Żony ze Stephford - Ira Levin - ebook

Żony ze Stephford ebook

Levin Ira

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kultowa powieść Iry Levina z 1972 roku utrzymana w stylistyce satyrycznego thrillera science fiction. Opowiedziana w konwencji horroru przewrotna historia o równouprawnieniu, emancypacji kobiet i ich dążeniach do samorealizacji – oraz histerycznej i budzącej grozę reakcji mężczyzn na te zamierzenia.

Stepford w stanie Connecticut to miasteczko idealne i prawdziwy raj dla szczęśliwych rodzin. Kobiety są tu strażniczkami domowego ogniska i prawdziwymi tytankami prac domowych, wulkanami pomysłów i energii, którym uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy. Mieszkający tu mężczyźni pragną perfekcyjnych żon i takie dostają, a żeby dostosować rzeczywistość do swoich wymagań, potrafią posunąć się naprawdę daleko… Inspiracją do opisania tytułowego Stepford było miasteczko Wilton w stanie Connecticut, gdzie autor mieszkał w latach sześćdziesiątych XX wieku. Powieść ekranizowano kilkukrotnie, po raz pierwszy w 1975 roku, a po raz drugi w 2004, w reżyserii Franka Oza i w gwiazdorskiej obsadzie – z Nicole Kidman, Bette Midler, Glenn Close, Matthew Broderickiem i Christopherem Walkenem w rolach głównych.

"Ira Levin tworzy wspaniałe fabuły z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza – każda jego powieść to prawdziwy majstersztyk!" Stephen King

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 159

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: THE STEPFORD WIVES

Copyright © Author Levin LLC 1972, Renewed 2000 Afterword copyright © Peter Straub 2002 Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026 Polish translation copyright © Janusz Ochab 2026 All rights reserved

Redakcja: Piotr Królak

Korekta: Dorota Jakubowska, Urszula Okrzeja Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek

Wydawca Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. Hlonda 2A/25, 02-972 [email protected]

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

woblink.com

Kobieta z komitetu powitalnego, co najmniej sześćdziesięcioletnia, żwawa i tryskająca młodzieńczą energią (rude włosy, czerwone usta, słonecznie żółta sukienka), spojrzała na Joannę błyszczącymi oczami i odsłoniła zęby w uśmiechu.

– Na pewno się tu pani spodoba! To miłe miasteczko z miłymi ludźmi! Nie mogła pani wybrać lepiej!

Miała brązową skórzaną torbę, ogromną, starą i powycieraną. Zaczęła z niej wyjmować i podawać Joannie różne upominki: paczki z napojami w proszku i zupami, małe opakowanie nieszkodliwego detergentu, broszurkę z kuponami zniżkowymi do dwudziestu dwóch lokalnych sklepów, dwie kostki mydła, opakowanie wkładek antypotowych…

– Wystarczy, wystarczy – powiedziała Joanna, stając w drzwiach z rękami pełnymi prezentów. – Proszę już przestać. Stop. Dziękuję.

Kobieta z komitetu położyła jeszcze na innych rzeczach buteleczkę wody kolońskiej, po czym sięgnęła ponownie do torby – „Nie, naprawdę”, próbowała ją powstrzymać Joanna – i wyjęła z niej okulary w różowych oprawkach i mały notes z wyszywaną okładką.

– Przygotowuję Informacje o nowych mieszkańcach – oznajmiła z uśmiechem i założyła okulary. – Dla „Kroniki”.

Jeszcze raz włożyła rękę do torby, wyciągnęła długopis i sprawdziła czubkiem czerwonego paznokcia, czy pisze.

Joanna powiedziała jej, skąd się przeprowadzili; czym zajmuje się Walter i w której firmie; podała wiek i imiona Kim i Pete’a oraz co robiła, zanim się urodzili; na jakich uczelniach studiowali ona i Walter. Jednocześnie przestępowała nerwowo z nogi na nogę, wciąż obładowana prezentami i zaniepokojona, że nie słyszy dzieci.

– Ma pani jakieś hobby albo szczególne zainteresowania?

Joanna miała już zaprzeczyć, by zakończyć tę rozmowę, zawahała się jednak – odpowiedź, wydrukowana w miejscowej gazecie, mogła stać się drogowskazem dla podobnych jej kobiet, potencjalnych przyjaciółek. W ciągu ostatnich kilku dni poznała lokatorki z sąsiednich domów, wszystkie były miłe i pomocne, ale wydawały się całkowicie pochłonięte rodzinnymi obowiązkami. Może kiedy pozna je lepiej, okaże się, że łączą ich wspólne zainteresowania i troski, ale może rozsądnie byłoby umieścić wskazówkę w gazecie.

– Tak, kilka – odpowiedziała więc. – Gram w tenisa, gdy tylko mam okazję, jestem też półprofesjonalną fotografką…

– Och? – mruknęła kobieta, zapisując tę informację.

Joanna uśmiechnęła się do niej.

– To znaczy, że agencja zarządza prawami do trzech moich zdjęć – wyjaśniła. – Interesuję się też polityką i Ruchem Wyzwolenia Kobiet. Bardzo. Mój mąż też.

– Naprawdę? – Kobieta z komitetu podniosła na nią wzrok.

– Tak – potwierdziła Joanna. – Wielu mężczyzn się tym interesuje.

Nie wdawała się w wyjaśnienia, jakie korzyści przynosi to obu płciom; przerwała na moment rozmowę i odchyliła głowę w stronę korytarza, nasłuchując. Z salonu dobiegał śmiech telewizyjnej publiczności, a Kim i Pete kłócili się ze sobą, jednak nie na tyle zażarcie, by wymagało to interwencji. Uśmiechnęła się do kobiety z komitetu.

– Mąż interesuje się też sportami wodnymi i futbolem amerykańskim – oznajmiła. – Poza tym zbiera stare amerykańskie dokumenty prawne – dodała. Połowa drogowskazu prowadziła teraz do Waltera.

Kobieta z komitetu zapisała wszystko, zamknęła notes i schowała długopis.

– Doskonale, pani Eberhart – powiedziała, uśmiechając się i zdejmując okulary. – Wiem, że spodoba się tu pani. I serdecznie witam panią w Stepford. Jeśli będzie pani potrzebowała jakichś informacji o miejscowych sklepach i usługach, proszę śmiało do mnie dzwonić; numer telefonu jest na okładce broszury z kuponami zniżkowymi.

– Dziękuję, na pewno skorzystam – odparła Joanna. – I dziękuję za to wszystko.

– Proszę je wypróbować, to naprawdę dobre produkty! – zapewniła ją kobieta. – Do widzenia! – rzuciła, obracając się na pięcie.

Joanna ją pożegnała i obserwowała, jak idzie łukowatą ścieżką do swojego poobijanego czerwonego Volkswagena. Nagle w oknach auta pojawiły się psy, czarne i brązowe szaleństwo spanieli, skaczących i szczekających, naciskających łapami na szyby. Wzrok Joanny przyciągnęła jakaś ruchoma biel za Volkswagenem; po drugiej stronie ulicy, wzdłuż której ciągnął się szpaler młodych drzewek, w domu Claybrooków na piętrze znów poruszyło się coś białego i zza jednej szyby przesunęło się za sąsiednią – ktoś mył okna. Joanna uśmiechnęła się na wypadek, gdyby Donna Claybrook właśnie na nią patrzyła. Biała plama przesunęła się na niższą szybę, a potem w bok.

Volkswagen wystartował spod krawężnika z zaskakująco głośnym rykiem, a Joanna wycofała się do korytarza i zatrzasnęła biodrem drzwi.

Pete i Kim kłócili się głośniej.

– Śmierdząca kupa! Sraczka!

– Au! Przestań!

– Przestańcie! – zawołała Joanna, rzucając naręcze próbek na stół kuchenny.

– Ona mnie kopie! – wrzeszczał Pete, a Kim krzyczała:

– Wcale nie! I ty jesteś sraczka!

– Natychmiast przestańcie! – powtórzyła Joanna, podchodząc do okrągłego okienka w drzwiach, i zajrzała do pokoju.

Pete leżał na podłodze, za blisko telewizora, a Kim stała obok niego, czerwona na twarzy, z trudem powstrzymując się od wymierzenia mu kolejnego kopniaka. Oboje byli nadal w piżamach.

– Kopnęła mnie dwa razy – powiedział Pete, a Kim krzyknęła:

– Zmieniłeś kanał! Zmienił kanał!

– Nie zmieniłem!

– Oglądałam Kota Feliksa!

– Cisza! – rozkazała Joanna. – Cisza, natychmiast! Kompletna, głucha, totalna cisza!

Spojrzeli na nią oboje – Kim wielkimi, niebieskimi oczami Waltera, Pete jej ciemnobrązowymi.

– Ścigajcie ich do samej mety! – zawołał telewizor.

– A, stoicie za blisko telewizora – przemówiła Joanna. – B, wyłączcie go; i C, ubierzcie się oboje. To zielone coś na zewnątrz to trawa, a to żółte, które na nią świeci, to słońce.

Pete podniósł się z podłogi i wcisnął wyłącznik na odbiorniku. Ekran zgasł, zostawiając tylko na chwilę żółtą kropkę pośrodku. Kim zaczęła płakać.

Joanna jęknęła i przeszła do salonu. Przykucnąwszy, przygarnęła Kim do ramienia, przygładziła jej piżamę i pocałowała miękkie, jedwabiste loki.

– Ach, daj już spokój – pocieszała ją. – Nie chcesz się pobawić z tą miłą Allison? Może znów zobaczycie pręgowca.

Pete podszedł do Joanny i podniósł kosmyk jej włosów. Spojrzała na niego i powiedziała:

– Nie zmieniaj jej kanałów.

– Och, dobra – odparł, nawijając kosmyk na palec.

– A ty go nie kop – zwróciła się do Kim. Pogłaskała ją po plecach i próbowała pocałować w mokry od łez policzek.

Tego dnia to Walter miał zmywać naczynia, a Pete i Kim bawili się spokojnie w pokoju chłopca, Joanna wzięła więc szybki, chłodny prysznic, włożyła szorty, koszulę oraz buty sportowe i uczesała włosy. Nim je związała, zajrzała jeszcze do dzieci; siedziały na podłodze i bawiły się stacją kosmiczną Pete’a.

Oddaliła się cicho i zeszła na dół po przykrytych niedawno dywanem schodach. To był miły wieczór. Wreszcie rozpakowali się do końca, Joanna była czysta i wypoczęta, miała też nadzieję, że zostanie jej kilka lub kilkanaście minut – dziesięć do piętnastu, jeśli będzie miała szczęście – by posiedzieć na zewnątrz z Walterem i popatrzyć na ich drzewa i niecały hektar posesji.

Przeszła korytarzem. W kuchni było nieskazitelnie czysto, pralka wirowała miarowo. Walter stał przy zlewie, pochylał się ku oknu i patrzył w stronę domu Van Santów. Na jego koszuli pojawił się ślad potu przypominający plamy atramentowe Rorschacha; królik z uszami pochylonymi na boki. Walter odwrócił się do Joanny, drgnął, zaskoczony, i uśmiechnął się do niej.

– Jak długo tu jesteś? – spytał, wycierając dłonie w ścierkę do naczyń.

– Właśnie weszłam – odpowiedziała.

– Wyglądasz jak nowo narodzona.

– I tak się czuję. Dzieciaki bawią się grzecznie jak aniołki. Chcesz wyjść na zewnątrz?

– Dobrze – odparł, składając ścierkę. – Ale tylko na kilka minut. Chcę podejść do Van Santów i porozmawiać z Tedem. – Zawiesił ścierkę na suszarce. – Dlatego tam patrzyłem – wyjaśnił. – Przed chwilą skończyli jeść.

– O czym chcesz z nim rozmawiać? – spytała, gdy szli razem na patio.

– Właśnie zamierzałem ci powiedzieć. Zmieniłem zdanie: wstąpię do tego Stowarzyszenia Mężczyzn.

Joanna przystanęła i spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Skupia się tam zbyt wiele ważnych rzeczy, żebym z tego zrezygnował – tłumaczył. – Lokalna polityka, działalność charytatywna i tak dalej…

– Jak możesz wstępować do takiej przestarzałej, staroświeckiej…

– Rozmawiałem w pociągu z kilkoma mężczyznami – przerwał jej. – Z Tedem, Vikiem Stavrosem i paroma innymi, których mi przedstawili. Przyznają, że organizacje, do których nie dopuszcza się kobiet, to przeżytek. – Wziął ją za rękę i ruszyli dalej. – Ale można to zmienić tylko od wewnątrz. Więc spróbuję wspomóc ten proces. W sobotę wieczorem idę na pierwsze spotkanie. Ted opowie mi pokrótce, kto jest w której komisji. – Wyciągnął w jej stronę paczkę papierosów. – Dziś jesteś paląca czy niepaląca?

– Och… paląca – odparła, sięgając po jednego.

Stali na skraju patio, w chłodnym błękitnym zmierzchu wypełnionym graniem świerszczy. Walter przysunął płomień zapalniczki do papierosa Joanny, a potem do swojego.

– Spójrz tylko na to niebo – rzucił. – Warte każdego centa, które nas kosztowało.

Joanna podniosła wzrok – niebo było fioletoworóżowe, błękitne i granatowe, piękne – a potem spojrzała na swojego papierosa.

– Organizacje można zmieniać od zewnątrz – powiedziała. – Piszesz petycje, organizujesz pikiety…

– Ale od środka jest łatwiej – odparł Walter. – Zobaczysz: jeśli ci mężczyźni, z którymi rozmawiałem, są typowymi członkami tej organizacji, nawet się nie obejrzysz, a będzie to Stowarzyszenie Wszystkich. Koedukacyjny poker. Seks na stole do bilardu.

– Gdyby mężczyźni, z którymi rozmawiałeś, byli typowymi członkami tej organizacji, to już byłoby Stowarzyszenie Wszystkich. Och, w porządku, wstępuj, jeśli chcesz. Ja wymyślę jakieś hasła na transparenty. Będę miała mnóstwo czasu, kiedy zacznie się rok szkolny.

Walter objął ją ramieniem.

– Wstrzymaj się z tym na chwilę – poprosił. – Jeśli w ciągu pół roku nie zaczną przyjmować kobiet, odejdę stamtąd i będziemy maszerować razem. Ramię w ramię. „Tak dla seksu; nie dla seksizmu!”

– „W Stepford nudno jak na stepie” – wygłosiła, sięgając po zapalniczkę leżącą na stole ogrodowym.

– Niezłe.

– Poczekaj, aż się rozkręcę.

Dopalili papierosy i stali przez chwilę obok siebie, patrząc na ciemną połać trawnika i wysokie drzewa, czarne sylwetki na tle fioletoworóżowego nieba, w którym były zamknięte. Między pniami pobłyskiwały plamy światła – okna domów przy następnej ulicy, Harvest Lane.

– Robert Ardrey ma rację. – Joanna westchnęła. – Mam bardzo silny instynkt terytorialny.

Walter spojrzał na dom Van Santów, a potem na zegarek.

– Wrócę do środka i dokończę zmywanie – powiedział i pocałował ją w policzek.

Odwróciła się do niego, ujęła go pod brodę i pocałowała w usta.

– Ja zostanę tu jeszcze kilka minut – odparła. – Zawołaj mnie, jeśli będą się awanturować.

– Jasne. – Walter skinął głową i wszedł do domu przez drzwi salonu.

Joanna objęła się ramionami i potarła je; robiło się chłodno. Potem zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i wdychała zapach trawy, drzew i świeżego powietrza – wspaniały. Po chwili otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą pojedynczą plamkę gwiazdy na granatowym niebie, trylion kilometrów nad nią.

– Jasna gwiazdeczko, śliczna gwiazdeczko… – wyszeptała i dokończyła rymowankę w myślach.

Wypowiedziała też w głowie życzenie, żeby byli szczęśliwi w Stepford. Żeby Pete i Kim radzili sobie dobrze w szkole, żeby ona i Walter znaleźli wkrótce przyjaciół i spełnienie. Żeby Waltera nie męczyły dojazdy do pracy, choć to właśnie on chciał się tu przeprowadzić. Twierdził, że życie całej ich czwórki wzbogaci się przez to, a nie umniejszy, czego obawiała się Joanna, opuszczając duże miasto – brudne, zatłoczone, niebezpieczne, ale pełne życia.

Jakieś dźwięki i ruch skierowały jej uwagę ku domowi Van Santów.

Carol Van Sant, widoczna teraz jako ciemna sylwetka na tle światła wypływającego zza drzwi jej kuchni, przyciskała pokrywę kubła na śmieci. Potem pochyliła się nisko, wsuwając na moment rude włosy w smugę światła, i podniosła z ziemi coś okrągłego, kamień; położyła go na pokrywie.

– Cześć! – zawołała Joanna.

Carol stanęła prosto i odwróciła się w jej stronę, wysoka i długonoga. Blask z wnętrza domu przenikał jej sukienkę, sprawiał, że wydawała się naga.

– Kto tam?! – odkrzyknęła.

– Joanna Eberhart. Przestraszyłam cię? Przepraszam.

Joanna podeszła do płotu, który oddzielał ich posiadłość od działki Van Santów.

– Cześć, Joanna – odpowiedziała Carol z nosowym akcentem z Nowej Anglii. – Nie, nie przestraszyłaś mnie. Przyjemny wieczór, prawda?

– Tak. Skończyłam się właśnie rozpakowywać, więc jest tym przyjemniejszy. – Musiała mówić głośno: Carol stała przy drzwiach swojego domu, wciąż zbyt daleko na swobodną rozmowę, choć Joanna przeszła do kwietnika graniczącego z płotem. – Kim i Allison świetnie się dzisiaj bawiły – oznajmiła. – Doskonale się ze sobą dogadują.

– Kim to cudowna dziewczynka – odpowiedziała Carol. – Cieszę się, że Allison ma taką miłą nową sąsiadkę. Dobranoc, Joanno. – Skierowała się z powrotem do środka.

– Hej, poczekaj jeszcze moment! – zawołała Joanna.

Carol odwróciła się do niej ponownie.

– Tak?

Joanna żałowała, że nie może przejść za kwietnik i płot, by zbliżyć się do domu Van Santów. Choć równie dobrze, do cholery, to Carol mogła podejść do płotu. Co takiego pilnego miała do zrobienia w tej lśniącej miedzią kuchni, wypełnionej blaskiem świetlówek?

– Walter przyjdzie do was, żeby porozmawiać z Tedem – powiedziała do na pozór nagiej sylwetki Carol. – Może kiedy już położysz dzieci, wpadłabyś do mnie na kawę?

– Dziękuję, bardzo bym chciała, ale muszę nawoskować podłogę w salonie.

– Dziś?

– Mogę to zrobić tylko dzisiaj, zanim zacznie się szkoła.

– Naprawdę nie możesz z tym poczekać? Zostały jeszcze trzy dni.

Carol pokręciła głową.

– Nie, i tak już za długo z tym zwlekałam. Podłoga jest cała porysowana. Poza tym Ted wychodzi później na zebranie Stowarzyszenia Mężczyzn.

– Chodzi tam co wieczór?

– Prawie.

Dobry Boże! – pomyślała Joanna.

– A ty zostajesz i zajmujesz się domem? – spytała.

– Zawsze jest coś do zrobienia – odpowiedziała sąsiadka. – Wiesz, jak to jest. Teraz muszę jeszcze skończyć kuchnię. Dobranoc.

– Dobranoc.

Joanna obserwowała, jak Carol – z profilu jej biust wydawał się za duży – wchodzi do kuchni i zamyka drzwi. Niemal natychmiast pojawiła się w oknie nad zlewem, odkręciła na moment kran, wzięła coś do ręki i zaczęła szorować. Jej rude włosy były zadbane i lśniące, twarz o wąskim nosie wyglądała na zamyśloną (i – tak, do cholery – inteligentną), duże piersi podskakiwały w rytm szorowania.

Joanna wróciła na patio. Nie, nie wiedziała, jak to jest, Bogu dzięki. Nie wiedziała, jak to jest być kompulsywną gospodynią domową. Kto mógł mieć pretensje do Teda za to, że wykorzystuje naiwniaczkę, która sama się prosi o wykorzystywanie?

Ona mogła, ot kto.

Walter wyszedł z domu w lekkiej marynarce.

– Nie sądzę, żeby zajęło mi to więcej niż godzinę – powiedział.

– Ta Carol Van Sant jest po prostu niewiarygodna – oznajmiła Joanna. – Nie może przyjść do mnie na kawę, bo musi woskować podłogę w salonie. Ted chodzi co wieczór na spotkania Stowarzyszenia Mężczyzn, a ona siedzi w domu i haruje.

– Jezu… – mruknął Walter, kręcąc głową.

– W porównaniu z nią moja matka to Kate Millett* – prychnęła Joanna.

Walter parsknął śmiechem.

– Do zobaczenia później – rzucił, pocałował ją w policzek i przeszedł przez patio.

Joanna spojrzała jeszcze raz na gwiazdę, teraz nieco jaśniejszą – Bierz się do roboty, pomyślała, kierując te słowa do niej – i weszła do domu.

Wszyscy czworo pojechali w sobotę rano, przypięci pasami w swoim nowiutkim, lśniącym kombi. Joanna i Walter, oboje w ciemnych okularach, rozmawiali o sklepach i zakupach, Pete i Kim opuszczali i podnosili elektrycznie sterowane szyby, opuszczali i podnosili, aż Walter kazał im przestać. Dzień był słoneczny, a powietrze rześkie, oznaka nadchodzącej jesieni. Pojechali do centrum Stepford (białe witryny sklepów i budynków w stylu kolonialnym, jak z pocztówek), by korzystając z kuponów zniżkowych, kupić narzędzia i brakujący sprzęt kuchenny oraz leki. Potem wybrali się na południe drogą numer dziewięć do dużego, nowego centrum handlowego, gdzie również wykorzystali kupony, by kupić buty dla Pete’a i Kim (ależ się musieli wyczekać!) i drabinki do ćwiczeń, tym razem bez zniżki. Następnie udali się na wschód, na Eastbridge Road, do McDonalda (wszyscy zjedli po Big Macu i wypili po shake’u czekoladowym); potem nieco dalej na wschód do sklepu z antykami (niski ośmiokątny stolik, bez dokumentów); w końcu w różne strony świata, po całym Stepford – Anvil Road, Cold Creek Road, Hunnicutt, Beavertail, Burgess Ridge – by pokazać Pete’owi i Kim (Joanna i Walter widzieli już to wszystko, gdy szukali domu) ich nową szkołę oraz szkoły, do których mieli chodzić później, dziwaczny budynek o nieodgadnionej na pierwszy rzut oka funkcji, który okazał się spalarnią śmieci, oraz tereny piknikowe, gdzie budowano właśnie basen. Na prośbę Pete’a Joanna zaśpiewała Good Morning Starshine, a potem wszyscy odegrali MacNamara’s Band, przy czym każdy udawał, że gra na innym instrumencie, aż na końcu Kim zwymiotowała, choć Walter zdążył się zatrzymać, wypiąć ją z pasów i wyciągnąć z samochodu, Bogu dzięki.

To wszystkich uspokoiło. Ruszyli w drogę powrotną, przejeżdżając znów przez centrum Stepford – powoli, bo Pete powiedział, że on też może zwymiotować. Walter wskazał na białą drewnianą bibliotekę i dwustuletni biały budynek Towarzystwa Historycznego, również z drewna.

Spoglądając przez okno, Kim wyjęła z ust resztkę landrynki i spytała:

– A ten duży budynek?

– To siedziba Stowarzyszenia Mężczyzn – wyjaśnił Walter.

Pete pochylił się, naciągając pas bezpieczeństwa, i spojrzał na wskazane przez Kim miejsce.

– To tam idziesz dziś wieczorem? – spytał.

Walter skinął głową.

– Zgadza się.

– Jak się dostaniesz do środka?

– Kawałek dalej, na zboczu, jest podjazd.

Dogonili ciężarówkę z otwartym tyłem, w którym stał mężczyzna ubrany w spodnie khaki i przytrzymywał się boków plandeki szeroko rozłożonymi rękami. Miał brązowe włosy, pociągłą, szczupłą twarz i nosił okulary.

– To Gary Claybrook, prawda? – spytała Joanna.

Walter nacisnął klakson i pomachał ręką przez okno. Ich sąsiad z naprzeciwka pochylił się, by na nich spojrzeć, uśmiechnął się i odmachał, a potem znów szybko złapał się ciężarówki. Joanna odpowiedziała uśmiechem i również podniosła dłoń.

– Dzień dobry, panie Claybrook! – zawołała Kim.

– Gdzie jest Jeremy?! – wrzasnął Pete.

– Nie słyszy cię – uświadomiła go Joanna.

– Chciałbym się kiedyś tak przejechać ciężarówką – powiedział chłopiec i westchnął.

– Ja też! – zawtórowała mu Kim.

Ciężarówka trzeszczała i zgrzytała, pnąc się mozolnie w górę stromego podjazdu skręcającego w lewo. Gary Claybrook uśmiechnął się do nich niepewnie, jakby zakłopotany. Pojazd był do połowy wypełniony małymi pudełkami.

– Co on robi, dorabia sobie na boku? – spytała Joanna.

– Raczej nie, jeśli zarabia tyle, ile mówił mi Ted – odparł Walter.

– Ach tak?

– Co to znaczy „dorabiać na boku”? – spytał Pete.

Zapaliły się światła stopu ciężarówki, zaczął migać lewy kierunkowskaz.

Joanna wyjaśniła synowi, czym jest dorabianie na boku.

Jakiś samochód zjechał szybko w dół zbocza, a ciężarówka zmieniła pas na lewy.

– To jest ten podjazd, o którym mówiłeś, tato? – spytał Pete, a Walter skinął głową.

– Tak, to właśnie ten podjazd.

Kim opuściła niżej szybę i krzyknęła ponownie:

– Dzień dobry, panie Claybrook!

Pomachał im, kiedy go mijali.

Pete rozpiął pas bezpieczeństwa i wspiął się kolanami na siedzenie.

– Mogę tam kiedyś pójść? – spytał, patrząc przez tylną szybę.

– Nie, przykro mi – odpowiedział Walter. – Dzieci nie mają tam wstępu.

– Kurczę, ale mają wielki płot! – zawołał Pete. – Jak w Zuchach Hogana!

– Żeby nie dopuszczać do siebie kobiet – mruknęła Joanna, patrząc do przodu i przykładając palce do oprawki okularów.

Walter uśmiechnął się pod nosem.

– Naprawdę? – zdziwił się Pete. – Dlatego mają takie wysokie ogrodzenie?

– Pete rozpiął pas – poinformowała Kim.

– Pete… – upomniała go Joanna.

Pojechali w górę Norwood Road, a potem na zachód Winter Hill Drive.

Dla zasady nie zamierzała wykonywać żadnych prac domowych. Nie żeby nie miała do zrobienia mnóstwa rzeczy, w tym takich, które chciała zrobić, jak choćby ustawić regały w salonie – ale nie tego wieczoru, nie, proszę pana. Wszystko to mogło poczekać, do cholery. Nie była Carol Van Sant ani nie była Mary Ann Stavros – która odkurzała właśnie w jednym z pokojów na dole, gdy Joanna poszła opuścić rolety u Pete’a.

Nie, proszę pana. Walter był na spotkaniu Stowarzyszenia Mężczyzn, w porządku; musiał tam pójść, by wstąpić do organizacji, i będzie musiał chodzić raz czy dwa w tygodniu, by zmienić ją od środka. Ale nie zamierzała pracować w domu w czasie, gdy będzie tam siedział (przynajmniej nie za pierwszym razem), tak jak on nie zamierzał zajmować się domem, gdy ona gdzieś wyjdzie na dłużej – a planowała to zrobić w następny pogodny, księżycowy wieczór: wybrać się do centrum, by sfotografować te kolonialne witryny, używając techniki długiej ekspozycji. (W nieregularnych szybach sklepu żelaznego będzie falowało odbicie księżyca, może da to interesujący efekt).

Kiedy więc już Pete i Kim pogrążyli się w głębokim śnie, zeszła do piwnicy, by ją pomierzyć i zastanowić się wstępnie, jakich musi dokonać zmian, by przerobić ją na ciemnię. Potem wróciła na górę, zajrzała do dzieci, zrobiła sobie wódkę z tonikiem i przeszła do gabinetu. Włączyła radio, ustawiła je na jakieś rzewne, ale przyjemne melodie w stylu Richarda Rodgersa, ostrożnie przesunęła dokumenty i rzeczy Waltera na skraj biurka, po czym wyjęła szkło powiększające, czerwoną kredkę i stykówki zdjęć, które pstryknęła na szybko przed wyjazdem z miasta. Większość z nich nadawała się do wyrzucenia, jak zresztą podejrzewała, gdy je robiła – nigdy nie radziła sobie dobrze, gdy musiała działać w pośpiechu – ale znalazła jedno, które naprawdę jej się spodobało: zdjęcie elegancko ubranego, młodego czarnego mężczyzny z teczką dyplomatką, spoglądającego gniewnie na pustą taksówkę, która właśnie go minęła. Gdyby dobrze powiększyła jego twarz i przyciemniła tło, by wydobyć rozmazaną taksówkę, mogłaby uzyskać frapujący obraz – taki, którym z pewnością zainteresowałaby się agencja. Istniało duże zapotrzebowanie na zdjęcia pokazujące w udramatyzowany sposób napięcia rasowe.

Postawiła czerwoną gwiazdkę obok stykówki i szukała dalej fotografii, które były dobre, a przynajmniej częściowo dobre i nadające się do kadrowania. Przypomniała sobie o wódce z tonikiem i upiła łyk.

Piętnaście po jedenastej czuła się już zmęczona, przesunęła więc swoje rzeczy na swoją stronę biurka, rzeczy Waltera z powrotem na środek, po czym wyłączyła radio, zaniosła szklankę do kuchni i ją umyła. Sprawdziła drzwi, zgasiła wszędzie światło – z wyjątkiem przedpokoju – i poszła na górę.

Słoń Kim leżał na podłodze. Joanna go podniosła i wsunęła pod koc obok poduszki; potem naciągnęła przykrycie na ramiona córki i delikatnie pogłaskała ją po włosach.

Pete leżał na plecach, z otwartymi ustami, dokładnie tak samo jak wtedy, gdy zaglądała tu poprzednio. Poczekała chwilę, by się upewnić, że jego pierś się porusza, potem otworzyła szerzej drzwi, zgasiła światło na korytarzu i przeszła do sypialni swojej i Waltera.

Rozebrała się, splotła włosy w warkocz, wtarła krem w twarz, umyła zęby i położyła się do łóżka.

Za dwadzieścia dwunasta. Zgasiła lampę.

Ułożywszy się na plecach, wysunęła na bok prawą rękę i nogę. Brakowało jej obecności Waltera, ale dotyk szerokiej połaci gładkiej i chłodnej pościeli był przyjemny. Ile razy kładła się sama do łóżka, odkąd się pobrali? Niewiele; w te noce, gdy wyjeżdżał z miasta w sprawie Marburga-Donlevy’ego; wtedy, gdy leżała w szpitalu z Pete’em i Kim; w noc, kiedy zabrakło prądu; kiedy pojechała do rodzinnego domu na pogrzeb wujka Berta – w sumie może dwadzieścia albo dwadzieścia pięć razy w ciągu ponad dziesięciu lat. A nie było to złe uczucie. Na Boga, czuła się znów jak Joanna Ingalls. Pamiętasz ją?

Zastanawiała się, czy Walter się upija. W tej ciężarówce, którą jechał Gary Claybrook, był zapewne alkohol (czy też te kartony były za małe na butelki z alkoholem?). Ale Walter pojechał na spotkanie jako pasażer z Vikiem Stavrosem, więc niech się upija. Tak naprawdę nie przypuszczała, że to zrobi; rzadko zdarzało mu się wypić więcej. A jeśli Vic Stavros się upije? Te ostre zakręty na Norwood Road…

Och, do diabła. Dlaczego martwi się na zapas?

* Amerykańska filozofka feministyczna, jedna z czołowych działaczek drugiej fali feminizmu.

Zainteresowani tym, co będzie dalej?

Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:

KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI

EMPIK

Oraz w księgarniach internetowych:

swiatksiazki.pl

empik.com

bonito.pl

taniaksiazka.pl

Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!

Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:

Virtualo

Publio

Nexto

Oraz w księgarniach internetowych.

Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.

Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.

Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.

Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.

Spis treści

Okładka

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ PIERWSZA

Punkty orientacyjne

Okładka

Prawa autorskie