Wdowy z wyboru - Edyta Wyżykowska - ebook
NOWOŚĆ

Wdowy z wyboru ebook

Edyta Wyżykowska

4,0

52 osoby interesują się tą książką

Opis

Nic nie jest na zawsze. Zwłaszcza związek.

Co się może wydarzyć, gdy radę od terapeuty weźmiesz sobie naprawdę mocno do serca?

Olga, niegdyś idealna żona, poznała na to odpowiedź: wszystko. Łącznie z tym, że nieoczekiwanie zostaniesz wdową, a to oznacza, że pilnie potrzebne będą ręce do pomocy – i kawałek ogródka. A potem… Potem może się okazać, że takich jak ty jest więcej. I że im też przydałoby się wsparcie w pozbyciu się męża.

Tak więc Olga postanowiła tę wiedzę wykorzystać. Założona przez nią, tajemnicza, kobieca grupa stała się silną marką na rynku funeralnym. Kłopot w tym, że sława wdowy i jej czarujących koleżanek szybko zaczęła je przerastać. A tym samym przyciągać uwagę nie tylko potencjalnych członkiń, ale i stróżów prawa…

„Wdowy z wyboru” to przewrotna, zabawna i przerażająco aktualna opowieść o kobiecej sile, lojalności, wściekłości oraz tym, ile można znieść, zanim człowiek sięgnie po szpadel.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 223

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Ktoś gdzieś ukradł, za­gar­nął bez­par­do­no­wo moje ży­cie…

Od­wró­ci­łam się tyl­ko na chwil­kę, aby zrzu­cić py­łek z ra­mie­nia, roz­po­znać ja­kiś zna­jo­my ha­łas za ple­ca­mi. A kie­dy od­wró­ci­łam gło­wę… Jego już nie było… To zna­czy – mo­je­go ży­cia. Ta­kie­go, ja­kie zna­łam. By­łam peł­no­let­nia, cho­ciaż w mo­jej gło­wie na­dal kom­plet­nie nie­do­ro­sła. Lu­dzie byli tacy ja­cyś zmę­cze­ni i za­bie­ga­ni za ni­czym. Co się dzie­je…

Od­wró­ci­łam wzrok tyl­ko na chwil­kę. Mały mo­ment, któ­ry oka­zał się wiecz­no­ścią.

Nie ro­zu­mia­łam tego świa­ta do­oko­ła mnie, on nie ro­zu­miał mnie. Na­wet nie pró­bo­wał. By­łam ja­kimś przy­by­szem z prze­szło­ści, za­po­mnia­nej, choć wca­le nie aż tak od­le­głej.

Dla­cze­go ja? Bo Olga to ja.

Rozdział I

OLUŚ, CZYLI JA

Mój sta­ry, drew­nia­ny stół ugi­nał się pod cię­ża­rem żar­cia i wina, któ­re lało się tego wie­czo­ru stru­mie­nia­mi. Wszyst­kie wy­glą­da­ły­śmy, jak­by­śmy mia­ły uczest­ni­czyć w wiel­kiej gali, choć tak na­praw­dę spę­dza­ły­śmy czas w mo­ich skrom­nych czte­rech ścia­nach. Bez żad­nych spe­cjal­nych go­ści, bez fan­far – tyl­ko my. A może wła­śnie dla­te­go wie­czór na­bie­rał wy­jąt­ko­we­go zna­cze­nia. By­ły­śmy tu dla sie­bie. Na­le­ża­ło się nam. Za­słu­ży­ły­śmy.

– Olgu, opo­wiedz jesz­cze raz, jak to się wszyst­ko za­czę­ło – po­wie­dzia­ła roz­ra­do­wa­na Jol­ka, stu­ka­jąc kie­lisz­kiem w blat.

Sie­dzia­ły­śmy wy­god­nie w są­sia­du­ją­cych ze sobą fo­te­lach.

Wszyst­kie spoj­rze­nia były te­raz skie­ro­wa­ne na mnie. Po­czu­łam się tro­chę, jak­bym mia­ła roz­po­cząć wie­czor­ne czy­ta­nie „Opo­wie­ści wi­gi­lij­nej” Dic­ken­sa – i przy­znam, to uczu­cie było przy­jem­ne.

– Na­praw­dę? Chce­cie znów tego słu­chać? – Po­pra­wi­łam się w swo­im wy­god­nym sie­dzi­sku, zer­ka­jąc na ota­cza­ją­ce mnie oso­by z uda­wa­ną po­wa­gą.

– Nie ściem­niaj! – Za­śmia­ła się Jol­ka, uno­sząc kie­li­szek pe­łen mer­lo­ta.

– Ja jesz­cze nie sły­sza­łam, a ra­czej sły­sza­łam, ale nie od cie­bie – wtrą­ci­ła ci­cho Ka­sia, nowa w na­szym gro­nie. Była taka drob­na, a biła od niej nie­spo­dzie­wa­na siła, któ­rą od razu w niej za­uwa­ży­łam. Po­lu­bi­łam ją od pierw­szej chwi­li.

– Oluś, no, da­waj! – po­na­gli­ła Ha­nia. – Każ­da taka im­pre­za daje nam po­rząd­ne­go kop­nia­ka ener­gii, a two­je hi­sto­rie za­wsze brzmią jak naj­lep­szy to­ast. – Ha­nia była naj­po­god­niej­sza z nas wszyst­kich. I taka kon­kret­na. Za­wsze do sed­na.

Spoj­rza­łam na nie wszyst­kie – moje dziew­czy­ny. Każ­da z nich inna, nie­po­wta­rzal­na, cho­ciaż hi­sto­rie, któ­re je po­łą­czy­ły, były bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Każ­da z tych ko­biet wno­si­ła coś wy­jąt­ko­we­go w moje ży­cie.

– No do­brze.

Wes­tchnę­łam te­atral­nie, choć w du­chu cie­szy­łam się, że pro­szą. Lu­bi­łam te mo­men­ty. Opo­wie­ści przy­po­mi­na­ły mi, że nie ma od­wro­tu, że wszyst­ko, co było kie­dyś, zo­sta­je za mną. Te­raz cze­ka­ło mnie tyl­ko jed­no – sza­lo­na jaz­da do przo­du.

