Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
GDZIE DOM TWÓJ, TAM GŁOWA TWOJA.
Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie na karkach, zamiast głów, noszą głowy-domy: miniaturowe kopie budynków, w których mieszkają. I zastanówcie się, jak traktowaliby Was postronni, gdyby na pierwszy rzut okna wiedzieli, w jakim dostatku – czy w jakim ubóstwie – spędzacie dni…
Dom maturzystki Aleksy Wielgosz z wolna przemienia się w ruinę. Dziewczyna nie może temu zaradzić. Matka choruje przewlekle; ojciec pozaciągał długi. Koleżanki i koledzy z klasy zauważają jej głowę-ruderę i zaczynają ją prześladować. Aleksa liczy, że bogacze z Dzielnicy Willowej powstrzymają się od złośliwości podczas nocnej wycieczki do muzeum, jednak nic z tego. Zmuszają ją do pocałowania centralnego eksponatu: sumeryjskiej mumii piaskowej z głową-zigguratem. W szamotaninie na schodki świątyni, z rozbitego progu drzwi Aleksy skapuje kropla krwi.
Tyle wystarczy, ażeby monstrum się przebudziło.
Wkrótce sumeryjski kapłan, E-nundi Sag, przetoczy się po nich niczym wielki buldożer. Wszystkich zrówna z ziemią, niewybredny jak sama Śmierć.
Czy Aleksa przetrwa tę próbę? Czy też ulegnie pokusie i zapragnie zamienić głowę-ruderę na znacznie wspanialszą i potężniejszą głowę-ziggurat?
„Ziggurat na głowie, a w sercu igloo” to mieszanka klasycznego horroru spod szyldu Universalu, slashera oraz dramatu społecznego w wyrazistej otoczce bizarro fiction: coś, czego w polskiej literaturze fantastycznej jeszcze nie było!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 275
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Ziggurat na głowie, a w sercu igloo
Copyright © by Kornel Mikołajczyk, Łódź 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska
Projekt okładki: Łukasz Białek
Ilustracje: Kornel Mikołajczyk
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-15-6
W domostwie prochu, w którem był wstąpił, kapłan przebywa i starszy, i młodszy, zaklinacz oraz opętany i ten, który z świętego naczynia oceanem zwanego bogów namaszcza.
Gilgamesz – epos starożytnego Dwurzecza
I płynie mrok. Jest cisza. Łamanych czaszek trzask;
i wiatr zahuczy czasem, i wiek przywali głazem.
Nie stanie naszych serc. Taki to mroczny czas.
Ten czas, Krzysztof Kamil Baczyński
Drzemał w podziemiach głowy-zigguratu, zamknięty w niekończącej się nocy, z której okrutni bogowie powyjadali gwiazdy. Popiół i glina oklejały go grubą warstwą, stwardniałą przez stulecia niczym wzmocnione trzciną cegły wystawione na promienie słońca. Nie potrafił określić, czy poza terakotową skorupą znajduje się to, co zwykle: kilka łokci jałowego piachu, szkielety zapomnianych ofiar, kamienna stela opatrzona płaskorzeźbami bogów. Nie mógł naprężyć mięśni; nie czuł nic poza zmianami ciepłoty znamionującymi śmierć dnia i odrodzenie nocy. Był pojedynczą kroplą świadomości na dnie ogromnej, pustej misy. Miał tylko myśli – smoliste, niedookreślone – odbijające się echem w przestrzeniach głowy-zigguratu. Choć budynku wieńczącego jego szyję nie wyposażono w zamki ani kraty, stanowił więzienie; najskuteczniejsze, jakie istniało. Zimny jak noc na pustyni loch w pół drogi do Ziem Bez Powrotu.
Wciąż jednak trwał na posterunku.
Pamiętał swoje imię: E-nundi Sag, Ostrze Bogów.
Cierpliwość należała do kapłańskich cnót, wypracowanych w trakcie długich miesięcy oczekiwania na rytuał.
Prędzej czy później zawsze przychodził jego czas – tuż po zimie, na cykl Księżyca przed tym, gdy Eufrat i Tygrys nabrzmiewały wodami roztopów. Wygrzebywał się wtedy spod świątynnego gruntu i wstępował na stopnie wiodące do mieszkania bogów. Dziewice obojga płci rozpierzchały się po kamiennych korytarzach, zablokowanych przez pasterzy dusz, a E-nundi Sag brał w dłoń obrzędowy nóż i ruszał niespiesznie śladem oddanych na pastwę. Wiedział, że dopadnie ich bez wyjątku, by złożyć kruche ludzkie powłoki na ołtarzu urodzaju. Ziarno ginie, aby żyć mogły nowe pędy. Oto jego rola jako kapłana. Przebłagać bogów, by w porę powstrzymali wody bliźniaczych rzek. By nie dopuścili w gniewie, irytacji czy chwilowym kaprysie do katastrofalnych zniszczeń, a delikatnie nasycili korzenie drzew i traw. Tak się działo, odkąd Ci Na Górze ocalili Bohatera przed powodzią. Prastary porządek rzeczy, teraz i po kres. Najpierw chłód i czuwanie, potem krew i celebracja.
Tym razem E-nundi Sag musiał po prostu zaczekać o parę wieczności dłużej.
– Założę się o wszystkie poręcze moich złotych tarasów – powiedziała Paris Kossak, rozwierając na oścież wrota umalowanej fasady – że to właśnie ta chodząca rudera wymyśliła Noc Jebanych Muzeów.
Aleksa zsunęła się po oparciu, tak aby jej dziurawy dach nie wystawał ponad zagłówek. Siedziała na przedzie autokaru, praktycznie z rynną wciśniętą w plecy kierowcy, ale i tutaj docierały do niej obcesowe rozmowy Willowców. Klasa przysłuchiwała się tym obelgom, chichrając się dyskretnie z ust-korytarzy albo szukając okazji, by bezczelnie wytknąć ją palcami. Czuła na sobie ich spojrzenia: przesłonięte złośliwym szkłem, zwężone zasłonami i roletami. Skryła się zatem w głowie-domu i nie wychylała nawet na pół komina. Jak mawiał ojciec, wyginając zaśniedziałą klamkę w półuśmiechu: „Ciemne, ciasne, ale własne”.
Klasowa elita – wylegująca się nonszalancko na tylnych siedzeniach – upatrzyła ją sobie na ofiarę jakiś miesiąc wcześniej. Odrzucono trzecie odwołanie ojca o przyznanie pożyczki, skutkiem czego naprawy, których rozpaczliwie domagał się ich dom, zostały oddalone na poczet praktyczniejszych wydatków: na chleb, mleko, ziemniaki i – w lwiej części – na lekarstwa dla matki. Aleksa ani się obejrzała, a oznaki zaniedbania przeniosły się na jej lica. Obluzowane dachówki. Trzaskająca w przeciągu okiennica, której za nic nie dało się domknąć. Farba odłażąca płatami ze zbrązowiałych desek. Z początku ukrywała te defekty zręcznym podmalowaniem czy prędką kosmetyczną naprawą. Ale stan domu nieodmiennie wpływał na stan jej głowy. Traktowanie elewacji podkładem czy dyskretnym podklejeniem odłażących desek stanowiło rozwiązanie wyłącznie tymczasowe. Obleśna, spróchniała prawda prędzej czy później i tak wychodziła na jaw.
Kiedy budynek zaczął osiadać i przechylił się na jej szyi niczym Krzywa Wieża w Pizie, ktoś z Dzielnicy Willowej zauważył w końcu, w jaką tragedię zmieniło się jej domowe ognisko. A jeśli było coś, czego nie znosili Willowcy, to przypominanie im, że na świecie żyje biedota. Gdy otwierali okna, chcieli widzieć piękno i przepych, gotyckie wieżyczki i złote kopuły, Wersal, Tadź Mahal. Nie chodzący ludzki slums jej pokroju.
– Co to w ogóle za wycieczka klasowa? – pomstowała dalej Paris. Jako córka dawnego senatora zamieszkiwała gustowny pałacyk wzniesiony na jego przepastnej posiadłości. – Walić muzea! Skoro jedziemy do centrum, chodźmy do galerii. Jest otwarta do późna, a właśnie trwają wyprzedaże.
– Do galerii? – pisnęła zawiasami Lea. – Wolisz się lampić na jakieś „wangogi”?
– Do galerii handlowej, durna szopo!
Chłopcy zarechotali donośnie.
W głosie Paris nie krył się cień rozbawienia; tylko chłód i odium dochodzące jak gdyby z mrocznej, wilgotnej studni:
– Leo, kochana, jeśli zamierzasz odkleić od futryny te tandetne, barokowe drzwiczki, przemyśl najpierw, co przez nie wypuszczasz. Bo co wpuszczasz za próg, wie akurat cała buda. I przez wejście frontowe, i „wyjście ewakuacyjne”.
Rozległo się przeciągłe, teatralne „Uuuuuuuu!”. Urban i Hamlet głośno przybili piątkę.
Lea nie znalazła na to odpowiedzi. Zawalała polski, więc prawdopodobnie nie zrozumiała insynuacji.
– Tak czy inaczej – podjęła Paris z westchnieniem muślinowych zasłon – Noc Muzeów to będzie totalna żenua i łapiemy, czyja to wina. Tej zapuszczonej rudery, Aleksy. Skumała się z Samorząd i teraz wciska gówniane pomysły w jej śmierdzące bobem szpary.
– Ciekawe, co ona przepuszcza przez próg! – ryknął Hamlet.
– Pewnie byle menela, który zapuka w te spróchniałe dechy. – Urban prychnął.
– Stary, dlatego od niej wali dworcem! Ja pierdolę, jak można się tak prowadzać? Jebany plebs.
– Lepiej spójrz na swoją gościnną sypialnię – rozległ się znajomy, monotonny sopran.
W autokarze zapadła grobowa cisza. Aleksa poderwała głowę-dom, by spojrzeć na ostatnie siedzenia.
Ponad dachówkami i antenami uczniów, kołyszącymi się w rytm jazdy, dostrzegła Elanorę Rynkowską. Stała naprzeciwko Dzielnicy Willowej, równie niewzruszona co fundamenty jej sklepu warzywnego, i z wyzwaniem spoglądała Hamletowi w otwory strzelnicze. Pod pachą trzymała nieodłączną podkładkę do notowania.
– Coś ty powiedziała, Samorząd?!
Hamlet zerwał się, napinając siatkarskie mięśnie. Jego głowa-dom była szczytem kiczowatego, nowobogackiego przepychu i przybrała kształt miniaturowego zamku neoromańskiego, zwieńczonego flagą z logo przetwórni mięsnej ojca. Aleksa zdążyła się przekonać na własnej skórze, jak groźną aurą potrafią emanować te szpice i podcienie.
El, co ty, do diaska, wyczyniasz?
– Sypialnia – wyjaśniła Elanora, udając, że mruży story. – O tu, z boku, za rozetą. Czy to nie twoja matka posuwa ogrodnika? A ojciec pokojówkę? Czyja dziś kolej na „jebanie plebsu”, co?
Z kominów Hamleta strzeliły pióropusze dymu.
– Ty brudna pizdo! Wiesz, kim ja jestem…
– Siad na dupie i gęba na klucz – zarządziła Paris.
Hamlet zmierzył Elanorę morderczym wzrokiem, zgrzytnął kutymi kratami, ale posłusznie opadł na siedzenie. Paris nie musiała nawet krzyczeć. Arktyczny chłód i opanowanie.
Przewodnicząca samorządu obnażyła skrawek białej futryny w fałszywym uśmiechu.
– Strasznie mi głupio – powiedziała przesłodzonym głosem. – Nie chciałam cię urazić, Hamlecie. To takie tanie i nieuprzejme, kiedy ktoś wtyka klamkę w cudze sprawy, nie uważacie?
Objęła ich autorytatywnym spojrzeniem. Lea wgapiała się w nią z rozdziawionymi drzwiami, obracając w dłoniach, niczym kursor klepsydry, stylowe etui na przybory do makijażu (oczywiście różowe). Inni przytaknęli niechętnie.
– No. Cieszę się, że osiągnęliśmy porozumienie. A skoro to ustalone, proszę, oto wasze bilety. – Wyciągnęła w ich kierunku cztery skrawki papieru. – Za pół godziny będziemy na miejscu, więc postarajcie się ich nie zgubić do tego czasu. Chyba że preferujecie spędzić resztę wycieczki tutaj, odgniatając sobie tyłki na tym tanim, sztucznym obiciu. Brrr!
El odptaszyła ich na liście i odwróciła się, by wrócić na przód pojazdu.
Dłoń Paris zakleszczyła się na jej nadgarstku jak imadło. Przewodnicząca szarpnęła się instynktownie.
– Tak? Pomóc ci w czymś? – zapytała, kiwając wymow-nie w dół.
Paris rozluźniła chwyt otipsowanych palców.
– Ta buda z warzywami wygląda coraz lepiej. Zupełnie jakbyś została stworzona do życia w burakach. Zazdroszczę ci, kochana.
– Dziękuję. Kochana – wycedziła kwaśno Elanora. – Ale to sklep, nie buda.
– Każdy budynek wyposażony w mniej niż dwie łazienki to buda. Takie są fakty.
Pomimo wstrząsów autokaru Aleksa dostrzegła, jak piąstki El zaciskają się do białości. Pozbawiony intonacji, rzeczowy ton królowej Willowców, królowej szkoły, dotknął ją znacznie silniej, niż gdyby Paris parsknęła, splunęła czy się roześmiała.
– Powiedz mi coś, Samorząd. – Kossakówna przesunęła paznokciami po kryształowym szkle swej oranżerii. – Dlaczego zamiast normalnej klasowej wycieczki jedziemy w środku nocy ślepić się na zasrane bagnety? Co to za atrakcja dla ludzi naszego pokroju?
– Naszego, czyli: dla licealistów? Edukacyjna. Jesteśmy tu po to, żeby się uczyć.
– Może ty i ta twoja paździerzowa surówkarnia. – Urban prychnął ze szczytu luksusowego apartamentowca, który dodawał centymetrów jego mikrej posturze. – Ja mam dzidę za dzidą z matmy i trzy zaległe kartkówki z histy, a i tak będę kierował spółką ojca jak prawdziwy gangsta.
– Niezbyt długo, jak mniemam, skoro z tabliczką mnożenia ci nie po drodze – odmruknęła El.
Paris nie dawała za wygraną.
– Zdradź mi po prostu, kto wpadł na ten pomysł. Domański? Ty osobiście? Czyj zapajęczony strych wypluł z siebie tak ge-nial-ną koncepcję? Potrafisz mi udzielić prostej informacji, czyż nie? Jako Samorząd. Obowiązuje cię cywilna odpowiedzialność wobec nas.
Aleksa zaklęła pod klamką.
Nie daj się podejść, El. Błagam. Za nic w świecie nie mów im, że to ja.
– Pudełko na propozycje stało w sali komputerowej od miesiąca, Paris. Przypominałam, żebyście wrzucali karteczki średnio trzy razy dziennie, ale jakoś nie uświadczyłam żadnych „ge-nial-nych” sugestii podpisanych twoim nazwiskiem. Spośród zatrważających pięciu i pół propozycji, bo nie liczę jako pełnej tej od Siedlewita, który napisał „Spizgajmy się domaradem, aż nam eternit z dachu wyjaskółczy”, wybraliśmy jedyną, która mieściła się w klasowym budżecie. Tę, którą złożyła Aleksa. – Elanora podparła się pod boki. – Przekserować jaśnie księżniczce minutki ze spotkania samorządu, czy tyle informacji wystarczy?
Paris obnażyła złocone futryny w uśmiechu.
– Nie, nie trzeba, kochana. – Przeniosła wzrok na przednie siedzenia. – To wszystko, czego potrzebowałam.
Aleksa pisnęła i schowała się, dysząc. Elanora pojawiła się kilka chwil później, grzechocząc skrzynkami na warzywa przyklejonymi do frontu. Przysiadła obok, dopisała coś do listy, po czym spojrzała na przyjaciółkę z nagłym zaskoczeniem.
– Jeny, Al, gdzieś ty dzisiaj waletowała? W krzakach za stacją kolejową? – Sięgnęła i oderwała jej od poszycia iglastą gałązkę. – Uważaj na siebie. Mówiłam ci, że jak potrzebujesz, przekimaj u mnie. Moi rodzice bardzo cię lubią. Leki nadal nie pomagają matce?
Aleksa wyrwała jej z dłoni fragment sosny i rzuciła go ze złością na podłogę.
– Mniejsza o to, gdzie spałam – syknęła. – Czyś ty do reszty zwariowała? Czemu im powiedziałaś, że to ja?
– Bo to prawda. – Poprawiła korekcyjne szybki. – Oczekujesz, że będę im kłamać w żywe okna?
– Żeby ocalić mnie od poszturchiwań, obelg i sprejowania fasady w kiblu? Tak, mogłabyś. Byłoby miło, nie? Byłoby miło, gdybyś przynajmniej raz powściągnęła tę chorobliwą biurokratyczną manierę i stanęła po mojej stronie!
Elanora zamrugała storami. Nie odrywając wzroku od koleżanki, sięgnęła do podkładki i podała jej bilet do muzeum.
– Nieważne – warknęła Aleksa, wyrywając świstek z palców przewodniczącej. – Zapomnij, co powiedziałam, przepraszam. To nie twoja wina, El.
Oparła się o szybę boczną ścianą, starając się wypuścić kominem złe emocje, spalić, przemienić w dym. Wstyd. Paraliżujący strach. Obawę o przyszłość.
Autokar zahamował na światłach i po drugiej stronie ulicy dostrzegła pracownika korporacji. Palił papierosa przed wejściem do szklanego wieżowca. Jego głowa-dom stanowiła idealną kopię budynku za nim, prezentując się nienagannie pod krawatem w szyszkę. Częste zjawisko w przypadku pracoholików. Wielu postrzegało je jako chore wynaturzenie, zapowiedź rychłej śmierci ze stresu bądź przepracowania, jak to się działo w Japonii – ale nie Aleksa. Z niecierpliwością wypatrywała dnia, kiedy zda maturę na minimum i zatrudni się w jakimś call center czy supermarkecie, tak żeby miała gdzie wyrabiać nieludzkie nadgodziny. Zapuścić korzenie i zatracić się w pracy. Byleby nie nosić na szyi rozpadającej się rudery. Nie patrzeć w lustro i nie widzieć pomieszczeń wypełnionych złymi wspomnieniami, bólem.
Nie widzieć śmierci przechadzającej się po korytarzu w koszuli nocnej matki.
Marzyła o świecie, w którym to, gdzie się mieszka, nie decydowało o pozycji w społeczeństwie. Marzyła o wielkim buldożerze, który przetoczyłby się przez miasto i zrównał ludzkość do poziomu gruntu. Ale aktualnie musiała przetrwać tę wycieczkę bez rozsypania się w gruz i łzy.
Elanora poklepała ją po ramieniu z gracją robota.
– Wybacz, Al. Wtopiłam. Wiesz, że jestem beznadziejna, jeśli chodzi o czytanie emocji. Operuję na faktach. Zadaniowo.
– Paris, niestety, również to wie – odpowiedziała gorzko, ale uśmiechnęła się do kumpeli. – Przepraszam, że krzyknęłam. Poniosło mnie. Po prostu… – Zniżyła głos do szeptu: – Wspominałam, co zrobili mi w zeszłym tygodniu?
Opowiedziała jej, ledwo powstrzymując drżenie dłoni. O tym, jak po lekcjach Urban przycisnął ją do szafki w korytarzu. Jak Paris z paskudnym uśmieszkiem oznajmiła, że trzeba jej przybić tę rozklekotaną okiennicę, bo całkiem się rozpadnie od tego skrzypienia. Jak Hamlet przyłożył gwóźdź do jej lica i wziął zamach młotkiem. Jak w ostatniej chwili zjawiła się sprzątaczka i strosząc mansardę najeżoną kolcami na gołębie, rozgoniła ich do domów.
– Niech to próchno! – sapnęła koleżanka, chwytając ją za dłoń. – Nie podejrzewałabym ich o takie postępowanie.
– A jednak.
– Jak śmieli zatrzymać cię w szkole po godzinach! To absolutnie niezgodne z regulaminem. Narazili cię na poważną akcję dyscyplinarną albo nawet…
– El?
– Mhm? No tak, soreczka. Biurokracja. Eee… Wszystko będzie dobrze? – zaryzykowała, jakby sama w to nie wierzyła.
Aleksa odważyła się wychylić ponad zagłówek, spoglądając na tyły pojazdu. Francuskie okna pałacyku Paris błysnęły setką szybek niczym ślepia osy. Okute złotem białe wrota poruszyły się bezgłośnie.
„Nie żyjesz, rudero”.
Aleksa westchnęła, świszcząc przez krzywo przylegające drzwi i poprawiła dachówki, które zawsze wracały nie na swoje miejsca.
– Gorzej już chyba być nie może.
Było gorzej. Znacznie, znacznie gorzej.
Autokar zatrzymał się w ślepej alejce przylegającej do muzeum i pan Domański zarządził zbiórkę przed słupem ogłoszeniowym. Aleksa wysiadła jako pierwsza, za wszelką cenę starając się uniknąć Willowców. Przystanęła na chodniku, by zaczekać na Elanorę. Centrum miasta rozświetlały latarnie i neony, a ludzie brodzili w wielobarwnych kałużach światła, wracając do domów, których kopie kołysały się na ich szyjach, czy też uciekając jak najdalej od nich, w gąszcz nocnego życia. Z lokalu po drugiej stronie jezdni wytarabaniła się ćma barowa. Pijaczek błysnął niewielkim fioletowym szyldem pod większym fioletowym szyldem, po czym zgiął się wpół i zwymiotował przez miniaturkę drzwi, które właśnie opuścił. Bruk zasnuły tycie kufle i barowe stołki. Kryło się w tym coś tragicznego i zarazem dziwnie hipnotycznego.
Aleksa otrząsnęła się i zdała sobie sprawę, że większość klasy zebrała się w wyznaczonym miejscu. Elanora beształa właśnie Homera za bawienie się zapałkami w pobliżu jej listy obecności. Koleżanka musiała minąć ją bez słowa, zdążając do obowiązków.
No tak, klasyka.
Ruszyła prędko, nie rozglądając się na boki.
I tu popełniła błąd.
Czyjeś ramię popchnęło ją w głąb alejki. Obsypana złotym brokatem szpilka podcięła nogi. Padła jak jedna z wież World Trade Center, lądując bezładnie na czymś miękkim, mokrym, cuchnącym. Oraz jak najbardziej żywym.
Bezgłowy-bezdomny poderwał się z wrzaskiem spod kołdry starych gazet. Obolała i przerażona, Aleksa próbowała pozbierać się jak najszybciej, lecz zrazu znalazła się z nim fasadą w fasadę. Czy też: fasadą w brak fasady. Jego kark wieńczyła ciemność skryta pod szałasem smętnych, przemoczonych kartonów. Wpatrywała się w nią szeroko otwartymi oknami, mimo że kaszlał szlamem, maleńkimi butelkami denaturatu i martwymi szczurami. Cokolwiek złego myślała o rodzinnej ruderze, malało w obliczu tej niezmierzonej, niepojętej otchłani porzucenia.
Willowcy zarechotali gremialnie. Chwilę później para dłoni chwyciła ją za kibić i odciągnęła od biedaka.
– Co tu się wyprawia?
Okręciła głowę-dom i ujrzała stoicką sadybę pana Domańskiego.
Instynktownie skuliła się w sobie. Sielankowy, pomalowany na biało front matematyka zawsze wydawał jej się odrobinę fałszywy, tak jakby tuż pod nim, w ścianach, gnieździły się karaluchy. Zasłony trzymał uchylone ledwo-ledwo, piwniczne okna zostały zaczernione, a drzwi zdobiło aż pięć zamków. Nie pomagało, że była jego najlepszą uczennicą i kazał jej siadać w pierwszej ławce. Potem obserwował ją przez całą godzinę lekcyjną, gdy rozwiązywała dodatkowe zadania, czekając, kiedy poprosi o pomoc, ażeby zaproponować „prywatne zajęcia”.
Wciąż nie zdejmował rąk z jej ciała, mimo że stała prosto.
– A czy to nasza wina, panie psorze? – Urban nastroszył anteny. – Krzywy kurnik, to krzywo chodzi. Bum! Ot, i enigma rozenigmowana.
– Chciała się przywitać z ojcem – dorzucił ze śmiechem Hamlet, machnąwszy w kierunku bezgłowego-bezdomnego. – Buzi-buzi, papciu!
Paris uniosła dłoń, ucinając docinki.
– Nasza Aleksa zaliczyła drobne potknięcie, proszę pana. To wszystko.
– Czy to prawda? – zapytał wychowawca, obracając ją lekko ku sobie.
Zlustrowała wpatrzone w nią konstrukcje. Pałacyk Paris Kossak w bieli i złocie, skrywający pokłady zła większe niż średniowieczne komnaty tortur. Tandetną willę Lei Zamojskiej, równie pustą, co jej rozum, pomalowaną na róż, bo tak ponoć zażądała od „papy” ona i trzy siostry, jego małe księżniczki. Zamczysko Hamleta Potockiego ocienione groźbą. Apartamentowiec Urbana Czartoryskiego z rozświetlonymi dwoma szczytowymi piętrami, gdzie mieszkała jego rodzina, a tam: kryty basen, kort tenisowy, ogródek zen.
To takie niesprawiedliwe – pomyślała w nagłym przypływie furii. – Niesprawiedliwe, że ci podli ludzie żyją jak pączki w maśle, a ja i ten biedaczyna w alejce – my nie mamy nic.
– Nie – odpowiedziała, zanim ugryzła się w dywan. – Ktoś z nich podstawił mi nogę.
– Co?!
– To oszczerstwo, psorze!
– Chyba ci się paździerz na łeb-chatę rzucił, oklejbido!
Ciężkie kotary w oknach Domańskiego rozchyliły się, błyskając czerwienią rozjarzonych lamp.
Protesty ucichły.
– Poniedziałek. Godzina wychowawcza. – Przestał wreszcie dotykać Aleksy i wysunął groźnie palec. – Czeka nas długa rozmowa. I módlcie się, żeby nie odbyła się w towarzystwie waszych rodziców. Rozumiemy się?
Warto było powiedzieć prawdę – chociażby po to, aby zobaczyć, jak w głowach-domach gasną kryształowe żyrandole i fałszywe kominki, jak barwy dobrane przez najlepszych projektantów w kraju bledną w pastelową tandetę.
Wiedziała, że przyjdzie jej za to zapłacić. Prawdopodobnie boleśnie. Ale obecnie czuła wyłącznie satysfakcję.
– Na zbiórkę – sarknął matematyk. – Marsz!
Paris prychnęła z wyższością, ale odeszła w stronę słupa ogłoszeniowego, skąd przypatrywała im się reszta klasy. Dwór Willowców podążył za królową. Hamlet uniósł rękę, jakby zamierzał pokazać Aleksie gest podcięcia szyi, ale spotkał się wzrokiem z Domańskim i zrezygnował. Odszedł, klnąc pod zamkową broną, ze spuszczoną do połowy masztu flagą.
Nauczyciel pochylił się nad bezgłowym-bezdomnym.
– Przepraszam za uczniów. Młodzież. Coraz gorsza. – Sięgnął po portfel i położył przed mężczyzną banknot dwudziesto-złotowy. – Ufam, że nic się panu nie stało.
Biedak wykaszlał garść zużytych strzykawek i papierków. Miejsce, które jego niemal nieistniejąca głowa postrzegała jako dom, z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych.
– Zła noc, tak czy srak – odburknął i zgarnął pieniądze brudnymi paluchami. – A grokuję ci ja w śpiku kości, że to dopiro początek. Śpik: medulla ossium. „Wiatr z południa i zachodu: diabli krzyczą, chodu, chodu”. – Czerń skryta pod kartonami zogniskowała się na Aleksie. – Niech panienka uważa. To zła, zła noc.
– Interesujące – odparł uprzejmie pan Domański. – Nie kojarzę tego powiedzenia. Ludowe?
Bezgłowy-bezdomny wzruszył ramionami i odwrócił się do ściany z burknięciem:
– Ojciec tak mawiał.
Przez krótką chwilę Aleksa dostrzegła coś odmiennego na szyi ulicznika. Wyrósł z niej drewniany, wiejski kościółek z przepięknym witrażem Świętego Józefa. Czyżby to przebłysk wspomnienia? Czy mówiąc „ojciec”, miał na myśli proboszcza? Może zamiatał tam podłogi jako młody sierota i uczył się gry na organach? Zaraz jednak ściany budowli poczerniały jak po dzikim pożarze, zapadły się w sobie i emanacja ogniska domowego na powrót stała się pustką pod mokrym kawałkiem tektury.
Złudzenie. Prześwietlony kadr z przeszłości. Nic więcej.
Wychowawca pociągnął ją za ramię. Jego palce były wilgotne i obleśne niczym macka ośmiornicy.
– Idziemy. Jesteśmy spóźnieni.
W połowie drogi wyzwoliła się z uścisku matematyka, żeby otrzepać kolana. Obejrzała się ku alejce. Bezgłowy-bezdomny pogrążył się w delirium. Trójka blokersów z jej klasy prześlizgnęła się ku jego legowisku. Siedlewit Chojny zaczął ostrożnie zbierać wykaszlane relikty, Freda Dąbrowa usłużnie otworzyła koledze strunową torebeczkę, a Ksawery Górniak – zbudowany niemal tak szeroko, jak konstrukcja z wielkiej płyty wieńcząca jego ramiona – prędko zasłonił widok.
Zgarniają od niego działkę domaradu – pomyślała. – Ciekawe, co to za uczucie, znaleźć się w aurze ogniska domowego, które de facto nie istnieje?
Wspomniała czarną toń samotności, cięższą niż jakikolwiek znany jej budynek, i zadrżawszy, uznała, że woli nie wiedzieć.
Nawet bez tego zapowiadała się dla niej zła, zła noc.
