Zabójcza oferta - Marisa Kashino - ebook + audiobook + książka

Zabójcza oferta ebook

Kashino Marisa

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Marzenia są niebezpieczne. Biada tym, którzy stoją na przeszkodzie zdesperowanym marzycielom! Rynek nieruchomości to pole bitwy. Wygrywa ten, kto ma więcej pieniędzy… albo nie ma żadnych skrupułów.

Margo Miyake ma prosty plan: najpierw idealny dom, potem dziecko i spokojne życie. Tyle że po długich miesiącach starań co najmniej dwa cele coraz bardziej się oddalają. Jej małżeństwo chwieje się w posadach, a frustracja rośnie. Kiedy Margo znajduje wreszcie swój upragniony dom, postanawia działać skuteczniej niż wcześniej.

Ale w chwili, gdy marzenie zmienia się w obsesję, granice rozsądku przestają istnieć.

Mroczny thriller, w którym głośno wybrzmiewa pytanie: jak daleko można się posunąć, by osiągnąć to, czego się pragnie.

Marisa Kashino przez kilkanaście lat pracowała jako dziennikarka, m.in. w „Washington Post”, gdzie w magazynie „Washingtonian” pisała reportaże oraz nadzorowała dział poświęcony nieruchomościom i projektowaniu wnętrz. Ukończyła wydział dziennikarstwa oraz nauk politycznych na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Mieszka w okolicach Waszyngtonu z mężem, dwoma psami i dwoma kotami. „Zabójcza oferta” to jej debiutancka powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 344

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

BEST OFFER WINS

Copyright © 2026 by Marisa Kashino

All rights reserved

Projekt okładki

Anna Slotorsz / Novo Publishing

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Joanna Serocka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8444-582-2

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Dla Nate’a i naszego stadka,

z którymi żyję w domu moich marzeń

1

Ginny dzwoni około dziesiątej, akurat po mojej rozmowie z klientem. Od razu słychać, że chodzi o coś pilnego.

– Margo, to może być to.

Ile razy ja już słyszałam taki wstęp.

– Cztery sypialnie, kuchnia po remoncie, przepiękne podwórko. Niedaleko linii wysokiego napięcia – i zanim zapytasz: tak, to pierwszorzędna okolica. A do tego… Zgadnij? Nikt o tym nie wie! Nie wystawili go jeszcze na sprzedaż.

Jej ostatnie słowa – „nie wystawili go jeszcze na sprzedaż” – sprawiają, że odrywam od ust kubek z kawą i wstaję od swojego biureczka pod wysokim balkonowym oknem wychodzącym na ulicę. Ten kawałeczek przynęty pachnie na tyle smakowicie, że zapominam o ostrym haczyku, który może kryć się pod spodem i sprawić nam bolesną niespodziankę. Ian, który krząta się po kuchni, zamiera w pół gestu i wpatruje się we mnie swoimi orzechowych oczami.

– Dom sprzedają tacy dwaj goście, a jeden z nich chodzi na jogę z moją szwagierką. – Ginny jak zwykle terkocze niczym karabin maszynowy. – Powiedział jej, że dadzą ogłoszenie pod koniec tego miesiąca. Podobno jego mąż, ten drugi gość, dostał gdzieś świetną posadę i muszą wyjechać, stąd taki pośpiech. Ale możliwe – chociaż nie chcę wam niczego obiecywać – że skoro zależy im na czasie, zgodzą się sprzedać od ręki, zanim zamieszczą ogłoszenie.

Nadzieja, znajoma trucizna, sączy mi się do serca, a serce odpowiada przyspieszonym kołataniem. Tak spełniają się sny. To jest ta miejska legenda, która wcześniej czy później obija się o uszy każdemu, kto szuka domu na tym nieszczęsnym rynku: jakiś znajomy znajomego (w moim wypadku: kuzyn koleżanki z pracy) dostał cynk, że za chwilę na rynku pojawi się wspaniały dom i zanim sępy zdążyły się zlecieć, albo choćby mrugnąć, zgarnął im zdobycz sprzed nosa. To cud, o którym człowiek marzy i o który się modli. Wraca z pracy okrężną drogą, przez swoją wymarzoną dzielnicę, wypatrując furgonetki firmy przeprowadzkowej albo tablicy z nazwą agencji nieruchomości – wszystkiego, co pomoże mu wyprzedzić konkurencję i kupić dom, zanim oficjalnie trafi na rynek. Towarzyszy temu świadomość, że szanse są znikome, ale przecież komuś się pofarci, tak czy nie?

Tak czy nie?

– Ten dom na pewno jest w Grovemont? – pytam szeptem, jakbym się bała, że tajemnica się wyda.

Z ulicy, dwa piętra niżej, dobiega wściekły dźwięk klaksonu, w samą porę, by mi przypomnieć, dlaczego tak bardzo nie znoszę tego mieszkania.

– Na pewno, misiu, na pewno – zapewnia Ginny. – Szwagierka była w środku. Mówi, że bomba. Jadę teraz samochodem, ale przekażę Travisowi, żeby wysłał wam adres, to podjedziecie z Ianem i obejrzycie go sobie z ulicy. Daj znać jak najszybciej, co myślicie.

Zanim jeszcze mail od jej asystenta pojawi się w skrzynce odbiorczej, nachodzi mnie przeczucie, przed którym postanowiłam bronić się rękami i nogami: coś mi podpowiada, że to jest właśnie dom, którego szukam. Bo niby czemu akurat moja agentka – na rynku nieruchomości takich jak ona jest zatrzęsienie, a wszyscy równie zajadli i bezwzględni – miałaby dostać taki cynk? A może po prostu muszę w to wierzyć z czystego strachu, na zasadzie instynktu samozachowawczego? Bo jeśli zamiast wspaniałej okazji czeka nas jednak kolejny niewypał, będę w końcu musiała przyznać, że naprawdę już nic więcej nie da się zrobić. I to mnie właśnie przeraża.

Od półtora roku gnieździmy się z Ianem w tej dziupli, którą da się odkurzyć prawie całą z jednego gniazdka. Osiemnaście strasznych miesięcy, jeden gorszy od drugiego. Pierwszych sześć, może nawet siedem, przetrwaliśmy we względnym spokoju, wspomagając się konsekwentnym wyparciem i bzykając ile wlezie, jakbyśmy wciąż jeszcze wierzyli, że najlepiej byłoby, gdybym zaszła w ciążę od razu, bo przecież kiedy urodzę, na pewno nas już tutaj nie będzie. Taki przecież był plan od samego początku, kiedy tylko postanowiliśmy sprzedać nasz pierwszy dom. Musieliśmy odzyskać włożone w niego pieniądze, aby móc pozwolić sobie na wymarzony domek na przedmieściu, więc było oczywiste, że przez jakiś czas będzie trzeba wynajmować i nie da się tego uniknąć.

Nie działaliśmy przecież po omacku. Tamten dom, stara rudera w zabudowie szeregowej, tak daleko na zachód, że już prawie w Logan Circle, poszedł na sprzedaż jesienią dwa tysiące dwudziestego roku, kiedy pandemiczna histeria zdążyła trochę przygasnąć i do ludzi dotarło, że jeśli COVID ich nie wykończy, to zamknięci w czterech ścianach najprawdopodobniej uduszą się sami, więc trzeba koniecznie zmienić stare śmieci na nowe. W całym kraju już od dawna trwał kryzys sektora mieszkaniowego i Waszyngton nie był pod tym względem wyjątkiem, ale dla entuzjastów gentryfikacji takie czasy to sezon na łowy. Mieszkaliśmy w tym szeregowcu blisko dziesięć lat. „To były fajerwerki czy strzelanina?” – takie pytanie padało pod naszym dachem niemalże równie często jak: „Jemy dziś tajskie czy meksykańskie?”. Kto się decyduje na inwestycję w „przekształcającej się” okolicy, musi się z tym liczyć i mimo niedogodności brnie dalej, bo przyświeca mu wiara, że kiedy kilka przecznic od jego domu powstaną już te najmodniejsze knajpy w mieście, a tuż obok, tak blisko, że można dojść na piechotę, otworzy się nie jeden, ale dwa Whole Foodsy, całe poświęcenie zwróci mu się z nawiązką.

Więc owszem, miałam świadomość, że poszukiwanie domu „na zawsze” może trochę potrwać, ale było oczywiste, że trzeba wykorzystać ten moment. Kto by zresztą się spierał, skoro nasz szeregowiec w ciągu jednego weekendu od ukazania się ogłoszenia sprzedał się za kwotę przekraczającą dwukrotność tej, którą za niego zapłaciliśmy, chociaż piwnicę ustawicznie zalewało, a kuchnia była w kiepskim stanie po remoncie przeprowadzonym włas­nym sumptem?

Początkowo wszystko wskazywało na to, że moja taktyka zadziała. Około trzech tygodni po przeprowadzce do wynajętego mieszkania na rynku pojawił się dom, który odpowiadał nam pod każdym względem. Po gruntownym remoncie, w moim ulubionym stylu kolonialnym z lat czterdziestych dwudziestego wieku, w Grovemont, również mojej ulubionej dzielnicy. Cena – znacznie poniżej granicy naszego budżetu. Już myślałam, że może nie będziemy musieli płacić za drugi miesiąc przechowywania w magazynie rzeczy ze starego szeregowca.

A potem wpłynęły dwadzieścia dwie oferty kupna.

Dwadzieścia, kurwa jego mać, dwie.

– No, to zaliczyliście pierwszą licytację – skwitowała bezceremonialnie Ginny, przekazawszy nam, że ktoś przebił nas o dwadzieścia pięć tysięcy dolarów i nabył ten dom. – To wasz chrzest bojowy. Teraz już wiemy, że następnym razem trzeba zagrać trochę agresywniej.

Tylko że tych „następnych razów” było później dziesięć.

Kilka kolejnych skończyło się w sumie podobnie, zmieniały się tylko kwoty, niestety na gorsze, bo rosły. Podwyższyliśmy ofertę do miliona stu tysięcy i znowu ktoś nas przebił, niedużo, ale wystarczyło. Przy następnym domu szarpnęliśmy się więc na pięćdziesiąt tysięcy więcej – wygrał ktoś, kto wyłożył dokładnie tyle samo, ale w całości gotówką.

Po piątej przegranej licytacji zamroziłam swoje komórki jajowe, na wszelki wypadek.

To było osiem miesięcy po tym, jak zaczęliśmy wynajmować mieszkanie i blisko rok, odkąd zaczęliśmy starać się o dziecko. Doktor Warner przekonywała nas, że na razie nie ma jeszcze sensu próbować in vitro, do dzisiaj zresztą uważa, że kiedy będę miała z głowy stres związany z szukaniem domu, to bez problemu zajdę w ciążę w tradycyjny sposób. Poza tym gdybyśmy wzięli pożyczkę na cały proces in vitro, to moglibyśmy mieć kłopoty ze zgodą na kredyt hipoteczny. Ale kiedy kobieta ma na gardle nóż pod postacią trzydziestych ósmych urodzin, nie może sobie pozwolić na ryzyko. Nie wiadomo, jak długo jeszcze będziemy się mordować na tym rynku nieruchomości, a tak przynajmniej mam w lodówce partię zdrowych jajeczek.

Ale szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że ta świadomość bardziej podniesie mnie na duchu. Czasem, kiedy nie mogę zasnąć, obija mi się po głowie jedna uporczywa, zapętlona w nieskończoność myśl: „Nie ma domu, nie ma dziecka, nie ma domu, nie ma dziecka”.

Z perspektywy czasu widzę, że dom numer sześć (w układzie split-level, kuchnia do generalnego remontu) i dom numer siedem (w stylu Craftsman, całkiem ładny, za to przy bardzo ruchliwej ulicy) tak naprawdę były beznadziejne, ale zaczynaliśmy już panikować i tylko dlatego wydawały nam się warte zachodu. Numer osiem, dziewięć i dziesięć pełzły niczym trzy żółwie – między jedną ofertą a drugą upływały długie tygodnie i byłam już pewna, że jeszcze trochę i nie będzie z czego wybierać. A kiedy wreszcie na rynku pojawił się nasz numer jedenaście, uznałam, że musimy bardziej się postarać. Dom znów był w stylu kolonialnym, oddalony od miasta o parę kilometrów więcej, niżbyśmy chcieli, ale wciąż jeszcze w rejonie dobrych szkół, na których nam zależało. Właściciele rozbudowali główną sypialnię, żeby w przyległej łazience zmieściła się duża wanna. Tuż obok znajdował się pokój dziecięcy. Namówiłam Iana, abyśmy wycofali trochę funduszy z naszych pracowniczych rachunków emerytalnych i podwyższyli budżet do miliona trzystu tysięcy dolarów – dokładnie ćwierć miliona powyżej ceny sprzedaży. Tyle chyba musiało wystarczyć.

Kiedy Ginny w końcu oddzwoniła, byłam już tak rozdygotana, jakbym przypięła się kablami do akumulatora. Siedzieliśmy w restauracji ze znajomymi, więc przeprosiłam i wyszłam, by odebrać na zewnątrz. Na dom, który chcieliśmy kupić, wpłynęło siedemnaście ofert. Siedem z nich, w tym ta zwycięska, gwarantowało płatność od ręki, gotówką.

A więc jedenasta porażka.

Nie wróciłam do stolika. Napisałam do Iana wiadomość, prosząc, by wyjaśnił moją nieobecność i uregulował naszą część rachunku, a potem na cały weekend zamknęłam się w sypialni, gdzie oglądałam ciągiem kolejne odcinki Pod pokładem, tonąc we łzach. Kiedy wyściubiłam stamtąd nos, Ian zasugerował, że powinnam wrócić na terapię. Udało mi się go przekonać, że nic mi nie jest (bo to była prawda), ale dzisiaj upłynęły już dwa miesiące, a na rynku nie pojawił się ani jeden w miarę porządny dom.

– Co się stało? – pyta Ian, obchodząc szereg kuchennych szafek i nie zwracając uwagi na ciemne kółko po kubku z kawą, które zostawił na białym blacie z kwarcu. Mijam go pospiesznie, kierując się do drzwi, gdzie stoją moje adidasy.

– Dzwoniła Ginny, podobno jest dom w sam raz dla nas, musimy go zaraz obejrzeć, bo uważaj… nikt o nim na razie nie wie.

– Jak to nikt? – dziwi się Ian, unosząc brew.

W tej chwili mój leżący na biurku laptop wydaje z siebie krótki dźwięk. Rzucam się biegiem z powrotem przez cały pokój.

– Wyjaśnię ci to w samochodzie. To pewnie mail od Travisa.

Staję przy oknie wychodzącym na warczącą autami U Street, żeby wstukać adres w Google Maps, a on staje za mną, tak blisko, że wyraźnie czuję przesłodzony aromat balsamu Old Spice. Kiedyś na pewno wydawał mi się pociągający – zanim jeszcze trafiliśmy do tej klatki, zanim seks, jak mnóstwo innych rzeczy, zaczął kojarzyć mi się wyłącznie z tym, że wciąż nie mamy dziecka.

Włączam funkcję Street View i w jednej chwili uchodzi ze mnie całe powietrze.

– Jak zwykle mamy szczęście. – Ian się śmieje.

Na zdjęciu przed domem parkuje ciężarówka firmy zajmującej się pielęgnacją i wycinką drzew. W koszu na uniesionym wysięgniku stoi facet z piłą mechaniczną i skraca bujne gałęzie wysokiego klonu. Domu nie widać prawie wcale.

– To bardzo dobrze – oznajmiam, tłumiąc rozczarowanie. – Dojrzałe drzewa: to między innymi dlatego ta okolica przypadła nam do gustu, prawda? A poza tym – pamiętasz? Byliśmy już kiedyś na tej ulicy i wiemy, jak tam ładnie.

Podsycanie energii to mój obowiązek. Ianowi nigdy nie będzie się spieszyć tak bardzo jak mnie, choćby i sto domów przeszło nam koło nosa. Nawet teraz, po tylu przegranych licytacjach, wciąż się zżyma, kiedy razem z Ginny przypominamy mu, że sześciocyfrowe przebicie ceny wyjściowej to normalna sprawa, że po prostu nie mamy innego wyjścia.

Dla radcy prawnego zatrudnionego w sektorze publicznym awersja do ryzyka to właściwie jedna z kompetencji zawodowych. Poza tym wystarczy na niego spojrzeć i od razu widać, że ten wysoki złoty chłopak nie ma w sobie jakiejś szczególnej woli walki. Jako dziecko grał w drużynie małej ligi baseballowej, którą trenował jego własny ojciec, a na urodziny nie przynosił do szkoły cukierków, tylko domowe ciasteczka pieczone przez mamę, słowem: miał kochających rodziców. Do tej pory dzwonią do nas co najmniej raz w tygodniu i pytają, co słychać. Moje dzieciństwo tymczasem toczyło się różnymi krętymi ścieżkami, ale wyniosłam z niego coś, czego Ian (musiałam się z tym pogodzić) nigdy nie będzie miał: nienasycenie.

Dlatego właśnie pożegnałam się z dziennikarstwem i zatrudniłam w firmie PR-owej, gdzie zarabiam trzy razy więcej. To i tylko to dało mi motywację, aby naciskać na kupno tamtego zniszczonego małego szeregowca – on miał być na początek, a jego ostateczna sprzedaż przyniosła taki zysk, że naprawdę nieźle się urządziliśmy. Moich rodziców nigdy nie byłoby stać na coś takiego.

– Ruchy, Ian, jedziemy. – Na nogach mam już buty i wiążę luźny kucyk, starając się, z marnym skutkiem, schować kosmyki siwizny wijące się na smolistoczarnym tle niczym anielskie włosy z choinki.

– Kochanie, przepraszam, ale może pojedź tam sama i potem zadzwoń? Powinienem niedługo być w pracy – mówi on. – Mam lunch z klientem.

Dopiero teraz dostrzegam, że jest w normalnym ubraniu, a swoją bujną piaskową czuprynę ułożył gładko na żel.

– Serio? – pytam, bo nie mieści mi się to w głowie. Czy on w tej swojej pracy zajmuje się ratowaniem świata? – Ginny czeka na odpowiedź, Ian. A ciebie to nie kręci? Tyle miesięcy poszukiwań i ani jednego trafienia. Podskoczymy tam raz-dwa, a potem podrzucę cię do pracy.

Ian przestępuje z nogi na nogę. Widocznie rozważa swoją gotowość do małżeńskiego konfliktu o tak wczesnej porze.

– No dobrze – zgadza się w końcu. – Ale przed dwunastą muszę być na miejscu.

*

Jedziemy tam raptem pół godziny, ale mam wrażenie, jakbyśmy teleportowali się na inną planetę.

Chodniki w Grovemont są nieskazitelnie czyste. Żadnych pudełek po pizzy ani innych śladów obecności naprutych dwudziestoparolatków pałętających się bez celu po zamk­nięciu sklepów. Żadnych bezdomnych naprzykrzających się mieszkańcom, którzy chcą tylko wejść do własnego domu. (Jak to się teraz mówi? „Osoby w kryzysie bezdomności”? Nieważne, chodzi mi o to, że Grovemont to pieprzony raj na ziemi i tyle).

Rośnie tu tyle olbrzymich drzew, że latem jest pewnie z pięć stopni chłodniej niż gdzie indziej. W takim miejscu człowiek odkrywa nowe pasje, takie jak obserwowanie ptaków i przydomowa hodowla pomidorów, a samochody jadące na sygnale słyszy najwyżej raz w roku, gdy strażacy szaleją na gwiazdkowej paradzie.

W dzielnicy Shaw, gdzie teraz mieszkamy, w zeszłym miesiącu zastrzelili ucznia przed liceum przecznicę od naszego domu, a tymczasem zaledwie jedenaście kilometrów dalej znajduje się najbardziej ceniona część najbardziej cenionego przedmieścia w całym Dystrykcie Kolumbii – Bethesdy. Tutaj nasze dziecko będzie chodziło do najlepszych państwowych szkół w stanie Maryland, a może nawet w całym kraju.

Od półtora roku mam istną obsesję na punkcie Grovemont, więc dom w tej okolicy to spełnienie wszystkich moich marzeń, ale kiedy docieramy pod wskazany adres, nie wierzę własnym oczom. Wydaje mi się, że jeśli spojrzę z boku, okaże się, że to tylko fasada, scenografia filmu pod tytułem Wymarzony dom Margo albo Margo umarła i poszła do nieba. Białe murowane ściany, lśniące czarne drzwi zwieńczone mosiężnymi latarniami. Styl kolonialny. Przed domem rośnie bujny trawnik, na parapetach stoją skrzynki na kwiaty; ustalę tylko, co powinno w nich rosnąć, i wkrótce będą tego pełne. Mama Iana mi powie. Uwielbia swoje kwiaty w oknach. Rzuca mi się w oczy, że ten dom jest bardzo podobny do domu jego rodziców. Może to jakiś znak?

Ian też to widzi.

– No, rzeczywiście piękny, przynajmniej z zewnątrz – mówi. – Trochę jak u moich staruszków, co?

– Muszę zobaczyć podwórko – oznajmiam.

– Czekaj. Przecież nie możesz tak sobie tam wejść.

– Mogę. Tam jest furtka. – Pokazuję palcem przez otwarte okno naszego Priusa.

– Nie to miałem na myśli. Tak nie wolno, Margo. – Zwraca się do mnie po imieniu tylko wtedy, kiedy chce coś dobitnie podkreślić. Tyle że ja zdążyłam już wysiąść.

– Chodź, nie ma żadnych innych samochodów. Dom jest pusty. Wystarczy mi sekunda.

– Margo, nie rób tego.

– Tylko rzucę okiem. Zaraz wracam.

Wiem, wiem. Tak wygląda uprzywilejowanie. Nikt nie zadzwoni na policję, widząc Azjatkę w markowych ciuchach z metką Lululemon, w każdym razie nie w okolicy, gdzie każdy dom wielkim głosem krzyczy: woke! Praktycznie na co drugim trawniku stoi tablica z napisem „Black Lives Matter”, chociaż mogę się założyć, że na tej ulicy nie mieszka ani jedna czarna rodzina. Jeśli zobaczy mnie któreś z sąsiadów, powiem, że byłam na spacerze z pieskiem, a on zerwał się ze smyczy i czmychnął za ten dom. Albo coś w tym stylu. Jasne, sama też się tym brzydzę, ale takie są zasady i to nie ja je wymyśliłam.

Za furtką zaczyna się chodnik wyłożony naturalnym kamieniem. Otwieram ją i przechodzę na tyły domu. Chodnik prowadzi na taras. Nagle jeden maleńki szczegół dosłownie zapiera mi dech w piersiach. Na skraju podwórka, po prawej stronie, w samym kącie rośnie dąb, a na jego mocnym konarze… Huśtawka z opony. Ile domów już obejrzeliśmy? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt? A czegoś takiego nie było nigdzie. To już na pewno jest znak.

Korci mnie, żeby stanąć pod tym dębem i dotknąć chropowatej czarnej gumy, ale jeśli wyjdę na podwórko, odsłonię się jeszcze bardziej przed wzrokiem tej czy innej wścibskiej sąsiadki schowanej za firanką na piętrze. Łagodny chłodny powiew muska mi kark; opona kołysze się leciutko. Strasznie chciałabym podejść, ale na razie muszę wziąć na wstrzymanie.

Dzisiaj mamy piękną pogodę, natomiast wieczorem padało, więc meble na tarasie, niski stolik i duża segmentowa kanapa, są przykryte pokrowcami. Prowadzi tam kilka schodków, a wyposażenia dopełnia szeroki ośmioosobowy stół z drewna tekowego oraz wykonany na zamówienie zabudowany barek z gazowym grillem i minilodówką. Z tyłu domu widać ślady rozbudowy, właściciele pewnie powiększali kuchnię. Widziałam to chyba milion razy i wiem, że to przeróbki typowe dla domów kolonialnych z lat czterdziestych.

Maleńka jak krzyżyk sylwetka samolotu przecina rozległy nieboskłon długą kreską. Panuje cisza tak absolutna, że słychać nikły pomruk silników. Mokra trawa lśni nieskazitelną zielenią, bo dopiero zaczął się kwiecień. Jest jej tyle, że można się poczuć jak na prawdziwym podwórku, ale też nie za dużo, więc nie wymaga wiele pracy. Tutaj po raz pierwszy w życiu staniemy się posiadaczami kosiarki, która, jak wiadomo, jest jednym z nieodzownych amuletów spełnionej dorosłości.

Moi rodzice kiedyś mieli własny dom, w którym żyliśmy jak na bombie, a chociaż nie trwało to długo, mój ojciec zdążył dostać kompletnego fioła na punkcie trawnika. O tak, tamten trawnik był za duży, a jego utrzymanie pracochłonne. Tata szarpnął się na specjalistyczny system nawadniający, ale i tak zawsze w którymś miejscu straszyła brązowa plamka, co doprowadzało go do szału. Teraz wiem, że wcale nie chodziło o trawnik.

Telefon w mojej dłoni wibruje. „Już?”, pyta Ian.

Wiem, że igram z losem, ale muszę zobaczyć kuchnię. Pewnie ją znajdę w tej dobudówce z tyłu.

Kilka szybkich kroków i jestem na tarasie. Osłoniwszy oczy dłońmi, zaglądam przez szerokie przeszklone drzwi. Marmur kararyjski pokrywa wszystkie blaty, również olbrzymią wyspę kuchenną – dokładnie taką, jaka musi stać się okiem tego cyklonu szczęścia, jakim jest rodzina. Podłogi z szeroko ciętych dębowych desek. Szafki w stylu szejkerskim, pomalowane farbą w ciepłym odcieniu szarości, w drzwiczkach mosiężne gałki. Już dawno pożegnałam się z nadzieją, że coś przebije tamten dom, który sprzątnęli nam sprzed nosa w pierwszej przegranej licytacji, ale nawet nie umywał się do tego, chociaż także był w Grovemont. Całkiem jakby ktoś otworzył mi głowę i wyjął z niej projekt scenografii mojej wymarzonej przyszłości.

Telefon znowu wibruje, ale Ian musi wziąć na wstrzymanie, bo ja teraz wyobrażam sobie, jak siedzę przy tamtym wysokim blacie na barowym stołku z wyplatanym oparciem i popijam kawę. Ciekawe, czy to by coś dało, gdybyśmy zaproponowali, że odkupimy część mebli. Tak byłoby im chyba łatwiej, niż wieźć je ze sobą. Po lewej, pod ścianą, widać gazową kuchnię z piekarnikiem. Zdaje się, że to Thermador – pewnie kosztowała więcej niż ten nasz Prius.

Tuż za szybą, przez którą zaglądam, stoi stolik śniadaniowy. Tutaj najczęściej będziemy jadać posiłki. Dostrzegam też jednak bardziej oficjalną jadalnię, nieco dalej na prawo. Prowadzi do niej łukowato sklepione przejście. To była, w mojej opinii, jedna z największych wad naszego starego szeregowca: dziewięćdziesiąt metrów kwadratowych, a nigdzie ani skrawka miejsca na porządny stół, przy którym można świętować, dajmy na to, pierwsze urodziny dziecka. Ale tutaj będziemy obchodzić wszystkie święta, jakie tylko są w kalendarzu, i urządzać przyjęcia z prawdziwego zdarzenia, jak dorośli ludzie. Sprawimy sobie chłodziarkę do wina, taką wolnostojącą.

No nie! Znowu telefon. Z wielkim trudem, niemalże z bólem, przenoszę wzrok na wyświetlacz urządzenia.

KTOŚ PODJECHAŁ POD DOM, alarmuje Ian w kolejnej wiadomości.

Następna to tylko dosadne !!!!!!!!!!!!.

Kurwa mać.

Zaglądam z powrotem do wnętrza domu. W przedpokoju pojawił się dobrze ubrany szczupły mężczyzna. Idzie wpatrzony w telefon. Błyskawicznie opadam na kolana i przesuwam się na schody, a materiał moich legginsów nasiąka wilgocią z podłogi tarasu.

Ostatni raz coś takiego zdarzyło mi się w styczniu, kiedy panował jeszcze mróz. Ian myślał, że pojechałam coś załatwić, ale tak naprawdę byłam dokładnie tutaj, w Grovemont, i krążyłam ulicami, wypatrując, czy ktoś przypadkiem nie szykuje się do sprzedaży. Nagle, widząc szeroko otwarte drzwi garażu jednego z domów w stylu Cape Cod, wcisnęłam hamulec. Garaż był zastawiony kartonowymi pudłami. Jak do wyprowadzki.

Zza kierownicy trudno było coś wyraźnie zobaczyć, więc zaparkowałam za rogiem najbliższej ulicy i niezauważona przez nikogo wróciłam do otwartego garażu. Szybko się okazało, że te kartony służą tylko do przechowywania różnych rupieci. Nagle szczęknęła obracana gałka wewnętrznych drzwi. Schowałam się za stosem pudeł i wystawiwszy zza nich koniec nosa, zobaczyłam dłoń naciskającą przycisk zamykający wjazd. Betonowa podłoga zadrżała pode mną, a potem przestała, kiedy całe wnętrze pogrążyło się w ciemnościach. Nie ruszałam się z ukrycia, dopóki nie straciłam czucia w palcach stóp, ale w końcu wybiegłam zza pudeł i uniosłam te wstrętne drzwi wjazdowe, ale nie do końca, tylko tyle, żeby przecisnąć się pod spodem. Chyba nikt nie usłyszał, bo bez przeszkód dotarłam do samochodu.

W porównaniu z tym dzisiejsza wpadka to jeszcze żadna katastrofa. Po zejściu z tarasu podnoszę się z kolan i przemykam pod białą ceglaną ścianą do furtki. Rzuciwszy okiem dookoła, wyskakuję na chodnik.

Przed domem stoi oliwkowozielony SUV Audi, ale nigdzie nie widać naszego poobijanego srebrnego Priusa. Noż cholera jasna, gdzie jest Ian?

– Proszę pani!

Obracam się na pięcie jak fryga. Tamten facet, którego przed chwilą widziałam przez szybę, idzie teraz długim krokiem w moją stronę, mrużąc swoje piękne oczy.

2

Za późno na ucieczkę. Krew tętni mi w skroniach. Mężczyzna jest coraz bliżej, schodzi z kamiennego chodnika na trawę, aby skrócić sobie drogę.

– Czy coś się stało? – pyta. Pod pachą trzyma laptop – domyślam się, że właśnie po to wrócił do domu – a na jego twarzy maluje się niepokój.

Niepokój, ale nie złość.

Skrajem stopy wciąż jeszcze depczę zieleń na jego trawniku. Zdążyłam postawić raptem jeden krok na chodnikowej płycie, ale nie widział, skąd się tu wzięłam. Jezu kochany, ten facet jest niemal tak samo piękny jak jego dom. Wysoki. Ciemne falujące włosy. Drogie dżinsy. Włoski model wycięty z czasopisma o wystroju wnętrz.

Odzyskawszy panowanie nad sobą, odpowiadam wymuszonym śmiechem.

– Nie! Nic! Ojej, ale mi głupio. Chyba się trochę zgubiłam. A telefon oczywiście musiał mi się rozładować.

– Zgubiła się pani? Tutaj?

Ma to oznaczać: jak można się zgubić tutaj, gdzie są same prywatne domy, a w pobliżu nie ma ani stacji metra, ani żadnych zabytków i taka idiotka jak ja nie ma tutaj właściwie czego szukać? Skąd więc się wzięłam na tej ulicy, na tym chodniku, pod tym domem jak z obrazka?

W samą porę przypomina mi się, że mam na nogach sportowe buty.

– No bo… Eee… Biegałam sobie i chyba trochę za bardzo mnie poniosło. To nie jest moja codzienna trasa.

– No tak, rozumiem. I co, przewróciła się pani? Coś panią boli?

Opuszczam głowę. Na kolanach moich grafitowych legginsów ciemnieją olbrzymie mokre plamy.

– Eee… No tak. – Przewracam oczami, że niby jaka to ze mnie niezdara. – Ale nic mi się nie stało, dziękuję. Nie patrzyłam pod nogi. – Kolejny wymuszony śmiech. – Powinnam dać sobie spokój już z półtora kilometra temu, ale w taką pogodę trzeba korzystać, bo później, jak się zaczną upały, to dwa kroki i człowiek już się lepi od potu, prawda?

Uśmiech – uwierzył mi.

– Wiadomo. – Przytakuje. – Za tym na pewno nie będę tęsknił.

Sam mi się podkłada. Zapytać o dom?

– Wyprowadza się pan? – Udaję zaskoczoną. – To taka ładna okolica.

– Wiem. Bardzo nam tu dobrze, ale tak, wyjeżdżamy do Londynu.

To moja szansa. Tylko czy mogę go zapytać, kiedy chcą wystawić dom na sprzedaż, albo wręcz poprosić, żeby pozwolił mi zajrzeć do środka? Pomyśli, że jestem niespełna rozumu albo, co gorsza, rozszyfruje mnie z miejsca. Chociaż jest bardzo miły, trzeba przyznać. Cholera jasna, jedzie nasz Prius. Łowię wzrokiem spojrzenie Iana siedzącego za kierownicą i ukradkiem daję mu głową znak, żeby się nie zatrzymywał, a on dodaje lekko gazu i mija nas.

Zniknął, ale za to mój podobno rozładowany telefon zaczyna wibrować. Mężczyzna o urodzie modela natychmiast spogląda mi na ręce.

– O, zostało mu jeszcze tyle baterii, żeby domagać się doładowania! – Chowam rękę za sobą i ukradkiem odrzucam połączenie od Iana. Koniec z tym, muszę stąd zniknąć. – No dobrze, to powodzenia! – mówię. – Uwielbiam Londyn. – (Nigdy tam nie byłam). – A jak teraz dojdę do Massachusetts Avenue? Może mi pan pokazać?

– Jasne. W tamtą stronę. Trzy przecznice stąd, na skrzyżowaniu z Redwood proszę skręcić w prawo i dalej iść prosto aż do samej Massachusetts.

– Bardzo panu dziękuję. Miłego dnia!

Ruszam przed siebie lekkim truchtem. Wiem, że on na pewno będzie jechał w tę samą stronę, więc muszę poczekać, aż oliwkowe Audi mnie wyminie, i dopiero wtedy mogę poinformować Iana, gdzie jestem.

– Margo, co to, kurwa, miało być? – pyta, wysiadając z samochodu, żeby wpuścić mnie z powrotem za kierownicę.

– Wiem. Przepraszam. – Mruczę pod nosem, zapinając pas bezpieczeństwa. – Ale spokojnie, nic się nie stało. Poza tym to ty uciekłeś!

– Bo nie chciałem wyglądać jak jakiś oszołom czający się pod cudzym domem.

– Więc gdyby mnie złapał na tyłach, to byłabym zdana na siebie?

– Nie wygłupiaj się. Poza tym kto ci mówił, żebyś tam nie szła?

Przez kilka przecznic żadne z nas nie odzywa się ani słowem. Kłótnie o kolejne domy to teraz nasza codzienność.

Wreszcie przerywam to milczenie.

– Dzwonię do Ginny. Mają tam cudowną kuchnię. I podwórko też.

Okazuje się, że po naszej ostatniej rozmowie Ginny zrobiła rozeznanie u swojej szwagierki i dowiedziała się, że właściciele domu współpracują z agencją Long & Foster.

– Na pewno wzięli Theresę Reynolds – mówi mi. – Całe Grovemont zawsze ją bierze. Zaraz do niej zadzwonię. Trzymaj telefon przy sobie.

Lawiruję w korkach na Massachusetts Avenue, a minąwszy Dupont Circle, skręcam w prawo, w stronę Pennsylvania Avenue, gdzie znajduje się główna siedziba federalnej Agencji Ochrony Środowiska. Ian na pewno wciąż jest zły, ale zanim wysiądzie, całuje mnie na pożegnanie w policzek i mówi „Kocham cię”. Po tylu latach to już jest nawyk, pamięć mięśniowa.

Poznaliśmy się w dwa tysiące ósmym roku. Graliśmy razem w ligowej drużynie kickballowej. On był wtedy w związku z inną dziewczyną, a ja zarabiałam marne grosze jako asystentka w redakcji „Washington Post”. Miałam dwadzieścia trzy lata i mieszkałam w Waszyngtonie dopiero od roku. Przyjechałam z Seattle, a chociaż minęło już tyle miesięcy, nadal czułam się obca, jak kosmitka, bez szans na porozumienie z tą rasą obcych istot, które skończyły dokładnie te same uczelnie Ligi Bluszczowej, co ich rodzice. Nie mam najlepszej kondycji, ale wszyscy stażyści i asystenci z mojej redakcji grali w kickball, więc pomyślałam sobie, że w moim wieku trzeba zaliczyć przygodę ze sportem.

Ian przez całe liceum był w szkolnej reprezentacji baseballowej i w sportach zespołowych czuł się jak ryba w wodzie. Strasznie mi się podobało, że cała drużyna zawsze ogląda się na niego. Kiedy się odzywał, każdy chciał posłuchać. Nie narzucał się z tym, po prostu jego spokój i pewność siebie przyciągały ludzi.

Myślałam, że pewnie nawet nie wie, jak mam na imię, ale któregoś razu po czwartkowym meczu cała drużyna, tak jak stała, bez przebierania się, poszła na piwo do knajpy w dzielnicy Adams Morgan i skończyło się całonocną balangą. Siedzieliśmy sami w kącie i nagle okazało się, że coś nas łączy: oboje byliśmy niezadowoleni ze swojej pracy. Ja miałam już serdecznie dość klepania biedy i wykłócania się za każdym razem, kiedy chciałam podpisać tekst własnym nazwiskiem. Ian był prawnikiem w kancelarii Covington & Burling i chociaż miał dopiero dwadzieścia siedem lat, zarabiał tyle, że ja mogłabym tylko pomarzyć o takiej pensji, ale całe dnie spędzał na przeglądaniu dokumentów, zamknięty w biurze bez okien. Powiedział, że rozmowa ze mną dobrze na niego wpływa, jakby w końcu ktoś zwrócił na niego uwagę. Kiedy przechylił się przez stolik, żeby mnie pocałować, zauważyłam, że jego oczy nie są do końca brązowe, bo widać w nich też trochę zieleni. Tak zrozumiałam, co to znaczy „mieć orzechowe oczy”.

Trwało to kilka tygodni: upijaliśmy się w knajpie z drużyną i całowaliśmy po kątach, ale wreszcie przypomniałam mu, że ma dziewczynę, i powiedziałam, że nie możemy tego dalej ciągnąć. Kilka dni później zerwał z nią i od tej pory jesteśmy nierozłączni.

Zatrzymuję się na światłach. Mój telefon, włożony do uchwytu na kubek, wydaje krótkie brzęknięcie. To wiadomość od Ginny: „Nagrałam się na pocztę głosową. Dam znać, gdy tylko czegoś się dowiem”.

Mogłoby się wydawać, że uodporniłam się już na męki czekania, ale nie: to wciąż tortura, gorsza niż depilacja górnej wargi po poparzeniu słonecznym. Nasza agentka oddzwania po piętnastu minutach, kiedy zdążyłam parę razy objechać ten sam kwadrat ulic, szukając miejsca do zaparkowania. (Nie mamy miejsca garażowego, bo w naszym budynku kosztuje to krocie, a oszczędzając na zaliczkę przy kupnie domu, trzeba się liczyć z każdym dolarem). Parkuję pod hydrantem przeciwpożarowym, żeby odebrać.

– Ginny? Słucham, mów wszystko, co i jak.

W słuchawce odzywa się głębokie westchnięcie.

Kurwa mać.

– Przykro mi, misiu. Szanse były nieduże, przecież o tym wiedziałyśmy. Oni chcą wystawić dom na wolnym rynku, ale dobra wiadomość jest taka, że dadzą ogłoszenie już niedługo i chyba zmieścicie się w swoim budżecie… Chociaż pewnie tak na styk.

Wyciszam telefon i wydaję z siebie dziki wrzask. Facet prowadzący na smyczy małego francuskiego buldoga odskakuje w popłochu od mojego samochodu.

Głęboki oddech. Wyłączam wyciszenie.

– Czyli możemy się pożegnać z tym domem. Wiesz, jak będzie. Przelicytują nas. Z taką kuchnią…

– Widziałaś ją?

Cholera.

– No nie – odpowiadam szybko – ale twoja szwagierka mówiła, że jest cudowna.

– To wcale nie musi być prawda! Wiesz, co zawsze mówię: jeśli to jest wam pisane, wszystko się uda.

Jasne. Tylko co nam dała ta strategia? Uznaję, że najwyższy czas wykazać się inwencją.

– Może odzyskam trochę nadziei, jeśli trochę lepiej poznam tę okolicę? – Podsuwam ostrożnie. – Wiesz, na zasadzie manifestacji, że kiedyś tam zamieszkam? – Jakbym nie mogła narysować z pamięci dokładnego planu tej dzielnicy. – Dokąd twoja szwagierka chodziła na jogę? Może też bym się wybrała…

– No pięknie, tak trzymać, misiu! Jejciu, nie pamiętam. Grace coś tam, jakoś tak.

– Wystarczy, znajdę. Na razie, Ginny.

Wpisuję do Google’a „grace joga grovemont bethesda” i jest: Power+Grace Yoga, niespełna pięć minut drogi od domu moich marzeń.

3

Ma się rozumieć, że nie wejdę do akcji bez odpowiedniego rozpoznania.

W mojej firmie od dziesięciu lat odpowiadam tylko za kontakt z mediami, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jak się zbiera informacje. Po zaparkowaniu Priusa natychmiast pędzę do naszego ciasnego salonu i zasiadam przy moim mikroskopijnym biurku, a potem znajduję w internecie bazę ksiąg wieczystych stanu Maryland. W menu wybieram opcję „szukaj według adresu”.

Curtis Bradshaw i Jack Lombardi kupili ten dom marzeń w dwa tysiące piętnastym roku za siedemset trzydzieści tysięcy dolarów. Teraz na nim porządnie zarobią.

Przy takich rzadkich nazwiskach dalsze wyszukiwanie powinno pójść jak po maśle. Najpierw natrafiam na Alma Mater Curtisa – bo, jak się okazuje, jest profesorem ekonomii na Uniwersytecie Georgetown. Z wyglądu przypomina mi Stanleya Tucciego: łysina, okulary w grubych czarnych oprawkach. Przystojny w taki odrobinę kujonowaty sposób. Ten, którego dzisiaj spotkałam, to Jack – znalazłam go na LinkedInie. Handluje meblami użytkowymi.

A jak wyszukam oba ich nazwiska razem? O, świetnie. Ogłoszenie ślubne z „New York Timesa”, czerwiec dwa tysiące dwanaście. Obaj są starsi ode mnie i Iana mniej więcej o dziesięć lat. Kiedy brali ślub, Curtis miał czterdzieści dwa lata. Pochodzi z Greenwich, a jego ojciec prowadzi fundusz hedgingowy (co prawdopodobnie wyjaśnia, w jaki sposób udało im się zamieścić ogłoszenie w „Timesie”). Jack miał wtedy trzydzieści dziewięć lat. Kiedy z nim rozmawiałam, nie przyszło mi nawet do głowy, że dobiega pięćdziesiątki. Musi wydawać krocie na pielęgnację skóry. Wychował się w małym miasteczku w Ohio, jego rodzice uczyli w państwowej szkole. No i brawo. Sam doszedł do wszystkiego, tak jak ja.

A teraz zajrzymy do mediów społecznościowych.

O, ciekawe. Curtis ma ponad tysiąc obserwujących na Twitterze. Tylko czemu? Widać, że ani nie udziela się tam często, ani nie publikuje szczególnie oryginalnych treści – najczęściej podaje dalej czyjeś teksty, na przykład z „Wall Street Journal” albo z „Bloomberga”. Może chodzi o tę książkę, o której tak trąbi w swoim życiorysie? Książka nosi tytuł Dezintegracja: dlaczego jakość przegrywa z globalizacją. Jest też link do strony w księgarni na Amazonie: dwieście trzydzieści dziewięć ocen, trzy i pół gwiazdki.

Ukazała się ponad trzy lata temu, w styczniu 2019 roku. Przewijam odrobinę w dół i owszem, to chyba stąd wzięło się tylu obserwujących. Promował ją, zdaje się, całkiem aktywnie i wygląda na to, że nie wstydzi się lansować włas­nego nazwiska. Już w lutym, miesiąc po premierze książki, wrzucił na Twittera: „Wnikliwa, dociekliwa rozmowa o Dezintegracji z moim serdecznym przyjacielem Andrew Rossem Sorkinem na Squawk Box. Polecam obejrzeć!”. I link do filmu.

Serdeczny przyjaciel, już to widzę. Poza tym „wnikliwa” znaczy właściwie to samo, co „dociekliwa”.

Klikam w link.

– Naprawdę, aż dziwne, że nikt nie napisał o tym przede mną – zwierza się Curtis w ramach swojej serdecznej przyjaźni z Sorkinem. – Ja tylko postanowiłem poszukać odpowiedzi na pytanie, które nurtuje zapewne większość nas: dlaczego w dzisiejszych czasach niczego nie robi się na lata? Wszystko wydaje się jednorazowe, od ubrań po meble, a przyczyną tego jest, oczywiście, gospodarka światowa.

Właściwie nie mam ochoty nabijać mu wyników sprzedaży, ale mimo to dodaję tytuł do swojego koszyka.

Jacka, poza LinkedInem, znajduję tylko na Instagramie, pod nickiem @TataPenny. W szczegółach na temat użytkownika nie ma nic oprócz jednego cytatu: „O męskości nie stanowi zdolność do poczęcia dziecka, lecz odwaga do zmierzenia się z jego wychowaniem – Barack Obama”.

W tym cudownym domu mieszka dziecko? A więc to prawda, że geje żyją tak, jak Bóg przykazał. Instagramowe konto ma status prywatny, ale da się przynajmniej powiększyć zdjęcie profilowe…

Mała Penny to Azjatka. Adoptowali dziewczynkę azjatyckiego pochodzenia.

Jest przesłodka.

Domyślam się, że ma mniej więcej sześć lat, chociaż trudno precyzyjnie określić, bo na tym zdjęciu oboje, ona i Jack, noszą identyczne ciemne okulary i tulą się do siebie policzkami. Na moje oko ma raczej chińskie korzenie, nie japońskie, tak jak ja, ale dla dwóch białych facetów to raczej niewielka różnica. Muszę się jednak przyznać, że sama dostrzegam między nami jakiś rys podobieństwa – a przecież nie znoszę, kiedy ludzie wrzucają wszystkich Azjatów do jednego worka.

Najchętniej grzebałabym dalej w sieci, ale rzut oka na zegar w rogu ekranu odrywa mnie od laptopa. Już siedemnasta. Ian za chwilę wróci z pracy, a ja nawet się jeszcze nie wykąpałam. O osiemnastej jesteśmy umówieni z Eriką i Heathem na drinka. Propozycja wyszła od Eriki – „Mamy straszliwe zaległości!”, wołała w wiadomości – ale podejrzewam, że ponieważ oboje są klientami Buzz Inc., mojej firmy PR, po prostu zależy im na stoliku w Jane Jane.

Kiedy Ian wchodzi do łazienki, stoję już w szlafroku przed lustrem i wklepuję pod oczy korektor, próbując ocenić: pogrubia zmarszczki mimiczne czy rzeczywiście maskuje te ciemne obwódki dolnych powiek? Przekazałam mu już wcześniej, co powiedziała Ginny, więc zbliża się ostrożnie, jakbym była włączoną do kontaktu suszarką, dyndającą nad wanną pełną wody.

– Hej, kotku – mówi. – W porządku?

– Trzymam się. – Podkreślam odpowiedź pogodnym uśmiechem.

– Super. Chodź… – Zamyka mnie w swoich ramionach. – Nie możemy tak brać tego wszystkiego do siebie. W końcu się ułoży, zobaczysz.

Każdy tak mówi i mam już tego powyżej uszu, ale nie mamy w tej chwili czasu na kłótnię, więc przytakuję bez słowa.

*

W Jane Jane tłumy jak w każdym barze przy Czternastej Ulicy w piątkowy wieczór. Grzechot shakerów w jednej chwili przywołuje wspomnienia studenckich dni, kiedy sama biegałam z tacą, żeby dorobić na czynsz i czesne. Kierownik lokalu prowadzi nas przez ludzką ciżbę, w której co chwilę miga a to goły pępek ponad wysoką talią dżinsów, a to bluzka rozpięta o jeden guzik za daleko, do boksu, gdzie na blacie stoi mosiężna tabliczka z napisem „Rezerwacja”. Zajmujemy miejsca i natychmiast pojawia się kelner z powitalną kolejką. W szklaneczkach jest jakiś ostro przyprawiony wynalazek na bazie mezcalu; trwają właśnie degustacje przed dodaniem go do karty.

Erika klaszcze w dłonie.

– VIP-owska obsługa! Ekstra! Margo, masz najlepszą robotę na świecie!

Wiem, że nie mówi tego szczerze. Sto lat temu zaczynałyśmy razem w „Washington Post”, ale ona została w redakcji i wytrwale się pięła, a teraz jest tam specjalistką od spraw związanych z biznesem. Nazwisko Eriki Ortiz pod tekstem to bardzo ceniony szczegół, tymczasem kiedy pod mailem z jakimś pomysłem czy propozycją podpisuje się Margo Miyake, to dziennikarze zazwyczaj usuwają ten wiersz. Wygląda jak seksbomba: obcisła skórzana kurteczka, szminka w kolorze fuksji i cieniowany bob w kolorze czekolady ze złocistymi pasemkami. Pod kurteczką ma prążkowaną bluzkę z Madewell – kiedy ostatni raz się widziałyśmy, chyba miałam dokładnie taką samą. Gdyby nie była taką świetną wtyczką w redakcji „Posta” – i jedyną osobą, o której mogę myśleć jak o przyjaciółce – to najprawdopodobniej już dawno bym ją znienawidziła.

Heatha poznała przez nas; wtedy był jeszcze przystojny i miał wszystkie włosy, gęste i tak jasne, że prawie białe. Pracował w tym samym miejscu, co Ian, w Agencji Ochrony Środowiska, ale kiedy Hillary przegrała wybory, przeszedł do kancelarii Sidley Austin (Ian powiedziałby: „sprzedał się”). Trzy lata temu został tam wspólnikiem.

– Co tam słychać? – pyta Heath, wcisnąwszy z trudem swoją obfitą sylwetkę za stolik. – Upolowaliście już ten dom?

Ian się śmieje, ale widzę, jak zacisnął zęby.

– Wyluzuj, stary, to dopiero pierwsza kolejka. – Grzechocze kostkami lodu w szklaneczce. – Czekają nas jeszcze ze dwie, zanim do tego dojdziemy.

– O nie, aż tak źle? – Erika wygina usta w neonową fioletową podkówkę.

– Wszystko gra – ucinam. – Po staremu, czyli do dupy. Nie ma w czym wybierać, a konkurencji jak jasna cholera. Sami wiecie najlepiej.

– O tak, wiemy – przyznaje Heath. – Do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak nam się pofarciło.

Ian prycha pod nosem, ale zanim zdąży palnąć coś głupiego, odwracam się do Eriki.

– Wasz dom jest przepiękny. Już się urządziliście?

– No, w końcu jest jakiś postęp. Niedawno zatrudniliśmy Zoe Estelle. Obserwujecie ją na insta? Tak ją rozchwytują, że zrobi nam tylko parter. Zresztą piętro to i tak królestwo dzieci.

Zaciskam pięści, aż paznokcie wbijają się w skórę. Zaczęli się starać mniej więcej w tym samym czasie, co my, ale ona od razu zaszła w ciążę. Żeby nie pójść na baby shower, w ostatniej chwili wymówiłam się migreną. Nie zniosłabym takiej imprezy, szczególnie tam, w Wesley Heights, na podwórzu wspaniałego domu w stylu Tudor, który kupili dosłownie przed chwilą za dwa i pół miliona dolarów.

To była ich pierwsza licytacja.

Nas nigdy nie byłoby stać na dom w tamtej okolicy, wolnostojący, na ładnej działce, blisko centrum, ale z wszelkimi zaletami przedmieścia, prawdziwy unikat jak na Waszyngton. Oczywiście gdyby Ian nie był taki bezkompromisowy na punkcie swojej pracy, to jeszcze długo przed tym, jak CV Heatha wylądowało w Sidley Austin, zostałby wspólnikiem w Covington & Burling.

Ofertę z Agencji Ochrony Środowiska dostał raptem dwa tygodnie po naszych zaręczynach. Wróciłam z pracy, a on czekał na mnie z butelką schłodzonego dobrego szampana. Nie wiedziałam, o co chodzi, bo oświadczył mi się prawie dokładnie w ten sam sposób.

– My to już chyba mamy za sobą…? – zażartowałam.

Kiedy zaczął wyjaśniać, co się stało, spojrzałam na mój pierścionek zaręczynowy lśniący na palcu serdecznym, zdumiona, że jeden i ćwierć karata nagle wydało się strasznie ciężkie. Pensja, którą mu zaproponowali, była prawie dwukrotnie niższa niż w Covington & Burling.

– To i tak bardzo dużo – zapewnił mnie.

Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto nigdy nie był bez grosza.

Jasne, wiedziałam, że chodził tam na rozmowy o pracę, słyszałam, jak plecie bez końca o tej swojej grupie aktywistów od globalnego ocieplenia, do której należał na studiach, ale nie przyszło mi do głowy, że naprawdę się na to zdecyduje. W końcu poczuł się lepiej w kancelarii – jeden ze wspólników włączył go do sprawy dla ważnego klienta, dotyczącej szczelinowania hydraulicznego. Poza tym, na miłość boską, to była pierwsza kadencja Obamy – wszystkim, dosłownie wszystkim się wydawało, że nie ma jak posada w sektorze publicznym. Myślałam, że mu przejdzie.

Heath pochyla się w jego stronę, tak gwałtownie napierając brzuchem na stolik, że zawartość mojej szklanki tryska na stół.

– Jak ci tam w tej agencji, chłopie? – pyta. – Lepiej się żyje?

Ian przeczesuje włosy palcami; to u niego oznaka napięcia. Gestem proszę kelnera o serwetki do wytarcia stołu.

– Tak, tak, dużo lepiej – odpowiada Heathowi. – Mamy znacznie więcej swobody. Niedawno wzięliśmy na cel wielką firmę, która zanieczyszcza jedną z dużych rzek. Na pewno o tym słyszałeś.

– No co ty? Kto to? Coś mi mówi, że koncern farmaceutyczny.

– A gdzie tam. Z ich głównym prawnikiem będziesz pewnie grał jutro foursome w Burning Tree1.

– Uuu, nie strzelaj! – Heath łapie się za pierś. Czy to zawsze był taki dupek? – Ale poważnie, nie chce mi się wierzyć, że wciąż tam siedzisz.

Erika i ja spoglądamy na siebie. Ten boks w popularnym barze zrobił się ciasny jak klatka. Zapada cisza. Kelner przynosi następną kolejkę. Pytam o ich syna, który nazywa się Luca, i udaję, bez wielkiego zaangażowania, że interesuje mnie, jakie nowe zwierzęce głosy nauczył się naśladować. Mimo to wszyscy czujemy, że wieczór jest nie do uratowania. I tak mija czas.

– Było naprawdę miło – mówię. – Nie możemy znowu czekać tak długo, żeby się spotkać.

– Wiem, minęło stanowczo za dużo czasu – przyznaje Erika. – Szkoda, że opiekunka nie może zostać dłużej. Inaczej poszlibyśmy na kolację.

– Następnym razem.

Wracamy do domu. Ian wygląda jak zgnieciona puszka po piwie, których mnóstwo wala się na chodniku. Dłonie wbite głęboko w kieszenie. Przygarbił się, zapadł w sobie. Ściągnięte brwi zastygły w pochmurnym grymasie. Normalnie westchnęłabym tylko, że dąsa się jak dziecko, ale dzisiaj rozumiem.

– Nie musimy się z nimi widywać – mówię.

Kiedy zamykają się za nami drzwi mieszkania, chwyta mnie w talii i przyciąga do siebie. Spoglądam na niego autentycznie zdziwiona. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzył się nam jakiś spontaniczny numerek.

– Chodź – szepcze Ian. – Chcę poczuć się jakoś inaczej.

Pozwalam zaprowadzić się do sypialni. Kończy szybko, na górze, a potem robi mi dobrze palcami. Więcej w tym umiejętności niż namiętności.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1Foursome – typ rozgrywki golfowej, w której biorą udział dwie pary zawodników, a każda para gra jedną piłką. Burning Tree Club – prywatny męski klub golfowy w Bethesda w stanie Maryland. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Spis treści

1

2

3

Punkty orientacyjne

Okładka