Opis

Zrodzone z podziemia psychoaktywne bajdy tajemniczego geniusza, którego tropem idą tylko prawdziwi dzicy detektywi literatury polskiej. Zaszyfrowany anty-jaszczurzy przekaz, literackie mołotowy rzucone ku chwale Santa Muerte. Meskalina kipi w garczku, ciało zabitego Buddy gnije na trakcie z Polski do Meksyku, wirują tęczowe gawrony, czas ucieka, obracając w palcach krwawy księżyc. Poza tym, bardzo śmieszne i szybko się czyta.

Jakub Żulczyk

" ...w swojej twórczości Zenon Sakson eksploruje obszary pomiędzy rzetelnie udokumentowanym i dbającym o wierne oddanie szczegołów hiperrealizmem meksykańskiej współczesności, a luźno osadzoną w niezbadanych wymiarach rzeczywistości alternatywnej surrealistyczną metafantastyką i trzeba przyznać, że potrafi odnaleźć się w tych peryferyjnych rejonach postmodernistycznej psychodelii jak stary Indianin. “Zaczarowany uber” to zbiór transgresywnych, inspirowanych tequilą, seksem i marihuaną opowiadań, których akcja rozgrywa się w bliżej niesprecyzowanym i tajemniczym wymiarze, gdzieś między codziennością Meksyku doby obecnej, a realiami dawnej Polski zachowanymi we wspomnieniach zniekształconych przez narkotyki i zanieczyszczonych przez jej bieżący obraz transmitowany w internecie; między poetyckimi pejzażami ballad Leonarda Cohena i przestrzeniami misternie dzierganymi przez sekcje dęte afrobeatowych orkiestr; między posthipertekstualną przyszłością, a chemicznie indukowanym delirium, między trzeźwym jak świnia spacerem po ulicach Gran Tenochtitlan, a ostrym pejotlowym tripem, kiedy leżysz w słuchawkach z głową schowaną pod kołdrą i widzisz jak z chaosu geometrycznych wzorów tworzą się nowe wszechświaty... "

-- fragment pozytywnej recenzji profesora Leoncia Salomona Dolmenecha, Kierownika Katedry Filologii Polskiej na Uniwersytecie w Acapulco

Potęgujący się strach zaciskał mu swoje długie, czarne ręce na gardle, a on sam tulił w dłoniach zawieszony na szyi medalik z wizerunkiem Jana Pawła Drugiego podarowany mu onegdaj przez stryjecznego dziadka, rotmistrza Józefa Huberta Karolaka. Wokół niego coraz głośniej wyły stada małp, z każdą sekundą kolejne świerszcze przyłączały się do wielomilionowej orkiestry przygrywającej mu na skrzypcach złowieszcze bolero i stopniowo zaczynał rozróżniać nowe, dziwne i coraz bardziej niepokojące odgłosy dżungli. Wydawało mu się, że wszędzie dookoła, pośród zarośli, widzi błyszczące i świdrujące go wzrokiem oczy przemytników narkotyków, krwiożerczych bestii, dzikich tubylców, nadprzyrodzonych sił, sodomistycznych gwałcicieli i lewicowej guerilli.

fragment książki

Zenon Sakson, ur. 1959 r. w Warszawie. Niszowy polski pisarz emigracyjny represjonowany w czasach PRL za nieugięte rozwijanie świadomości kosmicznej. Od 1981 r. na emigracji w krajach zachodnich, obecnie przebywający na uchodźctwie w Meksyku. W swojej twórczości stara się ukazać pełnię grozy życia codziennego we współczesnym Mexico City i ma nadzieję, że jego opowiadania poruszające tematykę ubogacanego używkami wielkomiejskiego terroru przypadną polskiemu Czytelnikowi do gustu. Prywatnie lubi heavy metal.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zenon Sakson, Zaczarowany uber, Kraków 2020
Copyright © by the Author, 2020 Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2020
Redakcja serii Piotr Marecki
Redakcja i korekta Filip Fierek
Projekt okładki Bolesław Chromry
Projekt typograficzny, skład i łamanie By Mouse | www.bymouse.pl
Wydanie I
ISBN 978-83-66571-04-4
Korporacja Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 698 656 [email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego

• Jerzy Franczak, Trzy historye

• Sławomir Shuty, Bełkot

• Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko

• Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie

• Sławomir Shuty, Cukier w normie

• Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete

• Michał Witkowski, Lubiewo

• Marta Dzido, Małż

• Marian Pankowski, Rudolf

• Maciek Miller, Pozytywni

• Ewa Schilling, Głupiec

• Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe

• Jan Dzban, Dentro

• Piotr Szulkin, Socjopatia

• Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców

• Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...

• Piotr Czerski, Ojciec odchodzi

• Maciek Miller, Zakręt hipokampa

• Łukasz Orbitowski, Horror Show

• Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach

• Joanna Wilengowska, Zęby

• Marta Dzido, Ślad po mamie

• Jan Krasnowolski, Klatka

• Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny

• Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy

• Michał Zygmunt, New Romantic

• Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela

• Jerzy Franczak, Przymierzalnia

• Wojciech Bruszewski, Fotograf

• Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta

• Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet

• Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego

• Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec

• Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby

• Maciek Miller, Cockring

• Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun

• Ewa Schilling, Codzienność

• Marian Pankowski, Tratwa nas czeka

• Piotr Szulkin, Epikryza

• Jerzy Franczak, NN

• Sławomir Shuty, Jaszczur

• Darek Foks, Kebab Meister

• Tomasz Pułka, Vida Local

• Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian

• Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna

• Jan Krasnowolski, Afrykańska elektronika

• Daniel Kot, Kierunkowy 22

• Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania

• Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte

• Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]

• Joanna Dziwak, Gry losowe

• Søren Gauger, Nie to / nie tamto

• Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie

• Ziemowit Szczerek, Siódemka

• Juliusz Strachota, Relaks amerykański

• Flash fiction. Antologia

• Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii

• Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza

• Konrad Janczura, Przemytnicy

• Maciej Piotr Prus, Przyducha

• Marta Dzido, Frajda

• Olga Hund, Psy ras drobnych

• Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR

• Jakub Michalczenia, Gigusie

• Anna Mazurek, Dziwka

• Natalka Suszczyńska, Dropie

• Antonina Kardaś, Czernucha

• Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki

• Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue

• Zenon Sakson, Zaczarowany uber

.

Zrodzone z podziemia psychoaktywne bajdy tajemniczego geniusza, którego tropem idą tylko prawdziwi dzicy detektywi literatury polskiej. Zaszyfrowany anty-jaszczurzy przekaz, literackie mołotowy rzucone ku chwale Santa Muerte. Meskalina kipi w garczku, ciało zabitego Buddy gnije na trakcie z Polski do Meksyku, wirują tęczowe gawrony, czas ucieka, obracając w palcach krwawy księżyc. Poza tym, bardzo śmieszne i szybko się czyta.

Jakub Żulczyk

O tym, że palec wskazujący księżyc nie jest księżycem, wie każdy początkujący. Ale tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzą, że palec wskazujący księżyc nie jest palcem.

Mucosa Nasal

Zaczarowany uber

Wychodzisz z biura i zamawiasz usługę UberPool, podajesz swoją lokalizację na rogu Puebla i Medellín oraz cel podróży: Calle Berlín w Colonia del Carmen. Dwie minuty później podjeżdża zielone renault, siadasz z tyłu po prawej stronie. Kierowca, młody i śniady brunet z gęstym wąsem porastającym nad szczerym kaukaskim uśmiechem, skręca szyję i pyta z półobrotu:

– Señor Olgierd?

Potwierdzasz skinieniem głowy.

– Jedziemy na Berlin?

– Na Berlin – odpowiadasz.

Ruszacie w stronę fontanny Cibeles, kiedy na ekranie przypiętego do deski rozdzielczej smartfona Huawei pojawia się powiadomienie.

– Weźmiemy pasażera – informuje Grigorij, skręcając w ulicę Sinaloa.

– Buenas tardes – mówi Janek Kos, zajmując miejsce po prawej stronie kierowcy.

W jego nogach zwija się w placek młody pies rasy owczarek alzacki. Kilkoma ciosami kolby Janek wybija w przedniej szybie otoczony pajęczyną pęknięć otwór, przez który wysuwa lufę swojego cekaemu, i zaczyna ostrzeliwać długimi seriami okna mijanych budynków. Forsujecie Insurgentes na wysokości Colimastraße, po drugiej stronie alei, schowany za roztrzaskanym ceglanym murkiem, czeka kolejny pasażer. Kiedy wyjeżdżacie zza rogu, skulony biegnie w stronę pojazdu, klucząc, żeby zmniejszyć ryzyko trafienia przez snajpera czy przypadkowy odłamek. Po intensywnym sprincie na ostatnich metrach Gustlik dopada do wozu i siada na tylnym siedzeniu po twojej lewej stronie, szybko zatrzaskuje za sobą właz i od razu zaczyna ładować zapalne na przemian z przeciwpancernymi.

Pędzicie teraz z maksymalną szybkością, na jaką pozwalają gąsienice, przez mocno obsadzoną przez Niemców aleję Cuauhtémoc, cały czas ostrzeliwując się na wszystkie strony z armaty i cekaemu. Nie zważając na niebezpieczeństwo, wydajesz kierowcy komendę, żeby otworzył szyberdach. Grigorij posłusznie spełnia polecenie i możesz wysunąć górną połowę ciała z wieżyczki, pożoga zgliszcz przypieka twoją osmoloną twarz, patrzysz przez chwilę przez lornetkę, zapinasz ciaśniej hełmofon pod brodą i chowasz się z powrotem pod skorupę karoserii. Dookoła toczy się zażarta walka o każdą ulicę, każdy dom, każde piętro. Esesman w panterce, schowany na klatce schodowej zbombardowanej eklektycznej kamienicy, z której została praktycznie tylko dymiąca fasada, strzela do was z pancerfausta. Janek kosi go serią, dostajecie jednak w prawą burtę, wnętrze ubera wypełnia się czarnym dymem, współpasażerowie kaszlą, ale Grigorij pędzi dalej przed siebie, unikając korków i ostrzału artyleryjskiego. Z uznaniem obserwujesz, jak sprawnie lawiruje między płonącymi wrakami trolejbusów, stertami gruzu i barykadami obsadzonymi przez niedołężnych starców, dzierżących w drżących dłoniach jednostrzałowe, nabijane od lufy muszkiety pamiętające kampanię napoleońską, oraz gotowe na wszystko, dzielne zuchy z Hitlerjugend w opadających na oczy, przydużych hełmach.

Przy przeprawie przez Río Churubusco jest trochę problemów, dwa zamaskowane Tygrysy pilnują skrzyżowania, ale jeden zostaje unieszkodliwiony celnym strzałem, a drugiego udaje się zmylić i wyminąć, i po chwili Grigorij zjeżdża z alei Coyoacán w ulicę Berlín. Zbliżając się do podanego numeru, widzisz, że impreza już się zaczęła, wśród tłumu żołnierzy strzelających z pepeszy na wiwat i podrzucających w górę hełmy i furażerki dostrzegasz kilka znajomych twarzy. Jest Lidka, która jak zwykle rozmawia przez telefon komórkowy, kapral Wichura rozładowuje z ciężarówki skrzynki z piwem Victoria, Marusia z podręcznej apteczki wyjmuje proszki dla chętnych i potrzebujących. Między dogasającymi zgliszczami i zasiekami z drutów kolczastych otaczającymi pola minowe polscy i radzieccy żołnierze, razem z głównymi bohaterami twojego serialu, świętują zwycięstwo nad faszystowskim okupantem, którego niedobitki bronią się jeszcze podobno na zamku Chapultepec, ale to już cię nie obchodzi, zostawiasz tę sprawę dywizjom Koniewa, Żukowa i Rokossowskiego. Zeskakujesz z wieżyczki na chodnik, wchodzisz przez bramę i witasz się ze wszystkimi.

– O, jest wreszcie Olgierd – cieszą się wszyscy i klepią cię po plecach, ktoś podaje ci otwarte piwo i zostajesz zasypany serią pytań.

– A Janek? Co z Jankiem? – dopytuje Marusia.

– Grigorij przyjedzie? – szarpie cię za rękaw Lidka.

Odwracasz się, żeby wskazać na zaparkowane za plecami T34, ale widzisz tylko tył zielonego renault z Ubera odjeżdżającego w gęstniejący mrok jednej z ostatnich nocy upadającej stolicy Tysiącletniej Rzeszy, która rozmywa się i rozwiewa z dymem pożarów, a wszystko dookoła znowu staje się potwornie zwyczajne i meksykańskie, w ciągu kilku sekund następuje brutalny powrót do boleśnie normalnej, codziennej rzeczywistości. Pułkownik Tadeusz przemawia z uniesionym w górę kieliszkiem, ale teraz widzisz, że to nie żaden pułkownik, tylko zwykły kierownik. Zamiast kaprala Wichury jest księgowy Vásquez, Lidka i Marusia to Lupita i María z działu marketingu, statystujący sowieccy fizylierzy to ci sami co zawsze anonimowi nudziarze z pracy, zamiast łuny pożarów nad Reichstagiem i Bramą Brandenburską migoczą kiczowate światełka na pobliskim supermarkecie, a te rozbłyski i echa wybuchów to nie katiusze Pierwszego Frontu Białoruskiego, tylko odgłosy jednego z wielu lokalnych świąt, których miejscowi nie potrafią obchodzić bez pokazów pirotechnicznych.

Już nie jesteś Olgierdem, jesteś zwyczajnym gostkiem na kolejnej idiotycznej imprezie branżowej, która rozegra się w identyczny sposób jak wszystkie poprzednie i następne, pośród banalnej scenografii i przygnębiających rekwizytów zastanej rzeczywistości. Patrzysz na stoły z żarciem, rechoczącą grubą babę włączającą głośną muzykę taneczną i grupy współpracowników luzujących krawaty i dodających sobie alkoholem sił i odwagi przed całonocną sesją karaoke. Gula rośnie ci w gardle, kiedy pomyślisz, że ten brawurowy przejazd T34 przez siermiężną rzeczywistość meksykańskiej stolicy już za chwilę pozostanie jedynie coraz bardziej blednącym wspomnieniem i tylko w marzeniach będziesz mógł wracać do tych wspaniałych, ziarnistych, czarno-białych realiów serialowego czołgisty.

Wybiegasz wtedy na ulicę i chcesz gonić za zaczarowanym uberem, ale ten zakończył już twoją podróż w swojej magicznej aplikacji i odjeżdża, wcielając się zapewne w inną postać, która będzie wozić innych bohaterów innych seriali, i widzisz tylko niknące w mroku ostatnie refleksy wybuchających dookoła fajerwerków na jego tylnym zderzaku, aż w końcu znika zupełnie z pola widzenia i zostajesz sam na pustej Calle Berlín, pod koronami palm targanych przez niespokojne wiatry.

W drodze do Tultitlán

Unosząca się nad drogą chmura o dziwnym kształcie i fioletowym zabarwieniu przykuła uwagę Carlosa i skłoniła go do refleksji nad wieloznacznością niezgłębionych tajemnic czasoprzestrzeni. Rozmarzony przypomniał sobie dzieciństwo pełne bliskich kontaktów z miejską naturą oraz wszechświatem, kiedy to leżał u babci w ogrodzie, ignorując wędrujące po nim robactwo. W dzień obserwował płynące po niebie obłoki, w nocy – migoczące światło uciekających gwiazd. Z bardziej przyziemnych form życia inspirowali go dawni Indianie przemierzający rozległy kontynent amerykański i kładący głowę do snu tam, gdzie zastał ich zachód słońca albo największy gorąc, którego się nie bali, ale uważali, że lepiej jest go przespać niż męczyć się wędrówkami w upale. Młodość upłynęła mu na fascynacji propozycjami kontrkulturowymi, kiedy w siedemdziesiątym w Monterrey spotkał Stachurę i uwierzył w ideały bitników, zaczął eksperymentować z odmiennymi stanami świadomości i eksplorować alternatywne wymiary. Zaczytywał się w Kerouacu i Teilhardzie de Chardin, jego bogami byli Janis, Jimi Morrison, Jim Hendrix (Purple Haze mógł słuchać w nieskończoność), Easy Rider obejrzał kilkadziesiąt razy, ucząc się na pamięć wszystkich dialogów, marzył o przejechaniu motocyklem z Alaski do Tierra del Fuego, spaniu pod gołym niebem, nieposiadaniu adresu, stałej pracy na etacie ani rzeczy materialnych. Liczyła się dla niego tylko absolutna i całkowita wolność od wszelkich ograniczeń, społecznych tabu, utartych konwenansów i sztywnych schematów, których nienawidził. Kiedy osiągnął wiek dojrzały, nie zdradził swoich dawnych przekonań jak większość jego rówieśników i towarzyszy meskalinowych eskapad, którym łatwo przyszło ścięcie włosów, zamiana koralików, rzemyków i kwiatów na krawaty, skórzane aktówki i drogą wodę kolońską oraz transformacja w przeambitne, zgrzane szczury opętane karierą i pieniędzmi. Teraz Carlos liczył sobie sześćdziesiąt cztery lata, ale wyglądał na pięćdziesiąt dziewięć albo pięćdziesiąt osiem i nadal czuł się w pełni sił twórczych, w dalszym ciągu ponad wszystko cenił niezależność, a do życia nie potrzebował wiele: pokój bez okien w przybudówce domu matki, wyposażony w krzesło i materac nakryty kocami, wystarczał mu w zupełności, do tego trochę ubrań po starszym bracie, a w kwestiach jedzenia nie był wybredny i preferował to, co mu podano. O swojej przyszłości myślał niewiele, za to zawsze w jasnych barwach, a najbardziej ze wszystkiego pragnął zostać reżyserem niezależnych filmów. Swoje produkcje zamierzał publikować na YouTube, przed realizacją tych planów powstrzymywał go jedynie brak telefonu komórkowego. Myślał o tym, żeby może pewnego dnia zacząć oszczędzać na zakup używanego iPhone’a, którego chciał sprzedać kuzyn z Tultitlán i którym mógłby nagrać swój pierwszy film.

„Ale nic na siłę – przekonywał się – najpierw trzeba ten telefon obejrzeć i zastanowić się, czy naprawdę warto zacząć oszczędzać”.

Carlos nie lubił działać pod presją ani w pośpiechu, był bitnikiem starej szkoły, wierzącej w mądrość i sprawczą sprawność Tao osiągającego doskonałe rezultaty spontanicznie i bez zamierzonego wysiłku.

W połowie drogi zauważył wózek ulicznego sprzedawcy kokosów i postanowił zrobić małą przerwę na przepłukanie zaschniętego gardła. Ustawiał właśnie motocykl pod ścianą, kiedy ktoś za jego plecami zawołał go po imieniu. Odwrócił się i zobaczył postać mężczyzny w trudnym do określenia wieku, mierzącego nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu, o mocno śniadej skórze i czarnych, lśniących włosach sięgających mu do pasa, odzianego w czarną bluzę z logo Uriah Heep i czarne dżinsy ciasno opinające krzywe nogi. Strój uzupełniały znoszone kowbojskie buty oraz skórzany pasek z wielką klamrą przedstawiającą srebrną czwórkę koni galopujących po prerii. Carlosowi zajęło chwilę rozpoznanie ostrych indiańskich rysów, w końcu zawołał:

– Charlie!

I jak dyktowała staromeksykańska tradycja spotkania po latach, dwóch wiarusów padło sobie w objęcia, klepiąc się z radością po plecach. Obaj brzydzili się standardowym protokołem nakazującym w podobnych sytuacjach wymianę informacji o zajmowanych stanowiskach, osiągnięciach szkolnych dzieci i odbytych wycieczkach zagranicznych, dlatego od razu wywiązała się między nimi szczera i bezpośrednia rozmowa:

– Gdzie palimy?

– U mnie nikt nam nie będzie przeszkadzał. – Charlie zapraszającym gestem wskazał w stronę peryferyjnych rejonów podmiejskiego Coacalco, gdzie jak Carlos pamiętał, trzydzieści lat temu mieszkał z matką w małym domu z ogródkiem.

Kiedy dotarli na miejsce, Charlie wpuścił go do kuchni, a sam udał się na zaplecze po sprzęt. Do siedzącego przy nakrytym staroświecką ceratą stole Carlosa wróciły wspomnienia odbywających się tutaj – przy muzyce Pink Floyd, filmach Alejandra Jodorowsky’ego i świeżym peyotlu – wieczorków z poezją Edwarda Stachury, którego wiersze w bootlegowych tłumaczeniach, odbijane na powielaczach, krążyły z rąk do rąk w podziemnych kręgach meksykańskich przedmieść. Charlie wrócił z zardzewiałą puszką po kawie zawierającą drewnianą fajkę i garść aromatycznej Sinaloa Dream. Zapalili, wspominając wspólnie minioną przeszłość zaludnianą przez kolegów i znajomych, którzy zmarli albo się zdegenerowali, kobiety i narkotyki, które nie były już takie jak kiedyś, inspiracje i przygody, jakie dzisiaj już nikomu się nie przydarzały.

– Nie masz czegoś, no wiesz? – zapytał Carlos, ale Charlie pokręcił głową, dając mu do zrozumienia, jak ciężko jest w dzisiejszych czasach o dobre używki.

Widząc jednak rozdzierające serce rozczarowanie dawno niewidzianego brata duchowego, wyjawił:

– Ale za płotem rośnie el toloache.

Carlos nigdy wcześniej nie próbował ani toloache, ani blisko spokrewnionego z nim floripondio, teraz jednak, zainspirowany miło rozpoczętym dniem i radością, jaką sprawiło mu spotkanie Charliego, uznał, że skoro nie ma innych opcji, to da się dzisiaj skusić na ten eksperyment. Wyszli do ogrodu za domem i z rosnącego po sąsiedzku krzewu ścięli kilkanaście kwiatów o białych płatkach z końcówkami przechodzącymi w piękne fioletowo-niebieskie barwy.

– Matka jest w pracy – powiedział Charlie, stawiając rondel z kwiatami na obłażącej z emalii kuchence – sprząta u ludzi w Santa Mónica i nie wróci przed dziewiątą.

Dochodziła wtedy trzynasta, wszyscy porządni ludzie siedzieli w biurach, rozmawiając o planach, projektach, pieniądzach i dedlajnach, kiedy Carlos i Charlie w oczekiwaniu na halucynogenny napar usiedli na rozchwianych taboretach, by omówić szerokie spektrum tematów. Wartka dyskusja dotyczyła miejsca człowieka we współczesnym świecie, który podlegał niepokojącym przemianom, a także Boga, duszy i wpływu na nią sztuki, religii i narkotyków, teorii filmu oraz tego, jak bardzo oni sami nie pasują do współczesnych wstrętnych czasów. Charlie rozlał niebieski wywar do kubków i kiedy skończyli pić, zapytał:

– Co u ciebie?

– Pura vida. Film kręcę.

Charlie pokiwał z uznaniem głową nad dolewką naparu:

– I co tam kręcisz?

– Mój pierwszy obraz – wyjaśnił Carlos, siadając wygodniej w niebieskim, pluszowym fotelu, którego nie było – pod roboczym tytułem Pieśni wyjącej duszy jest w dużym stopniu autobiograficzny, traktuje o astrologii, o wpływie planet na ludzkie losy, chcę w nim pokazać potęgę ważnych spraw, takich jak olbrzymie rozmiary kosmosu i jego nieznane wymiary, oraz na zasadzie kontrastu marność nieistotnych spraw, takich jak codzienne, drobne problemy w pracy, w domu i na ulicy... – Carlos wstrzymał tok narracji, przyglądając się podejrzliwie nodze stołu. – Jest to – kontynuował po chwili – niskobudżetowy, alternatywny paradokument przedstawiający w sfabularyzowany sposób okoliczności, które doprowadziły do mojego spotkania ze Stachurą lata temu w Monterrey, kiedy zażyliśmy razem meskalinę i obejrzeliśmy koncert zespołu... – Znowu przerwał, zamyślił się, nerwowo rozejrzał po suficie, schylił po coś niewidocznego i podjął przerwany wątek: – Zaczyna się tak, że ja, to znaczy Carlos, jest jak... budzi się wcześnie rano, trochę po jedenastej, wychodzi z domu i siada na motocykl... albo nie... raczej... chyba... jest to okrągła, zalana słońcem arena, po której porusza się dwanaście nagich kobiet. Mają na sobie jedynie maski zapaśników symbolizujące znaki zodiaku. Pośrodku areny stoi równie nagi mężczyzna, ja, Carlos, w masce lub bez maski symbolizującej Boga Słońce. Kobiety biegają wokół niego po swoich orbitach jak planety...

– Ale planet nie jest dwanaście – przerwał mu przybierający dziwną barwę Charlie – jest ich zdecydowanie mniej albo więcej!

Carlos jednak nie słuchał, wszystkimi porami cierpnącej skóry czuł, jak otaczający go świat stawał się coraz bardziej jednokolorowy, pulsujące niebieskie i fioletowe światło ciągnęło go w różne kierunki jednocześnie znajdujące się w tym samym punkcie, chociaż odnosił niezbite wrażenie, że w obcej mu kuchni u Charliego siedzi od początków nieskończoności, zarazem był pewien, że w tym samym czasie (ale co to jest czas!?) jeździł motocyklem po swojskiej przestrzeni zaludnianej przez wynurzające się z purpurowych mgieł i oparów znajome postacie: nagie kobiety w maskach zapaśników, matkę ścigającą go z maczetą, braci i kuzynów pijących niebieski wywar na pogrzebie ojca, kolegów zmarłych podczas trzęsienia ziemi z przedawkowania, kojoty deklamujące poezję religijną, zdeformowane dzieci nadzorujące obóz koncentracyjny dla pająków, diabły na wózkach widłowych rozwożące zaczarowane kwiaty o ludzkich duszach, skorumpowanych policjantów inwigilujących jego najskrytsze myśli, grającego na perkusji księdza w kolorowej peruce i wyszywanej koralikami kamizelce, powtarzającego mantrę „słuchaj rocka, nie proroka”, i obsydianowe czaszki lewitujące nad niebieską lokomotywą obcinającą dłoń Edwarda, który powstając z torów kolejowych, powiedział do Carlosa:

– Nie poddawaj się przenigdy ani nie rezygnuj z realizacji twoich śmiałych planów. Jesteś geniuszem kina przyszłości, kręcenie niezależnych filmów jest twoim przeznaczeniem. Just do it!

Wtedy, w gwałtownym, dwubiegunowym odpływie fioletowego szaleństwa i przypływie wielobarwnego opamiętania, Carlos odgrzebał w granatowym błocie świadomości krótki przebłysk przedstawiający używany telefon, który miał oglądać w Tultitlán.

– Jadę! – Skoczył, rozlewając na stół z przewróconych kubków plamy iskrzącego indygo. – Kuzyn na mnie czeka! Muszę mieć sprzęt do nagrywania filmów!

– Teraz chcesz jechać? – zapytał Charlie, zamieniony w niebieskiego skrzata o fioletowych oczach. – W takim stanie?

– Dam radę, dam radę – zapewnił Carlos, wsiadając na motocykl, i ruszył przez monochromatyczny labirynt obcych ulic, po którym jeździł w poszukiwaniu wyjścia i kierunku na Tultitlán, ale z każdym okrążeniem czuł wyraźniej, że żadne kierunki nie są możliwe w tym purpurowym oceanie chmur, że wszystkie zdradzieckie ulice w przeklętym Coacalco prowadzą nie do Tultitlán, ale na wschód, do Texcoco, szkarłatne fale, od których tracił wzrok, zalewały mu oczy ciekłym promieniowaniem, wszechświat sprytnie złożony z bilionów galaktyk wirował wokół osi przebiegającej dokładnie przez środek jego głowy, co bardzo przeszkadzało mu w utrzymaniu kierownicy. Musiał stanąć. – Wszystko jest Stachurą – wyszeptał zsiniałymi wargami, unosząc się i obserwując, jak w spokojnym narożniku spokojnej ulicy znużony podróżą jeździec ułożył głowę do snu na małym kawałku chmury o dziwnym kształcie i fioletowym zabarwieniu, płynącej ponad drogą do Tultitlán.