– Hi­sto­ria za­czę­ła się pew­ne­go po­po­łu­dnia… choć wła­ści­wie nie „pew­ne­go”, a bar­dzo kon­kret­ne­go. Dzień po wi­zy­cie w ga­bi­ne­cie psy­cho­lo­ga, na­sze­go te­ra­peu­ty mał­żeń­skie­go… – za­czę­łam swo­ją hi­sto­rię spo­koj­nym, wręcz tro­chę usy­pia­ją­cym gło­sem, do­da­jąc so­bie płyn­no­ści ły­kiem czer­wo­ne­go win­ka. – Sta­łam w kuch­ni i pró­bo­wa­łam roz­strzy­gnąć pro­blem, któ­ry ja­koś tak nie­for­tun­nie i na­gle za­ist­niał w moim ży­ciu – kon­ty­nu­owa­łam. – Jak już mi się wy­da­wa­ło, że zna­la­złam od­po­wiedź, któ­rej szu­kam, mój roz­kle­ko­ta­ny umysł pod­su­wał mi nowe sce­na­riu­sze i nie­ja­sno­ści. Nie mia­łam od­po­wie­dzi. Żad­nej. By­łam bez­rad­na. Tak my­śla­łam. Tak czu­łam. Taka by­łam…

***

Jak to po­wie­dział wczo­raj psy­cho­log? – błą­dzi­ło mi w my­ślach nie­ja­sne py­ta­nie.

„Mu­si­cie naj­pierw po­ko­chać sa­mych sie­bie, bo bez mi­ło­ści do sa­mych sie­bie nie po­tra­fi­cie po­ko­chać ani za­ak­cep­to­wać sie­bie na­wza­jem. Usuń­cie wszyst­kie prze­szko­dy, któ­re sta­ną wam na dro­dze do po­ko­cha­nia sa­mych sie­bie…” Ta­kie tam pier­do­ły. Już wte­dy wie­dzia­łam, że to nie za­dzia­ła. Książ­ko­we ga­da­nie. Zu­peł­nie nie­po­par­te prak­ty­ką.

Mi­łość do sa­me­go sie­bie wy­ma­ga nie lada po­świę­ceń. Ba! – więk­szych niż wzglę­dem cze­go­kol­wiek in­ne­go.

Sto­jąc te­raz nad zwło­ka­mi mo­je­go męża, by­łam tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Bez­na­dzie­ja, ba­ła­gan, cha­os i ci­sza… Głu­cha ci­sza. Na­wet pies zo­stał w ogro­dzie i nie miał za­mia­ru wra­cać do domu.

A może zbyt do­słow­nie po­trak­to­wa­łam sło­wa psy­cho­lo­ga? – prze­mknę­ło mi przez myśl.

No, ale jed­nak „usu­nąć wszyst­kie prze­szko­dy, któ­re sto­ją nam na dro­dze do po­ko­cha­nia sa­mych sie­bie”… – zno­wu ana­li­zo­wa­łam, ki­wa­jąc gło­wą i ge­sty­ku­lu­jąc bez­wied­nie.

Moja prze­szko­da le­ża­ła te­raz na pod­ło­dze w kuch­ni. Bez ży­cia, bez po­trze­by ła­pa­nia po­wie­trza w po­dziu­ra­wio­ne płu­ca. Bez tej cho­ler­nej drwi­ny, któ­ra tak ła­two wy­pro­wa­dza­ła mnie z rów­no­wa­gi. Tro­chę taki po­gnie­cio­ny był, ale spo­koj­ny. Miał dziw­ny wy­raz twa­rzy – za­sty­gło na niej zdzi­wie­nie i nie­do­wie­rza­nie. Na­wet za­baw­nie wy­glą­dał. Przy­pa­try­wa­łam mu się z za­in­te­re­so­wa­niem. Nie­śmia­ły uśmiech prze­mknął mi po twa­rzy…

No, ja cał­kiem szur­nię­ta je­stem – po­my­śla­łam wte­dy. Za­dźga­łam sta­re­go i się cie­szę.

Nie, to musi być ja­kiś szok. Tak, to szok, na pew­no. Prze­cież ja je­stem bar­dzo do­brą oso­bą. Po­ma­gam lu­dziom przejść przez jezd­nię i ta­kie tam.

Cze­mu on za ży­cia nie mógł być taki ci­chy? Cią­gle coś ga­dał bez ładu i skła­du. I kła­mał na każ­dym kro­ku. No i w ogó­le mnie nie słu­chał. Sły­szał, ale ni­g­dy nie słu­chał. Na jed­no moje sło­wo miał ty­siąc wy­tłu­ma­czeń i ar­gu­men­tów. Głu­pich, wku­rza­ją­cych wy­ja­śnień. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu. Do­sta­wa­łam szew­skiej pa­sji pod­czas każ­dej kłót­ni. Wie­le razy mu­sia­łam jed­nak prze­łknąć złość i stłu­mić wszyst­ko w so­bie. Bo nie chcia­ło mi się już kłó­cić, a on ni­g­dy by pierw­szy nie od­pu­ścił. Cią­gle od­kła­da­łam na póź­niej cał­ko­wi­te roz­li­cze­nie się z tego związ­ku. Wie­dzia­łam, że mu­szę to za­koń­czyć, ale by­łam zbyt za­ję­ta za­bie­ga­nym ży­ciem co­dzien­nym.

I wte­dy on, to zna­czy Woj­tek, wpadł na tę do­sko­na­łą myśl z wi­zy­tą u te­ra­peu­ty od związ­ków. W za­sa­dzie to ni­g­dy nie ro­zu­mia­łam, cze­mu chciał to wszyst­ko ra­to­wać. Aż kie­dyś ktoś z jego pra­cy mi wspo­mniał, że jego szef był przy­kład­nym mę­żem i nie pro­mo­wał roz­wod­ni­ków… Cóż, Woj­tek był ka­rie­ro­wi­czem, zresz­tą po­dob­nie jak ja. Nie wiem, ile w tym wszyst­kim było praw­dy. Nie­mniej zgo­dzi­łam się iść z nim na wi­zy­tę. Tak dla spo­ko­ju. A te­raz już mia­łam spo­kój. Do­zgon­ny.

Cho­le­ra, a może jed­nak opacz­nie zro­zu­mia­łam za­le­ce­nia te­ra­peu­ty?

Nie, to zde­cy­do­wa­nie nie ja by­łam pro­ble­mem.

Do­bra. I tak za póź­no. Cza­su nie cof­nę. Trze­ba tu po­sprzą­tać, a póź­niej po­my­ślę, co da­lej.

Spraw­dzę, co i jak, i gdzie – ana­li­zo­wa­łam w swo­jej gło­wie.

Mu­szę się przy­go­to­wać i ro­zej­rzeć po do­mo­stwie, zo­ba­czyć, czy mam coś uży­tecz­ne­go na taką oka­zję. By­naj­mniej nie cho­dzi­ło mi o czar­ne ubra­nie. Chy­ba będę po­trze­bo­wa­ła ja­kichś na­rzę­dzi. Ło­pa­ta? Gra­bie? Ja­kieś wor­ki? Za­wsze za pierw­szym ra­zem czło­wiek jest taki nie­zor­ga­ni­zo­wa­ny! Nie wia­do­mo, od cze­go za­cząć! Tro­chę jak pa­ko­wa­nie się na pierw­szy w ży­ciu bi­wak. Ni­g­dy nie wiesz, co ci się przy­da, a póź­niej i tak bra­ku­je ci ty­sią­ca rze­czy. A ko­lej­ny ty­siąc, któ­ry wzię­łaś, za­wa­dza ci i cią­ży przez cały po­byt. Tak się te­raz czu­łam. Nie­zor­ga­ni­zo­wa­na. I tro­chę za­gu­bio­na. Może na­wet bar­dzo za­gu­bio­na. Jak przy­sło­wio­wa An­dzia w par­ku.

– Uhhh… – Wes­tchnę­łam cięż­ko do sie­bie. – Ale so­bie skom­pli­ko­wa­łam i tak mało siel­skie ży­cie!

Było dla mnie ja­sne, że mu­szę ukryć gdzieś zwło­ki. In­nej opcji nie ma. Prze­cież nie będę dzwo­nić po gli­ny.

Skie­ro­wa­łam się w stro­nę drzwi na ta­ras, ale szyb­ko za­wró­ci­łam.

– Za­raz, za­mknę jesz­cze drzwi fron­to­we. Jak­by się tak ko­muś za­chcia­ło tu­taj zaj­rzeć, to by się bi­gos na­ro­bił… – ga­da­łam do sie­bie, jak­by to mia­ło mi po­móc w wy­ja­śnie­niu ca­łej sy­tu­acji, w któ­rej się zna­la­złam ja­koś tak nie­po­rad­nie i bez pla­nu.

Cho­dzi­łam w kół­ko i bez celu.

– Do­bra! Olga, ogar­nij się! Do ga­ra­żu i do szo­py w ogro­dzie trze­ba iść. Szu­kaj, co może być ci uży­tecz­ne – do­ra­dza­łam so­bie na głos.

Na­cią­gnę­łam ka­lo­sze, za­ło­ży­łam sta­rą blu­zę Wojt­ka i po­szłam wresz­cie do ogro­du.

***

Szo­pa w ogro­dzie była lek­ko pod­upa­dła, jak­by ku­la­wa, gdzie­nie­gdzie po­ob­dzie­ra­na. Ster­cza­ła jak ja­kiś strach na wró­ble, tyl­ko za­miast mi­nia­tu­ro­wych pta­ków na da­szek sra­ły mi go­łę­bie są­sia­da. No cóż, na­tu­ra uko­cha­na.

Otwo­rzy­łam za­rdze­wia­łą za­su­wę i po­pchnę­łam drzwi. Za­skrzy­pia­ły jak­by ze zmę­cze­nia i fru­stra­cji, że ktoś je ru­sza. A może nie chcia­ły brać udzia­łu w mo­jej zbrod­ni? A może mi po pro­stu za­czę­ło od­bi­jać i za­czę­łam nada­wać drzwiom ludz­kie ce­chy? Jak niby nie chcia­ły brać udzia­łu w moim krwa­wym pla­nie, prze­cież nie mia­ły czym my­śleć, do cho­le­ry! To tyl­ko bla­cha, i to pła­ska. Skup się, dur­na! – ta­kie my­śli wy­peł­nia­ły mi te­raz pust­kę w gło­wie. Na­praw­dę coś ze mną chy­ba jest nie tak.

Ja na pew­no nie mam wszyst­kich w domu. Zdro­wy roz­są­dek gdzieś mi się wy­sy­pał po dro­dze i za­brał ze sobą wszyst­kie dzia­ła­ją­ce jesz­cze nie­daw­no klep­ki.

W szo­pie było ciem­no i po­nu­ro. Świa­tła elek­trycz­ne­go oczy­wi­ście brak, bo „Po co?” – prze­drzeź­nia­łam w my­ślach mo­je­go męża. „Nikt tu po ciem­ku nie za­glą­da!”

– No, ja­koś te­raz za­glą­dam. I nic nie wi­dzę! I się po­ty­kam. Na­wet po śmier­ci po­tra­fi mnie iry­to­wać. Dziad je­den. Był w tym mi­strzem. Na­praw­dę. Nie miał so­bie rów­nych.

W ką­cie przy wej­ściu sta­ły ja­kieś bel­ki, wi­sia­ły bez­ład­nie sta­re na­rzę­dzia, ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne i za­wa­dza­ją­ce na każ­dym kro­ku. Te­raz też. A może te­raz wła­śnie w szcze­gól­no­ści. Za­czę­łam po omac­ku prze­su­wać po nich ręką, chwy­ta­jąc co któ­rąś, i stu­ka­łam nimi o pod­ło­że. Jed­na, nie­ste­ty, się roz­pa­dła. Mu­sia­ła być bar­dzo zmur­sza­ła. Zo­sta­ła mi w ręku tyl­ko koń­ców­ka. „Może jesz­cze się przy­da” – szy­dzi­łam w my­ślach z Wojt­ka.

Zbie­rał wszyst­ko i za­trzy­my­wał to na wie­ki. Zbie­racz je­den! Gdy­by na­sze mał­żeń­stwo trwa­ło dłu­żej, pew­nie za­ko­pał­by nas w ob­fi­to­ści swo­ich skar­bów.

OK, jest! Zna­la­złam! Sta­ry, za­rdze­wia­ły szpa­del. A tak na mar­gi­ne­sie – czy sta­ry szpa­del jest zu­ży­ty, czy sko­pa­ny? Hmm…

Do­brze! Ten może być. Opar­łam go o ze­wnętrz­ną ścia­nę szop­ki. Dziś speł­ni rolę swo­je­go szpa­dlo­we­go ży­cia. Bę­dzie ko­pał do upa­dłe­go. Albo za­ko­py­wał upa­dłe­go.

Ta­kie hi­sto­rie i po­dob­ne plą­ta­ły mi się po gło­wie. Do dziś po­dej­rze­wam, że było to wszyst­ko wy­ni­kiem szo­ku, któ­re­go do­zna­łam za­raz po tym, co się wy­da­rzy­ło w kuch­ni. Nie po­tra­fi­łam tego jesz­cze na­zwać. Bo czy to było za­bój­stwo? Nie czu­łam się jak za­bój­ca. Przy­pad­ko­wa śmierć? No tro­chę trud­no na­zwać przy­pad­kiem te wszyst­kie dźgnię­cia. Na pew­no był to na­pad fu­rii z mo­jej stro­ny. Ta sy­tu­acja na­ra­sta­ła od wie­lu mie­się­cy, może na­wet kil­ku lat. No i pę­kłam w koń­cu.

Kur­de, tu­taj był taki dy­wan, jesz­cze po sta­rych wła­ści­cie­lach… Mo­gła­bym w nie­go za­wi­nąć cia­ło. Gdzie on może le­żeć? – pró­bo­wa­łam się roz­glą­dać w ciem­no­ściach.

Oo, je­steś – po­my­śla­łam. Le­żał w rogu, jak­by cze­kał na ten dzień, kie­dy bę­dzie przy­dat­ny. Za­czę­łam go szar­pać i pod­no­sić. Ale bez­sku­tecz­nie. Chy­ba coś go przy­gnia­ta­ło. Gdy­by nie te pie­przo­ne ciem­no­ści, nie mu­sia­ła­bym zga­dy­wać co! Wresz­cie, cięż­ko dy­sząc, wy­tar­mo­si­łam go z cze­lu­ści i prze­cią­gnę­łam mały ka­wa­łek w stro­nę domu.

– Cho­le­ra, cięż­ki jest! Nie ma mowy, nie unio­sę. Nie mogę pod­nieść sa­me­go dy­wa­nu, a co do­pie­ro ze zwło­ka­mi… Za sła­ba je­stem, sama nie dam rady.

Nie­sa­mo­wi­te, jak mój mózg szu­kał roz­wią­zań. Pod­su­wał mi roż­ne opcje. Jak­by zo­stał prze­sła­ny mi do roz­wią­za­nia ja­kiś test, szu­ka­nie wyj­ścia z la­bi­ryn­tu, ba­da­nie IQ. Ab­so­lut­nie nie zna­łam sie­bie z tej stro­ny.

Wy­ję­łam z kie­sze­ni te­le­fon i chwi­lę bez­rad­nie pa­trzy­łam na mały ekra­nik. Do kogo mogę za­dzwo­nić? Hmm. De­li­kat­na spra­wa. Mu­szę być bar­dzo ostroż­na. Nie każ­dy zro­zu­mie, dla­cze­go to zro­bi­łam. Więk­szość pew­nie za­raz we­zwie po­li­cję, na­wet bez wy­słu­cha­nia mnie do koń­ca. Musi być ktoś, kto zna mnie i kto znał Wojt­ka. I na­sze pro­ble­my.

Jol­ka, oczy­wi­ście. Je­dy­na i naj­lep­sza – oświe­ci­ło mnie.

***

Tu­taj po­le­cia­ło kil­ka gwiz­dów uzna­nia od zgro­ma­dzo­nych dziew­czyn. Kil­ka okla­sków, prze­ry­wa­ją­cych moją hi­sto­rię.

Jol­ka po­wsta­ła zgrab­nie i ukło­ni­ła się te­atral­nie.

To mnie tyl­ko za­chę­ci­ło do kon­ty­nu­owa­nia mo­jej opo­wie­ści.

***

Jol­ka ode­bra­ła pra­wie na­tych­miast.

– Jolu ko­cha­na, czy mia­ła­byś chwil­kę, aby do mnie wpaść? – za­py­ta­łam szyb­ko.

– Te­raz??

– No…

– Ok, ale tak z dzieć­mi i z Piotr­kiem?

– Nie, bez dzie­ci i zde­cy­do­wa­nie bez męża. Taka tam chwi­lów­ka, szyb­ka kaw­ka. Z przy­ja­ciół­ką w po­trze­bie. Po­ga­da­my, po­sie­dzi­my… – Coś za­ko­pie­my, do­da­łam w my­ślach. – Wiesz, tak na luź­no. – Pró­bo­wa­łam brzmieć jak naj­bar­dziej na­tu­ral­nie.

– No do­bra, będę nie­dłu­go. Ale kaw­ka? O tej po­rze? Hmm…

– Aha, i nie ubie­raj się zbyt ele­ganc­ko. – Uda­łam, że nie sły­szę jej do­cie­kań. – Ra­czej wy­god­nie. I może się zda­rzyć, że skoń­czy­my póź­no, więc uprzedź Piotr­ka, aby po­ło­żył dzie­cia­ki spać. Pew­nie wró­cisz ju­tro – rzu­ci­łam do słu­chaw­ki.

Albo za ty­dzień, jak wszyst­ko pój­dzie do­brze; a jak nie, to jak od­bę­dziesz wy­rok za po­moc w ukry­ciu zwłok – do­da­łam już do sie­bie, po roz­łą­cze­niu się. Czy aby na pew­no do­brze ro­bię? Czy mogę ła­do­wać Jol­kę w ta­kie kło­po­ty?

NASTĘPNEGO DNIA

Le­d­wo utrzy­my­wa­łam otwar­te oczy. Trzy­ma­łam w ręku ku­bek z go­rą­cą, pa­ru­ją­cą kawą. Za­wsze lu­bi­łam pa­trzeć, jak para mie­sza się z rześ­kim po­wie­trzem po­ran­ka. Ta­kie małe po­ran­ne „ma­gic”. Otwo­rzy­łam szkla­ne drzwi na ta­ras. Taj­fun na­tych­miast prze­mknął obok mnie na swo­ją po­ran­ną to­a­le­tę. Wcią­gnę­łam głę­bo­ko po­wie­trze i za­trzy­ma­łam je na chwi­lę w płu­cach. Moja po­ran­na por­cja jogi. Bar­dzo nie­za­awan­so­wa­na, ale kie­dyś czy­ta­łam, że na­wet pięt­na­sto­mi­nu­to­we wsłu­chi­wa­nie się w od­głos kro­pli desz­czu za­li­cza się do prak­ty­ko­wa­nia jogi. Ja wdy­cha­łam po­wie­trze i słu­cha­łam śpie­wu pta­ków. Może być. Joga jak nic. Dla mnie od­ha­czo­ne. I tego będę się trzy­mać.

Pięk­ny ra­nek! Tak cu­dow­nie, le­ni­wie, spo­koj­nie. Za każ­dym ra­zem o tej po­rze w mo­jej gło­wie brzmiał Bar­ry Whi­te ze swo­im cie­płym „Let the mu­sic play”. Nie­sa­mo­wi­ty głos, nie­sa­mo­wi­ta mu­zy­ka. Każ­dy dzień był lep­szy z Bar­rym w tle.

Wy­su­nę­łam sto­pę na zim­ną pły­tę ta­ra­su. Przy­jem­nie i ku­szą­co. Da­łam kil­ka kro­ków. Tra­wa pie­ści de­li­kat­nie sto­py i ką­pie je w kro­plach rosy. Kur­de, jak ro­man­tycz­nie.

Oczy­wi­ście nie zimą, bo wte­dy o 5:30 rano jest jesz­cze kom­plet­nie ciem­no i nie­przy­jem­nie. I w du­pie mam prak­ty­ko­wa­nie jogi. Chcę wte­dy spać.

Ale do rze­czy. Mamy z Taj­fu­nem swo­ją ru­ty­nę. Wy­cho­dzi­my ra­zem na po­ran­ne pięt­na­ście-dwa­dzie­ścia mi­nut w ogro­dzie. Tyl­ko my we dwo­je. I to nie­za­leż­nie od pory roku. Ra­zem mar­z­nie­my w mroź­ne po­ran­ki je­sie­ni i zimy i ra­zem słu­cha­my gło­su wio­sen­no-let­nie­go po­ran­ka. Tak już od pię­ciu lat, od­kąd ten wspa­nia­ły szcze­niak za­wi­tał w moje pro­gi. We­dług opi­nii in­nych – jest wku­rza­ją­cy i do­ku­cza na każ­dym kro­ku. Ja ko­cham go bez­gra­nicz­nie. Moje psie dziec­ko.

De­lek­tu­ję się wi­do­kiem pięk­nie ro­sną­cych kwia­tów i piję po­ran­ną kawę, a Taj­fun sika i wy­ci­ska nu­mer dwa. Będę mu­sia­ła to póź­niej po­sprzą­tać, ale co tam. Per­fek­cyj­ny duet. Dzień jak co dzień. Wcią­gnę­łam to ide­al­nie pach­ną­ce wcze­sną porą po­wie­trze, ro­zej­rza­łam się ra­do­śnie po ogro­dzie i w tym mo­men­cie za­trzy­ma­łam wzrok na szpa­dlu opar­tym o szo­pę.

– Och, no tak… – za­mru­cza­łam do sie­bie z dziw­nym, na­wet jak dla mnie, to­nem gło­su.

W pa­mię­ci po­wró­ci­ły nie­ja­sne wspo­mnie­nia wczo­raj­sze­go wie­czo­ru i po­ło­wy nocy, ob­ra­zy zno­wu sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią. Spoj­rza­łam na swo­je dło­nie, na czar­ne pa­zu­ry. Do­słow­nie w mo­men­cie roz­bo­la­ła mnie gło­wa.

– No nie, kur­wa­aaa! Cze­mu nie za­ło­ży­łam rę­ka­wi­czek?! Pa­zu­ry znisz­czo­ne, jak chłop z ko­mu­ny ma­ło­rol­ny. – Moje dło­nie to był ob­raz nę­dzy i roz­pa­czy.

Kie­dy Jol­ka po­szła? Pa­mię­tam do­kład­nie, że przy­szła. A może zo­sta­ła u mnie? Cho­le­ra, nie pa­mię­tam. Whi­sko­wa­ły­śmy się ostro wczo­raj pod­czas ko­pa­nia dołu. (Dołu…!!) Po­szła na­wet ta bu­tel­ka, co była na ba­ar­dzo spe­cjal­ną oka­zję. Trzy­dzie­sto­let­ni bo­ur­bon, któ­ry ktoś kie­dyś przy­wiózł Wojt­ko­wi z po­dró­ży do Sta­nów. Po­noć, hmmm, dro­ga sztu­ka. Jep­tha Cre­ed, he­avy bo­ur­bon. No, na­wet do­bry był… To zna­czy – chy­ba był do­bry, bo he­avy na pew­no, aż film mi się urwał. Cał­ko­wi­cie. Cho­ciaż tu­taj przy­czy­ną może być ilość, a nie ja­kość al­ko­ho­lu, któ­ry spo­ży­łam wczo­raj. Po­ki­wa­łam twier­dzą­co gło­wą. Jak­bym przy­zna­wa­ła ra­cję roz­mów­cy. Za­czę­ło mnie mdlić nie­mi­ło­sier­nie. To, co nie wy­pa­ro­wa­ło, chcia­ło się na­tych­miast wy­do­stać na ze­wnątrz inna dro­gą…

Mój wzrok znów po­wę­dro­wał w stro­nę szpa­dla.

Cóż, ofi­cjal­nie je­stem sin­giel­ką. A szpa­del mu­szę umyć, i to ko­niecz­nie – po­my­śla­łam, nie­umie­jęt­nie po­wstrzy­mu­jąc na­si­la­ją­ce się mdło­ści.

Rzy­ga­łam pół go­dzi­ny bez ustan­ku. Dużo tego al­ko­ho­lu wczo­raj prze­ro­bi­ły­śmy i mam na­dzie­ję, że – oczy­wi­ście wy­łą­cza­jąc z gro­na po­dej­rza­nych wspo­mnia­ną wcze­śniej bu­tel­kę whi­sky – były to trun­ki le­gal­ne i nie bę­dzie­my świe­cić w ciem­no­ści. Albo – co gor­sza – nie będę od­po­wie­dzial­na za śle­po­tę nas obu. Czy­ta­łam kie­dyś, że nie­le­gal­ny al­ko­hol może pro­wa­dzić do śle­po­ty. Cóż, ja­ki­kol­wiek by był, na chwi­lę obec­ną za­ata­ko­wał mój układ po­kar­mo­wy.

– Łeb mi pęka, mu­szę zna­leźć Jol­kę i usta­lić, co da­lej – po­wie­dzia­łam do sie­bie po osta­tecz­nym, jak my­śla­łam, spa­zmie żo­łąd­ka w to­a­le­cie.

My­li­łam się jed­nak bar­dzo, rzy­ga­łam jesz­cze przez pra­wie dwa dni. I się­gnę­łam dna od­wod­nie­nia, o ja­kim wcze­śniej nie sły­sza­łam. Głu­pi ame­ry­kań­ski bo­ur­bon, brrr. Ni­g­dy wię­cej. Wody, wody, wody.

Wpa­dłam do ła­zien­ki na dole w ostat­niej chwi­li. Mój ty żo­łą­decz­ku! Ale cię za­ła­twi­łam. To zna­czy się. Sie­bie.

Brud­ny szpa­del, a w kuch­ni chy­ba na­dal jest krew (no, jak za­schła, to bę­dzie mega trud­no ją zmyć), po­roz­rzu­ca­ne rze­czy po ca­łym domu. Jak­by do­słow­nie tor­na­do prze­szło. Sprzą­ta­nia na dwa dni dla ca­łej gru­py lu­dzi bę­dzie.

Wy­szłam z to­a­le­ty, zaj­rza­łam do kuch­ni i onie­mia­łam – było… czy­sto. Mu­sia­ły­śmy po­sprzą­tać wczo­raj. No, do­bry ten bo­ur­bon, kom­plet­nie nie pa­mię­tam sprzą­ta­nia – tro­chę uspra­wie­dli­wia­łam głów­ne­go spraw­cę mo­je­go złe­go sa­mo­po­czu­cia dzi­siaj. Nie był taki zły. Nie wiem, skąd bra­ły się w mo­jej gło­wie te zło­te my­śli. My­ślą­ce bla­sza­ne drzwi i bo­ur­bon na­ma­wia­ją­cy mnie do pi­cia oraz złych wy­bo­rów. Nie­ofi­cjal­nie mó­wiąc, stwier­dzam po­now­nie – po­win­nam się le­czyć. Je­stem nie­nor­mal­na. I świa­do­mie to po­twier­dzam.

A tak na po­waż­nie: je­stem to­tal­nie w psiej du­pie… Kom­plet­nie. To zna­czy, że nie mam cał­ko­wi­cie pla­nu, co da­lej. Kom­plet­na pust­ka w ska­co­wa­nej gło­wie. Trze­ba im­pro­wi­zo­wać. Jak ja to, kur­de, te­ścio­wej wy­tłu­ma­czę? Że gdzie jest jej sy­nuś? Jak to wy­ja­śnić? Prze­cież nie po­wiem, że za­si­la moje kwiat­ki. Te i po­dob­ne my­śli tłu­kły mi się po obo­la­łej mó­zgow­ni­cy.

Tyl­ko spo­koj­nie, Olga, tyl­ko spo­koj­nie. To nie tak, że tyl­ko ty zna­la­złaś się w ta­kiej sy­tu­acji. Je­stem pew­na, że ty­sią­ce, może na­wet mi­lio­ny ko­biet ma­rzą o tym, by za­dźgać swo­je­go męża, by­dla­ka jed­ne­go – po­ta­ki­wa­łam gło­wą do swo­ich my­śli.

Cóż, może nie wszyst­kie wcie­la­ją te my­śli w czyn. I tu­taj się wy­róż­ni­łam zde­cy­do­wa­nie ostat­nie­go wie­czo­ru. We­szłam na czer­wo­ny dy­wan w po­pla­mio­nej krwią suk­ni i tyl­ko okla­sków mo­ich fa­nów brak. A może po pro­stu nie od­bie­ram na od­po­wied­niej czę­sto­tli­wo­ści. Może mi kla­ska­ją i krzy­czą: „Do­bra ro­bo­ta! Well done!¡Bien he­cho!Ben fat­to!”, i tak da­lej. Tłu­my roz­wrzesz­cza­nych ko­biet wal­czą­cych o swo­je ra­cje. No, taki ob­raz może być. Na chwi­lę się roz­po­go­dzi­łam. Nie chcę być tą złą, co za­bi­ła męża dla swo­jej przy­jem­no­ści. Zro­bi­łam to w szczyt­nym celu osią­gnię­cia wol­no­ści. Cał­ko­wi­tej.

A te­raz…

Kur­wa w mor­dę je­ba­na…

(W mo­men­tach eks­tre­mal­ne­go stre­su lub wy­czer­pu­ją­ce­go my­śle­nia prze­kli­nam jak szewc, wy­my­śla­jąc nie­sa­mo­wi­te kom­bi­na­cje ję­zy­ko­we. Sta­ję się do­słow­nie Mic­kie­wi­czem wul­ga­ry­zmów; nie­ste­ty – taka bie­gun­ka słow­na nie jest ja­koś spe­cjal­nie na­gra­dza­na w li­te­rac­kim świe­cie).

Ale wra­ca­jąc do my­śli głów­nej: co się mo­gło wy­da­rzyć? Gdzie znik­nął Woj­tek? Co po­dać za ofi­cjal­ną wer­sję wy­da­rzeń? Gdzie mógł się te­raz ofi­cjal­nie znaj­do­wać? Taj­lan­dia?

Mój mózg pra­co­wał bar­dzo szyb­ko. Hi­sto­ryj­kę mu­szę wy­my­ślić. I to na­tych­miast. Do­brą ja­kąś. Bez za­rzu­tów i ty­sią­ca py­tań. A ra­czej z ty­sią­cem od­po­wie­dzi. Bo py­ta­nia będą na pew­no. Mnó­stwo py­tań. Wręcz nie­praw­do­po­dob­ne do wy­ko­na­nia. Mu­szę wy­si­lić twór­czą stro­nę mo­jej mó­zgow­ni­cy. I to eks­tre­mal­nie.

Prze­ra­ża­ją­ce było to, że nie­waż­ne, jak bar­dzo ab­sur­dal­ne opo­wie­ści wy­my­śla­łam, każ­da hi­sto­ryj­ka za­wie­ra­ła ziar­na praw­dy. Mę­czy­łam się.

***

Kil­ka słów na te­mat Wojt­ka.

Otóż Wojt­ko­wi trud­no przy­cho­dzi­ło do­trzy­ma­nie wier­no­ści, któ­rą tak uro­czy­ście w ko­ście­le przy­się­gał. To po­wo­do­wa­ło mię­dzy nami wie­le kłót­ni. On był za­wsze w go­to­wo­ści, kie­dy tyl­ko w oko­li­cy po­ja­wia­ła się ja­kaś bab­ka. Bez wzglę­du na ja­kość, wiek lub stan. Wy­star­czy­ło, że była, nie­waż­ne jaka, a on już do­sta­wał świą­du na­rzą­dów. Pod­ry­wał wszyst­kie, mógł­by być taką od­mia­ną su­gar-syn­ka.

Za­tem…

Był nie­szczę­śli­wy. Tak za­cznę hi­sto­ryj­kę. Jego ma­mu­sia to kupi. Tak. Bo to bę­dzie prze­ciw­ko mnie, a wy­bie­li jej sy­nu­sia. Bę­dzie pew­na, że Woj­tuś wy­je­chał gdzieś z jed­ną ze swo­ich ko­cha­nek, któ­ra po­win­na była no­sić jego na­zwi­sko za­miast mnie, nie­wdzięcz­ni­cy jed­nej. Mógł znacz­nie le­piej wy­brać, ale uparł się na mnie. No wła­śnie. Był upar­ty i wy­brał mnie. To mu­szę wy­ko­rzy­stać.

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, też nie wiem, cze­mu mnie wy­brał.

Ko­chać na za­bój nie umiał, może po pro­stu pyk­nę­łam więk­szość kwa­dra­ci­ków na jego li­ście? Sama ni­g­dy nie mo­głam tego po­jąć. Bo to, że mnie nie ko­chał, zro­zu­mia­łam w pierw­szym ty­go­dniu mał­żeń­stwa. Te­ścio­wa ni­g­dy mnie nie za­ak­cep­to­wa­ła, uwa­ża­ła mnie za naj­więk­szą po­mył­kę swo­je­go syna. Cze­ka­ła na dziew­czy­nę, któ­ra pew­nie kie­dyś bę­dzie w sta­nie uro­dzić jej upra­gnio­ne, pięk­ne wnu­ki. By za­cho­wać li­nię ich na­zwi­ska. Mia­łam z tego nie­zły ubaw, bo aku­rat ja by­łam ostat­nią oso­bą, któ­ra mo­gła­by po­móc w prze­dłu­że­niu rodu. Po pro­stu nie lu­bi­łam dzie­ci.

Tak, mia­łam tę ska­zę nie­wy­ba­czal­ną. Śmia­łam mieć wła­sne zda­nie na te­ma­ty tabu. Ro­dze­nie dzie­ci w ogó­le mnie nie in­te­re­so­wa­ło, pa­nicz­nie boję się bólu i ni­g­dy nie chcia­łam tej od­po­wie­dzial­no­ści za ko­goś. Ja­sno po­wie­dzia­łam na sa­mym po­cząt­ku, że się do tego nie na­da­ję.

Przez kil­ka ty­go­dni po ślu­bie in­te­re­so­wa­ło mnie, gdzie mój mąż spę­dza week­en­dy i więk­szość wie­czo­rów. Bo prze­cież nie u nas w domu. Jako żo­nie wy­da­wa­ło mi się to nor­mal­ne. Ale te­ścio­wa za­wsze mnie wte­dy stro­fo­wa­ła. No, wy­my­śli­łam so­bie! Co ja de­tek­tyw ja­kiś je­stem? Albo Szek­spir no­wo­cze­sny? Książ­kę pi­szę? Po co go spraw­dza­łam? Jak­bym nie drą­ży­ła te­ma­tu, to by go nie było. Nic bym nie wie­dzia­ła.

Nie­mą­dra baba je­stem, lu­bię się uniesz­czę­śli­wiać. Za­miast czer­pać peł­ny­mi gar­ścia­mi z tego, co mam (mia­łam!).

Męż­czy­zna robi, co musi. A ja nie po­win­nam py­tać.

– Jak nie chcesz, żeby bo­la­ło, to po co szu­kasz tego bólu? Zo­staw. – Ta­kie wy­ja­śnie­nia kie­dyś otrzy­ma­łam od te­ścio­wej. – Patrz na moje szczę­śli­we mał­żeń­stwo. Bierz przy­kład, nie py­taj. Bądź po­słusz­na, ule­gła, pięk­na, za­wsze go­to­wa i ni­g­dy nie py­taj, gdzie spę­dził noc. – Moja nowo na­by­ta ma­mu­nia prze­ko­ny­wa­ła mnie do uro­ków mał­żeń­stwa.

– Nie ro­zu­miem? – za­py­ta­łam wte­dy, kom­plet­nie zbi­ta z tro­pu, choć ma­mu­sia ja­sno okre­śli­ła już moją ścież­kę ży­cio­wą.

– Zro­zu­miesz, kie­dy przyj­dzie na to czas, ko­cha­na. – Otrzy­ma­łam w od­po­wie­dzi.

Te­ścio­wa nie prze­mó­wi­ła już ni­g­dy wię­cej na ten te­mat. Te­raz wiem cze­mu. Nie było głęb­szej praw­dy. Z cza­sem ja też to ola­łam.

A Woj­tek – cóż, zni­kał czę­sto wie­czo­ra­mi, niby na spo­tka­nia z klien­ta­mi (to była jego ulu­bio­na wy­mów­ka), ale za­wsze tak dziw­nie się skła­da­ło, że klien­ci pach­nie­li ta­ni­mi dam­ski­mi per­fu­ma­mi. A on, bied­ny, przy­no­sił te won­no­ści do na­sze­go domu o czwar­tej nad ra­nem albo, jak był do­bry klient, na­wet po śnia­da­niu dnia na­stęp­ne­go. To była na­sza wiecz­na kość nie­zgo­dy. Ja wie­dzia­łam, a on bar­dzo nie­umie­jęt­nie za­prze­czał. Żad­ne z nas jed­nak nie mo­gło się zdo­być na osta­tecz­ny krok i za­koń­czyć tej mał­żeń­skiej far­sy. Mnie się nie chcia­ło, a on, jak po­dej­rze­wam, bał się zmian. I było mu wy­god­nie. Fa­cet zbyt le­ni­wy, by bie­gać po praw­ni­kach. On kom­plet­nie nie był ma­te­ria­łem na męża ani part­ne­ra – mo­je­go czy in­nej ko­bie­ty. Po pro­stu nie na­le­żał do mo­no­ga­mi­stów. I tyle.

Tam­te­go wie­czo­ru by­łam bar­dzo za­gu­bio­na, za­to­pio­na w my­ślach, któ­re mknę­ły w mo­jej gło­wie z siłą po­tęż­ne­go wo­do­spa­du. I co chwi­lę zmie­nia­ły kie­ru­nek. To była ostra jaz­da bez trzy­man­ki w mo­jej gło­wie.

W ta­kich chwi­lach bar­dzo bra­ko­wa­ło mi mo­ich ro­dzi­ców. Ode­szli za wcze­śnie, lata za wcze­śnie. Zgi­nę­li w głu­pim wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym.

By­łam wte­dy na obo­zie, a oni wła­śnie je­cha­li, by mnie od­wie­dzić. Cię­ża­rów­ka nie wy­ha­mo­wa­ła na za­krę­cie i wbi­ła ich sa­mo­chód w ba­rier­ki. Zgi­nę­li na miej­scu.

Nie mia­łam ro­dzeń­stwa, ja­koś tak wy­szło, ale dla nich by­łam ca­łym świa­tem.

Kie­dy otrzy­ma­łam wia­do­mość, że ro­dzi­ce nie żyją, wy­łam jak bóbr, aż nie mo­głam wi­dzieć przez za­puch­nię­te oczy. Wy­glą­da­łam jak małe czer­wo­ne pro­się ze wzro­kiem bied­ne­go opusz­czo­ne­go psia­ka.

Pa­mię­tam nasz dom, któ­re­go w ogó­le nie mo­głam roz­po­znać w dniu po­grze­bu. Wszy­scy ci obcy lu­dzie, pa­trzą­cy na mnie z po­li­to­wa­niem i chy­ba na­wet z praw­dzi­wy­mi łza­mi w oczach. Nie zna­łam ich. Nasz dom pach­niał tak obco. Nie było nic, co mo­gło­by uko­ić moje małe, bied­ne ser­dusz­ko. Przy­tu­la­łam miś­ka, któ­re­go do­sta­łam kie­dyś na Gwiazd­kę. Wte­dy czu­łam się tro­chę le­piej. Pach­niał mamą.

Za­bra­li mnie do ko­ścio­ła, póź­niej na cmen­tarz. Były dwie ta­kie same trum­ny, z wy­po­le­ro­wa­ny­mi na wy­so­ki po­łysk ta­blicz­ka­mi. Na nich imio­na i na­zwi­sko ro­dzi­ców. Te ta­blicz­ki były ostat­nim moim fi­zycz­nym po­łą­cze­niem z tatą i mamą, a za­ra­zem ostat­nim eta­pem ży­cia mo­ich ro­dzi­ców tu na zie­mi. Wię­cej już nic nie bę­dzie. Wszyst­ko, co było zwią­za­ne z nimi, całe moje do­tych­cza­so­we, bez­tro­skie, fan­ta­stycz­ne ży­cie – le­gło w gru­zach.

Było mi bar­dzo źle, smut­no i nie­swo­jo. Za­pa­da­łam się co­raz głę­biej i głę­biej w ot­chłań roz­pa­czy. Bu­dzi­łam się tyl­ko po to, by pła­kać wię­cej i wię­cej. Chcia­łam, by ten ból się w koń­cu skoń­czył, żeby moje ser­ce zna­la­zło spo­kój. Chcia­łam być z mamą i tatą. Przez mój zmę­czo­ny umysł prze­cho­dzi­ły set­ki po­my­słów, jak ze sobą skoń­czyć. My­ślę, że by­łam o krok od by­cia naj­młod­szym sa­mo­bój­cą w kra­ju.

Tak mi­ja­ły ty­go­dnie. Ale mu­sia­łam w koń­cu się ogar­nąć, nikt nie był tak na­praw­dę za­in­te­re­so­wa­ny po­cie­sza­niem smar­ku­li. Ży­cie to­czy­ło się do przo­du. Wte­dy wła­śnie po­sta­no­wi­łam, że nie będę mieć dzie­ci, aby nikt ni­g­dy nie mu­siał cier­pieć tak jak ja.

Jak stać się do­ro­słą w parę dni? To chy­ba nie­moż­li­we. A jed­nak mu­sia­łam do­ro­snąć i to pra­wie na­tych­miast. Mia­łam osiem lat i ni­ko­go, komu by na mnie za­le­ża­ło. Sę­dzia nie wie­dział, co ze mną zro­bić. Opcją był dom dziec­ka albo ktoś z ro­dzi­ny. W koń­cu od­da­li mnie do ja­kie­goś bar­dzo da­le­kie­go wuj­ka, któ­ry oka­zał się dla mnie naj­bliż­szą do­stęp­ną ro­dzi­ną. Dom zo­stał sprze­da­ny, kre­dyt spła­co­ny, a resz­ta pie­nię­dzy wpła­co­na na kon­to, któ­re mo­głam ru­szyć, jak skoń­czę dwa­dzie­ścia je­den lat.

Moja nowa ro­dzi­na… Cóż, nie mie­li dla mnie za bar­dzo miej­sca, ale przy­ję­li i dba­li, jak umie­li. Jed­nak mi­ło­ści mi dać nie mo­gli, bo ta­kiej u nich nie było. Do­sta­wa­li na moje utrzy­ma­nie pie­nią­dze od rzą­du, więc nie na­rze­ka­li aż tak bar­dzo. Miesz­ka­łam u nich do osiem­na­ste­go roku ży­cia, skoń­czy­łam li­ceum kra­wiec­kie i wy­pro­wa­dzi­łam się. Za­rów­no oni, jak i ja przy­ję­li­śmy to z mil­czą­cym wes­tchnie­niem ulgi.

Wy­je­cha­łam do Ło­dzi, bo uwiel­bia­łam szyć i chcia­łam da­lej uczyć się w tym kie­run­ku, po­dą­żać ścież­ką kre­ato­ra stro­jów. Tak wte­dy my­śla­łam.

W ten spo­sób roz­po­czę­łam swo­ją „do­ro­słą” dro­gę. Po­zna­łam lu­dzi ci­chych i gło­śnych. Do­brych i złych. Po­dró­żo­wa­łam tro­chę, pra­co­wa­łam w jed­nej ze słyn­niej­szych pra­cow­ni kra­wiec­kich i uczy­łam się.

W tym cza­sie po­zna­łam mo­je­go pierw­sze­go męża. Uśpił moją czuj­ność, wąż je­den, i obu­dzi­łam się kie­dyś jako jego żona… I to nie w Ve­gas, tyl­ko w ma­łej gmi­nie pod Ło­dzią.

– By to chu­dy byk! – Po ty­go­dniu już wie­dzia­łam, że to był na­stęp­ny tępy klik na kla­wia­tu­rze mo­je­go za­bło­co­ne­go kło­po­ta­mi ży­cio­we­go kom­pu­te­ra.

Roz­wód na­stą­pił po trzech mie­sią­cach. Czu­łam się, kur­de, jak gwiaz­da fil­mo­wa – ślub na parę mie­się­cy. Do­brze, że tyl­ko cy­wil­ny, a nie ko­ściel­ny. Cho­ciaż na „Bo­gu­sia Wszech­moc­ne­go” ob­ra­zi­łam się w dniu śmier­ci mo­ich ro­dzi­ców i nie ga­da­łam z nim od tam­tej chwi­li, to jed­nak wi­zja mnie w bia­łej suk­ni – kie­dyś, gdzieś tam, w da­le­kiej przy­szło­ści – ma­ja­czy­ła mi nie­ja­snym kon­tu­rem w łe­pe­ty­nie. Ten ślub był kom­plet­nym błę­dem. Cze­mu za nie­go wy­szłam? Nie mam po­ję­cia. Wiem za to, cze­mu wnio­słam o roz­wód. I wy­glą­da na to, że ura­to­wa­łam mu wte­dy ży­cie. Bo to on mógł te­raz prze­cież wy­lą­do­wać na pod­ło­dze w kuch­ni w ka­łu­ży wła­snej krwi.

Wojt­ka po­zna­łam ja­kieś czte­ry lata póź­niej. Po roku za nie­go wy­szłam (nic się, cho­le­ra, nie na­uczy­łam z po­przed­nie­go przy­pad­ku). Mia­łam wte­dy dwa­dzie­ścia pięć lat i za­ko­cha­łam się bez pa­mię­ci. Te­raz mu­sia­ło wyjść. Była bia­ła suk­nia, któ­rej nie po­wsty­dzi­ła­by się naj­pięk­niej­sza księż­nicz­ka, tro­chę go­ści, głów­nie ze stro­ny Wojt­ka. Ode mnie przy­je­cha­ła moja da­le­ka/bli­ska ro­dzi­na, któ­ra mnie wy­cho­wa­ła, a z któ­rą nie mia­łam tak na­praw­dę nic wspól­ne­go. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Wdo­wy z wy­bo­ru

isbn: 978-83-8423-394-8

© Edy­ta Wy­ży­kow­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pio­tro­wicz

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Agniesz­ka Wrycz-Szy­bow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.