Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Z prawdziwego piekła nie da się uciec
Po traumatycznych przeżyciach związanych z Szatanem z Zagłębia, Patrycja postanawia zmienić miejsce pracy. Trafia do Siewierza i podejmuje pracę w tamtejszej szkole. Marzy o spokoju i odrobinie normalności u boku komisarza Mikołaja Zdenka.
Koszmary mają jednak to do siebie, że nie dają ofiarom wytchnienia.
Podczas wycieczki z uczniami na pobliski zamek Patrycja znów trafia w sam środek horroru. Miejsce okazuje się zamknięte z powodu brutalnego morderstwa. Ciało ofiary zostało okaleczone, a tuż przy nim ktoś zostawił tabliczkę z mrożącym krew w żyłach napisem: „Zapłata”.
Wkrótce giną kolejne osoby. Sprawca, zwany Dusicielem z Siewierza, śledzi każdy ruch policji przy pomocy nieuchwytnych dronów i publikuje nagrania z miejsc zbrodni w sieci. W mieście narasta strach.
Zniknięcia, porwania, morderstwa – Patrycja nie potrafi pozostać obojętna, więc angażuje się w sprawę. Nie wie jeszcze, że to dopiero początek sprytnie zaplanowanej intrygi.
Intrygi, która może wciągnąć ją na zawsze w odmęty piekła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 411
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robert Szafraniec
Znamię
Wszyscy jesteśmy marionetkami
Tylko ludzie, których znasz,
potrafią wykreować twój świat.
Wydawało jej się, że słyszy czyjś głos. Przebijał się przez otaczający ją świat, pełen innych dźwięków. Zastanawiała się, czy śpi, czy śni. Otworzyła oczy. Nad sobą ujrzała twarze dzieci. Było ich kilkoro. Każde coś mówiło, ale nie potrafiła rozróżnić wypowiadanych przez nich słów. Miała wrażenie, że tylko ruszają ustami, a dźwięki nie należą do nich. Nagle poczuła przeszywający całe ciało ból głowy. Zbliżyła do niej swoją rękę, żeby ją rozmasować. Wtedy usłyszała pierwsze słowa.
– Rusza się, rusza – powiedział mały chłopiec o długich blond włosach.
A może to dziewczynka – pomyślała.
– Co się stało? – rozległ się twardy męski głos.
Próbowała się podnieść, ale ból głowy nie pozwalał jej na to. Miała wrażenie, że jej czaszka niedługo eksploduje. Jeszcze te wszystkie głosy. Nie wiedziała, czy były tylko w jej głowie, czy to te dzieci stojące nad nią tak krzyczały.
Dzieci? – zapytała w myślach samą siebie.
Nad jej głową było ich kilkoro. Wśród nich stał ten z długimi blond włosami. Był tam też mały Wojtuś. Wojtuś?! – przemknęło jej przez głowę. Tak to Wojtuś – powtórzyła w myślach.
– Odsuńcie się. Ale szybko! Sio! – powiedział ten sam męski głos.
Miała wrażenie, że zna jego właściciela.
Nad jej głową powoli robiło się coraz jaśniej. Buzie dzieci powoli znikały i zastępował je biały sufit. Były na nim tylko płaskie lampy. Całkiem ładne – pomyślała. Wyglądały tak zwyczajnie, jak świecące prostokąty z czarnymi obudowami. Naliczyła dwie, nim cały widok zasłoniła jej twarz grubego mężczyzny w okularach. Wyglądał jak… Gdzieś go już widziała.
– Wszystko w porządku? Może pani wstać. Pani Patrycjo, czy słyszy mnie pani?
Teraz dostrzegła, że jest w granatowym garniturze i białej koszuli, a jego kolorowy krawat zwisa prosto nad jej czołem.
– Kurwa! Pomocy! Biegnijcie do sekretariatu. Szybko! – krzyczał.
– „Kurwa”? – powtórzyła zaskoczona i zamilkła.
Przestraszyła się nagle swojego głosu. Wydał jej się bardzo obcy.
– Przepraszam. Dzieci, proszę zatkać uszy.
Usłyszała jeszcze, jak dzieci rozmawiają między sobą, że dyrektor przeklina i nazwał ją kurwą.
– Halo! Pani Patrycjo! Słyszy mnie pani?
– Tak – wydusiła z siebie.
Mężczyzna, czy raczej – jak go nazwały dzieci – dyrektor, złapał ją pod ręce od tyłu i posadził. Teraz dostrzegła przeszklone drzwi. Wyglądały jak takie w przychodni lub szpitalu. Część, która nie była szkłem, miała kolor biały. Na górze było coś napisane. Nie mogła złapać ostrości.
– Pani Patrycjo? – powtarzał ten sam męski głos.
Nic mu na to nie odpowiedziała, tylko powoli zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. To była sala lekcyjna. Stały tu ławki, na których ktoś porozrzucał książki, ćwiczeniówki i piórniki. W niektórych z tych ławek siedzieli uczniowie. Wśród nich dostrzegła Wojtka. Uśmiechnęła się na jego widok. On to dostrzegł i również się uśmiechnął.
Nagle przed jej oczami pojawił się wielki brzuch. Podniosła wzrok i dostrzegła, że należy do tego mężczyzny w okularach, z okrągłą twarzą i ukrytymi za warstwą tłuszczu uszami. Teraz też zauważyła, że właściwie jest łysy. Przypominał jej trochę serialowego Kojaka. Ładnie pachniał, ale koszula na jego brzuchu była tak napięta, iż miała wrażenie, że tylko cud trzyma guzik na środku przed jej rozerwaniem. Pomyślała, że jak nitka puści, to guzik może wybić jej oko.
– No gdzie są te sekretarki?! – zapytał.
Do jej uszu dobiegł jakiś szum. Skierowała głowę w odpowiednią stronę i dostrzegła wpadającą do pomieszczenia kobietę.
– O Boże! Romek! Nic ci nie jest? – zapytała.
– Mnie? To ona zemdlała – tłumaczył tamten.
– Ale ty jesteś cały czerwony! Twoje serce! – lamentowała kobieta.
– Nic mi nie jest. Daj spokój, dzieci patrzą.
– Pani Patrycjo! Niech pani wstanie, bo dzieci pani tylko straszy – powiedziała tamta.
– Dzieci? – zapytała bezwiednie Patrycja.
– Może pogotowie trzeba wezwać? – odezwał się mężczyzna w garniturze.
– A co? Jednak źle się czujesz? – spanikowała kobieta.
Patrycja patrzyła na nich i powoli zaczynała sobie przypominać, gdzie jest. Tylko nie do końca wiedziała, co się stało. Siedziała teraz obok swojego biurka. Lewą ręką podparła się o blat i zaczęła powoli się podnosić. Mężczyzna chwycił ją pod rękę i starał się jej pomóc.
– Romuś, bo sobie coś nadwyrężysz. Ta pani jest za ciężka – powiedziała kobieta i szybko pomogła Patrycji stanąć na nogi.
Kiedy tylko się podniosła, wszystkie wspomnienia wróciły, a krew ponownie napłynęła do jej bladej twarzy.
– Dziękuję! – przemówiła Patrycja.
Patrycja została sama ze swoją nową klasą. Dyrektor po upewnieniu się, że wszystko z nią w porządku, zabrał ze sobą swoją ulubioną sekretarkę i wyszedł. Dzieciaki siedziały spokojnie i cierpliwie czekały. Uczyła ich zaledwie od dwóch tygodni, a miała wrażenie, że dobrze ich zna. Klasa liczyła zaledwie czternaście osób. Składała się z ośmiu dziewczynek i sześciu chłopców. Wśród całej grupy wyróżniał się jeden. Nazywał się Wojtek Nowak. Był najzdolniejszy i najbystrzejszy z całej 3B. Wbrew pozorom był też najmłodszy. Urodził się dwudziestego drugiego grudnia. W roku jego urodzin wypadała wtedy najdłuższa noc. Podczas rozmowy z jego mamą w trakcie pierwszej wrześniowej wywiadówki Patrycja dowiedziała się, że była to najdłuższa noc w życiu tej kobiety. Poród zaczął się tuż po zachodzie słońca, a zakończył następnego dnia, wraz z pojawianiem się pierwszych promieni na jasnym, bezchmurnym niebie. Wojtek był jedynakiem długo wyczekiwanym przez rodziców. Lekarze nie byli w stanie stwierdzić, z jakiego powodu Daria Nowak, jego mama, nie może zajść w ciążę.
Patrycja już po tym pierwszym spotkaniu wiedziała, po kim Wojtek ma predyspozycje do gadania i interesowania się wszystkim, co go otacza. Długowłosy blondyn przypominał jej Zosię z poprzedniej szkoły, w której pracowała. Szkoły, z której odeszła po tym, jak oddała klasę, do której chodziła Zosia. Jeszcze na początku, jak wróciła do pracy po urlopie, wszystko wydawało się w porządku. Koleżanki ze szkoły były miłe i pomoce, jednak z czasem wszystko się zmieniło. Patrycja miała wrażenie, że współpracownicy patrzą na nią jak na intruza, kogoś niepożądanego w tym miejscu. W dniu, w którym rozdała świadectwa, złożyła wypowiedzenie. Dyrektorka szkoły przyjęła je bez słowa. Nawet nie zapytała, czy Patrycja aby na pewno przemyślała to, co robi. Kiedy tego dnia wróciła do domu, miała ochotę całkowicie zrezygnować z nauczania, jednak po miesiącu odpoczynku i małych wakacjach z Mikołajem doszła do wniosku, że tylko to potrafi robić i naprawdę kocha uczyć. Pracę znalazła szybko. Wręcz miała w czym wybierać. Wystarczyło, że weszła na stronę Kuratorium Oświaty w Katowicach – tam znalazła mnóstwo ofert pracy. Słyszała, że zawód, który wykonuje, jest jednym z najgorszych i najmniej pożądanych przez młodych ludzi, ale nie była świadoma, że w szkołach jest tyle wolnych etatów.
Gdy zaczynała pracę jako nauczyciel, czuła, że to pewnego rodzaju misja i wielki prestiż – nauczać. Z biegiem lat, a nie minęło ich wiele, przekonywała się jednak, że dla innych jest nikim. Najgorzej było po strajku, kiedy ówczesny rząd zawód nauczyciela i samych nauczycieli zmieszał z błotem. Wiele razy zastanawiała się nad tym, czy kiedykolwiek w oczach uczniów i rodziców odzyska dawny status społeczny. Przecież to na barkach nauczycieli spoczywały w znacznym stopniu nauczanie i wychowywanie nowych pokoleń.
Patrzyła teraz na to nowe pokolenie i właściwie cieszyła się, że tu wylądowała. Widziała w nich nadzieję. Klasę tę przejęła po dziewczynie w jej wieku. Zaszła w ciążę i lada dzień mogła urodzić. Patrycja nie miała okazji porozmawiać z nią twarzą w twarz, ale skontaktowały się telefonicznie. Dowiedziała się od niej wiele o każdym z uczniów i kiedy rozpoczęła pracę, miała już jakieś pojęcie o swoich podopiecznych.
Szkoła była niewielka, jednak największa w tym małym miasteczku. Dyrektor obiecał jej, że jak będzie sumiennie pracować, to ma szansę zostać jego zastępcą. Zdziwiło ja to troszeczkę, bo rzucał takie propozycje na pierwszej rozmowie. Nie potraktowała tego poważnie. Zresztą już zdążyła się przekonać, jakim jest krętaczem. Słyszała też, że dyrektor jest zawsze zapracowany i nie wie, gdzie ręce włożyć. Czy do prawej, czy lewej kieszeni swoich spodni? Jednak starała się pamiętać, że nie przyszła tu do pracy dla niego, tylko dla siebie i uczniów.
Z rozmyślań wyrwał ją głos Wojtusia.
– Proszę pani?! – dopytywał.
– Tak?
– Czy jutro idziemy na zamek?
– Zamek? – Zawiesiła się na chwilę. – A, tak. Tak. A dlaczego pytasz?
– Bo… A, nieważne. – Zawahał się.
– Jutro przychodzicie do szkoły tak jak na zajęcia, ale w trakcie lekcji pójdziemy na małą wycieczkę po Siewierzu. Musicie mnie po nim oprowadzić, bo jeszcze go nie znam.
– Jak to: nie zna go pani? – zapytała Kamila.
– Bywałam tu tylko przejazdem – odpowiedziała Patrycja.
– A odwiedzimy Żabkę? – zapytała Milena.
– Żabkę? – odpowiedziała pytaniem zdziwiona Patrycja.
Część dzieci zaczęła się przekrzykiwać.
– Tak. My chcemy do Żabki, do Żabki… – powtarzali.
– Proszę o spokój – powiedziała Patrycja i klasnęła w dłonie. – Jak będziecie się tak zachowywać, to nie odwiedzimy Żabki. O jaką żabkę wam chodzi? – dopytała.
Dzieci po jej słowach ucichły i trzymały tylko małe rączki nad głowami.
– Kamila, proszę. O jaką żabkę chodzi?
– No, o tę koło policji – odpowiedziała Kamila.
– Poli… A, o sklep! – Patrycja głośno się zaśmiała. – Tak, odwiedzimy ten sklep.
– Hurra! – rozległy się głosy dzieci.
Patrycja dała im jeszcze chwilę. Lubiła, jak okazywały swoją radość. Kiedy okrzyki euforii powoli gasły, odezwała się ponownie.
– Otwórzcie ćwiczeniówki i wróćmy do lekcji, dobrze?
– Coooo? Nieee – powiedzieli prawie wszyscy hurtem.
– Zostało nam jeszcze troszkę czasu, to zrobimy sobie kilka ćwiczeń.
Wszyscy wrócili do zajęć. Patrycja, tłumacząc jedno z zadań, przypomniała sobie, co się wcześniej stało i dlaczego upadła. Zawroty głowy, które miała ostatnio, zaczęły się nasilać. Bardzo ją to martwiło. W dodatku jej okres spóźniał się już od dwóch tygodni.
Coś włochatego przemknęło obok jego głowy. Na czubku nosa poczuł delikatny, a zarazem szorstki dotyk kociego języka. Oczy miał jeszcze zamknięte, ale już wiedział, gdzie jest. Znowu spał w ubraniu przy biurku, z głową opartą o otwartą książkę. Komputer delikatnie pracował, co ułatwiało mu zasypianie. Szum wiatraków komputera pomagał mu się odprężyć, od kiedy pamiętał. Przy standardowych ustawieniach komputer po pewnym czasie przechodzi w stan uśpienia, ale on je zmienił, by ten nigdy się nie usypiał. Po włączeniu gasł tylko w przypadku braku prądu. Kiedy nocą dochodziło do takich sytuacji, on natychmiast się budził. Cisza go nie uspokajała. Nie lubił zgiełku, ale bardziej nienawidził całkowitej ciszy. Ogarniał go wtedy przeraźliwy strach. To była fobia z dzieciństwa. Fobia, z którą walczył całe swoje dotychczasowe życie. Kiedy udawał się do zamkniętych pomieszczeń, tuż przed wejściem zakładał słuchawki i słuchał odgłosów natury. Jako dziecko chodził do psychologa i po kilku spotkaniach ten zalecił mu taką metodę, by walczyć z jego fobiami. Pomogło, ale nie uleczyło.
– No, dobra, dobra – powiedział, leniwie podnosząc zaspaną głowę. – Tak, wiem. Ra jest głodny. – Ostatnie słowa skierował wprost do siedzącego przed nim rudego kocura.
Zwierzak, kiedy dostrzegł, że ten wreszcie się ruszył, szybko zeskoczył z biurka i pobiegł w kierunku kuchni. W połowie drogi się zatrzymał i spojrzał w jego stronę. Upewniał się, czy jego śpiący właściciel zrozumiał, o co mu chodzi.
– Idę, idę – wymamrotał Michał.
Kot odpowiedział głośnym miauknięciem i ruszył dalej. Jego ogon falował majestatycznie, oznajmiając zniecierpliwienie. Po chwili zniknął za rogiem.
Michał, prostując zastałe w nienaturalnej pozycji plecy, lekko jęknął. Kot zareagował na to, wystawiając zza rogu swój puchaty pyszczek, na czubku którego marszczył się mokry nosek.
– Daj rozprostować kości – rzucił w jego kierunku Michał.
Wstając, zerknął na książkę, na której zasnął. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył, na jakiej stronie spoczęła jego głowa. Autor książki przybliżał w niej religie dawnych Słowian. Przez cały czas, kiedy spał, jego twarz wtulona była w boginię losu i przeznaczenia. W książce przedstawiono ją na rycinie jako piękną blondynkę z długimi warkoczami, o niewinnych rysach twarzy i zgrabnej figurze.
– Miło było – podziękował jej za towarzystwo i ruszył za kotem.
Szedł wolno, z dużymi oporami. Nogi po wielu godzinach snu na siedząco zdrętwiały mu. Musiał na chwilę przystanąć i oprzeć się o ścianę. Po chwili krew na nowo dostarczyła odpowiednią ilość tlenu do kończyn, co wprawiło go w ruch.
Zatrzymał się nad robiącym ósemki pomiędzy jego nogami zniecierpliwionym kotem. Miska była pusta. Nawet ta, w której powinna być woda.
– To na co masz dzisiaj ochotę? Puszka czy groszki?
Zadał pytanie i oczekiwał na odpowiedź. Kot jednak dalej robił to co do tej pory, nie zwracając uwagi na jego słowa.
– Rozumiem. Jest ci to obojętne. W takim razie… Dzisiaj dostaniesz… – Nie dokończył, bo usłyszał dźwięki celtyckiej melodii.
Muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej, powtarzając ten sam zapętlony fragment.
– Musisz poczekać – rzucił do kota i ruszył w kierunku leżącego w pokoju obok książki telefonu.
W normalnych warunkach nim by tam dotarł, telefon dawno przestałby dzwonić, więc zmierzając w jego kierunku, miał taką nadzieję. Ten jednak nie przestawał. Ktoś ewidentnie chciał, żeby odebrał połączenie. Tak tez zrobił.
– Słucham?!
– Pan Michał? – Po drugiej stronie usłyszał kobiecy głos.
– A jak pani myśli? – zapytał.
– Pytam, bo nie jestem pewna, do kogo się dodzwoniłam. A pan się nie przedstawił.
– Skoro pani do mnie dzwoni, to raczej wie, do kogo chciała się dodzwonić. Prawda?
– No ja chciałam do pana Michała. Tego od zabytków.
– Rozumiem. A z kim mam przyjemność? – zapytał tym razem Michał.
– A, tak, przepraszam. Tu Jadwiga Misiak. Dzień dobry.
– Dzień dobry, pani Jadwigo, tu Michał Duda.
– Ach, czyli to jednak pan.
– Jeśli… – nie dokończył, bo ponownie poczuł kota między swoimi nogami. – Przepraszam, ale muszę nakarmić kota. W jakiej sprawie pani dzwoni?
– No tak. Jestem prezesem UTW i chciałam pana zaprosić na wykład. To znaczy… chciałam, żeby pan go poprowadził dla naszych studentów.
– Na temat?
– Jaki temat? Nie wiem, niech pan zaproponuje.
Michał zaśmiał się delikatnie. Zrobił to jednak tak, żeby nie urazić kobiety.
– Czy macie już ustalony jakiś termin?
– Tak. Chodzi o inaugurację nowego roku akademickiego – odparła. – Za tydzień lub dwa – dodała.
– Myślę, że będę zaszczycony – odpowiedział Michał.
– To super, bo dzwoniłam już do tylu osób i wszystkie mi odmówiły. W panu ostatnia nadzieja – ucieszyła się Jadwiga.
– To tym bardziej mi miło – odpowiedział z sarkazmem w głosie.
– To jak ustalę szczegóły, odezwę się ponownie – powiedziała i rozłączyła się.
Michał stał z głuchą słuchawką w ręce i patrzył w dół na swojego kota, jak ten, kręcąc ósemki, oblekł jego nogi rudym futrem.
– No idę, idę. Ale widzę, że pora cię wyczesać, rudzielcu.
Kiedy ponownie znalazł się w kuchni, nasypał kotu suchej karmy, a do drugiej miski nalał wody. Kot, kiedy tylko dostał to, co chciał, przestał zwracać na niego uwagę. Zajął się chrupaniem swojej ulubionej karmy i delikatnym pomrukiwaniem.
Michał natomiast nastawił wodę i udał się do łazienki. Idąc, nagle się zatrzymał, odwrócił i spojrzał na wiszący na jednej ze ścian w kuchni zegar.
– Cholera. Miałem dzisiaj być na zamku. Wycieczka.
Wszystko to powiedział na głos na tyle głośno, że kot podniósł głowę znad miski i na niego popatrzył. Kiedy dostrzegł, że ten się oddala i znika w łazience, wrócił do chrupania.
Michał miał jeszcze sporo czasu, tak że spokojnie mógł się przygotować. Wykapał się i nałożył piankę na twarz, ale wtedy popatrzył na siebie w lusterku i zmył ją. Doszedł do wniosku, że dzisiaj odpuści sobie golenie. Nie golił się od kilku dni i zaczynało mu się to podobać. Kiedy wyszedł z łazienki, woda już dawno była zagotowana, a kot gdzieś się zamelinował. Zjadł i poszedł spać.
Popatrzył ponownie na zegarek i doszedł do wniosku, że ma jeszcze ponad godzinę. Wcześniej wydawało mu się, że nie zdąży. Może źle odczytałem godzinę z zegarka – pomyślał i zrobił sobie herbatę. A przynajmniej chciał zrobić, bo woda była lodowata.
– Znowu to samo – powiedział do siebie.
Nalał wcześniej wody do czajnika, ale pewnie go nie włączył. Wylał zimną wodę z kubka, dolał do czajnika więcej i włączył go. Poczekał chwilę, żeby upewnić się, czy lampka aby na pewno się świeci i czy słychać szum grzałki. Kiedy wszystko było, jak trzeba, podszedł do okna.
– To sobie poczekamy – rzucił i wyjrzał przez nie.
Michał, wychodząc z domu, spotkał śpiącego na ganku kota. Pogłaskał go delikatnie, jednak ten nie zareagował na jego dotyk, co wcale go nie zdziwiło. Będąc na schodach prowadzących od drzwi na podwórko, przystanął, zapatrzony w stojącego na podjeździe Jeepa Wranglera. To były jedne ze starszych modeli tego samochodu. Lubił go, bo czuł się w nim jak prawdziwy archeolog. Taki w stylu tego wykreowanego przez filmy akcji. Brakowało mu tylko kapelusza Indiany Jonesa.
– Kluczyki – powiedział sam do siebie.
Drzwi za nim powoli się zamykały i już miały się zatrzasnąć, kiedy jego ręka gwałtownie je chwyciła. Zabrał kluczyki, które odłożone były w metalowej miseczce przypominającej kształtem rzymskie Koloseum. Właściwe to był odlew tego właśnie budynku, podarowany mu przez przyjaciela po wyprawie do Włoch.
Do kluczyków doczepił się jakiś inny pęk kluczy, który upadł z dość sporym łoskotem na podłogę. Dźwięk obudził kota, który podniósł głowę i miauknął w jego stronę z ewidentnym niezadowoleniem.
– Ra, zamiast spać, lepiej pilnuj obejścia.
Kot na jego słowa wstał, przeciągnął się i ruszył w głąb domu.
Michał z kluczykami w dłoni udał się w stronę swojego samochodu. Kiedy do niego wsiadł i zobaczył, która jest godzina, natychmiast uruchomił silnik i odjechał. Do zamku miał jakieś pięć minut jazdy. Musiał tylko przedostać się do ulicy Czarneckiego i nią już prosto mógł dotrzeć do miejsca docelowego. Teraz nie było to łatwe, bo cała ulica Kościuszki była w remoncie.
Po około sześciu minutach zatrzymał się na parkingu niedaleko zamku i boiska Orlik. Oprócz sporej liczby napotkanych uczniów pobliskiej szkoły średniej i robotników zajmujących się drogą nie spotkał nikogo godnego uwagi.
Pod zamkiem też było pusto. Kiedy znalazł się na drewnianym pomoście prowadzącym nad pustą fosą na dziedziniec, na chwilę się zatrzymał i zapatrzył na teraźniejsze ruiny. Znał je bardzo dobrze. Potrafił o nich opowiadać godzinami. Zresztą zamek ten fascynował go, odkąd pamiętał. Już jako dziecko wchodził na jego teren przez wyrwane w murach dziury, w szkole średniej często tu wagarował, a najmilsze wspomnienie dotyczyło pewnej dziewczyny, która go tu zaciągnęła. Dalej mieszkała w tym samym mieście. Widywał ją dość często i wciąż, kiedy tylko ją widział, miał na nią ochotę. Mimo że był to jego pierwszy raz, to było mu dobrze. Myślał, że ona też robi to pierwszy raz. Z biegiem lat okazało się, że nie. Zasłynęła z tego, że lubiła brać do ust. Nim skończyli pobliski ogólniak, zaliczyła kilku chłopaków. Pewnie gdyby teraz miał okazję, nie odmówiłby jej tej przyjemności. Mimo upływu lat była dalej niesamowicie seksowna i powabna. Wiele razy pod prysznicem marzył o niej i o tym, co by z nią robił. Uwielbiał się wtedy masturbować i wyobrażać sobie, że spuszcza się w jej delikatne usta. Myśląc o tym, poczuł, że krew napływa mu do krocza. Rozejrzał się wokoło zawstydzony i nagle coś usłyszał. Delikatne brzęczenie. Dobiegało z daleka. Podniósł głowę i przez pewien czas rozglądał się po niebie. Dźwięk był coraz bardziej wyraźny.
– Tu jesteś – powiedział do siebie.
Wysoko od strony lasu nadlatywał dron. Niewielki, ale wydający charakterystyczny dla tego urządzenia dźwięk. Wiele razy zastanawiał się nad tym, czy to jakaś jego przypadłość. Miał bowiem wrażenie, że jak słyszy ten dźwięk, to tylko on podnosi głowę i wpatruje się w niebo. Kiedyś w taki sposób dostrzegł przelatujący mu nad głową amerykański samolot bezzałogowy. Wtedy też usłyszał nienaturalne bzyczenie. Co prawda obiekt był bardzo wysoko, ale on go usłyszał. Po chwili dostrzegł przesuwający się po niebie charakterystyczny szary samolot. Przypomniał sobie wówczas informację, którą usłyszał w wiadomościach. Mówili, że nad całą Polską będą latały takie samoloty w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży. I jeden taki patrolował właśnie niebo nad Siewierzem.
Dron obniżył lot i zawisł centralnie nad zamkiem. Po chwili jednak się poderwał, po czym przeleciał nad murami i ponownie obniżył lot, tak że znalazł się na wysokości kilku metrów nad ziemią. A dokładnie nad ścieżką prowadzącą obok zamku. Michał przez cały czas, od kiedy go zauważył, nieustannie mu się przyglądał.
Dron jak porażony piorunem nagle przyspieszył i zaczął lecieć w jego stronę. Mignął mu tuż nad głową ze znaczną prędkością, po czym poszybował dalej i zniknął za murami zamku. Wyglądało to tak, jakby jego operator obleciał nim zamek dookoła, bo po chwili pojawił się z drugiej jego strony.
– Co za debil – wydusił z siebie Michał.
Dron się zatrzymał i zawisł ponownie w powietrzu dokładnie tam, gdzie wcześniej rozpoczął swój szaleńczy lot. Michał miał wrażenie, że jego kamery skierowane są w jego stronę. Podniósł rękę i wyprostował środkowy palec, po czym ruszył w stronę wielkich wrót zamku.
Ruiny często były pożądanym obiektem do filmowania. W internecie po wpisaniu w wyszukiwarce hasła „zamek w Siewierzu” można było obejrzeć sporo takich filmów. Jedne były ciekawie zrealizowane, a inne wręcz przeciwnie. Michał pomyślał, że zapewne jeszcze tego samego dnia znajdzie i ten ze swoim palcem w górze. Myśląc o tym, uśmiechnął się.
Przed wielkimi wrotami zamku zatrzymał się ponownie. Odszukał w kieszeni klucz i przekręcił go w zamku. Jednak nim otworzył drzwi, obejrzał się za siebie, bo usłyszał nadlatującego drona. Ten teraz zawisł dokładnie naprzeciwko wejścia do zamku. Wyglądał jak czyhający na swoją ofiarę wielki owad.
– Nie no, to już jest przegięcie – powiedział na głos.
Miał ochotę rzucić czymś w niego. Nawet się rozejrzał, co operator drona zapewne zauważył, bo ten nagle nerwowo się cofnął. Jednak kiedy Michał nie znalazł niczego, co mogłoby posłużyć jako broń dalekiego zasięgu, urządzenie ponownie wróciło do swojej pierwotnej pozycji.
– A, mam cię w… – nie dokończył i złapał za wrota.
Otwierał je wolno, bo były ciężkie i potężne. Stał właśnie na moście zwodzonym, który w naturalnych warunkach powinien być podniesiony i zabezpieczać owe wrota przed otwarciem przez najeźdźców i dostaniem się do środka. Zapewne kiedyś tak było i tylko od wewnątrz, tuż po spuszczeniu zwodzonego mostu, można było te wrota otwierać. Ile już razy pokazywał zwiedzającym ten zamek i mechanizm jego działania. Opowiadał im wtedy wiele związanych z tym mostem ciekawych historii. O części z nich słyszał, a cześć z nich wymyślił na podstawie odkrytych tu przedmiotów.
Dobrze pamiętał, jak wyglądał zamek bez tych wrót i tego mostu. Tyle razy przesiadywał tu ze spuszczonymi nogami, leżąc na kamieniach i patrząc w wieczorne niebo. Wtedy nad jego głową nie latał żaden dron, a co najwyżej mieszkające w zamku nietoperze. Wówczas budynek nie był oświetlony, a jedynym, co mogło rozświetlać go nocą, były palone na dziedzińcu ogniska. Teraz zamek wyglądał zupełnie inaczej. To dzięki niemu i lokalnym władzom udało się doprowadzić go do takiego stanu. Remontów zaplanowanych było jeszcze sporo, ale funduszy już coraz mniej. Teraz nie dałoby się dostać do zamku ot tak przez dziurę. Mury były odnowione i odrestaurowane. Dziury zamurowane i zakratowane. Choć oczywiście dla chcącego nie ma nic trudnego i jakby się ktoś uparł, to zapewne by się tu dostał.
Michał otworzył wrota szeroko i nagle zrozumiał, co operator drona chciał sfilmować. W tym samym momencie poczuł, jak ten przelatuje nad jego głową. Podmuch powietrza był odczuwalny. Dron przeleciał kilka centymetrów nad jego włosami, burząc starannie przygotowany nieład.
– Ja pierdolę! – Tym razem powiedział to znacznie głośniej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:
PRAWDZIWE PIEKŁO ROZGRYWA SIĘ NA ZIEMI
Patrycja, nauczycielka ze Śląska, chciała jedynie zapewnić dzieciom interesującą, bezpieczną wycieczkę. Zamiast tego w Podziemiach Będzińskich trafia na zwłoki brutalnie zamordowanej osoby. Niedługo potem znika jedna z jej uczennic.
Wszystkie ślady na miejscu przestępstwa wskazują, że nauczycielka jest w jakiś sposób powiązana ze zbrodnią. Pozostawione przez mordercę napisy, świece i znajoma muzyka każą kobiecie wrócić do wydarzeń z dzieciństwa, o których zdążyła już zapomnieć. Skrawki zatrważających wspomnień są jednak jej jedyną szansą na odnalezienie zaginionej dziewczynki…
Z czasem Patrycja daje się wciągnąć w szaloną grę przebiegłego sprawcy. Szybko okazuje się, że pierwsze morderstwo nie było ostatnim. Szatan z Zagłębia dopiero się rozkręca – i nie spocznie, póki nie ściągnie wszystkich wybranych dusz do piekła.
Znamię. Wszyscy jesteśmy marionetkami
ISBN: 978-83-8373-517-7
© Robert Szafraniec i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Angelika Kotowska
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
