Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Płonie ognisko i szumią knieje,
A morderca jest wśród Was…
Złorzecze ukryte wśród lasów wydaje się miejscem, gdzie nic się nie zmienia. Do czasu.
Nad Borami Tucholskimi przechodzi wichura, która łamie drzewa jak zapałki i zmienia spokojną okolicę w chaos. Wśród powalonych pni, zostaje znalezione ciało Jana Śliwy. Wszystko wskazuje na tragiczny wypadek.
Ktoś zaczyna zadawać pytania.
Ktoś inny woli, żeby odpowiedzi nigdy nie padły.
Bo w Złorzeczu każdy ma coś na sumieniu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Minęło wiele miesięcy, Ale mnie nic nie minęło. Czas dla mnie w miejscu przystanął; Takie jest, chłopcy, takie jest piekło (…)”
Edward Stachura, A kiedy znowu ruszą dla mnie dni
Zacharczał. Flegma zebrała mu się w ustach, wypluł ją na mech porastający leśne poszycie. Żar lejący się z nieba pozbawiał go sił. Pot spływał mu po karku, zbierał się w końcówkach siwych włosów, które zapomniał rozczesać przed wyjściem. Pasiasta koszula przykleiła się do pleców; czuł, że wykwitła na niej ogromna plama potu. Spojrzał na swoją trzęsącą się dłoń pokrytą licznymi przebarwieniami. Nie pomyślał o zabraniu jednego z bidonów z kranówką, które kierowniczka rozdawała wszystkim mieszkańcom Domu Seniora w Złorzeczu, gdy ci wychodzili poza granice ośrodka.
Chciał przemknąć po cichu, bez gapiów, ale i to się nie udało. Krystyna spojrzała na niego znad krzyżówki panoramicznej – zmarszczyła nos, poprawiła okulary zsuwające się z nasady nosa, a potem pośliniła palec wskazujący i przewróciła kolorową stronę gazetki. Udali, że nie widzą siebie nawzajem.
Gdyby wczorajszego wieczora obejrzał pogodę zaraz po Wiadomościach, dowiedziałby się, jakie są zapowiedzi synoptyków. Długi spacer leśnymi traktami odłożyłby na później i zamiast tego spod rozłożystego dębu spoglądałby na przetaczających się deptakiem turystów, wiedzionych zapachem gofrowego ciasta i ryby smażonej na głębokim oleju.
Ten gwar nigdy mu nie odpowiadał. Wolał ciszę. Szum starodrzewia, chrzęst patyków łamanych pod naporem ludzkiej stopy, kakofonię odgłosów leśnego ptactwa, która towarzyszyła mu od najmłodszych lat.
Zatrzymał się, spojrzał w górę. Wiatr targał górnymi partiami sosen, tworząc uspokajające dźwięki, które miastowi nazywali „muzyką relaksacyjną”. On uznawał to za domowe zacisze.
W oddali dojrzał stary słupek. Biała farba odłaziła z betonu, czyniąc numery leśnych oddziałów nieczytelnymi. Zirytował się. Za jego służby porządkowi co tydzień sprawdzali stan słupków oddziałowych. Zostawienie partii lasu bez opisu równało się z naganą. Teraz, gdy młodzi przejęli stery, zmieniły się też obowiązki.
Przysiadł na słupku i zaczął masować sflaczałe łydki, odwykłe od długich wędrówek. Mimo wciąż średniego wieku uważał się za staruszka, który przeżył tak wiele, że nie pozostało mu nic, tylko umrzeć. Potajemnie marzył o tym, aby śmierć przyszła we śnie i uwolniła go od sfatygowanego ciała.
Powiódł wzrokiem po okolicy – nie po to, by się odnaleźć, tylko dla czystej przyjemności. Nie potrzebował mapy, znał ten las na pamięć. Na lewo rozciągał się brzozowy zagajnik; mało który mieszkaniec Złorzecza wiedział, że w październiku obfitował on w maślaki i koźlaki, bo ludzie mijali go, pędząc w kierunku słynnych Górek. Tą nazwą okrzyknięto wiele lat temu kilka wzniesień za zagajnikiem, gdzie w rowkach między wzgórkami ustawiały się w szeregu czarne łepki, prawdziwki i zajączki. On jednak nigdy nie chodził na Górki. Wolał jajecznicę z kurkami, a te można było znaleźć po drugiej stronie leśnego traktu; tam, gdzie ścieżka delikatnie schodziła w dół i zakręcała w stronę rzeki, kurki wręcz same wskakiwały do koszyka.
Usłyszał trzask łamanej gałęzi, więc podniósł się ze słupka i obejrzał za siebie. Las powoli ciemniał. W oddali, między sosnowymi gałęziami, dojrzał czarne chmury piętrzące się nad Borami Tucholskimi niczym kłęby czarnego dymu.
Gdyby śledził kanał informacyjny oglądany we wspólnym salonie Domu Seniora, dowiedziałby się, że niecałe dwadzieścia kilometrów od Murszał powstaje potężny wał szkwałowy, który lada chwila może urządzić piekło nad leśną doliną. Usłyszałby o zaleceniach, aby zostać w domu i zabezpieczyć lżejsze przedmioty przed wiatrem. Właścicielka Domu powoli zagoniłaby ich do pokoi i przygotowałaby w każdym pomieszczeniu świeczki wraz z firmowym pudełkiem zapałek. Nigdy jednak nie rozsiadał się wśród mieszkańców. Zresztą nie miał już nikogo, kto chciałby z nim rozmawiać.
Od strony rzeki dochodziły głośne śmiechy. W miarę jak zbliżał się do skrzyżowania leśnych ścieżek, dźwięk rozmów się nasilał. Przyspieszył. Zza zakrętu wyłoniły się trzy osoby. Kobieta o kręconych włosach trzymała za rękę mężczyznę ubranego w śmieszne, różowe spodenki. Śmiali się, pokazywali coś sobie na telefonach, zamiast podziwiać leśny krajobraz. Za nimi podążał mężczyzna w średnim wieku. Turyści przystanęli, gdy zauważyli, jak starszy człowiek skręca w stronę Murszał.
– Zaraz będzie burza!
Usłyszał krzyk kobiety, jednak się nie zatrzymał. Zaszedł zbyt daleko, żeby się wycofać. Obejrzał się za siebie, ale tamci zniknęli już za zakrętem.
Cisza powoli obezwładniała kolejne partie boru. Ptaki zamilkły jeden po drugim, wiatr ustał, jakby dostosowywał się do złowrogiego nastroju, Powietrze, cięższe i gęściejsze, spowodowało u niego trudności z oddychaniem. Słońce jeszcze ogrzewało mu twarz, jednak za plecami ciągnęła się już bezkresna ciemność, jakby noc mieszała się z dniem. Przyspieszył kroku.
Znowu to usłyszał, ten trzask, teraz już bliżej. W oddali dojrzał zwierzę. Wilk? Jenot? Nie potrafił rozróżnić, przydałyby się okulary, które zostawił na rozgrzebanym łóżku w pokoju. Zwierzę wpatrywało się w niego z oddali, jakby czekało na sygnał. Albo kolejny ruch kogoś, kto od pewnego czasu deptał mu po piętach, ale jeszcze się nie ujawnił. W trakcie trzydziestoletniej służby leśnej nauczył się rozróżniać dźwięk ludzkich kroków na ściółce.
Między drzewami dojrzał w końcu dom z czerwonej cegły. Odetchnął z ulgą, jak za każdym razem, gdy wracał do siebie.
Niewielki budynek zapadał się w sobie. Jedna ze ścian, czarna od sadzy, komponowała się z ciemnym tłem ogromnej chmury zmierzającej na zachód. Biała olejna farba, którą pomalowano drewniane okna, odchodziła płatami z ram. Mech pokrywał parapety i część cegieł, sprawiając, że dom stawał się częścią leśnego krajobrazu. Drewniane, masywne drzwi zachowały kolor kasztanowej bejcy, ale tutaj również dojrzał skrawki zielonkawej rdzy, jak zwykł nazywać glony atakujące drewno. Zapadnięty dach chałupy odkrywał drewnianą więźbę, nadgryzioną na rantach przez korniki i spuszczele, a porośnięta mchem część papy oparła się na dwóch belkach stojących przed domem, tworząc swoisty baldachim – był niczym weranda, którą zawsze chciał zbudować, ale nigdy nie znalazł na to czasu.
Powinien przychodzić tu częściej. Zadbać o swoją spuściznę, zeskrobać nalot i przemalować drzwi na nowo. Chwycił mosiężną klamkę. Skrzydło przesunęło się ociężale, z trudem, zostawiając na podłodze wyraźny ślad zbieranej warstwy kurzu. W środku pachniało stęchlizną i wilgocią. Odgłos jego kroków odbijał się od pustych ścian. W głównym pomieszczeniu zauważył jedynie nadgryzioną przez myszy i robactwo wersalkę z wystającymi sprężynami oraz dwa drewniane krzesła, każde z wyciętym na oparciu serduszkiem. Kiedyś przemalował je na niebiesko, teraz po kolorze zostały tylko zwinięte w ruloniki fragmenty olejnej farby, która zatrzymała się w warstwie kurzu niczym owad zatopiony w żywicy.
Przechodząc przez dom, usłyszał wiatr przetaczający się przez poddasze budynku. Niskie i wysokie dźwięki nasilały się, cała konstrukcja skrzypiała pod naporem wzburzonego powietrza. Przez cały sufit ciągnęło się pęknięcie; urywało się tuż przed niewielkim pomieszczeniem pozbawionym drzwi. Zajrzał tam tylko na chwilę. Odór dochodzący ze środka nie pozostawiał złudzeń. Szambo wybiło w łazience i ekskrementy zalały posadzkę, a potem wyschły pod wpływem wysokiej temperatury. Zdziwił się, że mimo upływu lat ten odór nadal unosi się w powietrzu. A może to zbliżająca się burza powodowała nasilenie zapachu?
Przeszedł szybko do kolejnego pomieszczenia. Podłoga skrzypiała w tych samych miejscach, co zawsze. Wiedział, że należy ominąć dwie deski bezpośrednio stykające się z framugą łazienki. Zapadały się pod ciężarem i w każdym momencie mogły się złamać, w końcu drewno na pewno już spróchniało, osadzone jedynie na leśnym piasku.
Niewielki pokoik wydawał się najmniej zniszczony, ocalało w nim też najwięcej mebli. Metalowa rama łóżka pokryła się rdzą, ale gdzieniegdzie zostały jeszcze resztki różowej farby. W rogu pomieszczenia znajdowało się niegdyś ładne drewniane biurko. Drzwiczki jednej z szafek zwisały na metalowym zawiasie, również pordzewiałym, na półce dojrzał resztki zamalowanego papieru. Materac, podobnie jak poduszkę, przeżarły mole. Zostało po niej tylko trochę pierza, lekko unoszącego się nad ziemią. Spojrzał na ściany pokryte dziecięcymi rysunkami wykonanymi olejnymi kredkami. Na dole same kreski, pod parapetem zaczynały się już kwiatki i serduszka. Wokół okna odczytał powtarzające się słowo, napisane nieco koślawie dziecięcą ręką: „mama”.
Podniósł wzrok. Na jednym z dziecięcych krzesełek siedziała postać w kurtce przeciwdeszczowej, jakby szykowała się na załamanie pogody. Kaptur zakrywał jej twarz.
– Co było takiego pilnego, że musiałem się tu fatygować? – zapytał Jan, siadając naprzeciwko. Całe życie czekał na odpowiedzi. Podskórnie czuł, że dziś otrzyma ich aż w nadmiarze.
Postać podniosła głowę, jej kaptur zsunął się na plecy.
– Ty mi powiedz. Co to jest?
Jan sięgnął po kartkę papieru. Rozłożył ją i uśmiech wypłynął mu na twarz.
Sprawiedliwość jednak istniała.
***
Wycieraczki ledwie zbierały wodę z przedniej szyby samochodu. Dociskał do niej nos, próbował dojrzeć chociaż skrawek leśnej drogi. Stali tak od dwudziestu minut, zamknięci jak sardynki w metalowej puszce.
– Marek, boję się…
Jego narzeczona wciśnięta w fotel pasażera z przerażeniem spoglądała na to, co działo się przed ich oczami. W ręku trzymała smartfona, nagrywała krajobraz za przednią szybą.
Wir pędzący prostopadle do trasy podrywał na kilka metrów w górę wszystko, co stało na jego drodze. Samochód drżał, jakby sam miał się unieść i dołączyć do leja sunącego kilkaset metrów przed nimi. Przeraźliwy świst dudnił nad ich głowami.
Tam, gdzie las się kończył, stała kiedyś niewielka, zapuszczona szopa. Teraz pojedyncze deski unosiły się w powietrzu i wirowały, rozrzucane na wszystkie strony. Jedna z nich upadła nagle na maskę samochodu.
– Marek!
Narzeczona złapała go za rękę i schowała twarz w zagłębieniu jego obojczyka. Drugą dłoń nadal opierała na desce rozdzielczej samochodu. Ekran jej telefonu ukazywał szybę zalewaną strugami deszczu i widoczne kłębowisko chmur z trąbą powietrzną na przedzie.
Nie dziwił jej się. Sam miał ochotę zamknąć oczy i modlić się o szybki i bezbolesny koniec. Że też podkusiło ich dzisiaj na spływ kajakowy! Od wczoraj pogodynki na każdym kanale telewizyjnym ostrzegały: „Burze prognozowane w pasie od morza, przez Kujawy, aż po ziemię świętokrzyską. Prosimy obserwować gwałtownie zmieniające się wskazania atmosferyczne”, tylko że rano przywitało ich gorące słońce… Szkoda było nie wykorzystać go na powolny spływ po rzece.
Trąba powietrzna leniwie przesuwała się w stronę lasu. Zostawiła za sobą zwalisko desek i zielonych gałęzi. Brzozy stojące niegdyś przy szopie leżały teraz na środku leśnej drogi. Ich długie, ubłocone korzenie zwisały przed samochodem. Kilkumetrowa wyrwa w ziemi odcięła im drogę ucieczki po poboczu. Marek próbował wycofać samochód, ale w stresie skręcił za bardzo w prawo i wpadł tylnym kołem w przydrożny rów. Musieli czekać.
Dziękował Bogu, że ich przewodnik zdecydował się na skrócenie spływu. Gdyby teraz znajdowali się na rzece… Zawsze uważał, że utonięcie jest najgorszym ze sposobów na śmierć.
Przypatrzył się sosnom, które jak patyki zaczęły się łamać pod naporem wirującego w leju tornada. Ścisnął mocniej narzeczoną.
– Ojcze nasz, któryś jest w niebie… – Usłyszał jej płaczliwy szept.
Modlitwa wydawała się teraz jedynym słusznym pomysłem. Chciał przeżyć. Obudzić się w swoim mieszkaniu. Zjeść śniadanie na balkonie, pooglądać telewizję.
Długie światła, które zostawił włączone, jakby przygasły. Poczuł narastający lęk, paraliżujący go od środka. Jeśli padnie akumulator, zostaną w leśnej głuszy. Sami.
Snop światła powoli zmniejszał swój zasięg. Nagle przy leżącej brzozie zamajaczył poruszający się szybko kształt. Człowiek! Sam, pośrodku szalejącej nawałnicy!
Szyby auta zalewały strugi wody niczym w myjni samochodowej, chłopak musiał więc się dokładnie przyjrzeć, ale był prawie pewien, że ktoś biegnie w ich stronę.
Światła oślepiły jeszcze postać, a potem zgasły.
***
– No dalej! – krzyknął ze złością.
Na oko dziesięciometrowa sosna zwaliła się pod naporem trąby powietrznej i zablokowała wyjazd z wioski, a on jako jedyny znajdował się obecnie na moście. Zatrąbił, choć sam nie wiedział po co. Drzewo samo się przecież nie przesunie. Ale gdzie straż? Gdzie służby? Powinni zająć się usuwaniem drzewa z powiatówki, tak, aby ułatwić przejazd do sąsiedniej miejscowości! Zatrąbił jeszcze kilka razy, dając upust nerwom.
Nawałnica oddalała się znad Złorzecza, pierwsze promienie słońca oświetlały krajobraz. Rozejrzał się i zamarł. W Duszycy leżało kilkadziesiąt połamanych drzew, woda powoli piętrzyła się na zanurzonych gałęziach. Naturalna tama zablokowała jej swobodny przepływ. Przyjrzał się położonemu nieopodal Domowi Seniora, który zawsze prezentowano na widokówkach ze Złorzecza. Taki dostojny dworek, z przystanią nad rzeką… Jeśli strażacy nie zdemontują tej samozwańczej tamy, lada chwila woda wybije i nie dość, że będą walczyć ze skutkami trąby powietrznej, to jeszcze dostaną powódź gratis.
– Kurwa…
Wrzucił wsteczny i powoli wycofał auto z mostu. Lewa noga zaczęła mu nerwowo podrygiwać. Gdyby nie automatyczna skrzynia biegów, miałby spory problem z prowadzeniem pojazdu. Pot wystąpił mu na czoło, więc otarł je dłonią, po czym ponownie skupił wzrok na obrazie w lusterku wstecznym.
Na tylnym siedzeniu jego auta leżał szary prochowiec umazany krwią.
Utknął w tym gównie na dobre.
Głowa denata zwisała bezwładnie, zaś siwe włosy skutecznie zakrywały twarz nieboszczyka. Ręce rozłożone po bokach zamarły zaciśnięte w pięści. Fragment ułamanego pnia sosny przebił klatkę piersiową na wysokości serca, wyrywając w niej tak dużą dziurę, że widać było poharatane wnętrzności. W powietrzu zaczynał unosić się gnilny odór rozkładającego się ciała. Wokół, zwabione zapachem, krążyły już pierwsze muchówki.
Złamany pień unieruchomił ciało około trzy metry nad ziemią. Zwłoki wyglądały jak nabite na pal, na wzór średniowiecznych egzekucji. Krucha kora sosnowa spadła płatami na leśną ściółkę, drzewostan wokół przypominał połamane zapałki, zaś wyrąb ciągnął się wzdłuż traktu aż po horyzont.
Nadkomisarz Paweł Jaworzyna chłonął ten obraz przez kilkanaście minut. Musiał podejść aż pod złamaną sosnę, aby przyjrzeć się twarzy denata. Potem szybko stamtąd uciekł, zakrywając usta chusteczką higieniczną znalezioną w kieszeni spodni. Mdłości, które ogarnęły go, gdy stał przy trupie ostatecznie minęły i pozostawiły po sobie zgagę. Odór rozkładających się zwłok powoli zabijał wszelkie leśne zapachy.
Próbował przypomnieć sobie więcej z artykułu o entomologii sądowej, który czytał parę miesięcy wcześniej – o tym, jak owady potrafią stanowić swoisty zegar dla śledczych, jak dzięki obserwacji różnych gatunków można stwierdzić datę zgonu. Wtedy uważał, że tekst wyolbrzymia skuteczność tej metody. Teraz, widząc, jak szybko robactwo pojawiło się wokół zwłok, zrozumiał, że człowiek może zniknąć z powierzchni ziemi, i to jeszcze zanim zostanie pogrzebany w trumnie.
Zapowiadały się spokojne, wakacyjne miesiące. Pijani turyści, drobne rozróby w barze Teksański, ewentualnie kilka kradzieży gotówki z food trucków rozstawionych na deptaku. Na początku roku, gdy oficjalnie rozmawiał z komendantem policji w Zgliszewie, sam wyznaczył koniec sierpnia jako ostateczny termin przejścia na emeryturę. Chciał domknąć rozgrzebane sprawy, zarchiwizować dokumentację walającą się na biurkach podwładnych i dopracować wszystko tak, żeby nikt się do niego nie przyczepił. Potem zamierzał odejść w ciszy i spokoju, zamknąć drzwi posterunku z poczuciem dobrze wykonanej pracy.
Ogromna wichura przetaczająca się przez Bory Tucholskie powaliła jego plany na ziemię tak jak kilkadziesiąt hektarów sosnowego lasu.
Odszedł parę kroków i rozejrzał się po scenerii, która mogłaby zostać wykorzystana w filmie katastroficznym. Wcześniej o takich wydarzeniach tylko słyszał, oglądał podobne obrazy w programach informacyjnych, gdy na ekranie pojawiał się żółty pasek z napisem: „z ostatniej chwili”, ale po kilku minutach zazwyczaj kończył jeść obiad i wyłączał telewizor, wracał do spokojnej, złorzeczańskiej rzeczywistości. Tym razem nie mógł.
Pomaszerował w kierunku grupy ludzi stojącej pod oddalonym od zwłok o kilkadziesiąt metrów prowizorycznym namiotem skleconym z policyjnych parawanów oraz siatki maskującej używanej przez leśniczych. Osłaniał on zebranych przed makabrycznym widokiem.
– Bociński! – przywołał swojego podopiecznego. Blady na twarzy policjant stanął obok Pawła i co jakiś czas rzucał ukradkowe spojrzenia w kierunku zwłok. – Kto znalazł ciało?
Aspirant wskazał młodą parę, kobietę i mężczyznę, którzy stali pod zadaszeniem, odwróceni do policjantów plecami. Widział ich trzęsące się ciała. Dygotali z zimna czy może to stres spowodował drgawki nie do opanowania?
– To turyści – wyjaśnił Adam Bociński. – Chcieli wydostać się z lasu samochodem, ale auto utknęło przed trasą tucholską, potem tamtędy przeszła trąba, no i za bardzo nie mieli jak ruszyć. Aha, i podobno silnik im zgasł, w sensie akumulator padł. Wracali pieszo w stronę Złorzecza, znaleźli ciało.
– Przyjechałeś na miejsce pierwszy?
– Nie, leśnicy ich spotkali, jak pojawili się, by oszacować straty. Oni się ze mną skontaktowali przez krótkofalówkę. Nikt ciała nie ruszał, kierowniku.
Jaworzyna kiwnął głową. W skupieniu przyglądał się scenerii. Taśmy policyjne rozciągnięto w promieniu pięciu metrów od złamanej sosny, zahaczając je o pozostałości powalonych drzew. Panował totalny chaos. Wszechobecne sosnowe gałęzie utrudniały dojście do jedynego w okolicy pnia drzewa, który nie został wyrwany z ziemi. Korona sosny leżała pod pniem i to na niej zauważył kolejne robactwo spieszące ku górze, wprost do zwisającej nogi denata. Wokół walała się ziemia z wyrwanych siłą wiatru korzeni. Miały po kilkanaście metrów długości, a ich średnica wskazywała, że te drzewa musiały tu rosnąć od kilkudziesięciu lat i ot tak, w ciągu kilkunastu minut, zostały doszczętnie zniszczone. Westchnął, zmęczony samym widokiem zawieszonych kilka metrów nad nim zwłok. W myślach przeklinał ten dzień i to miejsce; miał wrażenie, że jakieś przeznaczenie, karma lub cholera wie co, sprawiło, że ostatnia sprawa w jego karierze dotyczy właściciela tego przeklętego domu.
Lustrował wzrokiem krajobraz. Coś mu umykało, nie wiedział jednak, co to za przeczucie. Czyżby odezwał się w nim głęboko skrywany instynkt komisarza? Od tak wielu lat nie prowadził żadnej sprawy związanej z ujawnieniem zwłok, że teraz każdy drobiazg prowadził do wysnuwania podejrzeń.
– Straszna śmierć, nikomu takiej nie życzę – mruknął Bociński i spuścił wzrok na ubłocone buty.
– Co masz na myśli?
– No wiesz, spotkanie w lesie trąby powietrznej… Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co czuł, jak go wbiła na pal tej sosny. I to przy rodzinnym domu. Myślisz, że to kara za jego grzechy?
Starszy policjant uniósł wzrok, zniesmaczony gadaniem aspiranta. Fakt, Jana Śliwę znali w wiosce wszyscy i nie miał on zbyt pochlebnej opinii wśród mieszkańców. Od kiedy wrócił do Złorzecza uchodził za samotnika i dziwaka, do tego ciągnęła się za nim ta przeklęta sprawa sprzed dwudziestu lat, nigdy niewyjaśniona… A teraz wisiał na drzewie w taki sposób, jakby siły natury same chciały wymierzyć sprawiedliwość. Jaworzyna jednak Boga by w to nie mieszał. Ludzie grzeszą codziennie, a wielu z nich nigdy nie zostanie ukaranych.
– Widziałeś te drzazgi wystające z piersi? – kontynuował Bociński. – Musiało nim grzmotnąć o to drzewo z pełną mocą. Wisi na jakichś dwóch i pół metrach. Nie wiedziałem, jak rozstawić parawany, bo ni chuja nie da się go osłonić. Przyjadą do niego kryminalni?
– Muszą. To trup na drzewie, nie da się tego ot tak wyjaśnić.
Aspirant przewracał butem leśny mech.
– Szefie… – Spuścił wzrok. – A wiadomo kiedy?
– Nie wiadomo.
Jaworzyna spojrzał na ubłocone buty. Ściółka leśna jeszcze mieniła się ostatnimi kroplami deszczu towarzyszącemu tornadu. Upał odpuścił, powietrze przyjemnie chłodziło mu kark.
Wichura wyrwała go z domowych kapci. Skończył jeść obiad i zamierzał włączyć zmywarkę, ale ta nie odpaliła. Zaklął pod nosem i już zamierzał skopać kuchenny sprzęt, gdy usłyszał wołanie żony z salonu. W milczeniu obserwowali przetaczające się przez las tornado. Trwało to dziesięć minut, góra dwadzieścia. Przyspieszony puls dudnił mu w uszach. Słyszał cichą modlitwę odmawianą przez Alinę pod nosem, gdy kobieta przyglądała się, jak kolejne drzewa opadają pod naporem wirującego wiatru.
Później nastała wszechogarniająca cisza, przerywana miarowym tykaniem starego zegara ściennego, nakręcanego zabytkowym kluczem. Jedyna pamiątka po jego zmarłych rodzicach wreszcie wyrwała go z marazmu i kazała mu działać. Na szary T-shirt zarzucił domową, flanelową koszulę, złapał w korytarzu służbowe buty i wodery używane podczas wędkowania. Z piskiem opon wyjechał w kierunku posterunku.
– Kryminalni siedzą w Wierzbówce pod Zgliszewem. – Postanowił wyjaśnić podwładnemu swoją lakoniczną odpowiedź. – Burza przeszła przez pole namiotowe i dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi. Podobno większość turystów to rodziny z dziećmi. Przyślą tu kogoś z dochodzeniówki, no bo mamy trupa, ale nie wiedzą kiedy, więc mamy pilnować zwłok i nikogo do nich nie dopuszczać.
– Świetnie. – Adam głośno przełknął ślinę. – A co z lekarzem?
– Zdecyduje prowadzący sprawę.
– Przecież zaraz się ściemni! – Aspirant nie krył oburzenia. – Wiedzą doskonale, że trzy wilki grasują w Murszałach od kwietnia. Ma tu wisieć tak z tymi robakami, które zaraz się pojawią?
Jaworzyna westchnął, zrezygnowany. Pierwszy raz w dwudziestopięcioletniej karierze stanął oko w oko z żywiołem i jego nieprzewidywalnymi następstwami.
Gdy w 1997 roku Polskę nawiedziła powódź stulecia, Duszyca tylko lekko wystąpiła z brzegów, a jedyną oznakę przetaczającej się przez kraj wody stanowiły worki z piaskiem. Profilaktycznie ustawiono je przy przystani na terenie podupadającego dworku, straszącego turystów wjeżdżających do Złorzecza. Powódź się skończyła, zabytek wyremontowała nowa właścicielka i po wielkiej wodzie zostały mgliste wspomnienia.
Trąba powietrzna, która przeszła dzisiejszego popołudnia nad Borami Tucholskimi, pozostawiła po sobie kilkunastokilometrowy pas powalonych drzew, który przypominał wyrąb lasu pod budowę autostrady. Zniszczyła wszystko na swej drodze, a Złorzecze tymczasowo odcięła od cywilizacji. Jaworzyna liczył na to, że Jan Śliwa będzie jedyną ofiarą tego tornada na jego służbie.
Zostawił podwładnego i ruszył do radiowozu, by ponownie skontaktować się z komendą powiatową w Zgliszewie. Dosadnie opowiedział dyżurnemu, w jakim stanie są zwłoki i kto jeszcze może być zainteresowany ich zjedzeniem. Najwidoczniej jego opowieść zrobiła wrażenie, bo po pięciu minutach skontaktował się z nim komisarz Tomasz Wilczak z prośbą o przekazanie mu danych lokalizacyjnych.
Jaworzyna sięgnął po kluczyki, otworzył bagażnik i zajrzał do środka. Pomiędzy ciuchami roboczymi, kilkoma parami lateksowych rękawiczek i wędką spinningową pozostałą po ostatnim wypadzie nad rzekę, odnalazł nietknięty wagon ukraińskich papierosów, zarekwirowany w zeszłym miesiącu. Kluczykiem rozciął folię i wyciągnął jedno opakowanie fajek. Pomacał się po kieszeniach koszuli. Na piersi wyczuł płaski kształt i wyciągnął zapalniczkę Zippo z wizerunkiem pstrąga, którą żona ofiarowała mu na dziesiątą rocznicę ślubu. Pospiesznie odpalił papierosa i mocno wciągnął dym w płuca.
Smród nikotyny wreszcie zniwelował uczucie mdłości. Policjant odetchnął, zamknął oczy. Kilka miesięcy bez papierosa w ustach szlag trafił.
Schował paczkę do kieszeni koszuli razem z zapalniczką i zamknął bagażnik. Obiecał sobie w duchu, że to tylko jedno opakowanie, a po dzisiejszym dniu wróci do zdrowego trybu życia, jakim katował się od stycznia, od wizyty u lekarza.
Ponownie skierował wzrok na ciało Jana Śliwy i ruszył w kierunku taśmy policyjnej. Wolnym krokiem obszedł wyznaczone miejsce. Starał się dojrzeć cokolwiek, co wskazywałoby na przyczynę śmierci. Wreszcie odetchnął z ulgą. Wychodziło na to, że Jan Śliwa postanowił odwiedzić stare kąty i wybrał do tego najgorszy moment, kiedy pogoda zgotowała piekło w tej okolicy. Powierzchowne oględziny przerwał mu Bociński, który z wyraźną niechęcią kierował się w stronę trupa.
– Przysyłają kogoś. Czekamy – odpowiedział aspirantowi, zanim tamten zdążył zapytać.
– A co robimy z tymi ludźmi? – Podwładny wskazał na grupkę stojącą w namiocie.
Jaworzynę rozbolała głowa. Telefony nadal nie działały po wichurze, ale w takim miejscu plotka najszybciej przenosi się z ust do ust. Kilkanaście osób stojących w namiocie mogło sprawić, że zanim wróci do Złorzecza, wszyscy wydadzą własny osąd w sprawie śmierci Śliwy. Co z tego, że komisarz Wilczak przejmie dochodzenie, skoro to on będzie walczył z miejscowym gadulstwem?
Docisnął niedopałek papierosa do sosnowej kory, po czym wyjął z kieszeni spodni rozmemłaną chusteczkę i schował tam peta. Bez słowa ruszył w kierunku prowizorycznego namiotu. Ukłonił się leśniczemu, który wraz z drugim pracownikiem zaznaczał na mapie zasięg wyrębu w oparciu o to, co zauważyli gołym okiem. Na ich twarzach malowała się boleść nad hektarami upadłego lasu, który rósł w tym miejscu od tak wielu lat.
Przywitał się również z ludźmi, którzy przyszli z sąsiedniego gospodarstwa, tachając piły spalinowe, gotowi do pomocy w wyrębie. Policjant znał ich ciężką sytuację materialną i podejrzewał, że ojciec z synem liczyli na darmowe drewno, aby palić nim na zimę w chałupie. Mężczyzna, blady na twarzy, ledwie podał dłoń Jaworzynie; ewidentnie nie chciał nawet zerkać w stronę trupa, za to jego szesnastoletni syn co chwila wyglądał z namiotu.
Jaworzyna podszedł w końcu do pary turystów. Na oko trzydziestoletni mężczyzna podał mu rękę, na jego twarzy pojawiła się wyraźna ulga. Kobieta w podobnym wieku wspierała się na jego ramieniu. Wzrok miała mętny, rozbiegany, nie potrafiła spojrzeć nikomu w oczy.
– Paweł Jaworzyna, kierownik posterunku w Złorzeczu – przedstawił się standardową formułką. Zamierzał szybko przeprowadzić przesłuchanie, nie bawiąc się w grzeczności. – To państwo znaleźli ciało?
– Tak. – Mężczyzna pokiwał głową. – Marek Kryska, a to moja narzeczona Iga.
Kobieta wreszcie podniosła wzrok, trzęsącą się rękę wysunęła w kierunku policjanta. Jaworzyna ścisnął ją szybko i mocno. Wykrzywiła usta w grymasie.
– Zadam kilka krótkich pytań i wrócą państwo do siebie.
Wyjął z kieszeni spodni telefon i otworzył aplikację notatnika. Nigdy nie pamiętał, by zabrać ze sobą notes. Telefony komórkowe z funkcją notatnika uratowały go już wiele razy podczas nagłych wezwań.
– Gdzie się państwo zatrzymali?
– W Leśnej Dolinie – odpowiedziała kobieta i wyciągnęła własny telefon z kieszeni. Włączyła go i obróciła ekran w stronę policjanta. – Myślałam, że umrzemy tam na drodze. Proszę spojrzeć! To się odbywało na naszych oczach, jak w najgorszym koszmarze!
Jaworzyna sięgnął do drugiej kieszeni flanelowej koszuli, gdzie w ostatniej chwili przed wyjściem z domu wrzucił okulary do czytania. Nasunął je na nos i zdębiał. Nagranie ukazywało wnętrze auta i przechodzącą przed nim trąbę powietrzną. Spojrzał na młodą turystkę z wyraźną niechęcią. Jak bardzo można być zadufanym w sobie, aby w obliczu takiego żywiołu nagrywać filmik? Pewnie zaraz trafi on do sieci z podpisem: „Szok! Uwięzieni w aucie w obliczu trąby powietrznej”, żeby zebrać lajki i komentarze.
Nienawidził tych technologicznych nowości. Może gdyby z Aliną mieli dzieci, zmusiłby się do odwiedzania mediów społecznościowych, które w dwudziestym pierwszym wieku zaatakowały świat. A tak to jedynie denerwowało go zidiocenie społeczeństwa na punkcie wrzucania prywatnych zdjęć do Internetu i komentowania wszystkiego, byleby się dopieprzyć.
– Kręciła pani filmik podczas tornada? – W jego głosie dało się wyczuć niedowierzanie. – To dlatego nie wyjechali państwo z lasu, zanim nadeszła trąba?
Iga skuliła się w sobie i chciała schować komórkę do kieszeni, ale nadkomisarz złapał ją za nadgarstek.
– Co pan robi?!
– Robiła pani też zdjęcia ofierze?
Specjalnie użył tego słowa, aby spotęgować u niej uczucie dyskomfortu.
– Oczywiście, że nie mamy żadnych zdjęć z tego miejsca. – Narzeczony zabrał kobiecie telefon, odblokował go, włączył galerię i pokazał policjantowi. – Poza tym od momentu wichury nie działa ani Internet, ani sieć telefoniczna. Choćbyśmy chcieli, z nikim nie możemy się skontaktować.
Jaworzyna rzucił okiem na podstawione pod nos urządzenie i zauważył, że Iga fotografowała dosłownie każdą minutę ich życia. Oprócz kilkunastu zdjęć samej trąby powietrznej dostrzegł dwie fotografie zrobione w lesie przed wichurą, jakieś selfie nad rzeką oraz kilkadziesiąt zdjęć zrobionych podczas spływu kajakowego.
– Brali państwo udział w spływie?
– Tak, dzisiaj przed południem, razem z przewodnikiem. Pokazywano nam zakola Duszycy poza zalewem w Złorzeczu.
Policjant zaczął szybciej przerzucać zdjęcia w telefonie turystki. Zamarł na widok osoby towarzyszącej parze. Coraz trudniej było mu utrzymać spokój. Nigdy nie wierzył w przypadki, a służba policyjna utwierdziła go w przekonaniu, że coś takiego jak „przypadkowe spotkanie” albo „przypadkowa śmierć” nie istnieją.
Za wszystkim stał ktoś lub coś.
Zawsze.
Kolejne zdjęcie potwierdziło jego przypuszczenia. Spoglądał na brodatego mężczyznę, który w tle fotografii ustawiał kajaki przy brzegu rzeki.
– Czy możemy już wracać? – Turystka odzyskała głos i tym razem brzmiała stanowczo. – Jak długo mamy stać obok tych… zwłok? – Przytknęła dłoń do ust.
Jaworzyna prychnął pod nosem. Fetor rozkładającego się ciała roznosił się w powietrzu na kilkaset metrów, nie dało się go ominąć.
– O tym zadecyduje komisarz prowadzący sprawę – mruknął, po czym schował telefon kobiety do kieszeni. – Urządzenie tymczasowo rekwiruję, do wyjaśnienia sprawy.
– Ale… – Kobieta patrzyła na niego z niedowierzaniem. Jej dłoń, wyciągnięta w stronę telefonu, drżała. – Tam jest wszystko…
– Wytrzyma pani parę godzin bez komórki. W końcu i tak nie ma zasięgu, prawda?
W tym momencie nadkomisarz usłyszał szum silnika zbliżającego się auta. Przeprosił zebranych, kiwnął na Bocińskiego i razem podeszli do barczystego mężczyzny w skórzanej kurtce, który wysiadł z samochodu. Półdługie włosy związał na karku gumką, po czym odwrócił się w stronę miejsca oznaczonego taśmą. Gdy dostrzegł ciało, przez moment stał w bezruchu. W tym czasie z auta wysiadł niewysoki blondyn, trzymający w ręku srebrną, metalową walizkę. On tylko cmoknął, po czym otworzył bagażnik samochodu.
– Nadkomisarz Paweł Jaworzyna, to aspirant Adam Bociński. – Lokalny policjant postanowił pierwszy przedstawić siebie i podopiecznego.
– Komisarz Tomasz Wilczak. – Mężczyzna z kitką uścisnął im dłonie. – Możemy od razu przejść na „ty”?
– Jasne.
– Nie żartowałeś przez radio. Faktycznie macie tu mały pierdolnik. – Komisarz wskazał dłonią wydzielony taśmą policyjną obszar. – Możesz powiedzieć coś więcej?
Jaworzyna skrupulatnie opowiedział historię znalezienia ciała. Dodał, że tylko on i aspirant podchodzili do zwłok. Wskazał turystów, w skrócie przedstawił resztę osób drepczących pod namiotem, po czym zamilkł, wpatrując się w komisarza. Liczył na to, że nie będzie musiał sterczeć tutaj całą noc, pilnując trupa zawieszonego nad ziemią.
– Sprawdzisz to? – zapytał Wilczak blondyna, który w międzyczasie włożył biały kombinezon.
– Robi się.
– Planujesz emeryturę? – Tomasz zwrócił się do Jaworzyny. – Chodzą słuchy na posterunku, że szukają nowego kierownika komisariatu w Złorzeczu.
– Wystarczy mi tego gówna.
– Teraz korzystasz z okazji, po dwudziestu latach?
Nadkomisarz prychnął pod nosem, po czym oddalił się w kierunku technika kryminalistyki zbierającego materiały dowodowe. Nie zamierzał tłumaczyć się jakiemuś młokosowi z podejmowanych decyzji. Obserwował powolne ruchy drugiego mężczyzny, który najpierw obszedł wyznaczony obszar, potem dokładnie obejrzał ściółkę leśną i na końcu stanął pod drzewem z wiszącym ciałem, zdejmując kilka robaków do plastikowego pudełka.
Komisarz Wilczak w tym czasie wyjął krótkofalówkę, ustawił ją na odpowiednią częstotliwość, po czym z samochodu wyciągnął jednorazowe rękawiczki, założył dwie pary i podszedł do wyznaczonego obszaru. Trącił łokciem Jaworzynę.
– Załóż rękawiczki. – Wskazał swoje auto. – I niczego nie dotykaj bez naszej zgody.
Jaworzyna wykonał polecenie i poszedł za komisarzem. Starał się nie spoglądać w kierunku ceglanego domu, który nie wiedzieć czemu przetrwał przejście trąby powietrznej i nadal stał w miejscu, zaraz obok polany pełnej połamanych gałęzi.
Od dziewięćdziesiątego piątego roku był w tej okolicy dwukrotnie. Za pierwszym razem zaszedł tak daleko podczas wyprawy na pstrągi, które brały jak głupie. Kroczył po Duszycy w zielonych woderach z uśmiechem na twarzy, taszcząc coraz cięższy podbierak wypełniony rybami. Za zakolem zorientował się, że nie rozpoznaje już okolicy. Wyszedł na brzeg, dostrzegł czerwony szlak i skierował się na północ. Wkrótce znalazł się tuż przy domu Śliwów. Nie sądził, że udało mu się zajść tak daleko podczas niedzielnego połowu. Szybkim krokiem okrążył wtedy dom, nie pozwalając, by dopadły go wspomnienia.
Dzisiejsza, druga wizyta dłużyła mu się, wzmacniając niechęć do tego miejsca i przypominając mu o dawnych błędach. Jeśli mógł pomóc komisarzowi w przyspieszeniu oględzin, zamierzał to zrobić bez mrugnięcia okiem. To Wilczak pokieruje sprawą, on tylko zarządzał tym miejscem.
– I jak to widzisz, Zenku? – Tomasz spojrzał na technika.
– Trudno stwierdzić. Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby rzeczywiście to ta trąba go tu zawiesiła. Ciało dopiero co stężało, plamy opadowe wykształcają się w okolicy stóp, co by wskazywało na taką pozycję powieszenia ciała. Nie widać żadnych urazów oprócz najważniejszego: ułamanego pnia wbitego prosto w serce. Poza tym spójrz na ściółkę. Stoimy pod sosną, a wokół gałęzie brzozy i leszczyny. Rosną tu gdzieś takie?
– Rosły tam. – Jaworzyna wskazał na rozpadający się dom. – Cały zagajnik.
– No właśnie. – Technik ponownie cmoknął pod nosem. – Tomku, na moje, to dzwoń do jaśnie pani prokurator, że wstępnie to ofiara trąby powietrznej i będziemy ściągać ciało. Więcej ustali się w prosektorium, ale niech Grażyna to klepnie, bo te robaki zaraz go zjedzą i wtedy nawet sekcji się nie zrobi.
Komisarz wyszedł z zabezpieczonego obszaru i ponownie skontaktował się z kimś przez krótkofalówkę. Jaworzyna uśmiechnął się pod nosem. Mimo upływu lat nadal na miejscu zbrodni to technicy rozdawali wszystkie karty i dowodzili zespołem śledczym. To z nimi trzeba było dobrze żyć, jeśli chciało się rozwiązać sprawę bez komplikacji.
W ciszy przypatrywał się skrupulatnej pracy technika przy ciele denata.
– Jest tu we wiosce lekarz? – Zenek uniósł delikatnie koszulę wiszącą na trupie.
– Jeden dojeżdża do pracy w Domu Seniora. Mogę sprawdzić, czy został na noc.
Wilczak podszedł do taśmy policyjnej i rozejrzał się po okolicy. Jego wzrok spoczął na rozpadającej się budowli z czerwonej cegły.
– On tu mieszkał?
– To jego dom. – Jaworzyna przyjrzał się ruderze. – Po tym, jak zapadł się strop, zamieszkał na plebanii u miejscowego księdza, ale działki w Murszałach nie sprzedał.
– To co tu robił?
– To dziwak, dawny leśniczy. Często chodził po lasach na spacery.
Tomasz Wilczak kiwnął głową, po czym wskazał na namiot.
– Idę jeszcze rozejrzeć się w chałupie, a ty pozbądź się tych ludzi. Niech zostaną tylko ci, co znaleźli ciało. – Zatrzymał wzrok na siatce maskującej. – Wy to zbudowaliście? Muszę zrobić zdjęcia, to trzeba opatentować. W Wierzbówce mają problem nawet z rozłożeniem parawanu. Niezła robota.
– Dzięki.
– Aha, i jedźcie po tego lokalnego lekarza. Musimy mieć kogoś do stwierdzenia zgonu, a nikt od nas nie przyjedzie. Wszyscy siedzą na terenie pola namiotowego w Wierzbówce. Jak wrócę, powiem ci, co robimy. Zenku, przyjdź do mnie, jak tutaj skończysz.
– Robi się.
Nadkomisarz Jaworzyna kiwnął głową na odchodne, zadowolony, że ktoś przejął stery. Wezwał gestem Bocińskiego.
– Leć do Domu Seniora, potrzebujemy tu lekarza do stwierdzenia zgonu. Może Ruciński został u nich na noc.
Wręczył mu kluczyki do swojego samochodu.
– Jasne.
– I zabierz stąd tych ludzi, im mniej gapiów, tym lepiej.
– Wszyscy i tak zaraz będą wiedzieć o Śliwie.
– Dlatego lepiej, żeby nie oglądali go w takim stanie.
Obserwował, jak Adam machnięciem ręki zwołuje sąsiadów Śliwy. Jego myśli mimowolnie wracały do 20 maja 1995 roku. Coraz usilniej starał się je zdusić w zarodku. „To inna sprawa, nie ma żadnego związku”, powtarzał sobie w myślach, ale przestawał w to wierzyć.
Człowiek w całym swoim życiu najlepiej zapamiętuje momenty porażek. Należała do nich jego pierwsza samodzielnie prowadzona sprawa, którą zawalił z kretesem. Nigdy do niej nie wracał, mimo leżących na dnie szafy akt, których nie zarchiwizował podczas swojej wieloletniej służby. Oznaczałoby to całkowite pogodzenie się z tym, co uczyniło z niego zrzędliwego, starego mruka, któremu nikt pierwszy nie mówił „dzień dobry”.
Wziął trzy głębokie wdechy, a gdy odór rozkładającego się ciała doleciał do jego nozdrzy, wzdrygnął się i podszedł do leśników. Po krótkich wyjaśnieniach odeszli w kierunku służbowego jeepa.
W lesie nastała długo wyczekiwana cisza, przerywana szeptami turystów i trzaskami łamanych gałęzi. Początkowo nie zwrócił na nie uwagi, jednak z czasem zrobiły się coraz głośniejsze. Wyjrzał zza parawanu.
Przy taśmie policyjnej stał brodaty mężczyzna. Gdy usłyszał za plecami ruch, odwrócił się i wzdrygnął, spłoszony.
„Nie ma przypadków”, powtórzył Jaworzyna w myślach i ruszył w kierunku intruza.
***
Krata zabezpieczająca masywne dębowe drzwi nawet nie drgnęła, gdy dziewczyna przekręciła zamek w kłódce. Próbowała przesunąć jedno skrzydło, ale nadaremno. Długa na metr gałąź z pobliskiego dębu zaklinowała się między prętami, skutecznie blokując otwarcie Teksańskiego – najbardziej znanego baru w okolicy.
Obserwował dziewczynę z parkingu, oparty o bagażnik Audi A8, które sprowadził z Niemiec tuż po tym, jak matka zakupiła dworek w Złorzeczu. Ta nie rozumiała, dlaczego trwoni ciężko zarobione pieniądze na szybki wóz, ale Szymon Szypuła nigdy nie martwił się zdaniem innych. Wytłumaczył tylko, że jego fura będzie woziła jej tyłek od momentu zakupu, a dom, w który zainwestowała prawie wszystkie pieniądze, wymagał najpierw remontu i nie nadawał się do zamieszkania, więc tymczasowo wylądują na bruku.
Przyglądał się, jak Julia Czaplicka, kelnerka w Teksańskim, walczy z otwarciem drzwi. Jej wysiłki, wypinanie tyłka przy ciągnięciu gałęzi i głośne stękania tylko go podnieciły. Sięgnął po karton wypchany rzeczami, odstawił go na ziemię przy tylnym kole i głośno zatrzasnął bagażnik.
– Mówiłem, żebyś poszła ze mną na siłkę.
Stanął obok Julii i wyrwał jej z rąk konar. Napiął mięśnie, kątem oka spojrzał jeszcze na dziewczynę, czy na pewno go obserwuje, po czym mocno pociągnął. Gałąź złamała się w pół, tym samym uwalniając kratę, która odskoczyła i z cichym dźwiękiem otworzyła się na boki.
– Zaproszenie jest nadal aktualne, Princessa. Droga wolna.
Julka prychnęła, ale zdołał dostrzec jej delikatny uśmiech, zanim zniknęła wewnątrz baru. Postanowił zostać w pobliżu i poobserwować jeszcze jej jędrne i smukłe ciało.
Dziewczyna przeszła przez ogromną salę bez zabudowanego sufitu, przyświecając sobie latarką. Wnętrze baru utrzymano w odcieniach brązu. Ciemnym kasztanem pomalowano wszystkie krokwie i belki na dachu oraz cztery drewniane parawany oddzielające cztery dwuosobowe stoliki w rogu pomieszczenia. Stoły, ławy i parę drewnianych krzeseł zabejcowano ciemnym orzechem, zaś ladę przy barze przygotowano z sosnowej deski, której naturalność uwielbiał Oli – właściciel baru – i raz na pół roku lakierował ją bezbarwną emulsją.
Julia spojrzała na ogromne, czterometrowe terrarium wkomponowane w zabudowę na zachodniej ścianie pomieszczenia. W środku, na skalistym podłożu wylegiwały się dwie agamy brodate: Neo i Trinity. Powoli poruszały głowami w poszukiwaniu jakiegokolwiek źródła światła. Zainteresowane latarką dziewczyny, bacznie obserwowały jej ruchy.
– Zaraz włączę wam ciepło. – Jej głos skierowany w stronę zwierząt niósł się po pustym pomieszczeniu.
Szymon również podszedł do terrarium i popukał w szybę. Agamy jak na zawołanie nadęły podgardla, uwidaczniając kolczaste brody.
– Nie przepadają za tobą. – Julia odłożyła telefon na ogromną, metrową rzeźbę orła z rozpostartymi skrzydłami, wykonaną w lipowym pniu.
Jedno skrzydło podtrzymywało ladę, drugie zaś, rozpostarte w powietrzu, skutecznie oddzielało bar od reszty pomieszczenia. Po drugiej stronie sosnową deskę podtrzymywał rzeźbiony wilk, którego olbrzymie łapy wystawały spod lady i co jakiś czas przyjezdni potykali się o nie, rozlewając trunki na drewnianej podłodze.
– Czy ty nie powinieneś mieć w sobie odrobinę więcej empatii?
Szymon podszedł do lady i usiadł na jednym z hokerów.
– Zwierzęta wyczuwają buzujący we mnie testosteron.
Kelnerka prychnęła, weszła na zaplecze i skierowała się do drugiego wyjścia. Szymon ze swojego miejsca obserwował, jak próbuje otworzyć drzwi, ale coś ponownie sprawiało jej problem.
– Nie chcesz się przyznać, że mnie potrzebujesz, chociażby do otwarcia baru.
Podszedł do dziewczyny, naparł na drzwi i gdy udało mu się je uchylić, wyjrzał na zewnątrz. Okazało się, że pień brzozy pod naporem wichury przewrócił się na dach przybudówki.
– Wezwę strażaków jak tylko pozbędą się drzew w Duszycy – westchnęła dziewczyna, również wyglądając na zewnątrz.
– Po co? – Szymon pchnął drzwi jeszcze mocniej, tak, aby mogli dostać się do agregatu stojącego w przybudówce. – Jestem na miejscu, możesz mnie wykorzystać.
Julka sięgnęła po puste kartony piętrzące się w rogu przybudówki i podała je Szymonowi.
– W takim razie zacznij zbierać ten chrust. – Wskazała na połamane gałęzie.
Mężczyźnie zrzedła mina – nie w taki sposób chciał być wykorzystany. Rozejrzał się po przybudówce. Powstała dla okolicznych pijaczków, aby nie wystawali przed barem z piwem w ręku, strasząc turystów. Tutaj mieli kanapy, na których odbywały się praktycznie całodobowe posiedzenia. Teraz walały się wokół nich puste butelki i potłuczone szkło.
– Coś jesteś dziś nie w sosie. – Postanowił dowiedzieć się, dlaczego Julka zbywa jego flirt.
– Naprawdę? – Julka podniosła z ziemi pustą butelkę i spojrzała na Szymona z wyraźnym zdziwieniem. – Wiatr położył pół lasu, ludziom dachy zerwało, a ciebie to nawet nie obeszło? Egoista…
Ostatnie słowo wypowiedziała już pod nosem, ale Szymon i tak je usłyszał. Wezbrała się w nim złość na dziewczynę. Może i trąba powietrzna przeszła przez Złorzecze, ale nikt nie zginął, powaliło tylko trochę starych drzew, przynajmniej będzie czym palić na zimę w kominkach. Każda sytuacja ma swoje dobre strony.
Postanowił jednak odpuścić i zostawić Julkę w spokoju na jakiś czas. Dziewczyna właśnie próbowała poruszyć spory konar, aby dotrzeć do agregatu ustawionego pod ścianą.
– Przesuń się – rozkazał.
Jednak siłownia na coś się przydała i po chwili udało mu się ruszyć gałąź na tyle, by można było podejść do zapasowego źródła prądu. Chłopak włączył sprzęt. Zagruchotało, po chwili usłyszeli głośne buczenie, a na zapleczu budynku rozbłysła żarówka.
Julka wrzuciła pozostałe puste butelki do kraty na piwo i wróciła do głównego budynku.
– Przywiozłem coś od nas dla poszkodowanych. – Szymon wszedł z powrotem do baru i postawił na ladzie ogromny karton. Julka w tym czasie musiała przełączyć źródło zasilania na agregat, bo po chwili na sali błysnęło złote światło tysiąca malutkich lampek choinkowych, rozwieszonych na belkach pod sufitem, oraz parę kinkietów umieszczonych za parawanami. Malutka lampka ukazała zielone sukno stołu bilardowego z rozrzuconymi bilami. Część z nich leżała w łuzach, a kije oparto na rancie. Wichura musiała przerwać komuś rozgrywkę. Olbrzymi drewniany żyrandol rodem z lat sześćdziesiątych, zawieszony na środku sali rzucał światło na pusty parkiet.
– Zrobiłem szybki rekonesans. – Szymon wyciągał z kartonu zwinięte w rulon koce, kilka kurtek przeciwdeszczowych, koszulki i dresy z firmowym logo Domu Seniora. – Do jutra zbierzemy więcej.
– Skąd…
– Spotkałem twojego ojca na deptaku. Zwoływał wszystkich do baru, podobno chce tu dzisiejszej nocy zrobić centrum dowodzenia, bo macie agregat. Prądu nie ma w całej wiosce. Poza tym na rzece zrobiła się tama, wszyscy strażacy tam pracują…
– Wiem, spotkałam tam Olego. Przekazał mi klucze do baru. Coś jeszcze?
– Ja tu do ciebie z sercem na dłoni, a ty tak mnie zbywasz…
Szymon pokręcił głową i cmoknął z niezadowoleniem. Dziewczyna jednak go nie słuchała. Napięcie pojawiło się na jej twarzy, usta zacisnęła mocno, aż pobielały. Chłopak odwrócił się, ciekawy, na co Czaplicka tak uparcie patrzy. Zaniemówił.
Drewniany żyrandol oświetlał czerwoną twarz sołtysa Złorzecza, który wparował do środka z naręczem papierów.
Henryk spazmatycznie oddychał, mapy i kartki wysuwały mu się spod pachy. Zrzucił dokumenty na niewielki stolik za parawanem i podszedł do baru.
– Nalej mi… coli – wysapał do Julki, która bacznie mu się przyglądała, a potem bez słowa przywitania rzucił kąśliwą uwagę w stronę Szymona: – Nie powinieneś pomagać… w waszej przystani?
Chłopak udał, że go nie słyszy. Gniew i wściekłość buzowały w nim ze zdwojoną siłą, jednak wiedział, że lepiej będzie zostawić Henryka w spokoju. Był pewien, że jeszcze znajdzie chwilę i spotka się z nim sam na sam. Teraz nie chciał psuć komitywy sołtysa z matką, która od momentu kupienia dworku polegała w dużej mierze na Henryku i jego znajomościach w urzędach.
Jeszcze przyjdzie czas.
– Bywaj, Princessa. – Złapał i szarmancko pocałował dłoń Julki. – Jeszcze tu wrócę.
Henryk odwrócił się w jego stronę i zabarykadował mu przejście do drzwi.
– Wara mi od niej.
– Tato… – jęknęła Julka, zażenowana zachowaniem ojca.
– Panie Henryku, po co te nerwy? – zapytał lekko Szymon, chcąc trochę poszydzić ze starszego mężczyzny, aby jeszcze bardziej zaleźć mu za skórę. – Człowiek z dyplomem, zatrudnieniem, przychodzi w konkury, a pan wybrzydza?
– Idź w cholerę, Szymon! Gorszego obiboka na oczy nie widziałem. Matka biega teraz w ciemnicy po całym dworze, a ty mi tu córkę bałamucisz!
– Przywiózł dary dla poszkodowanych. – Julka pokazała karton wypełniony rzeczami. – I pomógł uruchomić bar. Drzewa zabarykadowały wejście.
To wystarczyło, aby zamknąć sołtysowi usta.
Chłopak wyszedł z baru, zanim zdążyłby w emocjach palnąć coś, czego mógłby później żałować, i odjechał w kierunku Domu Seniora Spokojna Przystań.
Dwupiętrowy dworek szlachecki, zbudowany pod koniec osiemnastego wieku, popadał w ruinę do momentu, aż jego matka postanowiła go kupić i przerobić na nowoczesne sanatorium dla seniorów, na wzór niemieckich ośrodków opiekuńczych. Przez długie lata pracowała za granicą jako opiekunka medyczna, ale to jej nie wystarczało. Skrzętnie gromadziła zarobione pieniądze na koncie i lokatach, powoli zbierając wkład własny na budowę swojego ośrodka. Gdy Szymon po studiach dołączył do niej jako fizjoterapeuta, przypływ gotówki zwiększył się i zaczęli realnie myśleć o inwestycji.
To kobieta uparła się na wiochę w środku Borów Tucholskich. Syn pomarudził, ale nie zamierzał szukać innej opcji. Wiedział, że kiedy matka podejmie decyzję, nic jej nie przekona do zmiany zdania, a sam nie zamierzał tracić czasu na przeglądanie ogłoszeń.
Zjechał z głównej drogi, spoglądając jeszcze na pracę strażaków na moście nad Duszycą. Blokada przejazdu trwała w najlepsze; teraz stały na nim dwa traktory okolicznych mieszkańców, którymi zamierzano wyławiać leżące w rzece drzewa.
Dodał gazu mimo ograniczenia prędkości i z wizgiem wjechał na parking Domu Seniora.
– Kurwa! – wyrwało mu się na widok aspiranta Bocińskiego, który obserwował go zaskoczony.
Poczuł, że pot zebrał mu się pod pachami. Wyłączył radio i silnik. Gdy otwierał drzwi, piskliwy dźwięk przypomniał mu o zapalonych światłach.
Matka zbiegła z werandy, za nią podążał doktor Ruciński, emerytowany internista.
– Dobrze, że jesteś – powiedziała z ulgą Krystyna, podchodząc do syna, który zdążył już wysiąść z auta. – Jedź z nimi do Murszał, Jan się znalazł. Sprawdź, co się stało.
Lekarz wsiadł już do radiowozu. Bociński gestem dłoni zachęcał Szymona do zajęcia drugiego miejsca w wozie policyjnym. Chłopak rzucił ostatnie spojrzenie na matkę. Po co ona każe mu tam jechać? W czym ma pomóc Rucińskiemu? Przecież jest tylko fizjoterapeutą!
– Muszę? – Rzucił jeszcze błagalne spojrzenie w kierunku matki, ale ta już wbiegła z powrotem do dworku.
Zajął miejsce w aucie i zatrzasnął drzwi. Tylko z rodzicielką nie dyskutował. Jeśli kazała mu jechać, pojedzie. Musiała mieć ku temu dobry powód.
I tej ostatniej myśli się przestraszył.
Złorzecze
Copyright © by Małgorzata Kasak 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka
Korekta – Kornelia Dąbrowska, Jagoda Kubiesza
Opracowanie typograficzne i skład – Julia Dominika Rombel
Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel
Projekt okładki – Zuzanna Pieczyńska / zpiart.com
Elementy na okładce – Magnific
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384062494
ISBN mobi: 9788384062487
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Małgorzata Pokrywka
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Dedykacja
Prolog
Rozdział 1
Strona redakcyjna
Reklamy
Cover
Spis treści
