Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nowe wydanie kultowej powieści grozy Iry Levina z 1967 roku. Książka, której mistrzostwo Truman Capote porównywał do „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa, znalazła się na liście 100 najlepszych powieści wszech czasów wg Mystery Writers of America.
Guy i Rosemary Woodhouse, młode małżeństwo, wprowadza się do nowego mieszkania w eleganckiej nowojorskiej kamienicy. Sympatyczni sąsiedzi, Minnie i Roman Castevetowie, szybko zaprzyjaźniają się z nimi i chętnie służą im pomocą. Wkrótce Rosemary zachodzi w ciążę, ale zamiast ekscytacji i radości odczuwa coraz większy niepokój, zaczynają dręczyć ją koszmarne sny i halucynacje. Prowadząc własne śledztwo, ku swemu przerażeniu odkrywa, że Minnie i Roman są liderami satanistycznej sekty. Jednak nawet mąż nie chce jej uwierzyć i traktuje ją jak histeryczkę. Rosemary obawia się, że sąsiedzi chcą złożyć jej dziecko w ofierze Szatanowi. Prawda jest jednak o wiele bardziej złowieszcza… Ekranizacja powieści, wyreżyserowana przez Romana Polańskiego, z Mią Farrow, Johnem Cassavetesem i Ruth Gordon w rolach głównych, dziś należy do klasyki horroru. Film nominowano do Oscara w dwóch kategoriach: najlepsza żeńska rola drugoplanowa oraz najlepszy scenariusz adaptowany, i nagrodzono statuetką dla odtwórczyni postaci Minnie.
Mroczna, genialna opowieść o szaleństwie, która skłania czytelnika by uwierzył w to, co niewiarygodne. Byłem całkowicie zauroczony. Truman Capote Budzące grozę napięcie płynnie przeplata się z codziennymi wydarzeniami; bezbłędnie zarysowana delikatna granica między wiarą a niewiarą. „The New York Times”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 247
Tytuł oryginału:
ROSEMARY’S BABY
Copyright © Author Levin LLC 1967, Renewed 1995
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copyright © Robert Ginalski 2026
All rights reserved
Redakcja: Piotr Królak
Korekta: Urszula Okrzeja, Sabina Raczyńska
Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek
Wydawca
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
ROSEMARY I GUY WOODHOUSE’OWIE właśnie podpisali umowę najmu pięciopokojowego mieszkania w białym klocku przy Pierwszej Alei, kiedy niejaka Cortez zawiadomiła ich, że zwolnił się czteropokojowy apartament w Bramfordzie. To stare, czarne i monstrualne gmaszysko składa się z labiryntu wysokich mieszkań, pożądanych ze względu na kominki oraz wiktoriańskie detale. Rosemary i Guy zaraz po ślubie wpisali się na listę oczekujących, lecz w końcu zrezygnowali.
Guy zakrył mikrofon, przyciskając słuchawkę do piersi, i przekazał wiadomość żonie.
– O nie! – jęknęła; wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
– Za późno – powiedział do telefonu. – Wczoraj podpisaliśmy umowę najmu.
Rosemary złapała go za rękę.
– A może uda się z niej wymiksować? – podsunęła. – Coś wymyślimy.
– Chwileczkę, pani Cortez. – Guy znów zakrył mikrofon. – Co miałbym im powiedzieć? – zapytał.
Skołowana Rosemary bezradnie zamachała rękami.
– Bo ja wiem? Prawdę. Że mamy szansę zamieszkać w Bramfordzie.
– Kochanie, takie rzeczy ich nie obchodzą – uświadomił ją.
– Guy, ty na pewno coś wymyślisz. Obejrzyjmy chociaż to mieszkanie, dobrze? Umów się na oglądanie. Błagam. Zanim ona się rozłączy.
– Podpisaliśmy umowę, Ro. Mamy związane ręce.
– Proszę cię! Ona się zaraz rozłączy! – Rosemary zaszlochała, udając, że cierpi, oderwała słuchawkę od piersi męża i spróbowała przystawić mu ją do ust.
Roześmiał się i nie stawiał oporu.
– Pani Cortez? Okazuje się, że chyba możemy zrezygnować z tamtego lokalu. Nie zawarliśmy wiążącej umowy, podpisaliśmy tylko przedwstępną, bo zabrakło im formularzy. Czy możemy obejrzeć mieszkanie?
Pani Cortez udzieliła im wskazówek – niech się stawią w Bramfordzie między jedenastą a wpół do dwunastej, znajdą pana Micklasa albo Jerome’a, powołają się na nią i powiedzą, że przyszli obejrzeć mieszkanie 7E. A potem niech do niej zadzwonią. Dała Guyowi swój numer.
– Widzisz, jak chcesz, to potrafisz – pochwaliła go Rosemary, wkładając skarpetki stopki i żółte czółenka. – Jesteś niezrównanym kłamcą!
Guy przeglądał się w lustrze.
– Chryste, pryszcz! – rzucił.
– Nie wyciskaj.
– Wiesz, że tam są tylko cztery pokoje. Nie ma dziecięcego.
– Wolę cztery pokoje w Bramfordzie niż całe piętro w tamtym… tamtym białym blokhauzie – oświadczyła.
– Wczoraj byłaś nim zachwycona.
– Spodobał mi się, ale zachwycona nie byłam. Głowę dam, że nawet architekt nie jest zachwycony. Połączymy salon z jadalnią i wygospodarujemy miejsce na piękny pokój dla dziecka… jeśli w ogóle będzie potrzebny.
– Będzie, już niedługo – zapewnił ją. Przesuwał elektryczną maszynką do golenia pod nosem, spoglądając w odbicie swoich dużych piwnych oczu.
Rosemary wcisnęła się w żółtą sukienkę i zasunęła zamek na plecach.
Znajdowali się w kawalerce Guya. Na ścianach wisiały plakaty z Paryża i Werony, a na podłodze stał duży tapczan; pokój miał też aneks kuchenny.
Był wtorek trzeciego sierpnia.
PAN MICKLAS OKAZAŁ SIĘ drobnym i energicznym człowieczkiem, któremu brakowało części palców u rąk, więc ściskanie mu dłoni było dość krępujące, choć jemu najwyraźniej nie przeszkadzało.
– No proszę, aktor – ucieszył się, środkowym palcem naciskając guzik windy. – Mamy wzięcie wśród aktorów. – Wymienił czterech mieszkających w Bramfordzie, same znane nazwiska. – Widziałem pana w czymś?
– Pomyślmy – odparł Guy. – Jakiś czas temu grałem Hamleta, prawda, Liz? Potem występowaliśmy razem w Brodźcu…
– Mąż żartuje – wpadła mu w słowo Rosemary. – Grał w Lutrze i w Nikt nie kocha albatrosa, a poza tym w wielu serialach telewizyjnych i reklamach.
– Reklamy – rozmarzył się pan Micklas. – Kopalnia pieniędzy, co nie?
– To prawda – przytaknęła Rosemary.
– A jakie wyzwanie dla artysty – dorzucił Guy.
Spojrzała na niego błagalnie. Zrewanżował się miną ucieleśnionej niewinności, a potem nad głową pana Micklasa łypnął na nią pożądliwie, niczym lubieżny wampir.
Windę – wyłożoną dębową boazerią i z błyszczącą mosiężną poręczą – obsługiwał młody czarny chłopak w liberii, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy.
– Na siódme – polecił pan Micklas i zwrócił się do Guya i Rosemary: – Mieszkanie ma cztery pokoje, dwie łazienki i pięć szaf ściennych. Na początku dom składał się z olbrzymich apartamentów, najmniejszy miał dziewięć pokoi, ale z czasem prawie wszystkie podzielono na czwórki, piątki i szóstki. Siedem E to czwórka, pierwotnie tylna część dziesiątki. Zachowały się oryginalna kuchnia i główna łazienka… Jak wkrótce się państwo przekonają, są olbrzymie. Główną sypialnię przerobiono na salon, druga stała się obecną sypialnią, a dwa pokoje dla służby połączono i powstała jadalnia albo drugi pokój. Macie państwo dzieci?
– W planach – odparła Rosemary.
– To idealny pokój dla dziecka, z osobną łazienką i wielką szafą w ścianie. Całość została pomyślana dla młodego małżeństwa, jak państwo.
Winda zatrzymała się. Uśmiechnięty czarny chłopak opuścił ją nieco w dół, a potem podjechał do góry, by zrównać podłogi kabiny i korytarza na piętrze; nadal się uśmiechając, otworzył wewnętrzną mosiężną kratę i zewnętrzne rozsuwane drzwi. Pan Micklas przepuścił Rosemary i Guya przodem i wysiedli na kiepsko oświetlony korytarz o ciemnozielonych ścianach i z wykładziną tego samego koloru. Sprzed rzeźbionych zielonych drzwi z numerem 7B zerknął na nich robotnik, po czym wrócił do montowania judasza w wyciętym otworze.
Pan Micklas poprowadził ich w prawo, a potem w lewo krótkimi odgałęzieniami ciemnozielonego korytarza. Idąc za nim, Rosemary i Guy zobaczyli wytarte placki na tapecie i szew w miejscu, gdzie odkleiła się i zagięła do spodu; widzieli przepaloną żarówkę w kinkiecie z rżniętego szkła i dziurę w ciemnozielonym dywanie, zaklejoną jasnozieloną taśmą.
Guy zerknął na Rosemary. Łatany dywan? – mówiło jego spojrzenie. Uciekła wzrokiem i uśmiechnęła się promiennie. Uwielbiam to, tutaj wszystko jest cudowne! – krzyczała jej mina.
– Od śmierci poprzedniej lokatorki, pani Gardenii, minęło dopiero kilka dni, jej rzeczy wciąż są w mieszkaniu – poinformował pan Micklas, nie oglądając się na nich. – Jej syn prosił mnie o przekazywanie oglądającym, że dywany, klimatyzatory i niektóre meble można odkupić praktycznie za bezcen. – Skręcił w kolejne odgałęzienie korytarza, wyłożone nowszą na oko tapetą w zielone i złote pasy.
– Czy zmarła w mieszkaniu? – spytała Rosemary. – Nie żebym…
– Ależ nie, skądże – zaprzeczył czym prędzej pan Micklas. – W szpitalu. Tygodniami leżała w śpiączce. Była bardzo stara, umarła, nie odzyskawszy przytomności. Też chciałbym tak odejść, kiedy wybije moja godzina. Do końca zachowała pogodę ducha i energię, sama sobie gotowała, robiła zakupy… Była jedną z pierwszych kobiet prawników w stanie Nowy Jork.
Dotarli do schodów na końcu korytarza. Po lewej ujrzeli drzwi mieszkania 7E, pozbawione rzeźbionych ozdób i węższe od tych, które mijali. Pan Micklas nacisnął perłowy guzik dzwonka – nad którym na czarnej plastikowej tabliczce wypisano białymi literami L. Gardenia – i przekręcił klucz w zamku. Pomimo brakujących palców poradził sobie z klamką i szarmancko otworzył drzwi.
– Zapraszam – powiedział i stojąc na palcach, przytrzymał im drzwi wyciągniętą na całą długość ręką.
WĄSKI KORYTARZ BIEGNĄCY NA wprost od wejścia dzielił czteropokojowe mieszkanie na pół, po dwa pomieszczenia z każdej strony. W pierwszym po prawej była kuchnia; na jej widok Rosemary nie mogła powstrzymać chichotu, bo była równie duża, jeśli nie większa, niż cała kawalerka, w której teraz mieszkali. Znajdowały się tam sześciopalnikowa kuchenka gazowa z dwoma piekarnikami, kolosalna lodówka i ogromny zlew; poza tym były dziesiątki szafek, okno wychodzące na Siódmą Aleję, rzeczywiście wysoki sufit, a nawet – gdyby usunąć chromowany stół i krzesła pani Gardenii oraz powiązane roczniki „Fortune” i „Musical America” – idealne miejsce na coś w rodzaju błękitno-kremowego kącika śniadaniowego, którego projekt wycięła sobie z ostatniego numeru „House Beautiful”.
Naprzeciwko kuchni znajdowała się jadalnia. Mógł to być też drugi pokój, który pani Gardenia najwyraźniej wykorzystywała jako coś pomiędzy gabinetem a oranżerią. Na prowizorycznych półkach pod spiralami zgaszonych jarzeniówek stały setki małych roślin, więdnących bądź martwych, a pośród nich królowało biurko żaluzjowe, zawalone książkami i papierami. Był to piękny mebel, okazały i wiekowy. Rosemary zostawiła Guya i pana Micklasa, rozmawiających przy drzwiach, i podeszła do niego, ostrożnie omijając półkę z uschniętymi brązowymi liśćmi. Takie biurka wystawiano w witrynach antykwariatów; dotykając go, zastanawiała się, czy to jeden z tych przedmiotów, które można odkupić praktycznie za bezcen. Na różowym papierze ktoś wypisał pięknym charakterem pisma: …niż tylko zajmującą rozrywką, jak sądziłam. Nie mogę już dłużej utożsamiać się z… Rosemary uświadomiła sobie, że wtyka nos w nie swoje sprawy, podniosła wzrok i zobaczyła, że pan Micklas odwraca się od Guya.
– Czy to biurko wchodzi w skład rzeczy, które syn pani Gardenii chce sprzedać? – spytała.
– Nie wiem – odparł pan Micklas. – Ale mogę się dowiedzieć.
– Jest piękne – przyznał Guy.
– Prawda? – rzuciła Rosemary i z uśmiechem rozejrzała się po ścianach i oknach.
Pomieszczenie idealnie nadawałoby się na taki pokój dziecięcy, jaki sobie wymarzyła. Był trochę ciemny – okna wychodziły na wąskie podwórko – ale żółto-biała tapeta ładnie by go rozjaśniła. Łazienka, choć niewielka, stanowiła miły dodatek, a szafa, pełna doniczek z młodymi sadzonkami, które wyglądały na całkiem zdrowe, była naprawdę porządna.
Skierowali się do wyjścia.
– Co to za rośliny? – zapytał Guy.
– Głównie zioła – odparła Rosemary. – Jest mięta, bazylia… a tych nie znam.
Dalej w korytarzu, po lewej, znajdowała się szafa dla gości, a po prawej – szerokie sklepione wejście do salonu. Naprzeciwko widniały dwa duże okna wykuszowe, z szybami w kształcie rombów i trzyczęściowymi ławami pod spodem. W ścianie po prawej zamontowano mały kominek z rzeźbionym gzymsem z białego marmuru, a tę po lewej zajmowały wysokie dębowe regały.
– Och, Guy! – pisnęła Rosemary, chwyciła jego dłoń i ją ścisnęła.
– Uhm – mruknął wymijająco, ale odwzajemnił uścisk.
– Kominek działa, ma się rozumieć – powiedział pan Micklas, stojący obok nich.
Sypialnia, za ich plecami, była wystarczającej wielkości – miała mniej więcej cztery metry na sześć i okna wychodzące na to samo wąskie podwórko co te w pomieszczeniu, które mogło być jadalnią, drugim pokojem lub pokojem dziecięcym. Łazienka za salonem była duża i pełna obłych białych urządzeń z mosiężnymi gałkami.
– Cudowne mieszkanie! – zawołała Rosemary po powrocie do salonu. Obróciła się, rozkładając ramiona, jakby chciała je objąć. – Uwielbiam je!
– Próbuje pana skłonić do obniżki czynszu – rzucił Guy.
Pan Micklas uśmiechnął się.
– Podnieślibyśmy go, gdybyśmy mogli. To znaczy ponad dozwolone piętnaście procent. Mieszkania z takim urokiem i charakterem są dziś równie rzadkie jak zęby u kury. Nowi… – Urwał, spoglądając na mahoniową sekreterę stojącą na końcu głównego korytarza. – Dziwne – mruknął. – Za tą sekreterą jest szafa. Z całą pewnością. Powinno ich być pięć: dwie w sypialni, jedna w drugim pokoju i dwie w korytarzu, tutaj i tutaj. – Podszedł do mebla.
Guy stanął na palcach.
– Ma pan rację – przytaknął. – Widzę górną krawędź drzwi.
– Przesunęła ją – zauważyła Rosemary. – Sekreterę. Kiedyś stała tutaj.
Wskazała wysoki ślad na ścianie obok drzwi sypialni i głębokie odciski po czterech kulistych nóżkach w bordowym dywanie. Od tych wgnieceń aż do miejsca, gdzie teraz przy wąskiej sąsiedniej ścianie znajdowała się sekretera, biegły łukiem blade rysy.
– Pomoże mi pan? – zwrócił się do Guya pan Micklas.
Wspólnymi siłami stopniowo przepchnęli mebel z powrotem na jego pierwotne miejsce.
– Już wiem, czemu zapadła w śpiączkę – mruknął Guy, napierając.
– Nie przesunęłaby jej sama. Miała osiemdziesiąt dziewięć lat – odparł pan Micklas.
Rosemary z wahaniem spojrzała na drzwi szafy, które odsłonili.
– Wolno nam je otworzyć? – spytała. – Może powinien to zrobić jej syn?
Nogi sekretery idealnie wpasowały się w cztery odciski w dywanie. Pan Micklas rozmasował pozbawione niektórych palców dłonie.
– Mam pozwolenie na pokazanie mieszkania – oświadczył, podszedł do drzwi i je otworzył.
Szafa była prawie pusta; z jednej strony stał odkurzacz, z drugiej kilka desek. Na górnej półce leżały niebieskie i zielone ręczniki kąpielowe.
– Ten, kogo tam zamknęła, zwiał – skomentował Guy.
– Widocznie nie potrzebowała pięciu szaf – skwitował pan Micklas.
– Ale dlaczego zastawiła odkurzacz i ręczniki? – spytała Rosemary.
Pan Micklas wzruszył ramionami.
– Pewnie nigdy się nie dowiemy. Chyba na starość rzeczywiście dziwaczała. – Uśmiechnął się. – Mogę państwu coś jeszcze pokazać albo wyjaśnić?
– Tak – odparła Rosemary. – Co z praniem? Czy na dole jest pralnia?
PODZIĘKOWALI PANU MICKLASOWI, który odprowadził ich aż na ulicę, i wolno ruszyli Siódmą Aleją.
– Jest tańsze od tamtego – powiedziała Rosemary takim tonem, jakby na uwadze miała przede wszystkim względy praktyczne.
– Ale ma o jeden pokój mniej, kochanie – zauważył Guy.
Przez chwilę szła w milczeniu.
– Za to jest w lepszej dzielnicy – dodała w końcu.
– To prawda – przyznał. – Mógłbym chodzić do teatrów pieszo.
Podniesiona na duchu, zapomniała o względach praktycznych.
– Guy, weźmy je! Proszę cię! Proszę! To takie cudowne mieszkanie! Ta stara pani Gardenia nic z nim nie zrobiła! Ten salon mógłby być… mógłby być piękny, ciepły i… Och, Guy, proszę cię! Weźmy je, dobrze?
– Jasne – rzucił z uśmiechem. – Jeśli tylko uda nam się wykręcić z tamtej umowy.
Uszczęśliwiona Rosemary złapała go pod rękę.
– Uda się! – zawołała. – Coś wymyślisz, wiem, że potrafisz!
Guy zadzwonił z przeszklonej budki telefonicznej do pani Cortez, a Rosemary, stojąc na zewnątrz, próbowała czytać z ruchu warg. Pani Cortez powiedziała, że daje im czas do trzeciej; jeśli do tej pory się nie odezwą, zadzwoni do następnych chętnych z listy oczekujących.
Poszli do Rosyjskiej Herbaciarni i zamówili po Krwawej Mary i kanapce z kurczakiem na czarnym chlebie.
– Możesz im powiedzieć, że zachorowałam i muszę iść do szpitala – podsunęła Rosemary.
Taki argument nie był jednak ani przekonujący, ani dostatecznie mocny. Guy zmyślił więc bajeczkę o tym, że dostał propozycję dołączenia do obsady spektaklu Przyjdź i zadmij w róg, która wybierała się na czteromiesięczne tournée po Wietnamie i Dalekim Wschodzie. Aktor grający Alana złamał biodro, więc jeśli on, Guy, znający rolę z wcześniejszych występów, nie wskoczy na jego miejsce, wyjazd trzeba będzie przełożyć o co najmniej dwa tygodnie. A byłoby szkoda, przecież ci chłopcy tam, w Wietnamie, tak dzielnie walczą z komunistami. Jego żona musiałaby w tym czasie zatrzymać się u rodziców w Omaha…
Przećwiczył tę historyjkę dwa razy i ruszył na poszukiwanie telefonu.
Rosemary sączyła drinka i zaciskała mocno kciuk schowanej pod stołem lewej ręki. Myślała o mieszkaniu przy Pierwszej Alei, którego już nie chciała, i skrupulatnie wyliczała w myślach jego zalety: lśniąca nowością kuchnia, zmywarka, widok na East River, centralna klimatyzacja…
Kelnerka przyniosła kanapki.
Obok przeszła ciężarna kobieta w granatowej sukience. Patrząc na nią, Rosemary oceniła ją na szósty, może siódmy miesiąc; przyszła matka rozmawiała wesoło przez ramię z objuczoną torbami starszą kobietą, pewnie matką.
Ktoś siedzący pod ścianą naprzeciwko pomachał do niej ręką – ruda dziewczyna, która zaczęła pracę w CBS kilka tygodni przed jej rezygnacją. Rosemary odwzajemniła gest. Dziewczyna powiedziała coś bezgłośnie, a widząc, że koleżanka nie zrozumiała, powtórzyła. Siedzący na wprost niej mężczyzna odwrócił się i spojrzał na Rosemary; jego woskowa twarz sprawiała, że wyglądał jak zagłodzony.
I wtedy wrócił Guy – wysoki, przystojny, z trudem hamował uśmiech, a z całej jego postawy biło jedno słowo: Tak.
– Załatwiłeś? – rzuciła Rosemary, gdy usiadł naprzeciwko niej.
– Załatwiłem – odparł. – Umowa jest unieważniona, zwrócą nam zaliczkę, a ja mam wypatrywać porucznika Hartmana z Korpusu Łączności. O drugiej jesteśmy umówieni z panią Cortez.
– Dzwoniłeś do niej?
– Dzwoniłem.
Ni stąd, ni zowąd stanęła obok nich ruda dziewczyna, zaczerwieniona i rozpromieniona.
– Właśnie mówiłam, że małżeństwo wyraźnie ci służy, wyglądasz wspaniale – powiedziała.
Rosemary roześmiała się, gorączkowo próbując sobie przypomnieć jej imię.
– Dziękuję! Świętujemy. Właśnie załatwiliśmy sobie mieszkanie w Bramfordzie!
– W Bram? – Dziewczyna aż zapiszczała. – Uwielbiam ten budynek! Jeśli będziecie kiedyś chcieli je podnająć, jestem pierwsza w kolejce, pamiętajcie! Te wszystkie dziwaczne gargulce i stwory, co się wspinają między oknami!
O DZIWO, HUTCH PRÓBOWAŁ ich od tego odwieść, twierdząc, że Bramford to „strefa zagrożenia”.
Po przyjeździe do Nowego Jorku w czerwcu 1962 roku Rosemary zamieszkała z inną dziewczyną z Omaha i dwiema z Atlanty przy Lexington Avenue, na jej modnym odcinku. Hutch mieszkał po sąsiedzku i wprawdzie zrezygnował z roli ojca zastępczego na pełny etat, jakiego dziewczyny z chęcią by z niego zrobiły – wychowałem dwie córki i wystarczy, pięknie dziękuję – to jednak zawsze był pod ręką w razie nagłych wypadków, takich jak „Noc, kiedy ktoś czaił się na schodach przeciwpożarowych” albo „Ten raz, gdy Jeanne o mało się nie udławiła”. Nazywał się Edward Hutchins, był Anglikiem i miał pięćdziesiąt cztery lata. Pod trzema pseudonimami pisał trzy serie książek przygodowych dla chłopców.
Rosemary zapewniał pomoc w innego rodzaju sytuacjach kryzysowych. Była najmłodsza z sześciorga dzieci – pozostała piątka wcześnie wyszła za mąż lub ożeniła się i zamieszkała niedaleko rodziców. W Omaha zostawiła za sobą wiecznie wściekłego, podejrzliwego ojca, milczącą matkę i czworo obrażonego rodzeństwa. (Tylko Brian, drugi najstarszy z braci, który miał problem z alkoholem, powiedział: „Jedź, Rosie, rób, co chcesz” i wsunął jej do ręki plastikową torebkę z osiemdziesięcioma pięcioma dolarami). W Nowym Jorku dręczyło ją poczucie winy, gryzła się, że jest egoistką, a Hutch wspierał ją mocną herbatą, rozmowami o rodzicach i dzieciach i tłumaczył, że każdy ma także obowiązki wobec samego siebie. Zadawała mu pytania, które w katolickim liceum były nie do pomyślenia, a on z kolei zapisał ją na wieczorowy kurs filozofii na New York University. „Zrobię jeszcze księżnę z tej ulicznicy!” – mawiał, na co Rosemary dowcipnie odpowiadała: „Się wie!”.
Teraz Rosemary i Guy mniej więcej raz w miesiącu spotykali się z Hutchem na kolacji – przeważnie u nich, a jeśli przyszła jego kolej i on zapraszał, to w restauracji. Guy uważał go wprawdzie za nudziarza, ale zawsze odnosił się do niego serdecznie; żona Hutcha była kuzynką dramatopisarza Terence’a Rattigana, a Hutch z nim korespondował. Guy wiedział, że w teatrze często najbardziej liczą się znajomości, nawet te z drugiej ręki.
W czwartek, po obejrzeniu mieszkania Rosemary i Guy zjedli z Hutchem kolację U Klubego – w małej niemieckiej knajpce przy Dwudziestej Trzeciej. We wtorek po południu wymienili go jako jedną z trzech osób, które na życzenie pani Cortez udzielą im referencji, a on tymczasem otrzymał jej prośbę i już ich polecił.
– Korciło mnie, żeby napisać, że ćpacie i śmiecicie, gdzie popadnie, albo robicie coś równie odpychającego dla zarządców nieruchomości – rzekł.
Zapytali dlaczego.
– Nie wiem, czy o tym słyszeliście – powiedział, smarując bułkę masłem – ale na początku wieku Bramford miał dosyć marną reputację. – Spojrzał na nich, zobaczył, że nie mają o tym pojęcia, i mówił dalej. (Miał szeroką, błyszczącą twarz, żywe niebieskie oczy i kilka pasm przyklepanych czarnych włosów, zaczesanych w poprzek łysiny). – Oprócz sław takich jak Isadora Duncan czy Theodore Dreiser w Bramfordzie mieszkało sporo nieciekawych, acz znanych osób. Siostry Trench przeprowadzały tam swoje eksperymenty dietetyczne, a Keith Kennedy wydawał przyjęcia. W Bramfordzie mieszkał też Adrian Marcato. I Pearl Ames.
– Kim były siostry Trench? – zapytał Guy, a Rosemary dodała:
– A kto to był Adrian Marcato?
– Siostry Trench to były dwie przykładne damy z epoki wiktoriańskiej, które od czasu do czasu uprawiały kanibalizm – wyjaśnił Hutch. – Ugotowały i zjadły kilkoro małych dzieci, w tym własną bratanicę.
– Urocze – mruknął Guy.
Hutch odwrócił się do Rosemary.
– Adrian Marcato zajmował się czarną magią – ciągnął. – W latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku wzbudził sensację, ogłaszając, że przywołał żywego Szatana. Na dowód pokazywał garść włosów i kawałki pazurów i najwyraźniej ludzie mu uwierzyli… w każdym razie było ich dość, żeby zebrać tłum, który napadł go i omal nie zabił na dziedzińcu Bramfordu.
– Żartujesz – wtrąciła Rosemary.
– Jestem śmiertelnie poważny. Kilka lat później działalność zaczął tam prowadzić Keith Kennedy i w latach dwudziestych dom stał prawie pusty.
– Wiedziałem, co robili Keith Kennedy i Pearl Ames – odezwał się Guy – ale nie miałem pojęcia, że mieszkał tam Adrian Marcato.
– I te siostry – dorzuciła Rosemary, wzdrygając się.
– Dopiero w związku z brakiem mieszkań po drugiej wojnie światowej budynek znów się zapełnił – ciągnął Hutch. – Teraz ma renomę prestiżowego starego apartamentowca. Ale w latach dwudziestych mówiono na niego Czarny Bramford i rozsądni ludzie omijali go szerokim łukiem. Melon jest dla ciebie, prawda, Rosemary?
Kelner przyniósł przystawki. Rosemary spojrzała pytająco na Guya; ten zmarszczył czoło i szybko pokręcił głową: Spokojnie, nie daj mu się wystraszyć.
Kelner odszedł.
– Przez lata w Bramfordzie wydarzyło się aż nadto potwornych i niesmacznych rzeczy – podjął Hutch. – I nie wszystkie należą do odległej przeszłości. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku znaleziono w piwnicy martwe niemowlę zawinięte w gazetę.
– Ale przecież… od czasu do czasu pewnie w każdym budynku zdarzają się okropne rzeczy – zaprotestowała Rosemary.
– Od czasu do czasu tak – przyznał. – Sęk w tym, że w Bramfordzie okropne rzeczy zdarzają się znacznie częściej niż tylko „od czasu do czasu”. Są też mniej spektakularne nieprawidłowości. Na przykład liczba samobójstw jest tam wyraźnie wyższa niż w innych domach o podobnej wielkości i wieku.
– A twoim zdaniem z czego to wynika? – zapytał Guy, udając, że jest na serio zatroskany. – Na pewno da się to jakoś wytłumaczyć.
Hutch przyglądał mu się przez chwilę.
– Nie wiem – odparł. – Może po prostu zła sława otaczająca siostry Trench przyciągnęła Adriana Marcato, z kolei jego renoma przyciągnęła Keitha Kennedy’ego i w końcu budynek stał się czymś w rodzaju… mekki dla ludzi bardziej niż inni skłonnych do pewnych zachowań. A może zachodzą zjawiska, których jeszcze nie znamy, związane z polami magnetycznymi, elektronami czy czym tam jeszcze… Coś, co powoduje, że dane miejsce staje się siedliskiem zła, dosłownie. Wiem jedno: Bramford wcale nie jest wyjątkiem. W Londynie, na Praed Street, stał niewielki budynek, w którym w ciągu sześćdziesięciu lat dokonano pięciu brutalnych morderstw. Nie miały ze sobą nic wspólnego… zabójcy ani ofiary nie byli spokrewnieni i nie chodziło o ten sam kamień księżycowy ani o sokoła maltańskiego. A jednak sześćdziesiąt lat przyniosło pięć bestialskich zabójstw w tym samym domku ze sklepem na parterze i mieszkaniem na piętrze. Zburzono go w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku… bez żadnego szczególnego powodu, bo z tego, co wiem, działka do dziś stoi pusta.
Rosemary dłubała łyżeczką w melonie.
– Może są też dobre domy – powiedziała. – Takie, w których ludzie ciągle się w sobie zakochują, pobierają się i mają dzieci.
– I zostają gwiazdorami – dorzucił Guy.
– Pewnie są i takie – przyznał Hutch. – Tyle że o nich się nie słyszy. To te parszywe zdobywają rozgłos. – Uśmiechnął się do nich. – Wolałbym, żebyście znaleźli sobie jakiś porządny dom zamiast Bramfordu.
Łyżeczka z kawałkiem melona zatrzymała się w połowie drogi do ust.
– Naprawdę próbujesz nas od tego odwieść? – spytała Rosemary.
– Moja droga, wieczorem byłem na całkiem udanej randce z czarującą kobietą i przerwałem ją tylko po to, żeby się z wami zobaczyć i powiedzieć, co mam do powiedzenia. Tak, naprawdę próbuję wam to wyperswadować.
– Na litość boską, Hutch… – zaprotestował Guy, ale ten wpadł mu w słowo:
– Nie twierdzę, że ledwie wejdziecie do Bramfordu, fortepian spadnie wam na głowę, zjedzą was stare panny albo zamienicie się w kamień. Mówię tylko, że takie są fakty, więc trzeba je brać pod uwagę tak samo, jak rozsądny czynsz czy działający kominek… a ten dom ma wyjątkowo wysoki wskaźnik przykrych zdarzeń. Po co z premedytacją wchodzić w strefę zagrożenia? Jeśli już tak wam zależy na dziewiętnastowiecznym przepychu, wprowadźcie się do Dakoty albo do Osborne’a.
– Dakota należy do spółdzielni mieszkaniowej, a Osborne ma iść do rozbiórki – zauważyła Rosemary.
– Nie przesadzasz aby trochę, Hutch? – zapytał Guy. – Czy w ostatnich latach zdarzyło się tam jeszcze „coś przykrego”? Poza tym dzieckiem w piwnicy?
– W zeszłą zimę zginął windziarz – odparł Hutch. – W wypadku, o którym lepiej nie mówić przy stole. Dziś po południu spędziłem trzy godziny w bibliotece, nad katalogiem „New York Timesa” i mikrofilmami. Chcecie usłyszeć więcej?
Rosemary spojrzała na Guya. Odłożył widelec i otarł usta.
– To bez sensu – oświadczył. – No dobrze, zdarzyło się tam sporo przykrych rzeczy. Ale to nie znaczy, że będą się powtarzać. Nie widzę powodu, dlaczego Bramford miałby być większą „strefą zagrożenia” niż jakikolwiek inny dom w tym mieście. Jeśli rzucasz monetą i pięć razy z rzędu wypadnie ci orzeł, to wcale nie znaczy, że kolejne pięć rzutów też da orła. Ani że ta moneta różni się od innych. Ot, zwykły przypadek i tyle.
– Gdyby rzeczywiście coś tam było nie tak, to chyba by go zburzono? – dorzuciła Rosemary. – Jak tamten dom w Londynie.
– Dom w Londynie należał do rodziny ostatniego z zamordowanych. Bramford jest własnością kościoła obok.
– No widzisz – rzucił Guy, zapalając papierosa. – Będziemy pod boską opieką.
– Dotychczas jakoś nie działała – zauważył Hutch.
Kelner zabrał ich talerze.
– Nie wiedziałam, że ten dom należy do Kościoła – powiedziała Rosemary.
– Całe to miasto do nich należy – skwitował Guy.
– A próbowaliście w Wyomingu? – spytał Hutch. – Zdaje się, że to ten sam kwartał ulic.
– Kochany, próbowaliśmy wszędzie – zapewniła go Rosemary. – Naprawdę wszędzie. Nie ma nic, absolutnie nic, są tylko te nowe bloki, a w nich równiutkie kwadratowe pokoje, wszystkie identyczne, i kamery ochrony w windach.
– Czy to aż takie straszne? – zapytał Hutch z uśmiechem.
– Tak – odparła.
– Mieliśmy już się do takiego wprowadzać, ale zrezygnowaliśmy, żeby wziąć to mieszkanie – dodał Guy.
Hutch przyglądał im się przez chwilę, a potem odchylił się na krześle i uderzył dłońmi w stół.
– Wystarczy – powiedział. – W ogóle nie powinienem się wtrącać, ale odtąd będę pilnował własnego nosa. Palcie sobie w tym waszym kominku! Dam wam zasuwę do drzwi i od dziś będę trzymał buzię na kłódkę. Wybaczcie mi, jestem idiotą.
Rosemary się uśmiechnęła.
– W drzwiach już jest zasuwa. I łańcuch, a nawet wizjer.
– No to pamiętajcie, żeby używać wszystkich trzech – poradził Hutch. – I nie łaźcie po korytarzach, żeby się przedstawiać każdemu, kto się napatoczy. To nie Iowa.
– Omaha.
Kelner podał dania główne.
W PONIEDZIAŁEK PO POŁUDNIU Rosemary i Guy podpisali dwuletnią umowę najmu mieszkania 7E w Bramfordzie. Wręczyli pani Cortez czek na pięćset osiemdziesiąt trzy dolary – czynsz za pierwszy miesiąc z góry oraz kaucję – i dowiedzieli się, że jeśli chcą, mogą się wprowadzić przed pierwszym września, bo mieszkanie zostanie opróżnione do końca tygodnia, więc malarze mogą wejść już w środę osiemnastego.
Tego samego dnia po południu zadzwonił Martin Gardenia, syn poprzedniej lokatorki. Umówili się z nim w mieszkaniu na wtorek, na ósmą wieczorem, i spotkali wysokiego mężczyznę po sześćdziesiątce o pogodnym, otwartym usposobieniu. Pokazał im rzeczy, które chciał sprzedać, i podał – bardzo atrakcyjne – ceny. Rosemary i Guy naradzili się, obejrzeli wszystko i kupili dwa klimatyzatory, toaletkę z palisandru z tapicerowanym stołkiem, perski dywan z salonu oraz przybory kominkowe: ruszt, ekran i pogrzebacz. Niestety, biurko żaluzjowe nie było na sprzedaż. Kiedy Guy wypisywał czek i pomagał oznaczać przedmioty, które miały zostać, Rosemary zmierzyła salon i sypialnię składaną dwumetrową miarką, którą kupiła rano.
W marcu Guy zagrał epizodyczną rolę w serialu Inny świat. Teraz jego postać powróciła na trzy dni, więc przez resztę tygodnia był zajęty. Rosemary przejrzała teczkę z pomysłami na wystrój, które zbierała od czasów liceum, wybrała dwa najbardziej pasujące do nowego mieszkania i poszła oglądać meble z Joan Jellico, jedną z dziewczyn z Atlanty, z którymi dzieliła lokum po przyjeździe do Nowego Jorku. Joan miała wizytówkę dekoratora, dzięki czemu mogły wejść do hurtowni i salonów wystawowych. Rosemary chłonęła wzrokiem asortyment, robiła dla Guya notatki i szkice, objuczona próbkami tkanin i tapet wróciła do domu w samą porę, by obejrzeć go w Innym świecie, a potem zdążyła jeszcze wyskoczyć po zakupy na kolację. Opuściła zajęcia z rzeźby i z radością odwołała wizytę u dentysty.
W piątkowy wieczór mieszkanie było już ich – pustka wysokich pokoi i obcego im mroku, w którą weszli z lampą i torbą z zakupami, słuchając, jak z najdalszych zakątków niesie się echo ich kroków. Włączyli klimatyzatory i zachwycali się dywanem, kominkiem i toaletką; podziwiali też wannę, klamki, zawiasy, sztukaterię, podłogi, kuchenkę, lodówkę, wykusze i widok. Zrobili sobie piknik na dywanie – kanapki z tuńczykiem i piwo – a potem rozrysowali plan wszystkich czterech pomieszczeń; Guy mierzył, a Rosemary szkicowała. Wrócili na dywan, zgasili lampę, rozebrali się i kochali w nocnej poświacie z pozbawionych żaluzji okien.
– Ciii! – syknął później Guy, rozszerzając oczy ze strachu. – Słyszysz? To siostry Trench żują dzieci!
Rosemary walnęła go mocno w głowę.
Kupili sofę i olbrzymie łóżko, stół do kuchni i dwa krzesła z giętego drewna. Zadzwonili do dostawcy elektryczności, do firmy telefonicznej, do sklepów, do fachowców i firmy od przeprowadzek Padded Wagon. W środę osiemnastego przyszli malarze, załatali, zaszpachlowali, zagruntowali, pomalowali i w piątek dwudziestego zniknęli, zostawiając po sobie kolory niemal identyczne z próbkami Rosemary. Potem przyszedł tapeciarz, pomarudził, ale wykleił sypialnię.
Obdzwonili sklepy, fachowców i matkę Guya w Montrealu. Kupili szafę, stół do jadalni, sprzęt hi-fi, nową zastawę i sztućce. Było ich na to stać: w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku Guy zagrał w serii reklam Anacinu, które, wielokrotnie powtarzane, przyniosły mu osiemnaście tysięcy dolarów i wciąż dawały solidny dochód.
Zamontowali rolety, wykleili półki, dopilnowali kładzenia dywanu w sypialni i białych winylowych płyt w przedpokoju. Kupili telefon z trzema gniazdkami, zapłacili rachunki i zostawili na poczcie zawiadomienie o zmianie adresu.
W piątek dwudziestego siódmego sierpnia przeprowadzili się. Joan i Dick Jellico przysłali im dużą roślinę w donicy, a agent Guya mniejszą. Od Hutcha dostali telegram: Bramford zmieni się ze złego domu w dobry w dniu, gdy znajdą się w nim drzwi z napisem R. i G. Woodhouse’owie.
ZAINTERESOWANI TYM, CO BĘDZIE DALEJ?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI
EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl
empik.com
bonito.pl
taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków.
Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo
Publio
Nexto
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Jeśli chcecie być na bieżąco z naszymi nowościami, śledźcie nas też na Facebooku i na Instagramie.
Okładka
Karta redakcyjna
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Okładka
Prawa autorskie
