Victorian Psycho - Feito Virginia - ebook + książka
NOWOŚĆ

Victorian Psycho ebook

Feito Virginia

0,0

38 osób interesuje się tą książką

Opis

Najgłośniejszy horror roku. Powieść określana jako „mroczna, błyskotliwa i diabelnie zabawna” (Oprah Daily) oraz „przewrotna, krwawa i absolutnie znakomita” („The New York Times”).

Wyróżniona jako najlepsza książka miesiąca przez: The Washington Post, Los Angeles Times, TIME, Goodreads, Gizmodo, Book Riot, Apple Booksi Amazon. #1 Indie Next Great Read na luty 2025 według American Booksellers Association. W przygotowaniu ekranizacja w reżyserii Zachary’ego Wigona („Sanctuary”), z Maiką Monroe, Thomasin McKenzie i Jasonem Isaacsem w rolach głównych.

Pod fasadą niewinności kryje się czysta furia.

Portret kobiety, która przestała być grzeczna.

Winifred Notty przybywa do posępnego Ensor House jako nowa guwernantka. Ma uczyć dzieci i wykonywać obowiązki godne wiktoriańskiej damy. Szybko jednak odkrywa, że rezydencja państwa Pounds to siedlisko przemocy, obłudy i wypaczonych namiętności. W Winifred budzi się mrok, którego nie potrafi już dłużej trzymać na uwięzi — a rzucona od niechcenia uwaga, że „wszyscy umrą”, przestaje brzmieć jak żart. Gdy nadchodzi Boże Narodzenie, Ensor House zmienia się w scenę wydarzeń, o których nikt nie odważyłby się wspomnieć przy wigilijnym stole.

Virginia Fei to oddaje głos jednej z najbardziej fascynujących psychopatek współczesnej literatury. Sama autorka opisuje „Victorian Psycho” jako „bohaterkę w stylu Fleabag uwięzioną w świecie Opowieści wigilijnej — tylko z większą liczbą tasaków” („People”).

To inteligentna, przewrotna i brutalnie zabawna opowieść o gniewie, który wreszcie odmawia milczenia.

„Winifred Notty to jedna z najinteligentniejszych i najzabawniejszych psychopatek, jakie trafiły na karty literatury.”–Bethanne Patrick, Los Angeles Times

„Feito miesza makabrę i humor z mistrzowską precyzją. Czysta, krwawa przyjemność.”–Jac Jemc, The New York Times Book Review

„Zachwycająco nieokiełznana, błyskotliwa i głęboko niepokojąca.”– Kate Tuttle, The Boston Globe

„Bezczelnie nieprzewidywalna i hipnotyzująca od pierwszej strony.”– Nikki Birch, NPR

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 176

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:Victorian Psycho

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik Wydawcy: Monika Rossiter, Wojciech Ciuraj Redakcja: Bożena Sęk Korekta: Małgorzata Denys Projekt okładki: Agata Łuksza

VICTORIAN PSYCHO Copyright © 2025 by Virginia Feito By arrangement with the Author. All rights reserved.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Urszula Gardner, 2026

Wyimki z Pisma Świętego za Biblią Jakuba Wujka.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I Białystok 2026 ISBN 978-83-8417-645-0

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Plik przygotował Woblink

woblink.com

W ciągu trzech miesięcy wszyscy w tym domu będą martwi.

Dla Lucasa, który na co dzień znosi mój Mrok

Wszystko stoi w płomieniach. CHARLES DARWIN w liście do J.S. Henslowa, 1832 (przeł. Teresa Opalińska)

PROLOG

Smierć wszędzie. Śmierć w rzece, w ciałach płynących z prądem, w brzuchach stworzeń ucztujących na nich. Śmierć w wodzie pitnej, wlewająca się do studni i rozlewająca w wieśniakach jako tyfus, cholera i dyfteryt. Śmierć na pokaz za dodatkowego pensa w muzeum figur woskowych. W perukach żyjących zrobionych z włosów martwych, przez przedsiębiorczych właścicieli zakładów pogrzebowych zgolonych z głów zwłok w zamkniętych trumnach. Śmierć roztapiająca się w barwionej bożonarodzeniowej świecy. Śmierć w dzieciach, och, w iluż to dzieciach – nieochrzczonych wsuwanych do trumien innych w oszukańczej gonitwie za własnym grobem, w charakterze funeralnych poduszek dla zmarłych. Śmierć w szczurzych dołach po piwnicach pubów, gdzie psy rozszarpują setki ciałek przy akompaniamencie zachęt swoich panów stawiających zakłady.

Wkruszona do farby.

Przyklejona do ścian.

Wszędzie śmierć.

Pan Pounds to tajemnica, którą zamierzam rozwikłać.

CZĘŚĆ I

Trzy miesiące przed Bożym Narodzeniem

ROZDZIAŁ I

w którym pojawiam się w Ensor House

Ensor House1 przycupnął na wrzosowisku z uniesionymi brwiami i podwójnym podbródkiem jak u zafrasowanego bankiera, który zaraz przekaże złą nowinę.

Napotykam jego wielodzielne spojrzenie z otwartego faetonu, tocząc się wśród wrzosów ku swojemu przeznaczeniu z biustem podrygującym w gorsecie.

– Ensor House jest tam, o… – mówi i pokazuje brodą siedzący obok mnie woźnica, jeden ze służących pana Poundsa2 oddelegowany na dworzec Grim Wolds3 celem odebrania z pociągu nowej guwernantki.

Mój wzrok pada na aksamitny zad konia przede mną, następnie na samego woźnicę o obliczu poznaczonym kraterami blizn po ospie i z wielkim nosem opadającym jak wole. Mimo że dopiero się poznaliśmy, wyczuwam dekadencką powolność za jego pustymi oczami. W półotwartych ustach sterczy samotny wystający ząb.

– Dobrze znasz państwa? – decyduję się zadać pytanie.

– E.

Nie mając pewności, co przez to rozumie, naciskam.

– Jacy oni są?

Odpowiada tylko:

– Miewałem gorszych.

Obiecujący początek. Obserwując ponury krajobraz, bezwiednie poruszam żuchwą. Dzień chyli się ku końcowi, chmury migoczą, jakby paliły się w nich świece. W powietrzu czuć deszcz ze śniegiem – maleńkie rączki dzierżące maleńkie ostrza sieką ludzkie dłonie i twarze. Faeton telepie się po nierównym gruncie, a jego nieproporcjonalnie duże wykrzywione koła sprawiają, że dwoje podróżnych skłania się ku sobie. Woźnica klepie mnie po udzie jedną odmrożoną ręką, podczas gdy drugą mocno trzyma popękane skórzane lejce.

Domyślam się, że w oczach moich nowych mocodawców wysłanie po mnie większego, a do tego zamkniętego powozu w pierwszy dzień byłoby ekstrawagancją, która ocierałaby się o luksus. Z pewnością nie chcą, abym zaczęła coś sobie roić w głowie.

Zerkam na podołek. Dłoń woźnicy wciąż tam jest. Oglądam się na swój bagaż, który podskakuje z tyłu, ze złoconymi inicjałami słabo widocznymi na steranej skórze.

Gdy wreszcie koń zatrzymuje się przed bramą i zwiesza łeb w wyrazie porażki, jak się zdaje, zgrzybiały woźnica zeskakuje na ziemię z zadziwiającym wigorem i unosi rygiel, by zaraz z chrzęstem żwiru odsunąć na boki skrzydła żelaznej bramy. Mijamy rozpadające się kamienne kolumny i przedostajemy się na podjazd.

Woźnica zatrzymuje faeton w pewnym oddaleniu od budynku, ale nic nie mówi. Rozumiejąc, że powinnam teraz wysiąść, robię to zwinnie, przy okazji zadzierając wysoko suknię. Trzewiki lądują w błocie z chlupotem podobnym do tego, z jakim zgniata się flaki w garści.

Kłania mi się krzywe drzewo o liściach z zaczerwienionymi żywo samymi koniuszkami. Plamy bluszczu okalają górne okna – z jednego z nich wyziera na mnie kobieta o surowym spojrzeniu.

Główne wejście przyzywa zza łachy przebiśniegów, które przywodzą na myśl grupę kobiet o schylonych w wyrazie szacunku głowach nakrytych czepkami. Zamiatam po nich spódnicami niczym kosą, zbliżając się do ćwiekowanych drewnianych drzwi.

Jest wczesna jesień, chłód dopiero się zaczyna, a w ciągu trzech miesięcy wszyscy w tym domu będą martwi.

Ochmistrzyni, pani Able4, wita mnie w hallu, tupiąc nogą o kamienną płytę. Oczywiście nie jest zamężna, a jej tytuł idzie tylko w parze z pełnioną funkcją. Lewe oko ma wędrujące, przez co żałuję, że nie posiadam kompasu, który pomógłby mi ustalić, w jakim głównie kierunku ono spogląda.

Ochmistrzyni oczyszcza krtań chrząknięciem.

– Spodziewam się, że miałaś dobrą podróż. Jest zimno, ale będzie zimniej – mówi tak albo podobnie. Głos ma nużąco monotonny.

Nachylam się, aby rozróżnić słowa, które mamrocze, jakby nie mogła się ich pozbyć z ust.

– Zimno mi niestraszne – odpowiadam.

Jedno z jej oczu spoczywa na mojej sukni. Przypuszczam, że ten widok raczej ją przygnębia, gdyż jej usta zaciskają się w wąską kreskę.

– Pokażę ci twój pokój – obwieszcza, po czym obie zagłębiamy się we wnętrze domu.

W wystroju dominuje ciemny dąb, grube tureckie dywany i kotary najczarniejsze z czarnych. Ledwie widzę własną dłoń na balustradzie okazałych schodów, gdy wspinamy się na długą galerię z licznymi pozamykanymi drzwiami, za którymi schowane są sypialnie.

– Ensor House pamięta czasy średniowiecza. – Ochmistrzyni mamrocze głosem przepojonym dumą. – Kolejne pokolenia rozbudowywały go przez stulecia… – Jest do mnie na wpół odwrócona, jak gdyby obawiała się mieć mnie za plecami. Wzdłuż szyi biegnie jej wydatna żyła niknąca za kołnierzykiem. – Kazałam dla ciebie przygotować mniejsze pomieszczenie na tyłach – dodaje – założywszy, że wzgardzisz zbędną wystawnością większych frontalnych komnat.

– Oczywiście – zapewniam pośpiesznie. Umiłowanie zbytku i nadmierne sobie folgowanie wskazuje na pewien stopień moralnego upadku, który nie przystoi guwernantce.

Mijamy rzeczone frontalne komnaty i bierzemy ostry zakręt, by dostać się w ciasnawy, wyłożonymi kamiennymi płytami korytarzyk odchodzący od głównej galerii. Tamże ochmistrzyni otwiera niewysokie pojedyncze drzwi i czyni zapraszający gest. Wchodząc do środka, zahaczam spódnicą o jej opuszczoną wiotką dłoń, którą natychmiast cofa. Dochodzę do wniosku, że ta ręka nigdy nie trzymała członka.

– Na dole w jadalni oczekują cię moi i twoi mocodawcy – oznajmia ochmistrzyni, nie przekroczywszy progu.

Przelotnie wspominam swoich ostatnich mocodawców. Ich nadąsane spojrzenia. Ich czyste paznokcie. Ich tajemnice ukryte za jedwabnymi chusteczkami, pod surdutami o aksamitnych wyłogach i w fałdach kotar zabarwionych purpurą tyryjską.

– Nasz mocodawca… – napomykam, zdejmując kraciastą pelerynę. – Czy można go nazwać łaskawym?

– Dobry pan z niego – stwierdza ochmistrzyni, aczkolwiek wyczuwam w jej tonie coś jak delikatne wahanie, dostrzegam unik w spojrzeniu kierowanym nieznacznie poniżej linii mojego wzroku.

Ochmistrzyni zostawia mnie samą, przypomniawszy raz jeszcze, że powinnam zejść na kolację bez zbędnej zwłoki. Zamykam za nią drzwi, po czym obracam się, aby zlustrować wnętrze odtąd mojej sypialni. Urządzona także w ciemnym dębie i z ciężkimi kotarami zdaje się nawet trudniejsza do podpalenia niż poprzednia, którą zajmowałam.

Podchodzę do okna i spoglądam na północno-wschodnią część ogrodu, teraz skąpaną w gasnącym blasku dnia. Bez wątpienia jest to najbrzydszy widok z Ensor House, lecz zarazem znacznie ładniejszy od tego, który mogłam podziwiać z własnego pokoju dziecięcego o oknach wychodzących na przykościelny cmentarz, szczerzący się szarymi, poukruszanymi i chwiejącymi się nagrobkami na podobieństwo wnętrza ust starca.

Poczuwszy na sobie spojrzenie, oblekam twarz w uśmiech i obracam się wyczekująco, jednakże napotykam tylko odbicie swoich oczu w owalnym lustrze wiszącym nad stojakiem z miednicą: są jak dwie dziury po kulach. Przyklejony poniżej nich grymas sprawia wrażenie nieszczerego.

Schylam się i unoszę pokrywę nocnika, spodziewając się zobaczyć nieczystości swojej poprzedniczki, lecz ku mojemu zaskoczeniu naczynie jest czyste.

Na wniesienie bagażu przyjdzie mi jeszcze zaczekać. Spluwam lekko na dłoń i w ten sposób przylizuję rozburzone wiatrem włosy, a także ścieram smużkę brudu z policzka. Tylko na tyle mnie stać, jeśli chodzi o doprowadzenie się do porządku w tej chwili. Jestem gotowa na spotkanie z moimi mocodawcami.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Ensor House – jak niemal wszystkie nazwy własne w niniejszej książce, i ta jest nazwą znaczącą, przy czym możliwe są różne konotacje; podstawowa dotyczy osoby Jamesa Ensora (1869–1949), belgijskiego malarza, który rozwinął własny groteskowy styl; inna wiąże się z nazwą miejscowości Edensor (Endser, Endsor, Enser); wreszcie można mówić o skojarzeniu z czasownikiem ensorcell, oznaczającym „oczarować, rzucić czar, rzucić urok” (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Pan Pounds (Mr Pounds) – rzeczownik pospolity pound oznacza „funt”, jednostkę monetarną oraz jednostkę wagi.

3 Grim Wolds – nazwa znacząca, dosł. Ponure Wyżyny.

4 Pani Able (Mrs Able) – przymiotnik able oznacza „zdolny, zręczny”.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

CZĘŚĆ I. Trzy miesiące przed Bożym Narodzeniem

ROZDZIAŁ I, w którym pojawiam się w Ensor House

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie