Wczoraj byłaś zła na zielono - Eliza Kącka - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wczoraj byłaś zła na zielono ebook

Kącka Eliza

4,5

39 osób interesuje się tą książką

Opis

Wiedziałam, że zawsze muszę być gotowa na scenariusz dziki, dziwny. I że musimy się w nim trzymać razem.

Bezkompromisowa i brawurowa – taka jest autobiograficzna proza Elizy Kąckiej. To opowieść o podwójnym doświadczeniu pewnej odmienności i nieprzystawalności do narzuconych społecznie ram. O mozolnym, ale pięknym budowaniu trudnej, nieoczywistej relacji. O byciu matką i córką. O życiowym dryfie, performowaniu świata i wydreptywaniu wiedzy. O dzielności. O miłości. O życiu w kokonie i wychodzeniu z niego motylem. O tym, ile mogą znaczyć słowa i jak to jest widzieć je w kolorach.

To nie jest książka na blurb, napisałabym najchętniej. Wielka rzecz.

Inga Iwasiów

To nie jest łatwe, lecz jest możliwe. Trzeba tylko odsunąć na bok parę książek medycznych, diagnozy włożyć między bajki, porzucić komfort przeświadczeń, strząsnąć gorset układnych zdań, zejść ludziom z języków, żeby ujrzeć na nowo źródła, z których bije nierozpoznana mowa bytu. Córka i matka uczą się wzajemnie swojej relacji i uczą jej nas. Dziękuję, Ruda, dziękuję, Elizo.

Marek Bieńczyk

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (30 ocen)
21
5
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kamga75

Nie oderwiesz się od lektury

Książka wybitna. Zachwyca każdym zdaniem.
00
haniap87

Z braku laku…

ciężka męcząca i...nudna jednocześnie.
00
orbitka90

Całkiem niezła

Świat autystycznej dziewczyny i jej mamy, rzadko kiedy zrozumiały, ale jak fascynujący
00
szanownybeton

Nie oderwiesz się od lektury

Piękny styl
00
Voldemartina

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała
00

Popularność



Podobne


Mal­czew­skie­go to etap, gdy po raz pierw­szy do­strze­głam za­bie­gi ma­gicz­ne Ru­dej. Ni­by nic, ale ta­jem­ni­cza mi­na sy­gna­li­zo­wa­ła, że oto za­czy­na się knu­cie. Zna­cie ta­kie szel­mow­skie spoj­rze­nie do środ­ka, kon­spi­ra­cję z wła­sną my­ślą? My­ślą tak peł­ną ży­cia, że szu­ka so­bie to­wa­rzy­sza. I le­pi go so­bie z tę­sk­no­ty i po­wie­trza. I to on za­słu­gu­je na szta­mę z dziec­kiem, na in­tym­ną kon­spi­rę, nie wy. Ten fa­scy­nu­ją­cy ktoś ma was gdzieś, wy­gry­wa­jąc z wa­mi bez więk­sze­go wy­sił­ku po­je­dy­nek na wta­jem­ni­cze­nia. Ten ktoś, kto pod­kra­da uwa­gę dziec­ka, upro­wa­dza je­go uczu­cia, a wam ni­g­dy nie od­sło­ni fan­to­ma­tycz­nej twa­rzy. Na tym po­le­ga prze­cher­ność so­ju­szu. Mat­ka rap­tem lą­du­je za pło­tem re­la­cji i mo­że so­bie wę­szyć, mo­że krą­żyć z rę­ka­mi w kie­sze­niach, pró­bu­jąc z mi­ny swo­je­go dziec­ka wy­de­du­ko­wać pro­fil kon­ku­ren­ta, po­ry­wa­cza. Mo­że so­bie.

Ro­bi­łam to swo­im ro­dzi­com, gdy by­łam ma­ła, ty­le że oni ko­rzy­sta­li z oka­zji. Zo­sta­wia­li mnie z mo­im świa­tem i nie pró­bo­wa­li się wpro­sić. Zni­ka­łam grzecz­nie za drzwia­mi, prze­wi­dy­wal­na abo­nent­ka wła­sne­go po­ko­ju. Wy­star­czył mi w zu­peł­no­ści, bo nie­wiel­kie­go po­trze­bo­wa­łam pa­sa star­to­we­go, by od­le­cieć. Star­to­wa­łam ci­cho, nie bu­dząc po­dej­rzeń. Star­to­wa­łam, ro­biąc lek­cje, ucząc się wier­szy na pa­mięć, du­ka­jąc do kart­ków­ki. Sam na sam, a w po­sze­rzo­nym skła­dzie. Wy­star­czy, że jed­ną no­gą sta­łam moc­no na zie­mi, pod lam­pą o zja­dli­wie zie­lo­nym klo­szu, z no­tat­ka­mi w rę­ku, a kon­tro­la ro­dzi­ciel­ska nie od­bie­ra­ła żad­nych nie­po­ko­ją­cych sy­gna­łów. „Krą­żysz so­bie? No to so­bie jesz­cze po­krąż”. Ope­ro­wa­łam na­raz w obu rej­sach, nie wy­pa­da­jąc z ka­bi­ny pi­lo­ta. Świet­ne ma­sko­wa­nie, ze­ro przy­kro­ści po stro­nie opie­ku­nów.

Ona w swo­ich so­ju­szach z nie­wi­docz­nym by­ła za­wsze ra­dy­kal­niej­sza. Ni stąd ni zo­wąd wy­łą­cza­ła mo­ją asy­stę, otwie­ra­jąc kon­spi­ra­cyj­nym uśmie­chem in­ną prze­strzeń, a ja dry­fo­wa­łam w sza­lu­pie po­za po­kła­dem i mia­łam na­dzie­ję, że po se­an­sie po­zwo­li mi jed­nak wró­cić. A jed­nak by­ło coś, co prze­ży­ły­śmy obie tak sa­mo. Każ­da w swo­im cza­sie.

Stra­ci­łam ją z oczu póź­nym wie­czo­rem, gdy wy­śli­znę­łam się z ła­zien­ki, gru­bo po pół­no­cy. Roz­ko­pa­ne łó­żecz­ko, mo­ja po­lów­ka wol­na, ni­ko­go. Gdzie ona jest? U bab­ci po­świa­ta, ne­gli­żu­ją­ca sa­mot­ność łóż­ka i pod­ło­gi. I tu jej nie ma. Po­szłam do kuch­ni, nic. Ła­zien­ka pu­sta, zresz­tą do­pie­ro co tam urzę­do­wa­łam. W koń­cu od­bez­pie­czy­łam za­su­wę i wyj­rza­łam na klat­kę scho­do­wą. Bez­lu­dzie. Po­sta­łam tam chwi­lę, by prze­łknąć nie­po­kój, bo prze­cież i tak nie da­ła­by ra­dy zam­kom, mu­si być w miesz­ka­niu. Ba­łam się cof­nąć. Mia­łam po­ku­sę, by za­pu­kać w są­sied­nie drzwi.

– Czy mo­że pa­ni za mnie pójść do mo­je­go miesz­ka­nia i zo­ba­czyć, czy jest tam ru­de dziec­ko?

– Ale że jak? To pa­ni dziec­ko?

– Mo­je, ale bo­ję się zo­ba­czyć.

Do­brze, dość. Gdy­bym by­ła mo­ją mat­ką, by­ła­bym już po oglę­dzi­nach ca­ło­ści i naj­pew­niej sie­dzia­ła­bym z cór­ką na ko­la­nach, bo mo­ja mat­ka w sy­tu­acje awa­ryj­ne wcho­dzi za­da­nio­wo i pły­nie wprost do ce­lu. A ja sto­ję, gar­dząc so­bą, na kra­wę­dzi i wa­ham się, czy chcę wie­dzieć. Gdy­bym to ja się zgu­bi­ła, chy­ba bym nie chcia­ła. Po­szła­bym spać bez tej wie­dzy. Ale bez wie­dzy o dziec­ku nie moż­na prze­cież za­snąć. Bu­dzić bab­cię, od­sła­nia­jąc kar­tę wła­snej nie­mo­cy? Nie­mo­cy mat­ki przed nad­mat­ką? Nie. Za­pa­li­łam świa­tło na klat­ce, by otrzeź­wieć. To by­ła do­bra de­cy­zja, chłód świe­tlów­ki dzia­ła jak lo­do­wa­ty prysz­nic. Z miesz­ka­nia po pra­wej wy­szedł tym­cza­sem są­siad z psem, na mój wi­dok spa­ni­ko­wał i za­czął wcią­gać zwie­rzę z po­wro­tem do miesz­ka­nia. Pies za­pie­rał się, zdez­o­rien­to­wa­ny – by­ło mi go żal, ale i tak wo­la­ła­bym się z nim za­mie­nić. „Tyl­ko mi się nie po­szczaj tu, za­raz so­bie pój­dzie” – do­bie­gło zza drzwi. „Tyl­ko mi się nie po­szczaj” – po­wie­dzia­łam so­bie nie­czu­le i wło­ży­łam łeb w ob­ro­żę. Los trzy­ma smycz, ru­sza­my. Co­fa­łam się za próg po ro­ze­dr­ga­nym par­kie­cie, a tuż za mną pę­ka­ła pod­ło­ga. Tak, mia­łam pew­ność, że idę łeb w łeb z roz­pa­dli­ną, któ­ra za­raz po­łknie mnie, mat­kę i dziec­ko. Dziec­ko, któ­re mi zni­kło. A mo­że jest mu le­piej, bez­piecz­nie, na da­chach Mo­ko­to­wa, do­kąd po­rwał je nie­wi­docz­ny przy­ja­ciel? Mo­że jest wol­na, na­resz­cie? A mo­że stoi te­raz trium­fal­nie na obrzy­dłej ko­men­dzie po­li­cji przy Mal­czew­skie­go, tej wła­śnie, któ­ra ku mnie i mat­ce wy­cią­ga w świe­tle la­tar­ni be­to­no­wą pięść, by po­ka­zać nam środ­ko­wy pa­lec fa­sa­dy? Za­wsze tak no­cą wy­glą­da, jak­by chcia­ła się bić. A w dzień ze­ro pro­wo­ka­cji, ot, prze­cięt­nie brzyd­ki bu­dy­nek z prze­mo­cą w środ­ku. Z ża­lem po­my­śla­łam, że le­piej nie są­sia­do­wać z po­li­cją, przy­naj­mniej ma się ja­sność, że nie zdą­żą. Ale czy u nich nie obo­wią­zu­je sta­ły czas do­jaz­du, nie­za­leż­nie od lo­ka­li­za­cji?

Bred­nie, bred­nie, mózg na czwo­ra­kach, trzę­sie­nie zie­mi w gło­wie. Bal­kon? Nie­moż­li­we, ma zbyt sła­be dło­nie, by otwo­rzyć. Sta­nę­łam w drzwiach po­ko­ju i rap­tem zo­ba­czy­łam ją. Sie­dzia­ła w oknie, nie­mal zu­peł­nie prze­sło­nię­ta sto­rą, i ze spo­ko­jem pa­trzy­ła w nie­bo. Za­hip­no­ty­zo­wa­na, jak­by za­trzy­mał ją księ­życ. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, za du­żo drin­ków z ad­re­na­li­ny. Uklę­kłam i cze­ka­łam, aż szum, sta­ry kom­pan, od­pu­ści. W cią­ży le­ża­łam z ze­psu­tym ra­diem w gło­wie, do­pie­ro na fi­ni­szu da­li mi lek, któ­ry wy­re­gu­lo­wał po­krę­tło, ale ni­g­dy do za­kre­su ci­szy. Wzię­łam ta­bo­ret i przy­cup­nę­łam pod pa­ra­pe­tem. Nie zwra­ca­ła na mnie uwa­gi dłuż­szą chwi­lę. W koń­cu za­gad­nę­łam gło­sem ko­goś in­ne­go, mo­że są­siad­ki spod piąt­ki:

– Nie­bo jest dzi­siaj bar­dzo pięk­ne.

Spoj­rza­ła na mnie przy­tom­nie:

– Nie­bo jest śmiesz­ne.

– Bo…?

– Nie­bo jest śmiesz­ne – po­wtó­rzy­ła, jak­by to by­ło ja­sne.

– Aha?

– Uda­je zwie­rzę.

Za­mu­ro­wa­ło mnie – Cho­dzi ci o gwiaz­do­zbio­ry?

Nie od­po­wie­dzia­ła. Nie roz­ma­wia­łam z nią ni­g­dy o nie­bie. Bab­cia, je­śli roz­ma­wia­ła, to nie o tym fi­zycz­nym:

– Brat two­jej ma­my jest w nie­bie – kie­dyś po­wie­dzia­ła Ru­dej. – Żył tyl­ko kil­ka dni.

No tak, cóż in­ne­go z ta­kim zro­bić.

– Nie­bo – po­wtó­rzy­ła Ru­da i spoj­rza­ła w dół.

O gwiaz­dach ni­g­dy nie mo­no­lo­go­wa­łam. Zna­ła je z kre­skó­wek i ob­raz­ków w książ­kach, ale nic nie wska­zy­wa­ło na to, by żół­te bry­ły, zwłasz­cza te z do­kle­jo­nym uśmie­chem, mia­ły dla niej co­kol­wiek wspól­ne­go z chma­rą świetl­nych punk­tów nad na­szy­mi gło­wa­mi. A mo­że pod­mie­ni­li plan­sze w przed­szko­lu? Mo­że za­miast co­dzien­ne­go ze­sta­wu min po­wie­si­li na ta­bli­cy kor­ko­wej gwiezd­ny zoo­log?

Na kart­ce gwiaz­do­zbiór wy­glą­da jak tra­sa czar­nej mrów­ki. Wy­obra­żam so­bie przed­szko­lan­kę, któ­ra zdej­mu­je „sym­bo­le emo­cji” i roz­wie­sza przed grup­ką zdez­o­rien­to­wa­nych dzie­ci, gdzie prę­ży się bar­dzo for­mal­nie Ru­da, in­ny ze­staw zna­ków dro­go­wych, tym ra­zem z Dro­gi Mlecz­nej. Ka­sjo­pe­ja w miej­sce „zło­ści”, Wiel­ki Wóz pod­mie­nił „ra­dość”, Orion w ro­gu, w któ­rym wi­siał „smu­tek”. Gru­pa jest go­to­wa na przy­swo­je­nie no­wej na­wi­ga­cji. Bę­dzie jesz­cze nie­co bar­dziej abs­trak­cyj­na niż okrąg z dwie­ma krop­ka­mi i fa­lu­ją­cą kre­ską, któ­ry po­dob­no – we­dle wy­mię­tej kart­ki z przed­szkol­ne­go wor­ka – ozna­cza „po­czu­cie wi­ny” lub „smu­tek”. Pa­ni Jo­an­na po­wie­dzia­ła Ru­dej, że „ma­ma tak wy­glą­da­ła w czwar­tek”, więc te­raz dziec­ko wie, że mat­ce, któ­ra by­ła czwart­kiem, usta fa­lo­wa­ły na smut­no. Pa­ni Jo­an­na zresz­tą za­wsze cie­szy się, gdy dzie­ci po­tra­fią po­wią­zać ko­śla­we wy­kre­sy ze „zja­wi­ska­mi”. Tak, to triumf, nie­wąt­pli­wie, try­umf na­sze­go świa­ta. Dla­te­go mo­gę so­bie wy­obra­zić, jak pię­cio­oso­bo­wa grup­ka oto­czo­nych przez te­ra­peu­tów dzie­ci przy­swa­ja ma­pę nie­ba w ka­wał­kach, a ob­sta­wa klasz­cze z ulgą, że oto pod­opiecz­ni zro­bi­li ko­lej­ny krok ku rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej ży­je­my. Ta­bli­ce kon­tra ta­bli­ce. Jed­no i dru­gie to prze­cież tyl­ko kre­ski, któ­re ko­lek­cjo­nu­je­my, by po­łą­czyć ga­lak­tycz­nie od­le­głe spo­so­by my­śle­nia. Czy ła­twiej prze­rzu­cić most z geo­me­trycz­nych sub­sty­tu­tów ciał nie­bie­skich, czy z kro­pek i kre­sek za­stę­pu­ją­cych gry­ma­sy ru­chli­wej twa­rzy? Nie wiem. Oba­wiam się, że na jed­no wy­cho­dzi, ale nie chcia­ła­bym wi­dzieć min pań z przed­szko­la, gdy­bym to po­my­śla­ła na głos. Oto­czy­ły­by mnie buź­ki z dwie­ma wście­kle ostry­mi, spa­dzi­sty­mi kre­ska­mi na gó­rze i z dol­ną kre­ską wy­gię­tą w łuk. Szpad­ki zło­ści. Dłu­gie ob­co­wa­nie z plan­sza­mi i wy­kre­sa­mi spra­wi­ło, że za­czę­łam ba­wić się w my­śli na­kła­da­niem tych bu­ziek na ży­we twa­rze. Nie jest to na­wet ta­ka zła za­ba­wa, nie gor­sza od ma­sek grec­kich. Gdy po­dzie­li­łam się z pa­nią Jo­an­ną tą ry­zy­kow­ną uwa­gą, po­wie­dzia­ła mi: „Świet­nie, bra­wo, Gre­cy też mu­sie­li so­bie ja­koś ra­dzić z ro­zu­mie­niem emo­cji dru­gie­go czło­wie­ka, pa­ni Eli­zo, to bar­dzo cie­ka­we”. Tak, dla­te­go wła­śnie wy­cią­ga­li z kan­gu­rzej kie­sze­ni w chla­mi­dzie wła­ści­wą ma­skę i mo­gli świa­tu oka­zać, co na­le­ży. Wy­ra­zi­ście.

Ze­sta­wy min, jak to so­bie na­zy­wam, to­wa­rzy­szy­ły nam od po­cząt­ku pra­cy te­ra­peu­tycz­nej. Kil­ka ele­men­tar­nych (smu­tek, ra­dość, złość), kil­ka­na­ście bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych wy­kre­sów ludz­kich twa­rzy ma­ją­cych po­móc w na­wi­ga­cji. Krop­ki i kre­ski na ma­pie ludz­kie­go lot­ni­ska. Świa­teł­ka ostrze­gaw­cze, świa­teł­ka przy­zwo­le­nia. Czy już moż­na? Czło­wiek-port wy­słał sy­gnał: ką­ci­ki ust po­szły do gó­ry. Jest uśmiech, moż­na, bę­dzie mięk­kie lą­do­wa­nie. Otwie­ra się pas, da się po­sa­dzić ma­szy­nę.

Lek­ce­wa­ży­łam po­trze­bę ta­blic na­wi­ga­cyj­nych, my­śląc so­bie bez­czel­nie, że to tyl­ko for­mal­ność, ta­ka umo­wa spo­łecz­na, że mu­si­my dzie­ciom po­de­tknąć pod nos te wy­kre­sy, a i tak bę­dą się uczyć ina­czej. Nas i świa­ta. Zro­zu­mie­ją lub nie, ale prze­cież te geo­me­trycz­ne mord­ki na bia­łym tle to na­sze uspra­wie­dli­wie­nie, nasz glejt na to, że coś zro­bi­li­śmy dla sko­mu­ni­ko­wa­nia na­szych dzie­ci z re­al­no­ścią. A prze­cież, jak wia­do­mo, trze­ba trzy­mać się moc­no pod­ło­ża rze­czy pod sto­pą. Tak my­śla­łam – do pew­ne­go mo­men­tu, któ­ry mi to my­śle­nie za­brał. Pa­mię­tam jak dziś dzień, gdy pię­cio­let­nia dziew­czyn­ka z przed­szko­la Ru­dej – nie­trzy­ma­ją­ca kon­tak­tu wzro­ko­we­go i bez­mow­na – mi­nę­ła mnie pew­ne­go dnia, po­chli­pu­ją­cą, w ko­ry­ta­rzu. By­łam prze­ko­na­na, że mnie nie wi­dzi, nie spoj­rza­ła na­wet. Że mam jesz­cze kwa­drans na smu­tek. A jed­nak. Gdy pro­wa­dzą­ca gru­pę po­szła na za­ple­cze, ma­ła zdję­ła plan­szę z „pła­czem” z kor­ko­wej ta­bli­cy i po­de­szła do mnie. Z plan­szy ster­cza­ły pi­nez­ki, jak­by zwierz z pa­pie­ru pró­bo­wał stra­te­gii obro­ny. Ta­bli­ca-jeż.

Sta­nę­ła w od­le­gło­ści dwóch me­trów i unio­sła plan­szę-zdo­bycz. Trzy­ma­ła ją obu­rącz jak zwier­cia­dło, w któ­rym mój stan miał się przej­rzeć. By­ła śmier­tel­nie po­waż­na, te­atral­nie sta­tycz­na i stę­ża­ła od nie­zna­nej mi de­spe­ra­cji. Pa­trzy­łam w ten licz­man ze łzą spa­da­ją­cą z oka-krop­ki – i pła­ka­łam co­raz bar­dziej. Ugię­ły się po­de mną no­gi, uklę­kłam. Wy­wle­kła ze mnie Eli­zę, któ­rej chce się wyć. Nic nie ro­zu­mia­łam, ale tym nie­ro­zu­mie­niem, któ­re pre­cy­zyj­nie na­mie­rza i szar­pie we­wnętrz­ną stru­nę bó­lu. I nie po­trze­bu­je ko­ope­ra­ty­wy świa­do­mo­ści. Chy­ba wszy­scy je zna­my, nie za­wsze oczysz­cza.

Przed­szko­lan­ki cią­gle nie by­ło, a ja przed kar­tą z łez­ką przez do­bre pa­rę mi­nut zwi­ja­łam się w spa­stycz­nym pła­czu. Dziew­czyn­ka dziel­nie trzy­ma­ła plan­szę i wpa­try­wa­ła się w ścia­nę. Nie spoj­rza­ła na mnie ani ra­zu, nie drgnę­ła, a jed­nak tą pod­sta­wio­ną ta­bli­cą po­wie­dzia­ła mi wię­cej niż kto­kol­wiek na spo­tka­niach te­ra­peu­tycz­nych. Pod­rzu­ci­ła mi ta­jem­ni­cę, po­ka­zu­jąc: tym oto je­steś. Ow­szem, by­łam wy­łącz­nie i do­kład­nie tym: plan­szą pła­czu. Klę­cza­łam i ry­cza­łam, jak ma­ła dziew­czyn­ka, nad nie­szczę­ściem dziew­czy­nek, jej i mo­im. Tym­cza­sem gest sztyw­no, pa­te­tycz­nie wy­prę­żo­nych rą­czek po­więk­szał ją, pom­po­wał do roz­mia­ru ma­łe­go Moj­że­sza, trzy­ma­ją­ce­go ka­mien­ne ta­bli­ce. Mia­łam wra­że­nie, że plan­szą z łez­ką i pod­ków­ką mo­gła­by mi roz­trza­skać łeb.

Pro­wa­dzą­ca za­ję­cia wy­szła z po­ko­ju te­ra­peu­tów i za­sta­ła ta­ki wła­śnie ob­raz. Dwu­oso­bo­wą gru­pę na dy­wa­nie. Stra­ty psy­chicz­ne po stro­nie per­so­ne­lu wzię­łam na sie­bie.

To by­ło moc­niej­sze niż uścisk. Zo­sta­ło ze mną – sil­ne jak świa­dec­two i sło­ne jak wie­dza, że już nie mo­że­my wy­trzy­mać.

Nie spo­tka­łam jej już ni­g­dy. Ru­da opusz­cza­ła przed­szko­le, a ona – nie wiem, nie do­wie­dzia­łam się, głu­pia. By­ły rów­no­lat­ka­mi. Roz­ma­wia­łam z te­ra­peut­ką o trud­no­ściach mo­je­go dziec­ka, ale przy oka­zji spró­bo­wa­łam do­wie­dzieć się cze­goś o oso­bie, któ­ra sta­nę­ła przede mną jak przy­bysz­ka z in­nej pla­ne­ty. Po­dob­no by­ła in­te­li­gent­na, do­wie­dzia­łam się. Po­dob­no po­tra­fi­ła roz­wią­zy­wać bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne te­sty, do­wie­dzia­łam się. Wska­zy­wa­ła na wła­ści­we roz­wią­za­nie pal­cem czy łok­ciem, nie wie­my, waż­ne, że ni­g­dy nie spoj­rza­ła wprost na ta­bli­cę ob­li­czeń, na te­ry­to­rium za­dań. Jak to ro­bi­ła? Mniej by mnie to in­try­go­wa­ło, gdy­by mia­ła w tym bez­piecz­ny schron, ale nie wie­rzę w to, nie po ak­cji z ta­bli­cą.

– Na­sza te­ra­peut­ka mó­wi­ła, że mia­ła pa­ni zde­rze­nie z tą, no, ni­ską sza­tyn­ką, co nie mó­wi. Ta to jest gro­za – za­gad­nął je­den z oj­ców.

– Gro­za? Dla­cze­go?

– No ona ma, po­wiem pa­ni, coś wy­cię­te. Cze­goś nie ma w oso­bo­wo­ści. Ja bym się nie zdzi­wił, jak­by ko­goś sprząt­nę­ła kie­dyś. Trud­na spra­wa.

– Trud­na, ale nie dla­te­go.

– No prze­cież mi po­wie­dzie­li, że ona nad pa­nią sta­ła z ja­kąś kart­ką! Ja wiem, na­sze dzie­ci ma­ją pro­ble­my, ale to nie zna­czy, że ma­ją się znę­cać…

Ach, więc to wpa­dło w ta­ką szu­fla­dę. Nie­zdol­na do em­pa­tii dziew­czyn­ka tre­su­je nie­swo­ją mat­kę, a ta nie wie, jak się za­cho­wać. Al­bo nie chce się za­cho­wać – i wy­cho­dzi z te­go po­kie­re­szo­wa­na.

Tu nie o to cho­dzi­ło. Ca­ły ten te­atr nie był o bra­ku uczu­cia, lecz o in­nym bra­ku. Im­puls zwę­dze­nia plan­szy na tym wła­śnie bra­ku wi­si. Ukra­dła znak, któ­re­go mo­gła użyć, by zna­leźć dro­gę do czy­je­goś świa­ta. By wyjść z klat­ki swo­je­go cia­ła i po­ka­zać go ko­muś, kto od­czy­ta. Plan­sze z mi­na­mi nie by­ły dla niej uciąż­li­wym za­da­niem do­mo­wym, lecz ko­dem. Pła­ka­łam, gdy przy­nio­sła mi łzę gra­ficz­ną. A ja zo­ba­czy­łam w tym pocz­tów­kę z we­wnętrz­ne­go świa­ta dziec­ka, któ­re mo­że i le­piej ode mnie wie, czym jest płacz. Wów­czas do­ce­ni­łam „sym­bo­le emo­cji”. I po­zwo­li­łam jej tra­fić.

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Stę­plew­ska

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MO­BI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Cy­tat z Su­san Son­tag w prze­kła­dzie Da­riu­sza Żu­kow­skie­go

Co­py­ri­ght © for the Text by Eli­za Kąc­ka, 2024

Co­py­ri­ght © for this Edi­tion by Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, 2024

ISBN 978-83-68059-16-8

198. książ­ka wy­daw­nic­twa Ka­rak­ter

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

Wy­da­je­my, co się nam po­do­ba

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi. Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317