Tam na niebie są rzeki - Elif Shafak - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Tam na niebie są rzeki ebook i audiobook

Elif Shafak

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Epicka historia, która zaczyna się od… kropli wody.

W wiktoriańskim Londynie obok pełnej ścieków rzeki Tamizy przychodzi na świat Arthur – chłopiec o genialnej pamięci. Ten wyjątkowy dar otwiera mu drzwi do pracy u słynnego brytyjskiego wydawcy, gdzie trafia na książkę, od której nie może się uwolnić.

We współczesnej Turcji mieszka Narin – jazydka cierpiąca na rzadką chorobę słuchu. Jej babcia ma jedno marzenie: ochrzcić wnuczkę w świątyni u wybrzeża rzeki Tygrys.

Kilka lat później, w Londynie Zaleekah właśnie się rozwiodła i przeprowadziła na łódź na Tamizie. Kobieta daje sobie tylko miesiąc życia. Aż do chwili, kiedy w jej ręce wpada książka, która wszystko zmienia.

Jakie tajemnicze więzi łączą Arthura, Narin i Zaleekah? I dlaczego ich historia zaczęła się o wiele wcześniej –  w starożytnej Niniwie nad brzegiem rzeki Tygrys? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 620

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 29 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Karolina Kalina

Oceny
4,7 (759 ocen)
558
149
43
8
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gustavoo

Dobrze spędzony czas

Niesamowicie klimatyczna, piękna książka. Chociaż napisana przyjemnym, delikatnym językiem, proszę nie dać się zwieść — nie należy do łatwych pod względem treści. To było moje pierwsze (ale też na pewno nie ostatnie) spotkanie z literaturą Shafak i jestem pod wrażeniem jej wrażliwości na naturę i ludzi, na jej umiejętność ukazywania różnych charakterów, różnych form miłości, razem z ich jasnymi i ciemnymi stronami. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek aż tak czułam serce, które autor lub autorka włożyli do swojej powieści. Miałam poczucie, że Elif Shafak tkwi w tej historii po uszy, jest jej całkowicie oddana i po prostu pragnie opowiedzieć ją światu. Wspaniała i zdecydowanie poszerzająca horyzonty książka.
50
paululinkaq

Nie oderwiesz się od lektury

Historia kompletna, genialna książka
30
Ola13ola

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała. Magiczna. Długo pozostawia po sobie wrażenie.
20
annatu

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, poruszająca i interesująca powieść. Prawdziwa powieść.
20
karkareads

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja!
20

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: There are Ri­vers in the Sky
Co­py­ri­ght © 2024 by Elif Sha­fak Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2025 Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Na­ta­lia Wi­śniew­ska, 2025
Re­dak­torka ini­cju­jąca • Pau­lina Sur­niak
Re­dak­torka pro­wa­dząca • We­ro­nika Ja­cak
Mar­ke­ting i pro­mo­cja • Alek­san­dra Sójka, Agata Gać
Re­dak­cja • Kry­styna Pod­haj­ska
Ko­rekta • Mał­go­rzata Ku­śnierz, Anna Zien­tek
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny wnę­trza • Ma­te­usz Cze­kała
Ła­ma­nie • Grze­gorz Ka­li­siak
Pro­jekt okładki i strony ty­tu­łowe • Ula Pą­gow­ska
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-68479-03-4
Wy­daw­nic­two Po­znań­skie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.plwww.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla uko­cha­nej pi­sarki, która, gdy po­pro­szona o wy­po­wiedź na te­mat „ko­biet i fik­cji”, usia­dła na brzegu rzeki i za­du­mała się nad zna­cze­niem tych słów

Kro­pla drąży ka­mień nie siłą, lecz cią­głym spa­da­niem.

Owi­diusz

Uchodź, uchodź, ludz­kie dzie­cię!

Pusz­cza dzika niech skryje cię.

Z wróżką le­śną za pan brat,

Bo nie poj­miesz ni­gdy tego, jaki smutny jest ten świat.

W.B. Yeats, w tłum. Bar­bary Dzie­dzic

Ist­nieją w nas stud­nie prze­różne.

Nie­które na­peł­nia każdy do­bry deszcz,

Inne za głę­bo­kie są

Na to.

Ha­fiz

.

W owych dniach, w tam­tych od­le­głych dniach,

W owych no­cach, w tam­tych od­le­głych no­cach,

W owych la­tach, w tam­tych od­le­głych la­tach

W pra­daw­nych cza­sach...

Czy wi­dzia­łeś sy­nów Su­meru i Akadu?

Wi­dzia­łem.

Cóż oni ro­bią?

Piją wodę z miej­sca ma­sa­kry.

Epos o Gil­ga­me­szu, ta­blica XII[1]

I

KRO­PLA DESZ­CZU

Nad rzeką Ty­grys,w za­mierz­chłych cza­sach

Póź­niej, kiedy mi­nie bu­rza, wszy­scy będą mó­wili o znisz­cze­niu, któ­rego do­ko­nała, ale nikt, na­wet sam król, nie bę­dzie pa­mię­tał, że wszystko za­częło się od jed­nej kro­pli desz­czu.

W Ni­ni­wie za­czyna się lato. Niebo puch­nie ry­chłym desz­czem. Dziwna, po­sępna ci­sza zstą­piła na mia­sto. Od świtu nie śpie­wają ptaki, po­cho­wały się mo­tyle i ważki, te­reny lę­gowe żab opu­sto­szały, a gęsi uci­chły, wy­czuw­szy nie­bez­pie­czeń­stwo. Na­wet owce stały się nieme; zdjęte stra­chem czę­sto od­dają mocz. Po­wie­trze pach­nie ina­czej: ostro i słono. Przez cały dzień po­nure cie­nie gro­ma­dzą się na ho­ry­zon­cie ni­czym wroga ar­mia, która roz­biła obóz, aby ze­brać siły. Z od­dali wy­glą­dają nie­wia­ry­god­nie nie­ru­chomo i spo­koj­nie, ale to tylko złu­dze­nie optyczne, sztuczka my­ląca oko. Chmury prze­ta­czają się co­raz bli­żej, na­pę­dzane wia­trem, zde­ter­mi­no­wane, aby za­lać świat i nadać mu nowy kształt. W tym re­gio­nie, gdzie lata są dłu­gie i skwarne, rzeki nie­prze­wi­dy­walne i bez­li­to­sne, a wspo­mnie­nie ostat­niej po­wo­dzi cią­gle żywe, woda to za­równo he­rold ży­cia, jak i po­sła­niec śmierci.

Ni­niwa jest miej­scem jak żadne inne – naj­więk­szym i naj­bo­gat­szym mia­stem na świe­cie. Wznie­siona na roz­le­głej rów­ni­nie na wschod­nim brzegu Ty­grysu, znaj­duje się tak bli­sko rzeki, że no­cami dzieci usy­piają przy dźwię­kach nie ko­ły­sa­nek, lecz chlu­po­czą­cych fal. To sto­lica po­tęż­nego im­pe­rium, cy­ta­dela chro­niona przez so­lidne wieże, ma­je­sta­tyczne blanki, fosy obronne, wa­rowne ba­stiony i ko­lo­salne mury, z któ­rych każdy mie­rzy co naj­mniej sześć me­trów. Z po­pu­la­cją li­czącą sto sie­dem­dzie­siąt pięć ty­sięcy dusz to miej­ski klej­not na skrzy­żo­wa­niu za­moż­nych wy­żyn na pół­nocy i płod­nych ni­zin Chal­dei oraz Ba­bi­lo­nii na po­łu­dniu. W la­tach czter­dzie­stych siód­mego wieku przed na­szą erą ten sta­ro­żytny re­gion ob­fi­tu­jący w wonne ogrody, try­ska­jące fon­tanny i ka­nały iry­ga­cyjne, który przez przy­szłe po­ko­le­nia zo­sta­nie za­po­mniany i zlek­ce­wa­żony jako ja­łowa pu­sty­nia i nędzne nie­użytki, to Me­zo­po­ta­mia.

Jedna z chmur nad­cią­ga­ją­cych nad mia­sto tego po­po­łu­dnia jest od po­zo­sta­łych więk­sza i ciem­niej­sza – i bar­dziej nie­cier­pliwa. Mknie do celu po roz­le­głym bal­da­chi­mie nie­bo­skłonu. Na miej­scu za­trzy­muje się i unosi, za­wie­szona ty­siące me­trów nad ma­je­sta­tycz­nym bu­dyn­kiem ozdo­bio­nym ce­dro­wymi ko­lum­nami, por­ty­kami i mo­nu­men­tal­nymi po­są­gami. To Pa­łac Pół­nocy, gdzie re­zy­duje król w ca­łej swej po­tę­dze i chwale. Masa skon­den­so­wa­nej pary rzuca cień na im­pe­rialną re­zy­den­cję. Bo w prze­ci­wień­stwie do lu­dzi woda nie ma po­wa­ża­nia dla sta­tu­sów spo­łecz­nych ani mo­nar­szych ty­tu­łów.

Na skraju chmury bu­rzo­wej dynda jedna tylko kro­pla desz­czu – nie więk­sza od fa­soli i lżej­sza od cie­cie­rzycy. Przez mo­ment drży nie­pew­nie, mała, sfe­ryczna i zlęk­niona. Jak prze­ra­ża­jąco jest ob­ser­wo­wać zie­mię w dole, roz­wi­ja­jącą się ni­czym sa­motny kwiat lo­tosu. Nie robi tego po raz pierw­szy; już wcze­śniej od­by­wała tę po­dróż – wzno­sząc się do nieba i zstę­pu­jąc na terra firma, aby po­now­nie wzle­cieć ku at­mos­fe­rze – a i tak prze­raża ją opa­da­nie na zie­mię.

Nie za­po­mi­naj, że kro­plę, nie­ważne jak błahą, można po­rów­nać do ogromu wszech­świata. W swoim mi­nia­tu­ro­wym ku­li­stym wnę­trzu skrywa bo­wiem se­kret nie­skoń­czo­no­ści, hi­sto­rię je­dyną w swoim ro­dzaju. Kiedy w końcu zbiera się na od­wagę, ska­puje w eter. Spada co­raz szyb­ciej i szyb­ciej. Gra­wi­ta­cja za­wsze po­maga. Kro­pla pę­dzi z wy­so­ko­ści bli­sko ty­siąca me­trów. Do­ciera do ziemi w za­le­d­wie trzy mi­nuty.

Na dole w Ni­ni­wie król prze­cho­dzi przez po­dwójne drzwi i wkra­cza na ta­ras. Wy­sta­wia­jąc głowę za zdo­bioną ba­lu­stradę, po­dzi­wia prze­pych mia­sta, które roz­ciąga się przed nim jak okiem się­gnąć. Wy­pie­lę­gno­wane po­sia­dło­ści, wspa­niałe akwe­dukty, im­po­nu­jące świą­ty­nie, kwit­nące sady, cza­ru­jące parki pu­bliczne, zie­lone pola i kró­lew­ska me­na­że­ria, gdzie trzy­mane są ga­zele, je­le­nio­wate, stru­sie, le­opardy, ry­sie oraz lwy. Wi­dok na­pawa go dumą. Szcze­gól­nie cie­szą go ogrody oko­lone kwit­ną­cymi drze­wami i wonną ro­ślin­no­ścią: mig­da­łow­cami, dak­ty­low­cami, he­ba­now­cami, jo­dłami, fi­gow­cami, nie­szpuł­kami, mor­wami, drzew­kami oliw­nymi, gru­szami, śli­wami, gra­na­tow­cami, to­po­lami, pi­gwami, pa­li­san­drami, ta­ma­rysz­kami, pi­sta­cjami, orze­chami, wierz­bami... Włada nie tylko zie­mią i jej miesz­kań­cami, lecz także rze­kami oraz ich do­pły­wami. Pro­wa­dząc Ty­grys mi­sterną sie­cią ka­na­łów, ja­zów i gro­bli, gro­ma­dząc wodę w cy­ster­nach i zbior­ni­kach re­ten­cyj­nych, on i jego pra­oj­co­wie za­mie­nili ten re­gion w raj.

Król na­zywa się Aszur­ba­ni­pal. Ma sta­ran­nie przy­ciętą kę­dzie­rzawą brodę, sze­ro­kie czoło nad gru­bymi, ciem­nymi brwiami i duże, okrą­głe oczy ob­ry­so­wane czar­nym koh­lem. Jego głowę zdobi szpi­cza­sta mi­tra wy­sa­dzana klej­no­tami, po­ły­sku­ją­cymi jak od­le­głe gwiazdy za każ­dym ra­zem, gdy mu­śnie je świa­tło. Jego szata z naj­wy­śmie­nit­szego gra­na­to­wego lnu wy­szy­wana jest zło­tymi i srebr­nymi nićmi oraz ozdo­biona set­kami mi­go­czą­cych pa­cior­ków, ka­mieni szla­chet­nych oraz amu­le­tów. Na le­wym nad­garstku król nosi bran­so­letę z kwiet­nym mo­ty­wem, która ma za­pew­nić mu szczę­ście i bez­pie­czeń­stwo. Włada im­pe­rium tak ogrom­nym, że ty­tu­łują go „władcą czte­rech stron świata”. Pew­nego dnia przej­dzie do hi­sto­rii jako „król bi­blio­te­karz”, „wy­edu­ko­wany mo­nar­cha”, „eru­dyta wła­da­jący Me­zo­po­ta­mią” – te god­no­ści po­zwolą lu­dziom za­po­mnieć, że choć wielce wy­kształ­cony i obyty, okru­cień­stwem nie ustę­po­wał swoim po­przed­ni­kom.

Prze­chy­la­jąc głowę na bok, Aszur­ba­ni­pal lu­struje miej­ski kra­jo­braz. Robi wdech. Nie od razu do­strzega bu­rzę nad­cią­ga­jącą z od­dali. Za­traca się w roz­kosz­nym za­pa­chu, który roz­ta­czają ogrody i gaje. Wolno wznosi oczy ku oło­wia­nemu niebu. Dreszcz wstrząsa jego krzep­kim cia­łem, a mię­dzy my­śli wkra­dają się wy­ra­zi­ste ostrze­że­nia i zło­wróżbne zwia­stuny. Nie­któ­rzy wróż­bici wiesz­czyli, że Ni­niwa zo­sta­nie za­ata­ko­wana, splą­dro­wana, spa­lona do go­łej ziemi, tak że nie zo­sta­nie z niej na­wet ka­mień. Po­wia­dali, że to wspa­niałe mia­sto zo­sta­nie zmie­cione z po­wierzchni ziemi, i za­kli­nali wszyst­kich, aby ode­szli. Król roz­ka­zał uci­szyć czar­no­wi­dzów – za­mknąć im usta i za­szyć je kat­gu­tem. Te­raz jed­nak złe prze­czu­cie szar­pie jego wnętrz­no­ściami ni­czym ukryty nurt rzeczny. A je­śli prze­po­wied­nie istot­nie się speł­nią?

Aszur­ba­ni­pal otrząsa się z tego wszech­ogar­nia­ją­cego go uczu­cia. Mimo że wro­gów ma w bród, wśród nich ro­dzo­nego brata, nie wi­dzi po­wo­dów do obaw. Nic nie zdoła znisz­czyć tej prze­pięk­nej sto­licy tak długo, jak długo bo­go­wie będą po ich stro­nie, a król nie wątpi, że bo­go­wie, nie­ważne jak ka­pry­śni i zmienni w swo­ich re­la­cjach ze śmier­tel­ni­kami, za­wsze przyjdą Ni­ni­wie na ra­tu­nek.

Tym­cza­sem kro­pla desz­czu lada mo­ment do­się­gnie celu. Kiedy zbliża się do ziemi, przez mo­ment czuje się tak wolna i nie­ważka, jakby mo­gła opaść, gdzie tylko ze­chce. Po jej le­wej stro­nie ro­śnie wy­so­kie drzewo po­zba­wione ga­łęzi – dak­ty­lo­wiec – któ­rego li­ście spraw­dzi­łyby się jako cu­downe lą­do­wi­sko. Po pra­wej bie­gnie ka­nał iry­ga­cyjny prze­ci­na­jący pole rol­nika, gdzie czu­łaby się mile wi­dziana, zdolna wspo­móc wzrost te­go­rocz­nych plo­nów. Mo­głaby spo­cząć także na scho­dach zig­gu­ratu po­świę­co­nego Isz­tar, bo­gini mi­ło­ści, seksu, piękna, na­mięt­no­ści i wojny oraz burz. Ta de­sty­na­cja zna­la­złaby uza­sad­nie­nie. Bę­dąca w roz­terce kro­pla wciąż jesz­cze nie zde­cy­do­wała, gdzie upaść, ale to bez zna­cze­nia, po­nie­waż wy­rę­czy ją w tym wiatr. Gwał­towny po­ryw unosi ją i targa jej drobną masę ku męż­czyź­nie sto­ją­cemu na po­bli­skim ta­ra­sie.

Uła­mek se­kundy póź­niej król czuje, jak coś mo­krego ska­puje mu na głowę i za­gnież­dża się w jego wło­sach. Po­iry­to­wany pró­buje ze­trzeć to jedną ręką, ale na prze­szko­dzie stoi mu ozdobna mi­tra. Krzy­wiąc się odro­binę, zerka na niebo ko­lejny raz. Do­kład­nie wtedy, gdy za­czyna się ulewa, od­wraca głowę i wy­co­fuje się do swo­jego bez­piecz­nego pa­łacu.

Prze­mie­rza dłu­gie ga­le­rie, wsłu­chu­jąc się w echo wła­snych kro­ków. Słu­żący klę­kają przed nim, lę­ka­jąc się jego spoj­rze­nia. Z jed­nej strony ja­skrawe pło­mie­nie po­chodni drżą wy­soko w gó­rze w roż­kach wy­ku­tych z że­laza. Upiorne świa­tło, które roz­ta­czają, omiata pła­sko­rzeźby na ścia­nach – wy­ko­nane z gipsu i po­ma­lo­wane far­bami w nie­zwy­kle ży­wych ko­lo­rach. Nie­które przed­sta­wiają króla trzy­ma­ją­cego łuk i wy­pusz­cza­ją­cego skrzy­dlate strzały pod­czas po­lo­wa­nia na dzi­kie zwie­rzęta albo za­rzy­na­ją­cego wro­gów. Inne przed­sta­wiają go, jak po­wozi dwu­ko­ło­wymi ry­dwa­nami ce­re­mo­nial­nymi, po­pę­dza­jąc ba­tem ko­nie w uprzęży zdo­bio­nej po­trój­nymi frędz­lami. Są i ta­kie, które pre­zen­tują go w trak­cie li­ba­cji nad za­bi­tymi lwami – zło­żo­nymi w ofie­rze bo­gom w za­mian za ich wspar­cie i ochronę. Wszyst­kie te sceny po­ka­zują splen­dor Im­pe­rium Asy­ryj­skiego, wyż­szość męż­czy­zny i wiel­kość władcy. Nie wi­dać na nich pra­wie żad­nych ko­biet. Je­dyny wy­ją­tek sta­nowi scena przed­sta­wia­jąca Aszur­ba­ni­pala i jego żonę po­pi­ja­ją­cych wino na pik­niku w siel­skim ogro­dzie, gdzie w ko­na­rach po­bli­skiego drzewa, wśród doj­rza­łych owo­ców dynda ucięta głowa ich wroga, Teum­mana, króla Elamu.

Igno­ru­jąc kro­plę na­dal za­gnież­dżoną w swo­ich wło­sach, król idzie da­lej. Żwa­wym kro­kiem mija bo­gato ume­blo­wane kom­naty i do­ciera do mi­ster­nie rzeź­bio­nych drzwi. To jego ulu­biona część pa­łacu: bi­blio­teka. Ża­den tam zbiór przy­pad­ko­wych za­pi­sków, lecz naj­wspa­nial­sze i na­pa­wa­jące go naj­więk­szą dumą dzieło, speł­nie­nie jego ży­cio­wej am­bi­cji, osią­gnię­cie nie­zrów­nane w za­kre­sie i skali. Wła­śnie ona bę­dzie jego spu­ści­zną dla przy­szłych po­ko­leń, istot­niej­sza od każ­dego in­nego z jego do­ko­nań, waż­niej­sza na­wet niż pod­boje mi­li­tarne czy po­li­tyczne zwy­cię­stwa – in­te­lek­tu­alny po­mnik za­mi­ło­wań nie­zna­nych ni­gdy przed­tem.

Wej­ścia do bi­blio­teki strzegą dwa gi­gan­tyczne po­sągi: hy­brydy, w po­ło­wie lu­dzie, w po­ło­wie zwie­rzęta. La­massu, opie­kuń­cze du­chy. Wy­rzeź­biony z po­je­dyn­czego wa­pien­nego bloku każdy ma głowę czło­wieka, skrzy­dła orła i po­tężne ciało byka albo lwa. Ob­da­rzony naj­lep­szymi ce­chami trzech ga­tun­ków może się po­chwa­lić an­tro­po­idalną in­te­li­gen­cją, pta­sim wzro­kiem i by­czą albo lwią siłą. Strzeże bram pro­wa­dzą­cych do in­nych wy­mia­rów.

Więk­szość la­massu w pa­łacu ma pięć nóg, dla­tego wi­dziane z przodu zdają się za­sty­głe w jed­nej po­zy­cji, pod­czas gdy z boku wy­glą­dają tak, jakby pę­dziły przed sie­bie, go­towe stra­to­wać na­wet naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego prze­ciw­nika. W tym sta­nie mogą za­równo skon­fron­to­wać się z nie­pro­szo­nymi go­śćmi, jak i ode­przeć każde czy­ha­jące w cie­niu zło. Król, mimo że ni­komu tego nie wy­ja­wił, w ich to­wa­rzy­stwie czuje się bez­piecz­niej­szy i spo­koj­niej­szy. Z tego po­wodu nie­dawno zle­cił ar­ty­stom wy­ko­na­nie jesz­cze tu­zina ta­kich rzeźb. Ochrony ni­gdy za wiele.

Z taką oto my­ślą Aszur­ba­ni­pal wcho­dzi do bi­blio­teki. W ko­lej­nych po­miesz­cze­niach wzdłuż ścian cią­gną się półki; się­gają od pod­łogi do su­fitu i dźwi­gają ty­siące gli­nia­nych ta­bli­czek uło­żo­nych w ide­al­nym po­rządku, po­se­gre­go­wa­nych te­ma­tycz­nie. Po­cho­dzą z bli­ska i z da­leka. Nie­które oca­lono od za­po­mnie­nia, inne ku­piono od po­przed­nich wła­ści­cieli za marne gro­sze, ale zde­cy­do­waną liczbę zdo­byto siłą. Za­wie­rają naj­róż­niej­sze in­for­ma­cje, od umów han­dlo­wych po me­dyczne re­cep­tury, od kon­trak­tów praw­nych po mapy nieba... Po­nie­waż król wie, że aby zdo­mi­no­wać inne kul­tury, trzeba zdo­być nie tylko ich zie­mie, uprawy i ak­tywa, lecz także pa­mięć zbio­rową, ich wspólne wspo­mnie­nia.

Przy­spie­sza­jąc, Aszur­ba­ni­pal mija sek­cje po­świę­cone ome­nom, za­klę­ciom, ry­tu­ałom, klą­twom, li­ta­niom, la­men­ta­cjom, in­kan­ta­cjom, hym­nom, baj­kom, przy­sło­wiom i ele­giom, ścią­gnię­tym ze wszyst­kich za­kąt­ków im­pe­rium. Kie­ruje się ku po­kaź­nej ko­lek­cji trak­tu­ją­cej o wy­ko­rzy­sty­wa­niu wnętrz­no­ści zwie­rząt ofiar­nych do prze­po­wia­da­nia ludz­kich lo­sów i bo­skich in­tryg. Mimo że przy­wią­zuje wielką wagę do ob­rzę­dów ha­ru­spi­cji i re­gu­lar­nie każe za­rzy­nać owce oraz kozy, aby po­zy­ski­wać ich wą­troby i pę­che­rzyki żół­ciowe dla pro­ro­ków, dzi­siaj nie bę­dzie stu­dio­wał wróżb. Za­miast tego udaje się do po­miesz­cze­nia ukry­tego w głębi, czę­ściowo za­sło­nię­tego ciężką ko­tarą. Do tego za­cisz­nego miej­sca nie wolno wcho­dzić ni­komu poza kró­lem i jego głów­nym do­radcą, który jest dla niego jak drugi oj­ciec. Ten wielce wy­kształ­cony czło­wiek uczył i pro­wa­dził Aszur­ba­ni­pala od jego naj­młod­szych lat.

We wnę­kach przy wej­ściu do tego pry­wat­nego po­miesz­cze­nia lampy z brązu wy­pusz­czają w górę wstęgi dymu. Król bie­rze jedną z nich i za­ciąga za sobą ko­tarę. W środku pa­nuje nie­na­tu­ralna ci­sza, jakby na­wet półki wstrzy­my­wały od­dech w ocze­ki­wa­niu na jego przyj­ście.

Kro­pla desz­czu drży. Oba­wia się, że w tym nie­zwy­kle zim­nym po­miesz­cze­niu, po­zba­wio­nym okien i kok­sow­ni­ków, za­mieni się w twarde krysz­tałki lodu. Le­dwo prze­szła ze stanu ga­zo­wego w płynny, więc nie ma­rzy o ska­wa­le­niu, za­nim w pełni nie wy­ko­rzy­sta tego no­wego etapu swo­jego ży­cia. Drży także z in­nego po­wodu. To miej­sce wy­wo­łuje nie­po­kój – nie na­leży do świata ży­wych ani do świata umar­łych, two­rzy lukę mię­dzy tym, co ziem­skie, a tym, co nie­ziem­skie, ist­nieje gdzieś mię­dzy rze­czami, które wi­dać wy­raź­nie, a tymi, któ­rych nie tylko nie wi­dać, lecz także któ­rym pi­sane jest ta­kimi po­zo­stać.

Zde­cy­do­wa­nym, wy­ro­bio­nym kro­kiem Aszur­ba­ni­pal wcho­dzi do po­miesz­cze­nia. Na środku stoi tam stół, na nim ce­drowa skrzynka. Król sta­wia lampę tuż obok sie­bie; świa­tło rzeźbi cie­nie na jego twa­rzy, po­głę­bia­jąc zmarszczki w ką­ci­kach oczu. Jakby po­grą­żony we śnie gła­dzi drewno, wciąż roz­ta­cza­jące za­pach lasu, z któ­rego po­cho­dzi. Drzewa igla­ste tak wy­so­kiej ja­ko­ści to w Me­zo­po­ta­mii rzad­kość; trzeba je po­wa­lać w gó­rach Tau­rus, mo­co­wać do tra­tew i spła­wiać rzeką Ty­grys.

Skrzynka skrywa po­emat. Frag­ment eposu tak sta­rego i po­pu­lar­nego, że re­cy­to­wano go po wie­lo­kroć w ca­łej Me­zo­po­ta­mii, Ana­to­lii, Per­sji i Le­wan­cie; prze­ka­zy­wa­nego wnu­kom przez babki na długo przed tym, za­nim spi­sał go ja­ki­kol­wiek skryba. To hi­sto­ria bo­ha­tera o imie­niu Gil­ga­mesz.

Aszur­ba­ni­pal zna cały po­emat jak li­nie na swo­ich dło­niach. Ana­li­zo­wał go już jako książę ko­ronny. Jako trzeci z ko­lei syn kró­lew­ski, naj­młod­szy z dzie­dzi­ców, nie spo­dzie­wał się za­siąść na tro­nie. Dla­tego pod­czas gdy jego starsi bra­cia wpra­wiali się w sztu­kach walki, stra­te­giach wo­jen­nych i tak­ty­kach dy­plo­ma­tycz­nych, jemu za­pew­niono grun­towne wy­kształ­ce­nie z fi­lo­zo­fii, hi­sto­rii, wróż­biar­stwa, ję­zy­ków oraz li­te­ra­tury. Osta­tecz­nie jego oj­ciec za­sko­czył wszyst­kich bez wy­jątku – w tym sa­mego Aszur­ba­ni­pala – kiedy oka­zał mu przy­chyl­ność i wy­brał go na swo­jego na­stępcę. I tak oto na tro­nie za­siadł naj­bar­dziej oczy­tany, naj­le­piej wy­edu­ko­wany władca, ja­kiego znało im­pe­rium. Z licz­nych spi­sa­nych dzieł, nad któ­rymi ślę­czał od dziecka, naj­bar­dziej upodo­bał so­bie Epos o Gil­ga­me­szu.

Król otwiera skrzynkę, w któ­rej znaj­duje się jedna tylko ta­bliczka. W prze­ci­wień­stwie do po­zo­sta­łych prze­cho­wy­wa­nych w bi­blio­tece ta ma in­ten­syw­nie nie­bie­ski ko­lor wart­kich rzek. Słowa wy­ryto nie w czer­wo­no­brą­zo­wej gli­nie, lecz w bloku la­zu­rytu, nie­zwy­kłego ka­mie­nia, który bo­go­wie za­cho­wali dla sie­bie. Pi­smo jest sta­ranne, do­sko­nale roz­strze­lone. Król do­tyka zna­ków tak ostroż­nie i de­li­kat­nie, jakby ob­da­rzał je piesz­czotą. Wolno za­nu­rza się w wersy, które czy­tał wie­lo­krot­nie, a które na­dal po­ru­szają jego serce tak samo jak za pierw­szym ra­zem.

Ten, który wi­dział ot­chłań, pod­stawę kraju...

Wi­dział on, co ukryte, i od­krył rze­czy ta­jemne,

Prze­ka­zał wie­ści sprzed po­topu.

Nie­któ­rzy kró­lo­wie lu­bują się w zło­cie i ru­bi­nach, nie­któ­rzy w je­dwa­biach i go­be­li­nach; jesz­cze inni w roz­ko­szach cie­le­snych. Aszur­ba­ni­pal uwiel­bia hi­sto­rie. Wie­rzy, że aby osią­gnąć suk­ces w roli przy­wódcy, nie mu­sisz wy­ru­szać w nie­bez­pieczną po­dróż jak Gil­ga­mesz. Nie mu­sisz za­sły­nąć jako zwy­cię­ski wo­jow­nik z mię­śni i ze ścię­gien. Nie mu­sisz po­ko­nać gór, pu­styń ani la­sów, z któ­rych wra­cają nie­liczni. Wy­star­czy za­pa­da­jąca w pa­mięć hi­sto­ria, która uczyni z cie­bie bo­ha­tera.

Lecz bez względu na to, jak bar­dzo król ceni so­bie opo­wie­ści, nie ufa tym, któ­rzy je snują. Ich wy­obraź­nia, nie­zdolna osiąść w jed­nym miej­scu ni­czym Ty­grys na wio­snę, zmie­nia bieg w naj­bar­dziej nie­prze­wi­dy­walny spo­sób, wije się wzdłuż roz­cią­ga­ją­cych się bez końca za­koli i za­kręca cha­otycz­nymi pę­tlami, dzika i nie­po­skro­miona aż do sa­mego końca. Kiedy król wzniósł tę bi­blio­tekę, zda­wał so­bie sprawę z ist­nie­nia in­nych wer­sji Eposu o Gil­ga­me­szu. Przez stu­le­cia za­pi­sy­wany i prze­pi­sy­wany przez skry­bów po­emat po­ja­wiał się w co­raz to no­wych in­ter­pre­ta­cjach. Aszur­ba­ni­pal ro­ze­słał po­słań­ców, aby zdo­byli dla niego ta­bliczki ze­wsząd, jak kraj długi i sze­roki, bo pra­gnął zgro­ma­dzić wszyst­kie moż­liwe wer­sje pod swoim da­chem. Jest pe­wien, że zre­ali­zo­wał to nad­zwy­czajne za­da­nie. Nie­mniej ta­bliczka, którą prze­cho­wuje w ce­dro­wej skrzynce, różni się od po­zo­sta­łych z jego ko­lek­cji – nie tylko dla­tego, że tekst spi­sano na dro­go­cen­nym ka­mie­niu za­miast na ka­wałku gliny, ale też z uwagi na jego bluź­nier­czą wy­mowę.

Wzno­sząc po­emat ku lam­pie, król ana­li­zuje zna­jomy tekst. Skryba, który go stwo­rzył, kim­kol­wiek był, wy­ko­nał pracę do­kład­nie tak, jak można się było tego spo­dzie­wać – je­śli nie li­czyć no­tatki na końcu.

Oto praca młod­szego skryby,

Jed­nego z wielu bar­dów, bal­la­dy­stów i ba­ja­rzy, któ­rzy cho­dzą po ziemi.

Tkamy wier­sze, pie­śni i opo­wie­ści z każ­dego tchnie­nia.

Miej nas w pa­mięci.

To dość nie­ty­powa wzmianka jak na skrybę, cho­ciaż jesz­cze bar­dziej niż ten do­da­tek nie­po­koi na­stę­pu­jąca po nim de­dy­ka­cja:

Te­raz i na wieki

Chwała niech bę­dzie Ni­sa­bie.

Ob­li­cze króla tę­żeje, gdy od­czy­tuje on ostat­nie słowa. Marsz­czy czoło, a jego puls przy­spie­sza, co wi­dać po ży­łach pul­su­ją­cych gniew­nie na skro­niach.

Ni­saba, bo­gini opo­wie­ści, to widmo mi­nio­nej epoki, imię, które ode­szło w nie­pa­mięć. Jej dni do­bie­gły końca, mimo że w da­le­kich za­kąt­kach im­pe­rium na­dal czci ją kilka igno­ran­tek kur­czowo trzy­ma­ją­cych się lu­do­wej tra­dy­cji. Dawno temu zo­stała za­stą­piona przez inne bó­stwo. Ak­tu­al­nie wszyst­kie ta­bliczki w kró­le­stwie po­świę­cone są po­tęż­nemu i mę­skiemu Nabu za­miast ete­rycz­nej i ko­bie­cej Ni­sa­bie. Tak winno być zda­niem króla. Pi­sa­nie to mę­ska rzecz i wy­maga moc­nego pa­trona, mę­skiego boga. Nabu zo­stał ofi­cjal­nym opie­ku­nem skry­bów i straż­ni­kiem ca­łej war­tej za­cho­wa­nia wie­dzy. Uczniom w szko­łach po­leca się, aby koń­czyli swoje ta­bliczki sto­sowną in­skryp­cją:

Chwała niech bę­dzie Nabu.

Gdyby nie­bie­ska ta­bliczka była le­ci­wym re­lik­tem prze­szło­ści, do­pi­sek nie bu­dziłby kon­tro­wer­sji. Ale król jest pe­wien, że to współ­cze­sne dzieło – do­wo­dzi tego ka­li­gra­fia. Ob­sta­jąc przy uczcze­niu za­po­mnia­nej, za­ka­za­nej bo­gini oraz lek­ce­wa­żąc au­to­ry­tet Nabu – a za­tem i roz­kazy sa­mego króla – skryba, który prze­pi­sał ten frag­ment Eposu o Gil­ga­me­szu, umyśl­nie zi­gno­ro­wał obo­wią­zu­jące za­sady. Aszur­ba­ni­pal mógł znisz­czyć ta­bliczkę; nie po­tra­fił się jed­nak na to zdo­być. Dla­tego też uwła­cza­jący przed­miot musi spo­czy­wać w ukry­ciu w tym po­miesz­cze­niu, od­izo­lo­wa­nym od reszty bi­blio­teki, aby nie wpadł w ręce nie­oświe­co­nych mas. Nie każde za­pi­sane słowo prze­zna­czone jest dla oczu każ­dego czy­tel­nika. Tak jak nie każde wy­po­wie­dziane słowo musi zo­stać usły­szane przez każ­dego szpicla. In­for­ma­cja o nie­bie­skiej ta­bliczce ni­gdy nie może tra­fić do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej, bo cały lud mógłby wów­czas zbłą­dzić. Po­zo­sta­wiony bez nad­zoru i kary bunt jed­nego czło­wieka może roz­zu­chwa­lić wielu dy­sy­den­tów.

Kiedy deszcz da­lej pada na Ni­niwę, król po­zo­staje w od­osob­nie­niu swo­jej bi­blio­teki, po­chło­nięty nie­bie­ską ta­bliczką. Na pe­wien czas za­po­mina o wszyst­kim: o swoim star­szym bra­cie spi­sku­ją­cym w Ba­bi­lo­nie, aby przy­własz­czyć so­bie jego tron, o in­try­gach dwor­skich, o po­wsta­niach sza­le­ją­cych za­równo w gra­ni­cach jego kró­le­stwa, jak i poza nimi, w Ana­to­lii, Me­dii, Urartu, Egip­cie, Cy­li­cji i Ela­mie... Wszystko to może za­cze­kać. Nic nie jest w sta­nie go roz­pro­szyć, kiedy po­grąża się w przy­go­dach Gil­ga­me­sza. Ale tego dnia dzieje się coś nie­spo­dzie­wa­nego.

Na ga­le­rii pod­nosi się na­gły ra­ban. Alar­mu­jące, zgrzy­tliwe dźwięki. Jedną ręką chwy­ta­jąc rę­ko­jeść swo­jego szty­letu, a drugą na­dal ści­ska­jąc ta­bliczkę, Aszur­ba­ni­pal wy­biega.

– Kto ośmiela się za­kłó­cać spo­kój kró­lowi?

– Mój pa­nie, moje słońce, wy­bacz naj­ście. – Do­wódca woj­ska, ma­ło­mówny męż­czy­zna, zwie­sza głowę.

Za jego ple­cami czte­rech żoł­nie­rzy cią­gnie czło­wieka odzia­nego w zgrzebną tka­ninę po­pla­mioną za­schnię­tymi wy­mio­ci­nami oraz świeżą krwią. Ten ostatni łka i za­wo­dzi cha­otycz­nie w par­ciany kap­tur ścią­gnięty na twarz.

– Mów i wy­tłu­macz ten or­dy­narny wy­stę­pek – na­ka­zuje król.

– Mój pa­nie, zła­pa­li­śmy zdrajcę, któ­rego po­szu­ki­wa­li­śmy od dawna. Wy­znał złe uczynki.

Je­den z żoł­nie­rzy zdziera kap­tur z głowy jeńca. Cień smutku prze­myka po ob­li­czu Aszur­ba­ni­pala. Znika jed­nak rów­nie szybko, jak się po­ja­wia. Król mruży oczy, jakby pa­trzył na coś, co szybko nik­nie w od­dali, nie od­ry­wa­jąc wzroku od poj­ma­nego – swo­jego daw­nego men­tora, swo­jego na­uczy­ciela, swo­jego po­wier­nika, który był mu bliż­szy niż wła­sny oj­ciec. Męż­czy­znę bito i tor­tu­ro­wano do tego stop­nia, że jego twarz ule­gła de­for­ma­cji, a w miej­scu zę­bów zieje pa­skudna wy­rwa, po­kryta sko­rupą ropy i krwi. Le­dwo może ustać na no­gach.

– Szla­chetny królu – od­zywa się do­wódca woj­ska – przy­się­gam na bo­gów Aszura, Isz­tar, Sza­ma­sza i Nabu, że naj­wyż­szy do­radca jest szpie­giem. To on prze­ka­zy­wał istotne se­krety bratu króla. Po­cząt­kowo nie chciał się przy­znać do sprzy­ja­nia wro­gowi. Raz za ra­zem wy­pie­rał się swo­ich zbrodni. Ale przed­sta­wi­li­śmy mu nie­pod­wa­żalny do­wód i już nie mógł wię­cej łgać.

Do­wódca sięga do torby prze­wie­szo­nej przez ra­mię i wy­ciąga ta­bliczkę. Po­daje ją kró­lowi. To list za­adre­so­wany przez naj­wyż­szego do­radcę do brata Aszur­ba­ni­pala, w któ­rym ten pierw­szy ślu­buje wier­ność i ofe­ruje wspar­cie – list poza wszelką wąt­pli­wość po­świad­cza­jący roz­miar zdrady.

– Gdzie to zna­leź­li­ście? – pyta król gło­sem su­chym jak pień wy­drą­żony przez wodę.

– Wśród rze­czy na­le­żą­cych do żoł­nie­rza wro­giej ar­mii, któ­rego poj­mano pod­czas prze­kra­cza­nia gra­nicy. Niósł pie­częć naj­wyż­szego do­radcy i wy­znał, że dzia­łał na roz­kaz.

Aszur­ba­ni­pal wolno od­wraca się do więź­nia.

– Jak mo­głeś?

– Mój królu... – char­czy skuty męż­czy­zna. Od­dech więź­nie mu w piersi. Lewe oko ma za­mknięte z po­wodu opu­chli­zny, a prawe, za­si­nione i na­bie­głe krwią, drga ni­czym uwię­ziony ptak. – Wspo­mnij, że by­łeś le­dwo chłop­cem, kiedy cię do mnie przy­pro­wa­dzono. Czy nie wy­edu­ko­wa­łem cię w pi­śmie i ra­chun­kach? Czy nie na­uczy­łem, jak czer­pać przy­jem­ność z bal­lad i kom­po­no­wać po­ezję... Li­to­ści, przez wzgląd na dawne czasy...

– Py­tam, jak mo­głeś!

Za­pada ci­sza.

– Woda... – bur­czy je­niec. Przez mo­ment zdaje się, że chce pro­sić o na­pój, ale póź­niej do­daje: – To dar od bo­gów; daje nam ży­cie, ra­dość i bo­gactw w bród. Ale ty, mój pa­nie, za­mie­ni­łeś ją w śmier­telną broń. W rzece Ulai nie ma już ryb; dła­wiona wrzu­ca­nymi tam na twój roz­kaz tru­pami, na­brała barwy ufar­bo­wa­nej na czer­wono wełny. Naj­pierw su­sza, po­tem głód. Mój królu, twoi pod­dani gło­dują. Rów­niny Susy usiane są cia­łami zmar­łych i umie­ra­ją­cych. A te­raz, jak sły­sza­łem, tego sa­mego do­ko­nasz w Ca­strum Kefa.

Ca­strum Kefa, skalny za­mek. Duże mia­sto oto­czone mu­rem, na pół­noc od Ni­niwy, na brzegu Ty­grysu w jego gór­nym biegu. Spoj­rze­nie króla zdra­dza, że wie, o czym mowa.

– Czy twój oj­ciec nie po­cho­dził z po­bli­skiej wio­ski? – pyta.

– Moi lu­dzie... Roz­sta­wi­łeś straż­ni­ków przy każ­dej fon­tan­nie, aby unie­moż­li­wić do­stęp do wody. Za­tru­łeś stud­nie. Ro­dziny za­rzy­nają swoje zwie­rzęta i piją ich krew, aby uga­sić pra­gnie­nie. Matki nie mają mleka, aby wy­kar­mić dzieci. Mój królu, twoje okru­cień­stwo nie zna gra­nic.

Do­wódca wojsk wy­pro­wa­dza cios, ce­luje po­ni­żej że­ber jeńca. Ten składa się wpół, kasz­ląc krwią. Pro­stuje się jed­nak zdu­mie­wa­jąco szybko. Jedno jego otwarte oko do­strzega przed­miot w dłoni króla.

– Ach, nie­bie­ska ta­bliczka... drobne bluź­nier­stwo – ko­men­tuje poj­many, kiedy widmo uśmie­chu unosi ką­cik jego ust. – Stu­dio­wa­li­śmy ją ra­zem po raz pierw­szy, kiedy mój król był mło­dym księ­ciem. Mój pan za­wsze oka­zy­wał jej względy. Czy po na­szym wspól­nym czy­ta­niu po­ezji nie zo­stały nie­za­tarte wspo­mnie­nia?

Je­śli także Aszur­ba­ni­pal wraca pa­mię­cią do spo­koj­nych po­po­łu­dni z cza­sów swo­jego dzie­ciń­stwa, spę­dza­nych na re­cy­to­wa­niu po­ezji ze swoim na­uczy­cie­lem, nie mówi o tym.

– Gil­ga­mesz... – po­dej­muje je­niec. – Chciał po­ko­nać śmierć, więc wy­brał się w po­dróż na ko­niec świata, i po­niósł po­rażkę. Nie ro­zu­miał, że je­dy­nym spo­so­bem na zy­ska­nie nie­śmier­tel­no­ści jest po­zo­sta­nie wiecz­nie ży­wym w pa­mięci in­nych, a je­dy­nym spo­so­bem na po­zo­sta­nie wiecz­nie ży­wym w pa­mięci in­nych jest po­zo­sta­wie­nie po so­bie do­brej hi­sto­rii. Mój królu, dla­czego po­sta­no­wi­łeś uczy­nić swoją hi­sto­rię tak bez­duszną?

Do­wódca wojsk robi krok na­przód, spo­dzie­wa­jąc się roz­kazu, aby za­bić jeńca. Aszur­ba­ni­pal unosi rękę i po­wstrzy­muje go. Po­chy­la­jąc głowę, do­wódca wojsk pyta:

– Czy mój pan ze­chce za­dać osta­teczny cios?

Poj­many za­czyna szlo­chać. Ci­chy, nie­po­zba­wiony god­no­ści dźwięk wy­dziera się z jego piersi. Nie po­trafi go kon­tro­lo­wać. Sto­jący przy nim żoł­nie­rze prze­stę­pują z nogi na nogę, nie­spo­koj­nie wy­cze­ku­jąc de­cy­zji króla.

Ale Aszur­ba­ni­pal nie za­bije swo­jego sta­rego na­uczy­ciela. Ni­gdy nie lu­bił do­wo­dzić na po­lach bi­tew­nych; wo­lał zle­cać ma­sa­kry, ruj­na­cje, gra­bieże i gwałty z bez­piecz­nego miej­sca na swoim tro­nie – albo jak to się czę­sto zda­rzało, z za­ci­sza swo­jej bi­blio­teki. Nad­zo­ro­wał plą­dro­wa­nie miast i gło­dze­nie ca­łych po­pu­la­cji, przez co lu­dzie zmu­szani byli do zja­da­nia ich zmar­łych krew­nych; rów­na­nie do­mów z zie­mią, nisz­cze­nie świą­tyń, roz­sy­py­wa­nie soli na świeżo za­ora­nych po­lach; odzie­ra­nie ze skóry przy­wód­ców re­be­lii, wbi­ja­nie na pale ich po­plecz­ni­ków i rzu­ca­nie ich mięsa „ptac­twu nie­bie­skiemu oraz ry­bom mor­skim”; kli­no­wa­nie szczęk swo­ich ry­wali psimi łań­cu­chami i trzy­ma­nie ich w bu­dach; bez­czesz­cze­nie gro­bów przod­ków swo­ich wro­gów, żeby na­wet ich du­chy nie mo­gły za­znać spo­koju. Wszyst­kich tych czy­nów i wielu ko­lej­nych do­pusz­czał się ze swo­jej czy­telni. Nie po­bru­dzi so­bie rąk. W końcu jest kró­lem eru­dytą, in­te­lek­tu­ali­stą, który in­ter­pre­tuje nie­biań­skie i ziem­skie znaki. W prze­ci­wień­stwie do swo­ich kró­lew­skich an­te­na­tów po­trafi czy­tać nie tylko aka­dyj­skie, lecz także za­gad­kowe su­me­ryj­skie tek­sty, dla więk­szo­ści nie­zro­zu­miałe. Po­trafi dys­ku­to­wać z pro­ro­kami, du­chow­nymi i fi­lo­zo­fami. Nie jest czło­wie­kiem bru­tal­nej siły i sro­giego gniewu. Jest czło­wie­kiem idei i ide­ałów.

Wy­czu­wa­jąc wąt­pli­wo­ści króla, do­wódca wojsk chrząka, po czym mówi:

– Je­śli mój pan prze­każe mi swój szla­chetny szty­let albo po­zwoli mi użyć wła­snego ostrza, prze­szyję to zdra­dziec­kie serce.

– Nie ma ta­kiej po­trzeby – od­po­wiada Aszur­ba­ni­pal. – Nie prze­le­jemy jego krwi.

W tym mo­men­cie moż­li­wie naj­ni­klej­sza na­dzieja prze­myka po zma­sa­kro­wa­nym ob­li­czu więź­nia. Aszur­ba­ni­pal nie pa­trzy na swo­jego men­tora. Nie od­rywa spoj­rze­nia od pła­sko­rzeźby na ścia­nie za jego ple­cami. Przez mo­ment przy­gląda się sce­nie z po­lo­wa­nia na rów­ni­nach Ni­niwy: ga­lo­pu­ją­cemu na ko­niu kró­lowi z włócz­nią, którą lada mo­ment prze­bije lwa pró­bu­ją­cego umknąć prze­zna­cze­niu. Jakby po­cią­gany za nie­wi­dzialną nić, pod­cho­dzi do de­ko­ra­cji. Wy­ciąga po­chod­nię z uchwytu i przy­suwa ją do ściany. Kształty na pła­sko­rzeź­bie oży­wają w zmie­nia­ją­cym się świe­tle. My­śliwy, włócz­nia, ofiara.

Zer­ka­jąc przez ra­mię, na­dal z nie­bie­ską ta­bliczką w jed­nej dłoni, król prze­ka­zuje po­chod­nię do­wódcy wojsk. Gło­sem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu wy­po­wiada jedno tylko słowo:

– Spa­lić!

Twarz do­wódcy wojsk traci wszelki ko­lor. Waha się, ale tylko przez se­kundę.

Męż­czy­zna w pło­mie­niach bie­gnie przez ga­le­rie Pa­łacu Pół­noc­nego w Ni­ni­wie. Jego ciało od­bija się od mu­rali zdo­bią­cych ściany, a jego de­spe­rac­kie krzyki, gło­śne i prze­szy­wa­jące, niosą się echem po ko­ry­ta­rzach, ry­ko­sze­tu­jąc od wy­soko skle­pio­nych su­fi­tów i wy­wo­łu­jąc ciarki na ple­cach słu­żą­cych. Do­cie­rają za ogromne bramy, sły­chać je na­wet na od­le­głych po­lach, gdzie ob­fi­cie ro­sną psze­nica i jęcz­mień, oraz w piasz­czy­stych za­tocz­kach, gdzie ło­dzie ry­bac­kie uwal­niają się od skar­bów z co­dzien­nych po­ło­wów. Za­nie­po­ko­jone prze­ra­ża­ją­cymi od­gło­sami mewy, które uci­chły wcze­śniej tego dnia, na­tych­miast zry­wają się do lotu, aby za­ta­czać nad mia­stem bez­ładne koła.

Gdyby je­niec do­tarł na brzeg do­pływu Ty­grysu, rzeki Khosr wi­ją­cej się przez cen­trum mia­sta, albo choć do po­bli­skiej bramy Maszki, gdzie krąży wielu no­si­wo­dów, ist­nieje szansa, że unik­nąłby śmierci. Gdy tak się jed­nak miota w swoim wła­snym pie­kle, wpada na la­massu strze­gą­cego kró­lew­skiej bi­blio­teki i roz­płasz­cza się na ko­py­cie jego pra­wej przed­niej nogi. Osta­tecz­nie więc ogień trawi go z na­ra­sta­jącą fu­rią.

Daw­niej ra­dość spra­wiały mu wier­sze i opo­wie­ści, a czy­ta­nie było dla niego tak na­tu­ralne jak od­dy­cha­nie. Nic nie da­wało mu więk­szej przy­jem­no­ści niż na­ucza­nie mło­dego księ­cia, kiedy we dwóch dys­ku­to­wali o li­te­ra­tu­rze, roz­cią­gnięci na pę­ka­tych po­du­chach, czy­tali Epos o Gil­ga­me­szu i za­chwy­cali się pięk­nem tego świata. Czy to on uczy­nił po­twora z tego chłopca o ci­chym gło­sie i ła­god­nym uśmie­chu, czy ten po­twór tkwił w chłopcu od sa­mego po­czątku? Ni­gdy się tego nie do­wie. Bo te­raz całe jego ciało to piec spo­pie­la­jący słowa, ob­ra­ca­jący w pył wszyst­kie te wersy, które daw­niej stu­dio­wał.

Tego po­po­łu­dnia, kiedy Aszur­ba­ni­pal – przy­wódca naj­bo­gat­szego im­pe­rium na świe­cie, ostatni z wiel­kich wład­ców kró­le­stwa Asy­rii, choć trzeci z ko­lei syn Asar­had­dona, wy­brany na jego na­stępcę jako ulu­bie­niec ojca, pa­tron i za­ło­ży­ciel wspa­nia­łej bi­blio­teki, która zmieni bieg hi­sto­rii – pod­pala swo­jego by­łego na­uczy­ciela, a wraz z nim pusz­cza z dy­mem wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, kro­pla desz­czu da­lej chowa się we wło­sach króla. Sa­motna, mała i prze­ra­żona nie ośmiela się po­ru­szyć. Ni­gdy nie za­po­mni tego, czego była dzi­siaj świad­kiem. To od­mie­niło ją na za­wsze. Na­wet po stu­le­ciach, które miną, ślad tej chwili po­zo­sta­nie w niej za­ko­rze­niony w nie­zmie­nio­nej po­staci.

W miarę jak fale go­rąca wzbi­jają się w po­wie­trze, kro­pla desz­czu po­mału wy­pa­ro­wuje. Nie znik­nie jed­nak. Prę­dzej czy póź­niej ten ma­leńki, prze­źro­czy­sty pa­cio­rek wody wróci w błę­kitne prze­stwo­rza. Gdy tam do­trze, za­czeka na wła­ściwy mo­ment, aby ko­lejny raz spaść na tę tar­ganą kon­flik­tami zie­mię – i ko­lejny...

Woda pa­mięta.

Za­po­mi­nają lu­dzie.

H2O 

Woda... Naj­dziw­niej­sza sub­stan­cja che­miczna, wielka ta­jem­nica. Z dwoma ato­mami wo­doru na koń­cach, z któ­rych każdy łą­czy się z po­je­dyn­czym tle­nem po­środku, to zgięta czą­steczka, nie pro­sta. Gdyby była pro­sta, na ziemi nie po­wsta­łoby ży­cie... ani żadna hi­sto­ria do opo­wie­dze­nia.

Trzy atomy łą­czą się ze sobą, aby stwo­rzyć wodę: H–O–H.

Trzy po­sta­cie prze­kra­czają gra­nice czasu i prze­strzeni, aby się ze sobą zwią­zać i wspól­nie na­pi­sać tę hi­sto­rię...

–O–AR­THUR

Nad rzeką Ta­mizą, 1840

Tego roku zima wcze­śnie bie­rze we wła­da­nie Lon­dyn, a gdy już się ob­ja­wia, nie chce odejść. Pierw­sze śnie­życe ata­kują w paź­dzier­niku, tem­pe­ra­tura po­wie­trza spada z dnia na dzień. Po­ro­sty wy­kwi­tają na ścia­nach, mech za­czer­nia głazy, pa­pro­cie wy­ra­sta­jące ze szcze­lin całe po­kryte są sza­dzią, po­ły­sku­jącą ni­czym srebrne igły. Go­towe na chłód gą­sie­nice i żaby ze spo­ko­jem go­dzą się na za­ma­rza­nie, za­do­wo­lone, że nie przyj­dzie im od­ta­jać aż do wio­sny. Mo­dli­twy i bluź­nier­stwa, gdy tylko opusz­czają usta swo­ich au­to­rów, za­mie­niają się w so­ple ob­wie­sza­jące na­gie ga­łę­zie drzew. Cza­sem dzwo­nią na wie­trze – lekko, swo­bod­nie, brzę­kli­wie. Lecz mimo lo­do­wa­tej aury Ta­miza nie utwar­dza się jak jesz­cze przed kil­koma de­ka­dami, kiedy za­mie­niała się w bryłę lodu tak mocną, że dla za­bawy wy­pro­wa­dzano na nią sło­nie i na ca­łej sze­ro­ko­ści roz­gry­wano na niej me­cze ho­keja. Tym ra­zem ska­wa­liła się wy­łącz­nie wzdłuż brze­gów, więc woda nie­prze­rwa­nie pły­nie mię­dzy po­ła­ciami bia­łych krysz­tał­ków.

To, czy rzeka jest chłodna czy cie­pła, burz­liwa czy spo­kojna, nie zmie­nia za­pa­chu, który ona roz­ta­cza. Ostrego, kwa­śnego i wstręt­nego. Smrodu, który są­czy ci się w pory, przy­wiera do skóry, prze­nika do płuc. Ta­miza – „Ta­me­sis”, „Tems”, „Ta­masa”, „czar­nula” – daw­niej sły­nąca z czy­stej wody i wy­bor­nych ło­sosi, obec­nie jest brudna, sza­ro­bura. Za­nie­czysz­czona od­pa­dami prze­my­sło­wymi, gni­ją­cymi śmie­ciami, che­mi­ka­liami z fa­bryk, zwie­rzę­cymi tru­chłami, ludz­kimi zwło­kami i nie­fil­tro­wa­nymi ście­kami, ni­gdy wcze­śniej w hi­sto­rii nie była tak igno­ro­wana, sa­motna i nie­ko­chana jak obec­nie.

Ca­łun pyłu, sa­dzy i po­piołu wisi nad dzwon­ni­cami, igli­cami oraz da­chami Lon­dynu, naj­bar­dziej za­tło­czo­nego mia­sta na świe­cie. Co ty­dzień po­ja­wia się ko­lejna fala nowo przy­by­łych, tar­ga­ją­cych swoje to­bołki pełne ma­rzeń, pod­czas gdy ko­miny wy­rzu­cają w niebo tylko wię­cej kosz­ma­rów. Jako że sto­lica ro­śnie i prze­kra­cza wła­sne gra­nice, jej od­pady, eks­kre­menty i resztki wy­do­stają się z każ­dej szcze­liny ni­czym pie­rze eks­plo­du­jące ze sta­rej po­duszki. Wszystko, co nie­chciane, tra­fia do rzeki. Młóto z bro­wa­rów, pulpa z pa­pierni, po­droby z rzeźni, wióry z gar­barni, od­cieki z go­rzelni, skrawki z far­biarni, od­chody wy­brane po nocy z szamb i wa­ter­klo­ze­tów (no­wo­cze­snych wy­na­laz­ków uży­wa­nych przez bo­ga­tych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych) – wszystko to koń­czy w Ta­mi­zie, gdzie za­bija ryby, za­bija hy­dro­fity, za­bija wodę.

Lecz rzeka nie prze­staje da­wać i nikt nie ro­zu­mie tego le­piej niż lu­dzie na­zy­wani ka­na­la­rzami. To nie­zmor­do­wani po­szu­ki­wa­cze resz­tek, czy­ści­ciele wy­brzeża. Z de­ter­mi­na­cją i cier­pli­wo­ścią po­ko­nują ki­lo­metr za ki­lo­me­trem w cuch­ną­cym mule. Cza­sami prze­mie­rzają la­bi­rynt ka­na­łów krzy­żu­ją­cych się pod mia­stem, bro­dząc w ście­kach. In­nym ra­zem grze­bią w rzecz­nych zło­żach gro­ma­dzą­cych się na brze­gach Ta­mizy. Prze­cze­su­jąc wodny świat, szu­kają cen­nych przed­mio­tów za­równo pod, jak i nad zie­mią.

Zwy­kle zbie­rają się do pracy, kiedy wiatr ustę­puje, a po­ziom wody jest ni­ski, więc mętna, gładka po­wierzch­nia akwenu przy­po­mina zma­to­wione lu­stro, które nie od­bija już świa­tła. W za­ka­mar­kach nie­przej­rzy­stej brei za­wsze znaj­dzie się coś cen­nego – ka­wałki me­talu, mie­dziane mo­nety, srebrne sztućce, od czasu do czasu także krysz­ta­łowa bro­sza czy per­łowy kol­czyk – pierw­szo­rzędne do­bra przy­pad­kowo upusz­czane na uli­cach i w par­kach Lon­dynu, a na­stęp­nie zmia­tane do rynsz­toka, skąd wy­ru­szają w długą, cuch­nącą po­dróż ku fa­lom Ta­mizy. Nie­które z tych przed­mio­tów za­wę­drują do Oks­fordu i da­lej, pod­czas gdy inne utkną w bło­cie, za­ko­pane pod grubą war­stwą śli­skiej mazi. Ni­gdy nie da się prze­wi­dzieć, co każ­do­ra­zowo za­ofe­ruje rzeka. Mo­żesz mieć jed­nak pew­ność, że nie zo­stawi cię z pu­stymi rę­kami. Wprawny ka­na­larz za­ra­bia do sze­ściu szy­lin­gów dzien­nie.

Praca jest nie tylko obrzy­dli­wie brudna, lecz także obar­czona ry­zy­kiem – zwłasz­cza w ka­na­łach ście­ko­wych. Za­wsze roz­sąd­niej dzia­łać w gru­pie, jako że w po­je­dynkę ła­two zgu­bić się w krę­tych pod­ziem­nych przej­ściach Lon­dynu, skąd można już ni­gdy nie wy­ło­nić się na po­wierzch­nię. Ist­nieje nie­bez­pie­czeń­stwo, że po­bli­ska śluza zo­sta­nie unie­siona bez ostrze­że­nia, kiedy ty po omacku po­ru­szasz się tam w dole. Je­śli nie masz wtedy czego się zła­pać albo nikt nie chwyci cię za koł­nierz, uwol­niona z rur po­wódź może cię pod­ciąć, wy­peł­nić płuca eks­kre­men­tami i cię za­to­pić. Jest też taka moż­li­wość, że na­tkniesz się na pę­cherz ga­zowy, który od dawna mógł się two­rzyć pod war­stwami od­pa­dów; ten naj­bar­dziej nie­for­tunny ze wszyst­kich sce­na­riu­szy, po­dob­nie jak pod­pa­le­nie pro­chu strzel­ni­czego, może wy­wo­łać eks­plo­zję, gwa­ran­tu­jąc na­tych­mia­stową śmierć albo, co gor­sze, ży­cie w ogrom­nych mę­czar­niach. Rzeka od­biera. Nikt nie ro­zu­mie tego le­piej niż ka­na­la­rze.

W ten mroźny po­ra­nek pod ko­niec li­sto­pada osiem osób wle­cze się przez Chel­sea na pół­noc­nym brzegu Ta­mizy. Ich buty chlu­po­czą w szla­mie. W rę­kach ści­skają dłu­gie pręty, któ­rymi od czasu do czasu dźgają błoto, aby spraw­dzić, czy pod spodem nie skrywa się coś war­to­ścio­wego. La­ta­renki przy­wią­zane do ich piersi ma­lują przed nimi złote wstęgi i na­dają ob­li­czom upiorną bla­dość. Sza­liki za­sła­nia­jące im usta mają blo­ko­wać obrzy­dliwe za­pa­chy – na­wet je­śli w ni­czym to nie po­maga. Człon­ko­wie grupy odziani są w ob­szerne wel­we­towe płasz­cze z ogrom­nymi kie­sze­niami i grube rę­ka­wice chro­niące przed bru­dem – oraz ata­kami szczu­rów, cza­sem na­wet wiel­ko­ści ko­tów. Ale ostat­nia z nich, młoda ko­bieta z nie­śmia­łym uśmie­chem i pie­gami roz­sia­nymi na po­licz­kach, zdo­łała na­cią­gnąć płaszcz je­dy­nie do po­łowy wy­dę­tego brzu­cha. Mimo za­awan­so­wa­nej ciąży nie może zre­zy­gno­wać z pracy. Poza tym po­łożna za­pew­niła ją, że dziecko nie po­jawi się na świe­cie jesz­cze przez co naj­mniej mie­siąc.

Grupa zbliża się do za­kola rzeki, gdzie dąb roz­po­ściera ga­łę­zie ni­sko nad wodą, omal nie do­ty­ka­jąc ziemi. Pod­czas gdy po­zo­stali prze­cze­sują breję, młoda ko­bieta przy­staje, żeby ode­tchnąć. Ociera czoło, na któ­rym mimo sma­ga­ją­cego wia­tru wy­kwi­tły kro­pelki potu. Wzro­kiem wo­dzi po głę­bo­kich wy­żło­bie­niach i fał­dach w ko­rze dębu. Ja­kie to nie­zwy­kłe, że drzewo wy­krę­ciło się w ten spo­sób, jakby pro­wa­dziło z Ta­mizą roz­mowę w cztery oczy. O czym tak mogą so­bie opo­wia­dać? Uśmie­cha się na tę myśl. Wtedy prze­szywa ją ból. Ostry, nie­spo­dzie­wany. Serce za­czyna jej moc­niej bić, ale ona pró­buje nie ule­gać bó­lowi. Jak do­tąd dzień nie był dla niej ła­skawy; zna­la­zła tylko mały pier­ścio­nek, któ­rego war­to­ści nie może być pewna, do­póki nie oczy­ści go z brudu i nie za­nie­sie do lom­bardu. Nie­mniej wsu­nęła go na pa­lec w oba­wie, że zgubi swój je­dyny skarb.

Ko­lejny skurcz – ból tak prze­szy­wa­jący, że omal nie po­zba­wia jej tchu. Ko­bieta wy­cho­dzi z wody, czła­pie z tru­dem w stronę drzewa. Jej pierś unosi się i opada, kiedy opiera się o pień, wdzięczna za jego nie­zwy­kły kształt. Kłu­cie słab­nie je­dy­nie po to, aby po chwili wró­cić z jesz­cze więk­szą siłą. Ko­bieta przy­ci­ska dłoń do brzu­cha, nie mo­gąc po­wstrzy­mać się przed gło­śnym ję­kiem.

– O Pa­nie!

Spie­szy ku niej ni­ska, tęga ko­bieta w po­de­szłym wieku, któ­rej skóra pod oczami jest prze­źro­czy­sta i sina.

– Co się dzieje, Ara­bello? Wszystko do­brze?

– Dziecko... my­ślisz, że może już wy­cho­dzić? Nie za wcze­śnie na to?

Obie roz­glą­dają się wo­kół, jedna zdjęta wy­raźną pa­niką, druga – skry­wa­nym nie­po­ko­jem.

Tylko nie te­raz, nie tu­taj. Żadne dziecko nie chcia­łoby przyjść na świat w ta­kim wil­got­nym, cuch­ną­cym miej­scu jak to przy stru­mie­niu peł­nym resz­tek i ście­ków.

– Wy­słać ko­goś po two­jego męża, ko­chana? – pyta sta­ruszka. Zniża głos, jakby prze­czu­wała, co usły­szy w od­po­wie­dzi.

Ara­bella mieszka w czyn­szówce w po­bli­skich slum­sach, w tej czę­ści Chel­sea, którą lu­dzie na­zy­wają krań­cem świata, ze sto­la­rzem tak uta­len­to­wa­nym, że raz we­zwano go do pa­łacu Buc­kin­gham, aby wy­ko­nał ko­modę dla człon­ków ro­dziny kró­lew­skiej – na­wet je­śli ostat­nimi czasy od po­pi­ja­nia ręce trzęsą mu się tak bar­dzo, że rzadko w ogóle za­biera się do pracy.

– Po mo­jego męża? – dziwi się Ara­bella. – Nie wi­dzia­łam go od ty­go­dni.

– W ta­kim ra­zie po­ra­dzimy so­bie same – kwi­tuje sta­ruszka, pró­bu­jąc ukryć smu­tek. – Naj­pierw za­bie­rzemy cię do domu i wy­god­nie uło­żymy, moja panno.

Ara­bella kiwa głową na zgodę, ale jej od­dech spłyca się co­raz bar­dziej. Kiedy pró­buje wstać, chwieje się, na mo­ment traci rów­no­wagę. Jej twarz wy­krzy­wia bar­dziej szok niż ból. Cie­pły płyn try­ska spo­mię­dzy jej ud. Prze­ra­żona wga­pia się w ka­łużę u swych stóp.

– O Boże, o moje gwiazdy... to za wcze­śnie!

Po­zo­stali ka­na­la­rze, któ­rzy prze­stali pra­co­wać, śle­dzą roz­wój wy­da­rzeń z brzegu rzeki. Je­den pró­buje prze­krzy­czeć szum wody:

– Ej, wszystko tam w po­rządku?

Sta­ruszka kręci głową.

– Mamy kło­poty. Niech Pan do­po­może.

– Co ty tam beł­ko­czesz?

– Mó­wię, że­byś le­piej stam­tąd wy­lazł i się na coś przy­dał. Chodź­cie tu­taj wszy­scy, w te pędy! Ode­szły jej wody!

Ka­na­la­rze, któ­rzy pę­dzą na po­moc i bez­in­te­re­sow­nie roz­kła­dają swoje płasz­cze na błot­ni­stym brzegu Ta­mizy, nie mogą wie­dzieć, że do­kład­nie w tym sa­mym cza­sie w Lon­dy­nie inna cię­żarna ko­bieta za­czyna ro­dzić swoje pierw­sze dziecko. Kró­lowa Wik­to­ria, rap­tem dwu­dzie­sto­jed­no­let­nia, ma skur­cze w przy­tul­nej kom­na­cie pa­łacu Buc­kin­gham. To, że jej kró­lew­ska mość nie­na­wi­dzi być w ciąży, jest ta­jem­nicą po­li­szy­nela. Ob­ru­szona ko­niecz­no­ścią re­zy­gna­cji z tań­ców i jazdy kon­nej nie może do­cze­kać się chwili, gdy ten de­li­katny etap jej ży­cia do­bie­gnie końca. Młoda kró­lowa, na­zy­wana przez męża do­brą żonką, li­czy, że wyda na świat mę­skiego dzie­dzica, aby raz na za­wsze móc dać so­bie spo­kój z ro­dze­niem dzieci. Książę Al­bert trwa u jej boku, trzy­ma­jąc ją za rękę i szep­cząc słowa do­da­jące otu­chy, do­póki nie do­łą­czy do mi­ni­strów cze­ka­ją­cych na ze­wnątrz. Sto­jąca w rogu dzie­cięca ko­ły­ska – wy­ko­nana z naj­wyż­szej ja­ko­ści ma­ho­niu i wy­ście­łana je­dwa­biem w ko­lo­rze szma­rag­do­wej zie­leni – zo­stała za­pro­jek­to­wana na po­do­bień­stwo muszli. Mor­skie ko­no­ta­cje do­sko­nale na­dają się dla pier­wo­rod­nego po­tomka Kró­lo­wej Oce­anów, uwy­dat­niają chwałę i splen­dor An­glii, któ­rej sym­bol, białą różę, wy­ha­fto­wano na na­rzu­cie.

Kiedy po nie­zno­śnych go­dzi­nach kró­lew­skie dziecko przy­cho­dzi na świat, le­karz uśmie­cha się prze­pra­sza­jąco.

– Nie­stety, wa­sza kró­lew­ska mość, to dziew­czynka.

Kró­lowa, choć rów­nie nie­za­do­wo­lona, unosi omdle­wa­jącą rękę.

– Nie­ważne. Na­stępny bę­dzie książę.

Na szczę­ście może wy­bie­rać z ca­łego za­stępu nia­niek, z któ­rych wszyst­kie mogą się po­chwa­lić do­sko­na­łymi re­fe­ren­cjami.

Kiedy po nie­zno­śnych go­dzi­nach rzeczne dziecko przy­cho­dzi na świat, je­den z ka­na­la­rzy krzy­czy ra­do­śnie:

– Chwała Bogu, Ara­bello, to chło­pak!

Młoda matka, wspie­ra­jąc się na łok­ciach, wy­ciąga szyję, żeby spoj­rzeć na syna. Jego drobne pa­luszki u dłoni, ró­żowe pa­luszki u stóp, okrą­głe po­liczki... Jest piękny. Ko­bieta za­lewa się łzami. Jaką szansę ma ta­kie słod­kie, nie­winne stwo­rze­nie w świe­cie peł­nym grze­chu, smutku i cier­pie­nia?

– Roz­ch­murz się, dzie­wu­cho. Czym się tak mar­twisz? – karci ją sta­ruszka. – Po­win­naś być z sie­bie dumna. Chło­pak żyje i ma się do­brze.

Ale Ara­bella pła­cze tak bar­dzo, że le­dwo może się wy­sło­wić.

– No już, już, po­ra­dzisz so­bie. A te­raz po­wiedz nam, jak go na­zwiesz – do­cieka sta­ruszka.

Od­po­wiedź nie pada.

Wtedy po­zo­stali czy­ści­ciele przy­cho­dzą matce z po­mocą.

– Na­zwij go Tha­mes, sto­sow­nie do oka­zji – su­ge­ruje ktoś.

– Tak, kiedy do­ro­śnie, zo­sta­nie oj­cem Tha­me­sem.

– Je­śli po­żyje wy­star­cza­jąco długo, pew­nego dnia bę­dzie dziad­kiem Tha­me­sem.

– A może Tho­mas, po­dob­nie do Tha­mesa.

– Nie, na­zwij go Jack – wtrąca inny męż­czy­zna. – Przez całe ży­cie wo­łają mnie Jack i nie na­rze­kam.

– Ja bym na­rze­kał!

– To może Al­bert? – Ko­lejna pro­po­zy­cja. – Skoro na­daje się dla męża kró­lo­wej, na pewno na­daje się dla tego szkraba.

– Och, za­mknij się! Co ty bre­dzisz? – Tym ra­zem to sta­ruszka wy­raża nie­za­do­wo­le­nie. – Za­trwo­żony i pło­chliwy... taki wła­śnie jest książę Al­bert z tą swoją wy­mocz­ko­wa­to­ścią i w ogóle! Nie pa­mię­ta­cie, że na­wet nie oświad­czył się Wik­to­rii? To ona oświad­czyła się jemu. Nie naj­lep­szy to mał­żo­nek dla kró­lo­wej. Czy choćby mę­żuś dla mnie!

Wszy­scy chi­cho­czą i kpią, aż na­gle cienki gło­sik Ara­belli prze­bija się przez cały ten ja­zgot.

– Wrzuć­cie go do rzeki!

Ktoś za­nosi się gło­śnym śmie­chem, prze­ko­nany, że to ko­lejny dow­cip o człon­kach ro­dziny kró­lew­skiej, któ­rych ży­cie nie może wszak szcze­gól­nie róż­nić się od ich ży­cia. Po­zo­stali jed­nak milkną. At­mos­fera staje się ciężka, kiedy do ka­na­la­rzy do­ciera sens słów Ara­belli. Wy­mie­niają mię­dzy sobą skru­szone spoj­rze­nia, jakby samo wy­słu­cha­nie tych słów uczy­niło z nich współ­win­nych ja­kie­goś nie­wy­obra­żal­nego plu­ga­stwa.

– Co ty mó­wisz, dzie­wu­cho? – mru­czy sta­ruszka, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

– Ci­śnij­cie dziecko do wody. Nie mogę się o nie za­trosz­czyć. Niech Ta­miza za­opie­kuje się moim sy­nem.

– Za­milcz! Nie grzesz sło­wem.

Młoda matka ukrywa twarz w dło­niach i wy­daje umę­czony, gar­dłowy szloch. Le­dwo wie­rzy w to, co lada mo­ment po­wie, ale nie może się po­wstrzy­mać.

– Nie stać mnie na utrzy­ma­nie tego malca. Le­dwo star­cza mi mie­dzia­ków na je­dze­nie dla sie­bie. Naj­czę­ściej ko­nam z głodu. Mój mąż... jest do ni­czego. Za­daje się z naj­gor­szymi ty­pami! Wiecz­nie wście­kły, ni­gdy trzeźwy, ni­gdy w pracy. Bło­go­sła­wię ten czas, kiedy jest nie­przy­tomny... My­śli­cie, że męż­czy­zna, który bije żonę, nie skrzyw­dzi wła­snego syna? Moje biedne dziecko...

Sta­ruszka unosi jej głowę i nią po­trząsa.

– Te­raz po­słu­chaj mnie, dzie­wu­cho.

– Nie ro­zu­miesz...

– Ro­zu­miem każde słowo i mó­wię ci, że ten chło­piec roz­ja­śni twoje ży­cie. Sły­szysz mnie? Czuję to w ko­ściach. Daj mu odro­binę żar­cia i ochłap mi­ło­ści, a od­płaci się z na­wiązką. Od­ciąży cię i sprawi, że bę­dziesz z niego dumna. Zo­ba­czysz, wszystko się ułoży.

Ara­bella pła­cze te­raz jesz­cze gło­śniej. Jej ra­miona trzęsą się z każ­dym szlo­chem, a chłód i nie­po­kój po­wo­dują, że szczęka zę­bami.

Sta­ruszka wzdy­cha. Sły­szała po­łożne na­rze­ka­jące na ta­jem­ni­czy stan na­zy­wany po­ło­go­wym sza­leń­stwem. Po­dobno do­tyka świeżo upie­czone matki, odziera je z roz­sądku i nu­rza w roz­pa­czy tak bez­den­nej, że mogą się z niej ni­gdy nie wy­do­stać. Ona wie, że le­cze­nie wy­maga środ­ków prze­czysz­cza­ją­cych, sta­wia­nia ba­niek, upusz­cza­nia krwi i mnó­stwa opia­tów.

Od­wra­ca­jąc się do po­zo­sta­łych, pyta ci­cho:

– Czy ktoś ma coś na po­krze­pie­nie? Bie­dac­two się po­cho­ro­wało.

– No to daj jej tro­chę tego – od­po­wiada pe­wien męż­czy­zna i wy­ciąga ciem­no­brą­zową bu­telkę.

Lau­da­num. Po­maga ukoić nerwy i uśmie­rzyć ból, poza tym po­dobno jest do­bre na ko­biece do­le­gli­wo­ści. Cho­ciaż sma­kuje nie­zwy­kle gorzko, pach­nie słodko i in­ten­syw­nie – jako że to wy­war na ba­zie cy­na­monu, sza­franu, al­ko­holu i opiu­mo­wego wy­ciągu z zia­ren maku.

Na­kła­niają Ara­bellę do wzię­cia łyka, a po­tem jesz­cze dwóch dla lep­szego efektu. Ulega. Głowa opada jej na pierś, ra­miona więdną. Wy­czer­pana i ze­stre­so­wana nie po­trze­buje wiele czasu, aby za­paść w głę­boki sen bez snów.

Te­raz ka­na­la­rze mają za­gwozdkę, któ­rej się nie spo­dzie­wali. W sy­tu­acji, gdy ojca nie ma ni­g­dzie w za­sięgu wzroku, matka dziecka zaś jest na wpół za­mro­czona, na wpół obłą­kana, kto po­wi­nien je na­zwać? Nie można tego od­wle­kać. Znaj­dują się nie­bez­piecz­nie bli­sko rzeki. Od nie­pa­mięt­nych cza­sów rzeczne wiry Ta­mizy za­pew­niają schro­nie­nie du­chom, upio­rom i in­nym wid­mo­wym stwo­rze­niom. De­mo­niczne zjawy uno­szące się nad wodą i po­lu­jące na de­li­katne du­szyczki mogą w każ­dej chwili spaść z nieba, aby po­rwać no­wo­rodka. A na­wet je­śli ten je­den raz wspo­mniane mary po­sta­no­wią od­pu­ścić, bez wąt­pie­nia zni­kąd po­jawi się widmo Wil­liama Kidda. Wszy­scy wie­dzą, że osła­wiony pi­rat go­tuje się z gniewu po tym, jak po­lano go smołą, za­kuto w łań­cu­chy i po­wie­szono na szu­bie­nicy, gdzie jego zwłoki gniły przez trzy lata. Od jego pu­blicz­nej eg­ze­ku­cji mi­nął po­nad wiek, co jed­nak nie zna­czy, że fu­ria Kidda przy­ga­sła. Nie­zmien­nie roz­sier­dzony na­wie­dza tu­tej­sze na­brzeża.

Zwa­żyw­szy na po­wagę sy­tu­acji, ka­na­la­rze do­cho­dzą do wnio­sku, że to na nich spada od­po­wie­dzial­ność za wy­ko­na­nie tego za­da­nia. Sta­ruszka unosi dziecko i spo­gląda w jego sza­ro­nie­bie­skie oczy. Dziwne, ale ma­lec pa­trzy pro­sto na nią. W do­datku przez cały ten czas nie za­pła­kał ani razu.

– Cóż za oso­bliwy z cie­bie szkrab!

– Może więc tak go na­zwiemy? – pro­po­nuje ktoś. – To za­wsze coś. Oso­bliwy bę­dzie jego pierw­szym, a Szkrab dru­gim imie­niem. I pro­szę!

– Nie, to się nie nada.

Sta­ruszka uznaje, że to bez­radne dziecko, któ­remu naj­wy­raź­niej bra­kuje tro­skli­wego ojca oraz sta­bil­nej matki i które na swoje nie­szczę­ście uro­dziło się na brzegu rzeki peł­nej resz­tek oraz eks­kre­men­tów, za­słu­guje na wspar­cie. Mu­szą ob­da­rzyć je czci­god­nym imie­niem, czymś na za­chętę, co po­może mu po­ko­nać trud­no­ści, za­miast cią­gnąć da­lej w dół. Dla­tego też ko­bieta na­my­śla się dłu­żej, za­nim oznaj­mia:

– My­ślę, że to po­winno być coś od­waż­nego i zna­ko­mi­tego. Tak, wła­śnie tak, imię godne szlach­cica.

– Może więc bę­dziemy zwra­cać się do niego wa­sza wy­so­kość?

– Naj­ja­śniej­szy pa­nie?

– Eks­ce­len­cjo?

– A może królu?

– Król brzmi nie­źle – kwi­tuje sta­ruszka. Roz­pro­mie­nia się, kiedy przy­cho­dzi jej do głowy nowa myśl. – Król Ar­thur na­wet jesz­cze le­piej.

– Tak, to Król Ar­thur!

– Niech bę­dzie po­chwa­lony!

– Chwała Bogu!

– Jak król Ar­thur od mie­cza w ka­mie­niu?

– Bar­dziej jak król Ar­thur od ście­ków.

– I... i slum­sów.

– W ta­kim ra­zie po­sta­no­wione – oznaj­mia męż­czy­zna, który wcze­śniej po­dzie­lił się lau­da­num. Wznosi to­ast i po­ciąga gin z bu­telki, wy­ję­tej z wnę­trza płasz­cza; po­tem ociera usta i prze­ka­zuje flaszkę da­lej.

– Król Ar­thur! Władca Ście­ków i Slum­sów!

I pew­nego dnia wła­śnie pod tym imie­niem chło­piec uro­dzony nad wodą w od­lud­nej czę­ści Chel­sea pod ni­sko za­wie­szo­nymi ga­łę­ziami przy­brzeż­nego dębu bę­dzie znany wszyst­kim. Jest dziec­kiem rzeki i po­zo­sta­nie nim do końca swych dni.

Kładą no­wo­rodka na piersi matki, mimo że ona na­dal śpi jak ka­mień. Na oczach wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych Ar­thur ssie nie­spiesz­nie, jakby z grzecz­no­ści. Spo­czy­wa­jąc na ster­cie płasz­czy roz­ło­żo­nych na zim­nej, błot­ni­stej ziemi, bez wy­gód ko­ły­ski ani osłony da­chu, wy­dyma usteczka, ale nie pła­cze. W bez­ru­chu na­słu­chuje dźwię­ków wo­kół sie­bie. Cienka strużka mleka spływa z ką­cika jego ust.

Znów za­czyna śnie­żyć. Sza­le­jąca za­wieja na­ciera z nieba dłu­gimi, uko­śnymi sma­gnię­ciami, mie­nią­cymi się świe­tli­ście na tle przy­ga­szo­nego świa­tła. Kiedy do­się­gają ziemi, przy­bie­rają nie­bie­skawy od­cień, two­rząc wiry, które ani na sie­bie nie za­cho­dzą, ani so­bie nie prze­szka­dzają. Tań­czą ra­do­śnie jak przy­wo­łane tu­ła­cze du­chy. Dziecko ob­ser­wuje je sze­roko otwar­tymi oczami i uśmie­cha się sze­roko, oszo­ło­mione pięk­nem tego świata.

Chwilę póź­niej je­den z płat­ków szy­buje ku ziemi, wy­ko­nu­jąc pi­ru­ety na wie­trze. Woda w sta­nie sku­pio­nym. Zwiewna perła ufor­mo­wana w głę­bi­nach prze­past­nej nie­biań­skiej muszli. Czy z tak ma­łego i lek­kiego bytu można wy­cza­ro­wać cały wszech­świat?

Dawno temu w od­le­głej kra­inie ta śnie­żynka była kro­plą desz­czu. Prze­mie­rzała oka­zały pa­łac ze wspa­niałą bi­blio­teką i oglą­dała prze­piękne ogrody, eks­tra­wa­ganc­kie fon­tanny oraz nie­wy­po­wie­dziane okru­cień­stwa. Nie­sie wspo­mnie­nia z mi­nio­nych żyć. Aura asy­ryj­skiego króla od­ci­snęła na niej piętno ni­czym nie­wi­dzialny od­cisk palca. De­li­kat­nie opada na twa­rzyczkę dziecka i znika mię­dzy jego roz­chy­lo­nymi war­gami.

W tym mo­men­cie ma­lec czuje na ję­zyku coś zim­nego, orzeź­wia­ją­cego, odro­binę me­ta­licz­nego i ogrom­nie eks­cy­tu­ją­cego. Za­ci­ska piąstki i wkłada je so­bie do buzi, pró­bu­jąc po­chwy­cić tę cu­dow­ność – i to uczu­cie. Po­tem po raz pierw­szy pła­cze. Wy­ra­ża­jąc pierw­sze w ży­ciu roz­cza­ro­wa­nie, naj­wcze­śniej­szy smu­tek, że nie jest w sta­nie za­trzy­mać piękna, które do­tknęło go na krótko, a po­tem na­gle się roz­to­piło.

Kro­pla mleka i pła­tek śniegu. Oba zmie­szają się w jego ustach – i w naj­głęb­szych od­mę­tach jego pa­mięci. Pew­nego dnia, kiedy bę­dzie znacz­nie star­szy, usły­szy py­ta­nie od ko­goś, kto ni­gdy nie wi­dział śniegu, o to, jak sma­kuje, na co bez­zwłocz­nie od­po­wie: „Jak mleko matki”.

Król Ar­thur, Władca Ście­ków i Slum­sów, za­pa­mięta chwilę swo­ich na­ro­dzin. Za­pa­mięta ją wy­jąt­kowo wy­raź­nie i za­ska­ku­jąco szcze­gó­łowo: ryk prze­pły­wa­ją­cych nie­opo­dal ście­ków, korę po­chy­lo­nego dębu, szorst­kość pię­trzą­cych się pod nim płasz­czy, ich brzegi prze­tarte i ob­gry­zione przez szczury oraz my­szy, pu­kle zło­tych wło­sów opa­da­jące na ra­miona ko­biety, która naj­pierw wy­dała go na ten świat, a po­tem chciała wrzu­cić do Ta­mizy, przede wszyst­kim zaś to, co czuł, kiedy krysz­tałki lodu top­niały mu na ję­zyku. Strzępy wspo­mnień, które zdoła spleść ra­zem, nie­ważne, ile mi­nie lat i jak bo­le­śnie będą mu się ko­ja­rzyć. Bo to dziecko, które dzieli datę uro­dzin z pierw­szym po­tom­kiem kró­lo­wej Wik­to­rii i zo­stało na­zwane po le­gen­dar­nym bo­ha­te­rze przez grupę życz­li­wych ka­na­la­rzy, to naj­nie­zwy­klej­sze z dzieci.

Ar­thur Smyth ob­da­rzony jest nie­zwy­kłą pa­mię­cią: wzro­kową, słu­chową i sen­so­ryczną. Tak jak kro­pla desz­czu czy kulka gradu – jak woda w do­wol­nej po­staci – tak on za­pa­mięta wszystko na za­wsze, ni­gdy o ni­czym nie za­po­mni. To, co zo­ba­czy, usły­szy albo po­czuje, choćby tylko raz, za­chowa do­zgon­nie. Wielu po­wie, że to nie­zwy­kły ta­lent. Bło­go­sła­wień­stwo od Boga, po­spiesz­nie do­da­dzą inni. Ale także straszne prze­kleń­stwo – wkrótce sam się o tym prze­kona.

H–NA­RIN

Nad rzeką Ty­grys, 2014

Pew­nego po­po­łu­dnia późną wio­sną na brzegu Ty­grysu w po­łu­dniowo-wschod­niej Tur­cji, pod bal­da­chi­mem błę­kit­nego nieba zbiera się grupa naj­star­szych ja­zy­dów[2]. Stoją w pół­kolu, zwró­ceni twa­rzą do dziew­czynki w bia­łej su­kience. Zo­sta­nie ochrzczona wodą świę­coną z irac­kiej do­liny La­lisz.

Na­zywa się Na­rin. W tym mie­siącu skoń­czyła dzie­więć lat. Ma de­li­katne rysy twa­rzy, sze­ro­kie czoło, pro­sty nos, brwi wy­gięte w łuk nad du­żymi, zdu­mie­wa­jąco ja­snymi oczami w ko­lo­rze szał­wii. Kiedy słu­cha szejka re­cy­tu­ją­cego mo­dli­twy w jej imie­niu, do­strzega ptaka szy­bu­ją­cego ni­sko na nie­bie, pi­ku­ją­cego w krzaki. Nie wie jed­nak, jaki to ga­tu­nek. Zerka na swoją bab­cię trwa­jącą dum­nie u jej boku. Sta­ruszka wie wszystko o pta­kach i po­trafi do­sko­nale na­śla­do­wać setki pta­sich treli, ale to nie jest wła­ściwy mo­ment, aby ją o to py­tać. Na­rin po­now­nie sku­pia się na ce­re­mo­nii i czeka cier­pli­wie, z sza­cun­kiem. Unosi wzrok do­piero wtedy, gdy woda świę­cona rosi jej czoło.

Pierw­sza kro­pla pada na jej skroń i spływa wolno, aby spo­cząć na rzę­sach – gru­bych, gę­stych i pro­stych, o ko­niusz­kach roz­ja­śnio­nych przez słońce. Na­rin ściera ją z uśmie­chem.

– Ba­ranku wiary – mówi szejk – niech twoja droga za­wsze bę­dzie bło­go­sła­wiona.

Kępki tro­je­ści u ich stóp gwał­tow­nie drgają na wie­trze, który wieje od rzeki. W za­pa­da­ją­cej po­tem ci­szy Na­rin sły­szy głos swo­jej babci za­bar­wiony mi­ło­ścią.

– Ba­ranku wiary, dilê min.

Dilê min, moje serce. Wła­śnie tymi sło­wami bab­cia oka­zuje jej uczu­cie, wy­kre­śla­jąc na swoim ciele mapę mi­ło­ści. Kiedy tę­skni za Na­rin, ma­wia: „Chodź i usiądź obok mnie, ką­ciku mo­jej wą­troby”; kiedy chce po­pra­wić jej hu­mor, ma­wia: „Roz­ch­murz się, pul­sie mo­jej szyi”; kiedy go­tuje jej ulu­bione je­dze­nie, ma­wia: „Jedz, świa­tło mo­jego oka; kiedy twój brzu­szek jest pe­łen, wtedy ra­duje się mój”, a kiedy chce zwró­cić jej uwagę, że w każ­dej pró­bie kryje się bło­go­sła­wień­stwo, ma­wia: „Nie za­po­mi­naj, moja du­szo, że je­śli Bóg za­myka jedne drzwi, otwiera inne. Dla­tego ni­gdy nie mo­żesz roz­pa­czać, po­wie­trze w mo­ich płu­cach”. Serce, wą­troba, żo­łą­dek, płuca, szyja, oczy, du­sza... Jakby mi­łość w swo­jej płyn­nej na­tu­rze, w swo­jej rzecz­nej sile po­le­gała na zna­mio­no­wa­niu, aby nie dało się po­wie­dzieć, gdzie koń­czysz się ty, a za­czyna inna istota.

– Niech ży­cie bę­dzie dla cie­bie życz­liwe, dziecko. Kiedy tego nie zrobi, niech to cię umocni – in­to­nuje szejk.

Druga kro­pla lą­duje na koł­nie­rzu Na­rin; na bia­łej tka­ni­nie po­ja­wia się blady, okrą­gły cień, po­dobny do sa­mego środka wilca bia­łego. Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, dziew­czynka roz­gląda się wo­kół, jakby ocze­ki­wała, że świat ja­koś się te­raz zmieni, gdy ce­re­mo­nia do­biega końca. Wszystko jed­nak wy­daje się ta­kie samo: je­żyny, które cze­piają się rąbka jej su­kienki, wy­szczer­bione skały nad rzeką, po­ła­cie trawy wy­su­szo­nej słoń­cem, która ster­czy z ziemi, błot­ni­sty za­pach rzecz­nego mułu, który wy­peł­nia jej noz­drza... Wszystko po­zo­staje nie­zmienne. Po­dob­nie jak miny na twa­rzach zgro­ma­dzo­nych do­ro­słych, wy­ra­ża­jące jed­no­cze­śnie szczę­ście i nie­po­kój. Do­ro­śli nie ra­dzą so­bie z ukry­wa­niem obaw, mimo że za­ska­ku­jąco do­brze ma­skują za­chwyt i cie­ka­wość. U dzieci na­to­miast jest do­kład­nie na od­wrót. One po­tra­fią tak­tow­nie zdu­sić nie­po­kój oraz za­ma­sko­wać smu­tek, ale nie kryją eks­cy­ta­cji. Wła­śnie na tym w pew­nym uprosz­cze­niu po­lega do­ra­sta­nie: na ucze­niu się, jak tłu­mić wszyst­kie prze­jawy czy­stej ra­do­ści i szczę­ścia.

Na­rin świet­nie tu­szuje swoje lęki – a ma ich wiele. Dzi­siaj przej­muje się, że jej oj­ciec nie może uczest­ni­czyć w jej chrzcie. Jako nie­zwy­kle po­pu­larny i ce­niony wir­tuoz ka­nun, za­pra­szany na wy­stępy z oka­zji ślu­bów czy ob­rze­za­nia, czę­sto przez wiele dni jest w dro­dze. Po­dró­żuje nie tylko po Tur­cji, lecz także do Iraku, Li­banu i Sy­rii; z każ­dej wy­prawy wraca z za­baw­nymi opo­wie­ściami. Po­tem znowu znika. Na­rin ro­zu­mie, że choć oj­ciec ogrom­nie ją ko­cha, nie może spę­dzać wiele czasu w jed­nym miej­scu. Lu­dzie po­wia­dają, że ma tak, od­kąd stra­cił mi­łość swo­jego ży­cia – tego sa­mego po­po­łu­dnia, o tej sa­mej go­dzi­nie, gdy drzwi ży­cia otwo­rzyły się dla Na­rin, za­mknęły się dla jej matki. Od tam­tej pory, mimo wszel­kich prób zna­le­zie­nia par­tii od­po­wied­niej dla niego, oj­ciec od­ma­wia po­now­nego ożenku. Dziecko wy­cho­wuje mu te­ściowa.

Bab­cia jest dla dziew­czynki wszyst­kim.

– Niech ta woda świę­cona spro­wa­dzi do­broć i życz­li­wość do two­jego ży­cia, niech uchroni cię od kło­po­tów. – Szejk unosi rękę, go­towy strzą­snąć trze­cią, ostat­nią kro­plę. – Niech...

Ogłu­sza­jący huk, wy­do­sta­jący się jakby z trzewi ziemi, prze­rywa fi­nalne in­kan­ta­cje. Zdu­mieni uczest­nicy ce­re­mo­nii od­wra­cają się w tym sa­mym kie­runku.

Bul­do­żer. Roz­bry­zgu­jący błoto, brud­no­żółty, me­cha­niczny Be­he­mot. Po­jazd, któ­rego sil­nik ożył z ry­kiem, prze­ta­cza się po po­la­nie, wy­rzu­ca­jąc kłęby czar­nego dymu w czy­ste po­wie­trze. Trzesz­czy i stęka, z tru­dem to­cząc się na­przód, w ich stronę, wpra­wia­jąc zie­mię w drże­nie, z za­wie­szoną w gó­rze ciężką me­ta­lową ło­patą go­tową do ataku.

Ostat­nimi czasy są wszę­dzie. Od­kąd tu­recki rząd prze­zna­czył tu­tej­sze te­reny pod bu­dowę po­tęż­nej za­pory, roz­le­głe rów­niny rzeki Ty­grys wy­peł­niły się nie­zno­śnym ha­ła­sem – nie­cich­ną­cymi od­gło­sami ku­cia, wa­le­nia, wier­ce­nia, bo­ro­wa­nia, har­to­wa­nia i rą­ba­nia. To kon­tro­wer­syjna ope­ra­cja, opro­te­sto­wana za­równo przez ak­ty­wi­stów eko­lo­gów, jak i przez lo­kal­nych rol­ni­ków. Firmy za­gra­niczne, po­cząt­kowo za­in­te­re­so­wane lu­kra­tyw­nym przed­się­wzię­ciem, wy­co­fały się w tro­sce o prawa czło­wieka, dzie­dzic­two kul­tu­rowe i ochronę śro­do­wi­ska. Mimo to bu­dowa nie zwol­niła. Każ­dego dnia rano wzdłuż brze­gów rzeki spy­cha­cze, wy­wrotki i bul­do­żery dud­nią, prze­wo­żąc góry ba­zaltu, gliny i wa­pie­nia, aby przy­go­to­wać fun­da­menty pod to, co pew­nego dnia sta­nie się naj­więk­szą elek­trow­nią wodną w kraju.

Do chwili ukoń­cze­niu Ilisu Dam po­nad osiem­dzie­siąt ty­sięcy lu­dzi zo­sta­nie prze­sie­dlo­nych, a po­nad dwie­ście mia­ste­czek i czter­dzie­ści wsi – ewa­ku­owa­nych. Kiedy roz­po­częto prace, rol­nicy, w więk­szo­ści Kur­do­wie, zo­stali zmu­szeni do po­rzu­ce­nia swo­ich do­mów, a ich pola i sady wy­własz­czono. Lu­dzie po­grą­żyli się w roz­pa­czy. W za­mian za skon­fi­sko­wane zie­mie rząd wpła­cił na ich konta sym­bo­liczne kwoty. Wiele ro­dzin, ta­kich jak ro­dzina Na­rin, nie tknęło tych pie­nię­dzy, po­nie­waż nie zgo­dziło się na ten nędzny układ. Nie­któ­rzy pla­nują po­zwać wła­dze, ale miesz­kańcy tego re­gionu są biedni, pań­stwo zaś zwy­czaj­nie zbyt po­tężne. Sprawy są­dowe cią­gną się la­tami i nie­ko­niecz­nie mu­szą się za­koń­czyć wy­ro­kiem ko­rzyst­nym dla po­woda. Tak czy ina­czej, bu­dowa trwa.

Ha­san­keyf, sta­ro­żytna osada nad rzeką Ty­grys – znana daw­niej jako Ca­strum Kefa, czyli skalny za­mek – zo­sta­nie za­to­piona, gdy tylko po­ziom wody pod­nie­sie się do sześć­dzie­się­ciu me­trów. Jej wa­pienne klify, ja­ski­nie wy­drą­żone ludzką ręką, jej nie­zba­dane miej­sca hi­sto­ryczne i nie­od­kryte se­krety znikną pod po­wierzch­nią sztucz­nego je­ziora. Dwa­na­ście ty­sięcy lat hi­sto­rii odej­dzie w za­po­mnie­nie z po­wodu za­pory, która prze­trwa pięć­dzie­siąt lat – co od­po­wiada śred­niej dłu­go­ści ży­cia muła. Tu­tej­szy re­gion, ko­lebka ko­ścio­łów, ka­plic, me­cze­tów, mo­na­ste­rów, sy­na­gog i sank­tu­ariów, stra­cił już i tak wiele ze swego dzie­dzic­twa. Więk­szość miej­sco­wych wy­emi­gro­wała do miast, tych bli­skich i tych da­le­kich, gdzie po­rwał ich nurt miej­skiego ży­cia i od­ciął od tra­dy­cji, które za­wsze do­da­wały im otu­chy. Zo­stali głów­nie naj­starsi, do ostat­niej chwili od­wle­ka­jąc mo­ment prze­pro­wadzki; to im naj­trud­niej roz­stać się ze wspo­mnie­niami.

Bul­do­żer ha­muje przed grupą, le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od Na­rin. Kie­rowca, męż­czy­zna z opa­da­ją­cymi wą­sami, za­ciąga ha­mu­lec ręczny i wy­sta­wia głowę przez okno.

– Dla­czego się tu­taj ze­bra­li­ście? Jazda stąd! Z roz­kazu rządu.

– Ef­fendi, wła­śnie koń­czymy – tłu­ma­czy szejk. – Gdy­byś był tak ła­skaw i dał nam kilka mi­nut.

– Co koń­czy­cie? – pyta męż­czy­zna, a po­dejrz­li­wość zna­czy jego ob­li­cze. – Co ta­kiego kom­bi­nu­je­cie?

Szejk ściąga usta, po­nie­waż nie chce wy­ja­wić nie­zna­jo­memu, że są w trak­cie ce­re­mo­nii chrztu.

– Miesz­kamy tu­taj – mówi tylko.

– To już nie­długo. Czemu nie ode­szli­ście? Po­le­cono wam prze­pro­wa­dzić się do miast. Bę­dziemy bu­do­wać szyb­ciej, kiedy wy stąd znik­nie­cie. Tylko nas spo­wal­nia­cie.

Bab­cia dziew­czynki robi krok na­przód, krzy­żu­jąc ra­miona.

– Nie mo­żesz ko­pać gdzie in­dziej, synu?

– Nie, nie mogę! Wła­śnie tu­taj chcę dzi­siaj pra­co­wać – od­po­wiada męż­czy­zna, roz­wście­czony sprze­ci­wem ko­biety.

– Czy to ci robi róż­nicę, gdzie za­czniesz? – Sta­ruszka nie daje za wy­graną. De­ter­mi­na­cja na­pina mię­śnie jej żu­chwy. – Osta­tecz­nie i tak prze­ko­piesz cały te­ren.

– Nie od­jadę, ko­bieto. Le­piej wszy­scy odejdź­cie, na­tych­miast, wy­no­ście się... albo złożę skargę, że unie­moż­li­wia­cie pracę urzęd­ni­kowi pań­stwo­wemu. Wtedy bę­dzie­cie mieć kło­poty.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, męż­czy­zna chowa głowę. Kiedy już ma od­pa­lić sil­nik, mru­czy coś pod no­sem, za ci­cho, aby kto­kol­wiek go usły­szał – ale sto­jąca naj­bli­żej niego Na­rin czyta z ru­chu warg.

– Par­szywi, je­bani czci­ciele sza­tana!

Se­kundę póź­niej w po­wie­trzu nie­sie się ryk ma­szyny, obez­wład­nia­jący po po­prze­dza­ją­cej go ci­szy. Przez osza­ła­mia­jącą se­kundę grupa stoi jak wryta, ob­ser­wu­jąc bul­do­żer roz­gar­nia­jący zie­mię, wy­szar­pu­jący bryły alu­wium z na­brzeża Ty­grysu, wzru­sza­jący ko­ści przed­po­to­po­wych zwie­rząt i uśpione skały, które były świad­kami ty­sięcy lat hi­sto­rii Me­zo­po­ta­mii. Ma­szyna po­ru­sza się w przód i w tył, wy­ry­wa­jąc ko­rze­nie dawno po­wa­lo­nych drzew i chwy­ta­jąc ukryte pod zie­mią bulwy, które po­tem dyn­dają w jej pasz­czy ni­czym mon­stru­alne zęby po eks­trak­cji.

– Prze­suńmy się odro­binę da­lej – pro­po­nuje szejk w zgiełku. – Nie chcemy kło­po­tów.

Ru­szają za nim w mil­cze­niu, gę­siego wspi­nają się po na­brzeżu w po­szu­ki­wa­niu miej­sca, gdzie ha­łas bę­dzie mniej do­tkliwy.

– Może tu­taj? – su­ge­ruje szejk, wska­zu­jąc pu­stą prze­strzeń. – Po­winno być do­brze.

Po­now­nie stają w pół­kolu, cały czas czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie kie­rowcy bul­do­żera, który przez okno śle­dzi każdy ich ruch.

– Le­piej się po­spieszmy – do­daje szejk, nie­zdolny ukryć zde­ner­wo­wa­nia. Uno­sząc bu­telkę z resztką wody świę­co­nej, wraca do roli. – Moje dziecko, niech...

Gdy tylko ka­płan wy­po­wiada te słowa, milk­nie i robi się blady. Bul­do­żer ru­sza w ich stronę. Pod­jeż­dża nie­po­ko­jąco bli­sko, opusz­cza łyżkę i za­czyna ko­pać, za­głu­sza­jąc to, co do sie­bie mó­wią.

Po­now­nie więc od­cho­dzą.

– Oba­wiam się, że ten czło­wiek nie da nam spo­koju – stwier­dza szejk. – Robi to umyśl­nie; chce nas prze­stra­szyć.

– Nie po­win­ni­śmy byli tu­taj przy­cho­dzić. To nie był do­bry po­mysł – ko­men­tuje są­siad.

We­dług jego naj­lep­szej wie­dzy ry­tuał można było od­pra­wić w wio­sce; nie trzeba było wlec się na brzeg Ty­grysu, jako że nie wy­maga się u nich peł­nego za­nu­rze­nia w wo­dzie, tak jak u Man­dej­czy­ków, uczniów Jana Chrzci­ciela. Babka Na­rin na­le­gała jed­nak, aby po­dejść nad rzekę, a jak po­wszech­nie wia­domo, to uparta ko­bieta.

Wszy­scy zdają so­bie sprawę, że ide­al­nie by­łoby od­pra­wić ce­re­mo­nię chrztu, mon ki­rin, w ja­zydz­kiej świą­tyni ukry­tej w spo­koj­nej do­li­nie La­lisz oto­czo­nej fa­lu­ją­cymi wzgó­rzami na pół­noc od Mo­sulu w Iraku. Na­rin za­ło­ży­łaby na głowę wia­nek z kwia­tów: żon­kili, bar­win­ków, gar­de­nii. Wy­pi­łaby wodę ze świę­tej fon­tanny Za­mzam, a po­tem zo­sta­łaby ochrzczona w ka­niya spî, czyli bia­łym źró­dle, je­dy­nym miej­scu na świe­cie, które po­zo­stało bez­pieczne i su­che, kiedy Bóg ze­słał na zie­mię wielki po­top. Two­rząc cu­downy wir wodny, źró­dło ni­gdy nie wy­mie­szało się z błot­ni­stymi, brud­nymi wo­dami za­le­wo­wymi i za­cho­wało czy­stość po wsze czasy.

Nie­mniej oko­licz­no­ści unie­moż­li­wiały ro­dzi­nie za­bra­nie dziecka do Iraku. Bra­ko­wało pie­nię­dzy; mo­ment za­wsze oka­zy­wał się nie­od­po­wiedni. W do­datku od dłuż­szego czasu Na­rin pod­upa­dała na zdro­wiu. Dla­tego też tego roku ze wspa­nia­łej do­liny La­lisz spro­wa­dzono wodę w za­pie­czę­to­wa­nej bu­telce po­wie­rzo­nej wy­ko­nawcy mu­zyki qaw­wali. Czło­wieka na­leży ochrzcić moż­li­wie jak naj­szyb­ciej po uro­dze­niu, przy czym dziew­czynki wcze­śniej niż chłop­ców. Ale nie­rzadko, czy to z po­wodu cho­roby, czy nie­moż­no­ści od­by­cia po­dróży, dzieci do­łą­czają do wspól­noty re­li­gij­nej, kiedy są star­sze.

– Mo­żemy wró­cić póź­niej w ciągu dnia – mówi szejk – albo kon­ty­nu­ować w mia­steczku.

– A może to znak – za­uważa bab­cia. – Nie tak miało być.

Li­nie na czole szejka się po­głę­biają.

– Co su­ge­ru­jesz?

– Może ostat­nia kro­pla nie miała spaść. – Sta­ruszka kręci głową. – Czas albo miej­sce były nie­od­po­wied­nie.

– Chcesz od­ro­czyć ce­re­mo­nię, Be­smo?

Ko­bieta od­po­wiada ski­nie­niem głowy.

– Chcę, czci­godny szejku.

Grupą wstrząsa nie­po­kój.

– Wiesz, że twoja wnuczka do­ra­sta? – wtrąca są­siad. – Po­winna była zo­stać ochrzczona dawno temu.

– Zga­dza się – do­daje inny są­siad. – Poza tym, je­śli to prze­rwiesz choćby na dwa ty­go­dnie, mo­żesz nas już tu­taj nie za­stać. Sy­tu­acja wy­gląda kiep­sko. Któż może wie­dzieć, kto z nas zo­sta­nie tu­taj choćby do ju­tra?

Bu­dowa za­pory wpły­nęła na lu­dzi z ca­łego re­gionu, z każ­dej frak­cji, każ­dego wy­zna­nia i każ­dego ple­mie­nia. Lecz dla ma­leń­kiej spo­łecz­no­ści ja­zy­dów do­dat­ko­wym zmar­twie­niem zwią­za­nym z utratą ziemi przod­ków jest to, że w miej­scach, do któ­rych zo­staną prze­sie­dleni, mogą paść ofia­rami dys­kry­mi­na­cji. Po­rzu­ce­nie domu ni­gdy nie jest ła­twe, ale o wiele trud­niej to zro­bić, gdy nie ma do­kąd się udać.

W mi­nio­nych de­ka­dach ich wio­ska wy­sy­chała i wię­dła, kur­czyła się na brze­gach ni­czym przy­pa­lany per­ga­min. Wiele ro­dzin wy­emi­gro­wało do Eu­ropy, gdzie we­szło w role imi­gran­tów w kra­jach, w któ­rych słońce nie po­ka­zuje swo­jej zło­tej głowy przez dłu­gie mie­siące. Nie­któ­rzy wpa­dają w od­wie­dziny la­tem, aby po­móc zre­pe­ro­wać fon­tanny i świą­ty­nie, ale nikt nie pla­nuje po­wrotu na stałe. W do­sko­nale pro­spe­ru­ją­cych daw­niej osa­dach i wio­skach, za­miesz­ki­wa­nych przez ty­siące ich przod­ków, zo­stała je­dy­nie garstka ja­zy­dów. Bab­cia za­wsze po­wta­rza, że odej­dzie jako jedna z ostat­nich. Nie może po­rzu­cić drzew pi­sta­cjo­wych. Ale przede wszyst­kim nie może roz­stać się z rzeką. Co ja­kiś czas prze­cha­dza się brze­giem i roz­pa­cza, że zie­mia pod jej sto­pami zo­sta­nie za­lana, a ty­siące lat hi­sto­rii prze­padną – świa­doma, że to ostat­nie z jej mo­dlitw do Ty­grysu.

Dawno temu po­kaźna spo­łecz­ność ja­zy­dów roz­kwi­tała w sa­mym Ha­san­keyf i wo­kół niego, po­łą­czona tra­dy­cjami i wiarą w rów­nym stop­niu jak opo­wie­ściami i pie­śniami. Ich liczba top­niała z każdą de­kadą nie­do­stat­ków, mi­gra­cji i przy­mu­so­wych kon­wer­sji. Dzi­siaj w wio­sce mieszka je­dy­nie dwu­na­stu ja­zy­dów, ju­tro za­brak­nie także ich.

– Tak so­bie po­my­śla­łam – kon­ty­nu­uje bab­cia, któ­rej twarz wy­raża jed­no­cze­śnie za­cię­tość i mi­łość – Na­rin jest bi­ciem mo­jego serca, świa­tłem mo­ich oczu. Bóg wie, ile dla mnie zna­czy. Za­wsze chcia­łam, żeby zo­stała ochrzczona w świę­tej do­li­nie La­lisz. Nie tu­taj, gdzie drąży się zie­mię, a Ty­grys miota się w roz­pa­czy...

Wska­zuje ręką w stronę rzeki, po­zwa­la­jąc sło­wom prze­brzmieć.

Szejk na­biera po­wie­trza.

– Chcesz za­brać dziecko do Iraku?

– Tak, wie­lebny szejku. Przez te wszyst­kie lata nie mo­gli­śmy po­dró­żo­wać. Ale mój zięć otrzy­mał za­pro­sze­nie do Mo­sulu, aby tego lata za­śpie­wać tam na trzech hucz­nych we­se­lach. Może mógłby nas ze sobą za­brać. Po­roz­ma­wiam z nim. Prze­ko­nam się, co o tym my­śli. Je­śli się ze mną zgo­dzi, wszystko zor­ga­ni­zu­jemy. Nie­zmien­nie jed­nak po­zo­staję wdzięczna wam wszyst­kim, że tu dzi­siaj przy­szli­ście.

Kiedy to mówi, otwiera torbę. W środku ma sło­dy­cze za­pa­ko­wane w ko­lo­rową fo­lię, które roz­daje wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym w po­dzię­ko­wa­niu za udział w świę­tej uro­czy­sto­ści.

– Niech Bóg bło­go­sławi wa­sze stopy, są­sie­dzi. Niech wa­sze palce ni­gdy nie po­tkną się o ka­myk.

– Wza­jem­nie, stara du­szo – od­po­wiada szejk z wes­tchnie­niem.

Każdy ko­lejno ści­ska Na­rin i mimo że ce­re­mo­nia nie zo­stała za­koń­czona, wrę­czają jej pre­zenty: sa­szetkę z su­szo­nym roz­ma­ry­nem, fiolkę z olej­kiem wy­de­sty­lo­wa­nym z pącz­ków goź­dzi­ków, po­jem­ni­czek pe­łen ró­ża­nej ma­ści, słoik z dże­mem mo­re­lo­wym, gir­landę won­nych kwia­tów... Na ko­niec szejk wrę­cza jej bu­te­leczkę z do­liny La­lisz, a świa­doma jej zna­cze­nia dziew­czynka ostroż­nie chowa dar do kie­szeni na przo­dzie swo­jej su­kienki.

– Le­piej więc już chodźmy – mówi są­siad.

Wio­ska nie znaj­duje się da­leko, ale pa­nu­jący tego po­po­łu­dnia skwar, te­raz za­uwa­żal­nie do­ku­cza­jący, może ich spo­wol­nić.

– Idź­cie przo­dem – mówi sta­ruszka. – Do­go­nimy was.

Tym ra­zem ni­kogo nie za­ska­kują jej słowa. Wszy­scy wie­dzą, że Be­sma uwiel­bia spę­dzać czas nad Ty­gry­sem, jakby ja­kaś nie­wi­dzialna siła cią­gnęła ją ku wo­dzie. Za­wsze, gdy wy­biera się w te oko­lice, za­biera ze sobą Na­rin. Uczy ją nazw tu­tej­szych ro­ślin wraz z ich me­dycz­nym oraz ku­li­nar­nym za­sto­so­wa­niem. Ra­zem zbie­rają z drzew ży­wicę, którą po­tem po­kry­wają tace i misy, jak la­kie­rem. Szu­kają ko­rzeni, li­ści i kory uży­wa­nych do far­bo­wa­nia.

– Za­nie­siemy po­da­runki do wa­szego domu, że­by­ście miały wolne ręce – ofe­ruje szejk. – Tylko bądź­cie ostrożne. I nie spóź­nij­cie się.

– Po­ra­dzimy so­bie, czci­godny szejku. Nie martw się. Może na­uczę Na­rin, jak zbie­rać pałkę wodną. Trwa se­zon na nią.

Są­siadka przy­suwa się do niej i prze­ma­wia ści­szo­nym gło­sem:

– Be­smo, moja droga, je­steś pewna, że chcesz udać się do Iraku? Je­steś stara, a Na­rin nie czuje się naj­le­piej, bie­dac­two... i drogi nie są bez­pieczne, jak sły­sza­łam.

– A czy kie­dy­kol­wiek były inne? Nie, od­kąd się­gam pa­mię­cią. Czy Me­zo­po­ta­mia kie­dy­kol­wiek była wolna od kło­po­tów? Ni­gdy nie ma do­brego mo­mentu na tę po­dróż – od­po­wiada bab­cia w za­du­mie. – Nie uwa­żasz, że dziecko po­winno w pełni do­świad­czyć świę­tej La­lisz, kiedy jesz­cze może?