo. Na­stęp­ny wpis przed­sta­wiał na­gra­ny z ukry­cia frag­ment nie­dziel­ne­go ka­za­nia księ­dza Ro­ber­ta. Chy­ba nie mu­szę mó­wić, że „zwy­rod­nia­lec”, „pe­do­fil”, „wy­ka­stro­wać” czy „do ga­zu” to jed­ne z naj­ła­god­niej­szych ko­men­ta­rzy, ja­kie po­ja­wia­ły się pod fil­mi­kiem. Ko­lej­ne wpi­sy to na­gra­nia au­dio na­sto­lat­ków, któ­rzy ano­ni­mo­wo po­sta­no­wi­li opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­rię, ja­ko do­wód prze­sy­ła­jąc print scre­eny z ese­me­so­wych roz­mów z księ­dzem oraz zdję­cia, ja­kie im wy­sy­łał. Wśród nich zna­lazł się mię­dzy in­ny­mi owi­nię­ty fio­le­to­wą stu­łą ster­czą­cy czło­nek kle­chy czy cho­ciaż­by pe­łen sper­my zło­ty kie­lich mszal­ny, któ­re­go za­war­tość chłop­cy mu­sie­li wy­pić po każ­dym sto­sun­ku. Na­stęp­ny post znów przed­sta­wiał frag­ment ka­za­nia księ­dza Ro­ber­ta, tym ra­zem prze­rwa­ne­go przez gru­pę mło­dych lu­dzi, któ­rzy wdar­li się z trans­pa­ren­ta­mi do ko­ścio­ła, krzy­cząc, że kle­cha ma krew na rę­kach i wkrót­ce cze­ka go su­ro­wa ka­ra. In­cy­dent ten zo­stał sze­ro­ko opi­sa­ny w lo­kal­nej pra­sie. Te­mat pod­chwy­ci­ła na­wet ja­kaś ogól­no­pol­ska te­le­wi­zja, jed­nak ksiądz Ro­bert bar­dzo szyb­ko prze­padł. Ofi­cjal­nie cho­ro­ba i zwol­nie­nie le­kar­skie, co w żar­go­nie du­chow­nych zna­czy­ło mniej wię­cej ty­le, że zo­stał prze­nie­sio­ny do pa­ra­fii gdzieś na koń­cu świa­ta. Jesz­cze chwi­lę czy­ta­łem ocie­ka­ją­ce nie­na­wi­ścią ko­men­ta­rze, gdy za­wi­bro­wał te­le­fon, in­for­mu­jąc o no­wym wpi­sie. Klik­ną­łem „otwórz” i z mie­sza­ni­ną nie­do­wie­rza­nia i fa­scy­na­cji pa­trzy­łem na na­gra­nie na ży­wo po­ka­zu­ją­ce na­gie­go, za­krwa­wio­ne­go księ­dza Ro­ber­ta wy­mie­nia­ją­ce­go ni­czym sło­wa li­ta­nii imio­na chłop­ców, któ­rych zgwał­cił, za każ­dym ra­zem po­wta­rza­jąc: „Zmi­łuj się nad na­mi”.

2

– Pro­szę, prze­stań! – wy­char­czał z tru­dem ksiądz, a ja w cał­kiem sub­tel­nej od­po­wie­dzi co­raz moc­niej za­ci­sną­łem wo­kół je­go szyi skó­rza­ny pas. Wi­dzia­łem, jak kle­cha pró­bu­je wal­czyć, ale z każ­dą ko­lej­ną se­kun­dą, gdy uścisk sta­wał się co­raz moc­niej­szy, męż­czy­zna po­wo­li gasł, a błę­kit je­go oczu bez­pow­rot­nie męt­niał. W chwi­li, gdy zbli­żał się omdle­nia, dość nie­chęt­nie od­pu­ści­łem, a ten, ni­czym to­pie­lec, któ­re­mu cu­dem uda­ło się wy­do­stać spod ta­fli wo­dy, łap­czy­wie wcią­gał po­wie­trze krót­ki­mi, świsz­czą­cy­mi wde­cha­mi.

– Ojej­ku, prze­pra­szam. Chłop­cy mó­wi­li, że lu­bisz się ostro za­ba­wić. Mo­ja wi­na. Po­sta­ram się być bar­dziej de­li­kat­ny. – Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu i ru­szy­łem w stro­nę usta­wio­ne­go na sta­ty­wie te­le­fo­nu. Trans­mi­sja na ży­wo trwa­ła już od do­brej go­dzi­ny, a licz­ba ob­ser­wu­ją­cych do­bi­ja­ła do ty­sią­ca. Po­ja­wi­ło się też kil­ka­na­ście cał­kiem spo­rych na­piw­ków. Uśmiech­ną­łem się, a uśmiech sta­wał się co­raz szer­szy, gdy cze­ka­jąc, aż kle­cha doj­dzie odro­bi­nę do sie­bie, za­czą­łem czy­tać ko­lej­ne żąd­ne krwi ko­men­ta­rze wi­dzów. Za­dzi­wia­ją­ce, jak po­zor­na ano­ni­mo­wość bu­dzi­ła w nich naj­gor­sze moż­li­we in­stynk­ty.

– Pro­szę, wy­puść mnie. Bła­gam. Na Bo­ga! Obie­cu­ję, że już ni­g­dy nie tknę żad­ne­go chłop­ca. Ni­g­dy. Prze­nig­dy! – mam­ro­tał za­pła­ka­ny, a z no­sa cie­kły mu zie­lon­ka­we smar­ki. Obrzy­dli­stwo. – Zro­bię wszyst­ko, tyl­ko bła­gam, wy­puść mnie. Znik­nę. Ni­ko­go już wię­cej nie skrzyw­dzę. Ni­g­dy! – ję­czał.

– Aku­rat w to nie wąt­pię. – Po­pra­wi­łem ma­skę i skie­ro­wa­łem obiek­tyw ka­me­ry na stół, gdzie znaj­do­wa­ła się cał­kiem po­kaź­na ko­lek­cja za­ba­wek BDSM. Od pej­czy, pa­cek do kle­pa­nia, przez kor­ki i kul­ki anal­ne, sta­lo­we di­la­to­ry do cew­ki mo­czo­wej, klam­ry i za­ci­ski na sut­ki, pier­ście­nie do elek­tro­sty­mu­la­cji, po wszel­kiej ma­ści i wiel­ko­ści pe­ni­sy i dil­da. Na po­czą­tek się­gną­łem po skó­rza­ny kne­bel z si­li­ko­no­wą czer­wo­ną pi­łecz­ką i za­mkną­łem męż­czyź­nie usta, bo mu­szę przy­znać, że je­go skom­le­nie za­czę­ło mnie iry­to­wać. – No to sko­ro grę wstęp­ną ma­my już za so­bą, chy­ba naj­wyż­szy czas się po­rząd­nie za­ba­wić. Aha, za­po­mnie­li­śmy o naj­waż­niej­szym. Ha­sło bez­pie­czeń­stwa. Wiesz, gdy­by mnie, nie daj Bo­że, w tym na­szym ro­man­tycz­nym wi­rze unie­sie­nia po­nio­sło odro­bin­kę za bar­dzo, co cza­sem mi się zda­rza, mu­si­my usta­lić sło­wo, któ­re to prze­rwie, ale tyl­ko wte­dy, gdy uznasz, że prze­kro­czy­li­śmy już tę osta­tecz­ną gra­ni­cę. Ja­kieś pro­po­zy­cje? – Ksiądz pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, ale przy­po­mi­na­ło to je­dy­nie ka­ko­fo­nie nie­wy­raź­nych dźwię­ków. – Nie? Nie chcesz? Idzie­my na ca­łość? No do­bra. W koń­cu ty tu rzą­dzisz, wa­ria­cie. Show must go on.

Prze­sta­wi­łem sta­tyw z te­le­fo­nem i upew­ni­łem się, że wi­dzo­wie bę­dą mo­gli ob­ser­wo­wać po­ku­tę kle­chy pod naj­lep­szym moż­li­wym ką­tem. Pier­do­lo­ny Ta­ran­ti­no po­wi­nien się uczyć ode mnie fa­chu. Sam na mo­ment usta­wi­łem się po­za za­się­giem ka­me­ry i zdją­łem ma­skę. W oczach księ­dza zo­ba­czy­łem pa­nicz­ny strach. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło, bo gdy się­gną­łem po pejcz, zro­bi­łem za­mach i za­da­łem pierw­szy cios pro­sto w twarz, to wi­dzia­łem już nie strach, tyl­ko coś zde­cy­do­wa­nie gor­sze­go: po­czu­cie ab­so­lut­nej bez­sil­no­ści.

3

Klik­ną­łem w iko­nę apli­ka­cji CTRL+Li­fe i omal nie zwró­ci­łem śnia­da­nia. Ca­łe szczę­ście, że te ogra­ni­cza­ją się ostat­nio je­dy­nie do czar­nej ka­wy. Naj­now­szy post po­ka­zy­wał wi­szą­ce na gru­bej li­nie zma­sa­kro­wa­ne na­gie cia­ło kle­chy po­zba­wio­ne nie tyl­ko pe­ni­sa, ale i mosz­ny, z wy­cię­ty­mi na rę­kach i no­gach sło­wa­mi: „prze­pra­szam”, „ża­łu­ję” i „wy­bacz­cie”. Pod wpi­sem bar­dzo szyb­ko po­ja­wi­ły się po­lu­bie­nia i ser­dusz­ka, a wśród ko­men­ta­rzy do­mi­no­wa­ło stwier­dze­nie, że „zwy­rod­nia­lec w koń­cu do­stał to, na co za­słu­żył”. Zwło­ki zna­le­zio­no w le­sie, bli­sko pa­ra­fii, do któ­rej skom­pro­mi­to­wa­ny ksiądz zo­stał nie­daw­no prze­nie­sio­ny. Ja­kaś ma­ła wio­ska gdzieś na to­tal­nym za­du­piu w wo­je­wódz­twie pod­kar­pac­kim. Rzecz­nik tam­tej­szej po­li­cji po­in­for­mo­wał je­dy­nie, że męż­czy­zna tar­gnął się na wła­sne ży­cie i nikt, co wy­raź­nie pod­kre­ślił, ab­so­lut­nie nikt mu w tym nie po­ma­gał, bie­gli i pro­ku­ra­tor wy­klu­cza­ją mor­der­stwo, co jed­no­znacz­nie i bez ja­kich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści po­twier­dzi­ła sek­cja zwłok. Wszy­scy są zgod­ni co do te­go, że to sa­mo­bój­stwo. Spra­wa za­mknię­ta. Na mo­je py­ta­nia, czy po­li­cja pro­wa­dzi ja­kie­kol­wiek po­stę­po­wa­nie w związ­ku ze sta­nem, w ja­kim zna­le­zio­no zwło­ki, a – co waż­niej­sze – czy pod­ję­li dzia­ła­nia, by na­mie­rzyć wy­ko­naw­cę bru­tal­nych tor­tur kle­chy, do dziś nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. Uda­ło mi się za to skon­tak­to­wać z na­czel­nym lo­kal­ne­go ty­go­dni­ka, któ­ry oso­bi­ście zaj­mo­wał się te­ma­tem rze­ko­me­go sa­mo­bój­stwa no­we­go księ­dza. Że­by do­wie­dzieć się cze­go­kol­wiek kon­kret­ne­go, mu­sia­łem dać dzien­ni­ka­rzo­wi spo­rą mar­chew­kę, ale w tej bran­ży nie ma nic za dar­mo, zwłasz­cza je­śli mó­wi­my o prze­pły­wie in­for­ma­cji. To zwy­czaj­ny han­del wy­mien­ny. Po­mi­ja­jąc za­tem kwe­stię apli­ka­cji, sam pra­co­wa­łem nad ar­ty­ku­łem i nie za­mie­rza­łem się z ni­kim dzie­lić tym, co z ta­kim tru­dem uda­ło mi się do­tych­czas usta­lić. No do­bra, ma­łe spro­sto­wa­nie: gów­no wte­dy jesz­cze wie­dzia­łem. Opo­wie­dzia­łem o sa­mo­bój­stwie na­sto­lat­ka i po­dej­rze­niach gwał­tów, ja­kich kle­cha miał się do­pu­ścić na kil­ku nie­let­nich, co bar­dzo szyb­ko zo­sta­ło za­mie­cio­ne pod ko­ściel­ny dy­wan.

– Po­noć kil­ka osób wi­dzia­ło, jak na­gi, za­krwa­wio­ny męż­czy­zna ze sznu­rem w rę­ku włó­czył się po le­sie, po­wta­rza­jąc w kół­ko, że mu­si to wresz­cie skoń­czyć, nie ma po co żyć i te­go ty­pu po­dob­ne bred­nie. Lu­dzie wzię­li go za ja­kie­goś pi­ja­ka i sza­leń­ca, a, jak wiesz, od ta­kich le­piej trzy­mać się z da­le­ka. Ktoś jed­nak za­dzwo­nił na po­li­cję, ale gdy ta przy­je­cha­ła, smut­ny ksiądz już so­bie dyn­dał na sznu­rze. Co jed­nak cie­ka­we i nikt ci te­go w tej chwi­li ofi­cjal­nie nie po­twier­dzi, ale za­ufaj mi, mam swo­je źró­dła, zgło­sze­nia do­ko­na­no z te­le­fo­nu na­sze­go księ­żul­ka. Po­noć dzień przed sa­mo­bój­stwem, a wte­dy wi­dzia­no go ostat­ni raz w jed­nym ka­wał­ku, uma­wiał się z kimś na spo­tka­nie. Tak przy­naj­mniej twier­dzi je­go go­spo­sia, któ­ra przez przy­pa­dek coś tam jed­nym uchem usły­sza­ła. To sta­ra plot­ka­ra, za­tem nie zdzi­wił­bym się, gdy­by to ucho na sta­łe mia­ła przy­twier­dzo­ne wprost do pro­bosz­czow­skich drzwi. Od po­cząt­ku miał w oczach coś „nie ten te­ges”, tak mi po­wie­dzia­ła. – Na­czel­ny wy­plu­wał z sie­bie sło­wa ni­czym ka­ra­bin ma­szy­no­wy, a ja nie mia­łem za­mia­ru prze­ry­wać te­go sło­wo­to­ku. – Wy­glą­da więc na to, że al­bo ktoś się na sta­rym zbo­ku mści, al­bo kle­cha miał tak wiel­kie­go pe­cha i tra­fił na jesz­cze więk­sze­go wy­ko­le­jeń­ca. Ale, kto pa­ró­wą wo­ju­je… – za­chi­cho­tał jak ma­ła dziew­czyn­ka. – W każ­dym ra­zie po­li­cja, ma­jąc na uwa­dze, że to żoł­nie­rzyk in­sty­tu­cji, któ­rej nie chce się na­ra­żać, przy­ję­ła, że księ­żu­lek lu­bił ostre bzy­kan­ko. Stąd te ob­ra­że­nia, a sko­ro to sa­mo­bój­stwo, nie ma po co mar­no­wać na to cza­su i środ­ków. Zresz­tą stan­dar­do­wo cier­pią na ich per­ma­nent­ny de­fi­cyt, więc sam ro­zu­miesz. Słu­chaj, mło­dy: mój dzien­ni­kar­ski no­chal pod­po­wia­da mi, że coś tu bar­dzo, ale to bar­dzo śmier­dzi, a ty nie do koń­ca mó­wisz mi, co wiesz. W po­rząd­ku, sza­nu­ję. Też by­łem mło­dy, też do­sta­wa­łem pier­dol­ca, gdy po­czu­łem świet­ny te­mat. W każ­dym ra­zie dam ci do­brą ra­dę: uwa­żaj na sie­bie i czę­ściej niż do­tych­czas patrz przez ra­mię.

I tu aku­rat miał ra­cję. Spra­wa śmier­dzia­ła na ki­lo­metr. Szko­da tyl­ko, że nie wzią­łem na po­waż­nie je­go ostrze­że­nia i w su­mie na wła­sne ży­cze­nie, chuj, du­pa i ka­mie­ni ku­pa, wdep­ną­łem w nie­złe szam­bo.

4

W CE­IDG spraw­dzi­łem da­ne fir­my od­po­wie­dzial­nej za stwo­rze­nie apli­ka­cji CTRL+Li­fe. Jed­no­oso­bo­wa dzia­łal­ność go­spo­dar­cza za­re­je­stro­wa­na za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy te­mu przez nie­ja­kie­go Ar­tu­ra Or­do­na. PKD 62.01.Z – dzia­łal­ność zwią­za­na z opro­gra­mo­wa­niem. Sta­łe miej­sce wy­ko­ny­wa­nia dzia­łal­no­ści? Bin­go.

Kil­ka mi­nut cze­ka­łem, aż ktoś ła­ska­wie otwo­rzy drzwi do klat­ki, a że cier­pli­wość ni­g­dy nie na­le­ża­ła do mo­ich naj­moc­niej­szych stron, na­ci­sną­łem lo­so­wy gu­zik, wy­po­wie­dzia­łem ma­gicz­ne „to ja”, wśli­zgną­łem się do środ­ka i, prze­ska­ku­jąc co dru­gi sto­pień, wbie­głem na ostat­nie pię­tro. Po­trze­bo­wa­łem chwi­li, by wy­rów­nać od­dech, a gdy uzna­łem, że już nie sa­pię jak sta­ry ze­psu­ty pa­ro­wóz, za­pu­ka­łem do drzwi miesz­ka­nia nu­mer osiem­dzie­siąt osiem. Nie wiem, ko­go spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć po dru­giej stro­nie, ale za­ta­cza­ją­cy się je­go­mość w bok­ser­kach i po­pla­mio­nym, dziu­ra­wym pod­ko­szul­ku, któ­ry kie­dyś, daw­no, daw­no te­mu, nim zła wiedź­ma rzu­ci­ła na nie­go urok, mu­siał być z pew­no­ścią bia­ły, na pew­no nie pla­so­wał się w pierw­szej set­ce mo­ich ty­pów.

– Cze­go? – wark­nął pod­chmie­lo­ny męż­czy­zna, gło­śno przy tym be­ka­jąc.

– Pan Ar­tur Or­don? – za­py­ta­łem nie­pew­nie, gdzieś pod­świa­do­mie ma­jąc na­dzie­ję, że za­szła tu­taj ja­kaś po­mył­ka. – Wła­ści­ciel fir­my CTRL+Li­fe Ar­tur Or­don? – uści­śli­łem.

– We wła­snej, kur­wa, je­ba­nej oso­bie. – Ukło­nił się i ca­ła mo­ja na­dzie­ja pry­sła. – Stoi przed to­bą pre­zes i je­dy­ny udzia­ło­wiec więk­szo­ścio­we­go pa­kie­tu kon­tro­l­ne­go fir­my An­ty­chłam Ar­tur Or­don. Bill Ste­ve Jobs Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej. Cze­go?

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać, pa­nie Jobs – prze­wró­ci­łem ocza­mi, z kie­sze­ni wy­ją­łem pięć­dzie­siąt zło­tych, wci­sną­łem bank­not w dłoń Or­do­na i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, wpa­ro­wa­łem do środ­ka. – Bar­dzo po­waż­nie po­roz­ma­wiać.

5

Ar­ty­kuł, a wła­ści­wie pierw­szy z se­rii ar­ty­ku­łów o apli­ka­cji CTRL+Li­fe, ja­ki stwo­rzy­łem, zo­stał opu­bli­ko­wa­ny w jed­nym z bar­dziej po­czyt­nych cza­so­pism w Pol­sce za­le­d­wie ty­dzień po śmier­ci kle­chy. Pra­co­wa­łem ja­ko fre­elan­cer, za­tem nie mo­głem so­bie po­zwo­lić, by ktoś sprząt­nął mi sprzed no­sa tak cho­dli­wy te­mat. By­łem pierw­szy, ale do­sko­na­le zda­wa­łem so­bie spra­wę, że ro­sną­ca z dnia na dzień po­pu­lar­ność kon­tro­wer­syj­nej apli­ka­cji szyb­ko przy­cią­gnie zgłod­nia­łych sen­sa­cji dzien­ni­ka­rzy. A ci to mu­chy lgną­ce do gów­na. Mu­sia­łem się za­tem bar­dzo śpie­szyć. Mu­sia­łem stać krok przed ni­mi. Mu­sia­łem stać się tą mu­chą, któ­ra już w tym gów­nie pły­wa­ła.

W apli­ka­cji każ­de­go dnia po­ja­wia­ły się ko­lej­ne wpi­sy. Każ­dy, bez wy­jąt­ku, tra­fiał do po­cze­kal­ni, a o tym, czy i kie­dy znaj­dzie się na stro­nie głów­nej, de­cy­do­wał mo­de­ra­tor, czy­li – jak przy­pusz­cza­łem – nasz za­ma­sko­wa­ny mści­ciel. Ja­ki­mi kry­te­ria­mi się kie­ro­wał? Ilo­ścią ser­du­szek i ko­men­ta­rzy? Kon­tro­wer­sją? Prze­wi­nie­niem? Swo­imi cho­ry­mi pre­fe­ren­cja­mi? Nie wia­do­mo. Jed­no pew­ne: je­śli wpis zo­stał prze­nie­sio­ny na stro­nę głów­ną, zna­czy­ło to mniej wię­cej ty­le, że ktoś nie­dłu­go bę­dzie miał bar­dzo, ale to bar­dzo prze­sra­ne.

Roz­mo­wa z Ar­tu­rem Or­do­nem alias Bil­lem Job­sem utwier­dzi­ła mnie w dwóch spra­wach. Po pierw­sze, fa­cet to to­tal­ny kre­tyn. Po dru­gie, dzię­ki te­mu to rów­nież ide­al­ny kan­dy­dat na słu­pa. Ktoś tam do nie­go dzwo­nił, ja­kiś zna­jo­my zna­jo­me­go, wła­ści­wie sam na­wet nie ko­ja­rzył ko­le­sia, ale ten obie­cał mu tro­chę ka­sy za ma­łą przy­słu­gę, więc się zgo­dził, bo cze­mu by nie? Do­dał, że raz na ja­kiś czas, za­wsze bez za­po­wie­dzi, zja­wia się ja­kiś dzie­ciak, za każ­dym ra­zem in­ny smar­kacz, od­bie­ra fir­mo­wą ko­re­spon­den­cję, zo­sta­wia mu ko­per­tę z ka­są i zni­ka. W skró­cie: śle­pa ulicz­ka.

Drą­żąc te­mat, po­ku­si­łem się też o prze­czy­ta­nie re­gu­la­mi­nu apli­ka­cji, któ­ry wła­ści­wie za­ak­cep­to­wa­łem wcze­śniej jed­nym klik­nię­ciem pod­czas re­je­stra­cji kon­ta. W za­sa­dzie to nud­na, praw­ni­cza pa­pla­ni­na, ale wy­ni­ka­ło z niej, że apli­ka­cja to nie­za­leż­ny pro­jekt ar­ty­stycz­ny, tre­ści sta­no­wią fa­bu­lar­ną grę, któ­ra ma wcią­gnąć i dzię­ki swe­go ro­dza­ju te­ra­pii szo­ko­wej zmu­sić użyt­kow­ni­ka do prze­war­to­ścio­wa­nia swo­je­go ży­cia. Ale – co naj­cie­kaw­sze – we wszyst­kich pu­bli­ko­wa­nych na stro­nie głów­nej zdję­ciach, na­gra­niach au­dio i wi­deo wy­stę­pu­ją ak­to­rzy i sta­ty­ści. And the Oscar go­es to…

Te­le­fon za­wi­bro­wał, in­for­mu­jąc o no­wym po­ście na stro­nie głów­nej. Klik­ną­łem bez wa­ha­nia. Tym ra­zem za­miesz­czo­no krót­kie wi­deo na­sto­lat­ki. Na mo­je oko mo­gła mieć co naj­wy­żej trzy­na­ście, czter­na­ście lat. Za­pła­ka­na dziew­czy­na opo­wia­da­ła, jak to mat­ka, w za­mian za pie­nią­dze, dra­gi, a ostat­nio na­wet bu­tel­kę wód­ki i pa­pie­ro­sy, po­zwa­la, by w trak­cie li­ba­cji, a te od­by­wa­ją się w ich do­mu nie­mal co­dzien­nie, dziew­czy­na by­ła wy­ko­rzy­sty­wa­na przez ko­lej­nych, każ­de­go dnia in­nych, wuj­ków. Na­sto­lat­ka ła­mią­cym się gło­sem mó­wi­ła, że cza­sem ro­bią to gru­po­wo, czę­sto je­den po dru­gim, że rzad­ko uży­wa­ją kon­do­mów. Na ko­niec, pro­sząc o po­moc, dziew­czy­na pod­wi­nę­ła rę­ka­wy bluz­ki, po­ka­zu­jąc do ka­me­ry wciąż nie­za­go­jo­ne ra­ny po cię­ciach. Wes­tchną­łem. Kie­dy ci gów­nia­rze na­uczą się, że je­śli na­praw­dę chcą z so­bą skoń­czyć, na­le­ży ciąć wzdłuż ży­ły, a nie w po­przek? Je­ba­ni, pseu­do­goth ama­to­rzy. Zwy­kli aten­cju­sze.

Bły­ska­wicz­nie za­czę­ły po­ja­wiać się ko­men­ta­rze. Z jed­nej stro­ny sło­wa wspar­cia dla dziew­czy­ny, ad­re­sy ośrod­ków, gdzie mo­że zna­leźć po­moc, czy nu­me­ry te­le­fo­nów za­ufa­nia. To jed­nak za­le­d­wie kro­pla w mo­rzu nie­na­wi­ści, ja­kie wy­la­ło się na mat­kę na­sto­lat­ki.

#mo­ther­fuc­ker #mat­ka­ro­ku. Ździ­ra.

Nie mo­gę się do­cze­kać, aż su­ka za­pła­ci za to, co ci ro­bi­ła.

Mam na­dzie­ję, że ta ca­ła pa­to­lo­gicz­na ma­mu­sia zgi­nie w mę­czar­niach.

Z ra­do­ścią bę­dę pa­trzy­ła, jak ta szma­ta zdy­cha.

Na­stęp­ne dni po­ka­za­ły, że ka­ra wy­mie­rzo­na zo­sta­ła z iście sza­tań­ską pre­cy­zją.

6

– Obudź się, śpią­ca kró­lew­no – wy­szep­ta­łem naj­czu­lej, jak tyl­ko po­tra­fi­łem. – Zły urok zo­stał zdję­ty. Wiedź­ma nie ży­je i te­raz mo­że­my żyć dłu­go i szczę­śli­wie. I nikt już nie sta­nie na dro­dze na­szej mi­ło­ści. Ro­zu­miesz? Nikt!

Dziew­czy­na wciąż po­zo­sta­wa­ła pod wpły­wem pew­ne­go moc­ne­go środ­ka odu­rza­ją­ce­go – z mo­ją ma­łą po­mo­cą zna­lazł się w jed­nym z dar­mo­wych drin­ków, po któ­re tak ocho­czo się­gnę­ła. Wi­dzia­łem, jak księż­nicz­ka po­wo­li wra­ca do rze­czy­wi­sto­ści, ale że­by tro­chę jej w tym po­móc, wy­la­łem ja­śnie pan­nie na gło­wę wia­dro lo­do­wa­tej wo­dy. Otrzeź­wi­ło ją to nie­mal na­tych­miast. Na po­cząt­ku zdez­o­rien­to­wa­na roz­glą­da­ła się po nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, po­tem pró­bo­wa­ła wstać, ale osta­tecz­nie zda­ła so­bie spra­wę, że jest przy­ku­ta do krze­sła, usta za­kle­jo­ne ma ta­śmą, a przed nią stoi za­ma­sko­wa­ny ko­leś, któ­ry po­pra­wia skie­ro­wa­ne w nią lam­py.

Użyt­kow­ni­cy apli­ka­cji CTRL+Li­fe kil­ka mi­nut te­mu do­sta­li po­wia­do­mie­nie o no­wym li­vie.

– Śpią­ca kró­lew­na na­resz­cie wśród ży­wych? Co praw­da nie na dłu­go, ale… – za­chi­cho­ta­łem, a dziew­czy­na za­czę­ła się wier- cić, szar­pać, pró­bo­wa­ła krzy­czeć, jed­nak na nic zda­ły się jej wy­sił­ki. Czy ona ma mnie za pierw­sze­go lep­sze­go kre­ty­na? Obu­rza­ją­ce. – Jak już się uspo­ko­isz, to od­kle­ję ta­śmę. Okej? Już w po­rząd­ku? Bę­dziesz grzecz­na, kró­lew­no? – Przy­tak­nę­ła, a ja ni­czym praw­dzi­wy gen­tel­man speł­ni­łem swo­ją obiet­ni­cę.

– Pić – wy­szep­ta­ła, więc przy­ło­ży­łem jej do ust ma­łą bu­tel­kę wo­dy i po­zwo­li­łem, by za­spo­ko­iła pra­gnie­nie. Mam do tej ro­bo­ty zde­cy­do­wa­nie zbyt mięk­kie ser­dusz­ko. – Gdzie je­stem?

– Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mo­gę udzie­lić ci od­po­wie­dzi na to py­ta­nie.

– Co ja tu ro­bię?

– Je­steś ma­łą, zdzi­ro­wa­tą kłam­czusz­ką, więc po­sta­no­wi­łem dać ci lek­cję praw­do­mów­no­ści i po­ko­ry, któ­rą za­pa­mię­tasz do koń­ca ży­cia.

– Ale ja nic nie zro­bi­łam. Nie wiem, o czym mó­wisz. Pro­szę, wy­puść mnie.

Się­gną­łem po ta­blet, po­ło­ży­łem go dziew­czy­nie na ko­la­nach i włą­czy­łem na­gra­nie, któ­re Zu­za Ja­błoń­ska opu­bli­ko­wa­ła kil­ka dni wcze­śniej. By ni­cze­go nie prze­oczy­ła, za­pę­tli­łem je.

– Czy te­raz coś świ­ta w tej pu­stej blond głów­ce? – za­py­ta­łem.

– To miał być tyl­ko ta­ki żart – wy­ję­cza­ła.

– Żart? No ja ba­wię się świet­nie. Mam na­dzie­ję, że ty rów­nież. Ale mu­szę przy­znać, że two­jej mat­ce ra­czej nie by­ło do śmie­chu, gdy wy­sła­łem jej to wi­deo. Na­wet się bi­dul­ka po­pła­ka­ła. – Dziew­czy­na ze zdzi­wie­nia wy­trzesz­czy­ła oczy. – Mó­wi­ła, że wy­cho­wu­je cię sa­ma, że pra­cu­je na trzech eta­tach, bo nie chce, że­by cze­go­kol­wiek ci bra­ko­wa­ło, ale ty cią­gle chcesz wię­cej i wię­cej. W kół­ko po­wta­rzasz, że ko­le­żan­ki ma­ją a to no­wy te­le­fon, a to no­we ciu­chy, dro­gie ko­sme­ty­ki i tak da­lej, i tak da­lej. Mat­ka nie po­tra­fi ci od­mó­wić, więc ty­ra od ra­na do no­cy. A jak có­recz­ka jej się od­pła­ca? No jak? Już po­mi­jam fakt, że w du­pie masz sta­ra­nia mat­ki. A trze­ba przy­znać, że du­pę mu­sisz mieć wy­jąt­ko­wo po­jem­ną, bo z te­go, co za­uwa­ży­łem, oprócz bra­ku sza­cun­ku, czę­sto tra­fia­ją tam prze­róż­ne ku­ta­sy. Zresz­tą nie tyl­ko tam. – Wzią­łem jej z ko­lan ta­blet i włą­czy­łem na­stęp­ny plik, w któ­rym wi­dać, jak pi­ja­na Zu­za z roz­ma­za­nym ma­ki­ja­żem ob­cią­ga ja­kie­muś go­ścio­wi w ki­blu i ra­czej nie ma nic prze­ciw­ko, by ten to na­gry­wał. Przy­naj­mniej ta­ki moż­na wy­snuć wnio­sek po tym, jak w za­my­śle za­lot­nie, a w rze­czy­wi­sto­ści dość nie­udol­nie sta­ra się szcze­rzyć do ka­me­ry. Cho­ciaż pa­trząc na jej stan, wąt­pli­we, że­by w ogó­le coś z te­go pa­mię­ta­ła. – Zna­le­zio­ne w sie­ci. Ko­le­dzy z kla­sy bę­dą za­chwy­ce­ni, że bę­dą mo­gli so­bie wresz­cie zwa­lić gru­chę do do­bre­go por­no­la, nie są­dzisz?

– Ale… Ale… – ję­cza­ła ca­ła we łzach.

– Ale, ale… To jesz­cze nie wszyst­ko. Po­sta­no­wi­łaś uka­rać mat­kę, bo ta nie mia­ła kil­ku ty­się­cy zło­tych na two­ją ko­lej­ną za­chcian­kę. Groź­ba, że po­de­tniesz so­bie ży­ły, też nie za­dzia­ła­ła, więc po­sta­no­wi­łaś iść na ca­łość, co?

– Prze­pra­szam – wy­mam­ro­ta­ła. – Ja… Ja na­praw­dę prze­pra­szam.

– To nie mnie po­win­naś prze­pra­szać, tyl­ko swo­ją mat­kę. Ale oba­wiam się, że na prze­pro­si­ny już odro­bi­nę za póź­no. – Na­la­łem wo­dy do szklan­ki i do­rzu­ci­łem ko­lej­ną pi­guł­kę. – Wy­pij to. Po­sta­ram się, że­byś nie cier­pia­ła.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła gło­wę i z ca­łych sił za­ci­snę­ła usta.

– Sko­ro nie chcesz po do­bro­ci… – Chwy­ci­łem gów­nia­rę za wło­sy, od­chy­li­łem jej gło­wę do ty­łu i si­łą wla­łem do gar­dła za­war­tość szklan­ki. Gdy dziew­czy­na po raz ko­lej­ny od­pły­nę­ła, trans­mi­sja do­bie­gła koń­ca.

7

Dzień po trans­mi­sji, któ­ra mu­sia­ła zszo­ko­wać chy­ba znacz­ną część użyt­kow­ni­ków CTRL+Li­fe, po­ja­wił się ko­lej­ny post. Wy­wo­łał jesz­cze więk­sze nie­do­wie­rza­nie, a są­dząc po ko­men­ta­rzach, rów­nież ogrom­ne roz­cza­ro­wa­nie. By­ło to trwa­ją­ce je­dy­nie kil­ka­dzie­siąt se­kund na­gra­nie, na któ­rym Zu­za Ja­błoń­ska bu­dzi się na ja­kiejś ław­ce w par­ku. Ca­ła i zdro­wa. Da­ta w pra­wym dol­nym ro­gu nie po­zo­sta­wia­ła żad­nych złu­dzeń. Dziew­czy­na prze­ży­ła ostat­nią noc, tym sa­mym dość nie­ocze­ki­wa­nie awan­so­wa­ła na pierw­sze miej­sce li­sty osób, z któ­ry­mi mu­szę się na­tych­miast spo­tkać. A to, zwa­żyw­szy, że na­sto­lat­ka do­ku­men­to­wa­ła nie­mal każ­dy swój krok w so­cial me­diach, oka­za­ło się dzie­cin­nie pro­ste. Osta­tecz­nie prze­cież je­stem po­cząt­ku­ją­cym dzien­ni­ka­rzem, któ­re­go na­zwi­sko po­wo­li za­czy­na­ło coś tam zna­czyć, a na­wet je­śli wciąż gów­no zna­czy­ło, ro­bi­ło się po pro­stu roz­po­zna­wal­ne, a Zu­za to spra­gnio­na po­pu­lar­no­ści aten­cjusz­ka. Na wy­wiad nie mu­sia­łem jej spe­cjal­nie dłu­go na­ma­wiać.

Na miej­scu zja­wi­łem się kil­ka mi­nut przed cza­sem, a cze­ka­jąc, aż księż­nicz­ka ła­ska­wie przy­wle­cze tu swo­je ko­ści­ste dup­sko, po­sta­no­wi­łem raz jesz­cze prze­śle­dzić jej in­ter­ne­to­we ży­cie. Oglą­da­jąc naj­now­sze re­la­cje Zu­zy, nie po­tra­fi­łem zde­cy­do­wać, czy dziew­czy­na jest idiot­ką czy tyl­ko zdro­wo szur­nię­tą gów­nia­rą. Ja­błoń­ska z wy­pie­ka­mi na twa­rzy opo­wia­da­ła, jak prze­chy­trzy­ła swo­je­go opraw­cę, uda­ła, że za­sy­pia, po­cze­ka­ła do mo­men­tu, aż ko­leś w ma­sce ją roz­wią­że, po czym z ca­łych sił kop­nę­ła go w kro­cze, a kie­dy ten zwi­jał się z bó­lu, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ucie­kła.

– Bie­głam co sił w no­gach, nie za­trzy­my­wa­łam się. Co ja­kiś czas pa­trzy­łam za sie­bie, ale ni­g­dzie go nie wi­dzia­łam. By­łam wol­na. By­łam ura­to­wa­na. By­łam ta­ka szczę­śli­wa. Zo­sta­łam fi­nal girl. Wy­koń­czo­na, usia­dłam na ja­kiejś ław­ce i chy­ba za­snę­łam. Na­stęp­ne, co pa­mię­tam… – mó­wi­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

Ktoś stuk­nął mnie w ra­mię.

– Wi­dzę, że już pan wi­dział. Świet­nie to so­bie wy­my­śli­łam, co nie? – usły­sza­łem dziw­nie zna­jo­my głos, a za­raz po­tem do sto­li­ka do­sia­dła się Zu­za Ja­błoń­ska. Ostry ma­ki­jaż, ró­żo­wy top i szor­ty, któ­re na­wet nie uda­wa­ły, że pró­bu­ją za­sło­nić pół­dup­ki czy co­kol­wiek in­ne­go. – W kil­ka go­dzin przy­by­ło mi kil­ka ty­się­cy no­wych fol­lo­wer­sów. A to do­pie­ro po­czą­tek. Wow. Co nie?

– No, wow – od­po­wie­dzia­łem. – Ale to jed­na wiel­ka bzdu­ra, praw­da?

– Naj­pierw ka­sa, po­tem mo­że­my ga­dać, pa­nie Moś. Tak, jak się uma­wia­li­śmy.

– Pro­szę. – Się­gną­łem do port­fe­la i po­da­łem jej dwu­stu­zło­to­wy bank­not. – Część te­raz, resz­ta, gdy już so­bie szcze­rze po­ga­wę­dzi­my. Głod­na?

– Jak wilk. – Kiw­nę­ła gło­wą, a ja po­my­śla­łem, że w uwspół­cze­śnio­nej wer­sji Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka wilk trzy­mał­by się z da­la od tej ma­łej psy­cho­pat­ki.

Za­mó­wi­li­śmy piz­zę z mor­ta­del­lą, pi­sta­cja­mi i bu­rat­tą. Zu­za wzię­ła do­dat­ko­wo co­lę ze­ro, a ja ka­wę.

– Jak co pią­tek ba­wi­łam się z kum­pe­la­mi na mie­ście. Naj­pierw ma­ły bi­fo­rek u mnie, to lo­gicz­ne, prze­cież mat­ka po­szła, jak zwy­kle, do pra­cy. Po­tem ru­szy­ły­śmy na par­kiet. Od­wie­dzi­ły­śmy wcze­śniej dwa klu­by, ale osta­tecz­nie skoń­czy­ły­śmy tam, gdzie za­wsze. W Pie­przu i So­li. Tam nikt nie przy­pier­da­lał się do na­szych pe­se­li ani przy wej­ściu, ani przy ba­rze. Li­czy­łam, że i tym ra­zem znaj­dę ja­kie­goś bo­ga­te­go fra­je­ra, z któ­rym się po­rząd­nie za­ba­wię. I chy­ba tro­chę prze­sa­dzi­łam z ilo­ścią sho­tów, bo na­gle urwał mi się film. Ale nie tak, jak za­wsze.

– Czy­li nie pa­mię­tasz ni­ko­go, kto sta­wiał ci drin­ki w klu­bie? – za­py­ta­łem.

– Nie.

– I nic nie wzbu­dzi­ło two­je­go nie­po­ko­ju? – drą­ży­łem.

– Wie­czór jak wie­czór. Nic szcze­gól­ne­go.

– A kie­dy już się obu­dzi­łaś?

– Na­wet, gdy ten po­jeb wy­lał na mnie wia­dro wo­dy, na­dal my­śla­łam, że śnię. Mia­łam przed so­bą ko­le­sia w sza­rym dre­sie z kap­tu­rem i czer­wo­no-zło­tej ma­sce Iron Ma­na. Resz­tę już znasz.

– Two­je przy­ja­ciół­ki nie za­nie­po­ko­iły się fak­tem, że na­gle znik­nę­łaś?

– W za­sa­dzie nie. To nie mój pierw­szy ta­ki wy­skok. Jed­na kum­pe­la wi­dzia­ła, jak wy­cho­dzę z przy­stoj­nym blon­dy­nem, więc uzna­ły, że świet­nie się ba­wię. A je­śli nie, to nie­dłu­go z pew­no­ścią bę­dę, je­śli wiesz, co mam na my­śli – mru­gnę­ła, a ja w od­po­wie­dzi tyl­ko prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– A pa­mię­tasz te­go ko­le­sia, z któ­rym wy­cho­dzi­łaś? Mo­gła­byś go opi­sać? Cho­ciaż spró­bo­wać?

– Nie. Wiesz, jak by­ło. Naj­pierw tań­czy­łam na par­kie­cie, na­pa­le­ni fa­ce­ci ocie­ra­li się o mnie, sta­wia­li drin­ki, mu­zy­ka dud­ni­ła mi w uszach, a za­raz po­tem sie­dzia­łam przy­wią­za­na do krze­sła. Ty­le pa­mię­tam. Nic i ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Cho­ciaż… – za­wa­ha­ła się.

– Tak?

– Te­raz jak o tym my­ślę, wy­da­je mi się, że ten ko­leś w ma­sce miał róż­ne­go ko­lo­ru oczy. Jak te psy, jak im tam, hu­sky. Jed­no oko brą­zo­we, dru­gie nie­bie­skie. Na bank.

– Nic wię­cej?

– Przy­kro mi. Chy­ba wciąż nie do koń­ca kon­tak­to­wa­łam, co się dzie­je. A po­tem znów od­pły­nę­łam. Obu­dzi­łam się w par­ku.

– I co da­lej? – za­py­ta­łem szcze­rze za­cie­ka­wio­ny, jak wy­glą­da­ło zde­rze­nie na­sto­lat­ki z sza­rą rze­czy­wi­sto­ścią. Bo to, że z noc­nej przy­go­dy nie wy­cią­gnę­ła ab­so­lut­nie żad­nej lek­cji, nie pod­le­ga­ło ja­kiej­kol­wiek dys­ku­sji.

– Ja­koś tra­fi­łam do do­mu. Mat­ka na­wet na mnie nie spoj­rza­ła. Jak co ra­nek ubra­ła się i wy­szła do pra­cy. Ja rzu­ci­łam się na łóż­ko i za­snę­łam. Pa­rę go­dzin póź­niej oka­za­ło się, że je­stem in­ter­ne­to­wą sen­sa­cją. Mu­sia­łam to wy­ko­rzy­stać. To prze­cież ide­al­ny spo­sób na roz­po­czę­cie ka­rie­ry. Sek­sta­śmy w za­sa­dzie już ni­ko­go nie ob­cho­dzą. Pa­ris, Kim: to by­ło mod­ne w dzie­więt­na­stym wie­ku. Pew­nie pa­mię­tasz z mło­do­ści.

– Kim Dzong Un na­grał sek­sta­śmę? – uda­łem szcze­re zdzi­wie­nie.

– Kto? Kar­da­shian, de­bi­lu! – po­iry­to­wa­ła się. – Te­raz li­czy się praw­dzi­wy kon­tro­wer­syj­ny show. A gdy zo­ba­czy­łam, ile hej­tu po­ja­wi­ło się pod mo­imi po­sta­mi… Lu­dzie pi­sa­li, że je­stem „kłam­li­wą su­ką”, „wy­rod­ną cór­ką”. Kur­wa, nie­istot­ne. Waż­ne, że­by ga­da­li, co nie? Im wię­cej, tym le­piej, by­le na­zwi­ska nie prze­krę­ca­li. Czy­ta­jąc te obrzy­dli­we ko­men­ta­rze, przez chwi­lę po­my­śla­łam, czy mo­że nie le­piej by­ło­by usu­nąć tę apli­ka­cję, ale… Chuj z wa­mi, fa­me z na­mi! – Pod­eks­cy­to­wa­na zli­zy­wa­ła z pal­ców oli­wę. – Mam te­raz je­dy­ną w swo­im ro­dza­ju szan­sę, by zo­stać naj­więk­szą pa­to­ce­le­bryt­ką te­go kra­ju i nikt mnie, kur­wa, nie po­wstrzy­ma. Za­pa­mię­taj so­bie mo­je sło­wa, pi­sma­ku! Al­bo nie: wyj­muj no­te­sik i pisz. To do­pie­ro po­czą­tek. Jesz­cze, kur­wa, o mnie usły­szy­cie. Mo­żesz to za­cy­to­wać.

No cóż, Zu­za Ja­błoń­ska dość szyb­ko prze­ko­na się, że trze­ba uwa­żać z ży­cze­nia­mi, zwłasz­cza je­śli zło­ta ryb­ka ma bar­dzo, ale to bar­dzo kiep­ski dzień i znacz­nie bli­żej jej do wy­głod­nia­łej pi­ra­nii. Mnie na­to­miast nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak od­wie­dzić pe­wien klub.

8

Roz­mo­wa z me­na­dże­rem przy­byt­ku zła i roz­pu­sty, za ja­ki mia­łem Pieprz i Sól, nie na­le­ża­ła ani do ła­twych, ani przy­jem­nych, a ko­niec koń­ców oka­za­ła się prak­tycz­nie bez­ce­lo­wa. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło, do­pó­ki ka­wał­ki puz­zli nie za­czę­ły do sie­bie do­sko­na­le pa­so­wać. Ale zro­zu­mia­łem to odro­bi­nę zbyt póź­no. Po mi­łej po­ga­węd­ce o ni­czym i bar­dzo grzecz­nej proś­bie o udo­stęp­nie­nie ma­te­ria­łów z mo­ni­to­rin­gu, któ­ra spo­tka­ła się z rów­nie grzecz­ną od­mo­wą, przy­szedł czas na groź­bę. Na po­czą­tek na­po­mkną­łem o wpusz­cza­niu do klu­bu nie­let­nich dziew­czyn, o tym, że sprze­da­je się im al­ko­hol i nar­ko­ty­ki. Do­da­łem też coś o strę­czy­ciel­stwie i pe­do­fi­lii. Na­wet po­my­śla­łem w tym miej­scu o Zu­zi, jed­nak tej za­ro­zu­mia­łej la­lecz­ce dość da­le­ko do sze­ro­ko ro­zu­mia­ne­go pro­fi­lu nie­win­nej ofia­ry, któ­ra mo­gła­by wy­wo­łać w lu­dziach ja­kie­kol­wiek po­zy­tyw­ne uczu­cia, o współ­czu­ciu na­wet nie wspo­mi­na­jąc. Osta­tecz­nie z bra­ku lep­szych po­my­słów wy­mknę­ło mi się coś o wy­jąt­ko­wo stron­ni­czym ar­ty­ku­le, któ­ry mógł­bym na­pi­sać na ko­la­nie choć­by i w cią­gu naj­bliż­szej pół­go­dzi­ny, a któ­ry z pew­no­ścią za­in­te­re­so­wał­by nie tyl­ko spra­gnio­nych sen­sa­cji czy­tel­ni­ków, ale na pew­no i ja­kieś tam służ­by mia­ły­by bar­dzo do­bry po­wód, by wresz­cie ru­szyć swo­je dup­ska zza biu­rek. I bez wąt­pie­nia by to zro­bi­ły, bo je­śli nie z po­czu­cia obo­wiąz­ku i mi­sji, to przy­naj­mniej pod pre­sją opi­nii pu­blicz­nej. Na­resz­cie uda­ło mi się wy­du­sić z me­na­dże­ra, że ow­szem, klub po­sia­da mo­ni­to­ring, co aku­rat nie sta­no­wi­ło przed­mio­tu na­sze­go spo­ru, ale nie­ste­ty na­gra­nia prze­cho­wy­wa­ne są na dys­ku je­dy­nie przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, a po­tem au­to­ma­tycz­nie zni­ka­ją. No chy­ba że w trak­cie im­pre­zy zda­rzył­by się ja­kiś po­waż­ny in­cy­dent lub ja­kieś służ­by wy­star­cza­ją­co szyb­ko po­pro­si­ły­by o za­bez­pie­cze­nie na­grań. Jed­nak tam­tej no­cy nic ta­kie­go nie mia­ło miej­sca. Mo­ja mi­na nie po­zo­sta­wia­ła żad­nych złu­dzeń. By­łem to­tal­nie wku­rzo­ny. By cho­ciaż tro­chę mnie udo­bru­chać, a tym sa­mym trzy­mać mój wścib­ski nos jak naj­da­lej od drzwi swo­je­go klu­bu, me­na­dżer obie­cał prze­słać zdję­cia, któ­re zro­bio­no te­go wie­czo­ra, gdy ba­lo­wa­ła tam Zu­za Ja­błoń­ska. Do­bre i to.

Fo­to­gra­fii wy­ko­na­no tak du­żo, że zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ra­cjo­nal­ne od wy­sy­ła­nia kil­ku­dzie­się­ciu tra­dy­cyj­nych ma­ili oka­za­ło się prze­sła­nie mi lin­ku wraz z od­po­wied­ni­mi ha­sła­mi do in­ter­ne­to­we­go dys­ku, co też pan me­na­dżer grzecz­nie uczy­nił za­le­d­wie kil­ka mi­nut po na­szej roz­mo­wie. Te­raz wy­star­czy­ło je­dy­nie przej­rzeć gi­ga­baj­ty mniej lub bar­dziej ob­le­śnych zdjęć z noc­ne­go ży­cia te­go mia­sta, po­szu­ku­jąc na­wa­lo­nej Zu­zy Ja­błoń­skiej oraz cier­pią­ce­go na he­te­ro­chro­mię blon­da­sa. Jak się oka­za­ło, pod­czas gdy ja ślę­cza­łem z kie­lisz­kiem wi­na nad do­ku­men­ta­cją zdję­cio­wą z naj­bar­dziej roz­pust­nej czę­ści so­do­my i go­mo­ry, nasz blon­das wła­śnie szy­ko­wał się na po­lo­wa­nie.

Spis tre­ści

Pro­log

Część I

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu:

www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

Pro­log

Część I

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents