Za szczytem - Sebastian Sadlej - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Za szczytem ebook i audiobook

Sadlej Sebastian

3,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

65 osób interesuje się tą książką

Opis

W trakcie zamieci w górskiej chatce spotyka się kilka z pozoru niezwiązanych ze sobą osób: starsza kobieta, bezdomny, biznesmen oraz okoliczny bandzior. Wkrótce wszyscy będą już martwi, a miejscowa policja będzie próbowała dociec, co tak naprawdę wydarzyło się w tym ponurym miejscu.

Niedługo później znana polska himalaistka Alicja Kandora przybywa do rodzinnego Międzygorza, by poznać okoliczności śmierci swojej matki, Jadwigi. Czy to możliwe, że popełniła ona samobójstwo? Alicja postanawia na własną rękę odkryć prawdę o śmierci matki. W śledztwie pomaga jej dawny znajomy Albert, nowo poznany GOPR-owiec Figiel oraz dwóch specyficznych miejscowych, którzy mroczne sekrety Międzygórza znają od podszewki. Nie wszyscy w małym górskim miasteczku chcą jednak, aby prawda wyszła na jaw. Alicja musi się zmierzyć nie tylko z tragiczną śmiercią matki, ale i z własną przeszłością.

Czy górskie szczyty skrywają w sobie coś więcej niż tylko piękno, ambicję i poświęcenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 0 min

Oceny
3,6 (44 oceny)
9
18
8
8
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rylska

Z braku laku…

Ogólnie pomysł na historię całkiem niezły ale główna bohaterka do bólu irytująca, motywacje pozostałych bohaterów też zupełnie niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie). Można poczytać, ale można też sobie darować, jest wiele lepszych książek.
10
tynsik

Dobrze spędzony czas

[Kryminał na talerzu] Historia powieści “Za szczytem” Sebastiana Sadleja rozgrywa się w połowie grudnia głównie na górze Śnieżnik. To tam kilkoro bohaterów utknęło w starej chatce w czasie śnieżycy - a my od początku wiemy, że te trzy dni nie zakończyły się dla nich dobrze. Brzmi jak historia kryminalna, prawda? I choć faktycznie taki jest punkt wyjścia, to książkę jednak trudno kryminałem nazwać - bo tak naprawdę skupiamy się na refleksjach postaci - jednej z tych zamkniętych w chacie i później jej córki, znanej himalaistki, którą matka nauczyła nie stać w miejscu, a ciągle gnać do przodu. I teraz z jednej strony też nie może się zatrzymać, z drugiej szuka potwierdzenia, że jej poczucie winy nie mają uzasadnienia. Choć chyba ma? To proza przede wszystkim refleksyjna, która zmusza do zastanowienia nad wyrzutami sumienia i poczuciem winy, nad więziami rodzinnymi i priorytetami. Która mówi o to, że czasami jeden cel jest tak wyraźny, że rozmywa wszystko inne. I później może się okazać, ż...
11
autsajderka

Całkiem niezła

W trakcie zamieci śnieżnej w górskiej chatce spotykają się cztery obce dla siebie osoby. Warunki pogodowe nie sprzyjają, zmuszeni są do spędzenia ze sobą czasu aż do poprawy warunków pogodowych. Jednak żaden z nich nie spodziewa się, że to są ich ostatnie dni życia. Do Międzygórza przyjeżdża Alicja Kandora - himalaitka, córka kobiety z chatki. Alicja pragnie dowiedzieć się co tak na prawdę przytrafio się jej matce, ponieważ nie wierzy w próbę samobójczą matki, pomimo najszczerszych i najwiekszych chęci dochodzi do muru. Zmowa milczenia. Niby w poznaniu prawdy pomaga jej znajomy i miejscowi to i tak może liczyć jedynie na siebie. Czy upór kobiety doprowadzi do rozwiązania tajemniczej śmierci? Książka jest przesiąknięta górskim klimatem. Nie ma tu krwawych opisów czy jakieś mega super akcji. Na pewno nie jest to typowy kryminał.
00
bleblata

Całkiem niezła

No... Ciekawa...
00
nikipokorski

Nie polecam

Zła kolejność rozdziałów w audiobooku.
00

Popularność




Oli

Chcę zapamiętać każdy znakChoć jej szczególnych znaków brakBo pustka nie ma blizn i ranSkłada się z zimnych, czarnych ścianGdzie mi przenika dreszczem karkDotknięcie nierealnych wargDotknięcie lodowatych, zbielałych warg

Nick Cave; tłum. Roman KołakowskiTekst piosenki: Krzesło łaski Kazika StaszewskiegoWykonanie oryginalne: Nick Cave and the Bad Seeds (The Mercy Seat)

01

poniedziałek, 16 grudnia

– Kiedyś to była zima, teraz to już nie ma zimy.

Kazik przytaknął, wygrzebując się z zaspy, w której zatonął po pas. Nawet już nie próbował otrzepywać spodni ze śniegu, zbędny trud, za chwilę znów zanurzy się w białym puchu. Już to przerabiał. Wielokrotnie.

– Śniegu było więcej, a bałwanów mniej – kontynuował Roman. – Kiedyś to było.

Szlak trawersujący zbocze Śnieżnika był zupełnie zasypany. Wyruszyli wcześnie rano i jako pierwsi pokonywali ten mniej popularny odcinek. Kazik z każdym krokiem musiał wyrywać nogę ze śniegu, w którym się zapadał. Roman miał łatwiej, szedł po śladach młodszego kolegi. Zaoszczędzony oddech wykorzystywał do ciągłego mówienia, które ‒ obok jedzenia ‒ było jego największą pasją. Z obu wymienionych powodów jego szczęka znajdowała się w ciągłym ruchu. Teraz też wyrzucał z siebie potok słów. Roman gadał szybko, Kazik szybko się poruszał. Więcej podobieństw ich nie łączyło. Młodszy kolega milczał.

– Globalne ocieplenie, mówią. Może to i prawda. Albo kula ziemska się przechyliła i teraz ziębi gdzie indziej. W Australii na przykład. Ja tam nie wiem. – Rozłożył ręce, chociaż Kazik nie mógł tego zobaczyć, wpatrzony w drogę. Równie dobrze starszy mężczyzna mógłby gestykulować, rozmawiając przez telefon.

– Może i teraz trochę napadało, ale to i tak nie to, co kiedyś. Pamiętasz zimę stulecia? Jak możesz pamiętać. Twoja mamusia była wtedy jeszcze czyściutka jak ten śnieg. Jeszcze jej twój tatuś nie… – Roman podniósł garść białego puchu, przyjrzał mu się, po czym rozproszył go dmuchnięciem. – Spotkał.

Kazik odchrząknął. Poprawił kołnierz kurtki, chowając twarz w ciepłym futrze. Nie zdążył jeszcze zupełnie odtajać po porannym przymrozku, ale powoli robiło mu się cieplej. Słońce wreszcie usadowiło się wysoko na niebie i rozrzuciło promienie, które odbijały się od wszechobecnej bieli. Dzisiaj w końcu będzie ładny dzień, pomyślał.

– To było na przełomie 1978 i 1979 roku, od sylwestra się zaczęło. Ja pamiętam, dobrze pamiętam. Było tak zimno, że wtedy po raz pierwszy widziałem polityków trzymających ręce w swoich kieszeniach. Pierwszy i ostatni. Tak stali i długo ich nie wyciągali. Nie wiedzieli, co robić, taka była zima. Stulecia. – Roman pokiwał głową, potwierdzając wagę własnych słów. – Zaspy były większe od ludzi i nie chodzi mi tu o takich knypków jak ja. Wtedy byłem jeszcze dzieckiem. Pamiętam zaspy większe od dorosłych, nawet tych wysokich, od każdego. Świat zamarł na chwilę, zatrzymał się. Autobusy nie jeździły, tramwaje i pociągi były unieruchomione, podobno nawet samoloty utknęły na lotniskach. Klęska, mówili. Polska Rzeczpospolita Lodowa. Ja tam nie wiem, mnie się podobało. Szkołę zamknęli, ferie były dłuższe. Daleko jeszcze? – Zatrzymał się na moment i rozejrzał się wokoło. – Nie mogę się połapać, gdzie jesteśmy. Biało jak w talerzu zupy mlecznej, a my jak te zacierki.

Kazik pokręcił głową, chociaż też stracił orientację i nie był pewien, czy w ogóle idą w dobrym kierunku. Ale nawet tak delikatny gest młodszego kolegi wystarczył, żeby uspokoić Romana. Wiedząc, że Kazik panuje nad sytuacją i że się nie zgubili, ruszył dalej. Mógł znowu zanurzyć się we wspomnieniach.

– Później tatuś zaciągnął mnie do odśnieżania. Śmiesznie było. Mieliśmy tylko jedną łopatę, więc dał mi jakiś transparent. Był na nim duży napis: NIECH ŻYJE 1 MAJA. Robiłem furorę wśród ludzi na ulicy. Pokazywali mnie palcami, klepali po plecach i śmiali się głośno. Im głębiej wbijałem transparent w śnieg, tym głośniej bili mi brawo. – Roześmiał się. – Jako dziecko pomijałem tę jedynkę w tekście. Myślałem, że się ktoś pomylił przy pisaniu i chodzi o jakąś dziewczynkę o imieniu Maja.

Kazik zachichotał. Znał kiedyś pewną Maję. Raz uśmiechnęła się do niego na szkolnym korytarzu. Tak ciepło, jakby wcale nie był gorszy od niej. Nie tak jak inne.

– Bili brawo, bo transparenty w końcu się do czegoś przydały. Do tego, do czego teoretycznie były stworzone. Miały łączyć ludzi, a wcześniej tylko ich dzieliły. Dopiero jak zanurzyłem jeden w białym puchu i zacząłem kopać, uruchomiłem ich moc jednoczenia. Takie cuda się dzieją, gdy ludzie sobie pomagają, nie zmyślam. Ja tobie, ty mnie, jeden drugiemu, sąsiad sąsiadowi. Bez pytania, bez oceniania. Dopiero wtedy transparenty nas połączyły. Ja tam nie wiem, ale myślę, że to wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Co myślisz, Kazek?

Nagle zerwał się wiatr, wzbijając tumany rozpylonego śniegu. Piechurzy zatrzymali się, zakrywając twarze przed lodowatym podmuchem, który milionami szpilek wbijał się w skórę. Drzewa zawyły z boleścią, przygniecione białą pokrywą. Podobną skorupę wiatr budował na dwóch mężczyznach unieruchomionych na zboczu góry. W kilka chwil pokrył ich niemałą warstwą śniegu. Na szczęście nim złamali się pod jego ciężarem jak gałęzie drzew, zamieć ustała. Równie nagle, jak się zaczęła.

– Ty to jak coś powiesz, to naprawdę… – prychnął Roman, otrzepując czapkę. – Klękajcie zagrody.

Kazek z pokorą pochylił głowę i wzruszył ramionami, jakby rzeczywiście wymsknął mu się ten wicher. Strzepnął śnieg z ramion i wzdrygnął się, gdy trochę zimnego puchu wślizgnęło mu się za kołnierz. Adekwatną reakcją w takiej sytuacji byłoby siarczyste przekleństwo, ale Kazik tylko jęknął. Nerwowo podskakiwał w nadziei, że uda mu się pozbyć lodowatych okruchów. Daremnie. Dopiero gdy w akcie rozpaczy w końcu ściągnął z siebie kurtkę, dał radę wytrzepać spod podkoszulka resztki w większości roztopionego już śniegu. Roman przyglądał się tej walce z pobłażliwością, zupełnie nie zaskoczył go nerwowy taniec kolegi. Wzdrygnął się tylko na widok krótkiego noża przymocowanego do paska Kazika. Metalowe ostrze musiało być lodowate.

Teraz, gdy Kazek zrzucił z siebie kurtkę, można było zobaczyć, jak bardzo różnią się od siebie fizycznie. On bez grubego okrycia wyglądał jak kij do gry w bilard, podczas gdy Roman wydawał się być jedną z bil. Białą w tej chwili. W jego przypadku trudno było stwierdzić, gdzie kończy się puch, a zaczyna tłuszcz. Podobnie trudno było ocenić, który z tych materiałów daje mu więcej ciepła. Sądząc po wypiekach na twarzy, oba spełniały się w tej roli idealnie. Kazik nie miał żadnej warstwy ochronnej, dlatego już po chwili zaczął trząść się z zimna. Szybko założył kurtkę i skrzyżował ręce na piersiach.

– Idź, Kazek, rozgrzejesz się.

Ruszyli. Ich ślady częściowo przykrył wzniecony przez wiatr śnieg, ale nadal były widoczne. Każdemu, kto pójdzie po nich, będzie łatwiej. Biała powłoka przed Kazikiem i Romanem była zupełnie gładka. Nienaruszona przynajmniej od wczesnego rana, od kiedy przestało sypać.

– Do tej pory nie wyszedł z chaty? – zastanawiał się na głos Roman. – Jeszcze mu nie zbrzydła? Trzy dni był w niej zamknięty.

Trzy dni. Tyle trwała zamieć, która odcięła górę Śnieżnik od cywilizacji. Ratownicy GOPR apelowali o powstrzymanie się przed wychodzeniem na szlak. Zresztą nawet bez ich ostrzeżeń nikt przy zdrowych zmysłach nie zdecydowałby się na wycieczkę podczas takiej zadymy. Niebo i ziemia przybrały tę samą kredową barwę, zatarł się horyzont i trudno było nawet odróżnić, gdzie jest góra, a gdzie przepaść. Turyści, którzy nie zdążyli wrócić z wycieczki przed nagłym załamaniem pogody, utknęli w schronisku pod Śnieżnikiem. Mimo płaczów, skarg i gróźb nikt nie mógł wybawić ich od przymusowego postoju w warunkach noclegowych znacznie odbiegających od tych, do których przywykli w drogich hotelach. Nikt nie zaproponował im sesji w saunie, relaksu w SPA, a nawet szwedzkiego stołu podczas śniadania. Pięć gwiazdek? Zapomnij. Cztery? Nie masz o czym marzyć. Nie uświadczysz nawet jednej, całe niebo spowiła mleczna zasłona. Dla wielu był to z pewnością najgorszy weekend w życiu. Poranek tego dnia, mimo że wypadał w znienawidzony przez wielu poniedziałek, przyjęli z ulgą. W końcu zaświeciło słońce. Roman i Kazik, wchodząc na górę, mijali schodzących z niej ludzi, zupełnie innych niż ci, którzy kilka dni wcześniej na nią wchodzili. Kobietom zmieniły się twarze, miały rzadsze rzęsy, mniejsze oczy, cienkie usta. Mężczyźni też nie wyglądali kwitnąco. Nie byli już tak wyprostowani, ten weekend zgiął ich twarde karki, nie prężyli już szerokich klatek piersiowych. Nawet ich mięśnie wydawały się mniejsze, opięte na ramionach kurtki nie pękały w szwach. Nikt nic nie mówił, nikt się nie uśmiechał. Wszyscy zamiatali nogami, chcąc jak najszybciej znaleźć się na dole. Wkrótce odpoczną za biurkiem w pracy, już nie tak okropnej jak przed trzema dniami. Przynajmniej jest przewidywalna, nie to co góry. Zrozumieli, że nie lubią niespodzianek, wolą mieć wszystko zaplanowane i ułożone. Tak jak listę zakupów przed zbliżającymi się świętami czy listę gości na sylwestra. Już mają dokładne plany na zbliżający się 2020 rok, więcej nie dadzą się zaskoczyć.

Kolega Romana i Kazka nie spędził tego czasu w schronisku. Nie dla niego takie wygody. Edek mieszkał, a właściwie koczował, w starej myśliwskiej chacie po drugiej stronie szczytu. Bez prądu i bieżącej wody. Był bezdomnym z dachem nad głową. Poznali się kilka miesięcy temu, gdy zszedł do miasta w poszukiwaniu prowiantu. Gdyby do prowadzenia swojego pustelniczego życia wybrał inny region Polski, pewnie nazywaliby go zakapiorem, śpiewaliby o nim piosenki, pisali książki, traktowali inaczej. Ale nie tutaj. W Międzygórzy był jedynie żulem, kolejnym nierobem, na którego szkoda czasu. Tylko Kazek dostrzegł w nim człowieka, tylko on zechciał dać mu szansę. Zaczął odwiedzać go w starej drewnianej chacie, przynosił mu jedzenie, ciepłe ciuchy, które pomagały przetrwać zimne noce. Edek, z początku skryty i nieufny, wkrótce otworzył się przed nowym kolegą. Kazek z przyjemnością słuchał jego historii o dawnym życiu. Były pełne kolorów, przesycone nimi, tak różne od jego aktualnej egzystencji, że Kazik nie do końca w nie wierzył. Przypuszczał, że powstały jedynie w głowie Edka, któremu samotne życie pomieszało zmysły, ale i tak słuchał ich z zaciekawieniem. Wyobrażał sobie te barwne światy i zapominał o szarej rzeczywistości. W przerwach grali w tysiąca. Kazek nigdy nie był w wojsku, to Edek nauczył go meldować. Wkrótce dołączył do nich Roman. Nie wiadomo, czy bardziej przyciągnęły go historie człowieka z gór, czy możliwość pogrania w karty. Żaden z nich nie nazwałby relacji, która powstała pomiędzy nimi, przyjaźnią, ale jeżeli to nie była przyjaźń, to trudno powiedzieć, co nią jest.

– Już ją widać. – Roman ucieszył się na widok drewnianej chaty.

Przypominała domek z piernika pokryty grubą warstwą lukru. Fundament z kamienia, na którym stała, był zupełnie przykryty śniegiem, więc chata wyglądała, jakby unosiła się na białym obłoku. Ten iście bajkowy widok w tej chwili jednak ich nie zachwycił. Na śniegu wokoło próbowali dostrzec ślady butów. Nie było żadnych.

Z duszą na ramieniu stanęli przed drzwiami. Zdobił je symbol przypominający runę lub chiński znak, którego nikt nie potrafił odczytać. Edward mówił, że chroni go przed demonami, ale to nie on wyrył go w drewnie. Symbol pojawił się tu przed nim. Zanim demony miałyby go tu szukać. Roman załomotał w drzwi.

Cisza.

Uderzył w drewno ponownie. Mocniej. Głośniej. Z tym samym efektem. Szarpnął za klamkę i drzwi uchyliły się z głośnym skrzypnięciem. Popatrzyli na siebie. Kazek znów poczuł zimno wpadające mu za kołnierz. Chętnie jeszcze raz ściągnąłby kurtkę, żeby wytrzepać je spod podkoszulka, ale wiedział, że tym razem chłód nie pochodzi z zewnątrz. Jest w nim. Roman przełknął ślinę, a wraz z nią wszystkie słowa, jakie miał ochotę wypowiedzieć po spotkaniu Edka.

Otworzyli szeroko drzwi i weszli do środka. Przeszli przez ciemny przedsionek i znaleźli się w pomieszczeniu, które pełniło rolę kuchni. W mroku wyglądało jak scenografia horroru. Stary, obdrapany piec kaflowy i zaschnięte, brunatne plamy na ceracie, które upodabniały ją do rozłożonego całunu. Nie wiadomo tylko, kto się z niego odwinął. Na środku ustawiona była drabina z ułamanym szczeblem, prowadząca na poddasze. W tej chwili wyglądała na drogę jednokierunkową, z ziemi na dół, tutaj, do piekła.

– Edek! Gdzie jesteś?!

Nikt nie odpowiedział. Roman otworzył drewnianą okiennicę, wpuszczając do środka trochę światła. Promienie słoneczne dodały im odwagi.

– Ty idź na górę, ja się tam nie wdrapię. Zobaczę w sypialni.

Kazik pokiwał głową, zrobił głęboki wdech, po czym zaczął wspinać się po szczeblach. Roman odsunął zasłonę i zanurzył się w kolejnym czarnym pomieszczeniu. Po omacku, trzymając się ściany, dotarł do pierwszego okna i otworzył okiennicę. Pomieszczenie było puste. Minął tablicę z poprzypinanymi do niej zdjęciami i spróbował uchylić drewniane skrzydło zasłaniające drugie okno, ale nie udało mu się to. Okiennica była przybita od zewnątrz gwoździami. Rozejrzał się po pokoju, dość nawet uporządkowanym jak na panujące w chacie warunki. Ciepłe polary, które przynieśli Edwardowi, leżały ułożone w kartonowym pudle pod łóżkiem. Gruby koc na materacu był równo wygładzony. Na samym jego środku leżał przedmiot, na widok którego Romanowi zakręciło się w głowie. Przytrzymał się ściany, żeby się nie przewrócić. Naszyjnik z cylindrycznego koralika nawleczonego na rzemyk. Roman przełknął ślinę, zanim odważył się go podnieść. Ostrożnie, jakby na końcu rzemyka wisiał nie kamień, ale ludzka kość. Przyjrzał mu się dokładnie. Chciał się upewnić, że to ten sam, dobrze znany mu kamień. Agat o kolorze kości słoniowej z namalowanymi na nim falistymi liniami i ozdobnymi oczkami. Ten sam, który Edek nosił na szyi, nigdy się z nim nie rozstając. Teraz śnieg wpadł również za kołnierz Romana. Poczuł całe zmęczenie drogą, nogi ugięły się pod nim i ciężko opadł na łóżko. Co tu się stało? Jak wyglądały te trzy długie dni w odosobnionej chacie w centrum szalejącej zimy? Gdzie jest Edward? Czy on…

– Halo! Jest tu kto?

Z zamyślenia wyrwał go krzyk. Roman zerwał się i pobiegł do kuchni. W otwartych drzwiach stał mężczyzna, ale to nie był Edek. Rozpoznał czerwoną kurtkę z niebieskimi rękawami, nie musiał odczytywać napisu na piersi, żeby wiedzieć, że do chaty wszedł ratownik GOPR. Młody, sympatyczny chłopak. Znał go z widzenia. Ratownicy co jakiś czas odwiedzali Edwarda, żeby sprawdzić, czy radzi sobie w tych trudnych warunkach podczas zimy, czy niczego mu nie potrzeba. Dobrzy ludzie. Edek narzeka, że zamęczają go propozycjami zejścia i zatrzymania się na zimę w schronisku, ale ogólnie lubi ich wizyty. Jedzenie z dostawą do domu. W dobrej cenie, bo darmowe.

– Wszystko w porządku? – zapytał ratownik, gdy dostrzegł bladą twarz Romana. – Chyba nie spędził pan tu weekendu?

– Ja nie, ale mój kolega tu był. Wie pan, Edek. Musi mu pan pomóc, nie ma go, trzeba go ratować! – Roman wystrzelił potokiem słów. – Byłem tam. Nie ma go. Pusto. Tylko naszyjnik.

– Spokojnie. – Ratownik rozłożył dłonie. – Sprawdzał pan na górze? A może wyszedł po drewno na opał? Znajdziemy go.

– Nigdzie nie wyszedł, nie było śladów. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Przeczuwałem. Nic nie mówiłem, żeby nie straszyć Kazika. – Zawiesił głos. Przypomniał sobie o młodszym koledze. – Kazek! Jesteś tam?

Rzucił się do drabiny, nie czekając na odpowiedź. Zapomniał o swojej wadze i o swoim wieku, gdy błyskawicznie wspinał się na poddasze. Drabina zatrzeszczała pod jego stopami, ratownik doskoczył do niej i przytrzymał, żeby nie upadła.

– Znalazłeś go? – Roman wychylił głowę przez dziurę w stropie.

Kazek nie odpowiedział. Stał nieruchomo, tyłem do drabiny.

– Kazek, co z tobą? – Romanowi zadrżał głos.

Młodzieńcem wstrząsnął dreszcz. Odwrócił się powoli, niemrawo. Jego twarz przybrała kolor otaczającego ich śniegu, oczy były nieobecne jak mieszkaniec chaty. Pomiędzy jego nogami Roman dostrzegł to, co przyprawiło Kazika o taki stan. Wywrócony taboret i dwie bose stopy wiszące nad podłogą.

02

piątek, 13 grudnia

Biel. Wszędzie wokół. Mgła. W niej i poza nią, dookoła. Z głową nadal pełną pytań, ale już nieciekawą odpowiedzi, i sercem z dziurą, której nie mogła załatać. Była już zmęczona, mimo to szła dalej, nie oglądając się za siebie. Bo za czym miałaby się oglądać? Za nią nie było nic, żadnych wartych uwagi widoków.

Śnieg sypał jak pierze darte przez kobiety podczas wyskubek. Stara, gasnąca tradycja. Nawet Jadwiga pamiętała ją głównie z opowiadań. Wiedziała, że było przy tym dużo śpiewu i radości. Tylko teraz nikt nie śpiewał, a jej z pewnością nie było do śmiechu. Czuła coraz większy ból w klatce piersiowej, jakby płonął w niej ogień. Już w drodze na szczyt pogoda zaczęła się psuć, ale Jadwiga miała nadzieję, że jeszcze się przejaśni. Przecież grzeczny pan pogodynek zapowiadał ciepły dzień. Wczoraj wieczorem nawet przez chwilę poczuła zawód, że przez to całe globalne ocieplenie nie zobaczy więcej prawdziwej zimy. Tęsknota? Uczucie znikło tak szybko, jak się pojawiło. Teraz widzi zimę w pełnej krasie. I ma jej dosyć. Żadnych krajobrazów, tylko niekończąca się biel. Jakby ktoś przykrył cały świat prześcieradłem. Za długo już pod nim tkwiła. Chciała wysunąć głowę na wierzch, zobaczyć coś innego. Cokolwiek.

W zamieci zgubiła szlak i teraz błądziła na zboczach Śnieżnika. Szukała jakiegoś punktu odniesienia, lasu. Gdyby nie pochyłość terenu, która wskazywała jej drogę na dół, pewnie kręciłaby się w kółko, bo każdy odcinek trasy wyglądał tak samo. Raziła ją ta wszechobecna jasność, coraz trudniej było skoncentrować się na drodze. Czuła, jak pulsuje jej głowa, a oczy zaczynają łzawić. Miała dość. Poślizgnęła się na płacie śniegu i zjechała na tyłku dobrych kilka metrów. Nic jej się nie stało, ale długo nie mogła się podnieść. Nie miała siły, oddychała ciężko. Brakuje jeszcze tylko tego, żeby się połamała w tych przeklętych górach. Ile czasu wiłaby się tu z bólu, zanim ktoś by ją odnalazł? Pewnie długo, od dobrej godziny nie spotkała nikogo. Rozejrzała się dookoła, nie dostrzegła nic poza pustką. Czuła jej dotyk. Czy tak to wygląda? Bezlitosna samotność i powolna agonia. A może to właśnie w tym tkwi ten nieuchwytny mistycyzm, którego nie potrafiła dostrzec. Może tego pragnie? Czy to jest ten najcenniejszy skarb ukryty w górach? Szczytów można zaliczyć wiele, śmierć tylko jedną.

Usłyszała za plecami huk, który poderwał ją na równe nogi. Poczuła irracjonalny lęk, chciała jak najdalej oddalić się od tego miejsca. Wiatr stoczył się zboczem niczym lawina. Śnieg poderwał się do góry jak kurz wzniecony tupotem kopyt. Jakby pędziły na nią konie. Bała się nawet odwrócić. Zaczęła biec. Nie wiedziała dokąd. Gdziekolwiek. W biel.

Nie.

Zastygła. Zakaszlała, wyrzucając z płuc piekący ją od środka mróz. Z trudem, walcząc z silnym wiatrem, wyprostowała stare plecy. Zasłoniła dłonią twarz, żeby ochronić oczy przed kłującym podmuchem, i spojrzała za siebie. Nic. Takie samo nic jak przed nią. Ta sama zamieć, ten sam śnieg. Nikt nie goni, żadnych pędzących rumaków. Otarła łzy i powoli ruszyła przed siebie. W dół zbocza, jedyną widoczną drogą. Wzięła głęboki wdech i długi wydech. Jeszcze raz. Wdech i wydech. Na zewnątrz burza trwała dalej, ale ta w niej ucichła. Spokojnie. W oddali, we mgle zaczęły majaczyć ciemne kształty drzew. Jak drogowskaz. Tego szukała. Teraz przynajmniej znała już kierunek.

Podejrzewała, że jest po wschodniej stronie szczytu. Nie pamiętała tego miejsca. Nie tylko tego, wiele wypadło jej z pamięci. Od lat nie była na tej górze, przestała się na nią wspinać jeszcze na długo przed tym, jak wyprowadziła się z Międzygórza. Na niziny. Poza tym nie znała dobrze tej części Śnieżnika, była tu najwyżej kilka razy, wiele lat temu. Słyszała, że te szlaki są popularne wśród turystów, chwalili je, ale ona częściej wybierała ścieżkę na czeską stronę. Uważała, że oferuje lepsze widoki. Kiedyś nawet spacerowała tam nad obłokami. Teraz zobaczyła, że po polskiej stronie również można chodzić wśród chmur. Gęstych i nieprzejrzystych. Niosących burzę. Dryfowała na nich jak na spiętrzonych falach. To one przyniosły ją na tę obcą stronę szczytu. Nagle spośród nich niczym statek wyłoniła się strzelista bryła. Jadwiga stanęła jak wryta. Drewniana chata pośrodku morza bieli. Czy to ona tu doszła, czy to chata dopłynęła do niej? Czy była prawdziwa, czy zmęczony umysł płatał jej figle? Może widziała ją wcześniej, wiele lat temu, ale teraz zupełnie zaskoczył ją ten widok. W pamięci pojawiały się jakieś przebłyski: stara chata myśliwska, schronisko samoobsługowe, ale była tak zszokowana, że nic z tych wspomnień do niej nie docierało. Chata wydawała jej się nierealna, nienamacalna, jak obraz wymalowany na mgle. Nim zdążyła uwierzyć w jej prawdziwość, drzwi się otworzyły i ze środka wyłonił się ciemny kształt.

Widziała, jak macha rękami w jej kierunku. Wydawało jej się, że coś krzyczy, ale w panującej zawiei nie potrafiła rozróżnić słów. Nie umiała odpowiedzieć, nie mogła nawet się ruszyć. Nadal stała nieruchomo, wpatrzona w czekające na nią schronienie.

Kształt zszedł na dół. Zbliżył się do niej. Pomiędzy płatkami śniegu zobaczyła jego duże, iskrzące się oczy. Poczuła ciepło jego dłoni. Gdy chwycił ją za rękę, rozgrzewające mrowienie przemaszerowało z czubków palców przez przedramię wprost do piersi. Pytał, ale nie umiała odpowiedzieć. Chwiała się, uderzana przez fale. Szarpnął. Nie opierała się. Zrozumiała, że właśnie tu kończy się jej podróż. Chwilę później podążyła za nim do wnętrza chaty.

03

poniedziałek, 16 grudnia

Do schroniska szła szybkim krokiem. Gdy dowiedziała się, że to nie o ten budynek chodziło, zaczęła biec. Nachylenie terenu nie było duże, więc trucht nie sprawiał jej problemów. Nie to co kiedyś, gdy wchodziła tu zimą po raz pierwszy. Przypomniała sobie tamte wycieczki, irytację i płacz, gdy mama wyprzedzała ją, a ona nie potrafiła dotrzymać jej tempa. Im bardziej się denerwowała, tym częściej stawiała nieuważne kroki i wywracała się na śliskich skałach ukrytych pod śniegiem. Mamo, nie wiem co mam robić! A mama, niewzruszona, rzucała jej jedynie rzeczowe podpowiedzi. Nie wpadaj w panikę, jak się wywracasz, to osłaniaj głowę. Alicja zaciskała zęby i posłusznie robiła to, co jej kazano. Mamo, nie mogę cię dogonić! Wtedy rodzicielka stawała, opierała się o drzewo i cierpliwie czekała na córkę. I tak, krok za krokiem, szło się coraz łatwiej. Mama w ten sposób nauczyła ją wytrwałości. Teraz, po wielu latach, Alicja była gotowa wbiegać na dużo wyższe góry, ale mimo że była w życiowej formie, serce waliło jej jak oszalałe.

To nie wysiłek sprawił, że oddech miała krótki i płytki. Przyczyną był stres. Spieszyła się jak mogła, chociaż od telefonicznej rozmowy z panem Albertem, znajomym ratownikiem GOPR, minęły już ponad trzy godziny. To i tak był rekordowy czas, biorąc pod uwagę odległość, jaką pokonała Alicja. Na szczęście telefon zastał ją stosunkowo niedaleko, na obozie przygotowawczym w Kłodzku. Dodatkowo akurat dzisiaj przypadał jeden z niewielu dni przeznaczonych na regenerację, więc była w hotelu, dzięki czemu mogła momentalnie po zakończeniu połączenia wsiąść w samochód i nie zważając na żadne ograniczenia prędkości, kilka znaków stop, a nawet parę czerwonych świateł, przyjechać na miejsce. W pełni wykorzystała właściwości terenowe swojego land rovera i wdrapała się nim najwyżej, jak to było możliwe, daleko za znak informujący o zakazie wjazdu. Gdy napęd na cztery koła wywiesił białą flagę, wysiadła i w dalszą podróż ruszyła pieszo. Od rana świeciło słońce, więc turyści zdążyli już udeptać popularny szlak, co znacznie ułatwiało wspinaczkę.

Szybko dotarła do pełnego ludzi schroniska pod szczytem. Myślała, że o to miejsce chodziło kierownikowi sekcji operacyjnej Kłodzko podczas ich rozmowy, ale pomyliła się. Pracownicy schroniska pokierowali ją dalej. Teraz, jak wskazywał GPS, od górskiej chaty, o istnieniu której zapomniała, dzieliło ją nie więcej niż pół godziny drogi. Na mniej uczęszczanym szlaku śnieg również był ubity, dzisiaj musiało przejść tędy wiele osób. To dobrze. Alicja oceniła, że do chaty dotrze w mniej niż kwadrans. Ton głosu pana Alberta w słuchawce nie pozostawiał złudzeń. Sprawa była poważna. Późniejszy brak sygnału, gdy próbowała się do niego dodzwonić podczas szaleńczej jazdy wąskimi uliczkami, sugerował, że nawet bardzo. Alicja starała się myśleć pozytywnie, wyrzucała z głowy najczarniejsze myśli, ale one tłoczyły się w niej z coraz większą zawziętością. Co mama robiła na szlaku w taką pogodę? Nawet jej ta zamieć uniemożliwiła treningi w wyższych partiach gór. A matka nie była wyczynowcem. Od lat nie była nawet hobbystką, dawno temu zupełnie zrezygnowała z górskich wędrówek. Jak znalazła się w tej chacie? Planowała tam iść czy zepchnęła ją tam burza trwająca cały weekend? Co tu się wydarzyło?

Chatę zobaczyła z daleka. Podobnie jak tłum ludzi otaczających budynek, w większości funkcjonariuszy policji i ratowników GOPR. Serce podeszło Alicji do gardła już jakiś czas temu, teraz zdecydowało się podążyć dalej. Schyliła się i zwymiotowała pod jednym z drzew. Serca nie udało jej się wyrzucić, nadal czuła w jego okolicach nieprzyjemny ból, ale drugiego śniadania w większości się pozbyła. Wyprostowała się i otarła usta wierzchem dłoni. Rozejrzała się, żeby sprawdzić, czy nikt nie widział chwili jej słabości. Robiła to samo, gdy sforsowany treningiem z mężczyznami organizm reagował w podobny sposób. Wtedy również nie chciała, żeby ktoś zobaczył jej zmęczenie. Gdy upewniła się, że nikt nie patrzył w jej stronę, poczuła ulgę. Wyciągnęła z kieszeni sportowej kurtki miętową gumę do żucia, wrzuciła ją do ust i odświeżona w ten sposób ruszyła ku ponurej rzeczywistości.

– Dzisiaj zamknięte – zatrzymał ją jeden z obstawiających chatę policjantów.

– Tam jest moja matka.

Funkcjonariusze spojrzeli po sobie. Obaj byli bardzo młodzi. Pewnie dlatego zostali wyznaczeni do pilnowania wejścia. Świeżaki na mrozie, a stare wygi w środku, gdzie jest choć odrobinę cieplej. Jeden był zarośnięty, a drugi zmarznięty.

– Skąd pani wie, kto jest w środku? – zapytał ten z nosem trochę mniej zaczerwienionym chłodem.

– Od ratownika GOPR – odparła, nim zastanowiła się, czy nie narobi tym problemów staremu znajomemu.

Na szczęście bystre umysły policjantów przeszły w tryb hibernacji i nie podjęły tropu.

– Jak się pani nazywa?

– Alicja Kandora.

Rumiany podniósł głowę do góry. Brodaty poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu notesu albo chociaż kartki, na której mógłby zapisać te skomplikowane dane, żeby je zanieść do chaty.

– Jak ta wspinaczka? – wyprzedził go ten gorzej radzący sobie z temperaturą.

– Tak, jak ta himalaistka i alpinistka.

– To ja wiem. – Ożywił się. – Pójdę, powiem dowódcy.

Drugi tylko prychnął i machnął ręką. Tym razem to nie jemu udało się opuścić stanowisko i choć na chwilę zagrzać się w chacie. Wsadził ręce głębiej w kieszenie i wtulił głowę w ramiona. Wbił wzrok w buty, nawet nie chciał patrzeć na rozpromienioną twarz kolegi, znikającą za progiem budynku.

Alicja rozejrzała się. Zobaczyła policjantów, ratowników GOPR, kilku zaciekawionych turystów. Tworzyli małe, kilkuosobowe grupki, w których w oparach papierosowego dymu żywo dyskutowali. Nikt nie zwracał uwagi na kolejną turystkę, która pewnie nieświadoma tego, co się stało, chciała wejść do chaty, na co dzień pełniącej funkcję samoobsługowego schroniska. Usłyszała śmiech jednego z goprowców, który mówił, że przynajmniej wiadomo, czemu tak wiało. Jego znajomi stali w milczeniu, najwyraźniej nie rozumiejąc żartu kolegi. Alicja zauważyła policyjne taśmy rozwieszone wokół chaty. Na ich widok podniosła się w niej pozostała część śniadania. Nikt przecież nie zawiesił ich tutaj zamiast lampek czy brokatowego łańcucha, w ramach świątecznej ozdoby.

Drzwi chaty otworzyły się z impetem i na zewnątrz wyskoczył znajomy Alicji. Pan Albert wyraźnie postarzał się od ich ostatniego spotkania. Kilka lat temu dostrzegła parę siwych włosów na jego głowie, teraz nie potrafiła znaleźć czarnych. Kruk zamienił się w gołębia, ale dziób mu się nie zmienił. Poznała go bez problemu.

– Alka! – Przytulił ją mocno, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Drobna Alicja w jego długich ramionach poczuła się znów jak mała dziewczynka. W tej chwili rzeczywiście nią była, bezsilnym dzieckiem, które szuka swojej mamy.

– Miałaś czekać w stacji. Jak ty tu dotarłaś? Przecież dopiero co dzwoniłem. – Spojrzał na zegarek i z niedowierzaniem pokręcił głową. – Jesteś naprawdę dobra.

Wzruszyła ramionami.

– Co z moją mamą? – zapytała.

Nie odpowiedział. Alicja przełknęła ślinę. Przerwała uścisk, odsunęła się o krok i z dumnie podniesioną głową spojrzała staremu znajomemu prosto w oczy. Pod powiekami migotały jej jeszcze drobiny dziecięcej delikatności, ale była już silna.

– Ona nie żyje – odpowiedziała sama sobie.

Spojrzał na własne buty. To jej wystarczyło. Łudziła się przez drogę, ale teraz nie zaskoczyła jej ta informacja. Spodziewała się tego od momentu, kiedy odłożyła słuchawkę telefonu.

– Wpuść mnie, muszę ją zobaczyć – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Albert pokręcił głową.

– Wszystko ci powiem, ale nie tutaj – szepnął jej do ucha. – Tu nie mogę.

Nie po to tu przyjechała, nie po to wdrapała się na tę górę, do tej chaty, żeby teraz zawrócić. Tam jest jej mama, nikt nie ma prawa jej zatrzymać. Pochyliła z rezygnacją głowę i odwróciła się w prawą stronę, tak żeby wyglądało, że zrezygnowała. Albert opuścił głowę. O to jej chodziło. O ten ułamek sekundy, kiedy mężczyzna stracił czujność. Odbiła się jak sprężyna i błyskawicznie ominęła goprowca, nurkując pod jego ramieniem. Na zasypane śniegiem schody. Sus jeden, drugi. Zanim zdezorientowany policjant zdążył się zorientować, co się dzieje, szturchnięty jej ramieniem wylądował w zaspie. Skoczyła do otwartych drzwi i wtedy pojawił się w nich drugi z funkcjonariuszy. Stanął szeroko, zasłaniając całe wejście, nie miała szans go ominąć. Zauważyła jego rozstawione nogi i już wyobraziła sobie czubek swojego buta pomiędzy nimi, gdy z amoku wyrwał ją krzyk Alberta.

– Alicja! Proszę cię!

Zatrzymała się. Uprzytomniła sobie, że była o krok, dosłownie o kilka centymetrów, od zaatakowania funkcjonariusza policji. To nie mogło się dobrze skończyć. Doskoczył do niej ten, którego przewróciła wcześniej. W jego przypadku na szczęście nie ucierpiało nic poza męską dumą, co właściwie działało na jej korzyść. Zebrał się szybko, żeby nikt nie zauważył jego upadku. Pewnie gdyby ktoś zapytał go, co się stało, powiedziałby, że się poślizgnął, stanowczo zaprzeczając plotkom, że wywróciła go kobieta. Chwilę później podszedł Albert i odciągnął Alicję od policjantów. Przytulił ją jeszcze raz, mocniej. Zauważyła, że teraz wszystkie twarze zwrócone były w ich kierunku. Turyści z zaciekawieniem patrzyli na pokaz, który urządziła. Niektórzy mieli wyciągnięte w jej kierunku komórki, inni po cichu komentowali, ale ona słyszała. Kandora, poznaję, Kandora, to ta wspinaczka, świszczało jej w uszach. Do oczu naszły jej łzy, ale wytarła je niezauważalnie w kurtkę starego przyjaciela. Krótki moment słabości, jak wcześniej wymioty. Miała nadzieję, że chociaż tego nikt nie zauważy. Zacisnęła zęby. Umiała ocenić swoje szanse, od tej zdolności nieraz zależało jej życie. W tym przypadku nie miała żadnych. Znów oderwała się od Alberta. Wyprostowała się, poprawiła przekrzywioną czapkę.

– Czekam w stacji GOPR w Międzygórzu. – Odwróciła się i ruszyła tą samą drogą, którą przyszła.

Albert wydawał się zaskoczony tą nagłą zmianą. Zareagował dopiero po chwili.

– Poczekaj! Ktoś cię podwiezie. – Rozejrzał się. – Figiel! Weź mój skuter i zwieź Alicję na dół.

Jeden z ratowników odłączył się od grupy i podbiegł do swojego dowódcy.

– Obejdzie się – odpowiedziała, nie zwalniając kroku. – Poradzę sobie.

Ratownik spojrzał na Alberta zdezorientowany, a ten tylko z rezygnacją pokiwał głową i ruchem ręki odesłał go na miejsce.

– Mam taką nadzieję, dziecinko – mruknął pod nosem, patrząc ze smutkiem na oddalającą się kobietę. – Mam nadzieję.

04

poniedziałek, 16 grudnia

Nie zwolniła kroku, dopóki nie odeszła na tyle daleko, żeby nikt nie mógł jej zobaczyć. Dopiero wtedy zatrzymała się i chowając twarz w dłoniach, bezgłośnie załkała. Zacisnęła mocno powieki, do bólu, tak aby nie zostawić żadnej szczeliny, którą nagromadzone w niej emocje mogłyby wydostać się na powierzchnię. Nie stała tak długo, ryzyko było zbyt duże. Na szlaku w każdej chwili mógł pojawić się jakiś turysta, ktoś mógłby ją rozpoznać. Nie mogła sobie na to pozwolić. Poprawiła czapkę, która wcześniej ułożona była równie dobrze jak teraz, pociągnęła zamek błyskawiczny, żeby upewnić się, że na pewno wyżej kurtki się już zapiąć nie da. Mogła ruszać dalej.

Jej podejrzenia się sprawdziły i już po chwili natrafiła na wesołą grupkę turystów. Dobrze, że zebrała się tak szybko. Nie wyglądali na zainteresowanych wydarzeniami z chaty. Prawdopodobnie nie byli ich w ogóle świadomi. Schodzili ze szczytu. Śnieżnik to popularne miejsce, jedyna góra w tym masywie, która wystaje ponad granicę lasu. Dzisiaj przejrzystość powietrza wydawała się dobra, jeżeli turyści chcieli podziwiać widoki, to nie mieli zbyt wielu innych możliwości. Śmiali się, rzucali śnieżkami i ogólnie zachowywali się tak, jakby zapomnieli, że dorosłym nie przystoi być w tym wieku bez powodu szczęśliwymi. Nie wypada. Nie wypada, inni ‒ normalni ludzie ‒ mogą to źle odebrać. Tak też było z Alicją. Tym bardziej teraz, gdy oczekiwała od świata żałoby, wesołość innych ludzi napawała ją wstrętem. Raniły ją ich szczere uśmiechy, kłuła w serce emanująca z nich radość. Umarła jej mama, a świat zupełnie na to nie zareagował. Toczył się dalej jakby nigdy nic, jakby nic się nie stało. Słońce nie zgasło, ziemia nie zadrżała w posadach i nie pękła. Świat się skończył i nie zauważył, że jest skończony, wbrew logice istniał dalej. Nie mogła tego pojąć, nie potrafiła się z tym zgodzić. Przecież umarła jej mama. To nie kolejna ofiara gór, sama sobie winna, bo wybrała taki los, taka, o której szybko się zapomina, jakby nigdy nie istniała. Alicja nie pamiętała już twarzy swoich kolegów i koleżanek, którzy mieli mniej szczęścia niż ona. Większości. Nie wszystkich. Westchnęła ciężko i przetarła dłońmi twarz, żeby wrócić myślami do matki. Jadwiga Kandora to nie następny punkt na czarnej liście. To jej mama. Alicja przyspieszyła kroku, żeby jak najszybciej minąć głośnych turystów. Mama.

Kiedy ostatnio się z nią widziała? Wiosną? Nie, wtedy Alicja zdobywała Lhotse. Ale przed wyjazdem na wyprawę odwiedziła mamę. Była chwilę w jej mieszkaniu we Wrocławiu. Spieszyła się, więc nie zdążyła nawet dopić herbaty. Czekali na nią, musiała jechać. A kiedy widziały się dłużej niż pół godziny? W zeszłe święta? Nie była pewna. Poczuła gorycz w gardle, gdy uświadomiła sobie, jak rzadko spotykały się w ciągu ostatnich lat. To był intensywny czas, zawsze za krótka doba. Alicja była zapracowana, ale nie oznaczało to, że zapomniała o własnej matce. Dzwoniła do niej. Kiedy tylko miała możliwość, z każdego zakątka świata. Często rozmawiały. Opowiadała jej o swoich sukcesach i planach, jako pierwszą informowała o kolejnych zdobytych szczytach. Niełatwo było wyprzedzić media, ale kilka razy jej się to udało. Mama była z niej dumna. To przecież ona zaszczepiła w niej miłość do gór. Jadwiga była nimi zafascynowana. Kiedy jeszcze pracowała jako dziennikarka, pisała felietony o tematyce górskiej do popularnych czasopism. Napisała też kilka książek, głównie biografii alpinistów, z którymi się przyjaźniła. Od najmłodszych lat opowiadała Alicji ich historie, pokazywała majestatyczne pejzaże, zabierała na górskie wycieczki, choć tylko w Polsce. Mama niestety nie mogła wspinać się na wysokie góry, nad czym bardzo ubolewała. Zdrowie jej nie pozwalało. Miała otwór w sercu. Pozostałość z okresu płodowego, wcale nierzadkie schorzenie występujące średnio u co piątego dorosłego człowieka na świecie. Przewlekła niewydolność serca, która nie wpływa na normalne życie. Chyba że chcesz się wspinać w górach wysokich, wtedy staje się problemem. Ona chciała.

Po latach córka zaczęła spełniać marzenia matki, te których ona sama nie mogła zrealizować. W wieku dziewiętnastu lat jako najmłodsza Polka w historii zdobyła Mount Everest. Na szczycie zrobiła sobie zdjęcie z polską flagą oraz z fotografią mamy. Chciała pokazać, że była tam z nią, że weszły na ten szczyt razem. Jadwiga płakała jak dziecko, gdy przytulała ją na lotnisku po powrocie z wyprawy. Podnosiła ją do góry i kręciła w kółko, jakby Alicja nadal była małą dziewczynką. Mówiła, że jest z niej dumna, że dokonała czegoś wielkiego, większego niż wszystko, co w swoim życiu osiągnęła ona sama. Nieważne jej książki i nagrody, szczyt szczytów – to jest sukces! Napędzona tą radością Alicja ruszyła na podbój Himalajów i Karakorum, najwyższych pasm górskich na świecie. Zdobywała ośmiotysięczniki jeden za drugim, w ekspresowym tempie. Wkrótce pojawiło się więcej czynników motywujących. Media szybko podłapały chwytliwy temat: ambitna dziewczyna, która jako pierwsza Polka wielkimi krokami zmierza ku zdobyciu wszystkich czternastu ośmiotysięczników. Mało tego, mogła stać się też najmłodszą zdobywczynią Korony Himalajów i Karakorum. Miała teraz dwadzieścia siedem lat i do sukcesu brakowało jej tylko trzech szczytów. Do tej pory tytuł dzierżył Chhang Dawa Sherpa z Nepalu, który czternaście szczytów skompletował w wieku trzydziestu lat. Pojawili się kibice, a wraz z nimi sponsorzy. Wszyscy dopingowali ją do jeszcze intensywniejszej pracy. Trwał wyścig na miarę pojedynku Jerzego Kukuczki i Reinholda Messnera.

W kieszeni kurtki Alicji zabrzmiał dźwięk gitary. Zdążyła odebrać, nim Robert Plant zaśpiewał o kobiecie, która była pewna, że wszystko, co się świeci, jest złotem.

– Nie mogę teraz rozmawiać. – Powitaniem zakończyła rozmowę.

Rozmówca jednak nie zareagował na tę uwagę, zbyt wiele razy słyszał ją wcześniej.

– Skąd wiesz, że coś się stało?

Przeklęty internet.

– Tak, opuściłam obóz. – Zagotowało się w niej. – Oskar, kurwa, moja mama nie żyje! Nie mam teraz na to czasu. Zadzwonię później, nara.

Zakończyła połączenie i wrzuciła telefon z powrotem do kieszeni. Już wiedział. Wszyscy już wiedzieli. Więcej niż ona. Miała tego dość, nie na to się pisała, gdy po raz pierwszy zakładała raki. Zdobywała szczyty dla siebie i dla mamy, wnoszenie na nie milionów specjalistów wraz z ich komputerami zbytnio ją obciążało. Komentowali wszystkie jej kroki, najbardziej te nieudane. Szczególnie w zeszłym roku mieli dużo do powiedzenia. Kopnęła zbity śnieg na drodze. Wielu jakby właśnie na to czekało, wróżyli jej nieunikniony koniec, pisali, że bańka pękła. Za słaba psychika, tak to jest, jak dziewczynka bierze się za męskie zajęcia, można było się tego spodziewać. Kiedyś sfrustrowani głupcy nie mieli głosu, dziś za pomocą internetu mogli krzyczeć.

Było też wiele pozytywnych wpisów, ale jakiś czas temu zdecydowała, że nie będzie czytać żadnych. Swoją aktywność w mediach społecznościowych ograniczyła do minimum, którego wymagali sponsorzy. Oskar, jej chłopak, wręcz przeciwnie. Siedząc w swoim biurze, w firmie tatusia, rozkładając się w fotelu w jej mieszkaniu, w samochodzie, w kinie, przy obiedzie – nie rozstawał się ze swoim iPhone’em. Śledził każdą aktywność związaną z jej osobą i czytał jej co soczystsze kawałki, mimo że nieraz upominała go i tłumaczyła mu, że nie chce tego słuchać. Często się o to kłócili. Drażnił ją wieloma rzeczami, ale ten nawyk był na szczycie długiej listy. Nie mówiła mu o swoich planach treningowych czy szczegółach wypraw, bo zaraz wyszukiwał te informacje w sieci. Podejrzewała, że niektóre rzeczy, o których powiedziała mu w tajemnicy, sam tam umieszczał. Oczywiście do niczego się nie przyznawał, mówił, że pewnie inny himalaista się wygadał. Nie wierzyła mu. Zamykała się w sobie. Mieli stworzyć wspólny dom, ale na razie budowali tylko mury. Cegła po cegle.

Minęła schronisko. Miała nadzieję, że wesoła grupa, którą cały czas słyszała za plecami, zatrzyma się w nim, ale oni szli dalej. Była od nich dużo szybsza, ale dźwięku nie potrafiła wyprzedzić. Pewnie by spróbowała, nie miało to jednak sensu – im szybciej będzie na dole, tym dłużej będzie czekała na powrót Alberta. Bezczynność jest najgorsza, już wolała iść w tym hałasie. Tu, na szlaku, była w zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią mamy. Na dole jej odejście stanie się bardziej realne. Trzeba będzie szukać powodów, winnych. Wiedziała, że będzie musiała to zrobić. Później formalności. Przekazanie złych wieści ojcu. To też będzie trudne. Mimo że rodzice od dawna byli w separacji, on nadal nie mógł pogodzić się z odejściem Jadwigi. Wciąż bardzo ją kochał, gdyby doszło do rozwodu, pewnie pękłoby mu serce. Chyba tylko dlatego mama nie złożyła do sądu odpowiednich dokumentów, jej było to obojętne. To ona nosiła spodnie w tym małżeństwie, on był zbyt delikatny. A teraz? Rozstanie było ostateczne i nieodwracalne. Jak miała mu o tym powiedzieć?

Zamieć dopiero się rozpoczynała, a ona znajdowała się w samym jej centrum. Z oddali dobiegł do niej śmiech turystów.

05

piątek, 13 grudnia

– Dzień dobry – przywitał ją starszy mężczyzna, ogrzewający się przy kaflowym piecu. – Szaleństwo z tą pogodą, prawda?

Nic nie odpowiedziała, pokiwała tylko głową. Rozglądała się po chacie, do której weszła, analizując, w co się wpakowała. To miejsce nie było podobne do schronisk górskich, jakie widywała wcześniej, wypełnionych gwarem ludzi, brzdękami sztućców i termosów. Chata wyglądała jak pustostan zajęty przez koczujących w nim bezdomnych. W jej nozdrza wdarł się smród podobny do tego, jaki nieraz czuła na dworcu głównym we Wrocławiu. Towarzyszył on ludziom, z którymi nie chciałaby się znaleźć sam na sam. Wraz z fetorem poczuła strach. Przestraszyła się tego, z kim ma do czynienia, nie wiedziała, jakie ci ludzie mają zamiary. W życiu by tu sama nie weszła, zaciągnęli ją, wykorzystali jej rozkojarzenie. Teraz, gdy jej myśli wróciły na właściwe tory, najchętniej odwróciłaby się i jak najszybciej stąd wybiegła. Niestety nie mogła tego zrobić. W korytarzu za nią stał rosły mężczyzna, który ją tu przyprowadził. Blokował drogę do drzwi.

– Przepraszam, cham ze mnie. Nawet się nie przedstawiłem. – Mężczyzna przy piecu podniósł się i po wcześniejszym przetarciu ręki o spodnie, wyciągnął do niej dłoń. – Rudolf Skalicki. To ja zobaczyłem panią przez lufcik w tej zamieci. Prawda, panie Edwardzie? Oczy mam stare, ale wzrok nadal bystry.

Przechylił głowę, żeby uśmiechnąć się do człowieka stojącego za nią. Ten przytaknął. Rudolf rzeczywiście wyglądał staro, jak szkielet w futerale uszytym ze zużytej, przebarwionej skóry.

Znajdowali się kuchni. W pomieszczeniu panował półmrok. Jedynymi źródłami światła były lampa naftowa na stoliku, kilka świec porozstawianych na półkach i migoczący płomień w piecu. Okna zasłaniały drewniane okiennice. Wszystko wyglądało jak scena z jakiegoś filmu, Jadwiga nawet czuła się, jakby odgrywała w nim rolę, przecież to nie mógł być realny świat. Za nią nadal stał mężczyzna blokujący drogę, przed nią Rudolf z wyciągniętą ręką. Jeden i drugi w takiej samej odległości. Dwie drogi, dwa wyjścia, z których musiała wybrać jedno. Gdyby znów stanęła na zewnątrz, miałaby większy wachlarz możliwości, klatka byłaby wciąż otwarta. Teraz było trudniej, ale nie mogła stać tak w nieskończoność, musiała podjąć decyzję. Odwrócić się i wpaść na tego dużego czy podać rękę temu staremu i uśmiechniętemu. Może nie mają złych zamiarów, pewnie można im zaufać. Zrobiła krok w przód i podała rękę Rudolfowi. Uśmiech na jego twarzy jeszcze się poszerzył.

Jego dłoń również była ciepła. Jej jak lód, czuła, że zaraz roztopi się pod wpływem jego dotyku. Cały czas trzymając ją za rękę, wpatrywał się w jej oczy i uśmiechał. Drugi mężczyzna wyminął ich i odsunął krzesło przy stoliku pokrytym ceratą.

– Bardzo miło mi panią poznać, pani… – Rudolf przybliżył się, jakby chciał dokładnie usłyszeć to, co zaraz powie kobieta.

– Jadwiga Kandora – odparła niewiele głośniej od szeptu.

– Pani Jadwigo – powtórzył, po czym delikatnie objął ją drugim ramieniem i podprowadził do krzesła.

Dała się pokierować. Kolejny raz. Usiadła. Coraz dalej od drzwi. Na krześle po drugiej stronie stolika usadowił się mężczyzna, który wyszedł po nią na zewnątrz. Rudolf wrócił na swoje miejsce przy piecu. Teraz, żeby wyjść z chaty, musiałaby ominąć obu. Usłyszała świst wiatru za oknem, zatęskniła za jego dotykiem.

– Zmarzła pani – bardziej stwierdził, niż zapytał Rudolf. – Pan Edward ma świetną herbatę malinową, dobrze pani zrobi.

Poczuła na sobie świdrujące spojrzenie młodszego z mężczyzn, ale gdy tylko odwróciła się w jego kierunku, uciekł wzrokiem. Wstał z trudem, zdjął kubek z półki i wrzucił do niego torebkę ekspresowej herbaty, postawił ją na stole przed Jadwigą. Gdy się zbliżył, poczuła, jak uderza w nią nieprzyjemny, kwaśny aromat. Mimowolnie skrzywiła się i zmierzyła osądzającym spojrzeniem jego brudny polar, nieogoloną twarz i włosy przyklejone do spoconego czoła. Jadwiga nie miała już wątpliwości, że ma do czynienia z bezdomnym.

– Dziękuję bardzo, ale już mi lepiej. – Zaczęła się podnosić. – Powinnam iść.

– Nie ma mowy. – Rudolf poderwał się z taboretu i zatrzymał ją gestem dłoni.

Opadła na krzesło. Krew odpłynęła jej z twarzy. Była w pułapce.

– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć. – Rudolf znów się uśmiechnął. – Ale nie możemy pani puścić w taką zamieć, to niebezpieczne. Napijemy się herbaty i poczekamy, aż przejdzie. Jest jeszcze wcześnie, zdążymy przed zmrokiem. Proszę się nie martwić, ja też nie mam zamiaru zostawać tu dłużej, niż to konieczne. Nie będziemy nadwyrężać gościny pana Edwarda.

Kiwnął do stojącego mężczyzny. Ten odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem i wrócił do szykowania herbaty. Wciąż unikał wzroku Jadwigi. Napełnił czajnik wodą z baniaka i postawił go na piecu.

Proszę się nie martwić. Łatwo ci powiedzieć, pomyślała. To nie ty jesteś kobietą uwięzioną z dwoma obcymi mężczyznami w chacie na odludziu. Oczywiście, że cię posłucham i zostanę. A jaki mam wybór? Czuła, że zupełnie straciła kontrolę nad sytuacją. Edward wrócił na swoje miejsce przy stoliku. Nie odezwał się ani słowem.

– Zima jest przyjemna do pewnego stopnia. Celsjusza. – Rudolf zaśmiał się, próbując rozładować atmosferę. – Też dała się pani nabrać na zapowiedzi meteorologów?

Pokiwała głową. Rzeczywiście myślała, że wszystko ma dokładnie opracowane i nic nie popsuje jej planów, a już na pewno nie nagła zmiana pogody. Odruchowo zacisnęła palce na swoim plecaku. Dlaczego zaczęła biec? Czego się wystraszyła? Śmierci? Czy nie jej właśnie szukała?

– Szkoda gadać. Ogólnie będzie ciepło, chyba że będzie zimno. – Skalicki machnął ręką. – Jak mijałem Jaskinię Niedźwiedzią, to było pięknie, dlatego zdecydowałem się wejść na Śnieżnik. Pod drodze się zaczęło i pobłądziłem gdzieś w tej kurzawie. Ani szczytu i widoków, ani powrotu i ciepłych kapci. W końcu dotarłem do tej chaty, jakieś dwadzieścia minut przed panią.

Czyli on też trafił tutaj przypadkiem. Jadwigę odrobinę uspokoił ten fakt. O ile Rudolf mówił prawdę.

Czajnik zagwizdał. Edward, wpatrzony we własne buty, wydawał się go nie słyszeć. Rudolf zmierzył go wzrokiem, po czym spojrzał na Jadwigę, wzruszył ramionami i sam podniósł z ognia hałasujące naczynie. Zalał wrzątkiem torebkę w kubku stojącym przed Jadwigą.

– Panie Edwardzie, mam nadzieję, że panu nie przeszkadzamy? – zapytał, odstawiając czajnik.

Wysoki mężczyzna dopiero po chwili otrząsnął się z zamyślenia.

– Nie, nie, skądże – odezwał się w końcu. – Przepraszam, ale chyba ciśnienie spada, taki jestem ospały.

– Znam to – zgodził się Rudolf. – Mój ojciec zawsze w takiej sytuacji stukał w barometr, co było znakiem dla reszty rodziny, że zaraz położy się na drzemkę. Jak trochę podrosłem, to zrozumiałem, że ciśnienie wcale nie musiało spadać, po prostu lubił sobie pospać.

Roześmiał się. Edward i Jadwiga nieśmiało mu zawtórowali. Pierwsze lody zostały przełamane. Może jednak nic jej nie grozi. Nic, na co nie miałaby wpływu. Jadwiga chwyciła się tej myśli jak tratwy ratunkowej. Powoli, tak żeby nie sparzyć sobie ust, napiła się gorącej herbaty. Miała dziwny, metaliczny posmak, pewnie nadał go czajnik, na którym dostrzegła rude plamy rdzy. Wszystkie metalowe elementy w tym pomieszczeniu wydawały się być zarażone tą chorobą, korozja pokrywała je jak wysypka. Zastanawiała się, jak ktokolwiek może mieszkać w takim miejscu. Kaszel Rudolfa wyrwał ją z zamyślenia.

– Przepraszam. – Zasłonił usta chustką. – Spokojnie, to nie gruźlica. Smakuje pani herbata?

– Tak, dziękuję. Rzeczywiście bardzo rozgrzewająca. – Otoczyła kubek dłońmi. – Nic pan nie stracił, nie wchodząc na szczyt. Nie było żadnych widoków, tylko mgła.

Rudolf pokiwał głową, wydawał się zadowolony z tego, że udało mu się nakłonić Jadwigę do rozmowy.

– Tak myślałem. Polskie góry nie są dla mnie łaskawe. Pewnie to zemsta za to, że całe życie je omijałem. Są zazdrosne, że przypomniałem sobie o nich dopiero na starość, i ukrywają przede mną swoje piękno. A podobno widok ze Śnieżnika jest świetny, zgadza się, panie… – Odchrząknął. – Przepraszam, czy nie będą państwo mieli nic przeciwko temu, żebyśmy mówili sobie na ty? Tak będzie łatwiej.

Nie sprzeciwili się tej propozycji.

– Bardzo mi miło. Więc powiedz, Edku, co tam widać ze szczytu? Warto tam się wspinać?

– Myślę, że tak. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – To dobry punkt widokowy. Śnieżnik jest najwyższy w okolicy, widać z niego inne szczyty. Karkonosze, Ślężę, Góry Bystrzyckie i Orlickie. Jak widoczność jest dobra. Tak mi się wydaje.

– To jest konkretna odpowiedź! – pochwalił go Roman. – Widać, że się na tym znasz. Człowiek gór.

Mrugnął do Edwarda, a ten uśmiechnął się nieśmiało.

– Od dawna mieszkasz w tej chacie?

– Od wiosny – odpowiedział tamten po chwili zastanowienia.

– Czyli to twoja pierwsza zima tutaj? – zainteresowała się Jadwiga.

– Na to wygląda – mruknął.

– Przepraszam, jeżeli uznasz to za wścibstwo, ale…

– Co ja tu robię? – przerwał jej Edward. – Lubię samotność, kocham góry, nie mam domu.

Po raz pierwszy spojrzał jej w oczy, czekał na odpowiedź. Teraz to ona ugięła się pod jego wzrokiem. Za iskrzącymi się źrenicami dostrzegła całe pokłady żalu i bólu. Skarciła się w myślach za zadanie tego pytania. Przecież nie przyjechał tu na wczasy. Wolała nie wiedzieć, jakie tragiczne koleje losu wyrzuciły go w takim miejscu. Ryk zimy za oknem wydał się Jadwidze niegroźny w porównaniu do ciszy we wnętrzu chaty. Przełknęła ślinę. Podniosła głowę i popatrzyła na siedzącego naprzeciwko niej Rudolfa. Obserwował ich zamyślony, ale zrozumiał jej niemą prośbę o pomoc.

– Kawałek poduszki do spania, dach nad głową i natura, czego więcej do życia potrzeba. – Rudolf rozłożył ręce, żeby pokazać, że wszystkie niezbędne elementy są wokół nich. – Na dole wmówili nam, że musimy mieć więcej, żebyśmy mogli być szczęśliwi, ale to kłamstwo. Ja tam cię, Edward, rozumiem. Zmądrzałem na starość.

Sięgnął po swój kubek i napił się gorącego naparu.

– No dobra, potrzebny jest jeszcze piec i herbata malinowa – dodał i wzniósł kubek do toastu.

Jadwiga podniosła do ust herbatę. Pijąc, nie czuła się głupio z powodu swojego milczenia. Pomyślała, że gdyby była tu sama z Edwardem, w powietrzu można by powiesić siekierę. Też kiedyś miała taką łatwość nawiązywania kontaktu jak Rudolf, ale to było dawno temu. Wtedy, gdy jeszcze rozmawiała z ludźmi. Ostatnimi czasy zdarzało jej się to coraz rzadziej. Całe dnie, a czasami i tygodnie do nikogo się nie odzywała. Bo o czym miałaby gadać. Nie interesowała jej polityka ani wybory parlamentarne, na które nawet nie poszła, bo niby na kogo miałaby głosować. Kolejne strajki nauczycieli robiły na niej takie samo wrażenie jak wcześniejsze protesty, czyli żadne, miała nawet gdzieś pożar w katedrze Notre Dame, i tak nie wybierała się do Paryża. Sport, moda, telewizja? Dajcie spokój, równie ciekawe jak pogawędki o pogodzie. Kiedyś przypadkiem usłyszała sąsiadki, które plotkowały na jej temat, mówiły, że jest gburem i najlepiej czuje się w swoim własnym towarzystwie. Nic bardziej mylnego, swojej obecności nie znosiła jeszcze bardziej niż towarzystwa innych.

Nagle szalejący za oknem wiatr załomotał z hukiem do drzwi. Jadwidze wydawało się, że chata zatrzeszczała i drewniany strop zaraz spadnie im na głowy. To nie mógł być wiatr, bo choćby nawet sam diabeł dmuchał, nie dałby rady nacisnąć na klamkę. Trzy głowy odwróciły się jednocześnie w kierunku otwierających się na oścież drzwi. W progu stał mężczyzna w długiej, czarnej pelerynie, z kapturem na głowie. Na butach miał śnieg, w oczach lód, a w dłoni długi, ostry nóż.

Za szczytem

Copyright © by Sebastian Sadlej 2024

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2024

Redakcja – Marta Kładź-Kocot

Korekta – Julia Młodzińska, Paulina Stoparek, Justyna Żurawicz

Projekt typograficzny i skład – Kasia Kotynia

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Zdjęcia na okładce – Shutterstock

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2024

ISBN mobi: 9788382107937

ISBN epub: 9788382107944

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Barbara Chęcińska, Małgorzata Folwarska, Marta Ziębińska, Natalia Nowak, Kamila Piotrowska, Paweł Truskolaski

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Klaudia Sater, Monika Czekaj, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl