Aplikacja Ctrl+Life - Adam Bugaj - ebook
NOWOŚĆ

Aplikacja Ctrl+Life ebook

Adam Bugaj

4,0

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Klikasz? Scrollujesz? Lajkujesz? Świetnie, bo Aplikacja CTRL+Life serwuje sprawiedliwość jak fast food: szybko, brutalnie i uzależniająco.


Tymon Moś, młody dziennikarz charakteryzujący się ciętym językiem, wpada na trop aplikacji, w której skrzywdzeni publicznie oskarżają swoich oprawców, a anonimowy mściciel, ku uciesze tysięcy widzów, wymierza kary. Na żywo. Gdy Tymon zaczyna rozplątywać tę sieć, na jego drodze staje charyzmatyczny i niebezpieczny problem: komisarz Jakub Kowal. Między nimi iskrzy, ale nie tak, jak w komedii romantycznej.


„CTRL+Life” to nie kolejny thriller. To viralowa pętla: ofiary, oprawcy, widzowie – wszyscy zamieniają się rolami. Każdy może zostać bohaterem livestreamu, z którego nie wychodzi się żywym. Tu lajki zamieniają się w wyroki.
W tym świecie nie ma bohaterów. Są tylko potwory w różnych maskach. To jazda bez trzymanki przez bagno ludzkich instynktów, gdzie nawet twoje sumienie będzie się czuło brudne.

 

A Ty, Czytelniku, jesteś kolejnym followerem – przynajmniej dopóki ktoś nie kliknie na Ciebie.
Chcesz oglądać? Pamiętaj: każdy lajkuje do czasu, aż sam nie trafi na ekran.




Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 211

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (6 ocen)
3
0
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Co­py­ri­ght © by Adam Bu­gaj 2025

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro 2025

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2025

ISBN: 978-83-68498-24-0

e-ISBN: 978-83-68498-26-4

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Re­dak­cja: Ewa Hof­f­mann-Ski­biń­ska

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska, Na­ta­lia Szop­pa

Skład i ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Pro­jekt okład­ki: Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Adam Bu­gaj

apli­ka­cja

ctrl+li­fe

Szcze­cin 2025

Pro­log

– Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus – wy­szep­ta­łem, gdy uklęk­ną­łem w kon­fe­sjo­na­le. – Ostat­ni raz u spo­wie­dzi by­łem bar­dzo daw­no te­mu i w za­sa­dzie nie ża­łu­ję żad­ne­go grze­chu, któ­ry po­peł­ni­łem. A je­śli już mam być szcze­ry, wła­ści­wie na­wet nie cho­dzi o to, co zro­bi­łem, ale o to, co chcę zro­bić. Co bar­dzo, tak cho­ler­nie bar­dzo chcę zro­bić. Nie bę­dę owi­jał w ba­weł­nę. Chcę księ­dza za­bić. Ale nie tak po pro­stu. Chcę, że­byś naj­pierw cier­piał. Czuł strach, bez­sil­ność, bez­na­dzie­ję. Chcę, że­by twój do­tych­cza­so­wy, bez­piecz­ny świat ru­nął i że­byś po­czuł się jak śmieć, któ­rym, nie oszu­kuj­my się, nie­wąt­pli­wie je­steś. A gdy już doj­dzie­my do mo­men­tu, do te­go punk­tu kul­mi­na­cyj­ne­go, kie­dy je­dy­ne, o czym bę­dziesz ma­rzył, to śmierć, zli­tu­ję się nad to­bą i po­zwo­lę ci żyć da­lej. A wiesz dla­cze­go? Bo kie­dy już z to­bą skoń­czę, w środ­ku i tak bę­dziesz mar­twy. Bę­dziesz peł­za­ją­cym, po­dziu­ra­wio­nym wor­kiem gni­ją­ce­go mię­sa i po­gru­cho­ta­nych ko­ści. Po­za tym obiek­tyw­nie rzecz uj­mu­jąc, w prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie je­stem po­two­rem. Czy też ra­czej: jesz­cze nie je­stem po­two­rem. I pew­nie te­raz za­sta­na­wiasz się, kim, na Bo­ga, jest ten świr? No cóż, te­go do­wiesz się wkrót­ce. Na­wet szyb­ciej niż my­ślisz. Z rę­ką na ser­cu obie­cu­ję nie trzy­mać cię zbyt dłu­go w nie­pew­no­ści. Tak że te­go… Sko­ro chy­ba już wie­my na czym sto­imy, po­wo­li bę­dę się zbie­rał. Mi­ło się ga­wę­dzi­ło, ale… – wes­tchną­łem. – Jak sam wiesz, świat jest po­pie­przo­ny, a ty nie je­steś je­dy­nym zwy­rod­nial­cem na mo­jej li­ście.

Część I

1

Po raz ko­lej­ny w cią­gu ostat­nich kil­ku mi­nut się­gną­łem po te­le­fon w za­sa­dzie tyl­ko po to, by klik­nąć w iko­nę CTRL+Li­fe, okrą­głą, wście­kle żół­tą uśmiech­nię­tą ta­blet­kę le­żą­cą na wy­cią­gnię­tym ję­zy­ku. Nie­ste­ty, już od kil­ku dni nie po­ja­wił się tu ża­den no­wy post, co za­czy­na­ło mnie iry­to­wać, bo w tej zy­sku­ją­cej w sza­lo­nym tem­pie po­pu­lar­ność apli­ka­cji wi­dzia­łem po­ten­cjał na cał­kiem nie­zły ar­ty­kuł. Z nu­dów za­czą­łem scrol­lo­wać wcze­śniej­sze wpi­sy. Pierw­szym zo­stał fil­mik na­gra­ny ko­mór­ką przez mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry ła­mią­cym się gło­sem, ze wszyst­ki­mi in­tym­ny­mi szcze­gó­ła­mi, opo­wia­dał, jak przez ostat­nich kil­ka mie­się­cy wy­ko­rzy­sty­wał go pro­boszcz miej­sco­wej pa­ra­fii. Chło­pak ze łza­mi w oczach mó­wił o bru­tal­nych, nie­mal zwie­rzę­cych gwał­tach, ja­kich do­pusz­czał się kle­cha, o upo­ko­rze­niu, sa­mot­no­ści, wsty­dzie, wy­klu­cze­niu i bra­ku ja­kie­go­kol­wiek wspar­cia, na­wet gdy po­sta­no­wił po­wie­dzieć ca­łą praw­dę naj­bliż­szym. Ko­lej­nym był post: czar­no-bia­ły ne­kro­log trzy­na­sto­lat­ka, któ­ry, jak się oka­za­ło, po­wie­sił się na pod­da­szu ro­dzin­ne­go do­mu te­go sa­me­go dnia, w któ­rym wresz­cie zde­cy­do­wał się wy­słać swo­je wi­deo. Na­stęp­ny wpis przed­sta­wiał na­gra­ny z ukry­cia frag­ment nie­dziel­ne­go ka­za­nia księ­dza Ro­ber­ta. Chy­ba nie mu­szę mó­wić, że „zwy­rod­nia­lec”, „pe­do­fil”, „wy­ka­stro­wać” czy „do ga­zu” to jed­ne z naj­ła­god­niej­szych ko­men­ta­rzy, ja­kie po­ja­wia­ły się pod fil­mi­kiem. Ko­lej­ne wpi­sy to na­gra­nia au­dio na­sto­lat­ków, któ­rzy ano­ni­mo­wo po­sta­no­wi­li opo­wie­dzieć swo­ją hi­sto­rię, ja­ko do­wód prze­sy­ła­jąc print scre­eny z ese­me­so­wych roz­mów z księ­dzem oraz zdję­cia, ja­kie im wy­sy­łał. Wśród nich zna­lazł się mię­dzy in­ny­mi owi­nię­ty fio­le­to­wą stu­łą ster­czą­cy czło­nek kle­chy czy cho­ciaż­by pe­łen sper­my zło­ty kie­lich mszal­ny, któ­re­go za­war­tość chłop­cy mu­sie­li wy­pić po każ­dym sto­sun­ku. Na­stęp­ny post znów przed­sta­wiał frag­ment ka­za­nia księ­dza Ro­ber­ta, tym ra­zem prze­rwa­ne­go przez gru­pę mło­dych lu­dzi, któ­rzy wdar­li się z trans­pa­ren­ta­mi do ko­ścio­ła, krzy­cząc, że kle­cha ma krew na rę­kach i wkrót­ce cze­ka go su­ro­wa ka­ra. In­cy­dent ten zo­stał sze­ro­ko opi­sa­ny w lo­kal­nej pra­sie. Te­mat pod­chwy­ci­ła na­wet ja­kaś ogól­no­pol­ska te­le­wi­zja, jed­nak ksiądz Ro­bert bar­dzo szyb­ko prze­padł. Ofi­cjal­nie cho­ro­ba i zwol­nie­nie le­kar­skie, co w żar­go­nie du­chow­nych zna­czy­ło mniej wię­cej ty­le, że zo­stał prze­nie­sio­ny do pa­ra­fii gdzieś na koń­cu świa­ta. Jesz­cze chwi­lę czy­ta­łem ocie­ka­ją­ce nie­na­wi­ścią ko­men­ta­rze, gdy za­wi­bro­wał te­le­fon, in­for­mu­jąc o no­wym wpi­sie. Klik­ną­łem „otwórz” i z mie­sza­ni­ną nie­do­wie­rza­nia i fa­scy­na­cji pa­trzy­łem na na­gra­nie na ży­wo po­ka­zu­ją­ce na­gie­go, za­krwa­wio­ne­go księ­dza Ro­ber­ta wy­mie­nia­ją­ce­go ni­czym sło­wa li­ta­nii imio­na chłop­ców, któ­rych zgwał­cił, za każ­dym ra­zem po­wta­rza­jąc: „Zmi­łuj się nad na­mi”.

2

– Pro­szę, prze­stań! – wy­char­czał z tru­dem ksiądz, a ja w cał­kiem sub­tel­nej od­po­wie­dzi co­raz moc­niej za­ci­sną­łem wo­kół je­go szyi skó­rza­ny pas. Wi­dzia­łem, jak kle­cha pró­bu­je wal­czyć, ale z każ­dą ko­lej­ną se­kun­dą, gdy uścisk sta­wał się co­raz moc­niej­szy, męż­czy­zna po­wo­li gasł, a błę­kit je­go oczu bez­pow­rot­nie męt­niał. W chwi­li, gdy zbli­żał się omdle­nia, dość nie­chęt­nie od­pu­ści­łem, a ten, ni­czym to­pie­lec, któ­re­mu cu­dem uda­ło się wy­do­stać spod ta­fli wo­dy, łap­czy­wie wcią­gał po­wie­trze krót­ki­mi, świsz­czą­cy­mi wde­cha­mi.

– Ojej­ku, prze­pra­szam. Chłop­cy mó­wi­li, że lu­bisz się ostro za­ba­wić. Mo­ja wi­na. Po­sta­ram się być bar­dziej de­li­kat­ny. – Po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu i ru­szy­łem w stro­nę usta­wio­ne­go na sta­ty­wie te­le­fo­nu. Trans­mi­sja na ży­wo trwa­ła już od do­brej go­dzi­ny, a licz­ba ob­ser­wu­ją­cych do­bi­ja­ła do ty­sią­ca. Po­ja­wi­ło się też kil­ka­na­ście cał­kiem spo­rych na­piw­ków. Uśmiech­ną­łem się, a uśmiech sta­wał się co­raz szer­szy, gdy cze­ka­jąc, aż kle­cha doj­dzie odro­bi­nę do sie­bie, za­czą­łem czy­tać ko­lej­ne żąd­ne krwi ko­men­ta­rze wi­dzów. Za­dzi­wia­ją­ce, jak po­zor­na ano­ni­mo­wość bu­dzi­ła w nich naj­gor­sze moż­li­we in­stynk­ty.

– Pro­szę, wy­puść mnie. Bła­gam. Na Bo­ga! Obie­cu­ję, że już ni­g­dy nie tknę żad­ne­go chłop­ca. Ni­g­dy. Prze­nig­dy! – mam­ro­tał za­pła­ka­ny, a z no­sa cie­kły mu zie­lon­ka­we smar­ki. Obrzy­dli­stwo. – Zro­bię wszyst­ko, tyl­ko bła­gam, wy­puść mnie. Znik­nę. Ni­ko­go już wię­cej nie skrzyw­dzę. Ni­g­dy! – ję­czał.

– Aku­rat w to nie wąt­pię. – Po­pra­wi­łem ma­skę i skie­ro­wa­łem obiek­tyw ka­me­ry na stół, gdzie znaj­do­wa­ła się cał­kiem po­kaź­na ko­lek­cja za­ba­wek BDSM. Od pej­czy, pa­cek do kle­pa­nia, przez kor­ki i kul­ki anal­ne, sta­lo­we di­la­to­ry do cew­ki mo­czo­wej, klam­ry i za­ci­ski na sut­ki, pier­ście­nie do elek­tro­sty­mu­la­cji, po wszel­kiej ma­ści i wiel­ko­ści pe­ni­sy i dil­da. Na po­czą­tek się­gną­łem po skó­rza­ny kne­bel z si­li­ko­no­wą czer­wo­ną pi­łecz­ką i za­mkną­łem męż­czyź­nie usta, bo mu­szę przy­znać, że je­go skom­le­nie za­czę­ło mnie iry­to­wać. – No to sko­ro grę wstęp­ną ma­my już za so­bą, chy­ba naj­wyż­szy czas się po­rząd­nie za­ba­wić. Aha, za­po­mnie­li­śmy o naj­waż­niej­szym. Ha­sło bez­pie­czeń­stwa. Wiesz, gdy­by mnie, nie daj Bo­że, w tym na­szym ro­man­tycz­nym wi­rze unie­sie­nia po­nio­sło odro­bin­kę za bar­dzo, co cza­sem mi się zda­rza, mu­si­my usta­lić sło­wo, któ­re to prze­rwie, ale tyl­ko wte­dy, gdy uznasz, że prze­kro­czy­li­śmy już tę osta­tecz­ną gra­ni­cę. Ja­kieś pro­po­zy­cje? – Ksiądz pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, ale przy­po­mi­na­ło to je­dy­nie ka­ko­fo­nie nie­wy­raź­nych dźwię­ków. – Nie? Nie chcesz? Idzie­my na ca­łość? No do­bra. W koń­cu ty tu rzą­dzisz, wa­ria­cie. Show must go on.

Prze­sta­wi­łem sta­tyw z te­le­fo­nem i upew­ni­łem się, że wi­dzo­wie bę­dą mo­gli ob­ser­wo­wać po­ku­tę kle­chy pod naj­lep­szym moż­li­wym ką­tem. Pier­do­lo­ny Ta­ran­ti­no po­wi­nien się uczyć ode mnie fa­chu. Sam na mo­ment usta­wi­łem się po­za za­się­giem ka­me­ry i zdją­łem ma­skę. W oczach księ­dza zo­ba­czy­łem pa­nicz­ny strach. Przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło, bo gdy się­gną­łem po pejcz, zro­bi­łem za­mach i za­da­łem pierw­szy cios pro­sto w twarz, to wi­dzia­łem już nie strach, tyl­ko coś zde­cy­do­wa­nie gor­sze­go: po­czu­cie ab­so­lut­nej bez­sil­no­ści.

3

Klik­ną­łem w iko­nę apli­ka­cji CTRL+Li­fe i omal nie zwró­ci­łem śnia­da­nia. Ca­łe szczę­ście, że te ogra­ni­cza­ją się ostat­nio je­dy­nie do czar­nej ka­wy. Naj­now­szy post po­ka­zy­wał wi­szą­ce na gru­bej li­nie zma­sa­kro­wa­ne na­gie cia­ło kle­chy po­zba­wio­ne nie tyl­ko pe­ni­sa, ale i mosz­ny, z wy­cię­ty­mi na rę­kach i no­gach sło­wa­mi: „prze­pra­szam”, „ża­łu­ję” i „wy­bacz­cie”. Pod wpi­sem bar­dzo szyb­ko po­ja­wi­ły się po­lu­bie­nia i ser­dusz­ka, a wśród ko­men­ta­rzy do­mi­no­wa­ło stwier­dze­nie, że „zwy­rod­nia­lec w koń­cu do­stał to, na co za­słu­żył”. Zwło­ki zna­le­zio­no w le­sie, bli­sko pa­ra­fii, do któ­rej skom­pro­mi­to­wa­ny ksiądz zo­stał nie­daw­no prze­nie­sio­ny. Ja­kaś ma­ła wio­ska gdzieś na to­tal­nym za­du­piu w wo­je­wódz­twie pod­kar­pac­kim. Rzecz­nik tam­tej­szej po­li­cji po­in­for­mo­wał je­dy­nie, że męż­czy­zna tar­gnął się na wła­sne ży­cie i nikt, co wy­raź­nie pod­kre­ślił, ab­so­lut­nie nikt mu w tym nie po­ma­gał, bie­gli i pro­ku­ra­tor wy­klu­cza­ją mor­der­stwo, co jed­no­znacz­nie i bez ja­kich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści po­twier­dzi­ła sek­cja zwłok. Wszy­scy są zgod­ni co do te­go, że to sa­mo­bój­stwo. Spra­wa za­mknię­ta. Na mo­je py­ta­nia, czy po­li­cja pro­wa­dzi ja­kie­kol­wiek po­stę­po­wa­nie w związ­ku ze sta­nem, w ja­kim zna­le­zio­no zwło­ki, a – co waż­niej­sze – czy pod­ję­li dzia­ła­nia, by na­mie­rzyć wy­ko­naw­cę bru­tal­nych tor­tur kle­chy, do dziś nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. Uda­ło mi się za to skon­tak­to­wać z na­czel­nym lo­kal­ne­go ty­go­dni­ka, któ­ry oso­bi­ście zaj­mo­wał się te­ma­tem rze­ko­me­go sa­mo­bój­stwa no­we­go księ­dza. Że­by do­wie­dzieć się cze­go­kol­wiek kon­kret­ne­go, mu­sia­łem dać dzien­ni­ka­rzo­wi spo­rą mar­chew­kę, ale w tej bran­ży nie ma nic za dar­mo, zwłasz­cza je­śli mó­wi­my o prze­pły­wie in­for­ma­cji. To zwy­czaj­ny han­del wy­mien­ny. Po­mi­ja­jąc za­tem kwe­stię apli­ka­cji, sam pra­co­wa­łem nad ar­ty­ku­łem i nie za­mie­rza­łem się z ni­kim dzie­lić tym, co z ta­kim tru­dem uda­ło mi się do­tych­czas usta­lić. No do­bra, ma­łe spro­sto­wa­nie: gów­no wte­dy jesz­cze wie­dzia­łem. Opo­wie­dzia­łem o sa­mo­bój­stwie na­sto­lat­ka i po­dej­rze­niach gwał­tów, ja­kich kle­cha miał się do­pu­ścić na kil­ku nie­let­nich, co bar­dzo szyb­ko zo­sta­ło za­mie­cio­ne pod ko­ściel­ny dy­wan.

– Po­noć kil­ka osób wi­dzia­ło, jak na­gi, za­krwa­wio­ny męż­czy­zna ze sznu­rem w rę­ku włó­czył się po le­sie, po­wta­rza­jąc w kół­ko, że mu­si to wresz­cie skoń­czyć, nie ma po co żyć i te­go ty­pu po­dob­ne bred­nie. Lu­dzie wzię­li go za ja­kie­goś pi­ja­ka i sza­leń­ca, a, jak wiesz, od ta­kich le­piej trzy­mać się z da­le­ka. Ktoś jed­nak za­dzwo­nił na po­li­cję, ale gdy ta przy­je­cha­ła, smut­ny ksiądz już so­bie dyn­dał na sznu­rze. Co jed­nak cie­ka­we i nikt ci te­go w tej chwi­li ofi­cjal­nie nie po­twier­dzi, ale za­ufaj mi, mam swo­je źró­dła, zgło­sze­nia do­ko­na­no z te­le­fo­nu na­sze­go księ­żul­ka. Po­noć dzień przed sa­mo­bój­stwem, a wte­dy wi­dzia­no go ostat­ni raz w jed­nym ka­wał­ku, uma­wiał się z kimś na spo­tka­nie. Tak przy­naj­mniej twier­dzi je­go go­spo­sia, któ­ra przez przy­pa­dek coś tam jed­nym uchem usły­sza­ła. To sta­ra plot­ka­ra, za­tem nie zdzi­wił­bym się, gdy­by to ucho na sta­łe mia­ła przy­twier­dzo­ne wprost do pro­bosz­czow­skich drzwi. Od po­cząt­ku miał w oczach coś „nie ten te­ges”, tak mi po­wie­dzia­ła. – Na­czel­ny wy­plu­wał z sie­bie sło­wa ni­czym ka­ra­bin ma­szy­no­wy, a ja nie mia­łem za­mia­ru prze­ry­wać te­go sło­wo­to­ku. – Wy­glą­da więc na to, że al­bo ktoś się na sta­rym zbo­ku mści, al­bo kle­cha miał tak wiel­kie­go pe­cha i tra­fił na jesz­cze więk­sze­go wy­ko­le­jeń­ca. Ale, kto pa­ró­wą wo­ju­je… – za­chi­cho­tał jak ma­ła dziew­czyn­ka. – W każ­dym ra­zie po­li­cja, ma­jąc na uwa­dze, że to żoł­nie­rzyk in­sty­tu­cji, któ­rej nie chce się na­ra­żać, przy­ję­ła, że księ­żu­lek lu­bił ostre bzy­kan­ko. Stąd te ob­ra­że­nia, a sko­ro to sa­mo­bój­stwo, nie ma po co mar­no­wać na to cza­su i środ­ków. Zresz­tą stan­dar­do­wo cier­pią na ich per­ma­nent­ny de­fi­cyt, więc sam ro­zu­miesz. Słu­chaj, mło­dy: mój dzien­ni­kar­ski no­chal pod­po­wia­da mi, że coś tu bar­dzo, ale to bar­dzo śmier­dzi, a ty nie do koń­ca mó­wisz mi, co wiesz. W po­rząd­ku, sza­nu­ję. Też by­łem mło­dy, też do­sta­wa­łem pier­dol­ca, gdy po­czu­łem świet­ny te­mat. W każ­dym ra­zie dam ci do­brą ra­dę: uwa­żaj na sie­bie i czę­ściej niż do­tych­czas patrz przez ra­mię.

I tu aku­rat miał ra­cję. Spra­wa śmier­dzia­ła na ki­lo­metr. Szko­da tyl­ko, że nie wzią­łem na po­waż­nie je­go ostrze­że­nia i w su­mie na wła­sne ży­cze­nie, chuj, du­pa i ka­mie­ni ku­pa, wdep­ną­łem w nie­złe szam­bo.

4

W CE­IDG spraw­dzi­łem da­ne fir­my od­po­wie­dzial­nej za stwo­rze­nie apli­ka­cji CTRL+Li­fe. Jed­no­oso­bo­wa dzia­łal­ność go­spo­dar­cza za­re­je­stro­wa­na za­le­d­wie kil­ka mie­się­cy te­mu przez nie­ja­kie­go Ar­tu­ra Or­do­na. PKD 62.01.Z – dzia­łal­ność zwią­za­na z opro­gra­mo­wa­niem. Sta­łe miej­sce wy­ko­ny­wa­nia dzia­łal­no­ści? Bin­go.

Kil­ka mi­nut cze­ka­łem, aż ktoś ła­ska­wie otwo­rzy drzwi do klat­ki, a że cier­pli­wość ni­g­dy nie na­le­ża­ła do mo­ich naj­moc­niej­szych stron, na­ci­sną­łem lo­so­wy gu­zik, wy­po­wie­dzia­łem ma­gicz­ne „to ja”, wśli­zgną­łem się do środ­ka i, prze­ska­ku­jąc co dru­gi sto­pień, wbie­głem na ostat­nie pię­tro. Po­trze­bo­wa­łem chwi­li, by wy­rów­nać od­dech, a gdy uzna­łem, że już nie sa­pię jak sta­ry ze­psu­ty pa­ro­wóz, za­pu­ka­łem do drzwi miesz­ka­nia nu­mer osiem­dzie­siąt osiem. Nie wiem, ko­go spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć po dru­giej stro­nie, ale za­ta­cza­ją­cy się je­go­mość w bok­ser­kach i po­pla­mio­nym, dziu­ra­wym pod­ko­szul­ku, któ­ry kie­dyś, daw­no, daw­no te­mu, nim zła wiedź­ma rzu­ci­ła na nie­go urok, mu­siał być z pew­no­ścią bia­ły, na pew­no nie pla­so­wał się w pierw­szej set­ce mo­ich ty­pów.

– Cze­go? – wark­nął pod­chmie­lo­ny męż­czy­zna, gło­śno przy tym be­ka­jąc.

– Pan Ar­tur Or­don? – za­py­ta­łem nie­pew­nie, gdzieś pod­świa­do­mie ma­jąc na­dzie­ję, że za­szła tu­taj ja­kaś po­mył­ka. – Wła­ści­ciel fir­my CTRL+Li­fe Ar­tur Or­don? – uści­śli­łem.

– We wła­snej, kur­wa, je­ba­nej oso­bie. – Ukło­nił się i ca­ła mo­ja na­dzie­ja pry­sła. – Stoi przed to­bą pre­zes i je­dy­ny udzia­ło­wiec więk­szo­ścio­we­go pa­kie­tu kon­tro­l­ne­go fir­my An­ty­chłam Ar­tur Or­don. Bill Ste­ve Jobs Eu­ro­py Środ­ko­wo-Wschod­niej. Cze­go?

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać, pa­nie Jobs – prze­wró­ci­łem ocza­mi, z kie­sze­ni wy­ją­łem pięć­dzie­siąt zło­tych, wci­sną­łem bank­not w dłoń Or­do­na i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, wpa­ro­wa­łem do środ­ka. – Bar­dzo po­waż­nie po­roz­ma­wiać.

5

Ar­ty­kuł, a wła­ści­wie pierw­szy z se­rii ar­ty­ku­łów o apli­ka­cji CTRL+Li­fe, ja­ki stwo­rzy­łem, zo­stał opu­bli­ko­wa­ny w jed­nym z bar­dziej po­czyt­nych cza­so­pism w Pol­sce za­le­d­wie ty­dzień po śmier­ci kle­chy. Pra­co­wa­łem ja­ko fre­elan­cer, za­tem nie mo­głem so­bie po­zwo­lić, by ktoś sprząt­nął mi sprzed no­sa tak cho­dli­wy te­mat. By­łem pierw­szy, ale do­sko­na­le zda­wa­łem so­bie spra­wę, że ro­sną­ca z dnia na dzień po­pu­lar­ność kon­tro­wer­syj­nej apli­ka­cji szyb­ko przy­cią­gnie zgłod­nia­łych sen­sa­cji dzien­ni­ka­rzy. A ci to mu­chy lgną­ce do gów­na. Mu­sia­łem się za­tem bar­dzo śpie­szyć. Mu­sia­łem stać krok przed ni­mi. Mu­sia­łem stać się tą mu­chą, któ­ra już w tym gów­nie pły­wa­ła.

W apli­ka­cji każ­de­go dnia po­ja­wia­ły się ko­lej­ne wpi­sy. Każ­dy, bez wy­jąt­ku, tra­fiał do po­cze­kal­ni, a o tym, czy i kie­dy znaj­dzie się na stro­nie głów­nej, de­cy­do­wał mo­de­ra­tor, czy­li – jak przy­pusz­cza­łem – nasz za­ma­sko­wa­ny mści­ciel. Ja­ki­mi kry­te­ria­mi się kie­ro­wał? Ilo­ścią ser­du­szek i ko­men­ta­rzy? Kon­tro­wer­sją? Prze­wi­nie­niem? Swo­imi cho­ry­mi pre­fe­ren­cja­mi? Nie wia­do­mo. Jed­no pew­ne: je­śli wpis zo­stał prze­nie­sio­ny na stro­nę głów­ną, zna­czy­ło to mniej wię­cej ty­le, że ktoś nie­dłu­go bę­dzie miał bar­dzo, ale to bar­dzo prze­sra­ne.

Roz­mo­wa z Ar­tu­rem Or­do­nem alias Bil­lem Job­sem utwier­dzi­ła mnie w dwóch spra­wach. Po pierw­sze, fa­cet to to­tal­ny kre­tyn. Po dru­gie, dzię­ki te­mu to rów­nież ide­al­ny kan­dy­dat na słu­pa. Ktoś tam do nie­go dzwo­nił, ja­kiś zna­jo­my zna­jo­me­go, wła­ści­wie sam na­wet nie ko­ja­rzył ko­le­sia, ale ten obie­cał mu tro­chę ka­sy za ma­łą przy­słu­gę, więc się zgo­dził, bo cze­mu by nie? Do­dał, że raz na ja­kiś czas, za­wsze bez za­po­wie­dzi, zja­wia się ja­kiś dzie­ciak, za każ­dym ra­zem in­ny smar­kacz, od­bie­ra fir­mo­wą ko­re­spon­den­cję, zo­sta­wia mu ko­per­tę z ka­są i zni­ka. W skró­cie: śle­pa ulicz­ka.

Drą­żąc te­mat, po­ku­si­łem się też o prze­czy­ta­nie re­gu­la­mi­nu apli­ka­cji, któ­ry wła­ści­wie za­ak­cep­to­wa­łem wcze­śniej jed­nym klik­nię­ciem pod­czas re­je­stra­cji kon­ta. W za­sa­dzie to nud­na, praw­ni­cza pa­pla­ni­na, ale wy­ni­ka­ło z niej, że apli­ka­cja to nie­za­leż­ny pro­jekt ar­ty­stycz­ny, tre­ści sta­no­wią fa­bu­lar­ną grę, któ­ra ma wcią­gnąć i dzię­ki swe­go ro­dza­ju te­ra­pii szo­ko­wej zmu­sić użyt­kow­ni­ka do prze­war­to­ścio­wa­nia swo­je­go ży­cia. Ale – co naj­cie­kaw­sze – we wszyst­kich pu­bli­ko­wa­nych na stro­nie głów­nej zdję­ciach, na­gra­niach au­dio i wi­deo wy­stę­pu­ją ak­to­rzy i sta­ty­ści. And the Oscar go­es to…

Te­le­fon za­wi­bro­wał, in­for­mu­jąc o no­wym po­ście na stro­nie głów­nej. Klik­ną­łem bez wa­ha­nia. Tym ra­zem za­miesz­czo­no krót­kie wi­deo na­sto­lat­ki. Na mo­je oko mo­gła mieć co naj­wy­żej trzy­na­ście, czter­na­ście lat. Za­pła­ka­na dziew­czy­na opo­wia­da­ła, jak to mat­ka, w za­mian za pie­nią­dze, dra­gi, a ostat­nio na­wet bu­tel­kę wód­ki i pa­pie­ro­sy, po­zwa­la, by w trak­cie li­ba­cji, a te od­by­wa­ją się w ich do­mu nie­mal co­dzien­nie, dziew­czy­na by­ła wy­ko­rzy­sty­wa­na przez ko­lej­nych, każ­de­go dnia in­nych, wuj­ków. Na­sto­lat­ka ła­mią­cym się gło­sem mó­wi­ła, że cza­sem ro­bią to gru­po­wo, czę­sto je­den po dru­gim, że rzad­ko uży­wa­ją kon­do­mów. Na ko­niec, pro­sząc o po­moc, dziew­czy­na pod­wi­nę­ła rę­ka­wy bluz­ki, po­ka­zu­jąc do ka­me­ry wciąż nie­za­go­jo­ne ra­ny po cię­ciach. Wes­tchną­łem. Kie­dy ci gów­nia­rze na­uczą się, że je­śli na­praw­dę chcą z so­bą skoń­czyć, na­le­ży ciąć wzdłuż ży­ły, a nie w po­przek? Je­ba­ni, pseu­do­goth ama­to­rzy. Zwy­kli aten­cju­sze.

Bły­ska­wicz­nie za­czę­ły po­ja­wiać się ko­men­ta­rze. Z jed­nej stro­ny sło­wa wspar­cia dla dziew­czy­ny, ad­re­sy ośrod­ków, gdzie mo­że zna­leźć po­moc, czy nu­me­ry te­le­fo­nów za­ufa­nia. To jed­nak za­le­d­wie kro­pla w mo­rzu nie­na­wi­ści, ja­kie wy­la­ło się na mat­kę na­sto­lat­ki.

#mo­ther­fuc­ker #mat­ka­ro­ku. Ździ­ra.

Nie mo­gę się do­cze­kać, aż su­ka za­pła­ci za to, co ci ro­bi­ła.

Mam na­dzie­ję, że ta ca­ła pa­to­lo­gicz­na ma­mu­sia zgi­nie w mę­czar­niach.

Z ra­do­ścią bę­dę pa­trzy­ła, jak ta szma­ta zdy­cha.

Na­stęp­ne dni po­ka­za­ły, że ka­ra wy­mie­rzo­na zo­sta­ła z iście sza­tań­ską pre­cy­zją.

6

– Obudź się, śpią­ca kró­lew­no – wy­szep­ta­łem naj­czu­lej, jak tyl­ko po­tra­fi­łem. – Zły urok zo­stał zdję­ty. Wiedź­ma nie ży­je i te­raz mo­że­my żyć dłu­go i szczę­śli­wie. I nikt już nie sta­nie na dro­dze na­szej mi­ło­ści. Ro­zu­miesz? Nikt!

Dziew­czy­na wciąż po­zo­sta­wa­ła pod wpły­wem pew­ne­go moc­ne­go środ­ka odu­rza­ją­ce­go – z mo­ją ma­łą po­mo­cą zna­lazł się w jed­nym z dar­mo­wych drin­ków, po któ­re tak ocho­czo się­gnę­ła. Wi­dzia­łem, jak księż­nicz­ka po­wo­li wra­ca do rze­czy­wi­sto­ści, ale że­by tro­chę jej w tym po­móc, wy­la­łem ja­śnie pan­nie na gło­wę wia­dro lo­do­wa­tej wo­dy. Otrzeź­wi­ło ją to nie­mal na­tych­miast. Na po­cząt­ku zdez­o­rien­to­wa­na roz­glą­da­ła się po nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu, po­tem pró­bo­wa­ła wstać, ale osta­tecz­nie zda­ła so­bie spra­wę, że jest przy­ku­ta do krze­sła, usta za­kle­jo­ne ma ta­śmą, a przed nią stoi za­ma­sko­wa­ny ko­leś, któ­ry po­pra­wia skie­ro­wa­ne w nią lam­py.

Użyt­kow­ni­cy apli­ka­cji CTRL+Li­fe kil­ka mi­nut te­mu do­sta­li po­wia­do­mie­nie o no­wym li­vie.

– Śpią­ca kró­lew­na na­resz­cie wśród ży­wych? Co praw­da nie na dłu­go, ale… – za­chi­cho­ta­łem, a dziew­czy­na za­czę­ła się wier- cić, szar­pać, pró­bo­wa­ła krzy­czeć, jed­nak na nic zda­ły się jej wy­sił­ki. Czy ona ma mnie za pierw­sze­go lep­sze­go kre­ty­na? Obu­rza­ją­ce. – Jak już się uspo­ko­isz, to od­kle­ję ta­śmę. Okej? Już w po­rząd­ku? Bę­dziesz grzecz­na, kró­lew­no? – Przy­tak­nę­ła, a ja ni­czym praw­dzi­wy gen­tel­man speł­ni­łem swo­ją obiet­ni­cę.

– Pić – wy­szep­ta­ła, więc przy­ło­ży­łem jej do ust ma­łą bu­tel­kę wo­dy i po­zwo­li­łem, by za­spo­ko­iła pra­gnie­nie. Mam do tej ro­bo­ty zde­cy­do­wa­nie zbyt mięk­kie ser­dusz­ko. – Gdzie je­stem?

– Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mo­gę udzie­lić ci od­po­wie­dzi na to py­ta­nie.

– Co ja tu ro­bię?

– Je­steś ma­łą, zdzi­ro­wa­tą kłam­czusz­ką, więc po­sta­no­wi­łem dać ci lek­cję praw­do­mów­no­ści i po­ko­ry, któ­rą za­pa­mię­tasz do koń­ca ży­cia.

– Ale ja nic nie zro­bi­łam. Nie wiem, o czym mó­wisz. Pro­szę, wy­puść mnie.

Się­gną­łem po ta­blet, po­ło­ży­łem go dziew­czy­nie na ko­la­nach i włą­czy­łem na­gra­nie, któ­re Zu­za Ja­błoń­ska opu­bli­ko­wa­ła kil­ka dni wcze­śniej. By ni­cze­go nie prze­oczy­ła, za­pę­tli­łem je.

– Czy te­raz coś świ­ta w tej pu­stej blond głów­ce? – za­py­ta­łem.

– To miał być tyl­ko ta­ki żart – wy­ję­cza­ła.

– Żart? No ja ba­wię się świet­nie. Mam na­dzie­ję, że ty rów­nież. Ale mu­szę przy­znać, że two­jej mat­ce ra­czej nie by­ło do śmie­chu, gdy wy­sła­łem jej to wi­deo. Na­wet się bi­dul­ka po­pła­ka­ła. – Dziew­czy­na ze zdzi­wie­nia wy­trzesz­czy­ła oczy. – Mó­wi­ła, że wy­cho­wu­je cię sa­ma, że pra­cu­je na trzech eta­tach, bo nie chce, że­by cze­go­kol­wiek ci bra­ko­wa­ło, ale ty cią­gle chcesz wię­cej i wię­cej. W kół­ko po­wta­rzasz, że ko­le­żan­ki ma­ją a to no­wy te­le­fon, a to no­we ciu­chy, dro­gie ko­sme­ty­ki i tak da­lej, i tak da­lej. Mat­ka nie po­tra­fi ci od­mó­wić, więc ty­ra od ra­na do no­cy. A jak có­recz­ka jej się od­pła­ca? No jak? Już po­mi­jam fakt, że w du­pie masz sta­ra­nia mat­ki. A trze­ba przy­znać, że du­pę mu­sisz mieć wy­jąt­ko­wo po­jem­ną, bo z te­go, co za­uwa­ży­łem, oprócz bra­ku sza­cun­ku, czę­sto tra­fia­ją tam prze­róż­ne ku­ta­sy. Zresz­tą nie tyl­ko tam. – Wzią­łem jej z ko­lan ta­blet i włą­czy­łem na­stęp­ny plik, w któ­rym wi­dać, jak pi­ja­na Zu­za z roz­ma­za­nym ma­ki­ja­żem ob­cią­ga ja­kie­muś go­ścio­wi w ki­blu i ra­czej nie ma nic prze­ciw­ko, by ten to na­gry­wał. Przy­naj­mniej ta­ki moż­na wy­snuć wnio­sek po tym, jak w za­my­śle za­lot­nie, a w rze­czy­wi­sto­ści dość nie­udol­nie sta­ra się szcze­rzyć do ka­me­ry. Cho­ciaż pa­trząc na jej stan, wąt­pli­we, że­by w ogó­le coś z te­go pa­mię­ta­ła. – Zna­le­zio­ne w sie­ci. Ko­le­dzy z kla­sy bę­dą za­chwy­ce­ni, że bę­dą mo­gli so­bie wresz­cie zwa­lić gru­chę do do­bre­go por­no­la, nie są­dzisz?

– Ale… Ale… – ję­cza­ła ca­ła we łzach.

– Ale, ale… To jesz­cze nie wszyst­ko. Po­sta­no­wi­łaś uka­rać mat­kę, bo ta nie mia­ła kil­ku ty­się­cy zło­tych na two­ją ko­lej­ną za­chcian­kę. Groź­ba, że po­de­tniesz so­bie ży­ły, też nie za­dzia­ła­ła, więc po­sta­no­wi­łaś iść na ca­łość, co?

– Prze­pra­szam – wy­mam­ro­ta­ła. – Ja… Ja na­praw­dę prze­pra­szam.

– To nie mnie po­win­naś prze­pra­szać, tyl­ko swo­ją mat­kę. Ale oba­wiam się, że na prze­pro­si­ny już odro­bi­nę za póź­no. – Na­la­łem wo­dy do szklan­ki i do­rzu­ci­łem ko­lej­ną pi­guł­kę. – Wy­pij to. Po­sta­ram się, że­byś nie cier­pia­ła.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła gło­wę i z ca­łych sił za­ci­snę­ła usta.

– Sko­ro nie chcesz po do­bro­ci… – Chwy­ci­łem gów­nia­rę za wło­sy, od­chy­li­łem jej gło­wę do ty­łu i si­łą wla­łem do gar­dła za­war­tość szklan­ki. Gdy dziew­czy­na po raz ko­lej­ny od­pły­nę­ła, trans­mi­sja do­bie­gła koń­ca.

7

Dzień po trans­mi­sji, któ­ra mu­sia­ła zszo­ko­wać chy­ba znacz­ną część użyt­kow­ni­ków CTRL+Li­fe, po­ja­wił się ko­lej­ny post. Wy­wo­łał jesz­cze więk­sze nie­do­wie­rza­nie, a są­dząc po ko­men­ta­rzach, rów­nież ogrom­ne roz­cza­ro­wa­nie. By­ło to trwa­ją­ce je­dy­nie kil­ka­dzie­siąt se­kund na­gra­nie, na któ­rym Zu­za Ja­błoń­ska bu­dzi się na ja­kiejś ław­ce w par­ku. Ca­ła i zdro­wa. Da­ta w pra­wym dol­nym ro­gu nie po­zo­sta­wia­ła żad­nych złu­dzeń. Dziew­czy­na prze­ży­ła ostat­nią noc, tym sa­mym dość nie­ocze­ki­wa­nie awan­so­wa­ła na pierw­sze miej­sce li­sty osób, z któ­ry­mi mu­szę się na­tych­miast spo­tkać. A to, zwa­żyw­szy, że na­sto­lat­ka do­ku­men­to­wa­ła nie­mal każ­dy swój krok w so­cial me­diach, oka­za­ło się dzie­cin­nie pro­ste. Osta­tecz­nie prze­cież je­stem po­cząt­ku­ją­cym dzien­ni­ka­rzem, któ­re­go na­zwi­sko po­wo­li za­czy­na­ło coś tam zna­czyć, a na­wet je­śli wciąż gów­no zna­czy­ło, ro­bi­ło się po pro­stu roz­po­zna­wal­ne, a Zu­za to spra­gnio­na po­pu­lar­no­ści aten­cjusz­ka. Na wy­wiad nie mu­sia­łem jej spe­cjal­nie dłu­go na­ma­wiać.

Na miej­scu zja­wi­łem się kil­ka mi­nut przed cza­sem, a cze­ka­jąc, aż księż­nicz­ka ła­ska­wie przy­wle­cze tu swo­je ko­ści­ste dup­sko, po­sta­no­wi­łem raz jesz­cze prze­śle­dzić jej in­ter­ne­to­we ży­cie. Oglą­da­jąc naj­now­sze re­la­cje Zu­zy, nie po­tra­fi­łem zde­cy­do­wać, czy dziew­czy­na jest idiot­ką czy tyl­ko zdro­wo szur­nię­tą gów­nia­rą. Ja­błoń­ska z wy­pie­ka­mi na twa­rzy opo­wia­da­ła, jak prze­chy­trzy­ła swo­je­go opraw­cę, uda­ła, że za­sy­pia, po­cze­ka­ła do mo­men­tu, aż ko­leś w ma­sce ją roz­wią­że, po czym z ca­łych sił kop­nę­ła go w kro­cze, a kie­dy ten zwi­jał się z bó­lu, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ucie­kła.

– Bie­głam co sił w no­gach, nie za­trzy­my­wa­łam się. Co ja­kiś czas pa­trzy­łam za sie­bie, ale ni­g­dzie go nie wi­dzia­łam. By­łam wol­na. By­łam ura­to­wa­na. By­łam ta­ka szczę­śli­wa. Zo­sta­łam fi­nal girl. Wy­koń­czo­na, usia­dłam na ja­kiejś ław­ce i chy­ba za­snę­łam. Na­stęp­ne, co pa­mię­tam… – mó­wi­ła pod­eks­cy­to­wa­na.

Ktoś stuk­nął mnie w ra­mię.

– Wi­dzę, że już pan wi­dział. Świet­nie to so­bie wy­my­śli­łam, co nie? – usły­sza­łem dziw­nie zna­jo­my głos, a za­raz po­tem do sto­li­ka do­sia­dła się Zu­za Ja­błoń­ska. Ostry ma­ki­jaż, ró­żo­wy top i szor­ty, któ­re na­wet nie uda­wa­ły, że pró­bu­ją za­sło­nić pół­dup­ki czy co­kol­wiek in­ne­go. – W kil­ka go­dzin przy­by­ło mi kil­ka ty­się­cy no­wych fol­lo­wer­sów. A to do­pie­ro po­czą­tek. Wow. Co nie?

– No, wow – od­po­wie­dzia­łem. – Ale to jed­na wiel­ka bzdu­ra, praw­da?

– Naj­pierw ka­sa, po­tem mo­że­my ga­dać, pa­nie Moś. Tak, jak się uma­wia­li­śmy.

– Pro­szę. – Się­gną­łem do port­fe­la i po­da­łem jej dwu­stu­zło­to­wy bank­not. – Część te­raz, resz­ta, gdy już so­bie szcze­rze po­ga­wę­dzi­my. Głod­na?

– Jak wilk. – Kiw­nę­ła gło­wą, a ja po­my­śla­łem, że w uwspół­cze­śnio­nej wer­sji Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka wilk trzy­mał­by się z da­la od tej ma­łej psy­cho­pat­ki.

Za­mó­wi­li­śmy piz­zę z mor­ta­del­lą, pi­sta­cja­mi i bu­rat­tą. Zu­za wzię­ła do­dat­ko­wo co­lę ze­ro, a ja ka­wę.

– Jak co pią­tek ba­wi­łam się z kum­pe­la­mi na mie­ście. Naj­pierw ma­ły bi­fo­rek u mnie, to lo­gicz­ne, prze­cież mat­ka po­szła, jak zwy­kle, do pra­cy. Po­tem ru­szy­ły­śmy na par­kiet. Od­wie­dzi­ły­śmy wcze­śniej dwa klu­by, ale osta­tecz­nie skoń­czy­ły­śmy tam, gdzie za­wsze. W Pie­przu i So­li. Tam nikt nie przy­pier­da­lał się do na­szych pe­se­li ani przy wej­ściu, ani przy ba­rze. Li­czy­łam, że i tym ra­zem znaj­dę ja­kie­goś bo­ga­te­go fra­je­ra, z któ­rym się po­rząd­nie za­ba­wię. I chy­ba tro­chę prze­sa­dzi­łam z ilo­ścią sho­tów, bo na­gle urwał mi się film. Ale nie tak, jak za­wsze.

– Czy­li nie pa­mię­tasz ni­ko­go, kto sta­wiał ci drin­ki w klu­bie? – za­py­ta­łem.

– Nie.

– I nic nie wzbu­dzi­ło two­je­go nie­po­ko­ju? – drą­ży­łem.

– Wie­czór jak wie­czór. Nic szcze­gól­ne­go.

– A kie­dy już się obu­dzi­łaś?

– Na­wet, gdy ten po­jeb wy­lał na mnie wia­dro wo­dy, na­dal my­śla­łam, że śnię. Mia­łam przed so­bą ko­le­sia w sza­rym dre­sie z kap­tu­rem i czer­wo­no-zło­tej ma­sce Iron Ma­na. Resz­tę już znasz.

– Two­je przy­ja­ciół­ki nie za­nie­po­ko­iły się fak­tem, że na­gle znik­nę­łaś?

– W za­sa­dzie nie. To nie mój pierw­szy ta­ki wy­skok. Jed­na kum­pe­la wi­dzia­ła, jak wy­cho­dzę z przy­stoj­nym blon­dy­nem, więc uzna­ły, że świet­nie się ba­wię. A je­śli nie, to nie­dłu­go z pew­no­ścią bę­dę, je­śli wiesz, co mam na my­śli – mru­gnę­ła, a ja w od­po­wie­dzi tyl­ko prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– A pa­mię­tasz te­go ko­le­sia, z któ­rym wy­cho­dzi­łaś? Mo­gła­byś go opi­sać? Cho­ciaż spró­bo­wać?

– Nie. Wiesz, jak by­ło. Naj­pierw tań­czy­łam na par­kie­cie, na­pa­le­ni fa­ce­ci ocie­ra­li się o mnie, sta­wia­li drin­ki, mu­zy­ka dud­ni­ła mi w uszach, a za­raz po­tem sie­dzia­łam przy­wią­za­na do krze­sła. Ty­le pa­mię­tam. Nic i ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Cho­ciaż… – za­wa­ha­ła się.

– Tak?

– Te­raz jak o tym my­ślę, wy­da­je mi się, że ten ko­leś w ma­sce miał róż­ne­go ko­lo­ru oczy. Jak te psy, jak im tam, hu­sky. Jed­no oko brą­zo­we, dru­gie nie­bie­skie. Na bank.

– Nic wię­cej?

– Przy­kro mi. Chy­ba wciąż nie do koń­ca kon­tak­to­wa­łam, co się dzie­je. A po­tem znów od­pły­nę­łam. Obu­dzi­łam się w par­ku.

– I co da­lej? – za­py­ta­łem szcze­rze za­cie­ka­wio­ny, jak wy­glą­da­ło zde­rze­nie na­sto­lat­ki z sza­rą rze­czy­wi­sto­ścią. Bo to, że z noc­nej przy­go­dy nie wy­cią­gnę­ła ab­so­lut­nie żad­nej lek­cji, nie pod­le­ga­ło ja­kiej­kol­wiek dys­ku­sji.

– Ja­koś tra­fi­łam do do­mu. Mat­ka na­wet na mnie nie spoj­rza­ła. Jak co ra­nek ubra­ła się i wy­szła do pra­cy. Ja rzu­ci­łam się na łóż­ko i za­snę­łam. Pa­rę go­dzin póź­niej oka­za­ło się, że je­stem in­ter­ne­to­wą sen­sa­cją. Mu­sia­łam to wy­ko­rzy­stać. To prze­cież ide­al­ny spo­sób na roz­po­czę­cie ka­rie­ry. Sek­sta­śmy w za­sa­dzie już ni­ko­go nie ob­cho­dzą. Pa­ris, Kim: to by­ło mod­ne w dzie­więt­na­stym wie­ku. Pew­nie pa­mię­tasz z mło­do­ści.

– Kim Dzong Un na­grał sek­sta­śmę? – uda­łem szcze­re zdzi­wie­nie.

– Kto? Kar­da­shian, de­bi­lu! – po­iry­to­wa­ła się. – Te­raz li­czy się praw­dzi­wy kon­tro­wer­syj­ny show. A gdy zo­ba­czy­łam, ile hej­tu po­ja­wi­ło się pod mo­imi po­sta­mi… Lu­dzie pi­sa­li, że je­stem „kłam­li­wą su­ką”, „wy­rod­ną cór­ką”. Kur­wa, nie­istot­ne. Waż­ne, że­by ga­da­li, co nie? Im wię­cej, tym le­piej, by­le na­zwi­ska nie prze­krę­ca­li. Czy­ta­jąc te obrzy­dli­we ko­men­ta­rze, przez chwi­lę po­my­śla­łam, czy mo­że nie le­piej by­ło­by usu­nąć tę apli­ka­cję, ale… Chuj z wa­mi, fa­me z na­mi! – Pod­eks­cy­to­wa­na zli­zy­wa­ła z pal­ców oli­wę. – Mam te­raz je­dy­ną w swo­im ro­dza­ju szan­sę, by zo­stać naj­więk­szą pa­to­ce­le­bryt­ką te­go kra­ju i nikt mnie, kur­wa, nie po­wstrzy­ma. Za­pa­mię­taj so­bie mo­je sło­wa, pi­sma­ku! Al­bo nie: wyj­muj no­te­sik i pisz. To do­pie­ro po­czą­tek. Jesz­cze, kur­wa, o mnie usły­szy­cie. Mo­żesz to za­cy­to­wać.

No cóż, Zu­za Ja­błoń­ska dość szyb­ko prze­ko­na się, że trze­ba uwa­żać z ży­cze­nia­mi, zwłasz­cza je­śli zło­ta ryb­ka ma bar­dzo, ale to bar­dzo kiep­ski dzień i znacz­nie bli­żej jej do wy­głod­nia­łej pi­ra­nii. Mnie na­to­miast nie po­zo­sta­ło nic in­ne­go, jak od­wie­dzić pe­wien klub.

8

Roz­mo­wa z me­na­dże­rem przy­byt­ku zła i roz­pu­sty, za ja­ki mia­łem Pieprz i Sól, nie na­le­ża­ła ani do ła­twych, ani przy­jem­nych, a ko­niec koń­ców oka­za­ła się prak­tycz­nie bez­ce­lo­wa. Tak mi się przy­naj­mniej wy­da­wa­ło, do­pó­ki ka­wał­ki puz­zli nie za­czę­ły do sie­bie do­sko­na­le pa­so­wać. Ale zro­zu­mia­łem to odro­bi­nę zbyt póź­no. Po mi­łej po­ga­węd­ce o ni­czym i bar­dzo grzecz­nej proś­bie o udo­stęp­nie­nie ma­te­ria­łów z mo­ni­to­rin­gu, któ­ra spo­tka­ła się z rów­nie grzecz­ną od­mo­wą, przy­szedł czas na groź­bę. Na po­czą­tek na­po­mkną­łem o wpusz­cza­niu do klu­bu nie­let­nich dziew­czyn, o tym, że sprze­da­je się im al­ko­hol i nar­ko­ty­ki. Do­da­łem też coś o strę­czy­ciel­stwie i pe­do­fi­lii. Na­wet po­my­śla­łem w tym miej­scu o Zu­zi, jed­nak tej za­ro­zu­mia­łej la­lecz­ce dość da­le­ko do sze­ro­ko ro­zu­mia­ne­go pro­fi­lu nie­win­nej ofia­ry, któ­ra mo­gła­by wy­wo­łać w lu­dziach ja­kie­kol­wiek po­zy­tyw­ne uczu­cia, o współ­czu­ciu na­wet nie wspo­mi­na­jąc. Osta­tecz­nie z bra­ku lep­szych po­my­słów wy­mknę­ło mi się coś o wy­jąt­ko­wo stron­ni­czym ar­ty­ku­le, któ­ry mógł­bym na­pi­sać na ko­la­nie choć­by i w cią­gu naj­bliż­szej pół­go­dzi­ny, a któ­ry z pew­no­ścią za­in­te­re­so­wał­by nie tyl­ko spra­gnio­nych sen­sa­cji czy­tel­ni­ków, ale na pew­no i ja­kieś tam służ­by mia­ły­by bar­dzo do­bry po­wód, by wresz­cie ru­szyć swo­je dup­ska zza biu­rek. I bez wąt­pie­nia by to zro­bi­ły, bo je­śli nie z po­czu­cia obo­wiąz­ku i mi­sji, to przy­naj­mniej pod pre­sją opi­nii pu­blicz­nej. Na­resz­cie uda­ło mi się wy­du­sić z me­na­dże­ra, że ow­szem, klub po­sia­da mo­ni­to­ring, co aku­rat nie sta­no­wi­ło przed­mio­tu na­sze­go spo­ru, ale nie­ste­ty na­gra­nia prze­cho­wy­wa­ne są na dys­ku je­dy­nie przez dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny, a po­tem au­to­ma­tycz­nie zni­ka­ją. No chy­ba że w trak­cie im­pre­zy zda­rzył­by się ja­kiś po­waż­ny in­cy­dent lub ja­kieś służ­by wy­star­cza­ją­co szyb­ko po­pro­si­ły­by o za­bez­pie­cze­nie na­grań. Jed­nak tam­tej no­cy nic ta­kie­go nie mia­ło miej­sca. Mo­ja mi­na nie po­zo­sta­wia­ła żad­nych złu­dzeń. By­łem to­tal­nie wku­rzo­ny. By cho­ciaż tro­chę mnie udo­bru­chać, a tym sa­mym trzy­mać mój wścib­ski nos jak naj­da­lej od drzwi swo­je­go klu­bu, me­na­dżer obie­cał prze­słać zdję­cia, któ­re zro­bio­no te­go wie­czo­ra, gdy ba­lo­wa­ła tam Zu­za Ja­błoń­ska. Do­bre i to.

Fo­to­gra­fii wy­ko­na­no tak du­żo, że zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ra­cjo­nal­ne od wy­sy­ła­nia kil­ku­dzie­się­ciu tra­dy­cyj­nych ma­ili oka­za­ło się prze­sła­nie mi lin­ku wraz z od­po­wied­ni­mi ha­sła­mi do in­ter­ne­to­we­go dys­ku, co też pan me­na­dżer grzecz­nie uczy­nił za­le­d­wie kil­ka mi­nut po na­szej roz­mo­wie. Te­raz wy­star­czy­ło je­dy­nie przej­rzeć gi­ga­baj­ty mniej lub bar­dziej ob­le­śnych zdjęć z noc­ne­go ży­cia te­go mia­sta, po­szu­ku­jąc na­wa­lo­nej Zu­zy Ja­błoń­skiej oraz cier­pią­ce­go na he­te­ro­chro­mię blon­da­sa. Jak się oka­za­ło, pod­czas gdy ja ślę­cza­łem z kie­lisz­kiem wi­na nad do­ku­men­ta­cją zdję­cio­wą z naj­bar­dziej roz­pust­nej czę­ści so­do­my i go­mo­ry, nasz blon­das wła­śnie szy­ko­wał się na po­lo­wa­nie.

Spis tre­ści

Pro­log

Część I

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu:

www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

Pro­log

Część I

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents