Wioska - Kalbarczyk Aleksandra - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wioska ebook i audiobook

Kalbarczyk Aleksandra

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Nikt tutaj nie jest bezpieczny. Szczególnie ktoś obcy…

Marta gubi się podczas wycieczki górskiej i na skutek wypadku trafia do Wioski. Mieszkańcy wiele lat temu zdecydowali się na dobrowolną izolację. Żyją całkowicie niezależnie, odcięci od wszelkich wpływów świata zewnętrznego. Szybko okazuje się, że idealna na pierwszy rzut oka społeczność ma swoje tajemnice, a pozory raju coraz bardziej przypominają sektę. Marta chce odejść, jednak wszystko wskazuje na to, że z miasteczka nie ma wyjścia.

Czy rozwiązanie tajemnicy serii morderstw, do których doszło w Wiosce, może pomóc Marcie w znalezieniu drogi ucieczki? Czy możliwe jest w ogóle prowadzenie śledztwa w miejscu, gdzie jest jedną obcą pośród ludzi, którzy nie ufają nikomu spoza własnego grona?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 494

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 7 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Masacz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1

Marta nachyliła się i spojrzała na telefon. Ekran rozjaśnił się, jednak momentalnie zakryły go ciężkie, lepkie płatki śniegu. Dziewczyna zaklęła i szybko przetarła szybkę grubą rękawiczką. Na mokrym ekranie zdołała dojrzeć, że wciąż nie ma internetu, a zasięg GPS jest tak słaby, że lokalizację określał z dokładnością do dwudziestu kilometrów. Co oznaczało, że nawet nie mogła z całkowitą pewnością stwierdzić, na której górze się znajduje, nie mówiąc już o tym, jak znaleźć szlak.

– Dzięki, tyle wiedziałam sama – warknęła i schowała komórkę do kieszeni.

Ruszyła dalej. Myślała o tym, że to ciekawe, jak w ciągu kilku godzin jej stan emocjonalny się zmieniał. Płynnie przeszła z miłego relaksu na początku wspinaczki, przez lekką irytację, gdy na ziemię zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu, po pogłębiające się szybko zdenerwowanie, kiedy pogoda psuła się coraz bardziej. Następnie nadeszła fala złości, gdy dziewczyna zdała sobie sprawę z tego, że przez głęboki śnieg zgubiła trasę, a finalnie poczuła rosnący niepokój – po stwierdzeniu, że nie widzi nawet własnych śladów i nie wie, jak wrócić. Widok długich cieni i rosnących czap śniegu uświadamiał jej, że jak tak dalej pójdzie, lekka obawa szybko przejdzie w prawdziwą panikę.

Do zachodu słońca została mniej niż godzina. Z przerażeniem uświadamiała sobie, że jeśli nie zdarzy się cud, to będzie musiała spędzić w górach noc. W obcym, ciemnym miejscu, otoczona padającym śniegiem. Bez namiotu, śpiwora, o takich luksusach jak zapas jedzenia nie wspominając. Wysłuchała dość podcastów o wyprawach górskich, żeby wiedzieć, że jeśli szybko ktoś jej nie znajdzie, wkrótce jej nazwisko pojawi się w nagłówkach gazet obok pytań w stylu „Jak do tego doszło?”, „Dlaczego zeszła ze szlaku?”, „Czy można było tego uniknąć”. A poniżej znajdzie się szereg komentarzy, w których ludzie będą pytać „po co tam lazła?”. Jeśli historia skończy się dobrze, narobi sobie ogólnokrajowego obciachu. W najgorszym wypadku nie będzie miała nawet szansy wysłuchać kpin.

Marta potrząsnęła głową. Nie, nie może dać się ponieść ponurym myślom. Wszystko będzie w porządku. Zaraz znajdzie ścieżkę. A jeśli nawet zostanie tu na noc, to co z tego? Nie wspinała się przecież na Everest, tylko łaziła po Tatrach. Nie mogła też daleko odejść od szlaku. Jutro znajdą ją ratownicy, a ona najwyżej naje się trochę wstydu i odrobinę zmarznie. Miała porządne, goreteksowe ubranie i superdrogie koszulki z wełny merino. Jeśli to nie chroni przed odmrożeniem, to co?, zastanawiała się.

Marta zacisnęła dłonie w pięści – na tyle, na ile się dało w grubych rękawicach – i machnęła nimi pozytywnym gestem, żeby dodać sobie otuchy. Następnie z nową siłą ruszyła przed siebie.

Optymizmu starczyło jej na kilka minut. Po tym czasie ramiona opadły jej ze zmęczenia. Stawiała krok na krokiem, choć czuła, że ciążą jej buty. Oddychało jej się coraz trudniej. Miała też dziką ochotę się napić, ale od kiedy zaczęły się jej problemy, postanowiła oszczędzać wodę. Zostało jej pół butelki i zarzekała się nie ruszać jej tak długo, jak zdoła się powstrzymać.

Wciąż się ściemniało. Tyle dobrego, że śnieg osłabł i teraz na ziemię spadały tylko pojedyncze płatki. Dziewczyna popatrzyła w niebo, którego zarys ledwo już prześwitywał między drzewami. Jeszcze trochę i przestanie widzieć cokolwiek. Wizja noclegu w lesie stawała się coraz bardziej realna.

– Dobra – powiedziała sama do siebie. – Jeszcze ten jeden garb. Jeśli za nim nie zobaczę jakiejś drogi albo domu, to… to zrobię sobie prowizoryczne igloo.

Odpowiedziała jej oczywiście kompletna cisza. Marta przełknęła głośno ślinę i ponownie ruszyła przed siebie. Próbowała przypomnieć sobie programy przyrodnicze o Inuitach i górskich wyprawach, żeby ułożyć w głowie plan przygotowania schronienia.

Kilka kroków później usłyszała skrzypienie. Ze zdziwieniem spojrzała w dół. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, grunt zapadł się pod jej stopami. Poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Zdążyła wydać z siebie długi, wysoki krzyk, a potem ogarnęła ją ciemność.

Rozdział 2

Marta powoli się budziła. Chciała otworzyć oczy, ale blask był zbyt mocny, więc zaraz zakryła głowę ramieniem. Potem ostrożnie odsunęła rękę i spróbowała zamrugać, żeby przyzwyczaić się do jasności.

W międzyczasie zdała sobie sprawę z kilku rzeczy. Po pierwsze, było jej ciepło. Po drugie, względnie sucho. A po trzecie, zdecydowanie nie leżała na ziemi ani na śniegu. To, co wyczuła dłońmi, musiało być pościelą.

Kiedy wreszcie otworzyła oczy, ze zdziwieniem spostrzegła, że znajduje się na łóżku w niewielkiej sypialni. Ktoś okrył ją grubą, puchową kołdrą. Wyglądała na wysłużoną. Poszewkę w wielu miejscach zszyto, ale pościel była czysta i przyjemna. Oprócz tego w pokoiku znajdowały się jedynie krzesło i zabytkowa szafa. W ścianie naprzeciwko Marta zobaczyła okno ozdobione haftowanymi firankami, jednak widok został zasłonięty przez zatrzaśnięte okiennice. Na lewo od łóżka były drzwi. Pokój rozświetlała jedna lampka na ścianie. Marta ze zdziwieniem stwierdziła, że tkwi w niej nie żarówka, tylko świeczka.

Czyżby dziewczynie udało się dotrzeć do schroniska? Próbowała odtworzyć ostatnie wydarzenia. W pamięci miała tylko przedzieranie się przez ciemniejący las i… tak, uciekające spod nóg podłoże. Musiała spaść z jakiegoś klifu albo zsunąć się po zboczu. Ale w takim razie co było dalej? Ratownicy ją znaleźli? Albo jacyś turyści? Tylko w takim razie dlaczego nie była w szpitalu? Może zanieśli ją do najbliższego schroniska, a na porządną pomoc musiała jeszcze poczekać? Ale czy w ogóle potrzebuje pomocy lekarskiej? Czuła się raczej normalnie.

Z nagłą paniką uniosła kołdrę i spojrzała na siebie. Miała obie nogi i nie wyglądało na to, żeby z jakiejś części jej ciała lała się krew. Odetchnęła i poczuła się głupio. Przecież od razu by poczuła, gdyby poważnie się uszkodziła. Poza tym z pewną ulgą stwierdziła, że dalej ma na sobie własne ubrania, choć ktoś zdjął jej kurtkę i buty.

Marta nie należała do pruderyjnych, ale na myśl, że ktoś mógłby ją przebierać, poczuła, że się czerwieni. Tyle dobrego, że obcy ludzie nie oglądali jej tyłka. Takich skutków wspinaczki się nie spodziewała. No, może nie to, że je wykluczała, ale na pewno miała w głowie zupełnie inne okoliczności potencjalnego obnażania się przed obcymi. W każdym razie zadbałaby o to, żeby przynajmniej wiedzieć, kto ogląda jej tyłek.

Sięgnęła po kolei do wszystkich kieszeni spodni. Były puste. Dziewczyna rozejrzała się, ale nigdzie nie zobaczyła swojej kurtki. Potem nachyliła się i popatrzyła na podłogę.

– No pięknie, wcięło mi telefon… – mruknęła, zastanawiając się, czy jej wybawcy postanowili ją okraść.

Zsunęła nogi z łóżka i wstała. Poczuła przeszywający ból w lewej kostce. Syknęła i opadła z powrotem na materac. Czyli jednak upadek nie obył się bez urazów. Spojrzała na nogę i stwierdziła, że rzeczywiście wygląda na spuchniętą. Przez chwilę łapała powietrze. Wreszcie ostry ból zmienił się w tępe ćmienie. Dziewczyna uniosła się ostrożnie. Starając się jak najmniej stawać na lewej nodze, podeszła do drzwi. Położyła dłoń na klamce, jednak zanim ją nacisnęła, usłyszała głosy po drugiej stronie. Zamiast wyjść, zastygła i zaczęła słuchać.

– Chcę tylko porozmawiać – powiedział męski, spokojny głos.

– Po prostu nie chcę, żeby mojemu gościowi coś się stało! – odpowiedziała kobieta. Po głosie wydawało się, że musi być w średnim wieku. – Ani żeby gość zrobił coś nam…

– Obiecuję, że nic jej się nie stanie.

– I nie musicie jej stąd zabierać! Siedzi, to siedzi, nie przeszkadza!

– Przecież nikt nie mówi nic o zabieraniu. Jeszcze nie podjęliśmy decyzji.

Na sekundę zapadła cisza.

– Wpuść mnie, Heleno – odezwał się znowu mężczyzna. Wciąż był spokojny, choć Marta usłyszała w jego głosie nutę rozkazu.

– No przecież wpuszczam – mruknęła niechętnie kobieta. – Po prostu upewniam się, że wszystko jest tak, jak powinno!

Nagle do Marty dotarło, że wciąż stoi z ręką na klamce. Kiedy zrozumiała, że drzwi zaraz się otworzą, włączyła jej się panika. Nie chciała, żeby wiedzieli, że ich podsłuchiwała. Skacząc na jednej nodze, pokonała dwa metry, które dzieliły ją od łóżka, po czym rzuciła się na nie całym ciężarem, w powietrzu obracając się plecami do dołu.

W momencie, w którym drzwi się otworzyły, do Marty dotarło, jak głupio postąpiła. Przecież narobiła kupę hałasu swoim krótkim biegiem i rzuceniem się na materac. Poza tym kołdra poruszona lądowaniem dziewczyny wciąż powoli opadała. Sama Marta zastygła w nienaturalnej, półleżącej pozycji i wytrzeszczonymi oczami gapiła się na wejście. Ktokolwiek wszedłby do środka, nie miałby żadnych wątpliwości co do tego, że dziewczyna właśnie uciekła spod progu i bardzo nieudolnie próbowała to ukryć.

W tym wypadku osobą tą okazał się młody mężczyzna – na oko wydawało jej się, że nie więcej niż trzydziestoletni. Miał na sobie szary garnitur z kamizelką i nieco wysłużoną koszulę. Na jego twarzy malował się uśmiech, ale dziewczyna nie mogła powstrzymać myśli, że wygląda, jak gdyby był przylepiony. Tak jakby mężczyzna miał uśmiechać się w ten sam sposób niezależnie od tego, czy w pokoju zastałby Martę, jej rozczłonkowane ciało czy stado wielbłądów.

Zza mężczyzny wyglądała tęga, niska kobieta. Rzeczywiście musiała mieć około pięćdziesięciu lat, może trochę mniej. Miała na sobie ciężką, czarną sukienkę do ziemi, ozdobioną koronkami przy kołnierzu i mankietach. Nieznajoma sprawiała wrażenie jednocześnie szaleńczo zaciekawionej i przestraszonej.

Mężczyzna zrobił krok do przodu. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Panie Edwardzie, mogę… – zaczęła kobieta, ale mężczyzna jej przerwał.

– Dziękuję, Heleno, w razie czego cię zawołam – oświadczył, po czym nie patrząc nawet w jej stronę, zatrzasnął za sobą drzwi.

Powoli zrobił dwa kroki dzielące go od łóżka. Sięgnął po stojące obok krzesło i usiadł.

Marta miała w głowie chaos. Właściwie nie wiedziała, czy została uprowadzona, czy uratowana, więc nie mogła się zdecydować, co ma robić: krzyczeć czy dziękować.

Tymczasem mężczyzna jakimś cudem uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Witaj – powiedział. – Mam na imię Edward.

– Marta – oświadczyła mechanicznie dziewczyna. Jej rozmówca nie podał ręki, więc ona też nie wykonała żadnego gestu.

– Dobrze, Marto. Mogę ci mówić Marto? – zapytał, po czym od razu zaczął mówić dalej, jakby zadał pytanie jedynie kurtuazyjnie. – Przypuszczam, że masz do mnie setki pytań – podjął mężczyzna. – A ja do ciebie jeszcze więcej. Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię, ale później. Teraz chciałbym tylko ustalić podstawowe rzeczy.

Kompas emocjonalny Marty zaczynał coraz bardziej przesuwać się z „wdzięczności” na „panikę”. Sama już nie wierzyła, że ktoś uprzejmy zabrał ją do schroniska.

– Gdzie jestem? – odezwała się bardziej agresywnie, niż planowała.

Mężczyzna uniósł dłonie w uspokajającym geście. Dziewczyna bynajmniej nie poczuła się uspokojona.

– W bezpiecznym miejscu – oświadczył, unikając wyjaśnienia. – W Wiosce. Miałaś w nocy wypadek. Jak przypuszczam, zgubiłaś się w górach. Jeden z naszych mieszkańców usłyszał hałas i cię tu przyniósł.

Marta zawahała się.

– Długo byłam nieprzytomna?

– Najwyżej kilka godzin. Zajęliśmy się tobą od razu.

– Dzięki – powiedziała sztywno. Kim by nie byli ci ludzie, w to akurat wierzyła. I podejrzewała, że gdyby nie ich pomoc, mogłaby się już zamienić w mrożonkę. Co nie zmieniało faktu, że coś w tej sytuacji bardzo jej się nie podobało. – A wracając do mojego pytania, liczyłam na więcej szczegółów. Na przykład nazwę miejscowości.

– I to jest jedno z tych pytań, na które obiecuję odpowiedzieć szczegółowo, ale później – odpowiedział spokojnie Edward.

Dziewczyna zmrużyła podejrzliwie oczy. Tak, zdecydowanie powinna wydostać się stąd jak najszybciej.

– Dobra, słuchaj. Ewidentnie jestem dla was problemem – oświadczyła nagle, zmieniając taktykę. – Złapię najbliższy pociąg, autobus czy cokolwiek i mnie nie ma.

– Przykro mi, ale to nie będzie możliwe. Nie mamy… pociągów i autobusów.

Marta poczuła, jak coś ściska jej żołądek. Odpowiedź była co najmniej dziwna.

– Wychodzę – oznajmiła, zrzucając nogi z łóżka. – Gdzie są moje rzeczy?

– Marto, proszę. – Edward próbował ją uspokoić.

– Gdzie są moje rzeczy?! – zapytała dziewczyna dużo głośniej i zerwała się na równe nogi.

W tym momencie lewa kostka silnie dała o sobie znać. Marta poczuła przeszywający ból, od którego krew odpłynęła jej z twarzy. Zacisnęła zęby, żeby nie krzyknąć. Tylko adrenalina sprawiła, że w ogóle utrzymała się w pionie.

– Helena się nimi zajęła – wyjaśnił mężczyzna i też podniósł się z krzesła. W jego ruchach było coś niepokojąco flegmatycznego. Stał tuż przed Martą. Wyraźnie naruszał jej przestrzeń osobistą, ale jej nie dotknął. Jakby zamierzał tylko zagrodzić drogę do drzwi.

– Świetnie – wydusiła z siebie, starając się, by w jej głosie nie było słychać bólu i paniki. – Bardzo dziękuję za pomoc. A teraz mi je oddajcie i się zbieram.

Chciała wyminąć Edwarda, ale ten zrobił krok w bok, zagradzając jej drogę. Dziewczyna spróbowała z drugiej strony, ale mężczyzna powtórzył gest.

– Obawiam się, że wyjazd nie będzie teraz możliwy.

– Rany boskie, porwaliście mnie – pisnęła dziewczyna.

Ku jej zaskoczeniu mężczyzna się roześmiał.

– Och, na wszystkie świętości, nic z tych rzeczy! – powiedział. – Po prostu Wioski nie da się opuścić. A przynajmniej dopóki śnieg nie zejdzie.

Marta minimalnie się uspokoiła, choć wciąż była napięta i pełna nieufności. Może rzeczywiście bez sensu się uniosła? Jeśli jest w jakiejś chacie w środku gór, to rzeczywiście wątpliwe, by środkiem przebiegała autostrada. Czy to możliwe, że wlazła w takie miejsce, do którego drogi były nieprzejezdne? Opady z poprzedniego dnia rzeczywiście wydawały się dość obfite… Ale to nie tłumaczyło, dlaczego nie chcą jej nawet wyjaśnić, gdzie trafiła!

– Usiądź – poprosił mężczyzna, wskazując łóżko. – Zapewniam, że cię nie uwięziliśmy. I naprawdę ostatnie, czego bym chciał, to zrobić ci krzywdę.

Edward znowu zajął miejsce na krześle. Dziewczyna zawahała się, jednak lewa kostka boleśnie przypominała o swoim istnieniu. Niechętnie opadła na łóżko. Patrzyła na swojego rozmówcę spode łba. Niech ten facet chociaż wie, że jego gość jest niezadowolony!

– Kiedy będę mogła wyjechać? – zapytała wyzywająco.

– Wszystko w swoim czasie – stwierdził. – Posłuchaj, wkrótce wrócę do ciebie z wszelkimi wyjaśnieniami. Tymczasem chciałem cię tylko zapewnić, że jesteś bezpieczna i poprosić o… dostosowanie się do kilku drobnych próśb.

Marta dalej patrzyła na niego nieufnie. Jednak, jako że Edward najwyraźniej sam zamierzał zdecydować o tym, co jej powie, przestała zadawać pytania.

– Helena, którą miałaś okazję przed chwilą zobaczyć, była tak uprzejma, że przygotowała ci sypialnię i zaoferowała opiekę. Jeśli czegoś potrzebujesz, zwracaj się do niej. Jestem pewien, że postara się dostarczyć ci to, czego sobie zażyczysz. Natomiast bardzo cię proszę, nie próbuj jej o nic dopytywać, tylko poczekaj z tym na mój powrót.

Dziewczyna dalej milczała.

– Po drugie, chciałbym, żeby obejrzał cię nasz lekarz.

– Nie potrzebuję lekarza – burknęła Marta obrażonym tonem, mimo że jeszcze kilka minut wcześniej dziwiła się, że nie jest w szpitalu, a kostka protestowała przy każdej próbie wstania na nogi.

– Nalegam. Spadłaś ze sporej wysokości. Zajęliśmy się pobieżnymi obrażeniami i upewniliśmy się, że twoje życie nie jest zagrożone, ale przypuszczam, że stosowna byłaby bardziej gruntowna pomoc.

Dziewczyna rzuciła coś niezrozumiałego. Miała ochotę dalej protestować, ale pulsująca bólem kostka ją przed tym powstrzymała.

– I ostatnie, o co cię proszę, to odrobina cierpliwości. Tak jak mówiłem, nie zadręczaj Heleny i lekarza pytaniami. Nie martw się, zrelaksuj się, pozwól im się tobą zająć, prześpij się, a rano wrócę i wszystko ci wyjaśnię.

Marta nic nie powiedziała. Najchętniej rzuciłaby się do ucieczki albo zdarła paznokciami uśmiech z twarzy Edwarda. Jego wyuczony spokój i wymijające odpowiedzi doprowadzały ją do szału, a poczucia przymusowego zamknięcia po prostu nienawidziła. Przed jednym i drugim powstrzymywała ją jednak kontuzjowana noga, która znacząco ograniczała jej możliwości. No i wrodzona uprzejmość, która mówiła, że nie wypada atakować gospodarzy ani przed nimi uciekać.

Edward wstał. Zanim wyszedł, zawahał się jednak. Możliwe, że wyraz twarzy dziewczyny skłonił go do tego, żeby powiedzieć coś jeszcze.

– Marto, nie jesteśmy złymi ludźmi. I uwierz mi, że robię, co mogę, żeby… – Mężczyzna urwał. – Teraz są pilniejsze rzeczy niż rozmowa, ale jutro wszystko zrozumiesz. I proszę cię… do mojego powrotu nie rób nic, czego mogłabyś żałować. Dobrze?

Rozdział 3

Kiedy Edward wyszedł, Marta nie odrywała oczu od drzwi. Czuła, że kłębią się w niej nieprzyjemne myśli. Zanim jednak zdążyła się w nich połapać, do pokoju weszła kolejna osoba.

Tym razem w drzwiach stanął niski mężczyzna w średnim wieku. W ręku trzymał ciężką, skórzaną, zużytą torbę przypominającą lekarski neseser ze starych filmów. Miał pokaźne wąsy i wyglądał na przestraszonego. Stał w progu, zaciskając palce na uchwycie bagażu.

Dziewczyna miała wrażenie, że patrzy na nią nie jak na pacjentkę, ale jak na dzikiego wilka, którego kazano mu opatrzyć po tym, jak przypadkiem wpadł we wnyki. Marta pomyślała, że jej wyraz twarzy rzeczywiście może nie być teraz najbardziej przyjazny. W jakiś głupi sposób zrobiło się jej żal lekarza, który najwyraźniej sam został wciągnięty w coś, na co nie miał ochoty. Pewnie był na dyżurze, a ci wariaci po niego zadzwonili.

– Dobry wieczór? – powiedziała niepewnie, starając się nie brzmieć agresywnie. Mimo to na dźwięk jej głosu mężczyzna aż podskoczył. Najwyraźniej odniosło to jakiś skutek, bo lekarz wyszedł ze stuporu.

– Dobry wieczór – odpowiedział cicho, odchrząknął i zrobił ostrożny krok do przodu. – Edward mówił, żebym panią zbadał po… po wypadku.

Lekarz nie zbliżył się bardziej, jakby czekał na pozwolenie. Marta pomyślała, że nawet jeśli tajemniczy Edward jest jakimś lokalnym gangsterem, to nowo przybyły albo nie wie, co się tu dzieje, albo sam nie ma za wiele do gadania. Dlatego zebrała się w sobie i zdusiła negatywne emocje.

– Nie musimy tak oficjalnie – powiedziała nieco zbyt pogodnie, co zresztą często zdarzało jej się w sytuacjach stresowych. – Marta – przedstawiła się, podając mężczyźnie rękę.

Zawiesił wzrok na jej dłoni, jakby rozważał, czy za chwilę nie zamieni się w jadowitego węża. Potem szybko się nachylił i ją uścisnął.

– Tadeusz – powiedział i natychmiast się wyprostował.

Zapadła cisza. Lekarz dalej robił wrażenie przerażonego. Pewnie się zastanawiał, czy Marta jednak nie wyszczerzy zębów i go nie ugryzie. Dziewczyna przez kilka sekund patrzyła na niego wyczekująco, aż zrozumiała, że to ona musi zrobić pierwszy krok. Wskazała sugestywnie na swoją nogę.

– Boli mnie kostka – ogłosiła. – Chyba uszkodziłam ją przy upadku.

Mężczyzna drgnął gwałtownie. Zgiął ręce w łokciach i zacisnął pięści, komicznie przyciągając do siebie torbę. Najwyraźniej jednak ten gest dodał mu otuchy, bo wreszcie podszedł do łóżka. Ostrożnie sięgnął do nogi Marty i zaczął powoli odwijać skarpetkę. Co chwilę zerkał na nią niepewnie, jakby obawiał się, że zrobi coś nieodpowiedniego i dziewczyna jednak rozerwie mu gardło.

– To jak się w to wpakowałeś, Tadek? – zapytała Marta, znowu zbyt optymistycznie. Przeklęła w myślach. Teraz rzeczywiście brzmiała jak wariatka. – Siedziałeś na dyżurze na enpeelu, czy wyrwali cię z łóżka, bo jako jedyny miałeś naładowaną komórkę?

Mężczyzna przerwał na sekundę i gapił się na nią z szeroko otwartymi oczami. Robił wrażenie, jakby nie tylko się bał, ale też nie rozumiał, co pacjentka do niego mówi. Bez słowa wrócił do badania, choć Marta zauważyła, że ręce mu drżą.

Coraz bardziej dziwił ją stres Tadeusza. Gdyby trafiła na jakiegoś młodzika, mogłaby uznać, że jest świeżo po studiach i boi się, że coś zepsuje. Ale wątpiła, by mężczyzna skończył szkołę po pięćdziesiątce. Czyżby naprawdę wylądowała w środku mafijnej meliny?

Dziewczyna uznała, że tym bardziej nie odpuści. Lekarz potrzebował rozluźnienia, a ona informacji. A im bardziej Edward mówił jej, żeby o nic nie pytała, tym bardziej czuła, że powinna to zrobić.

– Słuchaj, a jak dokładnie nazywa się to miasteczko? Edward chyba mi mówił, ale nazwa wyleciała mi z głowy.

– Pan Edward kazał tylko panią zbadać – oświadczył sztywno i z lekką paniką lekarz. – Czy jak dotykam tu, to boli?

Marta westchnęła. No nic, nie będzie naciskać.

– Nie – odparła ze znudzeniem.

– A tu?

– Nie.

– A t…

– Ożeż kurwa, boli w chuj! – krzyknęła Marta, kiedy ostry ból przeszył jej kostkę. Jednocześnie odruchowo nachyliła się do przodu, a lekarz odskoczył. Teraz już nie patrzył na nią jak na wilka złapanego we wnyki, tylko jak na nieobliczalną wariatkę.

– Przepraszam – wydukała Marta. – Taki odruch… W każdym razie tak… tu boli.

Tadeusz nerwowo oblizał wargi, po czym znowu się nad nią nachylił. Otworzył torbę i zaczął wyjmować z niej rzeczy. Kolejny kwadrans spędził na wykonywaniu opatrunku i dalszym badaniu. Jedyne słowa, które wypowiedział, dotyczyły stanu zdrowia pacjentki i zaleceń na najbliższe dni.

Kiedy tylko skończył, rzucił się do wyjścia. Wyglądał, jakby ledwo powstrzymywał się przed biegiem.

– Do widzenia – rzuciła jeszcze Marta, ale drzwi zatrzasnęły się za lekarzem, zanim dokończyła.

Z zamyśleniem zabębniła palcami o pościel. W co ona się, do diabła, wpakowała? Rozważała teorię o mafii albo innych gangsterach, ale czy wtedy lekarz tak bardzo bałby się też jej? Rozumiała, że nie chciał z nią rozmawiać, ale tu ewidentnie chodziło o coś więcej.

Ponownie tok jej myśli przerwało skrzypnięcie drzwi. Tym razem stanęła w nich kobieta – ta sama, która wcześniej dyskutowała z Edwardem. Nieśmiało zajrzała do środka, ale kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, weszła już znacznie śmielej. W rękach miała stos złożonych materiałów, a na nich miskę z wodą.

– Widzę, że jeszcze pani nie śpi – odezwała się.

– Nie, jeszcze nie nauczyłam się zasypiać w trzydzieści sekund – odpowiedziała Marta i się uśmiechnęła.

Kobieta wydała z siebie niepewny chichot i ochoczo weszła głębiej do pokoju. Tak jak z lekarza z każdej strony wyzierał strach, tak z niej chore zainteresowanie. Przyglądała się Marcie jak wilkowi złapanemu przypadkiem we wnyki – różnica polegała na tym, że Tadeusz zastanawiał się, czy zwierzę odgryzie mu rękę, a kobieta miała ochotę je pogłaskać i sprawdzić, czy będzie aportować gumową piłkę.

– Mam na imię Marta – powiedziała dziewczyna.

– A ja Helena – odparła gorliwie kobieta, po czym dziarskim ruchem położyła stos materiałów na łóżku obok dziewczyny. Potem zdjęła miskę z wodą i postawiła ją na stoliku obok. – Pani Marto, na pewno jest pani wykończona! Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co pani przeszła!

– Po prostu Marto – próbowała jej przerwać dziewczyna, ale potoku słów Heleny nie sposób było zatrzymać.

– Dobrze, dobrze – rzuciła obojętnie. – Ja się panią zaopiekuję! Przyniosłam ubranie na noc i wodę, żeby mogła się pani umyć. Wygląda pani tragicznie! Co też pani robiła w lesie tak późno? Widział kto, żeby panienka tułała się w nocy w dziczy?

Kobieta, nie przerywając przemowy, sięgnęła w stronę Marty i ku przerażeniu dziewczyny, zaczęła ją rozbierać.

– Cała w błocie! I jaka przemoczona! Kto to widział! Tylko patrzeć, a do tego wszystkiego się pani przeziębi! Pan Edward powinien był najpierw oddać panią w moje ręce, a dopiero potem ściągać doktora!

– Pani Heleno, doceniam chęć pomocy, ale… – próbowała protestować Marta, jednak nieskutecznie. Kobieta była tak skoncentrowana na swojej paplaninie i obranym celu, że przerwanie ich okazało się niemożliwe.

– Szybko doprowadzimy panią do porządku! Umiem rozpoznać ładną dziewczynę, nawet w męskim ubraniu i umazaną błotem! Co nie znaczy, że inni też będą umieli! No już, niech pani zdejmuje z siebie te łachy.

Marta odsunęła się gwałtownie i przycisnęła ręce do piersi obronnym gestem.

– Nie będę się przy pani rozbierać! – pisnęła.

Helena się roześmiała.

– Kto by pomyślał, że taka wstydliwa! A co pani myśli, że ja gołej baby nie widziałam? No już, niech się pani nie wygłupia. Pomogę, to będzie szybciej.

– Dziękuję, ale nie trzeba! – powiedziała Marta, starając się zachować balans między uprzejmością a stanowczością. – Jestem bardzo wdzięczna za wodę i całą resztę! A teraz serio poradzę sobie sama.

Kobieta oparła ręce na biodrach i przyglądała się jej przez chwilę.

– No dobrze – uległa wreszcie. – Ale w razie czego proszę nie bać się wołać o pomoc! Jest pani po wypadku! Cokolwiek potrzeba, ja się wszystkim zajmę!

– Dobrze, cieszę się, a teraz proszę, niech mnie pani zostawi na chwilę samą! – jęknęła dziewczyna.

Helena wstała i jeszcze mruczała coś pod nosem, ale w końcu wyszła z pokoju. Marta, przerażona, że kobieta może w każdej chwili wrócić i zerwać z niej koszulkę, rzeczywiście szybko ją z siebie zrzuciła i dopadła miski z wodą, na której brzegu wisiała nieco szarawa ścierka. Zastanawiała się, czy nie pozwolili jej skorzystać z normalnej łazienki, żeby ją upodlić. Szybko doszła jednak do wniosku, że prawdopodobnie po prostu nie zamierzali jej na razie wypuszczać z pokoju. Westchnęła, ale uznała, że dzień bez normalnego prysznica jej nie zabije. Pośpiesznie przetarła najważniejsze miejsca na ciele, po czym rozwinęła zostawione przez Helenę materiały.

Jej oczom ukazała się workowata koszula nocna. Biały materiał był ozdobiony całkiem ładnym haftem w kwiatki. Przy nadgarstkach znajdowało się ściągnięcie, przez które rękawy wydawały się bardzo obszerne. Ubranie sprawiało wrażenie zużytego, miejscami było zszywane, ale było czyste, więc Marta uznała, że nie będzie wybrzydzać. Narzuciła na siebie koszulę i szybko wsunęła się pod kołdrę. Albo Helena podglądała ją przez dziurkę od klucza, albo miała doskonałe wyczucie czasu, bo sekundę później weszła do sypialni.

– Jak sobie pani poradziła? – zapytała szybko.

– Bez problemu, dziękuję – odparła bez wahania Marta.

Kobieta weszła do środka i zgarnęła rozrzucone ubrania dziewczyny. Marta zaklęła w duchu. Powinna była sama to zrobić.

– Proszę je zostawić! – zaprotestowała. – Sama je…

– Bzdura – przerwała jej kobieta. – Jest pani moim gościem, więc o panią zadbam! Dostanie pani ode mnie wszystko, czego potrzeba! Więc jakby ktoś pytał, to powie pani, że tu pani dobrze, tak?

Dziewczyna uniosła brwi zaskoczona tym pytaniem.

– Oczywiście, że tak – powiedziała. – Jest pani przemiła, naprawdę nie musi pani tego wszystkiego…

– Muszę, muszę – mruknęła Helena, sięgając po miskę z wodą. – A teraz niech pani idzie spać! Musi pani odpocząć, żeby wydobrzeć! Gdyby czegoś pani potrzebowała, niech pani woła!

Marta oblizała wargi nerwowo.

– Właściwie… – zagadała niepewnie, a Helena obejrzała się w jej stronę. – Przyznaję, że trochę się wczoraj zgubiłam. Niech mi pani powie, gdzie dokładnie trafiłam. I byłabym wdzięczna, gdyby oddała mi pani mój plecak – dodała szybko.

Kobieta zastygła. Wyglądała, jakby pierwszy raz nie była pewna, co powiedzieć. Marta odniosła wrażenie, że tamta bardzo chciałaby wyrzucić z siebie kolejny potok słów, ale coś ją powstrzymywało. Gospodyni zagryzła wargi. Wreszcie pokręciła głową.

– Ja nie… pan Edward znacznie lepiej wszystko pani wyjaśni.

– Rozumiem, ja nie oczekuję, że zamówi mi pani taksówkę do domu, tylko…

– Pani Marto, naprawdę nie mogę – jęknęła Helena przepraszającym tonem. – Pan Edward byłby na mnie zły. Niech się pani wyśpi, a rano zobaczy pani, że wszystko się ułoży.

Dziewczyna znowu poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach.

– Pani Heleno, co się tu dzieje? – zapytała cicho.

Kobieta uśmiechnęła się po matczynemu i poklepała ją po głowie.

– Nic złego! – ogłosiła. – No, dość pytań na dziś! Już późno! Niech pani idzie spać, bo sen jest dobry dla urody!

Pośpiesznie skierowała się do wyjścia, jakby bała się, że Marta zapyta ją o coś jeszcze. Tuż przed zatrzaśnięciem drzwi nachyliła się nad lampą na ścianie obok i dmuchnęła. W pokoju zapadła kompletna ciemność.

Marta opadła na poduszkę. Miała otwarte oczy, ale widziała tylko czerń. Zacisnęła palce na kołdrze.

Ja nie wpadłam do żadnej gangsterskiej meliny, pomyślała. Tylko do totalnego domu wariatów.

Rozdział 4

Wystarczyło jej piętnaście minut analizy sytuacji, żeby podjąć decyzję.

Muszę się stąd wydostać, postanowiła w myślach, unosząc się do pozycji siedzącej.

Rozważyła wszystkie za i przeciw i uznała, że ciepłe łóżko nie jest dostatecznie silnym argumentem za tym, żeby pozostawać dłużej w tym dziwnym miejscu. Nawet pal licho bagaż, najwyżej wróci tu z policją. Tylko telefonu szkoda. Ale uznała, że w najgorszym wypadku kupi sobie nowy. Nic nie było tak wymownym wyznacznikiem powagi sytuacji jak to, że Marta była gotowa porzucić swoją komórkę.

Zważywszy na fakt, jak w ogóle trafiła do tego miejsca, miała pewne obawy, czy zdoła uciec, ale uznała, że to nie to samo co przedzieranie się przez górski las. Nawet ze skręconą kostką będzie w stanie iść drogą. A ta poprowadzi ją do jakiegoś innego domu. Albo w końcu minie ją samochód i kierowca zabierze ją do miasta.

Helena, wychodząc, zabrała wszystkie ubrania Marty. Jedyna własna rzecz, jaka została dziewczynie, to buty, ale uznała, że całą resztę da radę sobie zastąpić. Po zdmuchnięciu świeczki w pokoju zapadła atramentowa ciemność, więc na ślepo zawiązała sznurówki. Następnie owinęła się prześcieradłem. Tak przygotowana wymacała sobie drogę do wyjścia. Zaciskała zęby za każdym razem, kiedy musiała dotknąć lewą nogą podłogi.

Bez wielkich nadziei nacisnęła klamkę. Ku jej zaskoczeniu drzwi nie były zamknięte. Zawahała się. Nie zamknęli jej tu, więc może jednak wpadała w paranoję?

Nie. Z dwojga złego wolała wyjść na wariatkę i uciec z normalnego domu, niż ryzykować, że następnego dnia upieką ją na ognisku i zjedzą.

Starając się robić jak najmniej hałasu, wyszła na korytarz. Jedną ręką sunąc po ścianie, zrobiła kilka kroków. Wreszcie znalazła się w pomieszczeniu, w którym okna nie były zasłonięte. Dzięki wpadającemu do środka blademu światłu księżyca cokolwiek widziała. Trudno było określić szczegóły, ale rozróżniała kształty na tyle, żeby nie wpadać na meble.

Nagle zauważyła stojącą, wysoką postać, obserwującą w milczeniu jej ruchy. Ze strachu aż podskoczyła. Obcy nawet nie drgnął. Dopiero wtedy Marta zrozumiała, że patrzyła na płaszcz wiszący na haczyku obok drzwi wejściowych. Odetchnęła z ulgą i sięgnęła po ubranie. Nie zamierzała szukać własnej kurtki, to musiało jej wystarczyć. Płaszcz drapał i trochę dziwnie pachniał, ale był gruby i wydawał się ciepły. Z prześcieradła zrobiła prowizoryczną pelerynkę z kapturem. Uznała, że nie powinna w tym zamarznąć.

Najwolniej, jak potrafiła, nacisnęła klamkę drzwi wejściowych. Rozległo się ciche skrzypienie. Marta bezgłośnie syknęła i odwróciła się, żeby zobaczyć, czy kogoś w ten sposób nie obudziła. Dom odpowiedział martwą ciszą. Po chwili, która wydawała się wiecznością, drzwi ustąpiły. Natychmiast poczuła uderzenie lodowatego zimna, a dreszcz przeszył całe jej ciało. Dziewczyna postarała się to zignorować.

Uchyliła drzwi tylko na tyle, żeby się przecisnąć. Najpierw wystawiła głowę i spojrzała na boki. Nikogo nie zobaczyła. Po lewej miała rozległą, otwartą przestrzeń. Naprzeciwko wejścia, w pewnym oddaleniu, widziała coś, co mogło równie dobrze być zabudowaniami, jak i lasem. Trudno było stwierdzić, bo ciemności nie rozpraszała choćby jedna latarnia.

Ruszyła. Udało jej się zrobić zaledwie kilka kroków, kiedy usłyszała z tyłu męski, niski głos.

– Kto tam?

Marta zamarła. Zanim zdążyła zdecydować, czy najlepiej rzucić się do ucieczki, odpowiedzieć czy paść na ziemię i liczyć na to, że nikt jej nie zauważy, usłyszała tuż obok siebie głos Heleny.

– To tylko ja, Piotrze! Wyszłam sprawdzić, czy nic się nie dzieje!

Zanim Marta wydała z siebie choćby dźwięk, kobieta złapała ją za płaszcz i w kilka sekund wciągnęła z powrotem do domu. Następnie zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami.

– Najlepiej dla nas obu będzie, jeśli udamy, że to się nie wydarzyło – wyszeptała kobieta.

Martę przeszedł dreszcz. Wahała się między chęcią ucieczki a obawą przed starciem się z kimkolwiek, kto chodził wokół domu.

– Pani Heleno, co się dzieje? – zapytała dziewczyna szeptem. Adrenalina tak mocno buzowała jej w żyłach, że zaczynała boleć ją głowa.

– Nic się nie dzieje, ale miała pani nie wychodzić! – odparła kobieta, która najwyraźniej odzyskała już trochę werwy i teraz energicznie zaganiała Martę w stronę sypialni. – Pan Edward byłby bardzo zły, gdyby się dowiedział, że do tego dopuściłam. Dlatego nic mu o tym nie powiemy, prawda?

– Pani Heleno! – prawie krzyknęła Marta i wyrwała się z uścisku gospodyni. Kobieta z obawą spojrzała w stronę drzwi. – O co tu, do diabła, chodzi? Co to za miejsce? Ten Edward czymś pani grozi? Nie możemy tego tak zostawić, musimy zadzwonić na policję! Oni pani pomogą!

– Grozi? – zapytała szczerze zdziwiona Helena. – Skądże znowu!

– W takim razie co tu się, do cholery, dzieje?! Dlaczego mnie tu trzymacie?!

– No przecież nie będzie pani spać na zewnątrz – odparła kobieta ze spokojem, jakby wygłaszała najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Marta miała ochotę ją udusić.

– Nie zamierzam nigdzie spać, tylko odejść!

– To nie takie proste. – Helena potrząsnęła głową i zaczęła prowadzić ją w głąb domu. Dziewczyna znowu poczuła ból w kostce i bezwiednie przeskoczyła kilka metrów na prawej nodze. – Niechże pani poczeka do rana. I proszę, niech pani znowu nie wychodzi! Następnym razem Piotr panią złapie. I co będzie?

– No właśnie, co niby będzie?! – jęknęła Marta.

– Problemy dla pani, problemy dla mnie – stwierdziła stanowczo gospodyni.

– Pani Heleno, błagam! – Dziewczynie w oczach stanęły łzy. – Niech mi pani pomoże, nie chcę tu umierać!

Kobieta posłała jej pełne współczucia spojrzenie.

– Nigdzie nie będzie pani bezpieczniejsza niż w Wiosce – zapewniła. – I nikt tu nie zrobi pani żadnej krzywdy. Niechże mi pani zaufa i poczeka do rana. Wszystko będzie dobrze, obiecuję.

Wymiana zdań trwała jeszcze kilka minut. Helena unikała jakichkolwiek konkretnych odpowiedzi. Wydawała się jednocześnie przestraszona i szczerze przekonana, że bezpieczeństwo zarówno jej, jak i Marty nie jest zagrożone. W ciekawy sposób łączyła w sobie stres i zrelaksowanie. Dla odmiany Martę przepełniał rosnący strach zmieszany z irytacją.

Helenie udało się ściągnąć z niej płaszcz i popchnąć ją z powrotem na łóżko. Dziewczyna opadła bezwładnie. Nic nie widziała, ale poczuła, jak kobieta szarpie się z jej butami. Wreszcie powtórzyła raz jeszcze, żeby Marta nie opuszczała pokoju, na siłę nakryła swojego gościa kołdrą i wyszła. Kilka minut później dziewczyna usłyszała szmer pod swoimi drzwiami. Najwyraźniej gospodyni tym razem zamierzała osobiście upewnić się, że podopieczna nie opuści sypialni.

Marta wygrzebała się spod okrycia i najciszej, jak umiała, podeszła do okna. Szarpnęła okiennicę, ale ta nawet nie drgnęła. Rozważyła jeszcze szarpanie się z Heleną, ale uznała, że jeśli kobieta zacznie wołać o pomoc i przybiegnie tajemniczy Piotr, to i tak szanse na ucieczkę spadną do zera. Wreszcie westchnęła ciężko i zrobiła jedyną rozsądną rzecz, jaka jej pozostała – poszła spać.

Rozdział 5

Martę obudził dźwięk paplaniny Heleny. Kobieta wpadła do pokoju bez pukania (a jeśli nawet pukała, to nie po to, żeby usłyszeć zaproszenie do środka) i od razu zaczęła mówić. Najwyraźniej nie miało też dla niej znaczenia, czy ktokolwiek jej słucha. Marcie dobrych kilka sekund zajęło nawiązanie kontaktu z rzeczywistością i przypomnienie sobie, gdzie się znajduje. Zanim wreszcie skojarzyła ostatnie wydarzenia, Helena zdążyła wyrzucić z siebie dobre dziesięć zdań.

– …nie mówił co prawda, kiedy rano, ale w takim wypadku należy zakładać, że przyjdzie o świcie, prawda? A nie mogę pozwolić, żeby była pani niegotowa! Jeszcze ktoś powie, że powinna pani sobie znaleźć inne lokum! O nie, co to to nie! Kto jak kto, ale ja umiem zająć się gościem. No już, już, na co pani czeka?! Niechże pani wstaje!

Marta z trudem uniosła się na rękach do pozycji półleżącej. Wciąż nie do końca otwartymi oczami gapiła się na Helenę, która robiła wrażenie niesamowicie podekscytowanej.

– Ale… co? – wydukała wreszcie, przecierając jedną ręką oczy.

Kobieta fuknęła ze zniecierpliwieniem.

– Och, przecież tłumaczę! W ogóle mnie pani nie słucha? Musi pani wstawać, bo w każdej chwili może przyjść pan Edward! Przecież nie przyjmie go pani w koszuli nocnej!

Marta zastygła na sekundę, a potem dotarły do niej resztki rzeczywistości, przed którą się broniła.

– O rety, tak, muszę się stąd wydostać – wybełkotała, po czym rozejrzała się nieprzytomnie dookoła. – Gdzie są moje ubrania?

– Z tego, co miała pani na sobie wczoraj, nie nadawało się nic! – zaordynowała stanowczo Helena. – Proszę, przyniosłam ładną, porządną sukienkę.

– Wolałabym włożyć swoje…

– Nie ma mowy! – przerwała jej kobieta. – Musi się pani godnie prezentować. No już, już, wyskakujemy z łóżka. Ze wszystkim pomogę.

– Nie! – zaprotestowała nagle Marta, której przypomniały się dziwne zakusy kobiety z dnia wcześniej, kiedy z jakiegoś powodu strasznie chciała rozbierać swojego gościa. – Dziękuję, poradzę sobie!

Helena przewróciła lekko oczami, ale machnęła z rezygnacją ręką.

– No niemożliwa pani jest, po prostu niemożliwa. Ja tu oferuję pomoc, wszystko, a pani taka uparta. Ale dobrze, proszę bardzo. Tu leży sukienka, wrócę za chwilę i pomogę pani z włosami.

Marta nie zdążyła nawet powiedzieć, że nie chce żadnej pomocy z włosami, bo Helena zniknęła za drzwiami. Dziewczyna tymczasem przyjrzała się sukience.

Coś z tym ubraniem było nie tak. I nie chodziło o to, że wyglądało na używane. Marta nie spodziewała się, że dostanie ciuchy z metką. Szczerze, to wolałaby po prostu odzyskać swoje, nawet jeśli były uwalone błotem i śniegiem. Rozumiała, że to kolejna uprzejmość, że dostaje coś do przebrania, ale naprawdę nie leżał jej krój i materiał sukienki. Była zbyt obszerna, zwłaszcza na górze, miała za dużo falbanek i koronek.

Dziewczyna nieco nieporadnie wsunęła na siebie ten dziwny strój, obiecując sobie, że zagrozi strajkiem głodowym, jeśli nie odzyska swojego normalnego stanika. Kiedy skończyła się ubierać, czuła się wręcz idiotycznie. Jakby wybierała się na bal przebierańców. Sukienka sięgała jej prawie do ziemi i Marta miała wrażenie, że zaraz się o nią potknie i zabije. Góra była zbyt ciasna, a dół plątał jej się między nogami. W dodatku odnosiła wrażenie, że ma na sobie za dużo warstw. Nie chciała narzekać, ale sprany, brązowy kolor też nie budził w niej najlepszych skojarzeń.

Jedyną własną rzeczą, którą miała na sobie, były buty. Co prawda chodzenie po domu w górskich traperach nie było najwygodniejsze, ale dziewczyna nie zamierzała przepuścić okazji, skoro wciąż nikt ich nie zabrał. Jeśli zajdzie taka potrzeba, będzie je zabierać ze sobą pod prysznic.

Drzwi się otworzyły i weszła Helena. Wydała z siebie jęk, który brzmiał jak dziwne połączenie zachwytu i krytyki.

– Tak myślałam, że pod tym wszystkim kryje się kobieta! Co prawda taka, która nie umie się ubrać, ale nad tym można popracować!

Marta zastygła ze skonsternowaną miną. Czy Helena właśnie bezczelnie ją obraziła? Zanim zdążyła to jakoś skomentować, gospodyni dorwała się do niej, poprawiając różne elementy ubrania. Dziewczyna czuła się przy niej bezbronna.

– Pani Heleno, jest pani bardzo miła, ale naprawdę, czy może pani przestać? – jęknęła. – Doceniam pani zaangażowanie, ale ta sukienka to chyba nie mój styl. Niech mi pani odda moje ubrania!

– Moja droga, już abstrahując od tego, co o nich myślę, to i tak ich nie włożysz, bo są mokre.

– W moim bagażu mam coś na zmianę! Byłoby dużo prościej, gdyby mi go pani oddała! Au! – krzyknęła Marta, kiedy niespodziewanie poczuła silne pociągnięcie za włosy.

– Na wszystko przyjdzie pora – stwierdziła twardo kobieta, dalej torturując podopieczną szczotką.

– Pani Heleno, ta pora jest teraz! Chcę dostać swój plecak! – Marta ze złością się wyrwała i stanęła w wojowniczej pozie twarzą w stronę gospodyni. – I chcę usłyszeć wreszcie jakieś wyjaśnienia! Już nie mówiąc o tym, że chcę po prostu wrócić do domu!

Na twarzy Heleny przez sekundę mignęły smutek i niepewność, które jednak szybko zasłonił szeroki uśmiech i wyraz tępej nieświadomości, który, jak podejrzewała Marta, był głównie pozą.

– Powiedziałam panu Edwardowi, że panią przygotuję, i to właśnie zrobię! – oświadczyła kobieta, po czym stanowczo usadziła Martę na łóżku i znowu zaczęła robić coś z jej włosami.

– Edward nie będzie mi dyktował, co mam na siebie włożyć! – oburzyła się dziewczyna.

– Oczywiście, że nie! Tym zajmę się ja!

Marta westchnęła i wreszcie się poddała. Przeklęła w duchu swoją zerową asertywność. Gdyby Helena próbowała się z nią rzeczywiście kłócić albo byłaby w jakiś inny sposób nieprzyjemna, dziewczyna może nawet szybko postawiłaby ją do pionu. Ale coś w jej wnętrzu się buntowało na myśl, że mogłaby choćby nakrzyczeć na tak miłą i chętną do pomocy osobę. Zresztą wszystko wskazywało na to, że Helena i tak była w tej machinie bezbronnym trybikiem. Nie do niej powinna kierować swoje pretensje.

– No, bardzo ładnie – ogłosiła Helena, kiedy wplotła jej we włosy błękitną wstążkę, pogłębiając w dziewczynie poczucie, że została wystrojona jak lalka. – Mam nadzieję, że jest pani głodna, przygotowałam śniadanie.

– Cudownie – stwierdziła.

Może i miała w głosie sarkastyczną nutę, ale właśnie zdała sobie sprawę, że nie jadła nic od bardzo dawna, a w międzyczasie spaliła pewnie z milion kalorii, przedzierając się przez góry. Perspektywa jedzenia wydała się atrakcyjna, niezależnie od pozostałych okoliczności.

Helena otworzyła drzwi i Marta po raz pierwszy, od kiedy obudziła się po wypadku, mogła zobaczyć, jak wygląda dom poza sypialnią. Z zainteresowaniem zerkała na drewniane drzwi i podłogi, a także na poprzecierany dywan w korytarzu. Zauważyła żłobienia na belkach sufitowych i kilka obrazków na ścianach, jednak nie udało jej się dostrzec, co przedstawiały. Lubiła dobrze oświetlone pomieszczenia, więc przeszkadzał jej półmrok panujący w środku. Blade, zimowe słońce nie wystarczało, żeby rozproszyć mrok, i aż prosiło się o porządny żyrandol.

Gospodyni zaprowadziła swojego gościa do kuchni. Pomieszczenie musiało być zwrócone na południe, bo wpadało do niego znacznie więcej światła niż do reszty domu. W środku panowało też przyjemne ciepło. Marta wydała z siebie jęk zachwytu.

– Och, jaki piękny piec! – pisnęła i nachyliła się, żeby lepiej się przyjrzeć.

Front i boki piecyka pokrywały ciemnozielone kafle. Na jednym palniku stał pękaty garnek ozdobiony wymalowanymi kwiatkami, a pod drugim dziewczyna dostrzegła buchający ogień. Drzwiczki i uchwyty były zrobione z czarnego żeliwa.

– Ostatni raz widziałam coś takiego w dzieciństwie po pogrzebie prababci – powiedziała z rozmarzeniem. – Po jej śmierci rodzice sprzedali dom i piecyk przepadł razem z nieruchomością. Taka szkoda! Teraz już nie robi się takich pięknych sprzętów.

Helena wpatrywała się w nią z żywym zainteresowaniem. Dziewczyna zdała sobie nagle sprawę z tego, jak nienaturalna jest cisza z jej strony, i odpowiedziała jej pytającym spojrzeniem. Gospodyni zaraz odzyskała swoją werwę.

– No, niech pani siada – poleciła, nijak nie odnosząc się do wywodu na temat pieca.

Zamiast tego usadziła Martę na krześle przy niewielkim stoliku wciśniętym w róg pomieszczenia. Złapała jakąś szmatkę i wprawnym ruchem przesunęła garnek. Zdjęła pokrywkę, a następnie ściągnęła ze ściany powieszony na niej głęboki talerz i dużą łyżką zaczęła nakładać na niego wciąż gotującą się zawartość. Potem sięgnęła do naczynia odstawionego wcześniej obok i dolała do jedzenia coś, czego Marta nie potrafiła zidentyfikować. Gotową porcję postawiła przed gościem i włożyła do środka łyżkę. Usiadła naprzeciwko dziewczyny i wpatrywała się w nią z wyczekiwaniem.

Marta spuściła wzrok na talerz zapełniony szarawą breją. Spojrzała na Helenę i uśmiechnęła się niepewnie. Nie śmiała wybrzydzać, ale prawda była taka, że widok jedzenia raczej przytłumił w niej apetyt, niż go podsycił. Nie chciała jednak być niegrzeczna, więc wreszcie zanurzyła łyżkę w mazi i wsadziła ją sobie do ust.

Daleko było temu do najlepszych rzeczy, jakie jadła, ale spodziewała się czegoś gorszego. Podejrzewała, że je kleik z rozgotowanej mąki. Poza tym ewidentnie dodano do niego jakiś tłuszcz, prawdopodobnie masło, choć o nieco dziwnym posmaku. Jedzeniu na pewno nie zaszkodziłoby trochę przypraw, ale łagodziło głód i dało się je przełknąć, więc nie narzekała.

– Naprawdę świetne, dziękuję – powiedziała z nieco nadmiernym entuzjazmem.

Helena najwyraźniej nie zauważyła przesady w jej głosie, bo cała się rozpromieniła. Dopiero wtedy wstała od stołu i nałożyła jedzenie też sobie.

– Bardzo się cieszę – oświadczyła gospodyni skromnie. – Nie jest to może śniadanie królów, ale dobre i sycące!

Marta uśmiechnęła się uprzejmie i wróciła do jedzenia.

– Pani Heleno, czy teraz może pani mi cokolwiek wyjaśnić? – zapytała, choć bez wielkich nadziei.

– Wszystko w swoim czasie – odparła mechanicznie kobieta, nagle bez reszty pochłonięta nakładaniem drugiej porcji kleiku.

– Tak, wiem, mówiła pani. Edward wszystko wyjaśni. Ale kim, u licha, jest Edward? I co on chce ze mną zrobić?

– W tym domu nie bluźnimy – oświadczyła z nagłą sztywnością kobieta, jednak szybko złagodniała. Spojrzała współczująco na gościa. – Dziecko, wiem, że to trudne, ale naprawdę nie ode mnie powinnaś się wszystkiego dowiadywać. Mądrzejsi lepiej się tym zajmą. Ja cię ubiorę, nakarmię i przenocuję. Ale jeśli chodzi o poważne rzeczy, to już kto inny.

– Nie oczekuję wszystkich szczegółów – jęknęła Marta. – Ale muszę wiedzieć chociaż trochę! Choćby to, czy raczej ktoś pozwoli mi wrócić do domu, czy utnie głowę i zakopie w lesie!

– Nie ucinamy tu nikomu głów! – oburzyła się Helena. – Niechże pani przestanie panikować. Nie ma bezpieczniejszego miejsca na świecie niż Wioska. A teraz niech pani je, zanim wystygnie! – zakończyła stanowczo.

Marta znowu westchnęła. Wciąż niczego się nie dowiedziała, a najwyraźniej spłoszyła kobietę, bo po jej entuzjastycznej paplaninie nie pozostał nawet ślad. Siedziały i jadły w milczeniu.

Nagle cisza została przerwana głośnym pukaniem. Gospodyni odetchnęła z wyraźną ulgą.

– No, to na pewno pan Edward! – ogłosiła radośnie. – Od niego dowie się pani wszystkiego, co trzeba! – Ruszyła w stronę wyjścia z kuchni, ale w progu się zatrzymała i obejrzała niepewnie na dziewczynę. – Ale jakby ktoś pytał… to powie pani, że było jej tu dobrze? Że pokój dobry, jedzenie odpowiednie?

Dziewczyna uśmiechnęła się uprzejmie.

– Oczywiście – zapewniła, jednocześnie zastanawiając się, czym grozili tej kobiecie, że tak bardzo przejmowała się tym, czy Marta nie poskarży się na nie dość miękkie poduszki.

Rozdział 6

Chwilę później Marta usłyszała wielce przejęty głos Heleny. Jak zwykle nie przestawała gadać. Dziewczyna wyobrażała sobie, jak gospodyni ogląda się przy każdym zdaniu za siebie, żeby sprawdzić, czy osoba, która idzie za nią, na pewno słucha.

– Żadnych problemów – zapewniała gorliwie. – Wszystko jest w jak najlepszym porządku! W nocy trzy razy sprawdzałam!

– Cieszę się – odpowiedział spokojny, męski głos.

– A rano wyszłam na zewnątrz! Nie było nawet śladów. A te bym zobaczyła, bo przeca wczoraj padał śnieg. Ale żadnych butów. Oprócz pana, oczywiście. Ale pana ślady to ja rozpoznam zawsze. No i doktora, ale jego to sam pan przyprowadził. I Piotra, bo całą noc trzymał wartę. Ale tak poza tym, to nikogo!

– Nie spodziewałem się niczego innego, ale doceniam twoją ostrożność.

– Oczywiście jakby kto przyszedł, to bym go pogoniła! Ale nikogo nie było. Nawet się nie zbliżył. Nikt nie wchodził, nikt nie wychodził!

Helena wróciła do kuchni. Za nią podążał Edward. Natychmiast odnalazł wzrokiem Martę i obdarzył ją tym swoim upiornym uśmiechem.

– Dzień dobry, Marto – przywitał się.

Dziewczyna starała się całą sobą dać znać, że jest zła i zniecierpliwiona. Wyprostowała się sztywno na krześle i założyła ręce na piersi. Patrzyła na mężczyznę lekko przymrużonymi oczami. Miała nadzieję, że udało jej się dzięki temu osiągnąć efekt podejrzliwości, a nie opóźnienia umysłowego.

– Panie Edwardzie, a może ma pan ochotę na śniadanie? – zaproponowała gospodyni.

– Nie trzeba, Heleno, dziękuję.

– W takim razie zrobię ziółek!

– Również dziękuję, nie.

– To może chociaż szklanka wody?

– Heleno – powiedział Edward znacznie bardziej stanowczo. Wciąż robił wrażenie uprzejmego. Jednak coś w jego głosie sugerowało, że oczekuje zastosowania się do poleceń. – Mamy wszystko. Dziękuję.

Helena przez chwilę niepewnie przestępowała z nogi na nogę.

– No to ja chyba państwa zostawię… – stwierdziła niepewnie.

– Tak chyba będzie najlepiej – odparł mężczyzna, kiwając głową.

Kobieta wycofała się, zerkając jeszcze na Martę. Dopiero kiedy drzwi się za nią zamknęły, Edward odwrócił się do dziewczyny. Powoli odsunął sobie krzesło, na którym siedziała wcześniej Helena, i zajął miejsce.

– Ufam, że udało ci się odpocząć – powiedział.

– Och, darujmy sobie ten small talk – fuknęła Marta ze złością. Wobec Edwarda nie czuła tych samych oporów co w przypadku Heleny i nie zamierzała hamować swoich emocji. Uważała, że dostateczną dozą uprzejmości z jej strony było to, że jeszcze nie wydrapała oczu swojemu rozmówcy. – Nie mam cierpliwości, żeby wysłuchiwać kurtuazyjnego pitolenia.

– W innych okolicznościach poczułbym się obrażony, ale z uwagi na specyfikę sytuacji nie będę brał twoich słów do siebie.

– Tak jakby miało mnie to obchodzić! Postawię sprawę jasno! Spodziewam się, że w ciągu godziny znajdę się w najbliższym mieście innym niż to. A jeśli ktoś spróbuje mnie powstrzymać, to gwarantuję, że nie skończy się to dobrze!

Mężczyzna spokojnie oparł ręce na stole i splótł palce.

– Obawiam się, że mimo moich najszczerszych chęci, żeby zapewnić ci pomoc, to akurat będzie niemożliwe.

Marta zacisnęła pięści, ledwo powstrzymując się przed wbiciem ich w twarz Edwarda.

– Jeśli myślicie, że pozwolę wam się…

– Marto, z Wioski nie ma wyjścia – przerwał jej z nagłym naciskiem. Uśmiech wreszcie odkleił się od jego twarzy. Rozmówca stał się całkowicie poważny. – Nikt nie opuszcza Wioski.

Dziewczyna gapiła się na niego przez sekundę.

– Co, proszę? – zapytała z lekką irytacją.

– Wioska jest odcięta od świata – podjął temat. Mówił nieco łagodniej, choć wciąż pewnie i dobitnie. Jak lekarz przekazujący pacjentowi złą diagnozę. – Nie prowadzi do niej żadna droga. Nikt stąd nie wyjeżdża ani tu nie przyjeżdża. Przypuszczam, że poza nami nikt nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia. Jesteś pierwszą osobą z zewnątrz, którą widzimy od lat. Wielu, wielu lat – dodał po chwili.

Marta zamrugała kilka razy.

– Nie rozumiem – oświadczyła tępo.

– Znajdujemy się w czymś w rodzaju wcięcia w zboczu – wyjaśnił cierpliwie, jakby chciał odpowiedzieć na każde pytanie pacjenta związane z jego chorobą. – Z jednej strony mamy pionową ścianę. Z drugiej przepaść. Z trzeciej łączące je strome zbocze. Nie prowadzi tu żadna droga.

– Przecież to niemożliwe!

– Zapewniam cię, że jak najbardziej możliwe. Później zresztą chętnie cię oprowadzę i zobaczysz wszystko na własne oczy. W każdym razie obawiam się, że szybko się z nami nie pożegnasz.

Marta wpatrywała się w Edwarda szeroko otwartymi oczami. Mężczyzna zastygł z poważnym wyrazem twarzy, zastępującym jego wcześniejszy, uprzejmy uśmiech. Nie odrywał od niej wzroku nawet na chwilę. Dziewczyna chciała dalej się kłócić. Ale coś sprawiało, że nie była w stanie.

– Ty nie kłamiesz, prawda? – zapytała szeptem.

Edward powoli pokręcił głową.

– Mówię całkowitą prawdę.

Marta potrząsnęła głową.

– No dobra – powiedziała tonem negocjacji. Panika coraz bardziej przebijała się do jej świadomości, ale nie zamierzała tak szybko odpuszczać. – Nie ma drogi, niech będzie. Podejrzewam, że jest trochę takich miejsc na świecie, zwłaszcza w górach. Jak przypuszczam, to jakaś… stacja badawcza? I pewnie co kilka miesięcy się zmieniacie? Coś jak ekipy na stacjach kosmicznych?

– Nie wydaje mi się, by stacja badawcza była odpowiednim określeniem…

Marta zignorowała ten komentarz.

– To podejrzewam, że i tak macie jakieś… no nie wiem… lądowisko dla helikopterów? Albo psi zaprzęg? Skądś przecież musicie brać zapasy albo zawozić ludzi do szpitala. Zwłaszcza że nie jesteśmy w Himalajach, tylko w Tatrach! Nie mamy tu ośmiotysięczników, bez przesady! Odcięcie od świata brzmi dramatycznie, ale to pewnie tylko figura retoryczna, no nie? Zresztą sama jakoś tu zeszłam – stwierdziła wreszcie triumfalnym tonem.

– Bardziej wpadłaś, niż zeszłaś, jeśli mamy być precyzyjni.

– Jasne, rozumiem, nikt przecież tego nie planował. – Marta machnęła niecierpliwie ręką. – Zależało wam na efekcie izolacji. Moje władowanie się tutaj może być wam nieco nie w smak, jeśli planowaliście siedzieć tu jeszcze kolejny rok, no ale stało się. Zresztą wam nikt nie każe stąd wyjeżdżać! Im szybciej się stąd zabiorę, tym szybciej wy wrócicie do swojego normalnego trybu. Czymkolwiek jest dla was normalny tryb… Czego by nie dotyczyło to wasze badanie czy eksperyment, ja najwyraźniej w nim przeszkodziłam, więc w interesie nas wszystkich jest mój wyjazd. Tak że rozumiem sytuację, ale teraz chciałabym zadzwonić po TOPR i niech mnie stąd wyciągają, choćby był do tego potrzebny helikopter.

Edward cierpliwie czekał, aż Marta skończy mówić. Odezwał się dopiero, kiedy zamilkła.

– Nie mamy też lądowiska ani zaprzęgów – poinformował ją rzeczowo. – Nie znajdujemy się na stacji badawczej. Nie potrzebujemy dostaw, bo jesteśmy niezależni i całkowicie samowystarczalni. I nie używamy telefonów.

– Jak możecie nie używać telefonów? – oburzyła się. – Co to w ogóle za chory koncept? To jakiś eksperyment społeczny? Sprawdzacie, czy ludzie zamknięci ze sobą zaczną wybijać się nawzajem?

Po twarzy Edwarda przemknęło coś, czego Marta nie zdążyła rozszyfrować.

– Nie. Po prostu nie chcieliśmy brać udziału w tym, co miało miejsce na zewnątrz.

Dziewczyna przewróciła oczami. Jednak wczoraj miała rację – trafiła do domu wariatów. Zastanawiała się, czy to lepsze, czy gorsze od mafii.

– Nie ma miejsca bez wyjścia – stwierdziła. – Zresztą wy też nie możecie tak tkwić przez wieczność. Ile się tak bawicie? Rok? Dwa?

Edward znowu się uśmiechnął. Tym razem wyglądał, jakby zdawał sobie sprawę z tego, że wie więcej od niej.

– Ujmę to tak. Jesteś pierwszą osobą, jaką widzę spoza Wioski.

Marta skrzywiła się.

– W sensie, że od kiedy?

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.

– Pierwszą w ogóle. Co więcej, jesteś pierwszą taką osobą, jaką widziała Helena.

Dziewczyna pokręciła głową.

– To niemożliwe – zaprotestowała.

– Myślę, że w Wiosce mamy jedną osobę, która może pamiętać kogoś z zewnątrz.

Marta poczuła, jak robi się jej sucho w ustach.

– Nie – wyszeptała. – Nie! – powtórzyła głośniej. – Nie kupuję tego. Robisz sobie ze mnie żarty, prawda? To jakiś element tego waszego eksperymentu? Udajecie przed sobą nawzajem, że nigdy nie byliście na zewnątrz, żeby lepiej odgrywać swoje role?

Edward położył łokcie na stole i nachylił się bliżej w jej stronę.

– Marto, tu nie ma żadnego drugiego dna. Nie mówię, że to wszystko jest proste. Historia i funkcjonowanie Wioski to złożona sprawa. Ale niezależnie od wszystkich szczegółów, faktem pozostaje, że jesteśmy odcięci od świata.

Dziewczyna przez dłuższą chwilę gapiła się na niego tępo. Pomysł wciąż nie mieścił jej się w głowie.

– Czyli co teraz proponujesz? – zapytała wreszcie.

– Cóż… – Edward znowu się wyprostował i uprzejmie uśmiechnął. – Tymczasem korzystaj, proszę, z naszej gościnności.

– Jak długo? – naciskała. – Dzień? Dwa?

– Tak długo, jak będzie trzeba – stwierdził, a dziewczynie jego uśmiech znowu wydał się upiorny. – Przypuszczam, że wejście po zboczu nie jest niemożliwe, choć uczciwie uprzedzam, że nie pamiętam, żeby ktoś tego próbował. Nie wiem też, jak wygląda góra po drugiej stronie. Natomiast na pewno zbocze nie jest do pokonania, dopóki leży śnieg. I raczej nie ze skręconą kostką – zakończył, robiąc głową krótki gest w stronę nogi Marty.

Dziewczyna spojrzała w dół, jakby musiała sobie przypomnieć, o jakiej kostce mowa. Oblizała nerwowo wargi. Rzeczywiście może być ciężko, pomyślała. Pal licho to zbocze, ale potem będzie musiała przejść nie wiadomo jaki dystans w nieprzewidywalnych warunkach. Jednak przeprawa przez góry to nie to samo, co podążanie poboczem drogi powiatowej.

Ale nie mogła przecież siedzieć w tym wariatkowie i czekać na cud!

– Edwardzie… – powiedziała oficjalnym tonem. – Nie wnikam w przyczyny waszej… decyzji o odcięciu się od świata. Ale nie mogę tu zostać. Ani czekać w nieskończoność. Dlatego wybaczcie mi, proszę, ale muszę zadzwonić po pomoc.

Patrzył na nią, nawet nie mrugając.

– Nie mamy telefonów – powtórzył, wypowiadając starannie każdą sylabę.

– Ale ja mam – oświadczyła Marta triumfalnie. – Chciałabym dostać z powrotem swoje rzeczy, żebym mogła go użyć.

Mężczyzna przez chwilę mierzył ją wzrokiem, jakby się nad czymś zastanawiał. Marta, która w pewnym momencie uwierzyła nawet, że nie znajduje się w bezpośrednim niebezpieczeństwie, znowu nabrała co do tego wątpliwości. Jednak zanim te myśli zdążyły się pogłębić, Edward odwrócił się w stronę drzwi.

– Heleno – powiedział głośno. – Bądź tak dobra i przynieś Marcie jej bagaż.

Z korytarza rozległ się krótki trzask, jakby ktoś nagle podskoczył. Potem drzwi się uchyliły i wyjrzała zza nich zaczerwieniona twarz gospodyni. Jak nic musiała podsłuchiwać.

– Oczywiście, panie Edwardzie – oświadczyła gorliwie. – Już się robi.

Zapadła cisza. Marta nie odrywała podejrzliwego spojrzenia z Edwarda, a on nie przestawał się uśmiechać. Zanim którekolwiek z nich się odezwało, do kuchni wpadła Helena, niosąc ze sobą plecak i ułożone na nim ubrania. Mężczyzna gestem odprawił gospodynię, która bardzo niechętnie położyła rzeczy na stole i opuściła kuchnię. Następnie skinął w stronę dziewczyny.

– Proszę – powiedział spokojnie.

Marta rzuciła mu jeszcze jedno ponure spojrzenie i sięgnęła po swoje rzeczy. Najpierw otworzyła plecak. Przetrząsała go dłuższą chwilę. Już włączyła jej się panika, że zabrali jej komórkę, ale potem zdała sobie sprawę z tego, że ta rzadko lądowała w plecaku. Dziewczyna odrzuciła go i sięgnęła po kurtkę. Wyciągnęła telefon z kieszeni.

Z ulgą stwierdziła, że był wciąż naładowany. Ledwo, ale jeszcze na kilka godzin oszczędnego używania wystarczy. Nie czekała na zgodę, tylko od razu wybrała sto dwanaście. Przyłożyła komórkę do ucha. W razie gdyby Edward próbował jej ją wyrwać, zamierzała walczyć rękami i nogami. Nawet jeśli nie uda się jej zatrzymać telefonu, mogła wykrzyczeć służbom, co się stało, zanim połączenie zostanie przerwane.

Edward nie wykonał nawet najmniejszego niepokojącego gestu. To jednak okazało się bez znaczenia, bo Marta nie doczekała się nawet sygnału. Szybko usłyszała charakterystyczne piknięcie. Oderwała komórkę od ucha i spojrzała na ekran.

– Kurwa – warknęła. – Brak sygnału. Przeklęte góry.

Podniosła wzrok i spojrzała na Edwarda oskarżycielsko, jakby to była jego wina. Miała wrażenie, że dostrzega, jak z mężczyzny schodzi napięcie. Choć może tylko to sobie wyobraziła.

– Pochodzę po okolicy, sprawdzę, czy gdzie indziej łapie lepiej – mruknęła.

Mężczyzna rozłożył ręce.

– Oczywiście – powiedział. – Cokolwiek, co może ci pomóc.

– Świetnie – rzuciła Marta wyzywającym tonem. – To idę.

– Pozwól, że cię oprowadzę – zaproponował Edward. – Ale najpierw musimy załatwić jedną rzecz – dodał szybko.

Młoda kobieta znowu podejrzliwie zmrużyła oczy.

– Widzisz – podjął mężczyzna – Wioska jest zarządzana przez starszyznę. Nic nie dzieje się bez jej wiedzy i zgody. Zasadne byłoby, żebyś się … przedstawiła. To uspokoi nastroje i utwierdzi wszystkich w tym, że nie masz złych zamiarów.

– A jakie ja bym mogła mieć wobec was złe zamiary? – mruknęła.

– Czyli pójdziesz ze mną?

Dziewczyna machnęła niedbale ręką.

– Jak chcesz. Ale potem pokażesz mi to wasze nieszczęsne zbocze. I poszukam zasięgu.

Rozmówca z uśmiechem pokiwał głową.

– Oczywiście.

Marta wstała, a mężczyzna powtórzył jej ruch, jednak nie zrobił nawet kroku w stronę wyjścia.

– Jest jeszcze jedna rzecz.

– No? Dawaj. Niech zgadnę, gościnność gościnnością, ale nocleg ma swoją cenę.

Edward zaśmiał się krótko.

– Bynajmniej nie chodzi o nic takiego. Widzisz, twoje pojawienie się niewątpliwie wywoła niemały chaos… Podejrzewam, że jak każda tego typu tajemnica, ta też zaczęła się już roznosić. Chciałbym ograniczyć potencjalne negatywne skutki dla naszej społeczności do minimum. Czy mogłabyś… powstrzymać się od opowiadania wszystkim o świecie na zewnątrz?

– Mam z nikim nie rozmawiać?

– Tego nie powiedziałem. Wręcz przeciwnie, ucieszy mnie, jeśli uda ci się nawiązać bliższe więzi z naszą społecznością. Po prostu starannie dobieraj tematy.

Dziewczyna uniosła brwi.

– Chcecie coś ukryć przed własnymi obywatelami? – zapytała zaczepnie.

Mężczyzna pokręcił głową.

– I tak, i nie. Nie chodzi o to, że chcemy przed nimi ukryć coś konkretnego. Sam nie wiem, co dzieje się na zewnątrz. Chcemy po prostu zachować swój status… niezmieniony. Dobrze?

Marta z wahaniem pokiwała głową. Edward od razu się rozpogodził.

– Świetnie. W takim razie zapraszam. Zapoznasz się ze starszyzną. – Zrobił ręką zapraszający gest w stronę drzwi. Marta podążyła w tamtą stronę, wciąż patrząc na niego nieufnie.

Zastanawiała się, czy jeśli straci go z oczu, nie poczuje zaraz uderzenia w głowę, a potem nie obudzi się z wyciętą nerką. Doszła jednak do wniosku, że gdyby chcieli zrobić coś takiego, już dawno nie miałaby tej nerki.

Redakcja

Izabela Smug

 

Korekta

Agata Jagiełło

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Aleksandra Kalbarczyk, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303863

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści